Bataty - Kim Tongin

Kup ebooka

36.00 zł
29.52 zł (29,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O autorze

Kim Tongin (1900-1951), pisarz, poeta i literaturoznawca, jest stosunkowo mało znany czytelnikom poza swoją ojczyzną, gdzie zajmuje jedno z czołowych miejsc w historii nowożytnej literatury koreańskiej jako "twórca nowoczesnego opowiadania"1.

Urodził się w Pjongjangu w rodzinie zamożnego posiadacza ziemskiego, wyznającego religię protestancką. Po ukończeniu szkoły podstawowej, został wysłany przez ojca do Japonii, gdzie przebywał w latach 1915-1917. Jego ojciec pragnął, aby zdobył on tam solidne wykształcenie w dziedzinie prawa bądź medycyny, które zapewniłoby mu bezpieczeństwo finansowe i spokojną przyszłość. Na początku XX wieku spora grupa młodych Koreańczyków pochodzących z zamożniejszych rodzin podejmowała naukę w Japonii. Po ukończeniu japońskiej szkoły średniej, wielu z nich starało się o przyjęcie na lokalny uniwersytet. W Tokio Kim Tongin uczęszczał między innymi do znanej szkoły misyjnej Meiji-gakuin, założonej w 1863 roku przez amerykańskiego misjonarza i japonistę, Jamesa Curtisa Hepburna, gdzie zapoznał się zachodnią literaturą, głównie w przekładach na język japoński. Wtedy poznał twórczość takich autorów jak Victor Hugo, Gustave Flaubert, Emil Zola, Guy de Maupassant, Lew Tołstoj, Fiodor Dostojewski i Oscar Wilde. Pewien wpływ na rozwój jego zainteresowań literackich miał także przyjaciel z ławy szkolnej, Koreańczyk Ju Yohan (1900-1979), przyszły sławny poeta i prozaik. W 1917 roku po ukończeniu szkoły średniej Aoyama-gakuin, do której się przeniósł, Kim Tongin powrócił na krótko do Korei z powodu śmierci ojca. W kwietniu 1918 roku ożenił się, a we wrześniu ponownie wyjechał do Japonii i wstąpił do szkoły sztuk pięknych założonej w 1909 roku przez malarza Kawabatę Gyokush? (1842-1913). W czasie studiów w Japonii ukształtowały się jego poglądy na literaturę. To właśnie pod ich wpływem w roku 1919 zaangażował się w działalność ruchu estetycznego promującego doktrynę "sztuka dla sztuki". Wraz z innymi młodymi koreańskimi intelektualistami założył czasopismo "Changjo" (Twórczość), które głosiło potrzebę odejścia od dydaktyzmu w "nowej prozie" koreańskiej, reprezentowanej między innymi przez pisarza Yi Kwangsu (1892-1950). Twórcy skupieni wokół tego czasopisma pragnęli odwzorowywać rzeczywistość, opisując życie człowieka w możliwie najbardziej obiektywny sposób. Głosili oni, że wykorzystywanie literatury jako narzędzia w walce ideologicznej osłabia jej wartość artystyczną. W pierwszym numerze "Changjo", który ukazał się w lutym 1919 roku, na miesiąc przed masowymi demonstracjami antyjapońskimi w Korei nazywanymi Ruchem 1 Marca, Kim Tongin opublikował swój debiut literacki, opowiadanie Yakhanjaui seulpeum (Smutek słabeusza). W marcu 1919 roku przerwał naukę w Japonii i powrócił do kraju. Gdy japońska policja kolonialna odkryła, że Kim Tongin napisał memorandum dla antykolonialnego narodowego Ruchu 1 Marca, pisarz został skazany na 4 miesiące więzienia pod zarzutem naruszenia prawa prasowego. Swoje przeżycia w więzieniu opisał w opowiadaniu Taehyeong (Chłosta, 1922–1923). Kiedy czasopismo "Changjo" zakończyło działalność w 1921 roku, Kim Tongin założył drugie pismo literackie o nazwie "Yeongdae" (Dusza), do którego przeszli pisarze z "Changjo" oraz debiutanci, tacy jak poeta Kim Sowol (1902-1934). Czasopismo było redagowane w Pjongjangu, ale wydawano je w Seulu.

W roku 1925 Kim Tongin opublikował jedną ze swych najbardziej znanych nowel - Gamja (Bataty), będącą przykładem czystego naturalizmu w literaturze koreańskiej. Jest ona zaliczana do przełomowych tekstów prozy koreańskiej początków XX wieku.

W 1927 roku Kim Tongin utracił odziedziczony po ojcu majątek i jednocześnie odeszła od niego żona. Jego sytuacja materialna zaczynała się pogarszać. Doprowadziło go to do depresji; zaczął nadużywać narkotyków. Trudno było mu już utrzymać się z honorariów literackich. Próbował wraz bratem założyć wytwórnię filmową, ale projekt się nie udał. W 1928 roku zadebiutował jako krytyk literacki rozprawą Soseol jakbeop (Jak pisać prozę) opublikowaną w czasopiśmie "Joseon Jigwang" (Światło Korei). W 1931 roku ożenił się po raz drugi i przeprowadził się z żoną do Seulu. W roku 1934 założył kolejny miesięcznik literacki, "Yadam" (Romans historyczny).

W latach trzydziestych ubiegłego stulecia Kim Tongin próbował swoich sił w długich powieściach historycznych publikowanych w odcinkach w gazetach. Ukazywały one indywidualny charakter i wewnętrzne przeżycia postaci znajdujących się w centrum znanych wydarzeń historycznych, przedstawiając nowe interpretacje ich życia i działalności. Były one odejściem od ciekawych eksperymentów formalnych jego wcześniejszych opowiadań i pisane były głównie dla podreperowania sytuacji finansowej.

W 1939 roku pisarz odbył podróż po Mandżurii, którą sfinansowały władze japońskie. Napisał wówczas kilka artykułów propagandowych zgodnych z życzeniami Japończyków. Oskarżano go potem o kolaborację, chociaż w 1942 roku został aresztowany przez Japończyków pod zarzutem obrazy majestatu cesarza Japonii. Pod koniec życia cierpiał z powodu różnych schorzeń. Zmarł 5 stycznia 1951 roku w swoim domu w Seulu na zapalenie opon mózgowych.

W 1955 roku czasopismo literackie "Sasanggye" (Świat idei) ustanowiło Nagrodę Literacką Tongin, aby upamiętnić osiągnięcia tego wybitnego twórcy.

Początki działalności literackiej Kim Tongina przypadają na lata dwudzieste XX wieku. Utwory pisarza, pozbawione dydaktyzmu, ukazują realistycznie indywidualne tragedie jednostek, które daremnie próbują zmienić swoje położenie, i skłaniają czytelnika do refleksji nad naturą ludzką i nieuchronnością losu. Głównym jego wkładem w nowożytną literaturę koreańską jest próba wykorzystania potocznego języka koreańskiego, wprowadzenie czasu przeszłego, a także narracji pierwszoosobowej. Jego estetyzm jest mocno powiązany z fascynacją darwinizmem społecznym, podkreślającym walkę o byt i dominację silniejszych nad słabszymi. Koncepcja ta ujawnia się w niemal wszystkich prezentowanych w niniejszej książce nowelach. Jedną z ulubionych technik pisarza jest narracja szkatułkowa, w której jedna historia zawarta jest w drugiej. Narrator pierwszoosobowy pojawia się na początku opowiadania, żeby potem przekazać narrację innemu narratorowi będącemu jednocześnie postacią w utworze. Dobrym tego przykładem jest pierwsza nowela zatytułowana Życie (Moksum, 1921). Narrator, a zarazem postać w utworze, entomolog, nazywający się W, opowiada historię o swoim umierającym przyjacielu, poecie M, i jest niemal zaskoczony, gdy dowiaduje się, że mimo negatywnej diagnozy lekarza, ten nie umarł. Gdy się spotykają, poeta przekazuje mu dziennik, w którym ujawnia swoje myśli, zapisuje stan umysłu oraz treść halucynacji, które nawiedzały go podczas pobytu w szpitalu. Halucynacje M przedstawione są jako opowieść w opowieści, którą W odczytuje z dziennika. Poeta M opisuje wizytę demona, który zaprasza go do swojego świata ciemności. Najpotężniejszą istotą w zaświatach jest ten, kto cieszy się bezgraniczną wolnością. Istota obiecuje M, że obdarzy go taką mocą, jeśli ten zechce wejść do świata demonów. M odmawia, gdyż będąc genialnym poetą, odnalazł swoją artystyczną wolność. Przesłaniem autora jest konstatacja, że życie człowieka zależy nie od niego samego, ale od przypadkowych wydarzeń, na które nie ma on żadnego wpływu. Mówiąc głosem W, Kim Tongin argumentuje, że poeta i naukowiec są wolni, ponieważ ich dzieło nie jest uzależnione od determinizmu życia biologicznego jednostki ludzkiej. Dla autora sztuka i nauka są autonomicznymi formami doskonałego życia, całkowicie samowystarczalnego, gdyż istnieją niezależnie od zawodnej fizyczności ich twórców.

Wczesne nowele Kim Tongina, choć różnorodne tematycznie - Pieśń rybaka, Chłosta i Spod przymrużonych powiek - są dobrą ilustracją jego zwięzłego stylu narracji, zamiłowania do realizmu i wiary w determinizm społeczny.

Pieśń rybaka (Baettaragi, 1921) jest mistrzowskim eksperymentem czystej literatury pozbawionej dydaktyzmu. Jej fabuła rozpoczyna się w Pjongjangu, rodzinnym mieście artysty, u brzegów rzeki Daedong, a następnie rozwija się poprzez wspomnienia z pobliskiej nadmorskiej wsi Yeongyu. Narrator opisuje idylliczny krajobraz, którego od dawna nie widział, ponieważ spędził kilka lat studiując w Tokio. Przywołuje takie słynne miejsca, jak grobowiec Gija, wzgórze Piwonii czy pawilon Eulmil. Motywem przewodnim tego z gruntu pesymistycznego utworu jest tradycyjna pieśń rybacka Baettaragi, której narrator wielokrotnie słucha w różnych miejscach. Wywołuje ona u niego uczucie melancholii. Zachwycony jej melodią narrator usiłuje znaleźć pieśniarza. Jest nim pewien rybak, który został zmuszony do opuszczenia swojego domu i przez kolejne dwadzieścia lat błąka się po różnych miejscach. Jak przystało na konwencję narracji szkatułkowej, rybak opowiada narratorowi o swoim tragicznym losie.

W Chłoście, utworze opartym na własnych doświadczeniach pisarza, narrator opisuje życie w więzieniu, malując obraz kilkudziesięciu mężczyzn stłoczonych w gorącej, niehigienicznej celi, słuchających odgłosu chłosty wymierzanej osadzonym przez japońskie władze. Historia nie tyle dotyczy koszmaru więziennego życia, opisanego z szokującymi szczegółami, ale raczej tego, że stan bestialstwa i bezduszności może skłonić skądinąd niewinnych ludzi, będących ofiarami systemu, do szukania jakichkolwiek, nawet niemoralnych sposobów na złagodzenie ich strasznego położenia. W noweli tej Kim Tongin wyprzedził gatunek literatury łagrowej znanej przede wszystkim z prozy Aleksandra Sołżenicyna.

Z kolei utwór zatytułowany Spod przymrużonych powiek (Nuneul gyeou tteulttae, 1929), pozbawiony jest tragizmu, ale zawiera refleksję egzystencjalną o losie człowieka. Fabuła usytuowana jest w tej samej scenerii nad rzeką Daedong, jak w Pieśni rybaka i dotyczy historii pięknej dziewczyny o imieniu Geumpae, która pracuje jako gisaeng w Pjongjangu.

Kobiety zwane gisaeng, przypominające japońskie gejsze, zajmowały w Korei szczególną, choć dość niejednoznaczną pozycję społeczną. Charakteryzowała je nieprzeciętna uroda, dbałość o zewnętrzną atrakcyjność, jak i wszechstronne wykształcenie w różnych dziedzinach sztuki: muzyki, tańca, śpiewu i literatury. Dlatego nazywano je "kwiatami rozumiejącymi słowa" (haeeohwa). Wielu ubogich rodziców sprzedawało swoje córki po to, by przygotować je do tego zawodu. Ich szkolenie rozpoczynało się już w wieku ośmiu lat, a kariery były bardzo krótkie. Zwykle zaczynały pracę w wieku lat piętnastu, osiągając szczyt powodzenia w wieku lat siedemnastu i kończąc karierę, osiągnąwszy dwadzieścia kilka lat. Historycznie, gisaeng z Pjongjangu cieszyły się wysoką renomą nie tylko wśród mieszkańców miasta, ale także wśród przybyszów z innych rejonów Korei, a nawet cudzoziemców, przede wszystkim z Chin. Żeglowanie łodziami wycieczkowymi po rzece Daedong w towarzystwie śpiewających gisaeng należało do wyjątkowych atrakcji turystycznych. W opowiadaniu Kim Tongina dwie gisaeng, płynąc beztrosko na małej łodzi ze swoimi patronami podczas festiwalu sztucznych ogni, nagle słyszą okrzyki z drugiej łodzi, w której znajdują się uczennice miejscowej szkoły. Dziewczęta patrzą na siebie wzajemnie z zainteresowaniem, ale i z pogardą. Dla ubranych na modę zachodnią uczennic, postać gisaeng stanowił anachronizm z dawnych patriarchalnych czasów. Zdarzenie to wywołuje niepokojącą refleksję u głównej bohaterki, Geumpae, która jako dziecko została wysłana do szkoły dla gisaeng i właściwie aż do momentu spotkania z uczennicami uważała, że ma łatwą, wygodną i przyjemną pracę. Teraz zaczyna mieć wątpliwości, czy wybrała właściwą karierę i sposób na życie. Zostaje wkrótce boleśnie upokorzona przez japońskiego klienta, który - nie podejrzewając, że gisaeng rozumie język japoński - twierdzi, że kobiet z tej grupy nie powinno się zaliczać do gatunku ludzkiego. Wydaje się, że Geumpae zrozumiała efemeryczny charakter urody i młodości, a także nierówne położenie kobiet i mężczyzn.

W roku 1925 Kim Tongin napisał jeden ze swych najbardziej znanych utworów, nowelę Bataty, stanowiącą przykład czystego naturalizmu w literaturze koreańskiej. Autor opowiada o życiu Bongnyeo, młodej kobiety z Pjongjangu o niskim statusie społecznym, która została sprzedana na żonę dla znacznie starszego i zubożałego wdowca. Kiedy mąż Bongnyeo nie wspiera jej finansowo, kobieta zaczyna oddawać się prostytucji w slumsach Pjongjangu, aby zarobić na życie. Pewnego razu ogarnia ją złość, gdy dowiaduje się, że jej stały klient, Chińczyk, pan Wang, planuje się ożenić. Jej próba okrutnej zemsty przynosi odwrotny skutek, doprowadzając ją do tragicznej śmierci.

Kolejne opowiadanie, Ognista sonata (Gwangyeom sonata, 1929) dotyczy natury inspiracji artystycznej. Historię życia słynnego kompozytora opowiada znany krytyk muzyczny swojemu przyjacielowi socjologowi, zaczynając od uogólnienia o roli przypadku w zbrodni i kreacji artystycznej. Następnie opisuje ojca kompozytora, swojego kolegę sprzed 30 lat, który zmarnował ogromny talent, nadużywając alkoholu i prowadząc rozpustne życie. Jego syn z nieprawego łoża odziedziczył po ojcu talent, ale także i jego wady. 30 lat później krytyk przypadkowo poznaje go w nocy w pustym kościele w dość osobliwych i sensacyjnych okolicznościach. Zaprasza go do siebie do domu i poznaję straszną tajemnicę jego genialnych kompozycji.

Nie wszystkie utwory Kim Tongina są pesymistyczne i bezlitośnie ponure. Jaki ojciec, taki syn (Balgaragi dalmatda, 1932) jest dość zabawną historią opowiedzianą przez lekarza opisującego, jak zatwardziały łowca spódnic w końcu ustatkowuje się i zostaje ukarany za swoje swawole w najbardziej nieoczekiwany sposób.

Odrębne miejsce z prezentowanym zbiorze zajmuje Szkarłatna góra (Bulgeun san, 1932). Jest to krótka nowela przedstawiająca koreańskich rolników zmuszonych do emigracji do Mandżurii. Bohaterem utworu jest cyniczny szelma i niebieski ptak pasożytujący na koreańskiej społeczności, który ostatecznie okazuje się patriotą. Opowieść o koreańskiej diasporze w Mandżurii jest pod wieloma względami wyjątkiem w twórczości Kim Tongina. Do tego czasu był on powszechnie znany w Korei jako pionier naturalizmu, a jednocześnie esteta postulujący autonomię literatury pięknej i sztukę dla sztuki. Ten utwór zaś jest dobrym przykładem literatury zaangażowanej patriotycznie. Zawiera bowiem wyraźne elementy nacjonalistyczne i antykolonialne.

List i fotografia (Sajingwa pyeonji, 1934) jest ironiczną opowieścią o romansie zamężnej kobiety, która wprowadza swojego kochanka w błąd, co pociąga za sobą pewne konsekwencje. Widząc fotografię na jej toaletce, narrator dochodzi do wniosku, że kobieta ma niezwykle przystojnego i eleganckiego męża, co sprawia, że sam za wszelką cenę chce poprawić swój wygląd.

Notatki o ciemności i stracie (Mongsangnok, 1934) są długą autobiograficzną relacją o chorobie i śmierci matki pisarza. Autor jest rozdarty między opieką nad matką a udręką z powodu problemów finansowych nękających jego rodzinę w Seulu. W utworze fikcja miesza się z rzeczywistością. Uzupełnia ją metafikcyjna autorefleksja autora.

Szalony malarz (Gwanghwasa, 1935) przedstawia artystę, który w końcu odnajduje swoją muzę, ale jego krótkie szczęście kończy się tragicznie. Utwór zawiera motyw artystycznego szaleństwa i pragnienie stworzenia prawdziwego dzieła sztuki. Dwa późniejsze opowiadania, Dama z Daetangji (Daetangji ajumeoni, 1934) i Matka niedźwiedzica (Gomne eomeoni, 1941) dotyczą podobnych tematów, ale sposób przedstawienia głównej bohaterki jest odmienny. Podczas gdy bohaterka Damy z Daetangji próbuje dość nieudolnie zarabiać pieniądze, świadcząc usługi seksualne, jej życie ostatecznie obraca się w ruinę. Z kolei w Matce niedźwiedzicy zwykła młoda wiejska kobieta o złotym sercu, niespożytej sile fizycznej i pracowitości robi wszystko, aby wydobyć się z ubóstwa, a mimo to zostaje boleśnie zawiedziona przez mężczyznę, którego poślubia. Niemal pozbawia ją środków do życia w wyniku swojego lenistwa i hazardowych nawyków. Główni bohaterowie nowel Dama z Daetangji, Szalony malarz czy Matka niedźwiedzica także przykładem upodobania pisarza do tworzenia postaci, które ze względu na swój wygląd fizyczny stają się wyrzutkami społecznymi.

Ostatni utwór w książce, Zdrajca (Banyeokja, 1946), napisany po klęsce Japończyków w 1945 roku, dotyczy człowieka, który mając najlepsze intencje, zdradza swoją ojczyznę i dopiero po zakończeniu wojny zdaje sobie sprawę ze swojego szaleństwa. Opowiadanie to jest słabo zawoalowaną aluzją do innego znanego koreańskiego pisarza, Yi Kwangsu, który zachowywał się w podobny sposób.

Zawarty w niniejszym tomie wybór nowel Kim Tongina wprowadza czytelnika nie tylko w specyficzny klimat życia w Korei znajdującej się pod okupacją japońską, ale także w oryginalny styl pisarski twórcy koreańskiej krótkiej prozy realistycznej i naturalistycznej. Oczywiście trudno się dziwić, że po bez mała stu latach niektóre opowiadania wydają się nieco anachroniczne i brak im finezji charakterystycznej dla współczesnej prozy koreańskiej, ale ich bezsporną edukacyjną wartością jest to, że oprócz często depresyjnej fabuły zawierają dużą porcję informacji o dawnej Korei oraz ukazują będące jeszcze w zalążku nowe techniki narracyjne i tematykę społeczną, które upowszechniły się w powojennej prozie koreańskiej.

Anna Diniejko -Wąs

1 Romuald Huszcza, Kim Tongin i początki nowej literatury koreańskiej, "Przegląd Orientalistyczny" 1978, nr 4, s. 321.

Życie

Myślałem, że nie żyje. Pięć miesięcy temu nabawił się dziwnej choroby. Najpierw stracił apetyt i nie mógł jeść. Potem jego brzuch zaczął się stopniowo wzdymać. W rzeczywistości całe ciało spuchło, a twarz pożółkła. Wyglądało na to, że trzy lub cztery miski wody można by wylać z jego zabarwionej żółcią twarzy, gdyby ktoś nakłuł ją igłą. Zapytany, czy coś go boli, odpowiadał, że nie. Narzekał tylko na zawroty głowy i sporadyczne nudności. W końcu poszedł na badania do szpitala S. Przepisano mu leki, ale jego stan nie poprawił się, a wręcz pogorszył. Koniec końców przyjęto go na szpitalny oddział. Odwiedzałem go codziennie. Zwykle siedział w fotelu, a kiedy mnie ujrzał, witał się radośnie i prosił o papierosa. Szpital ten był prowadzony przez organizację chrześcijańską, więc zakazywano pacjentom palenia na jego terenie. Mógł zapalić tylko wtedy, gdy składałem mu wizytę. Cieszył się u pielęgniarki pewnymi względami, dzięki czemu kiedy ta była świadkiem próby poczęstowania go papierosem, po prostu uśmiechała się znacząco i zostawiała nas samych. Zważywszy na aktywną naturę M, siedzenie bezczynnie w pomieszczeniu szpitalnym było dla niego nie do zniesienia.

Tymczasem musiałem wyjechać na kilka dni, aby przygotować się do pracy, którą miałem wykonać poza miastem. Kiedy zjawiłem się w szpitalu dwa lub trzy dni po powrocie, aby się pożegnać z M przed moim dłuższym wyjazdem, stan jego zdrowia drastycznie się pogorszył i nie wyraził on zgody na odwiedziny. Dowiedziałem się, że ordynator przekazał mu złe wieści, mówiąc mu wprost, że umiera. Słysząc to, nie mogłem nic innego zrobić, jak tylko powrócić do domu.

Umiera. Ten, którego głos był kiedyś pełen radości życia i energii, a moc emanowała z niego na wszystkie strony, teraz umiera. Los człowieka jest nieprzewidywalny.

Nie pamiętam, kiedy zaczęła się nasza znajomość, ale była dość zażyła. Kiedy ja prowadziłem badania jako entomolog, on pisał genialne wiersze, które czasami można było znaleźć w gazetach i czasopismach. Mimo takich różnic, on i ja mieliśmy ze sobą coś wspólnego. Podczas gdy ja z jednej strony odznaczałem się determinacją naukowca, poszukując owadów, aby zrozumieć świat istot żywych, on wyróżniał się determinacją artysty, który pragnie pozostawić swój ślad o określonej treści i formie. Łączyło nas wspólne pragnienie wyrażania własnych doznań i uczuć. Nasze relacje nie miały oficjalnej daty początkowej, ale jak wspomniałem, sięgały dawnych czasów. Wspólnym punktem odniesienia w tych relacjach musiała być chwila, kiedy po raz pierwszy razem zadeklarowaliśmy nasze pragnienia.

Gdy dowiedziałem się, że wydano na niego wyrok śmierci, w imieniu społeczeństwa chciałem zracjonalizować swój żal: to utrata utalentowanego i obiecującego młodego człowieka. Ale prawda jest jeszcze taka, że byłem osobiście zasmucony, że tracę przyjaciela, z którym prowadziłem szczere rozmowy (nigdy nie miałem innego, który rozumiałby mnie tak dobrze jak M).

Następnego dnia pozostawiłem schorowanego przyjaciela i wybrałem się w długo planowaną podróż na rozległe równiny prowincji Gangwon, aby zbierać owady. Zabrałem ze sobą siatkę na motyle oraz insektycyd i wędrowałem przez dwa miesiące, zbierając chrząszcze, motyle i chruściki. Chwilowo niewiele czasu poświęcałem myślom o moim umierającym przyjacielu. Kiedy wróciłem do domu, na moim biurku leżał stos korespondencji. Wśród niej znalazłem list od M:

Umieram. Nawet ordynator nie może mi teraz pomóc. Czuję zawiść wobec każdego, kto nadal będzie żyć. Chciałbym, aby to, przez co teraz przechodzę, przydarzyło się innym. Nawet Tobie. Ale zanim umrę, dyktuję te słowa, bo po prostu nie mogłem nie napisać do Ciebie listu pożegnalnego. Chociaż zazdroszczę Ci, że jesteś jednym z "żywych", to kocham Cię jak przyjaciela i nigdy Cię nie zapomnę - aż do śmierci. Wierzę, że wybaczysz mi te sprzeczne emocje.

List został napisany na szpitalnej papeterii odręcznym pismem, które nie należało do M. Poczułem rodzaj samotności podobnej do tej, która ogarnia dziecko po utracie ukochanego psa pobitego na śmierć. Próbowałem wyobrazić sobie, jak M musiał wyglądać, dyktując ten list: najpierw zmusza swoje opuchnięte ciało do wyprostowania się. Potem wzywa pielęgniarkę i zaczyna dyktować treść. Kiedy pielęgniarka słyszy: "Czuję zawiść wobec każdego, kto nadal będzie żyć", pewnie proponuje, by nie pisać takiego zdania. Ale M marszczy brwi i krzyczy ochrypłym głosem:

— Jak śmiesz lekceważyć ostatnie słowa umierającego! — Zszokowana dziewczyna kontynuuje pisanie. Następnie M układa swoje schorowane ciało z powrotem na szpitalnym łóżku i zamyka oczy. Nie myśli już o śmierci, ale ma obsesję na punkcie spraw egzystencjalnych.

— Dlaczego mam umierać?! Ludzie — nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, ryby, rośliny, a nawet strumienie i oceany – żyją. Dlaczego więc muszę umrzeć? Na ulicy turkocze tramwaj. — Cholera! Jestem wkurzony. Niech sczezną wszyscy, którzy chodzą po tej ziemi! Po prostu zniknijmy wszyscy razem! — W złości rzuca się na łóżku. Jego żółtawa twarz czerwienieje.

Ach, M nie żyje. Bez względu na to, czy myślałem o naszej przyjaźni, czy też litowałem się nad bliźnim, do oczu napłynęły mi gorzkie łzy. M był osobą, która odczuwała znacznie silniejszą radość życia i równie mocno nienawidziła śmierci. Dlaczego więc miałoby być dziwne, gdyby ktoś taki jak M krzyczał z całej siły, żeby wszystko zniknęło? Zatelefonowałem do szpitala S, by dowiedzieć się, gdzie pochowano M. Bardziej chciałem uspokoić własne sumienie, niż pocieszyć jego spoczywającą w pokoju duszę. Zależało mi tylko, aby odwiedzić jego grób i wypić za niego, ale nie mogłem uzyskać w szpitalu żadnych konkretnych informacji. Powiedzieli mi, że osoba o nazwisku M rzeczywiście zgłosiła się do szpitala, ale została wypisana po zakończeniu leczenia. Pomyślałem, że mógł to być ktoś o takim samym nazwisku, co on, więc zapytałem jeszcze raz, ale pielęgniarka-stażystka odpowiedziała, że jest od niedawna na oddziale, więc nie ma pewności. Poprosiłem o rozmowę z ordynatorem, ale powiedziano mi, że jest nieobecny. Na dyżurze był wtedy lekarz rezydent, a pielęgniarka S, która opiekowała się M, już tam nie pracowała. Odwróciłem się, usiadłem przy stole i zaśmiałem się sarkastycznie.

— Hahahaha! M żyje, chociaż praktycznie umarł, a potem powrócił do żywych! Czy to oznacza, że życie zwycięża śmierć? Hahahaha.

Minął miesiąc. Stało się to cztery dni temu. Przez ten cały czas myślałem tylko o rodzinnym mieście M, które znajduje się w prowincji Północny Pyeongan. Niewiele wiedziałem o tym mieście, ale ciągle o nim rozmyślałem. Wtedy podszedł do mnie służący i powiadomił mnie, że ktoś wyglądający jak M pragnął złożyć mi wizytę.

Czyżby M nie umarł? Czy coś takiego mogło się wydarzyć? Kto uratował pacjenta, którego lekarz spisał już na straty? Więc on żyje! Według pielęgniarki-stażystki, gdyby M nie żył, wiadomość o jego śmierci znalazłaby się z pewnością w gazetach, a ona niczego takiego nie zauważyła. Zatem M żyje.

Przez chwilę próbowałem poukładać w głowie te wszystkie fakty. Uporządkowałem rozproszone myśli i rzuciłem się do drzwi. Kiedy je otworzyłem, nie zobaczyłem żywego M, ale instynktownie wyczułem w pobliżu jego obecność. Gdy tylko wybiegłem na zewnątrz, zatrzymywałem każdą osobę, którą spotkałem. A więc wrócił. Wrócił. Wcale nie umarł. Odzyskał siły...

— Tak, w końcu jednak nie umarłem. — Był to głos M. Podniosłem głowę i zobaczyłem go żywego. Jego twarz promieniała witalnością i można było z niej wyczytać: Kto ci powiedział, że byłem chory? Spoglądając na mnie, uśmiechnął się przyjaźnie.

— Chodź. Wejdźmy do środka — położyłem rękę na jego ramieniu i zaprowadziłem go do salonu. — Co się u licha stało? — zapytałem. Spojrzał na mnie tępo. Nie potrafiłem wytłumaczyć swojego pytania.

— To znaczy... chciałem powiedzieć, że zmarli nie wracają do życia...

— Życie człowieka powinno kosztować jeden jeon i pięć li1.

Patrzyłem na niego w osłupieniu.

Zaczął wyjaśniać:

— Zrozumiesz, jeśli przeczytasz mój Dziennik myśli. W każdym razie powróciłem do żywych. Wyszedłem ze szpitala miesiąc temu i w tym czasie odbyłem bardzo przyjemną podróż. Teraz pojawiam się przed tobą z dwukrotnie większą siłą życiową niż poprzednio, prawda? Mimo to cena mojego wyzdrowienia to jeden jeon i pięć li... — Wręczył mi oryginalnie wyglądający manuskrypt — luźne kartki papieru z makulatury ze słabo widocznym pismem. Bardzo chciałem wiedzieć, co miał na myśli, więc chwyciłem rękopis i zacząłem czytać.

*

Moje życie: Dziennik myśli M

Myśl pierwsza

Znalazłem się na granicy wytrzymałości zmysłów. Chociaż nie czułem się szczególnie chory, moja rodzina nalegała, abym się zbadał. Bolał mnie żołądek i odczuwałem słabe napady mdłości, więc z wysiłkiem wciągnąłem swoje ciało na rikszę i udałem się do szpitala, który przypominał piekło na ziemi. Za każdym razem, gdy czarne koła rikszy przejeżdżały po kamieniach wyboistej drogi, jazda łagodziła silne skurcze żołądka, które powodowały, że wymioty podchodziły aż do gardła, a potem się cofały. Niebo wisiało nade mną nisko, jakbym patrzył na nie przez lornetkę. Było zarazem żółte jak pyłki kwiatów i ciemne jak popiół. Żółty kolor rozciągał się w nieskończoność. Wyglądało na to, że wydobywa się znad czubka mojej głowy. I wtedy pojawiła się jeszcze osobliwa, musztardowożółta chmura, która nabierała prędkości, jakby ścigała się z rikszą, zmierzając na południe. Jasnożółte słońce próbowało wyjrzeć zza chmury, ale bez względu na to, jak długo się w nie wpatrywałem, wisiało nade mną nieruchomo w ciemnoszarej mgle.

Jak na pochmurny wiosenny dzień, pogoda była całkiem dobra. Jednakże moim oczom dzień wydawał się ciemniejszy niż zimą. Słońce było mroczne, ale w mojej głowie panował jeszcze większy pomrok. Czułem się apatycznie i ociężale. Moja skóra była pozbawiona czucia, jakby całkowicie oddzieliła się od ciała i opinała je ciasno. Ciało zaś, utraciwszy kontakt z głową, rozciągnęło się bezwolnie na rikszy. Nudności nie ustawały. Byłoby lepiej, gdyby zamieniły się w wymioty, ale z przyczyn ode mnie niezależnych pozostawały nudnościami, nie opuszczając ciała. Kiedy splunąłem, ślina w ciągu kilku sekund ponownie wypełniła usta. Próbowałem powstrzymać mdłości i wtedy odczułem bulgotanie w żołądku, a potem zawroty głowy, które sprawiły, że poczułem się całkowicie otumaniony. Następnie ból dotarł do palców, wywołując skurcze.

— Umieram — zacząłem złorzeczyć i zamknąłem oczy. Po zaciśnięciu powiek i odcięciu zmysłów od świata zewnętrznego, straszny skurcz i nudności zamieniły się w ból. Nie wiem, dlaczego ból jest lepszy od skurczu. Ale mogłem wreszcie oddychać.

To jest to! Człowiek zamyka oczy i doświadcza przyjemności. Po rozważeniu tej myśli, która właściwie nie miała żadnego sensu, wziąłem głęboki wdech zanieczyszczonego powietrza. Dzwonek rikszy rozbrzmiewał ostrzegawczo, gdy ta toczyła się po nierównej i kamienistej nawierzchni, zmierzając gdzieś daleko, być może aż do Seocheonchuk2. Wsiadłem na rikszę o jedenastej trzydzieści rano, ale jeszcze nie słyszałem strzałów armatnich zwiastujących południe. Być może dlatego, że tak się czułem, jakby to był już wieczór. Chciałem zobaczyć, która jest godzina, ale odległość między ręką a zegarkiem w kieszeni wynosiła chyba kilkaset li3. Nie mogłem już tego znieść i otworzyłem oczy. Ludzie, którzy skoczyli na bok na dźwięk dzwonka rikszy, wyglądali jak stwory z baśni, tańczące w piekle dla boga podziemi.

— Ciekawe — mruknąłem do siebie. Nie wiem dlaczego, ale czułem się tak, jakby wszystkie stworzenia niebiańskie zstąpiły, by mnie połaskotać. Całe moje ciało ogarnęły drgawki. Każdy por skóry wydzielał mdły pot. Niepokój był przytłaczający do tego stopnia, że gdybym miał nóż, wyskoczyłbym z rikszy, aby dźgnąć i zabić tuzin ludzi.

Zapadłem na tę chorobę (tak tajemniczą, że nawet nieznaną lekarzom) dwa miesiące temu. Na początku nie chciałem jeść. Mój brzuch był ciągle wzdęty. Zjadłem trochę chleba, który powinien być pożywny, ale go zaraz zwróciłem. Mój brzuch wyglądał, jakby należał do kobiety w ciąży i przez kilka dni stopniowo puchnął. Przypominał wypolerowaną, dojrzałą czerwoną wiśnię. Gdyby ktoś nakłuł go igłą, sok wiśniowy wypłynąłby jak łzy z oczu. Ale moja twarz była całkowicie pozbawiona krwi, aż stała się żółta i ostatecznie niebieska, z wyjątkiem przekrwionych oczu. Głowa mi ciążyła – w końcu stała się moim punktem ciężkości. Ale od tego momentu głowa i ciało były już dwoma odrębnymi bytami. Od czasu do czasu zastanawiałem się, jak pozbyć się głowy. Całkowicie straciłem rozum. Pogrążałem się w chwilach skrajnego szczęścia lub czułem niekończące się przygnębienie, mieszając wydarzenia z moich marzeń na jawie z rzeczywistością. Zaprzyjaźniłem się nawet z kilkoma ważnymi postaciami historycznymi. Od czasu do czasu wracałem do rzeczywistości i choroby. Gęsia skórka pokrywała moje ciało i czułem, jakby zimna woda spływała mi po głowie, a niewytłumaczalny demoniczny strach wstrząsał moim umysłem. Jakiś lekarz albo inny medyk po zdiagnozowaniu mnie podawał mi zupełnie nieskuteczny proszek z wodą, nazywając to "lekarstwem".

Ostatecznie zrozumiałem, co mnie czeka: hospitalizacja. Jasnożółte niebo zakołysało się nade mną, jak gdyby lornetka zatrzęsła się w moich rękach. Droga wyglądała jak naznaczona śmiercią, a gdzieś daleko słyszałem przerażony głos. Nie mogłem dłużej znieść tych nudności, więc ponownie zamknąłem oczy. Riksza wiozła mnie dalej.

Przez zamknięte powieki prześwitywały promienie słońca, które zmieniały swój kolor na pomarańczowy i przedzierały się dalej wzdłuż nerwu wzrokowego w kierunku mózgu. Wreszcie przenikły do umysłu i drażniły go. Na huk południowego wystrzału otworzyłem oczy. Rikszarz opuścił pałąk i wysiadłem. Przede mną ukazał się piekielnie czerwony neon szpitala S. Po chwili ze straszliwym skowytem zostałem wessany do środka.

Myśl druga

Tu jest jak w piekle. Co za smutny widok. Nie do opisania.

— Uu-uu-uu... — Jęk bólu.

— Aaa, aaa... — Wycie w śmiertelnej agonii.

Kiedy na ulicy milknie hałaśliwy turkot tramwaju, ciszę sporadycznie przerywa gwizd przejeżdżającego pociągu. W promieniu dziesięciu li we wszystkich kierunkach rozchodzi się dźwięk przypominający przeraźliwe krzyki duchów. Roznosi się tak jakby jednocześnie nade mną, pode mną, obok mnie i dookoła mnie. Ach, jeśli to nie jest piekło, to już nie wiem, co to jest. Jeśli to nie są krzyki chorych zaatakowanych przez skorpiony, to co innego może to być? Nie potrafię powiedzieć, czy się boję, czy nie. Dygoczę. Tramwaj przejeżdża gwałtownie. Czuję jego drżenie.

Zgadza się. Odchodzę.

Niechybnie zmierzam ku śmierci. Naprzód, no dalej. Biegnij z całych sił. Jeśli wpadniesz na demona, uderz go. Diabeł jest niebieskim światłem. Swoim czerwonym światłem wymaż jego niebieski blask. Wtedy zmieni się w purpurowe światło i stanie się płomieniem.

— Aj, ratujcie mnie... — słychać krzyk z pobliskiej sali.

— Głupcze. Walcz z tym purpurowym płomieniem!

— Och... — znowu ktoś krzyczy.

Gdzieś musi być papieros. Zrywam się z łóżka i wlokę się przed siebie. Unoszę głowę w kierunku odbitego światła wpadającego z zewnątrz. Gryzę niedopałek papierosa i siadam w fotelu. Tytoń jest boski. Lekarze, którzy twierdzą, że jest niezdrowy, to idioci. To głupcy, którzy nie potrafią rozróżnić, co jest zdrowe, a co nie jest. Jeśli chodzi o sprawy zdrowotne, to istnieją dwa rodzaje zdrowia: zdrowie fizyczne i zdrowie psychiczne. Są sposoby na utrzymanie ciała w dobrej kondycji poprzez uwarunkowania psychiczne i fizyczne. Papierosy sprzyjają zdrowiu psychicznemu i nic nie mogę na to poradzić, ale tak już jest. Wdycham dym papierosowy głęboko do płuc i wydycham go cicho przez nos i usta, celując w policzki. Ktoś głośno ziewa. To taki rodzaj ziewania, który obudzi każdego żyjącego. Do moich uszu dochodzą przeraźliwe dźwięki.

— Och, och, och, och, umieram... Och...

Przed oczami ukazują mi się koszmarne zjawy. Na sąsiednim łóżku leży pacjent z rozłupaną czaszką. Krew spływa mu po policzku. Czaszkę i czoło ma owinięte gazą. Z brunatnej twarzy bez wyrazu wyzierają przekrwione oczy. Usta są lekko rozchylone. Zapadam się w sobie i znikam. Płaczę, ale moje usta się nie poruszają. Mój język skwierczy jak wrzący olej. Ból głowy sprawia wrażenie, jakby mózg był okryty kapeluszem wykonanym z dziesiątek tysięcy igieł.

Całe moje ciało drży.

Obok tamtego łóżka stoi osoba z amputowaną ręką. Poruszając się, ukrywa pod bandażem niewielki kikut ramienia. W następnym łóżku znajduje się pacjent bez nogi. A jeszcze dalej leży ktoś z perforacją żołądka. Słychać tu wszelkiego rodzaju krzyki. Krzyki przeklinające życie i żywych. Zostaliśmy zredukowani do kameralnego piekła - albo inaczej - sami zeszliśmy do niego.

— Umrzeć! — ktoś woła.

— Umieram... — woła inny, jakby w odpowiedzi.

Ale co to jest śmierć? Zastanawiam się. Śmierć jest brunatna. Czyż może być inna? Nie. Tylko brunatna. Chociaż nie ma sposobu, żeby się dowiedzieć. Zdaję sobie sprawę, jak źle jest z moją głową.

Śmierć jest brunatna. I... nie wiem, co jeszcze przyjdzie mi do głowy.

— Ach. Umrę, umrę. — Słyszę to z daleka. Mogłem przewidzieć ostateczny, straszny akt.

— Zabiję cię. Po prostu zaczekaj. To cię bardziej ukoi. — Pokuśtykałem z fotela, myśląc o scyzoryku znajdującym się wśród makulatury, którą przyniosłem ze sobą. Moje wizje są nadal niewyraźne. Jakieś brunatne filary. Białe ściany. A może czarne - nie, błękitne - wszystko przemienia się w ogromny bezkres. Czuję, że gdzieś spadam.

Zanim zdołałem dokończyć tę myśl, przed oczami pojawił mi się błysk, a potem usłyszałem huk. Upadłem w miejscu, gdzie stałem.

1 Jednostki monetarne. 1 won = 100 jeon, 1 jeon = 10 li.

2 Nazwa Indii z czasów koreańskiego królestwa Silla (668–935).

3 Jednostka długości, jeden li = 500 metrów.