Bałkany. Podróż w mniej znane - Aleksandra Zagórska-Chabros

Kup ebooka

39.90 zł
32.72 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na­sze wspo­mnie­nia

Po raz pierw­szy o szo­sie SH20 łą­czą­cej Ver­mosh z Hani i Ho­tit do­wie­dzie­li­śmy się od czwór­ki zna­jo­mych, któ­rzy po­szli w na­sze śla­dy i wy­bra­li się do Al­ba­nii w kwiet­niu. Bę­dąc tam w po­dob­nym cza­sie w 2012 r. mie­li­śmy prze­pięk­ną po­go­dę. Pod tym wzglę­dem zna­jo­mym się nie po­szczę­ści­ło. Przez więk­szość cza­su zma­ga­li się z ulew­ny­mi desz­cza­mi i ni­ski­mi tem­pe­ra­tu­ra­mi. Ale to, co im się uda­ło, to prze­jazd szo­są SH20. Wte­dy była to dro­ga szu­tro­wa. Ze wzglę­du na spo­rą licz­bę za­krę­tów, stro­mych pod­jaz­dów czy nie za­wsze sta­bil­ne pod­ło­że, moż­na ją było po­ko­nać tyl­ko te­re­no­wym au­tem. A ta­kie po­sia­da­li nasi zna­jo­mi. Kie­dy po po­wro­cie po­ka­za­li zdję­cia, to obo­je z Mar­kiem pa­dli­śmy z wra­że­nia. Za­chwy­ca­ją­ce Alpy Al­bań­skie, ogrom­ne prze­strze­nie, nie­co mrocz­ny kli­mat i dro­ga, któ­ra za­chwy­ca­ła nie­sa­mo­wi­tą lo­ka­li­za­cją. Wie­dzie­li­śmy, że na pew­no kie­dyś tam do­trze­my. Nie wie­dzie­li­śmy tyl­ko, kie­dy to na­stą­pi.

Oka­za­ło się jed­nak, że nie mu­sie­li­śmy dłu­go cze­kać. W Al­ba­nii bo­wiem tem­po zmian jest ogrom­ne, zwłasz­cza, je­śli cho­dzi o bu­do­wa­nie no­wych dróg lub re­mon­to­wa­nie sta­rych. W 2016 r. roz­po­czę­to in­ten­syw­ne pra­ce mo­der­ni­za­cyj­ne na szo­sie SH20. Pierw­szym eta­pem było wy­as­fal­to­wa­nie od­cin­ka od Je­zio­ra Szko­der­skie­go do miej­sco­wo­ści Ta­ma­rë. In­ter­net szyb­ko za­sy­pa­ły zdję­cia ser­pen­tyn scho­dzą­cych z prze­łę­czy Le­qet e Ho­tit w stro­nę do­li­ny rze­ki Cem. Na­szym głów­nym źró­dłem in­for­ma­cji na te­mat po­stę­pu prac był fa­ce­bo­oko­wy pro­fil Edie­go Ramy - al­bań­skie­go pre­mie­ra. Zresz­tą, je­śli chce­cie wie­dzieć, co się dzie­je w tym kra­ju, to na pew­no war­to do­dać tego po­li­ty­ka do ob­ser­wo­wa­nych. Po­nie­waż w tym sa­mym roku wy­bie­ra­li­śmy się do Al­ba­nii, od razu za­pla­no­wa­li­śmy prze­jazd od­da­nym do użyt­ku frag­men­tem tra­sy.

Nie­sa­mo­wi­te ser­pen­ty­ny scho­dzą­ce z prze­łę­czy Le­qet e Ho­tit

Efek­ty mo­der­ni­za­cji

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

Road trip, czy­li dro­ga jest ce­lem

Lu­dzie po­dró­żu­ją na róż­ne spo­so­by. De­cy­du­ją się na dłu­go­dy­stan­so­we pie­sze wę­drów­ki, by być bli­żej na­tu­ry. La­ta­ją sa­mo­lo­ta­mi, by do­trzeć w naj­bar­dziej od­le­głe za­kąt­ki glo­bu. Jeż­dżą na ro­we­rze, aby zmie­rzyć się z sa­mym sobą i wa­run­ka­mi at­mos­fe­rycz­ny­mi. Są też tacy, któ­rzy po pro­stu wsia­da­ją do auta i z jego per­spek­ty­wy po­zna­ją świat. We wszyst­kich tych przy­pad­kach cel jest je­den. Dro­ga. Pro­sta, mniej lub bar­dziej wy­bo­ista, peł­na za­krę­tów. Wi­do­ko­wa lub taka, gdy przez wie­le go­dzin po­dróż­ni­ko­wi to­wa­rzy­szy mo­no­to­nia kra­jo­bra­zu. Trud­niej­sza lub ła­twiej­sza. Nie­waż­ne więc, ja­kim środ­kiem lo­ko­mo­cji lub w jaki spo­sób się ją po­ko­nu­je, bo, jak traf­nie ujął to Tol­kien Nikt pra­wie nie wie, do­kąd go za­pro­wa­dzi dro­ga, póki nie sta­nie u celu.

Samo okre­śle­nie road trip uży­wa­ne jest w od­nie­sie­niu do mniej lub bar­dziej dłu­go­dy­stan­so­wych po­dró­ży, za­zwy­czaj sa­mo­cho­do­wych (ale rów­nież mo­to­cy­klo­wych). Prze­ciw­ni­cy tej for­my wska­zu­ją na jej sprzecz­ny z eko­lo­gią cha­rak­ter, gdyż przy­czy­nia się do wzro­stu za­nie­czysz­cze­nia po­wie­trza. Jej zwo­len­ni­cy jed­nak pod­kre­śla­ją, że daje dużą dozę wol­no­ści, unie­za­leż­nia od lo­kal­nych środ­ków trans­por­tu, po­zwa­la do­trzeć tam, gdzie nie się­ga ma­so­wa tu­ry­sty­ka. I do tej dru­giej gru­py za­li­cza­my się my.

My

Ruda (Olka) i Ma­rek. Je­ste­śmy mał­żeń­stwem, ale na­sza pierw­sza wspól­na po­dróż mia­ła miej­sce trzy lata przed ślu­bem. Od po­cząt­ku na­sze­go związ­ku wie­dzie­li­śmy, że bliż­sze i dal­sze wy­jaz­dy będą jego waż­nym ele­men­tem. Ja od dziec­ka by­łam zwią­za­na z gó­ra­mi, w któ­re naj­pierw za­bie­ra­li mnie ro­dzi­ce, a póź­niej wy­bie­ra­łam się sama (pa­nień­skie na­zwi­sko Za­gór­ska w koń­cu do cze­goś zo­bo­wią­zu­je). Ma­rek, od­kąd za­czął cho­dzić, nie mógł obyć się bez ro­we­ru. Prze­ro­dzi­ło się to w ogrom­ną pa­sję, jaką jest do­wn­hill (zjazd), któ­ry, siłą rze­czy, rów­nież wią­że się z gó­ra­mi. Tym sa­mym ni­g­dy nie mu­sie­li­śmy się kłó­cić o to, gdzie je­chać. Pro­blem "w góry, czy nad mo­rze" ni­g­dy nas nie do­ty­czył. W szcze­gól­no­ści, gdy w 2012 r. po­sta­no­wi­li­śmy wy­je­chać w mie­sięcz­ną po­dróż na Bał­ka­ny i tym sa­mym zwią­za­li­śmy nasz los z tym re­gio­nem.

Ruda i Ma­rek

Dla­cze­go Bał­ka­ny?

Bał­kań­ska hi­sto­ria każ­de­go z nas ma nie­co inny po­czą­tek. Moja za­czę­ła się sto­sun­ko­wo póź­no, bo w 2010 r. By­łam wte­dy na czwar­tym roku stu­diów, lecz bar­dziej od na­uki i po­zna­wa­nia za­gad­nień psy­cho­lo­gii in­te­re­so­wa­ły mnie góry. Od stycz­nia do grud­nia spę­dzi­łam w nich kil­ka mie­się­cy, włó­cząc się za­rów­no po pol­skich, jak i za­gra­nicz­nych szla­kach. We wrze­śniu pla­no­wa­łam kil­ku­dnio­wy trek­king w Al­pach z moim ów­cze­snym obiek­tem uczuć i wes­tchnień oraz jed­no-dwu­ty­go­dnio­wy wy­pad w góry Buł­ga­rii z przy­ja­cie­lem To­ma­szem. W dru­giej po­ło­wie sierp­nia oka­za­ło się, że z Alp nic nie wyj­dzie, a po­nie­waż To­masz szyb­ko wy­le­czył kon­tu­zję, któ­rej na­ba­wił się w trak­cie dłu­go­dy­stan­so­we­go trek­kin­gu, na­pi­sał do mnie pew­ne­go dnia: Hej rude, słu­chaj, może by­śmy wcze­śniej po­je­cha­li na te Bał­ka­ny?? I może na dłu­żej? Moja noga mie­wa się le­piej, mam jesz­cze urlop! Nie trze­ba mnie było dwa razy na­ma­wiać. W cią­gu ty­go­dnia za­ła­twi­li­śmy bi­le­ty do So­fii, ze­bra­li­śmy naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i 1 wrze­śnia wy­ru­szy­li­śmy w stro­nę Pół­wy­spu Bał­kań­skie­go. Przez pra­wie mie­siąc wę­dro­wa­li­śmy po gó­rach. Naj­pierw w pa­smach Riły i Pi­ry­nu w Buł­ga­rii, póź­niej w Pro­kle­ti­je, Bje­la­si­cy, Sin­ja­je­vi­ny i Dur­mi­to­ru w Czar­no­gó­rze. Pięk­no kra­jo­bra­zów, otwar­tość i go­ścin­ność miesz­kań­ców, pysz­ne je­dze­nie i nie­za­po­mnia­ne wi­do­ki spra­wi­ły, że obo­je za­ko­cha­li­śmy się w Bał­ka­nach od pierw­sze­go wej­rze­nia. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że re­gion ten wy­wrze ogrom­ny wpływ na moje ży­cie. W tam­tym cza­sie by­łam po pro­stu pod jego ogrom­nym wra­że­niem i wie­dzia­łam, że jesz­cze tam wró­cę. Nie wie­dzia­łam tyl­ko, kie­dy.

Ma­rek z Bał­ka­na­mi za­przy­jaź­nił się już jako dziec­ko. Wraz z ro­dzi­ca­mi po­je­chał dwu­krot­nie na wa­ka­cje do Chor­wa­cji tuż po tym, jak w kra­jach by­łej Ju­go­sła­wii za­koń­czy­ła się woj­na. Było to więc pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go stu­le­cia. Bał­ka­ny ko­ja­rzy­ły mu się z cie­płym mo­rzem, pły­wa­niem, piz­zą czy kem­pin­giem. W re­gion ten wró­cił do­pie­ro ze mną, kil­ka­na­ście lat póź­niej.

Jak da­le­ko Chor­wa­cji do Bał­ka­nów?

W tym miej­scu po­win­no się po­ja­wić małe wy­ja­śnie­nie, bo czy na­le­ży mó­wić, że Chor­wa­cja to Bał­ka­ny? Otóż, trzy­ma­jąc się ogól­nie przy­ję­tej wie­dzy na te­mat gra­nic re­gio­nu, trze­ba za­li­czyć do nie­go rów­nież ten kraj. Jed­nak za­rów­no miesz­kań­cy Chor­wa­cji, jak i or­ga­ni­za­cje tu­ry­stycz­ne zaj­mu­ją­ce się jej pro­mo­wa­niem, od­ci­na­ją się od okre­śla­nia "bał­kań­ski". Bał­ka­ny mają bo­wiem dość ne­ga­tyw­ne ko­no­ta­cje. Ko­ja­rzo­ne są z ty­glem, w któ­rym mie­sza­ją się na­cjo­na­li­stycz­ne dą­że­nia, gdzie do­cho­dzi do kon­flik­tów zbroj­nych. W Pol­sce Bał­ka­ny pa­mię­ta się przede wszyst­kim z cza­sów Ju­go­sła­wii, gdy pa­no­wał tam względ­ny do­bro­byt, lu­dzie mo­gli swo­bod­nie po­dró­żo­wać i ge­ne­ral­nie żyło im się le­piej, niż w na­szym kra­ju.

Chor­wa­cja to wciąż naj­po­pu­lar­niej­szy wa­ka­cyj­ny kie­ru­nek wśród Po­la­ków - cięż­ko zna­leźć ko­goś, kto ni­g­dy w tym kra­ju nie był. Trze­ba jed­nak przy­znać, że oso­by zwią­za­ne w róż­ny spo­sób z Bał­ka­na­mi zgod­nie twier­dzą, że w Chor­wa­cji naj­sła­biej czu­je się "bał­kań­skie­go du­cha". W du­żej mie­rze to kraj zdo­mi­no­wa­ny przez ma­so­wą tu­ry­sty­kę. Jest dro­go i tłocz­no, lecz pięk­ne kra­jo­bra­zy i cu­dow­ne mia­sta spra­wia­ją, że chęt­nych do spę­dze­nia tam wa­ka­cji nie bra­ku­je. I choć róż­ne jest po­dej­ście do tego pań­stwa, ja na po­trze­by tej książ­ki oraz pro­wa­dzo­ne­go prze­ze mnie blo­ga Chor­wa­cję za bał­kań­ską uzna­ję.

Na po­cząt­ku 2012 r. by­li­śmy parą z rocz­nym sta­żem. Ja w lu­tym obro­ni­łam pra­cę ma­gi­ster­ską na wy­dzia­le psy­cho­lo­gii i rzu­ci­łam pra­cę, któ­ra mnie fru­stro­wa­ła. Ma­rek w tym cza­sie pra­co­wał w skle­pie ro­we­ro­wym, jed­nak to za­ję­cie rów­nież za­czy­na­ło go iry­to­wać. Dla­te­go pod ko­niec mar­ca zło­żył wy­po­wie­dze­nie. Sie­dząc któ­re­goś wie­czo­ra przy grza­nym wi­nie, za­czę­łam snuć roz­wa­ża­nia o tym, jak­by to było cu­dow­nie "rzu­cić wszyst­ko" i po­je­chać na trzy-czte­ry ty­go­dnie na Bał­ka­ny. Po­cząt­ko­wo Ma­rek pod­cho­dził dość scep­tycz­nie do mo­ich ma­rzeń. Ale po pew­nym cza­sie było już po­sta­no­wio­ne: Je­dzie­my! Data wy­jaz­du na­rzu­ci­ła się sama - kwie­cień, śro­da, po Świę­tach Wiel­ka­noc­nych, któ­re mie­li­śmy spę­dzić w Wied­niu, z ra­cji chrztu cór­ki mo­jej ku­zyn­ki. Po­cząt­ko­wo pla­no­wa­li­śmy zjeź­dzić Bał­ka­ny au­to­sto­pem, jed­nak po roz­wa­że­niu wszyst­kich za i prze­ciw zde­cy­do­wa­li­śmy się spa­ko­wać wszyst­ko w na­sze małe, miej­skie auto i nim wła­śnie po­zna­wać ten je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju re­gion Eu­ro­py.

Noc­leg na pla­ży Pa­la­së

Dla­cze­go sa­mo­cho­dem?

Po­dró­że au­tem teo­re­tycz­nie nie na­le­żą do naj­bar­dziej eko­no­micz­nych. Przede wszyst­kim trze­ba mieć sa­mo­chód lub go wy­po­ży­czyć. Oprócz tego do­cho­dzi jesz­cze koszt pa­li­wa, ubez­pie­cze­nia, za­rów­no pod­sta­wo­we­go, jak i do­dat­ko­we­go (np. do­ty­czą­ce­go ho­lo­wa­nia na dłuż­szy dy­stans niż do naj­bliż­sze­go punk­tu na­praw; zie­lo­nej kar­ty) i ewen­tu­al­nych opłat za dro­gi. Nasi zna­jo­mi pa­trzy­li na nas z pew­nym nie­do­wie­rza­niem, że na Bał­ka­ny, ko­ja­rzo­ne głów­nie w dziu­ra­wy­mi i nie­bez­piecz­ny­mi dro­ga­mi, wy­bie­ra­my się na­szym ma­łym, miej­skim au­tem, ja­kim była Kia Pi­can­to. Szyb­ko jed­nak mia­ło się oka­zać, że w nie­wiel­kim sa­mo­cho­dzie tkwi duży po­ten­cjał, a na­sza Kian­ka sta­ła się swo­istym sym­bo­lem i bo­ha­ter­ką po­dró­ży.

Tak czy ina­czej, pla­nu­jąc wy­dat­ki, wie­dzie­li­śmy, że ich spo­rą część po­chło­nie ben­zy­na. Dla­te­go po­sta­no­wi­li­śmy za­osz­czę­dzić na in­nych aspek­tach po­dró­ży. Przede wszyst­kim na noc­le­gach. Za­pa­ko­wa­li­śmy oczy­wi­ście sprzęt bi­wa­ko­wy, ale po­nie­waż wy­bie­ra­li­śmy się na Bał­ka­ny w kwiet­niu, mu­sie­li­śmy się li­czyć z niż­szy­mi tem­pe­ra­tu­ra­mi (szcze­gól­nie w gó­rach) oraz z ka­pry­sa­mi po­go­dy. Dla­te­go też uzna­li­śmy, że bę­dzie­my rów­nież no­co­wać w sa­mo­cho­dzie. Wzglę­dem tego po­my­słu wszy­scy byli scep­tycz­ni, za­czy­na­jąc od na­szych ro­dzi­ców, a na zna­jo­mych koń­cząc. Jak chce­cie spać w Kii Pi­can­to? Prze­cież to nie­moż­li­we. My by­li­śmy in­ne­go zda­nia. W tym kon­kret­nym mo­de­lu sa­mo­cho­du sie­dze­nia z przo­du roz­kła­da­ły się nie­mal na pła­sko, co po­zwa­la­ło względ­nie wy­god­nie się na nich uło­żyć. Po­nie­waż je­stem niż­sza, mnie w udzia­le przy­pa­dło spa­nie po stro­nie kie­row­cy, w to­wa­rzy­stwie pe­da­łów i kie­row­ni­cy, Ma­rek zaś prze­sia­dał się na fo­tel pa­sa­że­ra.

Ge­ne­ral­nie, w trak­cie na­sze­go pra­wie mie­sięcz­ne­go wy­jaz­du, tyl­ko sie­dem nocy spę­dzi­li­śmy pod na­mio­tem, a dzie­więt­naś­cie w na­szym mi­ni­kam­pe­rze. Za ża­den noc­leg nie za­pła­ci­li­śmy, bo wy­bie­ra­li­śmy miej­sca "na dzi­ko", dzię­ki cze­mu cała po­dróż kosz­to­wa­ła oko­ło 3000 zł. Naj­wię­cej po­chło­nę­ło oczy­wi­ście pa­li­wo, któ­re w tam­tym okre­sie było na szczę­ście sto­sun­ko­wo ta­nie, choć i tak w 2012 r. jego ceny oscy­lo­wa­ły w oko­li­cy 5,20 zł za litr, czy­li były wyż­sze niż na przy­kład w 2019 r. Kian­ka nie pa­li­ła zbyt dużo, śred­nio 6-7 li­trów na 100 ki­lo­me­trów. Ale przy jej ma­łym baku mu­sie­li­śmy ją, tak czy ina­czej, czę­sto poić. Pod­su­mo­wu­jąc, w cza­sie na­szej pierw­szej, bał­kań­skiej wy­pra­wy prze­je­cha­li­śmy 6619 km na te­re­nie 10 państw, ko­rzy­sta­jąc je­dy­nie z dróg bez­płat­nych, czy­li omi­ja­jąc wszyst­kie au­to­stra­dy (wy­jąt­kiem była au­to­stra­da w Gre­cji, któ­rą do­je­cha­li­śmy w oko­li­ce Me­te­orów). W ten spo­sób udo­wod­ni­li­śmy, że po­dró­że sa­mo­cho­do­we wca­le nie mu­szą być bar­dzo dro­gie. W ko­lej­nych la­tach już tak bar­dzo nie oszczę­dza­li­śmy i po­zwa­la­li­śmy so­bie na noc­le­gi na kem­pin­gach czy w kwa­te­rach pry­wat­nych. Po­zos­ta­li­śmy jed­nak przy po­dró­ży au­tem, gdyż ten styl naj­bar­dziej przy­padł nam do gu­stu. Co wię­cej, Bał­ka­ny na road trip na­da­ją się wręcz ide­al­nie.

Naj­bar­dziej zna­na wi­do­ko­wa tra­sa na Bał­ka­nach - szo­sa P1 w Czar­no­gó­rze

W 2018 r. po­że­gna­li­śmy się z na­szą Kią Pi­can­to i w ze­spo­le po­wi­ta­li­śmy Da­cię Lo­gan (na­sze auta za­wsze trak­to­wa­liś­my i trak­tu­je­my jak człon­ków na­sze­go po­dróż­ni­cze­go te­amu, dla­te­go mają wła­sne imio­na: Kię Pi­cat­no na­zwa­li­śmy Kian­ką, na­to­miast na Da­cię Lo­gan mó­wi­my po pro­stu Lo­gan). Nie zde­cy­do­wa­li­śmy się na auto te­re­no­we. Lo­ga­na wy­bra­li­śmy głów­nie ze wzglę­du na duży ba­gaż­nik - po zło­że­niu sie­dzeń moż­na do nie­go bez wiel­kich kom­bi­na­cji za­pa­ko­wać cały nasz po­dróż­ni­czy do­by­tek i jesz­cze zo­sta­je dużo miej­sca na su­we­ni­ry! Choć Lo­gan au­tem te­re­no­wym nie jest, to za­li­czył już kil­ka tras, któ­re na­da­ją się ra­czej dla po­jaz­dów z na­pę­dem na czte­ry koła. Ale tak to już jest, gdy wła­ści­cie­le mają po­lot i fan­ta­zję. A ta nas cza­sa­mi po­no­si. Na szczę­ście, bez strat w lu­dziach i sprzę­cie. Praw­da jest jed­nak taka, że naj­więk­szym atu­tem Lo­ga­na jest fa­brycz­na in­sta­la­cja ga­zo­wa. Pew­nie więk­szość z was wie, że gaz jest wszę­dzie bar­dzo tani. Dzię­ki temu by­li­śmy w sta­nie jesz­cze bar­dziej zmniej­szyć wy­dat­ki na pa­li­wo.

O bał­kań­skich dro­gach słów kil­ka

Za­nim przej­dę do opi­sy­wa­nia uro­ków po­dró­żo­wa­nia po Bał­ka­nach, mu­szę roz­wiać pew­ne wąt­pli­wo­ści zwią­za­ne z dro­ga­mi w tej czę­ści Eu­ro­py. Wo­kół re­gio­nu krą­ży nie­ste­ty wie­le mi­tów i ste­reo­ty­pów, któ­re, mimo że mamy XXI w., wciąż wy­wie­ra­ją wpływ na lu­dzi i ich wy­bo­ry do­ty­czą­ce celu sa­mo­cho­do­wych po­dró­ży. Przy­ję­ło się, że "cy­wi­li­zo­wa­na" jest Chor­wa­cja, po­nie­waż po­sia­da nie­złą, lecz strasz­nie dro­gą sieć au­to­strad, na­to­miast resz­ta bał­kań­skich państw do jaz­dy wła­snym au­tem się nie na­da­je. Fakt, taka Czar­no­gó­ra w ogó­le au­to­strad nie po­sia­da (jesz­cze, bo bu­do­wa trwa!), a Bo­śnia i Her­ce­go­wi­na ma rap­tem po­je­dyn­cze, krót­kie od­cin­ki. Ale to nie ozna­cza, że po­zo­sta­łe dro­gi są nie­prze­jezd­ne. Wręcz prze­ciw­nie. Inna spra­wa, że mało kto bie­rze pod uwa­gę jed­ną kwe­stię. Pół­wy­sep Bał­kań­ski to w du­żej mie­rze te­re­ny gór­skie. Za­sta­nów­my się, jak wy­glą­da­ją gór­skie tra­sy w Pol­sce. Nie­ste­ty, nie za­wsze do­brze, gdyż dzia­ła­ją­ce tam wa­run­ki at­mos­fe­rycz­ne: śnieg, lód, spły­wa­ją­ca woda, po pro­stu nie wpły­wa­ją ko­rzyst­nie na ja­kość as­fal­tu. Ana­lo­gicz­nie jest na Bał­ka­nach. Nie wy­ma­gaj­my więc, by były re­mon­to­wa­ne po każ­dej zi­mie, sko­ro i w Pol­sce nie na­pra­wia się ich co roku (ewen­tu­al­nie łata się co więk­sze dziu­ry). Nie na­le­ży więc de­mo­ni­zo­wać ja­ko­ści dróg na Bał­ka­nach. Są lep­sze i gor­sze, węż­sze i szer­sze, mniej lub bar­dziej krę­te, ale przede wszyst­kim sza­le­nie wi­do­ko­we. To m.in. z ich po­wo­du od ośmiu lat re­gu­lar­nie wra­ca­my na Bał­ka­ny i to one będą głów­nym bo­ha­te­rem ni­niej­szej książ­ki.

Bał­kań­skie dro­gi by­wa­ją róż­ne, ale łą­czy je jed­no - spek­ta­ku­lar­ne wi­do­ki

Naj­pierw był jed­nak blog

Za­nim zde­cy­do­wa­łam się na na­pi­sa­nie książ­ki, stwo­rzy­łam blog. Bał­ka­ny we­dług Ru­dej po­wsta­ły pod ko­niec wrze­śnia 2013 r. Dość dłu­go nie mo­głam się zde­cy­do­wać, czy to aby do­bry po­mysł. Uwa­ża­łam, że nikt nie bę­dzie chciał czy­tać o re­gio­nie, o któ­rym chy­ba wszy­scy wszyst­ko wie­dzą i każ­dy go od­wie­dził. Dość szyb­ko oka­za­ło się, że by­łam w błę­dzie, bo­wiem w Pol­sce żyje mnó­stwo bał­ka­no­fi­lów oraz osób, któ­re z ja­kie­goś po­wo­du bały się wy­ru­szyć sa­mo­dziel­nie w tę część Eu­ro­py. Po prze­czy­ta­niu blo­go­wych ar­ty­ku­łów i za­in­spi­ro­wa­niu się na­szy­mi po­dró­ża­mi, zna­la­zły w so­bie od­wa­gę i mo­ty­wa­cję. W tym mo­men­cie mogę po­wie­dzieć o kil­ku­set oso­bach, któ­re wy­ru­szy­ły na­szym śla­dem. A ile tak na­praw­dę wy­bra­ło się na Bał­ka­ny dzię­ki lek­tu­rze blo­ga? Tego pew­nie nie do­wiem się ni­g­dy.

Po­cząt­ko­wo Ma­rek trak­to­wał blog jako moją nie­groź­ną fa­na­be­rię. Nie an­ga­żo­wał się w jego two­rze­nie i w za­sa­dzie go nie czy­tał, więc cza­sa­mi nasi zna­jo­mi le­piej orien­to­wa­li się w two­rzo­nych prze­ze mnie wpi­sach niż on. Ale po pew­nym cza­sie, gdy za­in­te­re­so­wa­nie wo­kół Bał­ka­nów we­dług Ru­dej oraz na­sza roz­po­zna­wal­ność wzro­sły, Ma­rek za­czął przy­go­to­wy­wać fil­my, sta­no­wią­ce uzu­peł­nie­nie re­la­cji tek­sto­wej i fo­to­gra­ficz­nej. Dzię­ki jego pa­sji nie tyl­ko blog, ale rów­nież książ­ka wzbo­ga­co­ne są o uję­cia z dro­na, któ­re od po­nad pię­ciu lat skrzęt­nie zbie­ra. Obec­nie pra­ca nad blo­giem jest na rów­ni moim, jak i jego za­ję­ciem. Ma­rek, oprócz przy­go­to­wy­wa­nia zdjęć i fil­mów, co ja­kiś czas pi­sze też ar­ty­ku­ły, głów­nie zwią­za­ne z jego ro­we­ro­wą i nar­ciar­ską pa­sją.

Skąd po­mysł na książ­kę?

Idea na­pi­sa­nia ni­niej­szej książ­ki po­wsta­ła kil­ka lat temu. Wie­dzia­łam od ja­kie­go te­ma­tu chcia­ła­bym za­cząć, a mia­no­wi­cie od naj­bar­dziej wi­do­ko­wych dróg na Pół­wy­spie Bał­kań­skim. Przez osiem lat wspól­nych po­dró­ży ze­bra­li­śmy cał­kiem spo­rą ko­lek­cję tras, któ­re ofe­ru­ją nie­za­po­mnia­ne wra­że­nia es­te­tycz­ne. Część z nich opi­su­ją prze­wod­ni­ki, a część jest wciąż mało zna­na. My od­wie­dzi­li­śmy i od­wie­dza­my za­rów­no jed­ne, jak i dru­gie. Nie­któ­re dro­gi prze­jeż­dża­li­śmy kil­ka­krot­nie, ze wzglę­du na ich wa­lo­ry wi­do­ko­we lub na­sze ulu­bio­ne miej­sca po­ło­żo­ne w po­bli­żu. W książ­ce zna­la­zły się więc tra­sy, któ­re wy­war­ły na nas naj­więk­sze wra­że­nie.

Jak ko­rzy­stać z książ­ki?

Książ­ka nie jest prze­wod­ni­kiem w po­wszech­nym ro­zu­mie­niu tego sło­wa, gdyż oprócz in­for­ma­cji prak­tycz­nych zna­la­zły się w niej na­sze wspo­mnie­nia, do­świad­cze­nia i hi­sto­rie zwią­za­ne z kon­kret­ną tra­są. Za­le­ża­ło mi na tym, aby po­ka­zać, jak cie­ka­wym do­świad­cze­niem jest po­dró­żo­wa­nie sa­mo­cho­dem, zwłasz­cza po tak róż­no­rod­nym re­gio­nie, ja­kim są Bał­ka­ny. A wszyst­ko po to, by za­chę­cić was, Dro­dzy Czy­tel­ni­cy, do za­pla­no­wa­nia sa­mo­dziel­nych wy­praw w tę część Eu­ro­py.

Oprócz tego w każ­dym roz­dzia­le znaj­dzie­cie: spe­cy­fi­kę tra­sy (jej dłu­gość, po ja­kim te­re­nie pro­wa­dzi itp.); cie­ka­we miej­sca przy tra­sie, któ­re war­to zo­ba­czyć; naj­bar­dziej wi­do­ko­we punk­ty; re­ko­men­do­wa­ne przez nas miej­sca noc­le­go­we (na dzi­ko, na kem­pin­gach, je­śli ta­ko­we wy­stę­pu­ją w oko­li­cy, oraz w ho­te­lach/pen­sjo­na­tach), oraz lo­ka­li­za­cję sta­cji ben­zy­no­wych. Pod­po­wia­da­my rów­nież, o ja­kiej po­rze dnia i roku naj­le­piej prze­je­chać daną tra­sę, a tak­że, jaki jest jej po­ziom trud­no­ści. Wszyst­ko po to, by uła­twić wam wy­bór oraz ukła­da­nie pla­nu bał­kań­skie­go road tri­pu.

Uwa­ga! Po­nie­waż obo­je jeź­dzi­my na ro­we­rach, nie mo­głam za­po­mnieć o tych, któ­rzy chcie­li­by eks­plo­ro­wać Bał­ka­ny z per­spek­ty­wy dwóch kó­łek. Przy każ­dej tra­sie zna­la­zły się za­tem ad­no­ta­cje, czy na­da­je się dla ro­we­rzy­stów pod ką­tem bez­pie­czeń­stwa i kom­for­tu jaz­dy. Bra­łam głów­nie pod uwa­gę na­tę­że­nie ru­chu, sze­ro­kość dro­gi oraz jej na­chy­le­nie, czy­li wszyst­kie te ele­men­ty, któ­re wpły­wa­ją na ja­kość prze­miesz­cza­nia się nią róż­nych ty­pów po­jaz­dów, a przede wszyst­kim ich wy­mi­ja­nia, z za­cho­wa­niem od­po­wied­niej od­le­gło­ści. Za­tem je­śli pla­nu­je­cie ro­we­ro­wą wy­pra­wę po Bał­ka­nach, ta książ­ka rów­nież jest dla was.

Bał­ka­ny fa­scy­nu­ją i za­chwy­ca­ją

Do Al­ba­nii po raz pierw­szy po­je­cha­li­śmy w 2012 r. Była to spon­ta­nicz­na de­cy­zja, po­dyk­to­wa­na kiep­ski­mi wa­run­ka­mi po­go­do­wy­mi w in­nych czę­ściach Pół­wy­spu Bał­kań­skie­go. Uzna­li­śmy, że im da­lej na po­łu­dnie do­trze­my, tym wię­cej po­win­ni­śmy mieć słoń­ca. I fak­tycz­nie tak było. Al­ba­nia ura­czy­ła nas wspa­nia­łą aurą oraz nie­za­po­mnia­ny­mi wra­że­nia­mi. Po­do­ba­ło nam się ab­so­lut­nie wszyst­ko. Od wi­do­ków po cha­os pa­nu­ją­cy na dro­gach, bun­kry, kon­tra­sty i spe­cy­ficz­ną ar­chi­tek­tu­rę miast. Rok póź­niej, gdy pod­ję­łam de­cy­zję o stwo­rze­niu blo­ga po­świę­co­ne­go Bał­ka­nom, za­czę­ły pi­sać do mnie oso­by, któ­re dzię­ki nam od­wa­ży­ły się po­je­chać do Al­ba­nii. W tam­tym cza­sie by­li­śmy jed­ny­mi z pierw­szych, któ­rzy po­ka­za­li, że do tego bał­kań­skie­go kra­ju moż­na wy­brać się zwy­kłym, ma­łym, miej­skim au­tem i bez więk­szych pro­ble­mów eks­plo­ro­wać naj­cie­kaw­sze za­kąt­ki. Przez pe­wien czas po­ku­to­wa­ło bo­wiem prze­ko­na­nie, że je­śli do Al­ba­nii - to tyl­ko sa­mo­cho­dem z na­pę­dem na czte­ry koła. W in­ter­ne­cie peł­no było mro­żą­cych krew w ży­łach opi­sów nie­bez­piecz­nych, strasz­nych, trud­nych al­bań­skich dróg. Kie­dy je­cha­li­śmy tam po raz pierw­szy, na szczę­ście nie zna­li­śmy tych opi­nii. Głów­nie dla­te­go, że pla­nu­jąc po­dróż, nie za­kła­da­li­śmy, że tra­fi­li­śmy do Al­ba­nii. Choć może nie do koń­ca tak było. Za­bra­li­śmy w koń­cu prze­wod­nik po tym kra­ju oraz mapę. Obie te rze­czy po­ży­czy­li­śmy od zna­jo­mych. Nie mie­li­śmy jed­nak cza­su, by prze­czy­tać choć­by pół stro­ny. Ro­bi­li­śmy to na bie­żą­co, w trak­cie po­by­tu. W efek­cie nie do koń­ca wie­dzie­li­śmy, cze­go mo­że­my się spo­dzie­wać po tym kra­ju. Ale z dru­giej stro­ny, może to do­brze. Dzię­ki temu po­de­szli­śmy do nie­go bez uprze­dzeń czy ocze­ki­wań. Da­li­śmy się po­nieść al­bań­skim dro­gom i bez­dro­żom, do­cie­ra­jąc do wie­lu za­chwy­ca­ją­cych miejsc. Po mie­sią­cu na Bał­ka­nach, z cze­go więk­szość cza­su po­świę­ci­li­śmy na Al­ba­nię wła­śnie, wró­ci­li­śmy do Pol­ski na­ła­do­wa­ni po­zy­tyw­ny­mi emo­cja­mi. Wszyst­kim za­czę­li­śmy opo­wia­dać, jaki to nie­sa­mo­wi­ty kraj. Po­cząt­ko­wo nie bra­ko­wa­ło scep­ty­ków. Ale ci, któ­rzy nam za­ufa­li i wy­bra­li się do Al­ba­nii, byli za­chwy­ce­ni. I sami wra­ca­li tam jesz­cze nie raz.

Al­ba­nia urze­kła nas dzi­ko­ścią i wi­do­ka­mi

Przez ko­lej­ne lata od­wie­dza­li­śmy Al­ba­nię dość re­gu­lar­nie. Dzię­ki temu mo­gli­śmy ob­ser­wo­wać, jak bar­dzo się zmie­nia. Oczy­wi­ście, nie wszyst­kie te zmia­ny były i są po­zy­tyw­ne. Mam na my­śli m.in. bu­do­wa­nie ho­te­li czy ośrod­ków wy­po­czyn­ko­wych w miej­scach, któ­re do nie­daw­na były dzi­kie i trud­no do­stęp­ne. Po­nad­to Al­ba­nia wciąż bo­ry­ka się z wie­lo­ma pro­ble­ma­mi wy­ni­ka­ją­cy­mi z jej hi­sto­rii. Dłu­gie lata izo­la­cji, ja­kie za­wdzię­cza sza­lo­ne­mu po­my­sło­wi Enve­ra Ho­dży, któ­ry w ubie­głym stu­le­ciu po­sta­no­wił od­ciąć ją w za­sa­dzie od ca­łe­go świa­ta, po­zo­sta­wi­ły wy­raź­ne pięt­no. I nie tyl­ko be­to­no­we bun­kry mam na my­śli. Wy­so­ka sto­pa bez­ro­bo­cia czy brak per­spek­tyw roz­wo­jo­wych spra­wia, że mło­dzi lu­dzie wolą emi­gro­wać, a do ro­dzin­ne­go kra­ju wpa­dać je­dy­nie na wa­ka­cje. Jed­nak to dzię­ki tu­ry­sty­ce Al­ba­nia roz­kwi­ta. Z roku na rok od­wie­dza ją co­raz wię­cej osób, na któ­re cze­ka dzie­wi­cza przy­ro­da, cie­ka­we za­byt­ki i za­chwy­ca­ją­ce wi­do­ki. Za­ple­cze ho­te­lo­we i ga­stro­no­micz­ne może nie jest jesz­cze ide­al­ne, ale i w tej ma­te­rii wi­dać pe­wien po­stęp. Przede wszyst­kim jed­nak Al­bań­czy­cy moc­no in­we­stu­ją w dro­gi. Ich sieć nie tyl­ko roz­bu­do­wa­no, ale tak­że zmo­der­ni­zo­wa­no te ist­nie­ją­ce. Nie zmie­nia to fak­tu, że wciąż moż­na tra­fić na szo­sy, któ­re wy­ma­ga­ją dużo sa­mo­za­par­cia i sil­nych ner­wów. Pa­mię­tam, jak w 2012 r. po­sta­no­wi­li­śmy po­je­chać "skró­tem", po­mię­dzy oko­li­ca­mi Ve­li­po­ji a Shën­gji­ni. 20-ki­lo­me­tro­wy od­ci­nek po­ko­ny­wa­li­śmy przez pół­to­rej go­dzi­ny. I nie mie­li­śmy wca­le pew­no­ści, czy do­trze­my do celu. Po­trak­to­wa­li­śmy to jed­nak jako przy­go­dę oraz na­ucz­kę na przy­szłość, by trzy­mać się głów­niej­szych dróg. Wte­dy jesz­cze po­dró­żo­wa­li­śmy w try­bie slow tra­vel, więc stra­ta cza­su nie była dla nas zbyt bo­le­sna i od­czu­wal­na.

Kwin­te­sen­cja al­bań­skich wi­do­ków - bun­kier, pla­ża, mo­rze

Praw­da jest też taka, że Al­ba­nia na­uczy­ła nas cier­pli­wo­ści. Choć tak na­praw­dę całe Bał­ka­ny jej uczą, bo ży­cie to­czy się tam w in­nym ryt­mie, niż je­ste­śmy do tego przy­zwy­cza­je­ni. Czło­wiek szyb­ko wy­ra­bia w so­bie na­wyk, by się nie przej­mo­wać, je­śli ja­kiś plan le­gnie w gru­zach z po­wo­du nie­ocze­ki­wa­ne­go re­mon­tu dro­gi, jej za­blo­ko­wa­nia, zmian go­dzin otwar­cia ja­kiejś atrak­cji tu­ry­stycz­nej itd. Wzru­sza ra­mio­na­mi i szu­ka in­ne­go spo­so­bu do­tar­cia lub in­ne­go celu. Ja­sne, cza­sa­mi bywa to fru­stru­ją­ce. Ale z dru­giej stro­ny, je­śli nie mamy na coś wpły­wu, to po co się tym stre­so­wać? Im dłu­żej po­dró­żu­je­my po Bał­ka­nach, tym mniej rze­czy nas za­ska­ku­je.

Mam też świa­do­mość, że Al­ba­nia nie jest dla każ­de­go. Kraj ten po­tra­fi wzbu­dzać skraj­ne emo­cje. Ale żeby wy­ro­bić so­bie o nim opi­nię, trze­ba tam po­je­chać. Je­śli jesz­cze w Al­ba­nii nie by­li­ście, to pew­nie część z was wró­ci stam­tąd za­chwy­co­na, a część stwier­dzi "Ni­g­dy wię­cej!". I ja to sza­nu­ję, bo w koń­cu każ­dy z nas jest inny i każ­de­mu po­do­ba się co in­ne­go.

Za­rów­no ja, jak i Ma­rek, uwiel­bia­my Al­ba­nię i za­wsze bę­dzie­my mieć do niej ogrom­ny sen­ty­ment. To tam się za­rę­czy­li­śmy. To w Al­ba­nii spę­dza­li­śmy ostat­nie­go przed ślu­bem syl­we­stra 2014/2015. To chy­ba tam spo­tka­ło nas naj­wię­cej nie­zwy­kłych przy­gód. W Al­ba­nii ni­g­dy się nie nu­dzi­li­śmy. I chy­ba dla­te­go za­wsze chęt­nie tam wra­ca­my. Szcze­gól­nie, że wciąż jest kil­ka miejsc, do któ­rych z róż­nych wzglę­dów nie uda­ło nam się do­trzeć. Zresz­tą, w Al­ba­nii czu­je­my się tro­chę jak w du­żym, nie­co zwa­rio­wa­nym domu, gdzie zna­my wie­le ką­tów i mniej wię­cej wie­my, cze­go się spo­dzie­wać. Kie­dy przez dłuż­szy czas nie mo­że­my jej od­wie­dzić, to au­ten­tycz­nie za nią tę­sk­ni­my.

Al­ba­nia to nie tyl­ko mo­rze, ale przede wszyst­kim wspa­nia­łe góry

W ko­lej­nych trzech roz­dzia­łach przed­sta­wi­my trzy, na­szym zda­niem, naj­cie­kaw­sze i naj­pięk­niej­sze dro­gi w tym kra­ju. Oczy­wi­ście, nie wy­czer­pu­ją one te­ma­tu, bo z ra­cji ukształ­to­wa­nia te­re­nu Al­ba­nia ofe­ru­je mnó­stwo tras, z któ­rych roz­cią­ga­ją się fe­no­me­nal­ne wi­do­ki. Dla wie­lu osób naj­bar­dziej wi­do­ko­wą dro­gą w tym kra­ju jest szo­sa SH21 do The­thi. Nie zde­cy­do­wa­łam się jej opi­sać z dwóch po­wo­dów. Po pierw­sze, nie wy­wo­ła­ła ona u nas aż ta­kiej eks­cy­ta­cji. Ow­szem, wi­do­ki na Alpy Al­bań­skie są mo­men­ta­mi ład­ne, ale spo­ra część dro­gi (od pół­noc­nej stro­ny) wie­dzie przez las i w trak­cie jaz­dy oglą­da się głów­nie drze­wa. Po dru­gie, do tej pory wy­as­fal­to­wa­ny był frag­ment szo­sy do prze­łę­czy Qafe e Ter­tho­res, ale stan dro­gi do sa­me­go The­thi po­zo­sta­wiał wie­le do ży­cze­nia. Po­ko­na­li­śmy ją wpraw­dzie na­szą Kią Pi­can­to i wi­dzie­li­śmy rów­nież ro­dzi­nę po­dró­żu­ją­cą To­yo­tą Prius. Tra­fi­li­śmy też jed­nak na eki­pę, któ­ra prze­dziu­ra­wi­ła na wy­sta­ją­cym ka­mie­niu mi­skę ole­jo­wą. Więc, jak wi­dać, nie była to tra­sa dla każ­de­go. Jed­nak z do­cie­ra­ją­cych w ostat­nim cza­sie in­for­ma­cji wy­ni­ka, że do­ce­lo­wo rów­nież od­ci­nek z prze­łę­czy do The­thi ma zo­stać wy­as­fal­to­wa­ny. Zna­jąc Al­bań­czy­ków, na­stą­pi to wkrót­ce. Tak czy ina­czej, naj­pierw sama, a póź­niej po kon­sul­ta­cjach z Mar­kiem uzna­łam, że wolę skon­cen­tro­wać się na in­nych dro­gach w tym kra­ju. Każ­da z nich ofe­ru­je nie­za­po­mnia­ne wra­że­nia wi­zu­al­ne i po­zwa­la nie­co le­piej po­znać Al­ba­nię. A chy­ba o to cho­dzi w kla­sycz­nych road tri­pach?

Na­sze wspo­mnie­nia

Tra­sę SH8 po raz pierw­szy prze­by­li­śmy w 2012 r. i w za­sa­dzie pod­czas każ­de­go ko­lej­ne­go wy­jaz­du rów­nież ją od­wie­dza­li­śmy. Dla­cze­go? Od­po­wiedź jest bar­dzo pro­sta. Otóż prze­bie­ga ona wzdłuż naj­bar­dziej wi­do­ko­we­go frag­men­tu al­bań­skie­go wy­brze­ża, obej­mu­ją­ce­go m.in. prze­łęcz Llo­ga­rę czy Al­bań­ską Ri­wie­rę. Daje moż­li­wość zaj­rze­nia na wie­le ma­low­ni­czych plaż oraz do przy­jem­nych miej­sco­wo­ści. Cały re­gion to wiel­ki kom­pro­mis mię­dzy mo­rzem a gó­ra­mi. Jak w tym dow­ci­pie o pa­rze, któ­ra przy­cho­dzi do psy­cho­te­ra­peu­ty, bo nie może dojść do po­ro­zu­mie­nia w spra­wie wa­ka­cyj­ne­go kie­run­ku. Ona chce nad mo­rze, on w góry. Te­ra­peu­ta chwi­lę się za­sta­na­wia, po czym stwier­dza: "Jedź­cie do Chor­wa­cji". Praw­da jest taka, że rów­nież w Al­ba­nii by im się spodo­ba­ło. Co wię­cej, są­dzę, że by­li­by za­chwy­ce­ni.

No do­brze, tyle ty­tu­łem wstę­pu, te­raz przejdź­my do wspo­mnień z tej tra­sy. Mniej wię­cej w po­ło­wie na­sze­go mie­sięcz­ne­go wy­jaz­du, w kwiet­niu 2012 r., prze­mie­rza­li­śmy Al­ba­nię. Za­sad­ni­czo, jak wspo­mnia­łam, nie pla­no­wa­li­śmy jej od­wie­dzić, ale kiep­ska po­go­da w in­nych czę­ściach Pół­wy­spu Bał­kań­skie­go spra­wi­ła, że je­cha­li­śmy co­raz da­lej na po­łu­dnie. Przed prze­kro­cze­niem czar­no­gór­sko-al­bań­skiej gra­ni­cy wie­dzie­li­śmy o Al­ba­nii trzy rze­czy: gdzie się znaj­du­je, że są w niej bun­kry, a jej sto­li­cą jest Ti­ra­na. Nie mie­li­śmy zie­lo­ne­go po­ję­cia, cze­go się spo­dzie­wać, ani co może nas spo­tkać.

Pod ko­niec kwiet­nia kie­ro­wa­li­śmy się z Ti­ra­ny w stro­nę po­łu­dnio­we­go wy­brze­ża.

Vlo­ra - po­czą­tek opi­sy­wa­nej tra­sy

Al­bań­skie dro­gi - pierw­sze wra­że­nia

Na­szym pierw­szym ce­lem była Vlo­ra, do któ­rej czę­ścio­wo wie­dzie au­to­stra­da. Jesz­cze tego sa­me­go dnia w moim dzien­ni­ku po­dró­ży za­pi­sa­łam: Ża­łu­ję, że przed wjaz­dem na au­to­stra­dę nie zro­bi­łam zdję­cia ta­bli­cy, któ­ra in­for­mu­je o za­sa­dach ja­kie na niej obo­wią­zu­ją (m.in. kto może, a kto nie może po­ru­szać się po niej), a na­stęp­nie nie uwiecz­ni­łam tego, co tam się rze­czy­wi­ście dzia­ło. Bo­wiem naj­pierw na­szym oczom uka­za­ła się ga­lo­pu­ją­ca przez au­to­stra­dę kro­wa. Dzię­ki temu, gdy póź­niej mu­sie­li­śmy wy­mi­jać sta­do kóz i owiec, nie zro­bi­ło to na nas wiel­kie­go wra­że­nia. Pas awa­ryj­ny słu­ży w Al­ba­nii do po­ru­sza­nia się pod prąd, sprze­da­ży wsze­la­kich pro­duk­tów, głów­nie spo­żyw­czych, oraz do spo­tkań to­wa­rzy­skich. Pie­si uwiel­bia­ją prze­bie­gać z jed­nej stro­ny au­to­stra­dy na dru­gą. Gość na ro­we­rze, trak­tor, wóz dra­bi­nia­sty, osio­łek na spa­ce­rze? Na al­bań­skiej au­to­stra­dzie wszyst­ko do­zwo­lo­ne. Oczy­wi­ście tam rów­nież moż­na spo­tkać spo­ro po­li­cyj­nych pa­tro­li, jed­nak nie przej­mu­ją się zbyt­nio tym, co się wo­kół nich wy­pra­wia. Z dru­giej stro­ny, jak wle­pić man­dat kro­wie?

Szo­sa SH8 za­czy­na się w Fier. Stam­tąd pro­wa­dzi do Vlo­ry i da­lej do Sa­ran­dy. Nie­wąt­pli­wie dro­ga ta uzna­wa­na jest za jed­ną z bar­dziej wi­do­ko­wych nie tyl­ko w Al­ba­nii, ale rów­nież na ca­łym Pół­wy­spie Bał­kań­skim. Z Vlo­ry po­cząt­ko­wo wie­dzie wzdłuż wy­brze­ża, wśród licz­nych, przy­kle­jo­nych do gór­skie­go zbo­cza ho­te­li. La­tem od­ci­nek ten czę­sto się kor­ku­je i jaz­da nim póź­nym po­po­łu­dniem lub w week­en­dy nie na­le­ży do przy­jem­nych. Oprócz po­dzi­wia­nia ko­lej­nych ho­te­li, któ­rych ar­chi­tek­tu­ra jest moc­no za­sta­na­wia­ją­ca, moż­na do­strzec w od­da­li pół­wy­sep Ka­ra­bu­run.

Ko­lej­nym waż­nym mia­stem przy tra­sie jest Ori­kum. W po­rów­na­niu ze swą więk­szą ko­le­żan­ką - Vlo­rą, to dość sen­ne mia­stecz­ko, któ­re sły­nie z bazy ma­ry­nar­ki wo­jen­nej oraz po­ło­żo­nych na jej te­re­nie an­tycz­nych ruin, w du­żej mie­rze znaj­du­ją­cych się pod wodą. Dziw­nym tra­fem wie­le pol­skich prze­wod­ni­ków twier­dzi­ło, że moż­na do nich do­trzeć ja­kąś ścież­ką przez łąkę, kom­plet­nie nie wspo­mi­na­jąc o ota­cza­ją­cym je ze wszyst­kich stron woj­sko­wym te­re­nie.

Zjazd z prze­łę­czy Llo­ga­ra

Nasz raj na zie­mi

Za Ori­kum dro­ga za­czy­na się po­wo­li wspi­nać po zbo­czach gór, czę­ścio­wo ska­li­stych, a czę­ścio­wo po­ro­śnię­tych la­sem. Po kil­ku więk­szych ser­pen­ty­nach oraz po mi­nię­ciu so­sny, któ­rej ko­ro­na ukła­da się w kształt dwu­gło­we­go orła z al­bań­skiej fla­gi (po­do­bień­stwo uda­ło nam się za­uwa­żyć do­pie­ro po na­praw­dę dłuż­szej ob­ser­wa­cji), do­cie­ra się na prze­łęcz. Otwie­ra się wi­dok na Mo­rze Joń­skie, ma­ja­czą­ce na ho­ry­zon­cie Kor­fu, po­szar­pa­ną li­nię brze­go­wą oraz ośnie­żo­ny na wio­snę szczyt góry Çika. Kie­dy przy­je­cha­li­śmy tam po raz pierw­szy, dłuż­szą chwi­lę obo­je nie wie­dzie­li­śmy, co po­wie­dzieć. Spo­dzie­wa­li­śmy się, że prze­łęcz bę­dzie wi­do­ko­wa, ale chy­ba nie, że aż tak. Nie dzi­wi nas fakt, że sto­ją­ca tu re­stau­ra­cja nosi na­zwę Pa­no­ra­ma. Po­ni­żej, przy dro­dze, znaj­du­ją się jesz­cze dwa punk­ty wi­do­ko­we. Pierw­szy z nich zo­stał nie­daw­no zmo­der­ni­zo­wa­ny i z jego oko­lic star­tu­ją pa­ra­lot­nia­rze. Moż­na wy­ku­pić so­bie lot w tan­de­mie, a chęt­nych nie bra­ku­je, o czym świad­czą tłu­my, ja­kie za­sta­li­śmy tam w 2016 r. Na­wet nie uda­ło się nam za­par­ko­wać, gdyż pa­no­wa­ło spo­re za­mie­sza­nie. Dla­te­go dużo bar­dziej lu­bi­my za­trzy­my­wać się nie­co ni­żej, przy zruj­no­wa­nym bu­dyn­ku, któ­re­go fa­sa­dę czę­ścio­wo po­kry­wa mniej lub bar­dziej uda­ne graf­fi­ti. Zo­ba­czyć moż­na stam­tąd, jak na dło­ni, na­sze ulu­bio­ne - chy­ba w ca­łej Al­ba­nii - miej­sce, czy­li pla­żę Pa­la­së (zwa­ną rów­nież Dhra­leo), któ­re od po­cząt­ku na blo­gu funk­cjo­no­wa­ła pod na­zwą Na­sza Dzi­ka Pla­ża. Za­wi­ta­li­śmy tam już w 2012 r. w dość przy­pad­ko­wy spo­sób. Po pro­stu szu­ka­li­śmy do­god­ne­go miej­sca na dzi­ki noc­leg i w trak­cie zjaz­du z Llo­ga­ry wy­pa­trzy­li­śmy ją oraz pro­wa­dzą­cą do niej dro­gę. Zjazd na pla­żę znaj­du­je się za­raz po tym, gdy koń­czą się ser­pen­ty­ny scho­dzą­ce z prze­łę­czy. W 2012 r. dro­ga była szu­tro­wo-ka­mie­ni­sta, przez co dość wy­ma­ga­ją­ca, w szcze­gól­no­ści dla ma­łe­go, miej­skie­go auta, jak na­sza Kia Pi­can­to. Stro­ma, wy­bo­ista, peł­na luź­nych, mniej­szych lub więk­szych ka­mie­ni. Dzię­ki zdol­no­ściom Mar­ka, jako kie­row­cy, bez więk­szych pro­ble­mów uda­ło nam się na pla­żę do­je­chać. W 2012 r. była miej­scem ab­so­lut­nie dzi­kim i za­chwy­ci­ła nas od pierw­szych se­kund, ja­kie tam spę­dzi­li­śmy. Czy­ste, cie­płe, jak na kwie­cień, mo­rze. Piasz­czy­sto-ka­mie­ni­sta pla­ża. Wi­dok na grec­kie wy­spy. Dwu­ty­sięcz­ni­ki za na­szy­mi ple­ca­mi. Czy moż­na chcieć cze­goś wię­cej do peł­ni szczę­ścia?

Oka­za­ło się, że Pa­la­së jest też cał­kiem do­brą bazą wy­pa­do­wą na spa­cer po oko­li­cy. Kie­ru­jąc się w stro­nę po­łu­dnio­wą, idąc wzdłuż wy­brze­ża, po oko­ło 40 mi­nu­tach do­cie­ra się do Gji­le­kë. W trak­cie wę­drów­ki trze­ba przejść po­mię­dzy ska­ła­mi lub bez­po­śred­nio po nich. Ist­nie­je rów­nież nie­co okręż­na tra­sa, któ­ra omi­ja ten od­ci­nek, i za­zwy­czaj wy­bie­ra­my ją w dro­dze po­wrot­nej. W Gji­le­kë naj­bar­dziej lu­bi­my wy­jąt­ko­wo fo­to­ge­nicz­ne skal­ne okno, z któ­re­go roz­cią­ga się wi­dok na pla­żę w tej miej­sco­wo­ści. Gdy wyj­rze­li­śmy przez nie w 2012 r., zo­ba­czy­li­śmy opa­la­ją­ce się na pla­ży i ta­pla­ją­ce się w mo­rzu kro­wy. Był kwie­cień i kra­su­le były je­dy­ny­mi pla­żo­wicz­ka­mi. W se­zo­nie jed­nak Gji­le­kë cie­szy się spo­rą po­pu­lar­no­ścią. To gwar­ny ku­rort, któ­ry upodo­ba­li so­bie głów­nie mło­dzi lu­dzie. Pa­nu­je tu luź­na, nie­zo­bo­wią­zu­ją­ca at­mos­fe­ra, a noc­ne ży­cie dość moc­no pod­krę­ca­ją tam­tej­sze dys­ko­te­ki.

Wi­dok na pla­żę po­ni­żej prze­łę­czy Llo­ga­ra i szo­sy SH8

Na ca­łej dłu­go­ści szo­sa SH8 ofe­ru­je nie­za­po­mnia­ne wi­do­ki

W trak­cie na­szej pierw­szej wi­zy­ty w Al­ba­nii od­wie­dzi­li­śmy Na­szą Dzi­ką Pla­żę aż dwa razy. Od­wle­ka­li­śmy opusz­cze­nie tego kra­ju ze wzglę­du na pew­niej­szą niż w in­nych czę­ściach Pół­wy­spu Bał­kań­skie­go po­go­dę. I co tu dużo mó­wić, sama pla­ża wy­war­ła na nas ogrom­ne wra­że­nie, po­czu­li­śmy się na niej jak w na­szym oso­bi­stym, ma­łym raju. Przed jej osta­tecz­nym opusz­cze­niem w 2012 r. sie­dzie­li­śmy, pa­trząc na za­chód słoń­ca, roz­ma­wia­jąc o tym, że pew­nie nie uda nam się tu pręd­ko wró­cić. Było nam w ja­kiś spo­sób przy­kro, że roz­sta­je­my się z tak pięk­nym miej­scem, któ­re w cią­gu naj­bliż­szych lat może się zmie­nić i stra­cić swój czar. Wte­dy nie przy­pusz­cza­li­śmy, że wró­ci­my tam za rok, w sierp­niu 2013 r.

Tym ra­zem przy­je­cha­li­śmy na Na­szą Dzi­ką Pla­żę w szczy­cie se­zo­nu. Dro­ga do­jaz­do­wa wciąż była w kiep­skim sta­nie, na­to­miast na miej­scu za­sta­li­śmy spo­ro ekip, któ­re do­tar­ły tam głów­nie au­ta­mi te­re­no­wy­mi. Było cał­kiem spo­ro obo­zo­wisk, ale na szczę­ście nie pa­no­wał tłok. Póź­nym po­po­łu­dniem, tra­dy­cyj­nie, uda­li­śmy się na spa­cer do Gji­le­kë. Chcie­li­śmy po­now­nie od­wie­dzić skal­ne okno. Kie­dy jed­nak za­czę­li­śmy się zbli­żać do ska­li­ste­go frag­men­tu wy­brze­ża, Ma­rek na­gle stwier­dził, że może jed­nak nie bę­dzie­my iść da­lej, bo krę­ci się tam spo­ro osób. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, od kie­dy to mo­je­mu part­ne­ro­wi prze­szka­dza­ją lu­dzie. Za chwi­lę mia­łam po­znać po­wód. Usie­dli­śmy, a ra­czej Ma­rek usiadł, ja zaś po­ło­ży­łam się na brzu­chu, gdyż w trak­cie dnia spę­dzo­ne­go na pla­ży po­pa­rzy­łam so­bie do­tkli­wie... po­ślad­ki. Je­śli wie­cie, jak wy­glą­da pa­wian, to ja go dość moc­no przy­po­mi­na­łam. W tam­tym cza­sie po­pa­rze­nia sło­necz­ne czę­sto mi się zda­rza­ły, ale to po­bi­ło wszyst­kie po­zo­sta­łe na gło­wę. Gdy tak so­bie le­ża­łam i me­dy­to­wa­łam nad mar­no­ścią świa­ta i mo­je­go nędz­ne­go losu, Ma­rek stwier­dził: No, mo­gła­byś się od­wró­cić, bo to, co mam za­miar zro­bić, wy­ma­ga, że­byś sie­dzia­ła. Po­my­śla­łam, że chce mi po pro­stu po­dać piwo, ale za­sta­no­wi­ło mnie, dla­cze­go mam do tego celu usiąść. Gdy się od­wró­ci­łam, mu­sia­łam mieć wy­jąt­ko­wo dur­ną minę, bo za­miast zo­ba­czyć Mar­ka trzy­ma­ją­ce­go bu­tel­kę, uj­rza­łam go, jak klę­czy, a w rę­kach trzy­ma małe, gra­na­to­we, nie­co sfa­ty­go­wa­ne i mo­kre pu­de­łecz­ko. Oczy­wi­ście w środ­ku znaj­do­wał się pier­ścio­nek, a Ma­rek za­py­tał, czy chcę spę­dzić z nim resz­tę ży­cia. Je­śli do­dam, że wstrze­lił się ide­al­nie w za­chód słoń­ca, to czy mo­gło być coś bar­dziej ro­man­tycz­ne­go? Jak ła­two się do­my­ślić, po­wie­dzia­łam tak i na resz­tę wie­czo­ru za­po­mnia­łam o pie­ką­cych nie­mi­ło­sier­nie czte­rech li­te­rach. I tak oto, 18 sierp­nia 2013 r., Na­sza Dzi­ka Pla­ża na za­wsze splo­tła się z mo­imi i Mar­ka lo­sa­mi i wpi­sa­ła się w hi­sto­rię nas, jako pary, a od pew­ne­go cza­su już mał­żeń­stwa.

Ko­lej­ne lata przy­nio­sły spo­re zmia­ny na Na­szej Dzi­kiej Pla­ży, któ­ra z bie­giem cza­su prze­sta­wa­ła być już taka dzi­ka. W czerw­cu 2014 r., bę­dąc jesz­cze w Pol­sce, prze­glą­da­łam na In­sta­gra­mie zdję­cia z Al­ba­nii. W pew­nym mo­men­cie rzu­ci­ła mi się w oczy jed­na fo­to­gra­fia. Przed­sta­wia­ła pla­żę Pa­la­së wi­dzia­ną ze zjaz­du z Llo­ga­ry, jed­nak to, co naj­bar­dziej przy­ku­ło moją uwa­gę, to fakt, że pro­wa­dzą­ca do niej dro­ga wy­glą­da­ła na wy­as­fal­to­wa­ną. Na­pi­sa­łam na­tych­miast do au­to­ra zdję­cia, któ­ry po­twier­dził moje przy­pusz­cze­nia. Nie wspo­mniał jed­nak o jesz­cze jed­nej zmia­nie, o któ­rej mie­li­śmy się dość bo­le­śnie prze­ko­nać dwa mie­sią­ce póź­niej.

Dzię­ki za­rę­czy­nom pla­ża Pa­la­së na za­wsze zo­sta­nie w na­szej pa­mię­ci

W 2014 r. po­now­nie uda­li­śmy się do Al­ba­nii i oczy­wi­ście w na­szych pla­nach zna­lazł się prze­jazd szo­są SH8 oraz wi­zy­ta na pla­ży Pa­la­së. Z pro­wa­dzą­cej do niej no­wej, as­fal­to­wej dro­gi chy­ba naj­bar­dziej ucie­szy­ła się Kian­ka, któ­ra wresz­cie nie mu­sia­ła te­le­pać się po ka­mie­niach. Po do­tar­ciu na miej­sce, pierw­szą rze­czą, któ­rą zo­ba­czy­li­śmy, była ogrom­na dys­ko­te­ka, ulo­ko­wa­na nie­co po­wy­żej pla­ży, na gór­skim zbo­czu, oraz kil­ka pro­wi­zo­rycz­nych, nie­wiel­kich ba­rów. Do­cho­dził wie­czór, więc roz­bi­li­śmy obo­zo­wi­sko i kie­dy kła­dli­śmy się spać oko­ło dzie­sią­tej, pa­no­wał jesz­cze bło­gi spo­kój. Jed­nak chwi­lę póź­niej dys­ko­te­ka roz­brzmia­ła dud­nie­niem, bi­ta­mi i in­ny­mi mniej lub bar­dziej iry­tu­ją­cy­mi dźwię­ka­mi, któ­re przez całą noc za­tru­wa­ły nam ży­cie. Di­dżej skoń­czył grać do­pie­ro o 4.30, kie­dy obo­je z Mar­kiem by­li­śmy już na skra­ju psy­chicz­ne­go za­ła­ma­nia. Nie­ste­ty, śpiąc w na­mio­cie, nie da się uciec od dźwię­ków, któ­re roz­brzmie­wa­ją wo­kół. Kie­dy uda­wa­ło mi się przy­snąć, to na­wet w snach sły­sza­łam mu­zy­kę po­cho­dzą­cą z dys­ko­te­ko­wych gło­śni­ków. Rano nie było le­piej, bo przy­szła wi­chu­ra. Gdy tyl­ko na chwi­lę wy­szli­śmy z na­mio­tu, wiatr prze­niósł go o kil­ka me­trów. Do tego w po­wie­trzu uno­si­ły się dro­bin­ki pia­sku, któ­re do­tkli­wie ata­ko­wa­ły na­szą skó­rę. Choć trud­no było nam to przy­znać, mie­li­śmy dość Na­szej Już Nie­dzi­kiej Pla­ży. Jesz­cze tego sa­me­go dnia ją opu­ści­li­śmy, stwier­dza­jąc, że chy­ba nie­pręd­ko znów ją od­wie­dzi­my.

Nie je­ste­śmy jed­nak zbyt kon­se­kwent­ni w ta­kich de­cy­zjach. Wró­ci­li­śmy dwa lata póź­niej, w trak­cie trzy­ty­go­dnio­we­go ob­jaz­du Pół­wy­spu Bał­kań­skie­go. Po­sta­no­wi­li­śmy spraw­dzić, co się zmie­ni­ło i czy trwa już, za­po­wia­da­na od paru lat w re­kla­mach, bu­do­wa ośrod­ka wy­po­czyn­ko­we­go Gre­en Co­ast Re­sort. Ja­kież było na­sze zdzi­wie­nie, gdy oka­za­ło się, że kosz­mar­na dys­ko­te­ka znik­nę­ła (w tym miej­scu znaj­do­wał się plac bu­do­wy), a na pla­ży jest w za­sa­dzie pu­sto. Mi­ja­my te­ren bu­do­wy i po­dą­ża­my na pół­noc­ny kra­niec Pa­la­së, nie­opo­dal re­stau­ra­cji Dhra­leo. Pła­ci­my 200 le­ków za par­king, dzię­ki cze­mu póź­niej za dar­mo mo­że­my ko­rzy­stać z le­ża­ków i pa­ra­so­li. Po­go­da tego dnia jest dy­na­micz­na, gdyż nad Llo­ga­rą ko­tłu­ją się bu­rzo­we chmu­ry i co ja­kiś czas pada deszcz. Ale jest cie­pło, mo­rze jak zwy­kle przej­rzy­ste i in­ten­syw­nie błę­kit­ne. Czu­je­my się tro­chę jak pod­czas na­sze­go pierw­sze­go po­by­tu, z tą róż­ni­cą, że na pla­ży dzia­ła te­raz nie­zła re­stau­ra­cja, są prysz­ni­ce i to­a­le­ta.

Wi­do­ki, ja­kie to­wa­rzy­szą pod­czas po­dró­ży szo­są SH8

Na pew­no was nie zdzi­wi, je­śli na­pi­szę, że pla­żę po­now­nie od­wie­dzi­li­śmy w 2018 r. Tym ra­zem na po­łu­dnie Al­ba­nii za­wi­ta­li­śmy jako uczest­ni­cy So­uth Out­do­or Fe­sti­val. Wy­da­rze­nie to pro­mu­je ak­tyw­ną tu­ry­sty­kę na Al­bań­skiej Ri­wie­rze. Ma­rek pły­wał ka­ja­kiem po Mo­rzu Joń­skim, wspi­nał się na pla­ży Gji­pe i jeź­dził na ro­we­rze po oko­li­cy. Ja na­to­miast mo­głam wziąć udział w jeep-sa­fa­ri i trek­kin­gu z prze­łę­czy Llo­ga­ra. Mia­łam też oka­zję po­dy­sku­to­wać z lo­kal­ny­mi prze­wod­ni­ka­mi na te­mat pla­ży Pa­la­së i bu­do­wy nie­szczę­sne­go ośrod­ka wy­po­czyn­ko­we­go. Wiesz, nie opa­no­wa­li­śmy pla­no­wa­nia prze­strzen­ne­go. Gre­en Co­ast Re­sort to na­sza po­raż­ka - stwier­dził je­den z nich. Kil­ka dni póź­niej no­co­wa­li­śmy na pla­ży. Fir­ma bu­du­ją­ca ośro­dek trosz­kę prze­in­we­sto­wa­ła. Pra­ce zwol­ni­ły. Mamy wąt­pli­wo­ści, czy zna­la­zło się od­po­wied­nio wie­lu chęt­nych na wy­ku­pie­nie apar­ta­men­tów. Ow­szem, miej­sce jest pięk­ne. Ale da­le­ko stąd do atrak­cji tu­ry­stycz­nych czy skle­pów. Cóż, czas po­ka­że, jaka przy­szłość cze­ka Gre­en Co­ast Re­sort oraz pla­żę Pa­la­së.

Je­ste­ście w Al­ba­nii już pią­ty raz?

Wy­bacz­cie tę dłu­gą dy­gre­sję na te­mat pla­ży, ale to bez wąt­pie­nia je­den z waż­niej­szych dla nas punk­tów przy szo­sie SH8. Nie jest to jed­nak je­dy­ne cie­ka­we miej­sce. Kil­ka ki­lo­me­trów da­lej leży Dhër­mi - przy­jem­ny, nie­wiel­ki ku­rort, z dużą, piasz­czy­sto-ka­mie­ni­stą, sze­ro­ką pla­żą. Choć przez lata prze­jeż­dża­li­śmy tam­tę­dy wie­lo­krot­nie, do­pie­ro w 2016 r. zde­cy­do­wa­li­śmy się za­trzy­mać w sa­mym mia­stecz­ku. Po­ło­żo­ne na zbo­czu góry, ma ty­po­wą, gę­stą, al­bań­ską za­bu­do­wę. Jed­nak po zje­cha­niu na pla­żę klau­stro­fo­bicz­na at­mos­fe­ra pro­wa­dzą­cych na na­brze­że uli­czek ustę­pu­je pięk­nej, nad­mor­skiej prze­strze­ni. Do­cie­ra­my tam dość wcze­śnie, gdy pierw­si pla­żo­wi­cze do­pie­ro zmie­rza­ją w stro­nę mo­rza. Jemy śnia­da­nie. Po po­sił­ku Ma­rek po­sta­na­wia po­la­tać dro­nem nad oko­li­cą. Na­tych­miast po­ja­wia się trój­ka dzie­cia­ków, któ­re ko­niecz­nie chcą się cze­goś do­wie­dzieć o tym urzą­dze­niu. Po­nie­waż jed­nak blo­ku­je je ba­rie­ra ję­zy­ko­wa, tyl­ko bacz­nie ob­ser­wu­ją Mar­ka oraz dro­na. Gdy koń­czy się lot, dzie­cia­ki ła­ma­nym an­giel­skim oraz na migi py­ta­ją, czy sfil­mo­wa­li­śmy też obo­zo­wi­sko ich ro­dzi­ny. Gdy po­twier­dza­my, bie­gną do ro­dzi­ców, by ci dali nam ad­res e-mail. Idzie­my do nich i chwi­lę roz­ma­wia­my. Pada stan­dar­do­wy ze­staw py­tań, czy nam się po­do­ba w Al­ba­nii i czy to nasz pierw­szy po­byt w tym kra­ju. Je­ste­ście pią­ty raz w Al­ba­nii? W py­ta­niu po­brzmie­wa spo­ra doza nie­do­wie­rza­nia i za­do­wo­le­nia, że ktoś z za­gra­ni­cy tak upodo­bał so­bie ich kraj. Dla nas od­wie­dzi­ny w Al­ba­nii sta­ły się swo­istą tra­dy­cją. Tę­sk­ni­my za tym kra­jem i chęt­nie do nie­go wra­ca­my, bo, o dzi­wo, wciąż mamy tam spo­ro do zo­ba­cze­nia, a samo przy­glą­da­nie się, jak po­stę­pu­ją w nim zmia­ny, jest sza­le­nie cie­ka­we.

Wi­dok z oko­lic ko­ściół­ka Shën Ma­ri­së

Przed po­że­gna­niem się z Dhër­mi za­li­cza­my krót­ki spa­cer po pla­ży, a tak­że pod­jeż­dża­my do usy­tu­owa­ne­go nad szo­są SH8 ko­ściół­ka Shën Ma­ri­së. Stoi na wzgó­rzu, z któ­re­go roz­cią­ga się fe­no­me­nal­na pa­no­ra­ma. Pięk­nie wi­dać Llo­ga­rę, pla­żę w Dhër­mi oraz skal­ne okno w Gji­le­kë. Mo­że­my się też le­piej przyj­rzeć mia­stu, któ­re leży u na­szych stóp.

Na wciąż dzi­kiej pla­ży

Ko­lej­nym god­nym uwa­gi punk­tem po­ło­żo­nym bli­sko szo­sy SH8 jest pla­ża Gji­pe. Póki co, wciąż dzi­ka, choć pew­nie stan ten nie utrzy­ma się dłu­go. Z do­świad­cze­nia i z per­spek­ty­wy cza­su wi­dzi­my, że im ład­niej­sza pla­ża, tym szyb­ciej Al­bań­czy­cy chcą ją zmie­niać w do­cho­do­wy in­te­res. Jak na ra­zie Gji­pe nie pod­da­je się ko­mer­cja­li­za­cji, głów­nie dla­te­go, że wciąż pro­wa­dzi do niej nie­do­stęp­na dla więk­szo­ści aut dro­ga. Od SH8 od­bi­ja w jej stro­nę as­fal­to­wa szo­sa. Pro­wa­dzi wśród form z pia­skow­ca, któ­re przy­po­mi­na­ją Mel­nic­kie Pi­ra­mi­dy z Buł­ga­rii. Po kil­ku mi­nu­tach do­cie­ra się do nie­wiel­kie­go par­kin­gu w po­bli­żu mo­na­ste­ru Shën The­odho­rit. Jest to w za­sa­dzie ru­ina, ale roz­cią­ga się stąd przy­jem­ny wi­dok na oko­li­cę. Na pla­żę scho­dzi się pie­szo. Ow­szem, moż­na zje­chać au­tem, ale musi ono być te­re­no­we w peł­nym zna­cze­niu tego sło­wa. Wio­dą­ca w dół dro­ga jest wą­ska, stro­ma i mo­men­ta­mi bar­dzo ka­mie­ni­sta. Roz­ta­cza się z niej fe­no­me­nal­na pa­no­ra­ma wy­brze­ża, mo­rza, a po po­ko­na­niu oko­ło ki­lo­me­tra, sa­mej pla­ży Gji­pe, po­ło­żo­nej u uj­ścia ka­nio­nu i ko­ry­ta su­chej rze­ki (su­chej la­tem, a po zi­mie dość mo­krej). Ska­li­ste ścia­ny są jed­nym z waż­niej­szych miejsc wspi­nacz­ko­wych w Al­ba­nii. Gji­pe to miej­sce baj­ko­we, pięk­ne i tro­chę nie­re­al­ne. Dzię­ki temu, że trze­ba tam iść "ka­wał dro­gi", czy­li ja­kieś trzy ki­lo­me­try bez choć­by skraw­ka cie­nia, ucho­wa­ła się bez tłu­mów.

Spa­ce­ru­ją­ce kozy to dość czę­sty wi­dok na al­bań­skich dro­gach

Po do­tar­ciu na sam dół znaj­du­je­my so­bie do­god­ne miej­sce pod ska­ła­mi, gdzie mam tro­chę cie­nia. Nie­ste­ty, dla mnie mo­rze jest zbyt wzbu­rzo­ne, więc zo­sta­ję na lą­dzie i od­da­ję się lek­tu­rze. Mar­ka oczy­wi­ście nie trze­ba na­ma­wiać do ką­pie­li. W pew­nym mo­men­cie zni­ka mi z oczu, by po ja­kichś 10 mi­nu­tach po­ja­wić się zno­wu - ho­lu­je do brze­gu ja­kie­goś męż­czy­znę. Oka­za­ło się, że zła­pał go moc­ny nurt i za­czął zno­sić z dala od pla­ży. Dzię­ki temu, że Ma­rek miał za­ło­żo­ne płe­twy, mógł po­móc pe­chow­co­wi i obaj bez­piecz­nie wró­ci­li na brzeg. Za­nim że­gna­my się z Gji­pe, wcho­dzi­my jesz­cze w głąb ka­nio­nu, by przyj­rzeć się skal­nym ścia­nom. Ich wiel­kość robi wra­że­nie i czło­wiek czu­je się przy nich na­praw­dę ma­lut­ki. Póź­niej cze­ka nas jesz­cze po­wrót, w upa­le i - jak na złość - bez chło­dzą­cej bry­zy. Przy par­kin­gu, ni z tego ni z owe­go, na­gle oka­zu­je się, że jest on płat­ny, gdyż po­ja­wia się "par­kin­go­wy". Pła­ci­my całe 200 le­ków i od­jeż­dża­my.

Naj­lep­sza piz­za w Al­ba­nii

Kil­ka ki­lo­me­trów da­lej, nie­co po­ni­żej szo­sy SH8, po­ło­żo­ne jest Jalë - nie­wiel­kie mia­stecz­ko, któ­re przy­cup­nę­ło w uro­czej za­to­ce. Naj­lep­szy wi­dok na nie roz­cią­ga się z dro­gi do­jaz­do­wej, któ­ra ser­pen­ty­na­mi scho­dzi w stro­nę mo­rza. Jalë, choć małe, jest wy­jąt­ko­wo róż­no­rod­ne. Zna­leźć tu moż­na za­rów­no ska­li­sty brzeg, jak i piasz­czy­sto-żwi­ro­wą pla­żę. Ci, któ­rzy chcą nur­ko­wać, jak i en­tu­zja­ści bło­gie­go, pla­żo­we­go le­ni­stwa, tra­fią na od­po­wied­nie miej­sca dla sie­bie. Na­wet w szczy­cie se­zo­nu nie ma tu wiel­kich tłu­mów. Pu­sto też nie jest, ale nie pa­nu­je taki har­mi­der, jak choć­by we Vlo­rze czy Ksa­mi­lu. Kie­dy Ma­rek idzie pły­wać, ja idę na spa­cer. Kie­ru­ję się na po­łu­dnie i bitą dro­gą wy­cho­dzę z miej­sco­wo­ści. Pa­nu­je strasz­ny skwar, a od Llo­ga­ry nad­cią­ga­ją ciem­ne, bu­rzo­we chmu­ry. Do­cie­ram do miej­sca, gdzie w cie­niu drzew za­par­ko­wa­nych jest kil­ka aut, wśród któ­rych pa­sie się sta­do kóz, a dwa ko­zły z upo­rem ma­nia­ka tłu­ką się mię­dzy sobą i co ja­kiś czas walą w ka­ro­se­rię ro­ga­mi. Po­nie­waż co­raz moc­niej grzmi, re­zy­gnu­ję z dal­sze­go spa­ce­ru. Po moim po­wro­cie idzie­my na obiad. Przy pla­ży dzia­ła wie­le re­stau­ra­cji, ale naj­więk­szy ruch pa­nu­je w bia­ło-nie­bie­skim lo­ka­lu z du­żym na­pi­sem "Tra­di­tio­nal Food". W ofer­cie sze­ro­ki wy­bór ryb i owo­ców mo­rza, ale z ra­cji mo­ich ży­wie­nio­wych upodo­bań de­cy­du­je­my się na piz­zę. Bie­rze­my Ka­ter Dja­th­ra, czy­li po pro­stu "czte­ry sery". Na da­nie cze­ka­my do­słow­nie kil­ka mi­nut, któ­re umi­la­my so­bie wi­do­kiem psia­ka, uro­czo śpią­ce­go pod na­szym sto­łem. Piz­za to praw­dzi­we nie­bo w gę­bie. Chy­ba ni­g­dy nie je­dli­śmy cze­goś tak do­bre­go, na­wet we Wło­szech. Sery są wy­jąt­ko­wo do­bre - moż­na wy­czuć smak każ­de­go z osob­na, cia­sto jest cien­kie i chru­pią­ce. Ca­łość po pro­stu wy­bit­na. Ani wcze­śniej, ani póź­niej, nie uda­ło nam się zjeść w Al­ba­nii tak świet­nie przy­rzą­dzo­nej piz­zy.

Ła­two jest za­ko­chać się w pla­ży Gji­pe

Hi­ma­rë i awa­ria Kian­ki

Po po­by­cie w Jalë przy­szedł czas na od­wie­dzi­ny w Hi­ma­rë. To dość po­pu­lar­ny ku­rort, rów­nież po­ło­żo­ny przy szo­sie SH8, któ­ry jed­nak nie bywa tak za­tło­czo­ny, jak choć­by Sa­ran­da. Przed zje­cha­niem do cen­trum i plaż, war­to za­trzy­mać się na chwi­lę przy ru­inach twier­dzy. Auto moż­na zo­sta­wić na par­kin­gu. Po­zo­sta­ło­ści wa­row­ni i daw­nych za­bu­do­wań prze­pla­ta­ją się z do­ma­mi za­miesz­ka­ny­mi dziś przez Al­bań­czy­ków. Głów­nym punk­tem wi­do­ko­wym są oko­li­ce dwóch ko­ścio­łów, z któ­rych po­zo­sta­ły je­dy­nie ścia­ny. Roz­cią­ga­ją­ca się stam­tąd pa­no­ra­ma za­chwy­ci każ­de­go. A co wię­cej, za­zwy­czaj mało kto tam za­glą­da, więc wi­do­ki i ru­iny moż­na mieć tyl­ko dla sie­bie.

Samo Hi­ma­rë może się spodo­bać. Mia­sto jest za­dba­ne, choć na­sze wąt­pli­wo­ści wzbu­dza wy­be­to­no­wa­na, nie­wiel­ka nad­mor­ska pro­me­na­da. Co tu dużo mó­wić, Al­bań­czy­cy lu­bią nad­uży­wać be­to­nu. Kie­dyś wy­ko­rzy­sty­wa­li go do bu­do­wy bun­krów, te­raz do mo­der­ni­zo­wa­nia róż­nych miejsc, naj­czę­ściej nad mo­rzem. Z jed­nej stro­ny jest schlud­nie, z dru­giej tro­chę za mało na­tu­ral­nie. Pla­że w Hi­ma­rë ro­bią przy­jem­ne wra­że­nie, tło­ku nie ma, choć pa­nu­je miły dla ucha gwar roz­mów i za­baw.

Twier­dza po­ło­żo­na jest ma­low­ni­czo po­wy­żej cen­trum Hi­ma­rë

Z Hi­ma­rë bę­dzie nam się ko­ja­rzy­ła je­dy­na po­waż­niej­sza awa­ria, jaka przy­tra­fi­ła się na­szej kian­ce. Otóż w 2016 r. za­in­we­sto­wa­li­śmy w prze­twor­ni­cę sa­mo­cho­do­wą, któ­ra mia­ła nam umoż­li­wić ła­do­wa­nie licz­nej elek­tro­ni­ki. Nie­ste­ty, Chiń­czy­cy tak wy­pro­du­ko­wa­li wzmian­ko­wa­ną prze­twor­ni­cę, że co chwi­lę się psu­ła. Aku­rat w Hi­ma­rë Ma­rek po­sta­no­wił pod­jąć ko­lej­ną pró­bę jej na­pra­wie­nia. Kie­dy w koń­cu uda­ło mu się od­po­wied­nio po­łą­czyć ka­bel­ki, wsa­dził wtycz­kę do sa­mo­cho­do­wej za­pal­nicz­ki, a po­twor­na prze­twor­ni­ca po­sta­no­wi­ła spa­lić nam bez­piecz­ni­ki. Sy­tu­acja nie­mi­ła - nie dzia­ła nam ra­dio, nie mamy żad­ne­go prą­du, gdyż za­pal­nicz­ka rów­nież nie dzia­ła. Usi­łu­je­my zna­leźć spa­lo­ny bez­piecz­nik pod ma­ską, ale nie mo­że­my go na­mie­rzyć. Ma­rek jest wście­kły i to dziw­nym tra­fem na mnie, a nie na dur­ną prze­twor­ni­cę. Do­pie­ro po dwóch dniach szef mego mał­żon­ka uświa­da­mia nam, że dru­gi ze­staw bez­piecz­ni­ków znaj­du­je się od stro­ny kie­row­cy i tam od­kry­wa­my spa­lo­ne­go wi­no­waj­cę. Nie zmie­nia to fak­tu, że zo­sta­li­śmy bez prze­twor­ni­cy, z opcją ła­do­wa­nia tyl­ko tych sprzę­tów, któ­re moż­na pod­piąć ka­blem USB. Nie za­wsze war­to oszczę­dzać. Ku­pi­li­śmy ta­nią prze­twor­ni­cę, któ­ra mia­ła nas unie­za­leż­nić od płat­nych noc­le­gów z do­stę­pem do prą­du. Efekt był taki, że to, co za­osz­czę­dzi­li­śmy na jej za­ku­pie, mu­sie­li­śmy z na­wiąz­ką wy­dać na kem­pin­gi lub pen­sjo­na­ty. Pod­su­mo­wu­jąc, nie do koń­ca do­brze na tym wy­szli­śmy.

Je­żow­ce wo­kół zam­ku

Za Hi­ma­rë szo­sa SH8 wije się wśród w za­sa­dzie nie­za­bu­do­wa­ne­go te­re­nu, by po kil­ku ki­lo­me­trach do­trzeć do Por­to Pa­ler­mo. Sły­nie ono z zam­ku Ale­go Pa­szy, po­ło­żo­ne­go na nie­wiel­kim pół­wy­spie, w ma­low­ni­czej za­to­ce. Po po­ko­na­niu wy­jąt­ko­wo wy­bo­istej dro­gi od­cho­dzą­cej od SH8, moż­na za­par­ko­wać auto obok nie­wiel­kiej re­stau­ra­cji lub nisz­cze­ją­ce­go bu­dyn­ku, bli­żej ruin zam­ku. Za każ­dym ra­zem, gdy od­wie­dza­li­śmy Por­to Pa­ler­mo, tra­fia­li­śmy tam na spo­re gru­py osób pły­wa­ją­cych w mo­rzu z ma­ska­mi i rur­ka­mi. Woda w za­to­ce jest bo­wiem bar­dzo czy­sta i przej­rzy­sta, co po­zwa­la na ob­ser­wa­cję mor­skich ży­ją­tek. Je­dy­nym man­ka­men­tem jest to, że wy­stę­pu­ją tam ogrom­ne ilo­ści je­żow­ców, więc de­cy­du­jąc się na pły­wa­nie, na­le­ży za­opa­trzyć się w od­po­wied­nie, ochron­ne obu­wie. Acz­kol­wiek na­wet w nim Ma­rek nie czuł się kom­for­to­wo i o ile prze­waż­nie z wody cięż­ko go wy­cią­gnąć, o tyle stam­tąd dość szyb­ko uciekł, twier­dząc, że mno­gość je­żow­ców go prze­ra­zi­ła.

Por­to Pa­ler­mo jest wy­jąt­ko­wo ma­low­ni­czym punk­tem przy tra­sie SH8

Mimo wszyst­ko znacz­nie więk­szą atrak­cją Por­to Pa­ler­mo jest wspo­mnia­ny wcze­śniej za­mek. Kie­dy by­li­śmy tam za pierw­szym ra­zem, w 2014 r., tra­fi­li­śmy na bar­dzo sym­pa­tycz­ne­go bi­le­te­ra, któ­ry moc­no nas za­sko­czył. Otóż, do­cho­dząc do twier­dzy, nie roz­ma­wia­li­śmy z Mar­kiem, a gdy tyl­ko bi­le­ter nas zo­ba­czył, pięk­ną pol­sz­czy­zną po­wie­dział: Dzień do­bry. Bi­let wstę­pu kosz­tu­je 100 le­ków. Ży­czę mi­łe­go zwie­dza­nia. Nie mam po­ję­cia, skąd star­szy je­go­mość wie­dział, że ma do czy­nie­nia z Po­la­ka­mi. Nie­wąt­pli­wie, obo­je wo­li­my tego typu za­sko­cze­nia, niż ob­co­kra­jow­ców chcą­cych się ko­niecz­nie po­chwa­lić umie­jęt­no­ścią prze­kli­na­nia w na­szym oj­czy­stym ję­zy­ku.

Już z bi­le­ta­mi i po otrzą­śnię­ciu się z za­dzi­wie­nia, wkra­cza­my do mrocz­ne­go wnę­trza twier­dzy. Z nie­wiel­kich luf­ci­ków w su­fi­cie są­czy się świa­tło. Pa­nu­je przy­jem­ny chłód. Po wyj­ściu na gór­ny po­ziom mo­że­my po­dzi­wiać gór­ską oraz mor­ską pa­no­ra­mę. Spę­dza­my tam dłuż­szą chwi­lę, uwiecz­nia­jąc na fo­to­gra­fiach ko­lej­ne uję­cia twier­dzy i jej fo­to­ge­nicz­nych wie­ży­czek.

Pla­że w oko­li­cach Borsh

Pro­wa­dząc da­lej na po­łu­dnie, szo­sa SH8 prze­ci­na Borsh. I tu mała uwa­ga na te­mat ko­rzy­sta­nia z Go­ole Maps w Al­ba­nii. Otóż, je­śli bę­dzie­cie chcie­li wy­zna­czyć tra­sę z Vlo­ry do Sa­ran­dy, to Go­ogle bar­dzo czę­sto nie pro­wa­dzi przez Llo­ga­rę i wzdłuż wy­brze­ża, tyl­ko albo przez Te­pe­le­nę, albo wzdłuż gór­skiej, szu­tro­wej dro­gi, któ­ra za­czy­na się za miej­sco­wo­ścią Kota, a koń­czy wła­śnie w Borsh. Dla­cze­go Go­ogle Maps tak robi, nie mam po­ję­cia, nie­mniej już wie­lo­krot­nie do­sta­wa­łam ma­ile z py­ta­niem, czy szo­sa SH8 jest nie­prze­jezd­na, wła­śnie dla­te­go, że naj­po­pu­lar­niej­sze na świe­cie mapy nie chcia­ły po niej wy­zna­czać tra­sy. Pod­su­mo­wu­jąc, ta kon­kret­na na­wi­ga­cja cza­sa­mi dzia­ła w Al­ba­nii kiep­sko i dla­te­go na­le­ży we­ry­fi­ko­wać jej wska­za­nia, by nie wpa­ko­wać się w kło­po­ty lub nie ro­bić nad­pro­gra­mo­wych ki­lo­me­trów.

Za Borsh od­wie­dzić moż­na dwie ko­lej­ne, nie­wiel­kie pla­że. Pierw­szą jest Bu­nec, któ­ra nie zro­bi­ła na nas zbyt do­bre­go wra­że­nia. Przede wszyst­kim pa­nu­je na niej strasz­ny har­mi­der, jest spo­ro śmie­ci, a funk­cjo­nu­ją­ce tam kem­pin­gi i re­stau­ra­cje od­stra­sza­ją ce­na­mi i bar­dzo mar­nym po­zio­mem. Nie­co le­piej pre­zen­tu­je się Lu­ko­va, do któ­rej wie­dzie krę­ta, as­fal­to­wa dro­ga, koń­czą­ca się nie­opo­dal nie­wiel­kiej, bia­łej cer­kwi. W lewo roz­cią­ga się nie­du­ży gaj oliw­ny, któ­ry wy­dał nam się ide­al­nym miej­scem na noc­leg na dzi­ko (szcze­gól­nie, że obo­zo­wa­ły tam dwie eki­py z kam­pe­ra­mi - jed­na z Pol­ski, a dru­ga z Nie­miec), oraz nie­co bar­dziej ska­li­ste na­brze­że. W pra­wo na­to­miast od­bi­ja szu­tro­wa dro­ga, któ­ra do­cie­ra do bar­dziej po­pu­lar­nej czę­ści pla­ży, gdzie funk­cjo­nu­ją licz­ne bary i re­stau­ra­cje. My de­cy­du­je­my się roz­bić obo­zo­wi­sko w gaju oliw­nym, któ­ry rano za­pew­ni nam nie­zbęd­ny la­tem cień. Po­ra­nek bu­dzi nas pięk­ną po­go­dą i upa­łem. Ma­rek naj­pierw idzie pły­wać, póź­niej lata dro­nem. W mię­dzy­cza­sie, ku na­sze­mu ogrom­ne­mu zdzi­wie­niu, po­ja­wia się teo­re­tycz­ny wła­ści­ciel oliw­ne­go gaju i żąda od nas opła­ty w wy­so­ko­ści 5 ?. Oczy­wi­ście, nie jest to wy­gó­ro­wa­na kwo­ta, ale cięż­ko nam było zwe­ry­fi­ko­wać, czy do tego je­go­mo­ścia te­ren rze­czy­wi­ście na­le­ży, czy też jest spryt­nym wy­łu­dza­czem. Osta­tecz­nie mu za­pła­ci­li­śmy, ale do koń­ca nie by­li­śmy prze­ko­na­ni, czy na pew­no do­brze ro­bi­my.

Lu­ko­va za­sko­czy­ła nas za­rów­no po­zy­tyw­nie, jak i ne­ga­tyw­nie

W kie­run­ku Sa­ran­dy

Za Lu­ko­vą dro­ga SH8 od­da­la się nie­co od wy­brze­ża, wi­jąc się po­śród wzgórz i prze­ci­na­jąc kil­ka mniej­szych miej­sco­wo­ści. Przed Sa­ran­dą moż­na z niej od­bić do po­le­ca­nej przez licz­ne prze­wod­ni­ki za­to­ki Ka­ko­me. W 2016 r. po­sta­no­wi­li­śmy ją zo­ba­czyć. Kil­ka ki­lo­me­trów za Ni­vi­cë na­le­ży zje­chać w pra­wo, w dość wą­ską, as­fal­to­wą dro­gę, któ­ra wije się po nie­wiel­kim zbo­czu. Po chwi­li od­sła­nia się wi­dok na za­to­kę oraz na za­mknię­tą bra­mę, któ­ra blo­ku­je moż­li­wość do­je­cha­nia do pla­ży. Na ogro­dze­niu wid­nie­je spo­ry na­pis "Ka­ko­mes Re­sort" oraz "pri­va­te". Ca­ło­ści pil­nu­je straż­nik. Za ogro­dze­niem roz­cią­ga się pu­sty, nie­za­go­spo­da­ro­wa­ny te­ren, za­koń­czo­ny pla­żą i szma­rag­do­wym mo­rzem. Szyb­ko oka­zu­je się, że straż­nik bez pro­ble­mu wpusz­cza Al­bań­czy­ków, na­to­miast Gre­ków, któ­rzy po­ja­wi­li się w oko­li­cy za­raz po nas, prze­ga­nia. Póź­niej do­wia­du­je­my się, że ob­co­kra­jow­cy mu­szą uiścić opła­tę w wy­so­ko­ści 1000 le­ków (po­nad 30 zł), by do­trzeć do za­to­ki. Do­cho­dzi­my do wnio­sku, że sa­tys­fak­cjo­nu­je nas wi­dok z dy­stan­su i że­gna­my się z tym miej­scem.

Sa­ran­da od lat cie­szy się nie­słab­ną­cą po­pu­lar­no­ścią wśród tu­ry­stów

Ostat­nim punk­tem, do któ­re­go do­cie­ra szo­sa SH8, jest Sa­ran­da - naj­więk­szy ku­rort po­łu­dnio­we­go wy­brze­ża Al­ba­nii. Mia­sto wzbu­dza skraj­ne emo­cje. Jed­ni Sa­ran­dę uwiel­bia­ją, in­nym po pro­stu się nie po­do­ba. Jest bo­wiem dość gę­sto za­bu­do­wa­na ogrom­ny­mi ho­te­la­mi i apar­ta­men­tow­ca­mi, któ­rych ar­chi­tek­tu­ra ra­czej nie za­chwy­ca. Mimo wszyst­ko Sa­ran­da przy­pa­dła nam do gu­stu już od pierw­szej wi­zy­ty, jaka mia­ła miej­sce w kwiet­niu 2012 r. Ko­lej­ne od­wie­dzi­ny tyl­ko utwier­dza­ły nas w prze­ko­na­niu, że to cał­kiem przy­jem­ne, choć nie­co cha­otycz­ne mia­sto. Kie­row­ców może fru­stro­wać fakt, że w cen­trum więk­szość ulic jest jed­no­kie­run­ko­wa i w se­zo­nie uwiel­bia­ją się kor­ko­wać. Sta­nie w po­nad trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upa­le i wdy­cha­nie spa­lin (w szcze­gól­no­ści, je­śli ma się auto bez kli­ma­ty­za­cji i jest się zmu­szo­nym otwo­rzyć wszyst­kie okna na oścież) nie na­le­ży do przy­jem­no­ści.

Nie­wąt­pli­wie, naj­więk­szym atu­tem Sa­ran­dy, jako ku­ror­tu, jest nie tyl­ko roz­bu­do­wa­na baza ho­te­lo­wo-ga­stro­no­micz­na, ale przede wszyst­kim wspa­nia­ły wi­dok na Kor­fu, jaki roz­cią­ga się nie­mal z każ­de­go jej za­kąt­ka. Naj­pięk­niej­szą pa­no­ra­mę moż­na po­dzi­wiać z twier­dzy Le­ku­res (Ka­la­ja e Lëku­rësit), do któ­rej, za nie­wiel­kie pie­nią­dze, do­jeż­dża się tak­sów­ką z cen­trum mia­sta. Inna opcja to po­po­łu­dnio­wy spa­cer - cho­dzi o to, by do­trzeć na górę przed za­cho­dem słoń­ca. W sa­mej wa­row­ni funk­cjo­nu­je cał­kiem nie­zła re­stau­ra­cja. W oko­li­cy moż­na zo­ba­czyć roz­sia­ne po wzgó­rzach bun­kry, a z góry przyj­rzeć się pra­wie ca­łej Sa­ran­dzie oraz do­mi­nu­ją­ce­mu na ho­ry­zon­cie Kor­fu. Na wy­spę z al­bań­skie­go ku­ror­tu kur­su­ją wo­do­lo­ty lub nie­wiel­kie pro­my. Ist­nie­je rów­nież moż­li­wość wy­ku­pie­nia ca­ło­dnio­wej wy­ciecz­ki do Gre­cji, jed­nak ni­g­dy nie mie­li­śmy spo­sob­no­ści, by tego typu wy­pra­wę so­bie za­fun­do­wać. Ni­g­dy też w Sa­ran­dzie nie no­co­wa­li­śmy, choć parę razy mie­li­śmy taki plan, ale dość wy­so­kie ceny w szczy­cie se­zo­nu moc­no nas znie­chę­ci­ły.

Ceny w Al­ba­nii

Te­mat cen jest za­wsze istot­ną kwe­stią w trak­cie pla­no­wa­nia wy­jaz­dów. W przy­pad­ku al­bań­skie­go wy­brze­ża za­ob­ser­wo­wać moż­na na­stę­pu­ją­cą ten­den­cję. Dużo droż­sze jest po­łu­dnie, gdzie za­glą­da naj­wię­cej tu­ry­stów z za­gra­ni­cy. Noc­leg w se­zo­nie może kosz­to­wać na­wet 50-60 ?/noc/po­kój. Oczy­wi­ście, cenę moż­na ne­go­cjo­wać, ale tyl­ko przy dłuż­szych po­by­tach. Ko­rzy­sta­nie z por­ta­li re­zer­wa­cyj­nych tak­że bywa nie­zbyt opła­cal­ne, gdyż wła­ści­cie­le ho­te­li/pen­sjo­na­tów po­da­ją wyż­sze kwo­ty, bo mu­szą pła­cić spo­rą pro­wi­zję. Ceny po se­zo­nie mogą spaść na­wet o 30-40%. Je­dze­nie na po­łu­dnio­wym wy­brze­żu rów­nież jest nie­co droż­sze niż w in­nych czę­ściach kra­ju, ale dla nas - Po­la­ków na­dal nie sta­no­wi du­że­go ob­cią­że­nia dla port­fe­la.

Ceny na pół­noc­nym wy­brze­żu i w jego cen­tral­nej czę­ści są odro­bi­nę niż­sze, w szcze­gól­no­ści poza du­ży­mi ku­ror­ta­mi, ta­ki­mi jak Dur­res czy Vlo­ra. Wy­ni­ka to w du­żej mie­rze z tego, że tu­ry­ści za­gra­nicz­ni od­wie­dza­ją głów­nie po­pu­lar­ne ośrod­ki, a do mniej­szych po pro­stu nie za­glą­da­ją.

W mia­rę od­da­la­nia się od wy­brze­ża, ceny za­czy­na­ją spa­dać. Krę­cąc się po mniej­szych i więk­szych gór­skich miej­sco­wo­ściach, moż­na dość szyb­ko za­uwa­żyć, że wie­le pro­duk­tów jest tam tań­szych na­wet o 50-60%. Dzi­wi to o tyle, że do nie­któ­rych re­gio­nów na­praw­dę nie jest ła­two do­trzeć i wy­da­wa­ło­by się, że choć­by z tego po­wo­du, ceny po­win­ny być wyż­sze.

Nie­ste­ty, z roku na rok wi­dzi­my, że Al­ba­nia robi się co­raz droż­sza. Noc­le­gi i da­nia w re­stau­ra­cjach kosz­tu­ją co­raz wię­cej, na szczę­ście pro­duk­ty spo­żyw­cze ku­po­wa­ne w skle­pach wciąż są dla nas re­la­tyw­nie ta­nie. Praw­da jest jed­nak taka, że wraz ze zwięk­sza­ją­cym się za­in­te­re­so­wa­niem Al­ba­nią, ceny będą wzra­stać. Może nie osią­gną ta­kie­go sza­lo­ne­go pu­ła­pu, jak w Chor­wa­cji, ale za chwi­lę nie bę­dzie moż­na mó­wić, że Al­ba­nia jest jed­nym z naj­tań­szych kra­jów na Pół­wy­spie Bał­kań­skim.

Ona tań­czy dla mnie...

Sa­ran­da przy­cią­ga go­ści z za­gra­ni­cy, ale w jej bli­skim są­siedz­twie znaj­du­ją się dwa miej­sca, któ­re cie­szą się rów­nie dużą, je­śli nie więk­szą po­pu­lar­no­ścią. Pro­wa­dzi do nich szo­sa SH81, któ­ra cią­gnie się wzdłuż wzgórz od­dzie­la­ją­cych Mo­rze Joń­skie od je­zio­ra Bu­trint. Pierw­sze z nich to Ksa­mil, któ­ry na blo­gu już od kil­ku lat fi­gu­ru­je jako "naj­bar­dziej pol­skie mia­sto w Al­ba­nii". I by­naj­mniej nie jest to nad­uży­cie z mo­jej stro­ny. W se­zo­nie ten nie­wiel­ki ku­rort upodo­ba­li so­bie Po­la­cy. Ła­twiej usły­szeć tam ję­zyk pol­ski, niż al­bań­ski. W re­stau­ra­cjach bez pro­ble­mu moż­na zna­leźć pol­skie menu, po­oglą­dać je­den z pol­skich ka­na­łów mu­zycz­nych czy po­ba­wić się na dys­ko­te­ce przy hi­tach pro­sto z Pol­ski. W związ­ku z tym ostat­nim aspek­tem mie­li­śmy w 2014 r. dość za­baw­ną sy­tu­ację. Był 18 sierp­nia, rocz­ni­ca na­szych za­rę­czyn. No­co­wa­li­śmy na dzi­kim wte­dy pół­wy­spie, na za­chód od głów­nych plaż Ksa­mi­lu. Roz­cią­ga się z nie­go cał­kiem przy­jem­ny wi­dok na mia­sto, Sa­ran­dę oraz pro­my pły­wa­ją­ce na Kor­fu. Wie­czo­rem po­sta­no­wi­li­śmy uczcić rocz­ni­cę ro­man­tycz­ną ko­la­cją. Było wino, ser i wy­jąt­ko­wo pa­skud­ne oliw­ki. Więk­szość cza­su po­świę­ca­my na ro­bie­nie noc­nych zdjęć, a z każ­de­go do­bre­go ka­dru cie­szy­my się jak dzie­ci. Na­gle do na­szych uszu do­cho­dzić za­czy­na­ją dość nie­spo­dzie­wa­ne dźwię­ki z jed­nej z dys­ko­tek. "Ja, uwiel­biam ją, ona tu jest i tań­czy dla mnie!", a po chwi­li "Agniesz­ka już daw­no tu­taj nie miesz­ka...". Nie, to nie były ha­lu­cy­na­cje i oma­my słu­cho­we, ani też przy­pa­dek. Po pro­stu, w Ksa­mi­lu jest tylu Po­la­ków, że mają swo­je­go wła­sne­go di­dże­ja re­zy­den­ta i dys­ko­te­ki, w któ­rych pusz­cza­ne są pol­skie prze­bo­je. W ko­lej­nych la­tach re­per­tu­ar się zmie­niał, lecz cią­gle w tym al­bań­skim ku­ror­cie rzą­dzą w se­zo­nie Po­la­cy.

Ksa­mil ma wie­le atu­tów, wśród któ­rych są piasz­czy­ste pla­że i cu­dow­ne wi­do­ki

Moż­na za­py­tać - co ich tam przy­cią­ga? Szcze­rze mó­wiąc, samo mia­stecz­ko pod wzglę­dem hi­sto­rycz­nym czy kul­tu­ro­wym nie ma nic do za­ofe­ro­wa­nia. Jest to ty­po­wy ku­rort, któ­ry sły­nie z piasz­czy­stych plaż, trzech nie­wiel­kich wy­se­pek, na któ­re moż­na do­pły­nąć wpław lub wy­na­ję­tą ło­dzią czy ro­we­rem wod­nym. Do­dat­ko­wo z Ksa­mi­lu roz­cią­ga się pięk­ny wi­dok na Kor­fu. Cał­kiem nie­zła jest baza ho­te­lo­wa i ga­stro­no­micz­na, a po­nad 300 sło­necz­nych dni w roku (po­dob­nie jak w Sa­ran­dzie) sta­no­wi gwa­ran­cję po­go­dy. Nie do koń­ca ro­zu­mie­my jed­nak fe­no­men Ksa­mi­lu, gdyż w se­zo­nie pa­nu­je tam taki ścisk, że na pla­żach nie ma gdzie wci­snąć szpil­ki. Jest gło­śno, do tego dość brud­no (Al­bań­czy­cy nie na­dą­ża­ją ze sprzą­ta­niem), a za­pa­chy z licz­nych re­stau­ra­cji i pro­wi­zo­rycz­nych sto­isk z gril­lo­wa­ną ku­ku­ry­dzą two­rzą mie­szan­kę przy­pra­wia­ją­cą o mdło­ści. Mimo wszyst­ko z roku na rok tu­ry­stów w Ksa­mi­lu przy­by­wa, na­sze wpi­sy po­świę­co­ne temu al­bań­skie­mu mia­stu biją na blo­gu re­kor­dy po­pu­lar­no­ści, a ha­sło "Ksa­mil" jest tym, po któ­rym naj­wię­cej osób do nas tra­fia. Poza se­zo­nem ten al­bań­ski ku­rort pu­sto­sze­je, dzię­ki cze­mu sta­je się dużo bar­dziej zno­śny, a wręcz przy­jem­ny. W lip­cu i sierp­niu ra­dzi­my jed­nak omi­jać go sze­ro­kim łu­kiem. Zwłasz­cza że w oko­li­cy Ksa­mi­lu moż­na zna­leźć znacz­nie cie­kaw­sze miej­sca. Pla­żo­wi­cze po­win­ni udać się na Pema e Tha­te, po­ło­żo­ną na za­chód od ku­ror­tu pla­żę z roz­le­głym wi­do­kiem na Kor­fu, lub do jed­nej z mniej­szych za­to­czek po­mię­dzy Ksa­mi­lem a Sa­ran­dą. God­ne uwa­gi są bez wąt­pie­nia Pu­lëbar­dha, Ma­na­sti­rit i Pa­sqy­ra­ve.

Pa­no­ra­ma dzie­jów w mi­nia­tu­rze

Dru­gie miej­sce cie­szą­ce się ogrom­ną po­pu­lar­no­ścią wśród tu­ry­stów od­wie­dza­ją­cych re­jon Sa­ran­dy i Ksa­mi­lu to Bu­trint. An­tycz­ne ru­iny nad ka­na­łem łą­czą­cym je­zio­ro Bu­trint z Mo­rzem Joń­skim sta­no­wią swo­istą mi­nia­tu­ro­wą pa­no­ra­mę śród­ziem­no­mor­skiej hi­sto­rii, pre­zen­tu­jąc róż­ne jej fazy roz­wo­ju, a tak­że pa­no­wa­nie i upa­dek mo­carstw, do któ­rych na­le­żał ten re­gion. Po­cząt­kiem XIX w. for­ty­fi­ka­cje obron­ne Bu­trin­tu zo­sta­ły po­sze­rzo­ne o for­te­cę wy­bu­do­wa­ną nad ka­na­łem Vi­va­ri przez Ale­go Pa­szę z Te­pe­le­ny.

Mie­li­śmy oka­zję od­wie­dzić ru­iny w kwiet­niu 2012 r. Choć w in­nych miej­scach w Al­ba­nii nie spo­tka­li­śmy w tym cza­sie w za­sa­dzie żad­nych tu­ry­stów, to w Bu­trin­cie na­tknę­li­śmy się na wy­ciecz­kę eme­ry­tów z USA oraz spo­ro mło­dzie­ży z Ko­so­wa. Na szczę­ście przy­by­li­śmy tuż po otwar­ciu, więc wiel­kich tłu­mów jesz­cze nie było. Tu rada - je­śli pla­nu­je­cie zwie­dza­nie Bu­trin­tu la­tem, przy­jedź­cie z sa­me­go rana. Tem­pe­ra­tu­ry będą wte­dy dużo bar­dziej zno­śne i spa­cer wśród ruin aż tak was nie zmę­czy.

Kra­jo­bra­zy z po­łu­dnio­we­go krań­ca Al­ba­nii

W wie­lu miej­scach na Bał­ka­nach, rów­nież w Al­ba­nii, mo­że­cie ze­tknąć się z dwo­ma ty­pa­mi cen za bi­le­ty. Dla miesz­kań­ców da­ne­go kra­ju (tań­sze) i dla in­nych na­ro­do­wo­ści (droż­sze). Po­dob­nie jest w Bu­trin­cie - jako ob­co­kra­jow­cy za­pła­ci­cie 700 le­ków od oso­by, pod­czas gdy Al­bań­czy­cy wy­da­dzą tyl­ko 300 le­ków. Taka po­li­ty­ka za­chę­ca oby­wa­te­li do zwie­dza­nia, po­zna­wa­nia wła­snej hi­sto­rii i po­sze­rza­nia ho­ry­zon­tów.

W Bu­trin­cie wraz z bi­le­tem otrzy­mu­je się ulot­kę w ję­zy­ku an­giel­skim, w któ­rej za­war­ta jest krót­ka, acz tre­ści­wa hi­sto­ria tego miej­sca oraz map­ka te­re­nu i kie­ru­nek zwie­dza­nia. Oczy­wi­ście po­szli­śmy pod prąd, ale to za­pew­ne moja za­słu­ga, gdyż na­wet z kom­pa­sem, GPS-em, pa­pie­ro­wą mapą, na­wi­ga­cją w te­le­fo­nie je­stem w sta­nie po­my­lić dro­gę, zgu­bić się lub udać się nie w tę stro­nę, co po­trze­ba. Na szczę­ście po­sia­dam też umie­jęt­ność od­naj­dy­wa­nia się i wra­ca­nia na wła­ści­we tory. W przy­pad­ku Bu­trin­tu na­sza (moja) po­mył­ka nie wy­ma­ga­ła sko­ry­go­wa­nia, gdyż za­sad­ni­czo w ni­czym nie prze­szka­dza­ła. Zwie­dza­nie roz­po­czę­li­śmy od am­fi­te­atru. Co cie­ka­we, w nie­któ­rych jego za­ka­mar­kach sta­ła woda, w któ­rej ra­do­śnie plu­ska­ły się żół­wie. Nie­któ­re, w grup­kach lub po­je­dyn­czo, wy­grze­wa­ły się na słoń­cu. I choć mo­że­my po­twier­dzić obec­ność żół­wi w Bu­trin­cie, to wie­le osób, któ­re po­je­cha­ły tam po na­szej re­ko­men­da­cji, zwie­rząt nie wi­dzia­ło. Cóż, może nie wszyst­kim się po­ka­zu­ją?

To wła­śnie w tej czę­ści Bu­trin­tu wi­dzie­li­śmy spa­ce­ru­ją­ce żół­wie

Na­szym ko­lej­nym ce­lem był za­mek, do któ­re­go na­le­ży po­dejść ścież­ką lek­ko pną­cą się do góry. Mie­ści się w nim mu­zeum, gdzie (rów­nież po an­giel­sku) moż­na prze­czy­tać o ko­lej­nych eta­pach roz­wo­ju mia­sta. Oczy­wi­ście, jest też spo­ro cie­ka­wych eks­po­na­tów, jed­nak naj­więk­szym atu­tem oka­za­ła się kli­ma­ty­za­cja. Choć było wcze­śnie, pa­no­wał nie­zno­śny upał. Ru­sza­my da­lej, mimo pro­te­stów skon­ster­no­wa­ne­go ochro­nia­rza, któ­ry pró­bu­je nas na­kło­nić do po­wro­tu na wła­ści­wy kie­ru­nek zwie­dza­nia. Mi­ja­my co­raz wię­cej tu­ry­stów, głów­nie z Al­ba­nii, Ko­so­wa i Gre­cji. Po­now­nie spo­ty­ka­my Ame­ry­ka­nów. Ich obec­ność jest dla nas moc­no za­sta­na­wia­ją­ca. Może wpa­dli do Bu­trin­tu w ra­mach wy­ciecz­ki fa­kul­ta­tyw­nej z Kor­fu? Jed­no jest pew­ne - w Al­ba­nii Ame­ry­ka­nie by­wa­ją, o czym świad­czy m.in. menu w re­stau­ra­cjach po an­giel­sku, z po­da­ny­mi ce­na­mi w do­la­rach (choć ostat­nio czę­ściej spo­ty­ka się menu w ję­zy­ku pol­skim z ce­na­mi w le­kach lub euro). Ge­ne­ral­nie zwie­dza­nie Bu­trin­tu jest wy­jąt­ko­wo przy­jem­nym i re­lak­su­ją­cym za­ję­ciem. Za­rów­no same ru­iny, jak i roz­ta­cza­ją­ce się z ich oko­lic wi­do­ki są wy­jąt­ko­wo ład­ne, więc ab­so­lut­nie nie dzi­wi, że miej­sce to cie­szy się nie­słab­ną­cym za­in­te­re­so­wa­niem tu­ry­stów z róż­nych za­kąt­ków glo­bu.

I tak do­tar­li­śmy na sam kra­niec Al­ba­nii. Da­lej już tyl­ko pro­wi­zo­rycz­ny prom na ka­na­le Vi­va­ri i dro­ga do gra­ni­cy z Gre­cją. Tra­sa SH8, jak i szo­sa SH81 są jed­ny­mi z czę­ściej prze­mie­rza­nych przez tu­ry­stów. Trud­no się dzi­wić. Ofe­ru­ją naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ne wi­do­ki za­rów­no na góry, jak i mo­rze. Po­zwa­la­ją zaj­rzeć do wie­lu uro­kli­wych miej­sco­wo­ści i za­kosz­to­wać al­bań­skiej hi­sto­rii i kul­tu­ry.

Prak­ty­ka­lia

Długość trasy i jej specyfika

Oko­ło 125 km opi­sa­nej tra­sy, dro­ga as­fal­to­wa, na­wierzch­nia na ca­łej dłu­go­ści do­bra (wy­ją­tek: ostat­nie ser­pen­ty­ny na prze­łęcz Llo­ga­ra od stro­ny Vlo­ry). Dro­ga w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze ma cha­rak­ter gór­ski. Prze­ci­na kil­ka wsi i miej­sco­wo­ści, gdzie cza­sa­mi two­rzą się za­to­ry, gdy dwa więk­sze po­jaz­dy pró­bu­ją się mi­nąć. Je­śli wy­bie­rze­cie się też do Ksa­mi­lu i Bu­trin­tu, wte­dy mu­si­cie do­dać 17 km.

Czas przejazdu

Tra­sę moż­na bez więk­sze­go pro­ble­mu po­ko­nać w cią­gu jed­ne­go dnia. War­to jed­nak za­pla­no­wać 2-3 dni na prze­jazd, dzię­ki cze­mu bę­dzie­cie mo­gli zwie­dzić naj­cie­kaw­sze miej­sca, a tak­że zna­leźć czas na re­laks na jed­nej z baj­ko­wych plaż Al­bań­skiej Ri­wie­ry.

Opłaty

Brak.

Kiedy jechać?

Naj­wię­cej osób po­dró­żu­je tra­są SH8 w szczy­cie se­zo­nu. Wte­dy na za­krę­tach pro­wa­dzą­cych z Llo­ga­ry mogą two­rzyć się nie­wiel­kie kor­ki lub za­to­ry, po­wo­do­wa­ne przez tych, któ­rzy po­sta­no­wi­li za­trzy­mać się w celu po­dzi­wia­nia wi­do­ków. Rów­nież prze­jazd przez nie­któ­re miej­sco­wo­ści może być kło­po­tli­wy, kie­dy np. trze­ba się bę­dzie mi­nąć z au­to­bu­sem na wą­skim od­cin­ku. Po­nie­waż jed­nak szo­sa SH8 jest dość dłu­ga i nie wszy­scy jadą nią od po­cząt­ku do koń­ca, to ruch ten w mia­rę się roz­kła­da, w efek­cie po­dróż nie po­win­na być uciąż­li­wa.

Mimo wszyst­ko jed­nak za­le­ca­li­by­śmy prze­jazd poza se­zo­nem, np. od maja do czerw­ca i póź­niej, we wrze­śniu i paź­dzier­ni­ku. Bę­dzie nie­co spo­koj­niej, co po­zwo­li w peł­ni roz­ko­szo­wać się pięk­nem wi­do­ków.

Poziom trudności

Tra­sa SH8 nie na­le­ży do trud­nych. W szczy­cie se­zo­nu głów­nym wy­zwa­niem jest spo­ry ruch, w za­sa­dzie na ca­łej jej dłu­go­ści. War­to pa­mię­tać, że ma mo­men­ta­mi ty­po­wo gór­ski cha­rak­ter, a co za tym idzie trze­ba po­ko­nać mnó­stwo ser­pen­tyn. Ale poza tym po­zwa­la na stu­pro­cen­to­wą fraj­dę z jaz­dy.

Stacje benzynowe

Znaj­dzie­cie je w kil­ku miej­scach. Przede wszyst­kim we Vlo­rze, Ori­kum, Hi­ma­rë i Sa­ran­dzie.

Punkty widokowe i ciekawe miejsca

Po­nie­waż szo­sa SH8 to jed­na z bar­dziej wi­do­ko­wych tras, to miejsc, z któ­rych moż­na po­dzi­wiać gór­skie i mor­skie pa­no­ra­my, jest na­praw­dę dużo.

Prze­łęcz Llo­ga­ra - po­ło­żo­na na wy­so­ko­ści 1043 m n.p.m., ofe­ru­je roz­le­głą pa­no­ra­mę Mo­rza Joń­skie­go, po­szar­pa­nej li­nii brze­go­wej oraz cią­gną­cych się po ho­ry­zont gór. La­tem, nie­ste­ty, ze wzglę­du na wy­so­kie tem­pe­ra­tu­ry przej­rzy­stość po­wie­trza nie jest zbyt do­bra, więc wi­do­ki są nie­co za­mglo­ne. Oso­by chcą­ce dłu­żej na­pa­wać się oko­licz­ny­mi pej­za­ża­mi, po­win­ny wstą­pić na kawę do re­stau­ra­cji Pa­no­ra­ma.

Za­kręt pa­ra­lot­nia­rzy oraz za­kręt z ru­ina­mi po­ste­run­ku - oba miej­sca tak­że po­zwa­la­ją po­dzi­wiać wspa­nia­łe wi­do­ki, tym ra­zem za­rów­no na samą prze­łęcz (a ra­czej jej frag­ment) jak też na wy­brze­że i góry. Man­ka­men­tem obu punk­tów jest to, że cza­sa­mi cięż­ko przy nich za­par­ko­wać (szcze­gól­nie w se­zo­nie).

Oko­li­ce ko­ścio­ła Shën Ma­ri­së w Dhër­mi - świą­ty­nia stoi po­wy­żej szo­sy oraz sa­me­go mia­sta. Dzię­ki temu moż­na przyj­rzeć się Dhër­mi nie­mal z lotu pta­ka.

Oko­li­ce zjaz­du na pla­żę Gji­pe - miej­sce to za­słu­gu­je na szcze­gól­ną uwa­gę, gdyż moż­na tu zo­ba­czyć cie­ka­we for­my z pia­skow­ca o in­ten­syw­nie po­ma­rań­czo­wej bar­wie. Przy­po­mi­na­ją Mel­nic­kie Pi­ra­mi­dy - jed­ną z bar­dziej roz­po­zna­wal­nych atrak­cji tu­ry­stycz­nych po­łu­dnio­wo-za­chod­niej Buł­ga­rii.

Ka­la­ja e Hi­ma­rës - ru­iny twier­dzy, któ­ra gó­ru­je nad mia­stem oraz pla­ża­mi Li­va­dhi i Spi­le. Oprócz po­dzi­wia­nia po­zo­sta­ło­ści wa­row­ni, moż­na tak­że na­sy­cić oczy wi­do­kiem gór i mo­rza. War­to spę­dzić tu dłuż­szą chwi­lę, zwłasz­cza, że za­zwy­czaj mało kto do ruin za­glą­da i ma się je prze­waż­nie tyl­ko dla sie­bie (cza­sem trze­ba się nimi po­dzie­lić ze stad­kiem kóz, bu­szu­ją­cych wśród po­ra­sta­ją­cej twier­dzę ro­ślin­no­ści).

Za­mek Ale­go Pa­szy w Por­to Pa­ler­mo - w trak­cie jaz­dy szo­są SH8 po pro­stu trze­ba się tu za­trzy­mać. Za­mek sam w so­bie nie jest może naj­pięk­niej­szą bu­dow­lą, ale roz­cią­ga­ją się z nie­go wspa­nia­łe wi­do­ki. Oko­li­ca nie jest zur­ba­ni­zo­wa­na, więc do­oko­ła moż­na po­dzi­wiać nie­wiel­kie, po­ro­śnię­te krze­win­ka­mi wzgó­rza oraz mor­ską prze­strzeń.

Ka­la­ja e Lëku­rësit - twier­dza gó­ru­ją­ca nad Sa­ran­dą, z któ­rej mu­rów i oko­lic roz­cią­ga­ją się fe­no­me­nal­ne wi­do­ki na po­ło­żo­ne w dole mia­sto, mo­rze oraz do­mi­nu­ją­ce na ho­ry­zon­cie Kor­fu. W zam­ku funk­cjo­nu­je re­stau­ra­cja, więc jest to ide­al­ne miej­sce na ro­man­tycz­ną ko­la­cję we dwo­je, o za­cho­dzie słoń­ca.

Miejsca noclegowe

W za­sa­dzie we wszyst­kich miej­sco­wo­ściach przy szo­sie SH8 funk­cjo­nu­ją ho­te­le czy pen­sjo­na­ty. Naj­więk­szą po­pu­lar­no­ścią cie­szą się Dhër­mi, Hi­ma­rë oraz Sa­ran­da. Rów­nież w mniej­szych mia­stecz­kach oraz wsiach są ho­te­le i kem­pin­gi. My jed­nak nie­mal w ogó­le z nich nie ko­rzy­sta­my, gdyż na al­bań­skim wy­brze­żu moż­na bez więk­sze­go pro­ble­mu no­co­wać na dzi­ko. Oczy­wi­ście, na­le­ży trzy­mać się za­sa­dy, by nie roz­bi­jać się na od­cin­kach pla­ży, któ­re na­le­żą do ho­te­li lub re­stau­ra­cji. Za­zwy­czaj nie ma kło­po­tu ze zna­le­zie­niem do­god­ne­go miej­sca, pro­ble­mem może być cza­sem do­tar­cie do nie­go au­tem, szcze­gól­nie, gdy nie po­sia­da się na­pę­du na czte­ry koła oraz więk­szych opon.

Na pew­no moż­na za­trzy­mać się na noc­leg w trak­cie se­zo­nu w po­niż­szych miej­scach:

Pla­ża Pa­la­së, zwłasz­cza jej po­łu­dnio­wy od­ci­nek, od koń­ca as­fal­to­wej dro­gi w stro­nę Gji­le­kë.

Oko­li­ce skal­ne­go okna w Gji­le­kë - po­mię­dzy ska­ła­mi cią­gną­cy­mi się w stro­nę pół­noc­ną dość czę­sto moż­na zo­ba­czyć na­mio­ty. To miej­sce ra­czej dla ty­po­wych back­pac­ke­rów, bo auto trze­ba zo­sta­wić w sa­mej miej­sco­wo­ści i z ca­łym ekwi­pun­kiem przejść sto­sun­ko­wo spo­ry ka­wa­łek. Ale je­śli wam to nie prze­szka­dza, to mo­że­cie mieć noc­leg w na­praw­dę pięk­nych oko­licz­no­ściach przy­ro­dy.

Pla­ża Gji­pe - pro­po­zy­cja dla tych, któ­rzy mają sa­mo­chód z na­pę­dem na czte­ry koła i na­praw­dę wy­so­kie za­wie­sze­nie. Bo tyl­ko ta­kie auto zje­dzie na samą pla­żę. Po­zo­sta­li mogą oczy­wi­ście do­trzeć na nią pie­szo, o ile nie bę­dzie im prze­szka­dza­ło tar­ga­nie rze­czy bi­wa­ko­wych naj­pierw 3 km w dół, a w dro­dze po­wrot­nej tyle samo do góry. Na pla­ży dzia­ła kem­ping.

Lu­ko­va - przy­jem­na, nie­wiel­ka pla­ża, za­sta­wio­na knajp­ka­mi - tam ra­czej nie moż­na obo­zo­wać. Jed­nak w nie­wiel­kim gaju oliw­nym, przy koń­cu as­fal­to­wej dro­gi, nie ma z tym pro­ble­mu. Fakt fak­tem, może zo­stać po­bra­na od was opła­ta w wy­so­ko­ści 5 ? lub wię­cej, ale nie jest to ja­kiś strasz­ny koszt.

Opi­sa­ne po­wy­żej miej­sca są przez nas spraw­dzo­ne w szczy­cie se­zo­nu. Poza nim w za­sa­dzie na każ­dej pla­ży mo­że­cie bez pro­ble­mu obo­zo­wać, czy to pod na­mio­tem czy w au­cie. Jed­nak pa­mię­taj­cie - przy wy­bo­rze dzi­kich miejsc noc­le­go­wych za­wsze kie­ruj­cie się zdro­wym roz­sąd­kiem oraz tym, by nie na­ru­szać ni­czy­jej wła­sno­ści.

Restauracje

Ko­niecz­nie za­trzy­maj­cie się na kawę/po­si­łek w jed­nej z dwóch re­stau­ra­cji na prze­łę­czy Llo­ga­ra. Pierw­sza to Re­sto­rant Kësh­tjel­la, a dru­ga Pa­no­ra­ma. Obie ofe­ru­ją prze­pięk­ny wi­dok na Mo­rze Joń­skie oraz góry wo­kół. W obu ceny są bar­dzo przy­stęp­ne.

W upal­ne, let­nie dni war­to za­trzy­mać się w Borsh, w re­stau­ra­cji Ujëva­ra e Bor­shit. Lo­kal kry­je się w cie­niu drzew, a do­dat­ko­wo prze­pły­wa przez nie­go stru­myk, two­rzą­cy małe wo­do­spa­dy - moż­na więc za­żyć ochło­dy. Nie­szcze­gól­ne po­tra­wy re­kom­pen­su­ją at­mos­fe­ra oraz wy­gląd tego miej­sca.

Dla rowerzystów

Prze­mie­rza­jąc tra­sę SH8 w szczy­cie let­nie­go se­zo­nu, pra­wie w ogó­le nie wi­dy­wa­li­śmy na niej ro­we­rzy­stów. Fani dwóch kó­łek za­pew­ne ją wte­dy omi­ja­ją, by nie mu­sieć je­chać w tłu­mie aut, do tego z du­szą na ra­mie­niu, w oba­wie, czy sa­mo­cho­dom uda się ich bez­piecz­nie wy­prze­dzić. I my rów­nież re­ko­men­do­wa­li­by­śmy po­dróż tą tra­są wcze­sną je­sie­nią lub póź­ną wio­sną/wcze­snym la­tem. Wte­dy każ­dy ro­we­rzy­sta po­wi­nien mieć fraj­dę z prze­mie­rza­nia tej dro­gi.