Nasze wspomnienia
Trasę SH8 po raz pierwszy przebyliśmy w 2012 r. i w zasadzie podczas każdego kolejnego wyjazdu również ją odwiedzaliśmy. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Otóż przebiega ona wzdłuż najbardziej widokowego fragmentu albańskiego wybrzeża, obejmującego m.in. przełęcz Llogarę czy Albańską Riwierę. Daje możliwość zajrzenia na wiele malowniczych plaż oraz do przyjemnych miejscowości. Cały region to wielki kompromis między morzem a górami. Jak w tym dowcipie o parze, która przychodzi do psychoterapeuty, bo nie może dojść do porozumienia w sprawie wakacyjnego kierunku. Ona chce nad morze, on w góry. Terapeuta chwilę się zastanawia, po czym stwierdza: "Jedźcie do Chorwacji". Prawda jest taka, że również w Albanii by im się spodobało. Co więcej, sądzę, że byliby zachwyceni.
No dobrze, tyle tytułem wstępu, teraz przejdźmy do wspomnień z tej trasy. Mniej więcej w połowie naszego miesięcznego wyjazdu, w kwietniu 2012 r., przemierzaliśmy Albanię. Zasadniczo, jak wspomniałam, nie planowaliśmy jej odwiedzić, ale kiepska pogoda w innych częściach Półwyspu Bałkańskiego sprawiła, że jechaliśmy coraz dalej na południe. Przed przekroczeniem czarnogórsko-albańskiej granicy wiedzieliśmy o Albanii trzy rzeczy: gdzie się znajduje, że są w niej bunkry, a jej stolicą jest Tirana. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, czego się spodziewać, ani co może nas spotkać.
Pod koniec kwietnia kierowaliśmy się z Tirany w stronę południowego wybrzeża.
Vlora - początek opisywanej trasy
Albańskie drogi - pierwsze wrażenia
Naszym pierwszym celem była Vlora, do której częściowo wiedzie autostrada. Jeszcze tego samego dnia w moim dzienniku podróży zapisałam: Żałuję, że przed wjazdem na autostradę nie zrobiłam zdjęcia tablicy, która informuje o zasadach jakie na niej obowiązują (m.in. kto może, a kto nie może poruszać się po niej), a następnie nie uwieczniłam tego, co tam się rzeczywiście działo. Bowiem najpierw naszym oczom ukazała się galopująca przez autostradę krowa. Dzięki temu, gdy później musieliśmy wymijać stado kóz i owiec, nie zrobiło to na nas wielkiego wrażenia. Pas awaryjny służy w Albanii do poruszania się pod prąd, sprzedaży wszelakich produktów, głównie spożywczych, oraz do spotkań towarzyskich. Piesi uwielbiają przebiegać z jednej strony autostrady na drugą. Gość na rowerze, traktor, wóz drabiniasty, osiołek na spacerze? Na albańskiej autostradzie wszystko dozwolone. Oczywiście tam również można spotkać sporo policyjnych patroli, jednak nie przejmują się zbytnio tym, co się wokół nich wyprawia. Z drugiej strony, jak wlepić mandat krowie?
Szosa SH8 zaczyna się w Fier. Stamtąd prowadzi do Vlory i dalej do Sarandy. Niewątpliwie droga ta uznawana jest za jedną z bardziej widokowych nie tylko w Albanii, ale również na całym Półwyspie Bałkańskim. Z Vlory początkowo wiedzie wzdłuż wybrzeża, wśród licznych, przyklejonych do górskiego zbocza hoteli. Latem odcinek ten często się korkuje i jazda nim późnym popołudniem lub w weekendy nie należy do przyjemnych. Oprócz podziwiania kolejnych hoteli, których architektura jest mocno zastanawiająca, można dostrzec w oddali półwysep Karaburun.
Kolejnym ważnym miastem przy trasie jest Orikum. W porównaniu ze swą większą koleżanką - Vlorą, to dość senne miasteczko, które słynie z bazy marynarki wojennej oraz położonych na jej terenie antycznych ruin, w dużej mierze znajdujących się pod wodą. Dziwnym trafem wiele polskich przewodników twierdziło, że można do nich dotrzeć jakąś ścieżką przez łąkę, kompletnie nie wspominając o otaczającym je ze wszystkich stron wojskowym terenie.
Zjazd z przełęczy Llogara
Nasz raj na ziemi
Za Orikum droga zaczyna się powoli wspinać po zboczach gór, częściowo skalistych, a częściowo porośniętych lasem. Po kilku większych serpentynach oraz po minięciu sosny, której korona układa się w kształt dwugłowego orła z albańskiej flagi (podobieństwo udało nam się zauważyć dopiero po naprawdę dłuższej obserwacji), dociera się na przełęcz. Otwiera się widok na Morze Jońskie, majaczące na horyzoncie Korfu, poszarpaną linię brzegową oraz ośnieżony na wiosnę szczyt góry Çika. Kiedy przyjechaliśmy tam po raz pierwszy, dłuższą chwilę oboje nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Spodziewaliśmy się, że przełęcz będzie widokowa, ale chyba nie, że aż tak. Nie dziwi nas fakt, że stojąca tu restauracja nosi nazwę Panorama. Poniżej, przy drodze, znajdują się jeszcze dwa punkty widokowe. Pierwszy z nich został niedawno zmodernizowany i z jego okolic startują paralotniarze. Można wykupić sobie lot w tandemie, a chętnych nie brakuje, o czym świadczą tłumy, jakie zastaliśmy tam w 2016 r. Nawet nie udało się nam zaparkować, gdyż panowało spore zamieszanie. Dlatego dużo bardziej lubimy zatrzymywać się nieco niżej, przy zrujnowanym budynku, którego fasadę częściowo pokrywa mniej lub bardziej udane graffiti. Zobaczyć można stamtąd, jak na dłoni, nasze ulubione - chyba w całej Albanii - miejsce, czyli plażę Palasë (zwaną również Dhraleo), które od początku na blogu funkcjonowała pod nazwą Nasza Dzika Plaża. Zawitaliśmy tam już w 2012 r. w dość przypadkowy sposób. Po prostu szukaliśmy dogodnego miejsca na dziki nocleg i w trakcie zjazdu z Llogary wypatrzyliśmy ją oraz prowadzącą do niej drogę. Zjazd na plażę znajduje się zaraz po tym, gdy kończą się serpentyny schodzące z przełęczy. W 2012 r. droga była szutrowo-kamienista, przez co dość wymagająca, w szczególności dla małego, miejskiego auta, jak nasza Kia Picanto. Stroma, wyboista, pełna luźnych, mniejszych lub większych kamieni. Dzięki zdolnościom Marka, jako kierowcy, bez większych problemów udało nam się na plażę dojechać. W 2012 r. była miejscem absolutnie dzikim i zachwyciła nas od pierwszych sekund, jakie tam spędziliśmy. Czyste, ciepłe, jak na kwiecień, morze. Piaszczysto-kamienista plaża. Widok na greckie wyspy. Dwutysięczniki za naszymi plecami. Czy można chcieć czegoś więcej do pełni szczęścia?
Okazało się, że Palasë jest też całkiem dobrą bazą wypadową na spacer po okolicy. Kierując się w stronę południową, idąc wzdłuż wybrzeża, po około 40 minutach dociera się do Gjilekë. W trakcie wędrówki trzeba przejść pomiędzy skałami lub bezpośrednio po nich. Istnieje również nieco okrężna trasa, która omija ten odcinek, i zazwyczaj wybieramy ją w drodze powrotnej. W Gjilekë najbardziej lubimy wyjątkowo fotogeniczne skalne okno, z którego rozciąga się widok na plażę w tej miejscowości. Gdy wyjrzeliśmy przez nie w 2012 r., zobaczyliśmy opalające się na plaży i taplające się w morzu krowy. Był kwiecień i krasule były jedynymi plażowiczkami. W sezonie jednak Gjilekë cieszy się sporą popularnością. To gwarny kurort, który upodobali sobie głównie młodzi ludzie. Panuje tu luźna, niezobowiązująca atmosfera, a nocne życie dość mocno podkręcają tamtejsze dyskoteki.
Widok na plażę poniżej przełęczy Llogara i szosy SH8
Na całej długości szosa SH8 oferuje niezapomniane widoki
W trakcie naszej pierwszej wizyty w Albanii odwiedziliśmy Naszą Dziką Plażę aż dwa razy. Odwlekaliśmy opuszczenie tego kraju ze względu na pewniejszą niż w innych częściach Półwyspu Bałkańskiego pogodę. I co tu dużo mówić, sama plaża wywarła na nas ogromne wrażenie, poczuliśmy się na niej jak w naszym osobistym, małym raju. Przed jej ostatecznym opuszczeniem w 2012 r. siedzieliśmy, patrząc na zachód słońca, rozmawiając o tym, że pewnie nie uda nam się tu prędko wrócić. Było nam w jakiś sposób przykro, że rozstajemy się z tak pięknym miejscem, które w ciągu najbliższych lat może się zmienić i stracić swój czar. Wtedy nie przypuszczaliśmy, że wrócimy tam za rok, w sierpniu 2013 r.
Tym razem przyjechaliśmy na Naszą Dziką Plażę w szczycie sezonu. Droga dojazdowa wciąż była w kiepskim stanie, natomiast na miejscu zastaliśmy sporo ekip, które dotarły tam głównie autami terenowymi. Było całkiem sporo obozowisk, ale na szczęście nie panował tłok. Późnym popołudniem, tradycyjnie, udaliśmy się na spacer do Gjilekë. Chcieliśmy ponownie odwiedzić skalne okno. Kiedy jednak zaczęliśmy się zbliżać do skalistego fragmentu wybrzeża, Marek nagle stwierdził, że może jednak nie będziemy iść dalej, bo kręci się tam sporo osób. Zaczęłam się zastanawiać, od kiedy to mojemu partnerowi przeszkadzają ludzie. Za chwilę miałam poznać powód. Usiedliśmy, a raczej Marek usiadł, ja zaś położyłam się na brzuchu, gdyż w trakcie dnia spędzonego na plaży poparzyłam sobie dotkliwie... pośladki. Jeśli wiecie, jak wygląda pawian, to ja go dość mocno przypominałam. W tamtym czasie poparzenia słoneczne często mi się zdarzały, ale to pobiło wszystkie pozostałe na głowę. Gdy tak sobie leżałam i medytowałam nad marnością świata i mojego nędznego losu, Marek stwierdził: No, mogłabyś się odwrócić, bo to, co mam zamiar zrobić, wymaga, żebyś siedziała. Pomyślałam, że chce mi po prostu podać piwo, ale zastanowiło mnie, dlaczego mam do tego celu usiąść. Gdy się odwróciłam, musiałam mieć wyjątkowo durną minę, bo zamiast zobaczyć Marka trzymającego butelkę, ujrzałam go, jak klęczy, a w rękach trzyma małe, granatowe, nieco sfatygowane i mokre pudełeczko. Oczywiście w środku znajdował się pierścionek, a Marek zapytał, czy chcę spędzić z nim resztę życia. Jeśli dodam, że wstrzelił się idealnie w zachód słońca, to czy mogło być coś bardziej romantycznego? Jak łatwo się domyślić, powiedziałam tak i na resztę wieczoru zapomniałam o piekących niemiłosiernie czterech literach. I tak oto, 18 sierpnia 2013 r., Nasza Dzika Plaża na zawsze splotła się z moimi i Marka losami i wpisała się w historię nas, jako pary, a od pewnego czasu już małżeństwa.
Kolejne lata przyniosły spore zmiany na Naszej Dzikiej Plaży, która z biegiem czasu przestawała być już taka dzika. W czerwcu 2014 r., będąc jeszcze w Polsce, przeglądałam na Instagramie zdjęcia z Albanii. W pewnym momencie rzuciła mi się w oczy jedna fotografia. Przedstawiała plażę Palasë widzianą ze zjazdu z Llogary, jednak to, co najbardziej przykuło moją uwagę, to fakt, że prowadząca do niej droga wyglądała na wyasfaltowaną. Napisałam natychmiast do autora zdjęcia, który potwierdził moje przypuszczenia. Nie wspomniał jednak o jeszcze jednej zmianie, o której mieliśmy się dość boleśnie przekonać dwa miesiące później.
Dzięki zaręczynom plaża Palasë na zawsze zostanie w naszej pamięci
W 2014 r. ponownie udaliśmy się do Albanii i oczywiście w naszych planach znalazł się przejazd szosą SH8 oraz wizyta na plaży Palasë. Z prowadzącej do niej nowej, asfaltowej drogi chyba najbardziej ucieszyła się Kianka, która wreszcie nie musiała telepać się po kamieniach. Po dotarciu na miejsce, pierwszą rzeczą, którą zobaczyliśmy, była ogromna dyskoteka, ulokowana nieco powyżej plaży, na górskim zboczu, oraz kilka prowizorycznych, niewielkich barów. Dochodził wieczór, więc rozbiliśmy obozowisko i kiedy kładliśmy się spać około dziesiątej, panował jeszcze błogi spokój. Jednak chwilę później dyskoteka rozbrzmiała dudnieniem, bitami i innymi mniej lub bardziej irytującymi dźwiękami, które przez całą noc zatruwały nam życie. Didżej skończył grać dopiero o 4.30, kiedy oboje z Markiem byliśmy już na skraju psychicznego załamania. Niestety, śpiąc w namiocie, nie da się uciec od dźwięków, które rozbrzmiewają wokół. Kiedy udawało mi się przysnąć, to nawet w snach słyszałam muzykę pochodzącą z dyskotekowych głośników. Rano nie było lepiej, bo przyszła wichura. Gdy tylko na chwilę wyszliśmy z namiotu, wiatr przeniósł go o kilka metrów. Do tego w powietrzu unosiły się drobinki piasku, które dotkliwie atakowały naszą skórę. Choć trudno było nam to przyznać, mieliśmy dość Naszej Już Niedzikiej Plaży. Jeszcze tego samego dnia ją opuściliśmy, stwierdzając, że chyba nieprędko znów ją odwiedzimy.
Nie jesteśmy jednak zbyt konsekwentni w takich decyzjach. Wróciliśmy dwa lata później, w trakcie trzytygodniowego objazdu Półwyspu Bałkańskiego. Postanowiliśmy sprawdzić, co się zmieniło i czy trwa już, zapowiadana od paru lat w reklamach, budowa ośrodka wypoczynkowego Green Coast Resort. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że koszmarna dyskoteka zniknęła (w tym miejscu znajdował się plac budowy), a na plaży jest w zasadzie pusto. Mijamy teren budowy i podążamy na północny kraniec Palasë, nieopodal restauracji Dhraleo. Płacimy 200 leków za parking, dzięki czemu później za darmo możemy korzystać z leżaków i parasoli. Pogoda tego dnia jest dynamiczna, gdyż nad Llogarą kotłują się burzowe chmury i co jakiś czas pada deszcz. Ale jest ciepło, morze jak zwykle przejrzyste i intensywnie błękitne. Czujemy się trochę jak podczas naszego pierwszego pobytu, z tą różnicą, że na plaży działa teraz niezła restauracja, są prysznice i toaleta.
Widoki, jakie towarzyszą podczas podróży szosą SH8
Na pewno was nie zdziwi, jeśli napiszę, że plażę ponownie odwiedziliśmy w 2018 r. Tym razem na południe Albanii zawitaliśmy jako uczestnicy South Outdoor Festival. Wydarzenie to promuje aktywną turystykę na Albańskiej Riwierze. Marek pływał kajakiem po Morzu Jońskim, wspinał się na plaży Gjipe i jeździł na rowerze po okolicy. Ja natomiast mogłam wziąć udział w jeep-safari i trekkingu z przełęczy Llogara. Miałam też okazję podyskutować z lokalnymi przewodnikami na temat plaży Palasë i budowy nieszczęsnego ośrodka wypoczynkowego. Wiesz, nie opanowaliśmy planowania przestrzennego. Green Coast Resort to nasza porażka - stwierdził jeden z nich. Kilka dni później nocowaliśmy na plaży. Firma budująca ośrodek troszkę przeinwestowała. Prace zwolniły. Mamy wątpliwości, czy znalazło się odpowiednio wielu chętnych na wykupienie apartamentów. Owszem, miejsce jest piękne. Ale daleko stąd do atrakcji turystycznych czy sklepów. Cóż, czas pokaże, jaka przyszłość czeka Green Coast Resort oraz plażę Palasë.
Jesteście w Albanii już piąty raz?
Wybaczcie tę długą dygresję na temat plaży, ale to bez wątpienia jeden z ważniejszych dla nas punktów przy szosie SH8. Nie jest to jednak jedyne ciekawe miejsce. Kilka kilometrów dalej leży Dhërmi - przyjemny, niewielki kurort, z dużą, piaszczysto-kamienistą, szeroką plażą. Choć przez lata przejeżdżaliśmy tamtędy wielokrotnie, dopiero w 2016 r. zdecydowaliśmy się zatrzymać w samym miasteczku. Położone na zboczu góry, ma typową, gęstą, albańską zabudowę. Jednak po zjechaniu na plażę klaustrofobiczna atmosfera prowadzących na nabrzeże uliczek ustępuje pięknej, nadmorskiej przestrzeni. Docieramy tam dość wcześnie, gdy pierwsi plażowicze dopiero zmierzają w stronę morza. Jemy śniadanie. Po posiłku Marek postanawia polatać dronem nad okolicą. Natychmiast pojawia się trójka dzieciaków, które koniecznie chcą się czegoś dowiedzieć o tym urządzeniu. Ponieważ jednak blokuje je bariera językowa, tylko bacznie obserwują Marka oraz drona. Gdy kończy się lot, dzieciaki łamanym angielskim oraz na migi pytają, czy sfilmowaliśmy też obozowisko ich rodziny. Gdy potwierdzamy, biegną do rodziców, by ci dali nam adres e-mail. Idziemy do nich i chwilę rozmawiamy. Pada standardowy zestaw pytań, czy nam się podoba w Albanii i czy to nasz pierwszy pobyt w tym kraju. Jesteście piąty raz w Albanii? W pytaniu pobrzmiewa spora doza niedowierzania i zadowolenia, że ktoś z zagranicy tak upodobał sobie ich kraj. Dla nas odwiedziny w Albanii stały się swoistą tradycją. Tęsknimy za tym krajem i chętnie do niego wracamy, bo, o dziwo, wciąż mamy tam sporo do zobaczenia, a samo przyglądanie się, jak postępują w nim zmiany, jest szalenie ciekawe.
Widok z okolic kościółka Shën Marisë
Przed pożegnaniem się z Dhërmi zaliczamy krótki spacer po plaży, a także podjeżdżamy do usytuowanego nad szosą SH8 kościółka Shën Marisë. Stoi na wzgórzu, z którego rozciąga się fenomenalna panorama. Pięknie widać Llogarę, plażę w Dhërmi oraz skalne okno w Gjilekë. Możemy się też lepiej przyjrzeć miastu, które leży u naszych stóp.
Na wciąż dzikiej plaży
Kolejnym godnym uwagi punktem położonym blisko szosy SH8 jest plaża Gjipe. Póki co, wciąż dzika, choć pewnie stan ten nie utrzyma się długo. Z doświadczenia i z perspektywy czasu widzimy, że im ładniejsza plaża, tym szybciej Albańczycy chcą ją zmieniać w dochodowy interes. Jak na razie Gjipe nie poddaje się komercjalizacji, głównie dlatego, że wciąż prowadzi do niej niedostępna dla większości aut droga. Od SH8 odbija w jej stronę asfaltowa szosa. Prowadzi wśród form z piaskowca, które przypominają Melnickie Piramidy z Bułgarii. Po kilku minutach dociera się do niewielkiego parkingu w pobliżu monasteru Shën Theodhorit. Jest to w zasadzie ruina, ale rozciąga się stąd przyjemny widok na okolicę. Na plażę schodzi się pieszo. Owszem, można zjechać autem, ale musi ono być terenowe w pełnym znaczeniu tego słowa. Wiodąca w dół droga jest wąska, stroma i momentami bardzo kamienista. Roztacza się z niej fenomenalna panorama wybrzeża, morza, a po pokonaniu około kilometra, samej plaży Gjipe, położonej u ujścia kanionu i koryta suchej rzeki (suchej latem, a po zimie dość mokrej). Skaliste ściany są jednym z ważniejszych miejsc wspinaczkowych w Albanii. Gjipe to miejsce bajkowe, piękne i trochę nierealne. Dzięki temu, że trzeba tam iść "kawał drogi", czyli jakieś trzy kilometry bez choćby skrawka cienia, uchowała się bez tłumów.
Spacerujące kozy to dość częsty widok na albańskich drogach
Po dotarciu na sam dół znajdujemy sobie dogodne miejsce pod skałami, gdzie mam trochę cienia. Niestety, dla mnie morze jest zbyt wzburzone, więc zostaję na lądzie i oddaję się lekturze. Marka oczywiście nie trzeba namawiać do kąpieli. W pewnym momencie znika mi z oczu, by po jakichś 10 minutach pojawić się znowu - holuje do brzegu jakiegoś mężczyznę. Okazało się, że złapał go mocny nurt i zaczął znosić z dala od plaży. Dzięki temu, że Marek miał założone płetwy, mógł pomóc pechowcowi i obaj bezpiecznie wrócili na brzeg. Zanim żegnamy się z Gjipe, wchodzimy jeszcze w głąb kanionu, by przyjrzeć się skalnym ścianom. Ich wielkość robi wrażenie i człowiek czuje się przy nich naprawdę malutki. Później czeka nas jeszcze powrót, w upale i - jak na złość - bez chłodzącej bryzy. Przy parkingu, ni z tego ni z owego, nagle okazuje się, że jest on płatny, gdyż pojawia się "parkingowy". Płacimy całe 200 leków i odjeżdżamy.
Najlepsza pizza w Albanii
Kilka kilometrów dalej, nieco poniżej szosy SH8, położone jest Jalë - niewielkie miasteczko, które przycupnęło w uroczej zatoce. Najlepszy widok na nie rozciąga się z drogi dojazdowej, która serpentynami schodzi w stronę morza. Jalë, choć małe, jest wyjątkowo różnorodne. Znaleźć tu można zarówno skalisty brzeg, jak i piaszczysto-żwirową plażę. Ci, którzy chcą nurkować, jak i entuzjaści błogiego, plażowego lenistwa, trafią na odpowiednie miejsca dla siebie. Nawet w szczycie sezonu nie ma tu wielkich tłumów. Pusto też nie jest, ale nie panuje taki harmider, jak choćby we Vlorze czy Ksamilu. Kiedy Marek idzie pływać, ja idę na spacer. Kieruję się na południe i bitą drogą wychodzę z miejscowości. Panuje straszny skwar, a od Llogary nadciągają ciemne, burzowe chmury. Docieram do miejsca, gdzie w cieniu drzew zaparkowanych jest kilka aut, wśród których pasie się stado kóz, a dwa kozły z uporem maniaka tłuką się między sobą i co jakiś czas walą w karoserię rogami. Ponieważ coraz mocniej grzmi, rezygnuję z dalszego spaceru. Po moim powrocie idziemy na obiad. Przy plaży działa wiele restauracji, ale największy ruch panuje w biało-niebieskim lokalu z dużym napisem "Traditional Food". W ofercie szeroki wybór ryb i owoców morza, ale z racji moich żywieniowych upodobań decydujemy się na pizzę. Bierzemy Kater Djathra, czyli po prostu "cztery sery". Na danie czekamy dosłownie kilka minut, które umilamy sobie widokiem psiaka, uroczo śpiącego pod naszym stołem. Pizza to prawdziwe niebo w gębie. Chyba nigdy nie jedliśmy czegoś tak dobrego, nawet we Włoszech. Sery są wyjątkowo dobre - można wyczuć smak każdego z osobna, ciasto jest cienkie i chrupiące. Całość po prostu wybitna. Ani wcześniej, ani później, nie udało nam się zjeść w Albanii tak świetnie przyrządzonej pizzy.
Łatwo jest zakochać się w plaży Gjipe
Himarë i awaria Kianki
Po pobycie w Jalë przyszedł czas na odwiedziny w Himarë. To dość popularny kurort, również położony przy szosie SH8, który jednak nie bywa tak zatłoczony, jak choćby Saranda. Przed zjechaniem do centrum i plaż, warto zatrzymać się na chwilę przy ruinach twierdzy. Auto można zostawić na parkingu. Pozostałości warowni i dawnych zabudowań przeplatają się z domami zamieszkanymi dziś przez Albańczyków. Głównym punktem widokowym są okolice dwóch kościołów, z których pozostały jedynie ściany. Rozciągająca się stamtąd panorama zachwyci każdego. A co więcej, zazwyczaj mało kto tam zagląda, więc widoki i ruiny można mieć tylko dla siebie.
Samo Himarë może się spodobać. Miasto jest zadbane, choć nasze wątpliwości wzbudza wybetonowana, niewielka nadmorska promenada. Co tu dużo mówić, Albańczycy lubią nadużywać betonu. Kiedyś wykorzystywali go do budowy bunkrów, teraz do modernizowania różnych miejsc, najczęściej nad morzem. Z jednej strony jest schludnie, z drugiej trochę za mało naturalnie. Plaże w Himarë robią przyjemne wrażenie, tłoku nie ma, choć panuje miły dla ucha gwar rozmów i zabaw.
Twierdza położona jest malowniczo powyżej centrum Himarë
Z Himarë będzie nam się kojarzyła jedyna poważniejsza awaria, jaka przytrafiła się naszej kiance. Otóż w 2016 r. zainwestowaliśmy w przetwornicę samochodową, która miała nam umożliwić ładowanie licznej elektroniki. Niestety, Chińczycy tak wyprodukowali wzmiankowaną przetwornicę, że co chwilę się psuła. Akurat w Himarë Marek postanowił podjąć kolejną próbę jej naprawienia. Kiedy w końcu udało mu się odpowiednio połączyć kabelki, wsadził wtyczkę do samochodowej zapalniczki, a potworna przetwornica postanowiła spalić nam bezpieczniki. Sytuacja niemiła - nie działa nam radio, nie mamy żadnego prądu, gdyż zapalniczka również nie działa. Usiłujemy znaleźć spalony bezpiecznik pod maską, ale nie możemy go namierzyć. Marek jest wściekły i to dziwnym trafem na mnie, a nie na durną przetwornicę. Dopiero po dwóch dniach szef mego małżonka uświadamia nam, że drugi zestaw bezpieczników znajduje się od strony kierowcy i tam odkrywamy spalonego winowajcę. Nie zmienia to faktu, że zostaliśmy bez przetwornicy, z opcją ładowania tylko tych sprzętów, które można podpiąć kablem USB. Nie zawsze warto oszczędzać. Kupiliśmy tanią przetwornicę, która miała nas uniezależnić od płatnych noclegów z dostępem do prądu. Efekt był taki, że to, co zaoszczędziliśmy na jej zakupie, musieliśmy z nawiązką wydać na kempingi lub pensjonaty. Podsumowując, nie do końca dobrze na tym wyszliśmy.
Jeżowce wokół zamku
Za Himarë szosa SH8 wije się wśród w zasadzie niezabudowanego terenu, by po kilku kilometrach dotrzeć do Porto Palermo. Słynie ono z zamku Alego Paszy, położonego na niewielkim półwyspie, w malowniczej zatoce. Po pokonaniu wyjątkowo wyboistej drogi odchodzącej od SH8, można zaparkować auto obok niewielkiej restauracji lub niszczejącego budynku, bliżej ruin zamku. Za każdym razem, gdy odwiedzaliśmy Porto Palermo, trafialiśmy tam na spore grupy osób pływających w morzu z maskami i rurkami. Woda w zatoce jest bowiem bardzo czysta i przejrzysta, co pozwala na obserwację morskich żyjątek. Jedynym mankamentem jest to, że występują tam ogromne ilości jeżowców, więc decydując się na pływanie, należy zaopatrzyć się w odpowiednie, ochronne obuwie. Aczkolwiek nawet w nim Marek nie czuł się komfortowo i o ile przeważnie z wody ciężko go wyciągnąć, o tyle stamtąd dość szybko uciekł, twierdząc, że mnogość jeżowców go przeraziła.
Porto Palermo jest wyjątkowo malowniczym punktem przy trasie SH8
Mimo wszystko znacznie większą atrakcją Porto Palermo jest wspomniany wcześniej zamek. Kiedy byliśmy tam za pierwszym razem, w 2014 r., trafiliśmy na bardzo sympatycznego biletera, który mocno nas zaskoczył. Otóż, dochodząc do twierdzy, nie rozmawialiśmy z Markiem, a gdy tylko bileter nas zobaczył, piękną polszczyzną powiedział: Dzień dobry. Bilet wstępu kosztuje 100 leków. Życzę miłego zwiedzania. Nie mam pojęcia, skąd starszy jegomość wiedział, że ma do czynienia z Polakami. Niewątpliwie, oboje wolimy tego typu zaskoczenia, niż obcokrajowców chcących się koniecznie pochwalić umiejętnością przeklinania w naszym ojczystym języku.
Już z biletami i po otrząśnięciu się z zadziwienia, wkraczamy do mrocznego wnętrza twierdzy. Z niewielkich lufcików w suficie sączy się światło. Panuje przyjemny chłód. Po wyjściu na górny poziom możemy podziwiać górską oraz morską panoramę. Spędzamy tam dłuższą chwilę, uwieczniając na fotografiach kolejne ujęcia twierdzy i jej fotogenicznych wieżyczek.
Plaże w okolicach Borsh
Prowadząc dalej na południe, szosa SH8 przecina Borsh. I tu mała uwaga na temat korzystania z Goole Maps w Albanii. Otóż, jeśli będziecie chcieli wyznaczyć trasę z Vlory do Sarandy, to Google bardzo często nie prowadzi przez Llogarę i wzdłuż wybrzeża, tylko albo przez Tepelenę, albo wzdłuż górskiej, szutrowej drogi, która zaczyna się za miejscowością Kota, a kończy właśnie w Borsh. Dlaczego Google Maps tak robi, nie mam pojęcia, niemniej już wielokrotnie dostawałam maile z pytaniem, czy szosa SH8 jest nieprzejezdna, właśnie dlatego, że najpopularniejsze na świecie mapy nie chciały po niej wyznaczać trasy. Podsumowując, ta konkretna nawigacja czasami działa w Albanii kiepsko i dlatego należy weryfikować jej wskazania, by nie wpakować się w kłopoty lub nie robić nadprogramowych kilometrów.
Za Borsh odwiedzić można dwie kolejne, niewielkie plaże. Pierwszą jest Bunec, która nie zrobiła na nas zbyt dobrego wrażenia. Przede wszystkim panuje na niej straszny harmider, jest sporo śmieci, a funkcjonujące tam kempingi i restauracje odstraszają cenami i bardzo marnym poziomem. Nieco lepiej prezentuje się Lukova, do której wiedzie kręta, asfaltowa droga, kończąca się nieopodal niewielkiej, białej cerkwi. W lewo rozciąga się nieduży gaj oliwny, który wydał nam się idealnym miejscem na nocleg na dziko (szczególnie, że obozowały tam dwie ekipy z kamperami - jedna z Polski, a druga z Niemiec), oraz nieco bardziej skaliste nabrzeże. W prawo natomiast odbija szutrowa droga, która dociera do bardziej popularnej części plaży, gdzie funkcjonują liczne bary i restauracje. My decydujemy się rozbić obozowisko w gaju oliwnym, który rano zapewni nam niezbędny latem cień. Poranek budzi nas piękną pogodą i upałem. Marek najpierw idzie pływać, później lata dronem. W międzyczasie, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, pojawia się teoretyczny właściciel oliwnego gaju i żąda od nas opłaty w wysokości 5 ?. Oczywiście, nie jest to wygórowana kwota, ale ciężko nam było zweryfikować, czy do tego jegomościa teren rzeczywiście należy, czy też jest sprytnym wyłudzaczem. Ostatecznie mu zapłaciliśmy, ale do końca nie byliśmy przekonani, czy na pewno dobrze robimy.
Lukova zaskoczyła nas zarówno pozytywnie, jak i negatywnie
W kierunku Sarandy
Za Lukovą droga SH8 oddala się nieco od wybrzeża, wijąc się pośród wzgórz i przecinając kilka mniejszych miejscowości. Przed Sarandą można z niej odbić do polecanej przez liczne przewodniki zatoki Kakome. W 2016 r. postanowiliśmy ją zobaczyć. Kilka kilometrów za Nivicë należy zjechać w prawo, w dość wąską, asfaltową drogę, która wije się po niewielkim zboczu. Po chwili odsłania się widok na zatokę oraz na zamkniętą bramę, która blokuje możliwość dojechania do plaży. Na ogrodzeniu widnieje spory napis "Kakomes Resort" oraz "private". Całości pilnuje strażnik. Za ogrodzeniem rozciąga się pusty, niezagospodarowany teren, zakończony plażą i szmaragdowym morzem. Szybko okazuje się, że strażnik bez problemu wpuszcza Albańczyków, natomiast Greków, którzy pojawili się w okolicy zaraz po nas, przegania. Później dowiadujemy się, że obcokrajowcy muszą uiścić opłatę w wysokości 1000 leków (ponad 30 zł), by dotrzeć do zatoki. Dochodzimy do wniosku, że satysfakcjonuje nas widok z dystansu i żegnamy się z tym miejscem.
Saranda od lat cieszy się niesłabnącą popularnością wśród turystów
Ostatnim punktem, do którego dociera szosa SH8, jest Saranda - największy kurort południowego wybrzeża Albanii. Miasto wzbudza skrajne emocje. Jedni Sarandę uwielbiają, innym po prostu się nie podoba. Jest bowiem dość gęsto zabudowana ogromnymi hotelami i apartamentowcami, których architektura raczej nie zachwyca. Mimo wszystko Saranda przypadła nam do gustu już od pierwszej wizyty, jaka miała miejsce w kwietniu 2012 r. Kolejne odwiedziny tylko utwierdzały nas w przekonaniu, że to całkiem przyjemne, choć nieco chaotyczne miasto. Kierowców może frustrować fakt, że w centrum większość ulic jest jednokierunkowa i w sezonie uwielbiają się korkować. Stanie w ponad trzydziestostopniowym upale i wdychanie spalin (w szczególności, jeśli ma się auto bez klimatyzacji i jest się zmuszonym otworzyć wszystkie okna na oścież) nie należy do przyjemności.
Niewątpliwie, największym atutem Sarandy, jako kurortu, jest nie tylko rozbudowana baza hotelowo-gastronomiczna, ale przede wszystkim wspaniały widok na Korfu, jaki rozciąga się niemal z każdego jej zakątka. Najpiękniejszą panoramę można podziwiać z twierdzy Lekures (Kalaja e Lëkurësit), do której, za niewielkie pieniądze, dojeżdża się taksówką z centrum miasta. Inna opcja to popołudniowy spacer - chodzi o to, by dotrzeć na górę przed zachodem słońca. W samej warowni funkcjonuje całkiem niezła restauracja. W okolicy można zobaczyć rozsiane po wzgórzach bunkry, a z góry przyjrzeć się prawie całej Sarandzie oraz dominującemu na horyzoncie Korfu. Na wyspę z albańskiego kurortu kursują wodoloty lub niewielkie promy. Istnieje również możliwość wykupienia całodniowej wycieczki do Grecji, jednak nigdy nie mieliśmy sposobności, by tego typu wyprawę sobie zafundować. Nigdy też w Sarandzie nie nocowaliśmy, choć parę razy mieliśmy taki plan, ale dość wysokie ceny w szczycie sezonu mocno nas zniechęciły.
Ceny w Albanii
Temat cen jest zawsze istotną kwestią w trakcie planowania wyjazdów. W przypadku albańskiego wybrzeża zaobserwować można następującą tendencję. Dużo droższe jest południe, gdzie zagląda najwięcej turystów z zagranicy. Nocleg w sezonie może kosztować nawet 50-60 ?/noc/pokój. Oczywiście, cenę można negocjować, ale tylko przy dłuższych pobytach. Korzystanie z portali rezerwacyjnych także bywa niezbyt opłacalne, gdyż właściciele hoteli/pensjonatów podają wyższe kwoty, bo muszą płacić sporą prowizję. Ceny po sezonie mogą spaść nawet o 30-40%. Jedzenie na południowym wybrzeżu również jest nieco droższe niż w innych częściach kraju, ale dla nas - Polaków nadal nie stanowi dużego obciążenia dla portfela.
Ceny na północnym wybrzeżu i w jego centralnej części są odrobinę niższe, w szczególności poza dużymi kurortami, takimi jak Durres czy Vlora. Wynika to w dużej mierze z tego, że turyści zagraniczni odwiedzają głównie popularne ośrodki, a do mniejszych po prostu nie zaglądają.
W miarę oddalania się od wybrzeża, ceny zaczynają spadać. Kręcąc się po mniejszych i większych górskich miejscowościach, można dość szybko zauważyć, że wiele produktów jest tam tańszych nawet o 50-60%. Dziwi to o tyle, że do niektórych regionów naprawdę nie jest łatwo dotrzeć i wydawałoby się, że choćby z tego powodu, ceny powinny być wyższe.
Niestety, z roku na rok widzimy, że Albania robi się coraz droższa. Noclegi i dania w restauracjach kosztują coraz więcej, na szczęście produkty spożywcze kupowane w sklepach wciąż są dla nas relatywnie tanie. Prawda jest jednak taka, że wraz ze zwiększającym się zainteresowaniem Albanią, ceny będą wzrastać. Może nie osiągną takiego szalonego pułapu, jak w Chorwacji, ale za chwilę nie będzie można mówić, że Albania jest jednym z najtańszych krajów na Półwyspie Bałkańskim.
Ona tańczy dla mnie...
Saranda przyciąga gości z zagranicy, ale w jej bliskim sąsiedztwie znajdują się dwa miejsca, które cieszą się równie dużą, jeśli nie większą popularnością. Prowadzi do nich szosa SH81, która ciągnie się wzdłuż wzgórz oddzielających Morze Jońskie od jeziora Butrint. Pierwsze z nich to Ksamil, który na blogu już od kilku lat figuruje jako "najbardziej polskie miasto w Albanii". I bynajmniej nie jest to nadużycie z mojej strony. W sezonie ten niewielki kurort upodobali sobie Polacy. Łatwiej usłyszeć tam język polski, niż albański. W restauracjach bez problemu można znaleźć polskie menu, pooglądać jeden z polskich kanałów muzycznych czy pobawić się na dyskotece przy hitach prosto z Polski. W związku z tym ostatnim aspektem mieliśmy w 2014 r. dość zabawną sytuację. Był 18 sierpnia, rocznica naszych zaręczyn. Nocowaliśmy na dzikim wtedy półwyspie, na zachód od głównych plaż Ksamilu. Rozciąga się z niego całkiem przyjemny widok na miasto, Sarandę oraz promy pływające na Korfu. Wieczorem postanowiliśmy uczcić rocznicę romantyczną kolacją. Było wino, ser i wyjątkowo paskudne oliwki. Większość czasu poświęcamy na robienie nocnych zdjęć, a z każdego dobrego kadru cieszymy się jak dzieci. Nagle do naszych uszu dochodzić zaczynają dość niespodziewane dźwięki z jednej z dyskotek. "Ja, uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie!", a po chwili "Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka...". Nie, to nie były halucynacje i omamy słuchowe, ani też przypadek. Po prostu, w Ksamilu jest tylu Polaków, że mają swojego własnego didżeja rezydenta i dyskoteki, w których puszczane są polskie przeboje. W kolejnych latach repertuar się zmieniał, lecz ciągle w tym albańskim kurorcie rządzą w sezonie Polacy.
Ksamil ma wiele atutów, wśród których są piaszczyste plaże i cudowne widoki
Można zapytać - co ich tam przyciąga? Szczerze mówiąc, samo miasteczko pod względem historycznym czy kulturowym nie ma nic do zaoferowania. Jest to typowy kurort, który słynie z piaszczystych plaż, trzech niewielkich wysepek, na które można dopłynąć wpław lub wynajętą łodzią czy rowerem wodnym. Dodatkowo z Ksamilu rozciąga się piękny widok na Korfu. Całkiem niezła jest baza hotelowa i gastronomiczna, a ponad 300 słonecznych dni w roku (podobnie jak w Sarandzie) stanowi gwarancję pogody. Nie do końca rozumiemy jednak fenomen Ksamilu, gdyż w sezonie panuje tam taki ścisk, że na plażach nie ma gdzie wcisnąć szpilki. Jest głośno, do tego dość brudno (Albańczycy nie nadążają ze sprzątaniem), a zapachy z licznych restauracji i prowizorycznych stoisk z grillowaną kukurydzą tworzą mieszankę przyprawiającą o mdłości. Mimo wszystko z roku na rok turystów w Ksamilu przybywa, nasze wpisy poświęcone temu albańskiemu miastu biją na blogu rekordy popularności, a hasło "Ksamil" jest tym, po którym najwięcej osób do nas trafia. Poza sezonem ten albański kurort pustoszeje, dzięki czemu staje się dużo bardziej znośny, a wręcz przyjemny. W lipcu i sierpniu radzimy jednak omijać go szerokim łukiem. Zwłaszcza że w okolicy Ksamilu można znaleźć znacznie ciekawsze miejsca. Plażowicze powinni udać się na Pema e Thate, położoną na zachód od kurortu plażę z rozległym widokiem na Korfu, lub do jednej z mniejszych zatoczek pomiędzy Ksamilem a Sarandą. Godne uwagi są bez wątpienia Pulëbardha, Manastirit i Pasqyrave.
Panorama dziejów w miniaturze
Drugie miejsce cieszące się ogromną popularnością wśród turystów odwiedzających rejon Sarandy i Ksamilu to Butrint. Antyczne ruiny nad kanałem łączącym jezioro Butrint z Morzem Jońskim stanowią swoistą miniaturową panoramę śródziemnomorskiej historii, prezentując różne jej fazy rozwoju, a także panowanie i upadek mocarstw, do których należał ten region. Początkiem XIX w. fortyfikacje obronne Butrintu zostały poszerzone o fortecę wybudowaną nad kanałem Vivari przez Alego Paszę z Tepeleny.
Mieliśmy okazję odwiedzić ruiny w kwietniu 2012 r. Choć w innych miejscach w Albanii nie spotkaliśmy w tym czasie w zasadzie żadnych turystów, to w Butrincie natknęliśmy się na wycieczkę emerytów z USA oraz sporo młodzieży z Kosowa. Na szczęście przybyliśmy tuż po otwarciu, więc wielkich tłumów jeszcze nie było. Tu rada - jeśli planujecie zwiedzanie Butrintu latem, przyjedźcie z samego rana. Temperatury będą wtedy dużo bardziej znośne i spacer wśród ruin aż tak was nie zmęczy.
Krajobrazy z południowego krańca Albanii
W wielu miejscach na Bałkanach, również w Albanii, możecie zetknąć się z dwoma typami cen za bilety. Dla mieszkańców danego kraju (tańsze) i dla innych narodowości (droższe). Podobnie jest w Butrincie - jako obcokrajowcy zapłacicie 700 leków od osoby, podczas gdy Albańczycy wydadzą tylko 300 leków. Taka polityka zachęca obywateli do zwiedzania, poznawania własnej historii i poszerzania horyzontów.
W Butrincie wraz z biletem otrzymuje się ulotkę w języku angielskim, w której zawarta jest krótka, acz treściwa historia tego miejsca oraz mapka terenu i kierunek zwiedzania. Oczywiście poszliśmy pod prąd, ale to zapewne moja zasługa, gdyż nawet z kompasem, GPS-em, papierową mapą, nawigacją w telefonie jestem w stanie pomylić drogę, zgubić się lub udać się nie w tę stronę, co potrzeba. Na szczęście posiadam też umiejętność odnajdywania się i wracania na właściwe tory. W przypadku Butrintu nasza (moja) pomyłka nie wymagała skorygowania, gdyż zasadniczo w niczym nie przeszkadzała. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od amfiteatru. Co ciekawe, w niektórych jego zakamarkach stała woda, w której radośnie pluskały się żółwie. Niektóre, w grupkach lub pojedynczo, wygrzewały się na słońcu. I choć możemy potwierdzić obecność żółwi w Butrincie, to wiele osób, które pojechały tam po naszej rekomendacji, zwierząt nie widziało. Cóż, może nie wszystkim się pokazują?
To właśnie w tej części Butrintu widzieliśmy spacerujące żółwie
Naszym kolejnym celem był zamek, do którego należy podejść ścieżką lekko pnącą się do góry. Mieści się w nim muzeum, gdzie (również po angielsku) można przeczytać o kolejnych etapach rozwoju miasta. Oczywiście, jest też sporo ciekawych eksponatów, jednak największym atutem okazała się klimatyzacja. Choć było wcześnie, panował nieznośny upał. Ruszamy dalej, mimo protestów skonsternowanego ochroniarza, który próbuje nas nakłonić do powrotu na właściwy kierunek zwiedzania. Mijamy coraz więcej turystów, głównie z Albanii, Kosowa i Grecji. Ponownie spotykamy Amerykanów. Ich obecność jest dla nas mocno zastanawiająca. Może wpadli do Butrintu w ramach wycieczki fakultatywnej z Korfu? Jedno jest pewne - w Albanii Amerykanie bywają, o czym świadczy m.in. menu w restauracjach po angielsku, z podanymi cenami w dolarach (choć ostatnio częściej spotyka się menu w języku polskim z cenami w lekach lub euro). Generalnie zwiedzanie Butrintu jest wyjątkowo przyjemnym i relaksującym zajęciem. Zarówno same ruiny, jak i roztaczające się z ich okolic widoki są wyjątkowo ładne, więc absolutnie nie dziwi, że miejsce to cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem turystów z różnych zakątków globu.
I tak dotarliśmy na sam kraniec Albanii. Dalej już tylko prowizoryczny prom na kanale Vivari i droga do granicy z Grecją. Trasa SH8, jak i szosa SH81 są jednymi z częściej przemierzanych przez turystów. Trudno się dziwić. Oferują najbardziej spektakularne widoki zarówno na góry, jak i morze. Pozwalają zajrzeć do wielu urokliwych miejscowości i zakosztować albańskiej historii i kultury.