Armia w ruinie - Edyta Żemła

Kup ebooka

36.90 zł
31.37 zł (28,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ofi­cer wojsk lądo­wych: Jak PiS wygrało wybory jesie­nią 2015 roku, sze­fem MON-u został Antoni Macie­re­wicz. Od razu było widać, że jest świet­nie do tej roli przy­go­to­wany. Do resortu wszedł jak do sie­bie. Z mar­szu podej­mo­wał decy­zje per­so­nalne, które zaczęły się od dymi­sji gen. Bogu­sława Packa, rek­tora Aka­de­mii Obrony Naro­do­wej. Nie miał żad­nych opo­rów ani skru­pu­łów. Ciął równo, jak leci.

Ofi­cer wojsk lądo­wych: Wszy­scy starsi żoł­nie­rze pamię­tali rok 2004. Pamię­tali, jak Macie­re­wicz wszedł do WSI i prak­tycz­nie roz­wa­lił jedną z lepiej dzia­ła­ją­cych służb. Byłem wtedy mło­dym ofi­ce­rem i patrzy­łem na to z boku, ale z dużym nie­po­ko­jem. Tym bar­dziej że Macie­re­wicz wywa­lał wtedy naszych ofi­ce­rów wywiadu, któ­rzy byli roz­lo­ko­wani po świe­cie. Działy się tra­ge­die. O tych tra­ge­diach do dzi­siaj się nie mówi, ale dużo, naprawdę dużo złego naro­bił. Kiedy zbli­żała się jesień 2015 roku i już wie­dzie­li­śmy, że Macie­re­wicz znowu trafi do MON-u, nie mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, że zaczną się dziać cuda. I zaczęły.

Ofi­cer woj­sko­wych służb: Moi ludzie weszli do pała­cyku przy ulicy Klo­no­wej, gdzie urzę­do­wać miał mini­ster, zaraz po tym, jak Macie­re­wicz objął sta­no­wi­sko. Mieli spraw­dzić pomiesz­cze­nia pod kątem pod­słu­chów. Mini­stra jesz­cze nie było, ale na jego biurku leżała odręcz­nie napi­sana ankieta. Potem roze­słano ją do jed­no­stek i wszy­scy żoł­nie­rze musieli ją wypeł­nić. Pytano w niej, czy żoł­nierz miał kon­takt z mediami, czy udzie­lał wywia­dów, czy zna dzien­ni­ka­rzy. Sporo tych pytań było. Na tysiąc pro­cent były uło­żone przez samego Macie­re­wicza, choć nam mówiono, że powstały w jakiejś komórce MON-u. Poza tą ankietą i kil­koma papie­rami na biurku mini­stra jesz­cze nic nie leżało. Wszyst­kie pomiesz­cze­nia były puste. Macie­re­wicz z ekipą dopiero zaczy­nali się urzą­dzać. Jeź­dzi­li­śmy na ulicę Klo­nową kilka razy i robi­li­śmy testy tech­niczne, bo Antoni bar­dzo bał się pod­słu­chów. Wymy­ślił sobie, żeby­śmy mu zain­sta­lo­wali ponad­stu­wa­towe zagłuszki tele­fo­nów komór­ko­wych. On przyj­mo­wał dużo kom­ba­tan­tów, dla­tego mu tłu­ma­czy­li­śmy, że jak przyjdą osoby star­sze, z roz­rusz­ni­kiem serca i on takie zagłuszki odpali, to będą fikać jak kawki. W końcu mu ten pomysł wyper­swa­do­wa­li­śmy i zgo­dził się na słab­sze.

Na Klo­no­wej 8, naprze­ciwko pała­cyku, Macie­re­wicz od razu ulo­ko­wał swoją komi­sję smo­leń­ską. Te pomiesz­cze­nia też spraw­dza­li­śmy. Na górze były nad­bu­dówka i pokoje gościnne. Zasta­li­śmy tam pana Wacława Ber­czyń­skiego, tego, który uwa­lił Cara­cale. Był w sta­nie lekko wska­zu­ją­cym na spo­ży­cie. W pomiesz­cze­niach poroz­wa­lane puszki po piwie. Ber­czyń­ski, jak nas zoba­czył, to wstał, taki tro­chę zawiany, i powie­dział: "Idę do Anto­niego, nie będę wam prze­szka­dzał". Ubrał się i poszedł. Spraw­dza­li­śmy, czy jest czy­sto. Sporo rze­czy nas zanie­po­ko­iło. Leżały tam jakieś pry­watne pen­drive'y, tele­fony. Pod­skór­nie już wtedy czu­li­śmy, że kwe­stie bez­pie­czeń­stwa infor­ma­cji nie będą nale­ży­cie trak­to­wane. Potem w służ­bach zaczęły się czystki. Macie­re­wicz pozbył się prak­tycz­nie wszyst­kich sta­rych doświad­czo­nych ofi­ce­rów i podofi­ce­rów.

Ofi­cer sił powietrz­nych: W MON-ie została wtedy stwo­rzona grupa, która miała prze­glą­dać wszyst­kie teczki akt per­so­nal­nych od pod­puł­kow­nika wzwyż. Do jed­no­stek w całej Pol­sce z depar­ta­mentu kadr MON-u poszedł roz­kaz, by te teczki prze­ka­zy­wać do pała­cyku na ulicę Klo­nową, gdzie urzę­do­wał Macie­re­wicz i jego świta z Bar­tło­mie­jem Misie­wi­czem na czele. Przy Misie­wi­czu, który był sze­fem gabi­netu poli­tycz­nego mini­stra i rzecz­ni­kiem pra­so­wym, była grupa ludzi, jakichś stu­den­tów, bodajże z Uni­wer­sy­tetu Kar­dy­nała Wyszyń­skiego czy KUL-u. Oni mieli wypi­sane punkty, według któ­rych te teczki prze­glą­dali. Przede wszyst­kim cho­dziło o przy­na­leż­ność ofi­cera do PZPR-u, o to, gdzie słu­żył w sta­nie wojen­nym, kiedy roz­po­czy­nał szkołę ofi­cer­ską. Kie­ro­wał tym Misie­wicz, który kazał się nazy­wać mini­strem. Tak typo­wano ludzi do zwol­nień. Wtedy też powstało to słynne roz­wi­nię­cie skrótu MON, czyli "Mogą Odwo­łać Nocą". Bo kto pra­co­wał za Macie­re­wicza, ten rów­nież wie­dział, że pra­cuje się dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, a noc jest tak samo dobra do wyko­ny­wa­nia zadań, jak dzień. Mini­ster na przy­kład przy­jeż­dżał z Toru­nia, a czę­sto bywał u księ­dza Rydzyka, o godzi­nie 21.50 i zarzą­dzał odprawę. Trzeba było się sta­wić. Nie przyj­mo­wał wymó­wek.

Eme­ry­to­wany gene­rał: Pierw­szą ofiarą "MON" był gen. Bogu­sław Pacek, wtedy rek­tor-komen­dant Aka­de­mii Obrony Naro­do­wej. On tą aka­de­mią dowo­dził zale­d­wie kilka tygo­dni i jesz­cze nie zdą­żył dobrze się roz­pa­ko­wać, jak nocą dostał tele­fon, że ma się sta­wić u Macie­re­wi­cza. Bogu­sław opo­wie­dział mi, jak to wyglą­dało. Kiedy zja­wił się w pała­cyku na Klo­no­wej, pano­wał tam jesz­cze straszny roz­gar­diasz. Ludzie Macie­re­wi­cza prze­my­kali kory­ta­rzami, zaj­mo­wali gabi­nety, tech­nicy SKW spraw­dzali, czy w pomiesz­cze­niach nie ma pod­słu­chów. Jakaś sekre­tarka kazała Pac­kowi usiąść i pocze­kać. Dopiero po kilku godzi­nach - po pół­nocy - w końcu został zapro­szony do gabi­netu mini­stra. O dziwo, jak mówił, roz­mowa prze­bie­gała w dość miłej atmos­fe­rze. Macie­re­wicz miał dosko­nały humor. Pytał Bogu­sława o jego doro­bek naukowy, który, jak się oka­zało, dosko­nale znał. Na koniec ze spe­cy­ficz­nym dla sie­bie uśmie­chem wrę­czył mu szarą kopertę z wypo­wie­dze­niem.

Ofi­cer sił powietrz­nych: Jak moi kole­dzy w poważ­nych puł­kow­ni­kow­skich stop­niach cho­dzili do mini­stra Macie­re­wi­cza, to dosta­wali jedno pyta­nie: "Wypa­dek czy zamach?". Odpo­wiedź decy­do­wała, czy dosta­wali szarą kopertę z wypo­wie­dze­niem, czy awans. I tyle! Znam takich, któ­rzy powie­dzieli "kata­strofa" i nie dostali awansu.

Ofi­cer sił powietrz­nych, wykła­dowca w Szkole Orląt: Wra­ca­łem kie­dyś z Anto­nim z jakiejś woj­sko­wej imprezy. W pew­nym momen­cie mówi do mnie, że w Smo­leń­sku Rosja­nie prze­cież mieli sys­tem do lądo­wa­nia i celowo go nie włą­czyli, by dopro­wa­dzić do kata­strofy naszego rzą­do­wego tupo­lewa. "Panie mini­strze, nic bar­dziej myl­nego. Tam nie ma żad­nego takiego sys­temu" - odpo­wie­dzia­łem i tłu­ma­czy­łem, że lot­ni­sko w Smo­leń­sku jest lot­ni­skiem woj­sko­wym, że tam żaden zachodni sys­tem podej­ścia do lądo­wa­nia nie został zain­sta­lo­wany. Antoni się jed­nak upie­rał. Mówił, że kiedy doszło do kata­strofy 10 kwiet­nia, to ten sys­tem tam był, ale Ruscy go nie włą­czyli. Jesz­cze raz sta­wi­łem opór. Jak mi znowu powie­dział, że ten sys­tem tam był, tylko Rosja­nie go nie włą­czyli, to w końcu się zre­flek­to­wa­łem, że moje upie­ra­nie się nie ma naj­mniej­szego sensu. Do niego nic nie tra­fiało. Jak gro­chem o ścianę. Powie­dzia­łem w końcu: "Panie mini­strze, rozu­miem. Ja nie wiem wszyst­kiego. Pan mini­ster na pewno wie naj­le­piej". To był koniec dys­ku­sji. Facet jest ode­rwany od życia.

Ofi­cer wojsk lądo­wych: Antoni - tak myślę - każ­dego z gene­ra­łów sam oso­bi­ście prze­świe­tlił. Poma­gał mu archi­wi­sta z IPN-u, Rado­sław Peter­man, któ­rego mini­ster zro­bił dyrek­to­rem depar­ta­mentu kadr, i płk Krzysz­tof Gaj, który odszedł z wojsk pan­cer­nych, a potem Macie­re­wicz go przy­wró­cił i zro­bił sze­fem zarządu pierw­szego w szta­bie gene­ral­nym. Wiem, że Antoni sam oglą­dał teczki woj­sko­wych. Inte­re­so­wało go to, kto miał jaką prze­szłość, nie kwe­stie woj­skowe.

Eme­ry­to­wany gene­rał: Od samego początku Macie­re­wicz poka­zy­wał, że jest tu bogiem. Pamię­tam jego uro­dziny. To było w sierp­niu 2016 roku. Na uro­czy­sto­ści zja­wili się ludzie z każ­dej komórki MON-u. Macie­re­wicz jest prze­ciw­ni­kiem alko­holu, zwo­len­ni­kiem sportu, dla­tego sym­bo­licz­nie na stole posta­wiono kie­liszki, ale nalano w nie wody. Przy stole sie­dział ówcze­sny kan­dy­dat na szefa logi­styki. Wzniósł toast, w któ­rym pod nie­biosa wychwa­lał mini­stra. Na koniec mach­nął jed­nym hau­stem to, co było w kie­liszku. Mocno się przy tym skrzy­wił, a pod nosem bąk­nął: "O, woda?". Macie­re­wicz to usły­szał i mówi: "Panie puł­kow­niku, a co pan sobie wyobra­żał, że my tu będziemy wódkę pili?". Facet był tak wystra­szony, że do końca imprezy poka­zy­wał, jak bar­dzo ta woda mu sma­kuje, że aż się od niej nie mógł odkleić.

To tylko jeden z przy­pad­ków, ale podob­nych było bar­dzo wiele. Cho­ciażby to, co Macie­re­wicz robił z komen­dan­tem żan­dar­me­rii. Pasją Macie­re­wicza jest pły­wa­nie, a zwłasz­cza skoki z tram­po­liny. Korzy­stał z basenu Żan­dar­me­rii Woj­sko­wej. Wpa­dał tam w środku nocy, na równe nogi zry­wano kie­row­nika pły­walni i inne osoby, żeby mini­stra witali z hono­rami. Pierw­sze pły­wa­nie Anto­niego na base­nie żan­dar­me­rii odbyło się bez udziału komen­danta. Dla­tego musiał odejść. Podzię­ko­wano mu. Następny komen­dant, gen. Tomasz Połuch, już wie­dział, że praca się nie koń­czy po połu­dniu, tylko trzeba być w goto­wo­ści i do pierw­szej w nocy cze­kać z ręcz­ni­kiem przy base­nie na mini­stra.

Żoł­nierz żan­dar­me­rii z oddziału spe­cjal­nego: Do naszych głów­nych zadań należy fizyczna ochrona oraz zabez­pie­cze­nie potrzeb trans­por­to­wych osób zaj­mu­ją­cych sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze w MON-ie. Jak tylko nastał Macie­re­wicz, nasi dowódcy powie­dzieli nam, że mamy go słu­chać, nie dys­ku­to­wać i gor­li­wie wyko­ny­wać obo­wiązki, bo jak się spodo­bamy mini­strowi, to wszy­scy będziemy mieć dobrze. Chyba się spodo­ba­li­śmy. Dodatki dali nam więk­sze niż żoł­nie­rzom GROM-u, do tego wypa­siona broń, sprzęt, wypo­sa­że­nie, naj­lep­sze fury, moto­cy­kle, a nawet szyb­kie łodzie rzeczne. Nasi komen­danci byli wtedy nie do rusze­nia. Żan­dar­me­ria za Macie­re­wicza to było pań­stwo w pań­stwie. Inwi­gi­la­cja, pod­słu­chy, nisz­cze­nie ludzi były na porządku dzien­nym. Wła­dza dowód­com na to wszystko pozwa­lała. W zamian mieli bez sprze­ciwu wysy­łać nas do tłu­mie­nia pro­te­stów kobiet, tych czar­nych mar­szy i pil­no­wa­nia mie­sięcz­nic. Byli­śmy tam oczy­wi­ście w cywil­kach, by nikt się nie przy­cze­pił, że wła­dza wysyła woj­sko do walki z oby­wa­te­lami.

Urzęd­nik z Pałacu Pre­zy­denc­kiego: Macie­re­wicz jako mini­ster miał więk­szą ochronę niż pre­mier czy pre­zy­dent. Tych żan­dar­mów za nim jeź­dziły całe tabuny. Dom mu ochra­niali. Zresztą Misie­wi­czowi rów­nież. To było chore. Ten wasa­lizm sze­fów Żan­dar­me­rii Woj­sko­wej wobec Macie­re­wicza był nie­po­jęty nawet dla nas, poli­ty­ków. W nor­mal­nym pań­stwie do cze­goś takiego ni­gdy nie powinno było dojść. Komen­danci żan­dar­me­rii powinni mu powie­dzieć: "Panie mini­strze, zasady są takie i takie. Chce pan, to niech mnie pan zmieni, ale jest gra­nica. Każdy następny, kto po mnie przyj­dzie, powie panu to samo". Ale tam, w tej żan­dar­me­rii i chyba zresztą w całym woj­sku nie było żad­nych gra­nic.

Żoł­nierz żan­dar­me­rii z oddziału spe­cjal­nego: Przez te lata pano­wie ofi­ce­ro­wie tak się skun­dlili, że odkun­dlić już się nie potra­fią. Od Macie­re­wi­cza to się zaczęło. Jak PiS prze­grało wybory, naszym komen­dan­tom strach zaj­rzał w oczy. Ci naj­waż­niejsi, gen. Połuch i jego zastępca, szybko zostali zmie­nieni, ale pozo­stali wal­czą. Nasz nowy komen­dant znowu włazi poli­ty­kom w dupę.

Ofi­cer z MON-u: Kilka razy mia­łem stycz­ność z Macie­re­wi­czem i powiem szcze­rze, on w pierw­szej chwili robi dobre wra­że­nie inte­li­gent­nego, bły­sko­tli­wego gościa. Gdy się z nim roz­ma­wia, to trzeba szybko myśleć, bo on też szybko myśli. Ale ludzie, któ­rymi się oto­czył, już tacy uprzejmi nie byli. Na przy­kład taki młody poli­tyk z Byd­gosz­czy Bar­tosz Kow­nacki, wtedy wice­mi­ni­ster. Był wyjąt­kowo bez­czelny. Potra­fił ludziom decy­zje o zwol­nie­niu wrę­czać, jedząc spa­ghetti w swoim biu­rze. Naprawdę. Wezwał kie­dyś do sie­bie puł­kow­nika. Ten wszedł, sta­nął na bacz­ność, a Kow­nacki tylko odsu­nął talerz i w stronę ofi­cera prze­su­nął szarą kopertę z wypo­wie­dze­niem. Nawet na niego nie patrząc, mruk­nął: "Masz i już idź". Po czym wró­cił do jedze­nia spa­ghetti.

Ofi­cer sił powietrz­nych: Od 2015 roku widzia­łem ludzi, któ­rzy byli zwal­niani i prze­no­szeni do rezerwy kadro­wej w try­bach ni­gdy do tej pory nie­spo­ty­ka­nych. Wysta­wiano decy­zje admi­ni­stra­cyjne puł­kow­ni­kom, majo­rom, gene­ra­łom. Otrzy­my­wali komendy, że mają dwa­dzie­ścia cztery godziny na opusz­cze­nie jed­no­stek. Na przy­kład gen. Wło­dzi­mierz Usa­rek, szef Cen­trum Ope­ra­cji Powietrz­nych, z tele­wi­zji dowie­dział się, że nie jest już dowódcą. Boże ty mój, takich histo­rii jest naprawdę dużo.

Ofi­cer z dowódz­twa ope­ra­cyj­nego: Po agre­sji Rosji na Krym i na wschod­nią Ukra­inę w 2014 roku my, jako woj­sko przyj­mo­wa­li­śmy uchodź­ców z Ukra­iny. Wtedy jesz­cze było nor­mal­nie. W jed­nej z jed­no­stek zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy punkt przy­jęć oby­wa­teli ukra­iń­skich. Mini­strem obrony był Tomasz Sie­mo­niak. Przy­je­chał do nas, przy­wi­tał się, popa­trzył, pochwa­lił i poje­chał. Następna faza agre­sji i kolejna fala ludzi ucie­ka­ją­cych z Ukra­iny była mię­dzy rokiem 2015 a 2016. Mini­strem był już Macie­re­wicz. W pew­nym momen­cie dzwoni do mnie dowódca jed­nostki, w któ­rej byli ci ukra­iń­scy uchodźcy. Pyta, co ma zro­bić. Ja na to: "No, ale co się stało?". On: "Do końca nie wiem, bo był u nas Antoni na przyj­mo­wa­niu tych naszych emi­gran­tów z Ukra­iny. Trzy razy mnie chwa­lił, trzy razy mnie zwol­nił do cywila". Ja: "Jak to się skoń­czyło?". On: "Nie wiem. Na­dal cze­kam na decy­zję. Ale był tu z nami taki lekarz z Gdań­ska, cywil. Odcią­gnął mnie od Macie­re­wicza i powie­dział, że na to są okre­ślone jed­nostki cho­ro­bowe". Na koniec zapy­ta­łem jesz­cze kolegę, czy mu ulżyło. "Ulżyło" - odparł. Naj­pew­niej Macie­re­wicz o nim rze­czy­wi­ście zapo­mniał, bo ten ofi­cer prze­trwał czystki. Został w woj­sku.

Eme­ry­to­wany gene­rał: Takie to były czasy. Przez kaprys, widzi­mi­się mini­stra można było stra­cić sta­no­wi­sko. Dosko­nali piloci byli prze­no­szeni do jed­no­stek pan­cer­nych, lądowcy nad morze. Cuda się działy. Nikt nie był pewien swo­jego losu w armii. Pro­szę spoj­rzeć na ten począ­tek urzę­do­wa­nia Macie­re­wi­cza. Komen­dan­tem Szkoły Orląt z Dęblina był gen. Jan Raj­chel. Na początku przy­jeż­dżał do niego mini­ster, chwa­lił gene­rała, a póź­niej nagle Janka zdjęto ze sta­no­wi­ska. Nie jego jed­nego. To była rzeź, po pro­stu rzeź. Nikt na nic nie patrzył. Dawano ludziom te szare koperty i do widze­nia, i koniec. Nie było dys­ku­sji, żad­nej.

Ofi­cer sił powietrz­nych: Janka Raj­chela wysłano do rezerwy kadro­wej i on, lot­nik, miał ją spę­dzić w jed­no­stce pan­cer­nej w Żaga­niu. Do swo­jego psa zaczął już mówić Sza­rik, a z nami żar­to­wał, że o czoł­gach zawsze marzył. Póź­niej w MON-ie zmie­nili zda­nie i chcieli dowódcę prze­nieść jed­nak do Cen­trum Ope­ra­cji Powietrz­nych. Od Sasa do Lasa. W końcu gen. Raj­chel miał już tak ser­decz­nie tego wszyst­kiego dosyć, że sam napi­sał wnio­sek o zwol­nie­nie.

Ofi­cer sił powietrz­nych, wykła­dowca w Szkole Orląt: Kiedy Macie­re­wicz został mini­strem obrony, aku­rat u nas w szkole w Dębli­nie była pro­mo­cja ofi­cer­ska. To była pierw­sza wizyta Macie­re­wicza w naszej jed­no­stce. Wła­ści­wie to Ewa Bła­sik, wdowa po gen. Andrzeju Bła­siku, który zgi­nął pod Smo­leń­skiem, ścią­gnęła Macie­re­wicza do szkoły. Chciała, żeby zoba­czył, na jak wyso­kim pozio­mie jest uczel­nia. Macie­re­wicz oczy­wi­ście się spóź­nił. Ludzie już stali na placu. Pod­od­działy w szyku. Pogoda była słaba. Zimno, plu­cha. Wszy­scy cze­kali. Tym­cza­sem pan mini­ster zaży­czył sobie jesz­cze kawę przed wyj­ściem na zbiórkę. Przy tej kawie nasz komen­dant, gen. Raj­chel przed­sta­wił mu plan uro­czy­sto­ści. Wcze­śniej, jak zwy­kle, wysła­li­śmy pro­gram do MON-u, do Misie­wi­cza. Wtedy po raz pierw­szy mia­łem z nim kon­takt. Pró­bo­wał mnie usta­wiać przez tele­fon, ale szybko spu­ści­łem go po brzy­twie. Wtedy nie wie­dzia­łem, że jest szarą emi­nen­cją i zwal­nia gene­ra­łów. Jak zaczął się sta­wiać, to dałem mu po pro­stu numer do sekre­tarki i powie­dzia­łem, żeby z nią usta­lał szcze­góły. Chyba dla­tego, jak Macie­re­wicz przy­je­chał na pro­mo­cję do szkoły, to był już do nas źle nasta­wiony. W pla­nie uro­czy­sto­ści było wrę­cze­nie medali zasłu­żo­nym, eme­ry­to­wa­nym pilo­tom. Jesz­cze przed wyj­ściem na zbiórkę Macie­re­wicz powie­dział do gen. Raj­chela: "Komu­ni­stom to sam pan te medale wrę­czy". Zatkało nas. Po pro­mo­cji był kok­tajl. Macie­re­wicz powie­dział, że na niego nie pój­dzie, bo... myśmy komu­ni­stycz­nych prze­stęp­ców zapro­sili. Wszy­scy znowu osłu­pieli. Chyba miał na myśli naszego jedy­nego kosmo­nautę, gen. Miro­sława Her­ma­szew­skiego. On co prawda nie przy­je­chał wtedy do Dęblina, ale był na liście.

Ofi­cer sił powietrz­nych: Pamię­tam, że przed wyj­ściem na zbiórkę Macie­re­wicz zadał jesz­cze komen­dan­towi Raj­che­lowi dziwne pyta­nie: "Co by pan gene­rał powie­dział na to, jak­by­śmy tymi pań­skimi iskrami zbom­bar­do­wali Pałac Kul­tury i Nauki?". Widzia­łem, że gen. Raj­chela kom­plet­nie zamu­ro­wało. Odpowie­dział jakoś wymi­ja­jąco, że to głupi pomysł. Nie­długo póź­niej zdjęli go ze sta­no­wi­ska.

Edyta Żemła: Serio, Macie­re­wicz pytał gen. Raj­chela, czy mogli­by­ście samo­lo­tami TS-11 Iskra Pałac Kul­tury i Nauki zbom­bar­do­wać?

Ofi­cer sił powietrz­nych: Na sto pro­cent zadał takie pyta­nie. Pytał, jak iskry są uzbro­jone i czy byśmy Pałac Kul­tury zbom­bar­do­wali. Tro­chę póź­niej publicz­nie wice­mi­ni­ster Kow­nacki powie­dział, że woj­sko pora­dzi­łoby sobie z wysa­dze­niem tego pałacu, że dla żoł­nie­rzy byłoby to nie­złe ćwi­cze­nie. Ale to było póź­niej, już po wizy­cie Macie­re­wi­cza w Dębli­nie.

Eme­ry­to­wany gene­rał: W każ­dej szkole ofi­cer­skiej pisow­ska wła­dza robiła wtedy szopki. Sie­dzę na prze­ka­za­niu obo­wiąz­ków komen­danta Wyż­szej Szkoły Ofi­cer­skiej we Wro­cła­wiu, repre­zen­tu­jąc dowódcę gene­ral­nego, i słu­cham wystą­pie­nia ówcze­snego wice­mi­ni­stra obrony z PiS-u. Zaczął mniej wię­cej tak: "Mam pań­stwu do zako­mu­ni­ko­wa­nia przy­jemną wia­do­mość. Dzi­siaj skoń­czyło się upra­wia­nie bol­sze­wi­zmu w tej uczelni". To był rok 2016. Czyli co, do tego dnia na uczelni upra­wiano bol­sze­wię? Ja tę szkołę koń­czy­łem, zresztą jako pry­mus, i dowia­duję się od wice­mi­ni­stra z PiS-u, że jestem absol­wen­tem jakiejś bol­sze­wic­kiej uczelni woj­sko­wej! Tak się zde­ner­wo­wa­łem, że chcia­łem wyjść, ale powstrzy­mał mnie gen. Cze­sław Pią­tas, były szef sztabu. Przy­trzy­mał mnie, bo fak­tycz­nie moje wyj­ście, a repre­zen­to­wa­łem dowódcę gene­ral­nego, byłoby zbyt demon­stra­cyjne. Nie wytrzy­ma­łem jed­nak długo w tym cyrku Macie­re­wi­cza. Odsze­dłem z woj­ska na wła­sną prośbę. Honor ofi­cer­ski nie pozwa­lał mi zostać.

Ofi­cer z dowódz­twa gene­ral­nego: Słynne było też odwo­ła­nie gen. Toma­sza Drew­niaka, inspek­tora sił powietrz­nych. Macie­re­wicz zwol­nił go po wizy­cie w dowódz­twie gene­ral­nym, na któ­rej był też pre­zy­dent Andrzej Duda. A było tak, że Tomek, zapy­tany przez pre­zy­denta, powie­dział, że pro­gram tan­ko­wa­nia w powie­trzu jest Pol­sce potrzebny. Tyle że Macie­re­wicz dzień wcze­śniej go ska­so­wał. Gen. Drew­niak o tym nie wie­dział, więc powie­dział prawdę. To prze­są­dziło o jego losie. Nie ura­to­wał głowy.

Ofi­cer wojsk lądo­wych: Nie­któ­rzy wyko­rzy­stali wtedy swoje szem­rane pięć minut. To zna­czy, powiedzmy sobie szcze­rze, nie­któ­rzy zaczęli na ludzi dono­sić. W MON-ie stwo­rzono mecha­nizm, że jak chcia­łeś zostać w woj­sku, to musia­łeś powie­dzieć coś na kolegę. I zaczęło się dono­si­ciel­stwo, knu­cie, szczu­cie na kole­gów. Widzie­li­śmy te szyb­kie awanse i byli­śmy zdzi­wieni. Zasta­na­wia­li­śmy się: "O kurde, jak to, on awan­suje, prze­cież nie ma ani przy­go­to­wa­nia, ani nic". Ludzie zaczęli być bar­dzo nie­ufni nawet w sto­sunku do dobrych zna­jo­mych. Na kory­ta­rzach w MON-ie czy w dowódz­twach nie było już codzien­nego gwaru, roz­mów, żar­tów. Wszy­scy sie­dzieli zamknięci w swo­ich poko­jach. Bali się. W samym woj­sku aż tak dużego ter­roru i zamor­dy­zmu nie było, ale w cen­trali w War­sza­wie, pro­szę mi wie­rzyć, urzęd­nicy i żoł­nie­rze bali się nawet wła­snego cie­nia.

Były ofi­cer sztabu gene­ral­nego: Kiedy Macie­re­wicz został mini­strem obrony, wśród mło­dych ofi­ce­rów nie było ani wiel­kiej eufo­rii, ani prze­ra­że­nia. Prze­ra­że­nie poja­wiało się stop­niowo, kiedy PiS na dobre prze­jął wła­dzę i Macie­re­wicz zaczął robić ten swój słynny audyt w mini­ster­stwie. Powsta­wały różne dziwne komi­sje. Na siłę szu­kano sen­sa­cji, potwier­dze­nia, że za poprzed­ni­ków wszystko było źle, sze­rzyło się zło­dziej­stwo i teraz nowa wła­dza będzie to napra­wiać. Potem Macie­re­wicz wyma­chi­wał tym rapor­tem w Sej­mie, tyle że zamiast dowo­dów na korup­cję poprzed­niej ekipy zdra­dził infor­ma­cje ści­śle tajne o naszych zapa­sach wojen­nych. Dla nas, żoł­nie­rzy, to po pro­stu zdrada.

Ofi­cer młod­szy wojsk lądo­wych: Macie­re­wicz, zanim doszedł do wła­dzy, mówił, że woj­sko pol­skie jest kiep­skie, że do niczego się nie nadaje, w ogóle jest upa­dłe. A jak już tę wła­dzę dostał, to po mie­siącu stwier­dził, że to woj­sko napra­wił i już było super. Potem mówił, że mamy naj­lep­szą armię w Euro­pie. Czy­sta hipo­kry­zja. Takie występy odbie­ra­li­śmy raczej humo­ry­stycz­nie. Nie zaj­mo­wa­li­śmy się poli­tyką, robi­li­śmy swoje. Wie­rzy­łem, może naiw­nie, że nie układy poli­tyczne, a umie­jęt­no­ści wystar­czą, żeby doce­nili cie­bie i twoją robotę. Póź­niej nastą­piło roz­cza­ro­wa­nie. Wła­ści­wie stało się to dość szybko. Dla mnie takim momen­tem było, jak razem z ekipą PiS-u do MON-u przy­szedł płk rez. Krzysz­tof Gaj. Słu­ży­łem z nim w bry­ga­dzie. Zna­łem czło­wieka i przy­znam, że od nie naj­lep­szej strony. To był kiep­ski żoł­nierz. Dla­tego odszedł z woj­ska. Jak płk Gaj poja­wił się na fir­ma­men­cie i zaczął dora­dzać PiS-owi, to nam, żoł­nierzom, zaświe­ciły się czer­wone lampki alar­mowe.

Były ofi­cer bry­gady pan­cer­nej i zme­cha­ni­zo­wa­nej: Gaj wcze­śniej nie spraw­dził się w woj­sku. Odszedł do cywila i nagle, za PiS-u, wró­cił do woj­ska. On sam uwa­żał, że jest naj­mą­drzej­szy, i zaczął razem z PiS-em "zba­wiać armię". Budziło to nasze ogromne wąt­pli­wo­ści. Gaj nie był wyjąt­kiem. Za PiS-u do armii wra­cali wła­śnie tacy ludzie. Na doda­tek oka­zało się, że z dnia na dzień wyrzu­cani są wybitni dowódcy. Nie­po­kor­nych prze­rzu­cano do odle­głych gar­ni­zo­nów. Na początku zwal­niali ludzi, któ­rzy naprawdę mieli w życio­ry­sach jakieś epi­zody ze sta­rymi służ­bami czy byli w Ludo­wym Woj­sku Pol­skim. To jesz­cze nie wzbu­dzało wśród nas wiel­kich emo­cji. Póź­niej pan Gaj wywa­lał wszyst­kich, któ­rzy byli kie­dyś prze­ciwko niemu albo "źle rozu­mieli" pla­no­waną przez niego reformę armii. Jeśli jakiś dowódca się sprze­ci­wiał, mówił, że łamane jest prawo, to był zwal­niany. Jak ktoś nie był usłużny wobec wła­dzy, to też był zwal­niany.

Ofi­cer 12. Dywi­zji Zme­cha­ni­zo­wa­nej ze Szcze­cina: Docho­dziło do sytu­acji zupeł­nie skan­da­licz­nych. Wio­sną 2016 roku do naszej dywi­zji przy­je­chał Bar­tło­miej Misie­wicz. Dowo­dził wów­czas gen. Andrzej Reu­do­wicz. Misie­wicz na biu­rze prze­pu­stek oświad­czył, że jest dyrek­to­rem biura poli­tycz­nego mini­stra obrony i musi wejść na teren jed­nostki. Ochro­niarz go nie wpu­ścił. Powie­dział, że musi go naj­pierw spraw­dzić i zadzwo­nić do sekre­ta­riatu dowódcy. Misie­wicz strasz­nie się zde­ner­wo­wał. Cze­ka­jąc przy bra­mie, zaczął pod­ska­ki­wać. Były jakieś krzyki. W końcu wyszedł do niego adiu­tant dowódcy i zapro­wa­dził do pokoju. Stwo­rzyło się okropne ciśnie­nie, bo dowódca nie mógł Misie­wicza przy­jąć od razu. Aku­rat miał u sie­bie gościa. Dwa tygo­dnie póź­niej pan gene­rał został zdjęty ze sta­no­wi­ska. Nie mogli go tak po pro­stu wyrzu­cić, więc wysłali go do Nor­we­gii. Po powro­cie ura­to­wali go ludzie z Pałacu Pre­zy­denc­kiego. Tra­fił do BBN-u.

Wie­dzie­li­śmy, że to w ogóle nie powinno się zda­rzyć. Misie­wicz był tylko zwy­kłym rzecz­ni­kiem pra­so­wym mini­stra. Wcze­śniej rzecz­nicy mini­strów, jak przy­jeż­dżali do jed­nostki, to spo­ty­kali się z naszymi pra­sow­cami. Jeśli dowódca miał aku­rat czas, to też ich cza­sem przyj­mo­wał na kawę, odby­wało się to zawsze w bar­dzo faj­nej atmos­fe­rze. Rzecz­nicy mini­strów bywali różni, byli tacy, co nosili mun­dur, cywile, dzien­ni­ka­rze. Ni­gdy jed­nak w histo­rii żaden rzecz­nik pra­sowy nie dopro­wa­dził do zwol­nie­nia dowódcy dywi­zji. To nam się po pro­stu w gło­wach nie mie­ściło.

Ofi­cer sił powietrz­nych: Jedną sytu­ację z Misie­wi­czem zapa­mię­tam do końca życia, ona też dobrze obra­zuje, jak poprzed­nia wła­dza trak­to­wała ofi­ce­rów. Ze sta­no­wi­ska szefa Cen­trum Ope­ra­cji Powietrz­nych wła­dza zdjęła wtedy gen. Włodka Usarka. Macie­re­wicz zaczął szu­kać kan­dy­data na jego miej­sce. Jako jeden z kilku ofi­ce­rów zosta­łem zapro­szony na roz­mowę kadrową. Odby­wała się w pała­cyku na ulicy Klo­no­wej. Wcho­dzę tam i mnie zamu­ro­wało. Komi­sja, która miała wybrać szefa jed­nej z naj­waż­niej­szych insty­tu­cji woj­sko­wych, była zło­żona z Rado­sława Peter­mana z racji tego, że był dyrek­to­rem depar­ta­mentu kadr i, tu uwaga... Misie­wi­cza. Wyobraża pani to sobie? Ten gów­niarz, bez magi­stra, bez zna­jo­mo­ści woj­ska "egza­mi­no­wał" doświad­czo­nych ofi­ce­rów lot­nic­twa.

Pyta­nia wcale nie doty­czyły służby. O nie. Pytali nas, na początku kul­tu­ral­nie, czy jakieś stu­dia pokoń­czy­li­śmy, czy mamy jakieś szko­le­nia, kursy. Póź­niej były już coraz bar­dziej kąśliwe. Peter­man i Misie­wicz zada­wali pyta­nia o prze­szłość, a nawet o rodzinę. Były rów­nież pyta­nia ocie­ra­jące się o świa­to­po­gląd, o sprawy poli­tyczne, choć żoł­nierz ma być apo­li­tyczny. Zacho­wa­łem wtedy wielką wstrze­mięź­li­wość i nie dałem się spro­wo­ko­wać. Wszy­scy jed­nak wycho­dzi­li­śmy stam­tąd mocno zbul­wer­so­wani. Po roz­mo­wie z Misie­wiczem i Peter­manem mie­li­śmy cze­kać na wer­dykt w gabi­ne­cie szefa Cen­trum Ope­ra­cyj­nego MON. Sze­fem był wtedy doświad­czony, dobry ofi­cer w stop­niu puł­kow­nika. Zna­li­śmy się z wcze­śniej­szej służby. Widział, że każdy z nas wycho­dzi z gabi­netu Misie­wicza wście­kły i wzbu­rzony. Na gorąco zresztą komen­to­wa­li­śmy sytu­ację. W pew­nym momen­cie prze­rwał nam roz­mowę. "Pano­wie, prośba. Nie mów­cie tego w tym gabi­ne­cie, bo jak ja to usły­szę i jak mnie zapy­tają, co mówi­li­ście, to nie będę mógł kła­mać, tylko będę musiał prawdę zeznać" - powie­dział. Mowę nam odjęło. Poczu­li­śmy się jesz­cze gorzej. Zła­mali nam krę­go­słup moralny, ducha i nawet soli­dar­ność kole­żeń­ską mię­dzy ofi­cerami.

Ofi­cer wojsk lądo­wych: Misie­wicz? To była taka atrak­cja, chło­pa­czek z ulicy, któ­remu dano wła­dzę. Dla mnie to był kolejny wrzód, który przy­jeż­dżał i chciał usta­wiać czołgi w jed­no­stce. Do nas na pro­win­cję przy­jeż­dżali i pew­nie będą przy­jeż­dżać ludzie z war­szawki i będą uwa­żać, że każdy z nich jest bar­dzo ważny. Misie­wicz to był kolejny taki facet. Stał się sym­bo­lem, ale praw­dziwą wła­dzę za Macie­re­wi­cza miał puł­kow­nik, potem gene­rał jed­no­gwiazd­kowy, szef Cen­trum Ope­ra­cyj­nego MON. O nim nikt nie mówi, bo nie wycho­dził do foto­gra­fów, ni­gdzie nie jeź­dził, ale to on z Macie­re­wi­czem sie­dział od rana do wie­czora. To on pod­po­wia­dał mini­strowi, kto ma zostać, a kogo ma wyrzu­cić z woj­ska.

Pra­cow­nik cywilny woj­ska z MON-u: Oprócz Misie­wi­cza przy Macie­re­wi­czu byli "duzi chłopcy", jak ich nazy­wa­li­śmy, czyli wice­mi­ni­stro­wie Kow­nacki, Grab­ski, Szat­kow­ski i Dwor­czyk. Dwor­czyk od nich odsta­wał, strasz­nie był przez nich ponie­wie­rany, jak "duzi chłopcy" odkryli, że Dwor­czyk jest bli­żej Mora­wiec­kiego. To frak­cja PiS-u, która z ekipą Macie­re­wi­cza zaczy­nała wtedy wal­czyć o wła­dzę. Grab­ski może znał się na jach­tach, bo jest zapa­lo­nym żegla­rzem, ale na woj­sku wcale. Zasta­na­wia­li­śmy się cza­sem, co on wła­ści­wie robi przy Macie­re­wi­czu. Z Kow­nackim nato­miast trzeba było być czuj­nym. Roz­gry­wał jakąś wła­sną grę lokalną, roz­pro­wa­dzał swo­ich ludzi w prze­my­śle zbro­je­nio­wym. Budo­wał jakiś układ, o któ­rym może nawet Macie­re­wicz nie wie­dział, ale chyba za bar­dzo nawet w to nie wni­kał. W tym dziw­nym towa­rzy­stwie wokół Macie­re­wi­cza wła­ści­wie tylko Dwor­czyk wyróż­niał się pozy­tyw­nie. Naprawdę mu zale­żało na woj­sku. To było widać. On sobie nabił do głowy, że skoro jest wice­mi­ni­strem, ponosi odpo­wie­dzial­ność spo­łeczną, prawną i wręcz wobec Boga. Chciał coś po sobie zosta­wić. Był prze­siąk­nięty takim praw­dzi­wym patrio­ty­zmem, praw­dzi­wym spo­łecz­ni­ko­stwem.

Ofi­cer z MON-u: Macie­re­wicz miał w swoim naj­bliż­szym oto­cze­niu taką panią, ksywa ope­ra­cyjna Kate. Ona póź­niej została ska­zana za pomó­wie­nie ofi­ce­rów. Ale za Anto­niego na Klo­no­wej była jak kró­lowa Anglii. Kate decy­do­wała, czy wcho­dzisz do mini­stra, kiedy wycho­dzisz, czy przyj­muje twoją kore­spon­den­cję, czy nie przyj­muje. Pew­nego dnia idę na Klo­nową z kore­spon­den­cją od Dwor­czyka. On miał swój gabi­net naprze­ciwko pała­cyku, tam gdzie urzę­do­wała komi­sja smo­leń­ska. Żeby dostać się do sie­dziby mini­stra, trzeba było przejść przez ulicę i odbić prze­pustkę na bramce. Prak­tycz­nie codzien­nie tam cho­dzi­łem z kore­spon­den­cją. Tym razem jed­nak żoł­nierz na bra­mie mówi, że nie mam prawa wej­ścia. "Jak to?" - pytam. A on, że mi prze­pustkę wyłą­czyli. "Ej, czło­wieku, ja codzien­nie tu wcho­dzę i wycho­dzę, bo pra­cuję dla wicemini­stra" - mówię. A on, że nie wejdę, że prze­pustka wyłą­czona, że co naj­wy­żej mogę zadzwo­nić do sekre­ta­riatu mini­stra. Dzwo­nię. Odbiera jakiś puł­kow­nik, taka pier­doła. Chcę wie­dzieć, o co cho­dzi. On: "Słu­chaj, prze­pustkę masz wyłą­czoną, bo Kate kazała ją wyłą­czyć". Zdę­bia­łem, pytam, jaki jest powód. On, że zacho­wa­łem się nie­sto­sow­nie. "Co ty pie­przysz" - mówię. Nie mogłem uwie­rzyć w to, co usły­sza­łem. A ten puł­kow­nik pyta, czy jak roz­ma­wia­łem z Kate, to patrzy­łem jej w oczy. Ja, że pod­czas roz­mowy każ­demu patrzę w oczy. "No to żeś, kurwa, za długo patrzył w oczy". Ja: "Czło­wieku, co ty gadasz, prze­cież to jest mini­ster­stwo". Wtedy w pro­stych sło­wach mi wytłu­ma­czył, że jak nie chcę być ponie­wie­rany, mam patrzeć na swoje stopy i nie krę­po­wać Kate wzro­kiem. Następ­nym razem, jak sze­dłem do pała­cyku, to już patrzy­łem tylko na swoje stopy.

Kate mogła wszystko, nie­ważne, że doku­menty w ter­mi­nie nie­pod­pi­sane, nie­ważne, że teczki cze­kają, nie­ważne, że coś nie jest uzgod­nione. Tak jak ona powie­działa, tak było. Nie wiem, skąd Antoni ją wycią­gnął, ale miał do niej ogromne zaufa­nie. Jako jedyna osoba w mini­ster­stwie miała prawo wglądu do całej kore­spon­den­cji.

Ofi­cer BBN-u: Oto­cze­nie Macie­re­wi­cza poka­zy­wało, że są pań­stwem w pań­stwie, on sam zresztą też. Na przy­kład nagmin­nie się spóź­niał. Był z tego znany. Na poli­go­nie w Żaga­niu godzinę cze­ka­li­śmy z panem pre­zy­den­tem na pana mini­stra. Andrzej Duda zna­lazł się naprawdę w bar­dzo kło­po­tli­wej sytu­acji. To był jego począ­tek w pałacu. Był mło­dym poli­ty­kiem, który został głową pań­stwa. Jesz­cze nie rozu­miał, że ze strony Macie­re­wi­cza to była gra, próba poka­za­nia mu, kto tu rzą­dzi. Nagle oka­zało się, że on, naj­waż­niej­szy czło­wiek w kraju, musi cze­kać na ikonę PiS-u. Nikt z nas nic nie mówił, nie komen­to­wał sytu­acji, bo każdy to rozu­miał. Wie­dzie­li­śmy, o co cho­dzi. Antoni w końcu przy­je­chał, uprzej­mie się witał, jakby nic nie zaszło. Ni­gdy za swoje spóź­nie­nia nie powie­dział prze­pra­szam.

Naj­dłu­żej cze­ka­li­śmy na Anto­niego na poli­go­nie w Orzy­szu. On był wtedy zajęty obroną swo­jego pupilka Misie­wi­cza, który już tak naroz­ra­biał, że nawet pre­ze­sowi Kaczyń­skiemu pod­padł. Mie­li­śmy wtedy oglą­dać ćwi­cze­nia. Pre­zy­dent w namio­cie, woj­sko w polu, a mini­stra nie ma i nie ma. Woj­sko stało dłu­gie godziny i cze­kało. To był potężny afront ze strony szefa MON-u i dla głowy pań­stwa, i dla żoł­nie­rzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki