Oficer wojsk lądowych: Jak PiS wygrało wybory jesienią 2015 roku,
szefem MON-u został Antoni Macierewicz. Od razu było widać, że jest
świetnie do tej roli przygotowany. Do resortu wszedł jak do siebie. Z marszu podejmował decyzje personalne, które zaczęły się od dymisji gen.
Bogusława Packa, rektora Akademii Obrony Narodowej. Nie miał żadnych
oporów ani skrupułów. Ciął równo, jak leci.
Oficer wojsk lądowych: Wszyscy starsi żołnierze pamiętali rok 2004.
Pamiętali, jak Macierewicz wszedł do WSI i praktycznie rozwalił jedną z lepiej działających służb. Byłem wtedy młodym oficerem i patrzyłem na to
z boku, ale z dużym niepokojem. Tym bardziej że Macierewicz wywalał
wtedy naszych oficerów wywiadu, którzy byli rozlokowani po świecie.
Działy się tragedie. O tych tragediach do dzisiaj się nie mówi, ale
dużo, naprawdę dużo złego narobił. Kiedy zbliżała się jesień 2015 roku i już wiedzieliśmy, że Macierewicz znowu trafi do MON-u, nie mieliśmy
wątpliwości, że zaczną się dziać cuda. I zaczęły.
Oficer wojskowych służb: Moi ludzie weszli do pałacyku przy ulicy
Klonowej, gdzie urzędować miał minister, zaraz po tym, jak Macierewicz
objął stanowisko. Mieli sprawdzić pomieszczenia pod kątem podsłuchów.
Ministra jeszcze nie było, ale na jego biurku leżała odręcznie napisana
ankieta. Potem rozesłano ją do jednostek i wszyscy żołnierze musieli ją
wypełnić. Pytano w niej, czy żołnierz miał kontakt z mediami, czy
udzielał wywiadów, czy zna dziennikarzy. Sporo tych pytań było. Na
tysiąc procent były ułożone przez samego Macierewicza, choć nam mówiono,
że powstały w jakiejś komórce MON-u. Poza tą ankietą i kilkoma papierami
na biurku ministra jeszcze nic nie leżało. Wszystkie pomieszczenia były
puste. Macierewicz z ekipą dopiero zaczynali się urządzać. Jeździliśmy
na ulicę Klonową kilka razy i robiliśmy testy techniczne, bo Antoni
bardzo bał się podsłuchów. Wymyślił sobie, żebyśmy mu zainstalowali
ponadstuwatowe zagłuszki telefonów komórkowych. On przyjmował dużo
kombatantów, dlatego mu tłumaczyliśmy, że jak przyjdą osoby starsze, z rozrusznikiem serca i on takie zagłuszki odpali, to będą fikać jak
kawki. W końcu mu ten pomysł wyperswadowaliśmy i zgodził się na słabsze.
Na Klonowej 8, naprzeciwko pałacyku, Macierewicz od razu ulokował swoją
komisję smoleńską. Te pomieszczenia też sprawdzaliśmy. Na górze były
nadbudówka i pokoje gościnne. Zastaliśmy tam pana Wacława Berczyńskiego,
tego, który uwalił Caracale. Był w stanie lekko wskazującym na spożycie.
W pomieszczeniach porozwalane puszki po piwie. Berczyński, jak nas
zobaczył, to wstał, taki trochę zawiany, i powiedział: "Idę do
Antoniego, nie będę wam przeszkadzał". Ubrał się i poszedł.
Sprawdzaliśmy, czy jest czysto. Sporo rzeczy nas zaniepokoiło. Leżały
tam jakieś prywatne pendrive'y, telefony. Podskórnie już wtedy czuliśmy,
że kwestie bezpieczeństwa informacji nie będą należycie traktowane.
Potem w służbach zaczęły się czystki. Macierewicz pozbył się praktycznie
wszystkich starych doświadczonych oficerów i podoficerów.
Oficer sił powietrznych: W MON-ie została wtedy stworzona grupa,
która miała przeglądać wszystkie teczki akt personalnych od
podpułkownika wzwyż. Do jednostek w całej Polsce z departamentu kadr
MON-u poszedł rozkaz, by te teczki przekazywać do pałacyku na ulicę
Klonową, gdzie urzędował Macierewicz i jego świta z Bartłomiejem
Misiewiczem na czele. Przy Misiewiczu, który był szefem gabinetu
politycznego ministra i rzecznikiem prasowym, była grupa ludzi, jakichś
studentów, bodajże z Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego czy KUL-u. Oni
mieli wypisane punkty, według których te teczki przeglądali. Przede
wszystkim chodziło o przynależność oficera do PZPR-u, o to, gdzie służył
w stanie wojennym, kiedy rozpoczynał szkołę oficerską. Kierował tym
Misiewicz, który kazał się nazywać ministrem. Tak typowano ludzi do
zwolnień. Wtedy też powstało to słynne rozwinięcie skrótu MON, czyli
"Mogą Odwołać Nocą". Bo kto pracował za Macierewicza, ten również
wiedział, że pracuje się dwadzieścia cztery godziny na dobę, a noc jest
tak samo dobra do wykonywania zadań, jak dzień. Minister na przykład
przyjeżdżał z Torunia, a często bywał u księdza Rydzyka, o godzinie
21.50 i zarządzał odprawę. Trzeba było się stawić. Nie przyjmował
wymówek.
Emerytowany generał: Pierwszą ofiarą "MON" był gen. Bogusław Pacek,
wtedy rektor-komendant Akademii Obrony Narodowej. On tą akademią
dowodził zaledwie kilka tygodni i jeszcze nie zdążył dobrze się
rozpakować, jak nocą dostał telefon, że ma się stawić u Macierewicza.
Bogusław opowiedział mi, jak to wyglądało. Kiedy zjawił się w pałacyku
na Klonowej, panował tam jeszcze straszny rozgardiasz. Ludzie
Macierewicza przemykali korytarzami, zajmowali gabinety, technicy SKW
sprawdzali, czy w pomieszczeniach nie ma podsłuchów. Jakaś sekretarka
kazała Packowi usiąść i poczekać. Dopiero po kilku godzinach - po
północy - w końcu został zaproszony do gabinetu ministra. O dziwo, jak
mówił, rozmowa przebiegała w dość miłej atmosferze. Macierewicz miał
doskonały humor. Pytał Bogusława o jego dorobek naukowy, który, jak się
okazało, doskonale znał. Na koniec ze specyficznym dla siebie uśmiechem
wręczył mu szarą kopertę z wypowiedzeniem.
Oficer sił powietrznych: Jak moi koledzy w poważnych
pułkownikowskich stopniach chodzili do ministra Macierewicza, to
dostawali jedno pytanie: "Wypadek czy zamach?". Odpowiedź decydowała,
czy dostawali szarą kopertę z wypowiedzeniem, czy awans. I tyle! Znam
takich, którzy powiedzieli "katastrofa" i nie dostali awansu.
Oficer sił powietrznych, wykładowca w Szkole Orląt: Wracałem kiedyś
z Antonim z jakiejś wojskowej imprezy. W pewnym momencie mówi do mnie,
że w Smoleńsku Rosjanie przecież mieli system do lądowania i celowo go
nie włączyli, by doprowadzić do katastrofy naszego rządowego tupolewa.
"Panie ministrze, nic bardziej mylnego. Tam nie ma żadnego takiego
systemu" - odpowiedziałem i tłumaczyłem, że lotnisko w Smoleńsku jest
lotniskiem wojskowym, że tam żaden zachodni system podejścia do
lądowania nie został zainstalowany. Antoni się jednak upierał. Mówił, że
kiedy doszło do katastrofy 10 kwietnia, to ten system tam był, ale Ruscy
go nie włączyli. Jeszcze raz stawiłem opór. Jak mi znowu powiedział, że
ten system tam był, tylko Rosjanie go nie włączyli, to w końcu się
zreflektowałem, że moje upieranie się nie ma najmniejszego sensu. Do
niego nic nie trafiało. Jak grochem o ścianę. Powiedziałem w końcu:
"Panie ministrze, rozumiem. Ja nie wiem wszystkiego. Pan minister na
pewno wie najlepiej". To był koniec dyskusji. Facet jest oderwany od
życia.
Oficer wojsk lądowych: Antoni - tak myślę - każdego z generałów sam
osobiście prześwietlił. Pomagał mu archiwista z IPN-u, Radosław
Peterman, którego minister zrobił dyrektorem departamentu kadr, i płk
Krzysztof Gaj, który odszedł z wojsk pancernych, a potem Macierewicz go
przywrócił i zrobił szefem zarządu pierwszego w sztabie generalnym.
Wiem, że Antoni sam oglądał teczki wojskowych. Interesowało go to, kto
miał jaką przeszłość, nie kwestie wojskowe.
Emerytowany generał: Od samego początku Macierewicz pokazywał, że
jest tu bogiem. Pamiętam jego urodziny. To było w sierpniu 2016 roku. Na
uroczystości zjawili się ludzie z każdej komórki MON-u. Macierewicz jest
przeciwnikiem alkoholu, zwolennikiem sportu, dlatego symbolicznie na
stole postawiono kieliszki, ale nalano w nie wody. Przy stole siedział
ówczesny kandydat na szefa logistyki. Wzniósł toast, w którym pod
niebiosa wychwalał ministra. Na koniec machnął jednym haustem to, co
było w kieliszku. Mocno się przy tym skrzywił, a pod nosem bąknął: "O,
woda?". Macierewicz to usłyszał i mówi: "Panie pułkowniku, a co pan
sobie wyobrażał, że my tu będziemy wódkę pili?". Facet był tak
wystraszony, że do końca imprezy pokazywał, jak bardzo ta woda mu
smakuje, że aż się od niej nie mógł odkleić.
To tylko jeden z przypadków, ale podobnych było bardzo wiele. Chociażby
to, co Macierewicz robił z komendantem żandarmerii. Pasją Macierewicza
jest pływanie, a zwłaszcza skoki z trampoliny. Korzystał z basenu
Żandarmerii Wojskowej. Wpadał tam w środku nocy, na równe nogi zrywano
kierownika pływalni i inne osoby, żeby ministra witali z honorami.
Pierwsze pływanie Antoniego na basenie żandarmerii odbyło się bez
udziału komendanta. Dlatego musiał odejść. Podziękowano mu. Następny
komendant, gen. Tomasz Połuch, już wiedział, że praca się nie kończy po
południu, tylko trzeba być w gotowości i do pierwszej w nocy czekać z ręcznikiem przy basenie na ministra.
Żołnierz żandarmerii z oddziału specjalnego: Do naszych głównych
zadań należy fizyczna ochrona oraz zabezpieczenie potrzeb transportowych
osób zajmujących stanowiska kierownicze w MON-ie. Jak tylko nastał
Macierewicz, nasi dowódcy powiedzieli nam, że mamy go słuchać, nie
dyskutować i gorliwie wykonywać obowiązki, bo jak się spodobamy
ministrowi, to wszyscy będziemy mieć dobrze. Chyba się spodobaliśmy.
Dodatki dali nam większe niż żołnierzom GROM-u, do tego wypasiona broń,
sprzęt, wyposażenie, najlepsze fury, motocykle, a nawet szybkie łodzie
rzeczne. Nasi komendanci byli wtedy nie do ruszenia. Żandarmeria za
Macierewicza to było państwo w państwie. Inwigilacja, podsłuchy,
niszczenie ludzi były na porządku dziennym. Władza dowódcom na to
wszystko pozwalała. W zamian mieli bez sprzeciwu wysyłać nas do
tłumienia protestów kobiet, tych czarnych marszy i pilnowania
miesięcznic. Byliśmy tam oczywiście w cywilkach, by nikt się nie
przyczepił, że władza wysyła wojsko do walki z obywatelami.
Urzędnik z Pałacu Prezydenckiego: Macierewicz jako minister miał
większą ochronę niż premier czy prezydent. Tych żandarmów za nim
jeździły całe tabuny. Dom mu ochraniali. Zresztą Misiewiczowi również.
To było chore. Ten wasalizm szefów Żandarmerii Wojskowej wobec
Macierewicza był niepojęty nawet dla nas, polityków. W normalnym
państwie do czegoś takiego nigdy nie powinno było dojść. Komendanci
żandarmerii powinni mu powiedzieć: "Panie ministrze, zasady są takie i takie. Chce pan, to niech mnie pan zmieni, ale jest granica. Każdy
następny, kto po mnie przyjdzie, powie panu to samo". Ale tam, w tej
żandarmerii i chyba zresztą w całym wojsku nie było żadnych granic.
Żołnierz żandarmerii z oddziału specjalnego: Przez te lata panowie
oficerowie tak się skundlili, że odkundlić już się nie potrafią. Od
Macierewicza to się zaczęło. Jak PiS przegrało wybory, naszym
komendantom strach zajrzał w oczy. Ci najważniejsi, gen. Połuch i jego
zastępca, szybko zostali zmienieni, ale pozostali walczą. Nasz nowy
komendant znowu włazi politykom w dupę.
Oficer z MON-u: Kilka razy miałem styczność z Macierewiczem i powiem
szczerze, on w pierwszej chwili robi dobre wrażenie inteligentnego,
błyskotliwego gościa. Gdy się z nim rozmawia, to trzeba szybko myśleć,
bo on też szybko myśli. Ale ludzie, którymi się otoczył, już tacy
uprzejmi nie byli. Na przykład taki młody polityk z Bydgoszczy Bartosz
Kownacki, wtedy wiceminister. Był wyjątkowo bezczelny. Potrafił ludziom
decyzje o zwolnieniu wręczać, jedząc spaghetti w swoim biurze. Naprawdę.
Wezwał kiedyś do siebie pułkownika. Ten wszedł, stanął na baczność, a Kownacki tylko odsunął talerz i w stronę oficera przesunął szarą kopertę
z wypowiedzeniem. Nawet na niego nie patrząc, mruknął: "Masz i już idź".
Po czym wrócił do jedzenia spaghetti.
Oficer sił powietrznych: Od 2015 roku widziałem ludzi, którzy byli
zwalniani i przenoszeni do rezerwy kadrowej w trybach nigdy do tej pory
niespotykanych. Wystawiano decyzje administracyjne pułkownikom, majorom,
generałom. Otrzymywali komendy, że mają dwadzieścia cztery godziny na
opuszczenie jednostek. Na przykład gen. Włodzimierz Usarek, szef Centrum
Operacji Powietrznych, z telewizji dowiedział się, że nie jest już
dowódcą. Boże ty mój, takich historii jest naprawdę dużo.
Oficer z dowództwa operacyjnego: Po agresji Rosji na Krym i na
wschodnią Ukrainę w 2014 roku my, jako wojsko przyjmowaliśmy uchodźców z Ukrainy. Wtedy jeszcze było normalnie. W jednej z jednostek
zorganizowaliśmy punkt przyjęć obywateli ukraińskich. Ministrem obrony
był Tomasz Siemoniak. Przyjechał do nas, przywitał się, popatrzył,
pochwalił i pojechał. Następna faza agresji i kolejna fala ludzi
uciekających z Ukrainy była między rokiem 2015 a 2016. Ministrem był już
Macierewicz. W pewnym momencie dzwoni do mnie dowódca jednostki, w której byli ci ukraińscy uchodźcy. Pyta, co ma zrobić. Ja na to: "No,
ale co się stało?". On: "Do końca nie wiem, bo był u nas Antoni na
przyjmowaniu tych naszych emigrantów z Ukrainy. Trzy razy mnie chwalił,
trzy razy mnie zwolnił do cywila". Ja: "Jak to się skończyło?". On: "Nie
wiem. Nadal czekam na decyzję. Ale był tu z nami taki lekarz z Gdańska,
cywil. Odciągnął mnie od Macierewicza i powiedział, że na to są
określone jednostki chorobowe". Na koniec zapytałem jeszcze kolegę, czy
mu ulżyło. "Ulżyło" - odparł. Najpewniej Macierewicz o nim rzeczywiście
zapomniał, bo ten oficer przetrwał czystki. Został w wojsku.
Emerytowany generał: Takie to były czasy. Przez kaprys, widzimisię
ministra można było stracić stanowisko. Doskonali piloci byli
przenoszeni do jednostek pancernych, lądowcy nad morze. Cuda się działy.
Nikt nie był pewien swojego losu w armii. Proszę spojrzeć na ten
początek urzędowania Macierewicza. Komendantem Szkoły Orląt z Dęblina
był gen. Jan Rajchel. Na początku przyjeżdżał do niego minister, chwalił
generała, a później nagle Janka zdjęto ze stanowiska. Nie jego jednego.
To była rzeź, po prostu rzeź. Nikt na nic nie patrzył. Dawano ludziom te
szare koperty i do widzenia, i koniec. Nie było dyskusji, żadnej.
Oficer sił powietrznych: Janka Rajchela wysłano do rezerwy kadrowej
i on, lotnik, miał ją spędzić w jednostce pancernej w Żaganiu. Do
swojego psa zaczął już mówić Szarik, a z nami żartował, że o czołgach
zawsze marzył. Później w MON-ie zmienili zdanie i chcieli dowódcę
przenieść jednak do Centrum Operacji Powietrznych. Od Sasa do Lasa. W końcu gen. Rajchel miał już tak serdecznie tego wszystkiego dosyć, że
sam napisał wniosek o zwolnienie.
Oficer sił powietrznych, wykładowca w Szkole Orląt: Kiedy
Macierewicz został ministrem obrony, akurat u nas w szkole w Dęblinie
była promocja oficerska. To była pierwsza wizyta Macierewicza w naszej
jednostce. Właściwie to Ewa Błasik, wdowa po gen. Andrzeju Błasiku,
który zginął pod Smoleńskiem, ściągnęła Macierewicza do szkoły. Chciała,
żeby zobaczył, na jak wysokim poziomie jest uczelnia. Macierewicz
oczywiście się spóźnił. Ludzie już stali na placu. Pododdziały w szyku.
Pogoda była słaba. Zimno, plucha. Wszyscy czekali. Tymczasem pan
minister zażyczył sobie jeszcze kawę przed wyjściem na zbiórkę. Przy tej
kawie nasz komendant, gen. Rajchel przedstawił mu plan uroczystości.
Wcześniej, jak zwykle, wysłaliśmy program do MON-u, do Misiewicza. Wtedy
po raz pierwszy miałem z nim kontakt. Próbował mnie ustawiać przez
telefon, ale szybko spuściłem go po brzytwie. Wtedy nie wiedziałem, że
jest szarą eminencją i zwalnia generałów. Jak zaczął się stawiać, to
dałem mu po prostu numer do sekretarki i powiedziałem, żeby z nią
ustalał szczegóły. Chyba dlatego, jak Macierewicz przyjechał na promocję
do szkoły, to był już do nas źle nastawiony. W planie uroczystości było
wręczenie medali zasłużonym, emerytowanym pilotom. Jeszcze przed
wyjściem na zbiórkę Macierewicz powiedział do gen. Rajchela: "Komunistom
to sam pan te medale wręczy". Zatkało nas. Po promocji był koktajl.
Macierewicz powiedział, że na niego nie pójdzie, bo... myśmy
komunistycznych przestępców zaprosili. Wszyscy znowu osłupieli. Chyba
miał na myśli naszego jedynego kosmonautę, gen. Mirosława
Hermaszewskiego. On co prawda nie przyjechał wtedy do Dęblina, ale był
na liście.
Oficer sił powietrznych: Pamiętam, że przed wyjściem na zbiórkę
Macierewicz zadał jeszcze komendantowi Rajchelowi dziwne pytanie: "Co by
pan generał powiedział na to, jakbyśmy tymi pańskimi iskrami
zbombardowali Pałac Kultury i Nauki?". Widziałem, że gen. Rajchela
kompletnie zamurowało. Odpowiedział jakoś wymijająco, że to głupi
pomysł. Niedługo później zdjęli go ze stanowiska.
Edyta Żemła: Serio, Macierewicz pytał gen. Rajchela, czy moglibyście
samolotami TS-11 Iskra Pałac Kultury i Nauki zbombardować?
Oficer sił powietrznych: Na sto procent zadał takie pytanie. Pytał,
jak iskry są uzbrojone i czy byśmy Pałac Kultury zbombardowali. Trochę
później publicznie wiceminister Kownacki powiedział, że wojsko
poradziłoby sobie z wysadzeniem tego pałacu, że dla żołnierzy byłoby to
niezłe ćwiczenie. Ale to było później, już po wizycie Macierewicza w Dęblinie.
Emerytowany generał: W każdej szkole oficerskiej pisowska władza
robiła wtedy szopki. Siedzę na przekazaniu obowiązków komendanta Wyższej
Szkoły Oficerskiej we Wrocławiu, reprezentując dowódcę generalnego, i słucham wystąpienia ówczesnego wiceministra obrony z PiS-u. Zaczął mniej
więcej tak: "Mam państwu do zakomunikowania przyjemną wiadomość. Dzisiaj
skończyło się uprawianie bolszewizmu w tej uczelni". To był rok 2016.
Czyli co, do tego dnia na uczelni uprawiano bolszewię? Ja tę szkołę
kończyłem, zresztą jako prymus, i dowiaduję się od wiceministra z PiS-u,
że jestem absolwentem jakiejś bolszewickiej uczelni wojskowej! Tak się
zdenerwowałem, że chciałem wyjść, ale powstrzymał mnie gen. Czesław
Piątas, były szef sztabu. Przytrzymał mnie, bo faktycznie moje wyjście,
a reprezentowałem dowódcę generalnego, byłoby zbyt demonstracyjne. Nie
wytrzymałem jednak długo w tym cyrku Macierewicza. Odszedłem z wojska na
własną prośbę. Honor oficerski nie pozwalał mi zostać.
Oficer z dowództwa generalnego: Słynne było też odwołanie gen.
Tomasza Drewniaka, inspektora sił powietrznych. Macierewicz zwolnił go
po wizycie w dowództwie generalnym, na której był też prezydent Andrzej
Duda. A było tak, że Tomek, zapytany przez prezydenta, powiedział, że
program tankowania w powietrzu jest Polsce potrzebny. Tyle że
Macierewicz dzień wcześniej go skasował. Gen. Drewniak o tym nie
wiedział, więc powiedział prawdę. To przesądziło o jego losie. Nie
uratował głowy.
Oficer wojsk lądowych: Niektórzy wykorzystali wtedy swoje szemrane
pięć minut. To znaczy, powiedzmy sobie szczerze, niektórzy zaczęli na
ludzi donosić. W MON-ie stworzono mechanizm, że jak chciałeś zostać w wojsku, to musiałeś powiedzieć coś na kolegę. I zaczęło się
donosicielstwo, knucie, szczucie na kolegów. Widzieliśmy te szybkie
awanse i byliśmy zdziwieni. Zastanawialiśmy się: "O kurde, jak to, on
awansuje, przecież nie ma ani przygotowania, ani nic". Ludzie zaczęli
być bardzo nieufni nawet w stosunku do dobrych znajomych. Na korytarzach
w MON-ie czy w dowództwach nie było już codziennego gwaru, rozmów,
żartów. Wszyscy siedzieli zamknięci w swoich pokojach. Bali się. W samym
wojsku aż tak dużego terroru i zamordyzmu nie było, ale w centrali w Warszawie, proszę mi wierzyć, urzędnicy i żołnierze bali się nawet
własnego cienia.
Były oficer sztabu generalnego: Kiedy Macierewicz został ministrem
obrony, wśród młodych oficerów nie było ani wielkiej euforii, ani
przerażenia. Przerażenie pojawiało się stopniowo, kiedy PiS na dobre
przejął władzę i Macierewicz zaczął robić ten swój słynny audyt w ministerstwie. Powstawały różne dziwne komisje. Na siłę szukano
sensacji, potwierdzenia, że za poprzedników wszystko było źle, szerzyło
się złodziejstwo i teraz nowa władza będzie to naprawiać. Potem
Macierewicz wymachiwał tym raportem w Sejmie, tyle że zamiast dowodów na
korupcję poprzedniej ekipy zdradził informacje ściśle tajne o naszych
zapasach wojennych. Dla nas, żołnierzy, to po prostu zdrada.
Oficer młodszy wojsk lądowych: Macierewicz, zanim doszedł do władzy,
mówił, że wojsko polskie jest kiepskie, że do niczego się nie nadaje, w ogóle jest upadłe. A jak już tę władzę dostał, to po miesiącu
stwierdził, że to wojsko naprawił i już było super. Potem mówił, że mamy
najlepszą armię w Europie. Czysta hipokryzja. Takie występy odbieraliśmy
raczej humorystycznie. Nie zajmowaliśmy się polityką, robiliśmy swoje.
Wierzyłem, może naiwnie, że nie układy polityczne, a umiejętności
wystarczą, żeby docenili ciebie i twoją robotę. Później nastąpiło
rozczarowanie. Właściwie stało się to dość szybko. Dla mnie takim
momentem było, jak razem z ekipą PiS-u do MON-u przyszedł płk rez.
Krzysztof Gaj. Służyłem z nim w brygadzie. Znałem człowieka i przyznam,
że od nie najlepszej strony. To był kiepski żołnierz. Dlatego odszedł z wojska. Jak płk Gaj pojawił się na firmamencie i zaczął doradzać
PiS-owi, to nam, żołnierzom, zaświeciły się czerwone lampki alarmowe.
Były oficer brygady pancernej i zmechanizowanej: Gaj wcześniej nie
sprawdził się w wojsku. Odszedł do cywila i nagle, za PiS-u, wrócił do
wojska. On sam uważał, że jest najmądrzejszy, i zaczął razem z PiS-em
"zbawiać armię". Budziło to nasze ogromne wątpliwości. Gaj nie był
wyjątkiem. Za PiS-u do armii wracali właśnie tacy ludzie. Na dodatek
okazało się, że z dnia na dzień wyrzucani są wybitni dowódcy.
Niepokornych przerzucano do odległych garnizonów. Na początku zwalniali
ludzi, którzy naprawdę mieli w życiorysach jakieś epizody ze starymi
służbami czy byli w Ludowym Wojsku Polskim. To jeszcze nie wzbudzało
wśród nas wielkich emocji. Później pan Gaj wywalał wszystkich, którzy
byli kiedyś przeciwko niemu albo "źle rozumieli" planowaną przez niego
reformę armii. Jeśli jakiś dowódca się sprzeciwiał, mówił, że łamane
jest prawo, to był zwalniany. Jak ktoś nie był usłużny wobec władzy, to
też był zwalniany.
Oficer 12. Dywizji Zmechanizowanej ze Szczecina: Dochodziło do
sytuacji zupełnie skandalicznych. Wiosną 2016 roku do naszej dywizji
przyjechał Bartłomiej Misiewicz. Dowodził wówczas gen. Andrzej
Reudowicz. Misiewicz na biurze przepustek oświadczył, że jest dyrektorem
biura politycznego ministra obrony i musi wejść na teren jednostki.
Ochroniarz go nie wpuścił. Powiedział, że musi go najpierw sprawdzić i zadzwonić do sekretariatu dowódcy. Misiewicz strasznie się zdenerwował.
Czekając przy bramie, zaczął podskakiwać. Były jakieś krzyki. W końcu
wyszedł do niego adiutant dowódcy i zaprowadził do pokoju. Stworzyło się
okropne ciśnienie, bo dowódca nie mógł Misiewicza przyjąć od razu.
Akurat miał u siebie gościa. Dwa tygodnie później pan generał został
zdjęty ze stanowiska. Nie mogli go tak po prostu wyrzucić, więc wysłali
go do Norwegii. Po powrocie uratowali go ludzie z Pałacu Prezydenckiego.
Trafił do BBN-u.
Wiedzieliśmy, że to w ogóle nie powinno się zdarzyć. Misiewicz był tylko
zwykłym rzecznikiem prasowym ministra. Wcześniej rzecznicy ministrów,
jak przyjeżdżali do jednostki, to spotykali się z naszymi prasowcami.
Jeśli dowódca miał akurat czas, to też ich czasem przyjmował na kawę,
odbywało się to zawsze w bardzo fajnej atmosferze. Rzecznicy ministrów
bywali różni, byli tacy, co nosili mundur, cywile, dziennikarze. Nigdy
jednak w historii żaden rzecznik prasowy nie doprowadził do zwolnienia
dowódcy dywizji. To nam się po prostu w głowach nie mieściło.
Oficer sił powietrznych: Jedną sytuację z Misiewiczem zapamiętam do
końca życia, ona też dobrze obrazuje, jak poprzednia władza traktowała
oficerów. Ze stanowiska szefa Centrum Operacji Powietrznych władza
zdjęła wtedy gen. Włodka Usarka. Macierewicz zaczął szukać kandydata na
jego miejsce. Jako jeden z kilku oficerów zostałem zaproszony na rozmowę
kadrową. Odbywała się w pałacyku na ulicy Klonowej. Wchodzę tam i mnie
zamurowało. Komisja, która miała wybrać szefa jednej z najważniejszych
instytucji wojskowych, była złożona z Radosława Petermana z racji tego,
że był dyrektorem departamentu kadr i, tu uwaga... Misiewicza. Wyobraża
pani to sobie? Ten gówniarz, bez magistra, bez znajomości wojska
"egzaminował" doświadczonych oficerów lotnictwa.
Pytania wcale nie dotyczyły służby. O nie. Pytali nas, na początku
kulturalnie, czy jakieś studia pokończyliśmy, czy mamy jakieś szkolenia,
kursy. Później były już coraz bardziej kąśliwe. Peterman i Misiewicz
zadawali pytania o przeszłość, a nawet o rodzinę. Były również pytania
ocierające się o światopogląd, o sprawy polityczne, choć żołnierz ma być
apolityczny. Zachowałem wtedy wielką wstrzemięźliwość i nie dałem się
sprowokować. Wszyscy jednak wychodziliśmy stamtąd mocno zbulwersowani.
Po rozmowie z Misiewiczem i Petermanem mieliśmy czekać na werdykt w gabinecie szefa Centrum Operacyjnego MON. Szefem był wtedy doświadczony,
dobry oficer w stopniu pułkownika. Znaliśmy się z wcześniejszej służby.
Widział, że każdy z nas wychodzi z gabinetu Misiewicza wściekły i wzburzony. Na gorąco zresztą komentowaliśmy sytuację. W pewnym momencie
przerwał nam rozmowę. "Panowie, prośba. Nie mówcie tego w tym gabinecie,
bo jak ja to usłyszę i jak mnie zapytają, co mówiliście, to nie będę
mógł kłamać, tylko będę musiał prawdę zeznać" - powiedział. Mowę nam
odjęło. Poczuliśmy się jeszcze gorzej. Złamali nam kręgosłup moralny,
ducha i nawet solidarność koleżeńską między oficerami.
Oficer wojsk lądowych: Misiewicz? To była taka atrakcja, chłopaczek
z ulicy, któremu dano władzę. Dla mnie to był kolejny wrzód, który
przyjeżdżał i chciał ustawiać czołgi w jednostce. Do nas na prowincję
przyjeżdżali i pewnie będą przyjeżdżać ludzie z warszawki i będą uważać,
że każdy z nich jest bardzo ważny. Misiewicz to był kolejny taki facet.
Stał się symbolem, ale prawdziwą władzę za Macierewicza miał pułkownik,
potem generał jednogwiazdkowy, szef Centrum Operacyjnego MON. O nim nikt
nie mówi, bo nie wychodził do fotografów, nigdzie nie jeździł, ale to on
z Macierewiczem siedział od rana do wieczora. To on podpowiadał
ministrowi, kto ma zostać, a kogo ma wyrzucić z wojska.
Pracownik cywilny wojska z MON-u: Oprócz Misiewicza przy
Macierewiczu byli "duzi chłopcy", jak ich nazywaliśmy, czyli
wiceministrowie Kownacki, Grabski, Szatkowski i Dworczyk. Dworczyk od
nich odstawał, strasznie był przez nich poniewierany, jak "duzi chłopcy"
odkryli, że Dworczyk jest bliżej Morawieckiego. To frakcja PiS-u, która
z ekipą Macierewicza zaczynała wtedy walczyć o władzę. Grabski może znał
się na jachtach, bo jest zapalonym żeglarzem, ale na wojsku wcale.
Zastanawialiśmy się czasem, co on właściwie robi przy Macierewiczu. Z Kownackim natomiast trzeba było być czujnym. Rozgrywał jakąś własną grę
lokalną, rozprowadzał swoich ludzi w przemyśle zbrojeniowym. Budował
jakiś układ, o którym może nawet Macierewicz nie wiedział, ale chyba za
bardzo nawet w to nie wnikał. W tym dziwnym towarzystwie wokół
Macierewicza właściwie tylko Dworczyk wyróżniał się pozytywnie. Naprawdę
mu zależało na wojsku. To było widać. On sobie nabił do głowy, że skoro
jest wiceministrem, ponosi odpowiedzialność społeczną, prawną i wręcz
wobec Boga. Chciał coś po sobie zostawić. Był przesiąknięty takim
prawdziwym patriotyzmem, prawdziwym społecznikostwem.
Oficer z MON-u: Macierewicz miał w swoim najbliższym otoczeniu taką
panią, ksywa operacyjna Kate. Ona później została skazana za pomówienie
oficerów. Ale za Antoniego na Klonowej była jak królowa Anglii. Kate
decydowała, czy wchodzisz do ministra, kiedy wychodzisz, czy przyjmuje
twoją korespondencję, czy nie przyjmuje. Pewnego dnia idę na Klonową z korespondencją od Dworczyka. On miał swój gabinet naprzeciwko pałacyku,
tam gdzie urzędowała komisja smoleńska. Żeby dostać się do siedziby
ministra, trzeba było przejść przez ulicę i odbić przepustkę na bramce.
Praktycznie codziennie tam chodziłem z korespondencją. Tym razem jednak
żołnierz na bramie mówi, że nie mam prawa wejścia. "Jak to?" - pytam. A on, że mi przepustkę wyłączyli. "Ej, człowieku, ja codziennie tu wchodzę
i wychodzę, bo pracuję dla wiceministra" - mówię. A on, że nie wejdę, że
przepustka wyłączona, że co najwyżej mogę zadzwonić do sekretariatu
ministra. Dzwonię. Odbiera jakiś pułkownik, taka pierdoła. Chcę
wiedzieć, o co chodzi. On: "Słuchaj, przepustkę masz wyłączoną, bo Kate
kazała ją wyłączyć". Zdębiałem, pytam, jaki jest powód. On, że
zachowałem się niestosownie. "Co ty pieprzysz" - mówię. Nie mogłem
uwierzyć w to, co usłyszałem. A ten pułkownik pyta, czy jak rozmawiałem
z Kate, to patrzyłem jej w oczy. Ja, że podczas rozmowy każdemu patrzę w oczy. "No to żeś, kurwa, za długo patrzył w oczy". Ja: "Człowieku, co ty
gadasz, przecież to jest ministerstwo". Wtedy w prostych słowach mi
wytłumaczył, że jak nie chcę być poniewierany, mam patrzeć na swoje
stopy i nie krępować Kate wzrokiem. Następnym razem, jak szedłem do
pałacyku, to już patrzyłem tylko na swoje stopy.
Kate mogła wszystko, nieważne, że dokumenty w terminie niepodpisane,
nieważne, że teczki czekają, nieważne, że coś nie jest uzgodnione. Tak
jak ona powiedziała, tak było. Nie wiem, skąd Antoni ją wyciągnął, ale
miał do niej ogromne zaufanie. Jako jedyna osoba w ministerstwie miała
prawo wglądu do całej korespondencji.
Oficer BBN-u: Otoczenie Macierewicza pokazywało, że są państwem w państwie, on sam zresztą też. Na przykład nagminnie się spóźniał. Był z tego znany. Na poligonie w Żaganiu godzinę czekaliśmy z panem
prezydentem na pana ministra. Andrzej Duda znalazł się naprawdę w bardzo
kłopotliwej sytuacji. To był jego początek w pałacu. Był młodym
politykiem, który został głową państwa. Jeszcze nie rozumiał, że ze
strony Macierewicza to była gra, próba pokazania mu, kto tu rządzi.
Nagle okazało się, że on, najważniejszy człowiek w kraju, musi czekać na
ikonę PiS-u. Nikt z nas nic nie mówił, nie komentował sytuacji, bo każdy
to rozumiał. Wiedzieliśmy, o co chodzi. Antoni w końcu przyjechał,
uprzejmie się witał, jakby nic nie zaszło. Nigdy za swoje spóźnienia nie
powiedział przepraszam.
Najdłużej czekaliśmy na Antoniego na poligonie w Orzyszu. On był wtedy
zajęty obroną swojego pupilka Misiewicza, który już tak narozrabiał, że
nawet prezesowi Kaczyńskiemu podpadł. Mieliśmy wtedy oglądać ćwiczenia.
Prezydent w namiocie, wojsko w polu, a ministra nie ma i nie ma. Wojsko
stało długie godziny i czekało. To był potężny afront ze strony szefa
MON-u i dla głowy państwa, i dla żołnierzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki