W państwie "naj"
- W Armenii to nawet niebo jest wyżej. - Sarik patrzy w górę. Zaraz odpali kolejnego papierosa i pociągnie spory łyk kawy po ormiańsku, czyli według nas po turecku, ale tu, w Armenii, nikt by tak nie powiedział.
Tu wszystko jest najlepsze i wyjątkowe. Ormianie nigdy nie omieszkają przypomnieć, że Andre Agassi i Charles Aznavour mają ormiańskich przodków. Młodsi wymienią jeszcze muzyków grupy System of a Down, której lider Serż Tankjan urodził się w Libanie, albo celebrytkę Kim Kardaszjan. Nie ma przebacz. Nawet coca-cola jest tu lepsza: wyjątkowy smak nadaje jej krystalicznie czysta górska woda.
W słynnej południowokaukaskiej powieści Ali i Nino[1] pewien Ormianin przekonuje głównego bohatera, że cerkiew w Szuszi liczy co najmniej pięć tysięcy lat. Na uwagę, że samo chrześcijaństwo ma dopiero dwa tysiące, odpowiada bez mrugnięcia okiem, że owszem, w innych krajach chrześcijaństwo ma dwa tysiące lat, ale w Górskim Karabachu Chrystus pojawił się trzy tysiące lat wcześniej.
Tylko w wyjątkowych przypadkach Ormianie są gotowi ustąpić komuś pierwszeństwa. W kultowym radzieckim filmie komediowym Mimino niezapomniany Frunzik Mkrtczjan, grający pociesznego Ormianina Rubika, zachwalając Armenię, mówi głównemu bohaterowi, że w Dilidżanie jest woda "druga na świecie pod względem jakości". Na ironiczną ripostę, że najlepsza woda zapewne jest w Erywaniu, Ormianin odpowiada skromnie: "Nie, w San Francisco".
Ale generalnie w Armenii wszystko jest "naj". Bóg wyżej rozpiął niebiosa nad Armenią, bo upodobał sobie tę ziemię. Podczas biblijnego potopu, kiedy według Księgi Rodzaju "powiał wiatr nad całą ziemią i wody zaczęły opadać", arka Noego osiadła na szczycie Araratu - świętej góry Ormian. Tu na nowo miał zacząć się świat. Wszak Armenia zwana jest kolebką cywilizacji.
Ten sam Sarik, przy kolejnym papierosie, będzie narzekał na swój kraj: wszyscy kradną (najbardziej oligarchowie), ludzie są podli, nic tu nie działa prawidłowo, politycy są skorumpowani, wszystko jest w rękach Rosjan, a Putin traktuje Armenię niczym półkolonię. Jej prezydenta zaś jak tanią dziwkę, która spełni każde żądanie. Mógł bowiem Erywań podpisać z Brukselą umowę o stowarzyszeniu, ale na jedno słowo Kremla odstąpił od tego.
Dziś w Armenii tak samo blisko jest do nieba i świętości jak do piekła i nikczemności. Szanuje się tutaj rodzinę i ceni wielodzietność. Ale drogi na przedmieściach Erywania prowadzą obok dziesiątek kasyn i burdeli, gdzie faceci robią z kobietami to, na co nie pozwoli żona w domu. Tysiące Ormianek po kilka razy w życiu mają skrobankę - najczęściej usuwają ciążę, gdy badanie USG wykazuje, że płód jest płci żeńskiej.
Armenia to pierwszy chrześcijański kraj na świecie (chrzest przyjęła w 301 roku, przed edyktem mediolańskim rzymskiego cesarza Konstantyna), którego mieszkańcy do dziś składają koguty i inne zwierzęta w ofierze - pozostaje to w zgodzie z nauką ormiańskiego Kościoła. Obcinają im głowy i "modlą się", patrząc, jak zwierzę kona w konwulsjach. Po dziesiątkach lat przymusowego ateizmu ludzie są skłonni uwierzyć w cokolwiek. A Kościół ormiański stał się niemalże świecką instytucją. Jego zwierzchnik, katolikos, jest bardziej biznesmenem niż duchownym i (jak twierdzą opozycyjni politycy i dziennikarze) zarabia na handlu prezerwatywami. Mówi się, że jest potentatem "od gumek".
Bardzo ważną dla tej kultury postacią jest święty Mesrop Masztoc - duchowny i twórca alfabetu ormiańskiego. Przez stulecia Ormianie słynęli z bogatego piśmiennictwa. Kochali księgi ponad wszystko. Dziś w języku ormiańskim nie tworzy się dobrej literatury, a ludzie mówią z błędami, co kilka słów wtrącając rusycyzmy.
Święte są też chaczkary - wotywne płyty kamienne, które zdobią świątynie, stoją u wejść do grobowców, na rozstajach dróg. Drogi, które kiedyś łączyły wsie i miasta, dziś często prowadzą donikąd: prowincja wyludniła się na skutek emigracji. Wędrując po Armenii, można zobaczyć opustoszałe domy i fabryki, w których już nikt nie pracuje.
To samo z drogami wiodącymi w świat. Z Armenii można wyjechać tylko w dwie strony: do Gruzji i Iranu. Tory kolejowe prowadzące do Turcji zarosły - górska droga wiodąca do Karsu jest od 1993 roku zamknięta. Zamknięta jest także granica armeńsko-azerska, gdzie wciąż padają strzały i gdzie co roku ginie kilkunastu żołnierzy (Ormian i Azerów).
Wielu Ormian mówi, że ich naród jest jak biblijny Hiob. Wspominają tych, którzy wyjechali, i tak jak oni chcą uciec. Ale wielu Armenię kocha i nigdy tej ziemi nie opuści. Przecież Hiob cierpiał z pokorą.
Jeżdżąc z Sarikiem po Armenii i oglądając stare zabytki, słuchamy o tym, jak wspaniałą kulturę stworzyli Ormianie - we wszystkim byli pierwsi. Potem w domu oglądamy mapy, na których Wielka Armenia rozciąga się od Morza Kaspijskiego po Morze Śródziemne. Ale w końcu rodzi się pytanie: jakim cudem można było to wszystko tak przepieprzyć? Dziś Armenia jest wielkości jednego-dwóch polskich województw. Jest najbiedniejszym krajem na Kaukazie Południowym i jednym z biedniejszych państw, jakie powstały po upadku Związku Radzieckiego. Czyżby Bóg już nie kochał Ormian? Ziemie bogate w surowce naturalne, żyzne doliny i lasy są poza granicami państwa, Ormianom zostały skały i piach.
Ormianie uważają się za naród wybrany przez Boga, ale świat o tym nie wie i chyba już się nie dowie. A jeśli Bóg naprawdę wybrał Ormian, to rzeczywiście potraktował ich niczym biblijnego Hioba. Ich ziemie zagarniali Rzym, Bizancjum, Persowie, Arabowie, znowu Persowie, Turcy i Rosjanie. Dziś też Armenia nie jest liczącym się krajem - choćby dla Amerykanów, którzy ze względu na stosunki z Turcją (druga co do wielkości armia w NATO) nie chcą uznać mordów popełnionych na Ormianach w 1915 roku za Ludobójstwo - czysta polityka. Prawda o losie narodu z trudem przebija się do świadomości opinii międzynarodowej. Przez całe dziesięciolecia o Ludobójstwie - największej tragedii w dziejach ormiańskiego narodu - milczano. Także Moskwa, jeszcze od XIX wieku uważana za protektorkę Ormian, grała kwestią ormiańską. Związek Radziecki nie pamiętał o zbrodni. Rok 1915 - to moment zagłady wielkiego narodu ormiańskiego. Ci, którzy ocaleli, musieli zmieścić się w niewielkiej republice (oficjalnie około trzech milionów Ormian mieszka w ojczyźnie) albo rozjechali się po różnych zakątkach świata (od siedmiu do dziesięciu milionów żyje w Rosji, USA, Francji, Argentynie, Libanie, Syrii, Iranie, Kanadzie, Grecji, na Ukrainie i w Australii). Mówimy tu o szczęśliwcach, którzy przeżyli Rzeź Ormian. Jak podają Ormianie, nawet półtora miliona ludzi takiego szczęścia nie miało.
Po wojnach, masowych mordach, najazdach, różnych traktatach i po rozpadzie Związku Radzieckiego Ormianom pozostało oglądać stare mapy i rozprawiać o dawnej wielkości. Patrzą więc na Zachodnią Armenię, zwaną przez nich Ergir, obecnie na terenie Turcji, i wzdychają. Tak jak wzdychają do góry Ararat (5137 metrów n.p.m.), która jest w Armenii symbolem wszechobecnym - od godła państwowego po etykietki koniaków. Kłopot w tym, że Ararat także leży już po stronie tureckiej. Na tyle blisko, że widać jego magnetyzującą, pokrytą białą czapą sylwetkę z Erywania, i na tyle daleko, by być dla współczesnych Ormian nieosiągalnym. Ale Rosjanie, protektorzy Ormian, gdy mieli przewagę nad Turcją, nie chcieli odzyskać dla nich Araratu, tak samo jak zabytkowego miasta Ani, które leży dosłownie na granicy. Większość Ormian zdaje sobie sprawę, że ich państwo jest zupełnie zależne od woli Rosji. Cóż im pozostaje? Sarik, nasz przyjaciel, który mówi, że lubi Rosjan, ale nie lubi rosyjskiego chamstwa, odreagowuje, nazywając swoje świnie rosyjskimi imionami. Najmłodszą nazwał Natasza.
Inni opowiadają sobie kawały. Ormianin i Rosjanin napadli na bank. W bandyckiej kryjówce mają dokonać podziału łupów. "To co, liczymy się jak bracia?" - proponuje Rosjanin. "Nie, nie... Po równo" - odpowiada Ormianin.
Albo: na Kaukaz przyjechał nowy ruski i pewnym krokiem wchodzi do restauracji. Mówi, że chce coś lokalnego i koniecznie ostrego. Kelner uprzejmie pyta: "Charczo?". "Nie" - odpowiada przybysz. "Może szaszłyk?" - próbuje kelner, ale Rosjanin znudzonym głosem mówi: "Nie...". Na co wściekły kelner: "No to może kindżał w dupę?".
Rosjanie nie pozostają dłużni. Ormian, jak zresztą pozostałe narody Kaukazu, uważają za ludzi gorszych od siebie. Mały, chciwy naród - mówią. Mają takie powiedzenie: Gdy Ormianin mówi do ciebie "bracie", uważaj, bo to znaczy, że chce cię oszukać, ale gdy mówi "braciszku", to znaczy, że już cię oszukał...
Więc jak to jest - państwo "naj" czy nieistotny skrawek wyschniętej ziemi, który co rusz przechodził pod panowanie regionalnych potęg? Wspaniały naród z wielką tradycją i kulturą czy skorumpowany naród kupczący wszystkim, co się da? I jedno, i drugie.
Dziś Armenia nie jest nawet w stanie dobrze traktować tych, którzy przelewali i przelewają za nią krew. Weterani wojny o Górski Karabach, którzy z potrzeby serca poszli walczyć za swój kraj, zostali zapomniani przez państwo. Nikt nie troszczy się o inwalidów wojennych, zasiłki są głodowe.
Żołnierzy w Armenii zabijają nie tylko azerbejdżańskie pociski, zabija ich także mafia, która rządzi w armii. W każdy czwartek na placu Republiki w Erywaniu demonstrują matki zabitych żołnierzy. Poległych w obronie ojczyzny? Nie. Zabili ich inni żołnierze. Tak twierdzą matki, które płaczą, lamentują i mają nadzieję, że przechodzień choć popatrzy na fotografię ich zamordowanego syna. Żyją już tylko po to, by wyjaśnić okoliczności śmierci swoich dzieci. W armii handluje się narkotykami. Kto nie podporządkuje się mafii, ginie. Potem w protokole pisze się, że żołnierz popełnił samobójstwo. Armenia jest de facto w stanie wojny z Azerbejdżanem, ale nie hołubi tych, których wysyła na linię frontu. Posyła się zresztą dzieci z biednych rodzin - bogatsi wykupują się z wojska. Tak Armenia traktuje swych obrońców. A przecież trwający od ponad stu lat konflikt o Górski Karabach jest zjawiskiem organizującym życie kraju - nie ma dnia, by rządzący nie nawoływali, że potrzebna jest jedność narodowa, bo muzułmański wróg nie śpi.
Duma i wstyd - to dwa uczucia, które walczą o lepsze w duszach Ormian. Na każdy argument o wielkości tego narodu można znaleźć kontrargument o jego miałkości.
Na pozór wszystko jest wręcz bajkowe. Słońce mocno grzeje, wiatr z syryjskiej pustyni przynosi podmuchy gorąca i ziarenka piasku, w kawiarniach siedzą staruszkowie, pijąc kawę i grając w szachy albo nardy, czyli tryktraka, dzieci biegają wokół gmachu opery, a zakochani spacerują ulicą Abowjana. Ale jednocześnie w kraju trwa bezwzględna walka o władzę i pieniądze. Lista najważniejszych deputowanych do armeńskiego parlamentu pokrywa się z listą najbogatszych Ormian. Od dwudziestu lat krajem rządzą politycy wywodzący się z Górskiego Karabachu, z Serżem Sargsjanem i Robertem Koczarjanem na czele. Rząd niby strzeże bezpieczeństwa Ormian, ale gdy trzeba, gotów jest strzelać do ludzi - tak jak 1 marca 2008 roku, gdy podczas demonstracji otworzono ogień do protestujących i zabito co najmniej dziesięć osób.
Reżim tuszuje niewygodne sprawy. Ochroniarze oligarchów są bezkarni - biją nielicznych dziennikarzy, którzy jeszcze próbują pisać o życiu politycznym uczciwie, ale biją też zwykłych ludzi, którzy stają im na drodze. Niektórych zabijają. Oczywiście dowodów nigdy nie ma, bo na przykład znikają nagrania monitoringu w restauracji, gdzie doszło do bójki.
Ale Armenia to mały kraj, niemal wszyscy się znają i informacje rozchodzą się szybko. Więc przeciętny Ormianin woli milczeć i zanurzyć się w grze w szachy niż wychodzić na ulice. Zresztą ostatni sponsorujący również opozycję, ale będący jednocześnie częścią establishmentu oligarcha Gagik Carukjan wycofał się z polityki i organizowania demonstracji. Wystarczyło pogrozić, że weźmie się za niego armeński fiskus.
Bezpieczniej jest więc pić kawę albo któryś z wyśmienitych ormiańskich koniaków (jeden z nich produkuje właśnie Carukjan) i nie wychylać się zbytnio.
Albo można wyjechać. Gdziekolwiek. Najlepiej na Zachód, ale najczęściej do Rosji. Bo w kraju "naj" młodzi ludzie nie mają perspektyw - jadą więc pracować na budowach Moskwy, Petersburga czy Jekaterynburga. Nie chronią ich tam żadne prawa i nie dostają świadczeń socjalnych, ale to i tak lepiej, niż siedzieć bezczynnie na ławce przed domem na jakiejś głuchej armeńskiej prowincji. Ilu Ormian żyje więc dziś w Armenii? Podobno około trzech milionów, ale rzeczywista liczba to jedna z najbardziej skrywanych tajemnic władz. Co miesiąc z kraju emigrują tysiące obywateli. Prowincja Armenii to dziś ziemia wyludniona. W upalne popołudnie stojące powietrze tworzy miraże. Rozmazany krajobraz i pustka sprawiają, że wygląda tu jak po katastrofie: puste domy, zaniedbana roślinność, bezpańskie zwierzęta. Są miejsca, skąd życie uciekło zupełnie. Ale problem emigracji dotyczy nie tylko prowincji. Także w miastach wiele mieszkań jest zamkniętych na klucz, na przedmieściach Erywania pełno jest domów z szyldem "na sprzedaż", a ziemię kupi się za grosze. Zostają zwykle ludzie starzy, którzy stoją przy drodze z koszykiem grzybów, owoców, świeżo złowioną rybą. Bywa, że to jedyna forma zarobku; potem zimę pozwalają im przeżyć zapasy.
W takiej sytuacji rodzą się teorie spiskowe. Według jednej z nich jakaś wszechpotężna światowa organizacja, najpewniej powiązana z żydomasonerią, której służą miejscowi oligarchowie, chce zupełnie wyludnić Armenię, bo sama chce tu zamieszkać. Dlaczego akurat tutaj? Odpowiedź jest oczywiście banalnie prosta: bo Armenia to najlepsze na świecie miejsce do życia. I rosną tu najlepsze morele. Takich moreli nie ma nigdzie. I dywany, prawdziwe orientalne kobierce, pochodzą właśnie stąd. Persowie, Kurdowie i Turcy tylko naśladują sztukę wiązania wełny w kolorowe wzory. W każdym razie takich teorii można się nasłuchać, gdy siada się do kolacji z Ormianami.
Pewien poważny ormiański naukowiec opublikował nawet książkę o tym, że Ormianie są przybyszami z innej planety, że stali za najważniejszymi osiągnięciami cywilizacji - od budowy piramid egipskich poczynając. W kraju, w którym wierzy się w siły nadprzyrodzone, takie teorie mają posłuch. W końcu fakt, że Ormianie są narodem wybranym, jakoś tłumaczy to, że inne narody tylko czyhają na ich zgubę: Arabowie, Turcy, Azerowie, Persowie, Rosjanie...
A jednak Ormianie trwają. Wielki mały naród wędruje przez stulecia niczym karawana po pustyni. Wędrówce towarzyszy przelana krew, ostatnie dekady w historii Armenii są pełne przemocy i bólu. Żywe jest wspomnienie czystek, wojny, prześladowań, żywa jest pamięć o karawanach śmierci. Zagłada czai się na każdym zakręcie historii.