Jak Ługańsk zaczął marzyć
Na początku nie było rosyjskiej inwazji ani najazdu ukraińskich nacjonalistów. Najpierw Donbas podpalili jego ówcześni władcy.
Peryferia Europy, biedny postkomunistyczny kraj, w nim zapomniany region, a na jego krańcach depresyjne, nadgraniczne miasto. To Ługańsk. Upadające kopalnie minerałów i węgla kamiennego, opuszczone fabryki, odrapane bloki z epoki komunizmu. A piętnaście kilometrów dalej granica rosyjska. Tutaj do cudzoziemców mówi się: Co wy, z tej dalekiej Europy, możecie wiedzieć? Tak, jakby oni tutaj żyli już na Księżycu.
Ługańsk to biedniejsza część upadającego Donbasu - kiedyś dumy radzieckiego przemysłu. Od zawsze nieco ospała, prowincjonalna metropolia z półmilionową populacją, pozbawiona większych ambicji, za to z nostalgicznymi wspomnieniami dawnej sławy z czasów komunizmu. A mimo to - albo właśnie dlatego - wszystko zaczęło się właśnie w Ługańsku. Misza wtedy nie tylko tam mieszkał, ale nawet dosłownie był przy tym, jak wzniecono pierwszą iskrę, która zapaliła cały Donbas. Miał pecha.
W lutym 2014 roku Misza pracował w ługańskiej fabryce części samochodowych. Nie był zwykłym robotnikiem, tylko ambitnym młodym szefem wydziału. Nie zdradzi nazwy firmy ani swego wydziału, bo wciąż ma jeszcze w Ługańsku rodzinę, której nie chce zaszkodzić - przecież od tego czasu minęło zaledwie kilka lat.
Cały ten okres to lata wojny, którą pomagał rozkręcać jego ówczesny szef.
Misza żył tak, jak na Ukrainie żyje typowa warstwa średnia. Mógł sobie pozwolić na używane auto i mieszkanie w bloku po skromnym remoncie. Czyli z oszklonym balkonem, plastikowymi oknami, parkietem oraz nową łazienką. Skromne symbole sukcesu. I jeszcze narzeczona, plany ślubu, w weekend piłka i siłownia, a wieczorem wódka i trochę trawy. Kiedy wszystko się zacznie, Misza straci ochotę na alkohol i miękkie narkotyki.
A zacznie się niedługo. W telewizji już trzeci miesiąc pokazują Majdan i płonący Kijów. Tam początkiem wszystkiego były pokojowe protesty na centralnym placu Niepodległości, nazywanym Majdanem, w sprawie integracji z Unią Europejską, na co rząd odpowiedział użyciem policyjnych pałek i działek wodnych. To z kolei doprowadziło do jeszcze większych demonstracji. Pojawiły się pierwsze koktajle Mołotowa, a po nich pierwsze strzały, pierwsza krew i snajperzy na dachach w centrum Kijowa, którzy całymi tuzinami zaczęli mordować ludzi na placu6. Do dziś nikt nie wie, kto ich wysłał. Obie strony twierdzą, że chodziło o prowokację tych drugich.
Dziewięćset kilometrów dalej na wschód, w ługańskiej fabryce, też już zaczyna się coś dziać. Misza ma biuro niedaleko swojego szefa. Wystarczy zostawić otwarte drzwi i widać coś bardzo charakterystycznego, co od początku wydarzeń na Majdanie powtarza się niemal codziennie. Sam najwyższy szef fabryki zatrudniającej tysiąc pięćset osób gromadzi robotników w hali produkcyjnej na jakieś szkolenia polityczne. Najpierw cierpliwie tłumaczy im sytuację w kraju, a potem straszy ich potworną przyszłością. Że jak bunt z Majdanu ogarnie cały kraj, to faszyści z zachodu Ukrainy już za chwilę zajmą stolicę, a jutro Donbas. Że zabiorą im język rosyjski, kulturę i ziemię, a potem wszystko sprzedadzą cudzoziemcom.
Misza widzi ich codziennie, gdy idzie do pracy i kiedy z niej wychodzi. Robotnicy z jego fabryki demonstrują wspólnie z przywożonymi tu autobusami górnikami i ludźmi z okolicznych, jeszcze biedniejszych terenów. Organizatorzy przynoszą demonstrantom wódkę i kiełbasę. A gdy ktoś jest robotnikiem w fabryce szefa Miszy i nie wykrzykuje na placu, że nie chce Europy, Majdanu i faszystów, to następnego dnia może stracić pracę albo nie dostać pensji.
Wyższy sens tych kontrdemonstracji nie jest żadną tajemnicą. Na masowych protestach w Kijowie ludzie żądają ustąpienia prorosyjskiego prezydenta Janukowycza, który nie zgodził się na prozachodni kurs kraju i na dodatek stanowi ucieleśnienie najgorszego od upadku komunizmu mafijnego systemu korupcji. Ale w Donbasie od rosyjskiej gospodarki i Janukowycza uzależnieni są miejscowi przedsiębiorcy, a od tych z kolei - tutejsi robotnicy i górnicy. Każdy biznesmen jest tutaj jednocześnie partnerem handlowym prezydenta lub przynajmniej wspiera jego potężną Partię Regionów. Na wschodzie wszędzie obowiązuje ten sam schemat: albo jesteś z Partią Regionów, albo przeciw. Dlatego takie wystąpienia przeciw Majdanowi i na rzecz poparcia prezydenta to cichy obowiązek przedsiębiorców i ich pracowników. Misza nikogo więc nie potępia, bo zarówno jego szefowi, jak i pracownikom chodzi o ich własne życie.
W Kijowie zatem protestuje Majdan, a w Ługańsku powstaje Antymajdan. Stopniowo protesty rozszerzają się na wszystkie miasta wschodniej Ukrainy, w których ma coś do powiedzenia Partia Regionów. Robotnicy wychodzą na ulice również w Doniecku, Charkowie, Mariupolu, Odessie i wielu innych miastach. Najbardziej zdecydowanych wożą do Kijowa, żeby bili prodemokratycznych demonstrantów na Majdanie.
Na początku 2014 roku demonstruje zarówno zachód, jak i wschód kraju. Pierwsi mają jasny cel i ideę: żeby Ukraina wreszcie stała się częścią Zachodu. Żeby już nie trzeba było mówić: Co wy tam wiecie w tej dalekiej Europie? Bo oni też uważają, że są w Europie. Zachodnia Ukraina ma po dziurki w nosie tak zwanego rosyjskiego świata - rzeczywistości postkomunistycznej, w której panuje korupcja, mafie oraz wszechmocny Kreml. Dlatego tłumy na Majdanie wymachują flagami europejskimi, a po każdym wycofaniu się jednostek policyjnych wybucha euforia.
Drudzy, ze wschodu, w ogóle nie są przyzwyczajeni do protestów. Gdy pytałem mieszkańców Donbasu, co sądzą o wydarzeniach tamtych tygodni, słyszałem zazwyczaj odpowiedzi w stylu: "My nie mamy czasu na politykę, musimy pracować".
Tania, typowa mieszkanka Ługańska, matka dwójki dzieci, dodała: "Na Majdanie stały tylko nieroby. Władza powinna była ich rozpędzić działkami wodnymi i byłoby po krzyku".
Uświadomiła sobie, że sytuacja stała się poważna dopiero wtedy, gdy zaczęła się strzelanina. Spotkało ją to któregoś ranka na ługańskim dworcu autobusowym. W tamtej chwili pomyślała: "Do diabła, jak teraz dostanę się do roboty?". Dziś przyznaje, że to było strasznie głupie, ale do tego momentu polityka jej nie interesowała, podobnie jak wszystkich z jej otoczenia. Aż do czasu, gdy przez tę politykę zaczęli umierać.
Krótko mówiąc, w Donbasie tamtych czasów powszechna była mentalność radzieckiego robotnika, który poświęcał całe życie swojej pracy i oczekiwał za to spokoju, bezpieczeństwa i zagwarantowania podstawowych potrzeb życiowych. Tutejszych ludzi na demonstracje Antymajdanu nie wyprowadzają żadne idee ani wielkie cele, jak to się dzieje w Kijowie. Ich gna konsekwentnie podsycany strach, że ci z zachodu Ukrainy wystąpili przeciwko nim - przeciw językowi (rosyjskiemu) i kulturze, "ich" prezydentowi i dziedzictwu socjalizmu. Protesty na Majdanie nie kojarzą się im z reformami ekonomicznymi i walką o Europę, lecz z obrazem ukraińskich nacjonalistów niszczących pomniki Lenina i Stalina.
Ludzie w Donbasie prawdziwy gniew poczują dopiero wtedy, gdy z Kijowa przywiozą ich chłopców. Przypadek sprawił, że pierwsi milicjanci z jednostki specjalnej Berkut, którzy zginęli na Majdanie podczas starć z demonstrantami, pochodzili właśnie z Donbasu. Miejscowi pochowali ich jak bohaterów. W prorosyjskim Donbasie do gniewu dołącza strach. Czyli jednak ci z zachodu naprawdę są przeciwko nam, czyli to jednak prawdziwi faszyści.
Jest już koniec lutego i sprawy zaczynają gwałtownie przyspieszać. Ówczesny ukraiński prezydent Janukowycz ucieka przed kijowskimi demonstrantami do Donbasu, a stamtąd do Moskwy. Krótko potem, 23 lutego, w Sewastopolu na Krymie nagle odbywa się wielka prorosyjska demonstracja, będąca zapowiedzią czegoś nadzwyczajnego.
Owo "coś" nadchodzi już 27 lutego, kiedy na Krymie pojawiają się nieokreśleni żołnierze z bronią rosyjskich wojsk specjalnych i zajmują lokalny parlament. Ukraina jest w szoku. Kijowski Majdan ze zgrozą i niedowierzaniem obserwuje, jak zaczyna się okupacja ukraińskiego terytorium przez armię rosyjską.
Spotykam Miszę w 2018 roku. Z kierownika wydziału wielkiej firmy stał się obecnie uchodźcą wojennym. Uciekł z ogarniętego wojną Ługańska podobnie jak niemal trzy miliony mieszkańców Donbasu, którzy nie potrafili się pogodzić z bombardowaniami, okupacją i całą tą beznadzieją codzienności w strefie wojennej.
Gdy skończyły mu się oszczędności, wyjechał z Ukrainy. W jednym z zachodnich krajów pracuje na czarno jako szofer i ciężko zarobione pieniądze wysyła do kraju żonie, która opiekuje się ich starzejącymi się rodzicami. Znów zaczyna od zera, bez domu i bez przyszłości. Czy uda mu się jeszcze kiedyś wrócić do Ługańska?
- Może na kilka dni, jakbyś odwiedzał zoo - uśmiecha się smutno, a po chwili wilgotnieją mu oczy. Żeby to zamaskować, zapala papierosa.
Ma rację. W czasie gdy się poznaliśmy, Ługańsk jest już miastem duchów, z pustymi ulicami, po których czasem przejedzie wojskowy jeep albo rozklekotana łada. Centrum pilnują transportery opancerzone, większość sklepów jest zamknięta, a na każdym rogu wiszą potężne billboardy propagandowe separatystycznych władz.
W Ługańsku mieszka jednak nadal były szef Miszy. Nazywa się Andrej Nedowes, a jego srebrny lexus na tle zbombardowanych domów wygląda jak pojazd z innej planety. Ludzie tacy jak on zawsze znajdą sobie miejsce w każdym reżimie. W 2014 roku był posłem miejscowego parlamentu z ramienia Partii Regionów prezydenta Janukowycza. Dziś, gdy Ługańsk stał się stolicą separatystycznej Ługańskiej Republiki Ludowej, demokrację parlamentarną zastąpiła wojskowa dyktatura, a Partia Regionów jest już tylko wyblakłym wspomnieniem, też jest posłem.
Siedzimy razem w pustej ługańskiej kawiarni, pijemy herbatę, a Nedowes wspomina ten niespokojny rok. Po co to wszystko było? Mężczyzna w średnim wieku nosi zachodnie sportowe ubranie, na jakie jego robotnikom nie wystarczyłaby nawet trzymiesięczna pensja, ale upiera się, że Antymajdan organizował dla ich dobra. Miejscowi ludzie są związani z narodem i kulturą rosyjską, a ukraińscy nacjonaliści chcieli im to wszystko zabrać. Kijowski Majdan to był tylko wierzchołek góry lodowej, za którą kryły się europejskie pieniądze, różne zachodnie organizacje pozarządowe i amerykańskie tajne służby. Konspiracja - dodaje.
A Rosja? Rosja rzekomo przyszła dopiero potem. Na początku byli miejscowi, wszechmocni ojcowie Donbasu, tacy jak on. A oni tylko bronili własnych interesów przed "tamtymi". Łatwo można sobie przetłumaczyć, co dokładnie znaczą jego słowa. Proeuropejski Majdan dla miejscowych oligarchów, powiązanych z rosyjskim biznesem i mafią, stanowił całkiem konkretne zagrożenie ekonomiczne.
- Jaka część waszej produkcji szła na wschód?
- Prawie cała - odpowiada bez wahania Nedowes. - Do Rosji eksportowały wszystkie moje fabryki.
Nedowes dyskretnie przemilcza własną rolę w tym, co się stało po Antymajdanie, gdy on i jemu podobni zaktywizowali tysiące ludzi i doprowadzili do katastrofy. Przecież nie może przyznać, że przygotowali grunt pod coś, co było wtedy całkiem poza granicami ich wyobraźni i możliwości. Bo gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli, scenariusz zaczął wtedy pisać już ktoś zupełnie inny.
Misza pamięta, że po aneksji Krymu stało się w Ługańsku coś ważnego. Ludzie już nie przychodzili na demonstracje ze strachu przed ukraińskimi faszystami, ale dlatego, że oni też odkryli swój wielki cel, podobnie jak ci w Kijowie.
Ługańsk zaczął marzyć. A gdy to się zaczęło, już nic nie było takie jak przedtem.
Skoro Majdan marzył o Europie, to o czym marzył Antymajdan? Oczywiście o Rosji. O tym, że będzie jak na Krymie i że pewnego dnia prorosyjscy ludzie obudzą się w innym kraju, który mówi ich językiem, który podniesie im pensje i emerytury, w którym nie niszczy się komunistycznych pomników, który ma lepsze drogi i opiekę zdrowotną. Donbas uwierzył, że Rosja to nowa forma Związku Radzieckiego i że już mają ją na wyciągnięcie ręki.
Znaczna część populacji Donbasu nigdy bowiem nie pogodziła się z upadkiem komunizmu, wraz z którym odeszły też wszystkie gwarancje socjalne, bezpłatne obozy pionierskie i jedność wszystkich narodów w największym kraju na świecie. A w politycznie niestabilnym państwie ukraińskim, wciąż poszukującym własnej tożsamości, przez ostatnie lata czuli się jak cudzoziemcy. Nie zmieniło tego dwadzieścia pięć lat niepodległości i kruchej demokracji, bo Donbas - region górników, robotników, a także zwolnionych z więzień przestępców z różnych zakątków radzieckiego imperium - wcale nie marzył o wolności. Marzył za to o silnej ręce państwa, o jego opiekuńczej roli, a zwłaszcza o godności. Słowo "godność" powtarzali wciąż mówcy na trybunach Antymajdanu oraz rosyjskie media. Inne kluczowe pojęcia z tamtego czasu to: "ukraińscy faszyści", "Rosja" i "Putin".
Po wydarzeniach na Krymie ani w Ługańsku, ani w całym Donbasie nie protestuje już Antymajdan. Jego organizatorzy, wywodzący się spośród miejscowych oligarchów, nagle zorientowali się, że całkiem utracili kontrolę nad ruchem, który stworzyli, opłacili i którym kierowali. Rósł on z każdym dniem. Na placu przed budynkiem miejscowej administracji wciąż stali ich robotnicy i górnicy, ale w rękach nie trzymali teraz już tylko drewnianych pałek, lecz rosyjskie flagi i broń palną7.
Kto nad nimi panuje? Pewnego dnia Misza siedział ze swoją przyszłą żoną w centrum Ługańska i obserwował, jak do obywatelskiej straży Antymajdanu podjeżdża kolumna samochodów osobowych na rosyjskich tablicach rejestracyjnych. Wysiadają z nich mężczyźni w czarnych mundurach i kamizelkach kuloodpornych, z automatami w rękach, i zupełnie otwarcie rozdzielają zadania miejscowym robotnikom, rozmieszczają ich w mieście i wypłacają im żołd. Misza zadzwonił do znajomego milicjanta.
- Zamknij się i spadaj stamtąd. To FSB - słyszy w słuchawce przytłumiony głos kolegi.
Pamięta też jeszcze jedną z ostatnich rozmów ze swoim szefem.
- Misza, myśmy nie chcieli w taki sposób - mówi jego szef.
Chcieli rzekomo zostać na Ukrainie, a tamtych w Kijowie trochę tylko postraszyć. Niechby się otwierali na tę swoją Europę, a im tutaj w Donbasie dali autonomię. Mogliby wtedy dalej robić interesy z Rosją, a jednocześnie z Zachodem. Ale potem wykorzystał to Putin i to on do nich przyszedł. A teraz wszystko szlag trafił - Ukrainę i Donbas.
Chyba tego akurat faktycznie nie chcieli. Po latach wojny główny ługański oligarcha Jefremow siedzi w ukraińskim więzieniu, a po byłym prezydencie Janukowyczu, przebywającym na emigracji w Rosji, już nawet pies nie zaszczeka. Natomiast Nedowes stracił przez wojnę klientów, pieniądze i perspektywy dalszego rozwoju. W dodatku za finansowe wspieranie grup, które kijowski rząd uważa za terrorystów, na Ukrainie wydano na niego nakaz aresztowania i grozi mu piętnaście lat więzienia.
Żyje w zbombardowanym i wyludnionym Ługańsku - w piekle, w którym przecież sam kiedyś ułożył i podpalił pierwsze kawałki drewna. Biedniejący książę wśród głodnych poddanych, nieobliczalnych oficerów i starszych braci zza wschodniej granicy, którzy teraz rozdają tutaj karty.
On jednak przetrwał Janukowycza i poradzi sobie także w tych czasach. Jego srebrny lexus ma już swoje lata, a on sam musi znosić ciągłe przerwy w dostawach wody czy prądu, ale na każdy ból istnieje jakieś lekarstwo. Kilka razy w roku Nedowes wyjeżdża sobie przez Rosję do kapitalistycznej Europy, aby odpocząć od nocnej godziny policyjnej i bombardowań. Gdy wraca do Ługańska, ma w bagażu kolekcję markowych zachodnich ciuchów, żeby nawet u siebie mógł się czuć jak człowiek.