WSTĘP
Amerykański patchwork
Mapa Stanów Zjednoczonych przypomina patchworkową narzutę. Na Wschodnim Wybrzeżu trochę pomarszczoną, jak na krawędzi pośpiesznie pościelonego łóżka, a dalej już wygładzoną, z łatami równymi jak od linijki. Pięćdziesiąt stanów Ameryki. Gdy patrzę na tę barwną układankę rozpiętą między oceanami, zawsze mnie zadziwia, że ten kraj jest w ogóle możliwy.
Jak zapanować nad tak ogromnym terytorium? Czy da się upilnować jego granice i wewnętrzny porządek? Kto jest w stanie okiełznać trzysta trzydzieści trzy miliony mieszkańców, którzy przybyli tu ze wszystkich stron świata? Co poza paszportem mają ze sobą wspólnego nowojorczyk, ranczer z Teksasu i surfer z Kalifornii? To odważne i wymagające połączenie. Różne wzory, faktury i kolory Ameryki gryzą się jednak tylko pozornie. Z szerszej perspektywy tworzą zaskakująco harmonijną całość. Jest w niej coś przekornego, kontrastującego, ale też przytulnego. Chce się to mieć. Chce się tu być.
Nie da się zaprzeczyć kulturowej atrakcyjności Ameryki. Kusi każdego, kto tak jak ja urodził się w burych czasach PRL-u. Wychowana na filmach drogi i książkach przygodowych, długo marzyłam o wyjeździe do Stanów. Ale jako podróżnicza perfekcjonistka nie mogłam się pogodzić z tym, że przyjadę tu tylko na kilka koszmarnie drogich tygodni i zobaczę ledwie mały wycinek kraju, po czym będę musiała wrócić z poczuciem niedosytu. Latami odkładałam Amerykę na później, aż pewnego dnia pojawiła się możliwość, bym tu zamieszkała. Czy można sobie wyobrazić lepszą okazję do poznania tego wielkiego, fascynującego kraju? Po czterech latach tutaj na dobre porzuciłam wiarę w to, że Stany da się gruntownie zwiedzić. Nie da się ich też rzetelnie opisać. Są na to zbyt duże, zbyt różnorodne i zbyt trudne do podsumowania.
Ta książka nie stanowi kompendium wiedzy o USA. Choć odwiedziłam kilkadziesiąt stanów, to żadnego nie poznałam wystarczająco dokładnie - w każdym razie według moich własnych wyśrubowanych wymagań. Zresztą im jestem starsza, tym coraz mniej interesuje mnie drobiazgowy harmonogram zwiedzania i rankingi atrakcji ułożone w porządku geograficznym. Próbując uwieczniać podróże, porzuciłam też próby katalogowania ich przez prowadzenie dzienników czy zbieranie pamiątek - szybko przestałam nadążać z zapiskami i eksponowaniem egzotycznych zakupów w mieszkaniu.
Niektórzy przywożą ze świata przepisy kulinarne, przyprawy i egzotyczne produkty, a potem usiłują odtworzyć w kuchni klimat wakacji. Niestety, mnie gotowanie nigdy szczególnie nie pociągało, a moje kulinarne eksperymenty przeważnie kończą się porażką. Nikt z domowników i gości nie reflektował na przywiezione przeze mnie mdłe słodkości z Turcji czy norweską kiełbasę z renifera. Obchodziliśmy je szerokim łukiem tak długo, aż zwietrzały i skruszały. Kiedy w suszonym oregano z Grecji zalęgły się mole, postanowiłam poprzestać na przywożeniu wina.
Innym sposobem na kolekcję wspomnień jest gromadzenie doświadczeń. Mogłabym odbywać rajdy po lokalnych atrakcjach, szukać ekstremalnych przeżyć, chodzić na warsztaty rękodzieła, ale nie chciałam zmieniać podróży w kolejny projekt.
Zdecydowałam, że w drodze będę szukać przede wszystkim nastrojów. Wyrazistych, charakterystycznych i trudnych do podrobienia. Podglądam, jak mieszkają ludzie, czym się zajmują, co noszą i jedzą. Słucham dźwięków lokalnej muzyki, zbieram miejscowe przysłowia, miejskie legendy i morskie opowieści. Szperam w sklepach, a czasem w śmieciach. Szukam tego, co ciekawe, piękne i warte zabrania do domu. Między innymi na tym polega według mnie sens przemierzania świata.
Odkąd zamieszkałam w Stanach Zjednoczonych i zaczęłam po nich podróżować, tworzę zbiór moich ulubionych miejsc, rzeczy, zjawisk i elementów codzienności w tym kraju. Część z nich, jak przydrożne dinery i road tripy, dzięki filmom, książkom i piosenkom na stałe weszła do kanonu popkultury i zbiorowego wyobrażenia o życiu w USA. Inne są bardziej nieoczywiste i mniej znane - a przynajmniej chciałabym w to wierzyć. To oczywiście złudzenie - trudno o oryginalność w przypadku państwa, po którym się kręcą setki milionów mieszkańców i turystów. Ameryka równa się masowość, co jednych uwodzi, a drugich odpycha. Ja po prostu biorę sobie z niej to, co mi się podoba. Prowadzę osobisty rejestr uroków, ciekawostek i osobliwości, które zbieram jak łatki do patchworku. Może coś kiedyś z nich uszyję. Na początek - tę opowieść.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki