MAMINSYNEK
Peerelowski blok dla rodzin wojskowych na gdańskim Chełmie. Cztery
piętra, bez windy. To tu dorasta Marcin Stefański razem z młodszą od
niego o pięć lat siostrą i rodzicami - Barbarą i Zbigniewem.
Przeprowadzają się na Chełm, gdy chłopiec ma trzy lata. Wcześniej
mieszkają w Gdańsku-Wrzeszczu, a jeszcze wcześniej w rodzinnym domu
matki Marcina w Nowym Stawie, w pobliżu Malborka.
Ojciec późniejszego prezesa Amber Gold często przebywa, jak to Marcin
określi, "na poligonach". Zbigniew Stefański jest zawodowym żołnierzem,
pracuje w Wojewódzkim Sztabie Wojskowym w Gdańsku jako referent do spraw
gospodarczych. Podawana w mediach informacja, że pełnił funkcję oficera
Wojskowej Służby Wewnętrznej lub Zarządu II Sztabu Generalnego WP, jest
nieprawdziwa. Prawdopodobnie ktoś pomylił go z innym Zbigniewem
Stefańskim, który również ma dzieci o takich samych imionach, ale
pochodzi z Poznania.
Zbigniew przyszedł na świat w 1957 roku we wsi Żelazna Góra niedaleko
granicy z obwodem kaliningradzkim. Z rodzicami, oraz licznym rodzeństwem
- trzema siostrami i trzema braćmi - mieszkali w starym poniemieckim
domu. Rodzinę dosięgły tragedie - jeden z synów się utopił, inny jako
młody mężczyzna umarł z przedawkowania alkoholu. Pozostałe dzieci
rozjechały się po świecie. Córka mieszkająca we Wrocławiu w 2020 roku
zabierze do siebie matkę, gdy starsza kobieta mocno podupadnie na
zdrowiu, a jej stary poniemiecki dom kupi ktoś z Gdyni. Inna córka
wyprowadzi się do Niemiec.
Zbigniew kończy zasadniczą szkołę zawodową w Gliwicach i zdobywa zawód
mechanika maszyn górniczych. Po przeprowadzce na Pomorze i odsłużeniu 20
lat w wojsku odchodzi na emeryturę i dorabia jako ochroniarz w Agencji
Ochrony Hevelius, która w internecie ogłasza się jako "Specjalistyczna
Uzbrojona Formacja Ochronna".
Matka Marcina, Barbara, ma średnie wykształcenie i podobnie jak Zbigniew
pracuje w Jednostce Wojskowej nr 1995 w Gdańsku-Wrzeszczu jako "referent
maszynistka". Po likwidacji jednostki zostaje zwolniona i dorabia, gdzie
się da - na poczcie, w Kauflandzie, no i... w firmach, które zakłada jej
syn. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Jako dziecko Marcin ma nadwagę. Jest nieśmiały, skryty. Nie ma kolegów.
- Wyśmiewali się z niego. Maminsynek, z mamą za rączkę. Taki był
delikatny - opowiada jego kolega z podwórka. - Wiadomo, chłopcy bawią
się w wojnę, jeżdżą na rowerach albo idą grać w piłkę. Marcin zawsze od
takich rzeczy stronił. Nikt po niego nie dzwonił, bo wszyscy wiedzieli,
że Marcin nie wyjdzie, że będzie siedział w domu.
Jak już wychodzi, woli z dziewczynami skakać na skakance.
W podstawówce działa w parafialnej wspólnocie Eucharystycznego Ruchu
Młodych, prowadzonego przez siostry urszulanki (ze Zgromadzenia Sióstr
Urszulanek Serca Jezusa Konającego). Potem idzie do technikum
ekonomicznego, gdzie staje się ulubieńcem nauczycieli.
Klasa Technikum Ekonomicznego w Gdańsku, pierwszy od prawej strony -
Marcin Stefański, trzecia od lewej strony w pierwszym rzędzie -
Katarzyna Plichta. Autor zdjęcia nieznany. Fotografia pochodzi z prywatnego archiwum Patryka Bogumiła.
- Bardzo dobrze się czuł w naszych zawodowych przedmiotach, jak
rachunkowość, ekonomia - opowiada kolega z technikum, Patryk Bogumił. -
Geniuszem ani prymusem na pewno nie był. Uczył się dobrze, nawet bardzo
dobrze, był w czołówce klasowej, ale na pewno nie był najlepszy.
Wołają na niego "Stefan", od nazwiska. Na grupowym zdjęciu od razu rzuca
się w oczy: niski, przy kości, zarumieniona twarz. Bordowa koszula, do
niej popielaty garnitur.
- Marcin zawsze był taki na uboczu, nie trzymał się raczej z nami - mówi
Patryk. - Wolał mieć kontakt z grupą dziewczyn. Dużo się śmiał z nimi,
mieli swoje tematy, żarciki.
- Dla mnie był sympatyczny, pomocny, bardzo inteligentny - potwierdza
koleżanka z grupy. - Mądry chłopak, miał wiedzę.
- Nie był chłopakiem wycofanym, był taki dość przebojowy, ale tracił
pewność siebie w towarzystwie chłopaków. Może trochę był nami
wystraszony, nie wiem - dodaje Patryk.
Nigdy nie chodzi na zajęcia z WF-u.
- Był uczulony na pot, zawsze tak mówił - przypomina sobie koleżanka.
- Mało wysportowany, zgarbiony, z nadwagą. Widać było, że sport mu nie
leżał - stwierdza Patryk.
W klasie jest... skarbnikiem. Najwyraźniej od początku lubi gromadzić
czyjeś pieniądze. Klasa mu ufa.
Zostaje laureatem Regionalnego Konkursu Wiedzy o Ekonomii i Gospodarce,
zwycięzcą konkursu "Wiem wszystko o przedsiębiorstwie" organizowanego
przez Wydział Ekonomiczny Uniwersytetu Gdańskiego i laureatem konkursu
wiedzy o ekonomii i gospodarce organizowanego przez Uniwersytet Mikołaja
Kopernika w Toruniu. Działa w szkolnym samorządzie. Średnia ocen w czwartej klasie liceum - 5,09.
"Jest uczniem bardzo aktywnym i wszechstronnym. W roku szkolnym
2002/2003 brał udział również w konkursach "Mistrz rachunkowości" o Unii
Europejskiej organizowanym przez Rzeczpospolitą. Ocena z zachowania -
wzorowa. Kandydatura Marcina uzyskała jednogłośną akceptację Rady
Pedagogicznej w dniu 25 czerwca 2003 roku" - zachwala swojego wychowanka
dyrekcja szkoły we wniosku stypendialnym skierowanym do prezydenta
Gdańska, Pawła Adamowicza. Prezydent przychyla się do wniosku i osobiście wręcza Marcinowi stypendium dla wyjątkowo zdolnych uczniów -
800 zł.
Za stypendium nastolatek robi prawo jazdy.
- Mnie się wydawało, że on traktuje tą szkołę jak przystanek, jak coś,
co musi odbębnić - opowiada Patryk. - Miałem wrażenie, że przez to, że
był taki ogarnięty, znał się na tej całej ekonomii, czuł się lepszy.
Uważał, że coś osiągnie. Że on w przyszłości będzie kimś.
Na wspomnianym klasowym zdjęciu parę kroków od Marcina stoi Kaśka.
Niska, pulchna brunetka. Ładna.
Dziewczyna wychowuje się w starej chałupie dziadka Jana w Lipcach na
obrzeżach Gdańska. Tuż obok domu jest przystanek autobusowy i ruchliwa
trasa do Pruszcza Gdańskiego.
Jej ojciec Edmund pracuje jako dźwigowy w stoczni. Gdy traci robotę,
zaczyna pić. W domu ciągłe awantury, bieda. W końcu mężczyzna wyprowadza
się i ląduje w działkowej altance. Utrzymuje się ze zbierania złomu. Nie
interesuje się rodziną. Dzisiaj nikt nie wie, czy mężczyzna jeszcze
żyje.
Dom, w którym wychowywała się Katarzyna Plichta.
Matka Kaśki, jak potem zezna, w gospodarstwie rolnym o powierzchni 1,69
hektara uprawia włoszczyznę - marchew, pietruszkę, seler i por. Warzywa
sprzedaje później w gdańskiej Hali Targowej.
Studniówka Katarzyny i Marcina. Autor zdjęcia nieznany. Fotografia
pochodzi z prywatnego archiwum Patryka Bogumiła.
Czy Katarzyna marzy o ucieczce z takiego domu? Śni o lepszym życiu? Na
pewno.
Idzie, tak jak Marcin, do technikum ekonomicznego. W szkole niczym się
nie wyróżnia. Cicha, zamknięta w sobie, wycofana - mówią niektórzy.
- Kasia bardzo często wagarowała, rzadko bywała w szkole, nie miała
kontaktu z nikim - opowiada kolega Patryk. - Była przeciętnym uczniem,
takim średniakiem. Miało się odczucie, że kłamie na każdym kroku. Nigdy
się przedtem z czymś takim nie spotkałem, że człowiek ma wrażenie, że
ktoś cały czas kłamie. Fałszywa bardzo. Szukała korzyści dookoła i tyle.
- Wbrew pozorom nie była szarą myszką - doda wychowawczyni, polonistka.
- Drobna, niewysoka, ale to dziewczyna, która lubi błyszczeć i chce mieć
w życiu dużo do powiedzenia. Marcina bardzo lubiłam, zmartwiłam się, gdy
usłyszałam, że zostali małżeństwem. Bałam się, że będzie miała na niego
zły wpływ1.
W szkole średniej drogi Marcina i Kaśki się nie schodzą. Oficjalnie los
je połączy dopiero za kilka lat. Chociaż...
- A właśnie, czy on już wtedy nie miał z nią firmy? - zastanawia się
Patryk. - Coś takiego mi się przypomina, że oni się spotykali. Kontakt
między nimi był pod koniec szkoły, w piątej klasie. Chyba mówili, że ze
sobą współpracują.
Jednak nikt tego nie potwierdza. Koledzy mają natomiast pamiątkowe
zdjęcie ze studniówki - Marcina otaczają dziewczyny, a Kasia trzyma w ręku... banknoty.
To bardzo symboliczne zdjęcie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
R. Daszczyński, Pani Amber Gold. Utracona cześć Katarzyny P., "Gazeta Wyborcza", 20.10.2012, https://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,12706014,pani-amber-gold-utracona-czesc-katarzyny-p.html?disableRedirects=true, dostęp 8.12.2021. [wróć]
Zob. Nieznane akta twórcy Amber Gold, Superwizjer, TVN, odcinek 977, https://player.pl/programy-online/superwizjer-odcinki,337/odcinek-977,S02E977,18183, dostęp 8.12.2021. [wróć]
https://www.pomoc2002.pl/, dostęp 8.12.2021. [wróć]
Tamże. [wróć]
Po prostu. Program Tomasza Sekielskiego, TVP, 22.01.2013, https://vod.tvp.pl/video/po-prostu-program-tomasza-sekielskiego,22012013,9638079, dostęp 8.12.2021. [wróć]
Jeśli nie podano inaczej, wszystkie przywołane wypowiedzi i cytowane dokumenty pochodzą z akt śledztw, akt sądowych i raportu i protokołów komisji - wykaz tych źródeł zamieszczono na końcu książki. [wróć]
Komisja śledcza. Ostra wymiana zdań pomiędzy politykami PO i PiS, PAP, "Gazeta Prawna", 4.07.2017, www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/1055533,komisja-sledcza-ostra-wymiana-zdan-pomiedzy-politykami-po-i-pis.html,komisja-sledcza-ostra-wymiana-zdan-pomiedzy-politykami-po-i-pis.html,komentarze-najnowsze,1, dostęp 12.01.2022. [wróć]
www.pomoc2002.pl, dz. cyt., dostęp 8.12.2021. [wróć]
Cyt. za: M. Chrzan, M. Jamroż, Była wspólniczka o Plichcie: Marzył, by zostać prezydentem Gdańska, "Gazeta Wyborcza", 10.08.2012, https://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,12291875,byla-wspolniczka-o-plichcie-marzyl-by-zostac-prezydentem-gdanska.html?disableRedirects=true, dostęp 9.12.2021. [wróć]
K. Katka, Księgowy parabanków z Krzyżem Odrodzenia Polski. "Świadczę usługi różnym klientom", "Gazeta Wyborcza", 12.07.2014. [wróć]
M. Chrzan, M. Jamroż, Była wspólniczka o Plichcie: Marzył, by zostać prezydentem Gdańska, "Gazeta Wyborcza", 10.08.2012, www.trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,12291875,byla-wspolniczka-o-plichcie-marzyl-by-zostac-prezydentem-gdanska.html, dostęp 14.01.2022. [wróć]
Cyt. za: M. Chrzan, M. Jamroż, Była wspólniczka o Plichcie: Marzył, by zostać prezydentem Gdańska, dz. cyt. [wróć]
Tamże. [wróć]
Imię zmienione. [wróć]
Nieznane akta twórcy Amber Gold, Superwizjer, TVN, odcinek 977, dz. cyt. [wróć]
Strona internetowa nowicjatu chrystusowców, https://nowicjat.chrystusowcy.pl/archiwum/czas/index.html, dostęp 11.12.2021. [wróć]
Nieznane akta twórcy Amber Gold, Superwizjer, TVN, odcinek 977, dz. cyt.. [wróć]
Współpracowałam z Marcinem P. Potem zorientowałam się, że on oszukuje ludzi, gazeta.pl, 27.08.2012, https://wiadomosci.gazeta.pl/ wiadomosci/7,130438,12359130,wspolpracowalam-z-marcinem-p-potem-zorientowalam-sie-ze-on.html, dostęp 11.12.2021. [wróć]
Ta i kolejne cytowane w tym rozdziale wypowiedzi pochodzą z programu Nieznane akta twórcy Amber Gold, Superwizjer, TVN, odcinek 977, dz. cyt., lub z akt sprawy. [wróć]
Tamże. [wróć]
HOMOTERAPIA
- Przez to, że on był tak oddalony od pozostałych chłopaków z klasy,
były takie podejrzenia, że może jest gejem - wspomina Patryk Bogumił. -
Miał taki, można powiedzieć, styl wypowiadania się, zachowania, który
mógłby wskazywać, że ma inną orientację. Mało męski był, może tak.
W 2002 roku Stefański zgłasza się do nowo powstałego katolickiego
Stowarzyszenia Pomoc 20022. Ma wtedy 18 lat.
Stowarzyszenie oferuje wsparcie dla osób z uzależnieniami seksualnymi.
Ratunek znajdują w nim osoby odrzucone przez rodzinę, wykluczone ze
społeczeństwa, doświadczające samotności i pustki, które kierują "swe
wybory życiowe ku rozwiązaniom błędnym (...), takim jak narkotyki,
alkohol, pornografia czy seks"3.
Na stronie internetowej stowarzyszenie publikuje listy od młodych
mężczyzn. Piszą w nich, że są uzależnieni od seksu i pornografii. Inni,
że kochają mężczyzn, ale chcą to zmienić. Pragną być "normalni".
Grzegorz, lat 26: "Chciałbym mieć rodzinę, żonę, dzieci, ale jak to
teraz odwrócić ? Proszę, poradźcie mi coś". Maciek z Gliwic: "Nie mam
dziewczyny, wszystkie moje klęski upatruję w onanizmie. Czy moglibyście
mi Państwo pomóc?". Roman z kolei alarmuje: "Cześć! Mam 19 lat. Jestem
studentem Politechniki I roku. Pragnę wyjść z nałogu masturbacji. Ale
sam nie potrafię. Jestem w tym bagnie od kilku lat"4.
Aby się leczyć z dewiacji, młodzi mężczyźni przybywają do Radomia, do
prywatnego mieszkania obecnie 64-letniego Mirosława Chmury, zwanego
przez współbraci Pawłem. Rozmawiają tu o swoich doświadczeniach, modlą
się, chodzą do kościoła. Ale też, jak ustalą w 2013 roku reporterzy
programu Po prostu Tomasza Sekielskiego, terapia polega na dotykaniu
się i przytulaniu z innymi mężczyznami oraz spędzaniu nocy z założycielem grupy. Czasami niezbędne jest rozebranie się do naga, aby
brat Paweł mógł sprawdzić, czy problemy mężczyzny nie wynikają
przypadkiem z tego, że ma małego penisa5.
- Kiedy pierwszy raz skontaktował się świadek z radomskim
Stowarzyszeniem Pomoc 2002? - wiele lat później zapytają Marcina
posłowie komisji śledczej do wyjaśnienia sprawy Amber Gold6.
- Ja nie wiem, żebym w ogóle z kimś takim się kontaktował. Nie
przypominam sobie, żebym się z kimś takim kontaktował - odpowie
mężczyzna.
- To ciekawe, bo dysponujemy korespondencją świadka, zabezpieczoną przez
policję z komunikatora Gadu-Gadu. Z jednym z księży wymienia pan
informacje na temat dokonywania przelewów na to stowarzyszenie.
- Ale ja mówię, ja nie pamiętam - będzie się upierał Marcin.
Po nagłośnieniu sprawy Stowarzyszenie Pomoc 2002 opublikuje
oświadczenie: "Pragnę wyjaśnić, że nigdy nie mieliśmy nic wspólnego z panem Marcinem P., nie otrzymywaliśmy żadnych pieniędzy ani od niego
personalnie, ani od jego firmy, a pan Marcin P. nigdy nie zwracał się do
nas o jakąkolwiek pomoc"7.
Jednak w aktach sprawy Amber Gold znajduję potwierdzenie przelewu
dokonanego przez Marcina na konto Stowarzyszenia.
W 2006 roku w obchodach czwartych urodzin Stowarzyszenia Pomoc 2002
uczestniczy ówczesny wiceprzewodniczący komisji do wyjaśnienia sprawy
Amber Gold, Marek Suski, poseł PiS z okręgu radomskiego. Na dwóch
zdjęciach pochodzących ze strony Stowarzyszenia Suski przemawia do
zgromadzonych na imprezie gości. Podpis pod zdjęciami brzmi:
"W czasie dzisiejszego jubileuszu gościliśmy przedstawicieli parlamentu,
świata biznesu, duchownych różnych wyznań chrześcijańskich,
przedstawicieli fundacji oraz stowarzyszeń, a także dziennikarzy i osoby
zaprzyjaźnione ze Stowarzyszeniem Pomoc 2002. W trakcie uroczystości
zostały wręczone dyplomy uznania za wkład finansowy i merytoryczny w rozwój Stowarzyszenia. Spotkanie zakończyło się symboliczną lampką
szampana i tortem urodzinowym"8.
DR JEKYLL AND MR HYDE
- Zakochany tylko w pieniądzach i splendorze, bez uczuć - wspomina
Marcina Ewa M., jego wspólniczka. - Z emocji korzysta, by manipulować
innymi. Z dużymi ambicjami. Raz przyznał mi się, że chciałby kiedyś być
prezydentem Gdańska9.
W 2002 roku osiemnastolatek Marcin Stefański zakłada swoją pierwszą
firmę: Gdańską Kompanię Handlową przy ulicy Rzeźnickiej 54/56 w Gdańsku.
Później będą tu miały siedzibę Pierwszy Urząd Skarbowy oraz Wydawnictwo
Archidiecezji Gdańskiej "Stella Maris".
Spółkę prowadzi tylko kilka miesięcy. Pod tą samą nazwą - Gdańska
Kompania Handlowa - otworzy ją ponownie cztery lata później w starym
biurowcu w gdańskim Brzeźnie pod adresem Czarny Dwór 4b, na działce
należącej do NSZZ "Solidarność".
Co ciekawe, 23 lipca 2002 roku dosłownie w baraku obok, przy ulicy
Czarny Dwór 8, zarejestrowana zostanie inna firma - Polska Korporacja
Finansowa "Skarbiec" z kapitałem zakładowym 50 tysięcy złotych. Założą
ją dwaj młodzi mężczyźni - mieszkający wówczas w bloku z wielkiej płyty
na gdańskiej Oruni 25-letni Rafał G. i 32-letni Tomasz R.
Szesnaście lat później Prokuratura Regionalna w Gdańsku oskarży obu
prezesów "Skarbca", że oszukali ponad 73 tysiące osób na kwotę 181
milionów złotych. Będzie to druga po Amber Gold afera finansowa w Polsce.
Działka przy ulicy Czarny Dwór 2-8 to w ogóle ciekawa sprawa. Gdy
docieram tam w 2020 roku, jest to teren budowy. Baraki, w których
funkcjonowały Gdańska Kompania Handlowa i Polska Korporacja Finansowa
"Skarbiec", są niemal zrównane z ziemią. Teren ochrania strażnik. Mówi,
że kiedyś w hotelu Dal, którego ruiny stoją obok rozpadających się
budynków, odbywał spotkania wyborcze Marian Krzaklewski. Później NZSS
"Solidarność" powołało spółkę Dekom, dziś sprzedającą cenne tereny
deweloperom. Wkrótce mają tu powstać wysokie, 40-metrowe bloki.
Inwestycję tę będzie realizowała spółka Sea Park, którą tworzy między
innymi firma INTUO należąca do Wojciecha Jaworskiego "Jaworka", o którym
będzie jeszcze mowa.
Związków trójmiejskich parabanków z opozycją demokratyczną jest więcej -
w radzie nadzorczej "Skarbca", przemianowanego później na "Pomocną
Pożyczkę" i "Pożyczkę Gotówkową" działa Ludwik K., księgowy z Gdańska.
Według Encyklopedii
Solidarności
to urodzony w Starogardzie Gdańskim działacz Związku Harcerstwa
Polskiego i Niezależnego Zrzeszenia Studentów, kolporter ulotek i podziemnych pism, w 2008 roku odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu
Odrodzenia Polski. Współpracował z Ruchem Młodej Polski, a w latach
1988-1989 rozpracowywał go WUSW w Gdańsku.
W wolnej Polsce K. zajmuje się organizacją parabanków - oprócz
działalności w "Pomocnej Pożyczce" pomaga założyć Baltic Money i Naszą
Kasę. Pierwsza spółka zostanie zarejestrowana w sierpniu 2011 roku przy
ulicy Grunwaldzkiej 609 D w Gdańsku. K. będzie w niej reprezentował
większościowego udziałowca - spółkę Dil Nieruchomości, która ma siedzibę
w jego biurze. Z kolei w Naszej Kasie, zarejestrowanej tego samego dnia
co Baltic Money i pod tym samym adresem, będzie udziałowcem i prezesem
zarządu.
- Jestem księgowym, świadczę usługi różnym klientom, a na przykład dla
Pomocnej Pożyczki pracuje wielu znanych adwokatów oraz chociażby
informatyków - wytłumaczy K. mediom10.
W 2017 roku do Sądu Okręgowego w Gdańsku trafi akt oskarżenia przeciwko
11 osobom, w tym Ludwikowi K. Prokuratura zarzuci im, że oszukali prawie
tysiąc osób na kwotę przekraczającą milion złotych. Proces jest w toku.
Po likwidacji swej pierwszej firmy obrotny nastolatek Marcin Stefański
rozgląda się za nowym biznesem. Pewnego dnia przychodzi do biura
ubezpieczeniowego Commercial Union, w którym pracują Dorota C. i Ewa M.
Chce zamknąć swoją polisę na życie. Dorota C., która jest jego agentem
ubezpieczeniowym, wie, że Marcin właśnie zlikwidował działalność
gospodarczą.
Od słowa do słowa nastolatek z paniami w średnim wieku umawiają się, że
założą razem firmę. Ma to być spółka handlowa zajmująca się sprzedażą
papieru i artykułów biurowych.
Ewa M., z wykształcenia technik hodowca, to matka dwóch synów w wieku 16
i 19 lat.
- Nie miał nic - opowie później prasie. - Moja koleżanka pożyczyła mu 15
tysięcy złotych na udziały w spółce11.
Zatrudniają daleką krewną Ewy, czterdziestoletnią Iwonę P. Ta ostatnia
pracowała wcześniej, podobnie jak jej mąż Piotr, jako agentka w Optimie
- udzielającej pożyczek chwilówek firmie należącej do amerykańskiej
grupy Dollar Financial Group. Spółka działa na polskim rynku do dziś,
jest konkurencją dla Providenta.
Trzy dni przed dziewiętnastymi urodzinami Marcina, w lipcu 2003 roku,
powstaje Grupa Finansowo-Handlowa Nova - Dorota C. ostatecznie się
wycofuje, Ewa M. zostaje prezesem spółki, a nastolatek dyrektorem
finansowym i członkiem zarządu.
Teoretycznie każde z nich obejmuje w firmie 50 udziałów po 25 tysięcy
złotych. Dokładnie tak samo, jak we wspomnianej już, powstałej rok
wcześniej Polskiej Korporacji Finansowej "Skarbiec". Później Stefański
wyzna przed prokuratorem, że kapitał zakładowy w wysokości 50 tysięcy
złotych nigdy nie został przez nich wpłacony.
Siedziba firmy mieści się w biurze na terenie Stoczni Gdańskiej, przy
ulicy Doki 1. Budynkami tymi zarządza spółka Synergia 99. Według
późniejszych wyjaśnień Marcina Stefańskiego w założeniu Novej pomaga
znany gdański prawnik dr Jerzy Solański. "Jego rola sprowadzała się do
umówienia z notariuszem, wypełnienia i złożenia dokumentacji oraz do
zatwierdzenia zarządu" - opowie nastolatek.
Na początku firma zatrudnia dwie osoby w charakterze przedstawicieli
handlowych, którzy sprzedają papier do kserokopiarek i inne artykuły
biurowe. Ale, jak głosi legenda, po kilku miesiącach Marcin czyta
artykuł o spółce z Warszawy, która prowadzi punkty przyjmowania opłat.
Dzwoni do firmy, udając, że jest zainteresowany zostaniem ich agentem.
"Oni podali mi, jak to działało. Następnie opowiedziałem to Ewie M. i doszliśmy do wniosku, że moglibyśmy stworzyć podobne punkty na terenie
województwa pomorskiego" - zezna później.
Spółka Nova zaczyna prowadzić Multikasy. Pomysł na biznes jest prosty. W okienkach firmy za drobną opłatą, niższą niż na poczcie czy w banku,
można opłacić rachunki za prąd, gaz i telefon. Emeryci i renciści
chętnie z usługi korzystają, tym bardziej że mają dodatkową zniżkę.
Oddają Marcinowi z trudem uskładane pieniądze.
I, jak w każdym dobrze wymyślonym oszustwie, na początku wszystko hula
aż miło. Iwona P. zakłada punkty Multikasy w całym kraju, klientów
przybywa. Jedna z pierwszych filii w Pelplinie ma numer 17.
"Numery oddziałów były nadawane w sposób nieuporządkowany, miało to na
celu stworzenie obrazu wielkości firmy" - opowie potem prokuratorowi
Marcin.
Stefański wylicza, że aby spółka była rentowna, wystarczy otworzyć
dziesięć kas, z których każda przyjmie czterdzieści wpłat dziennie. Po
odliczeniu prowizji dla agentów (50 groszy od wpłaty) i kosztu
zatrudnienia pracowników miesięczny zysk ma wynieść około 8 tysięcy
złotych.
Jest to mało prawdopodobne. Z pobieżnych wyliczeń wynika, że byłby to
raczej przychód firmy, z którego trzeba jeszcze odjąć koszty utrzymania
siedziby, wynagrodzenia dla księgowego i zarządu, podatki itd. Jak
widać, biznesplan młodego geniusza ekonomicznego jest mocno kulawy, ale
być może nikt nie zamierza go realizować.
Tymczasem nieświadomi niczego klienci ufnie powierzają mu swoje
pieniądze. Pierwsze wpłaty następują 18 sierpnia 2003 roku, co jest
dziwne, zważywszy, że firma zostanie oficjalnie zarejestrowana dopiero
prawie miesiąc później. Matka Marcina, Barbara, zostaje zatrudniona w Novej jako kierownik obsługi klienta.
Codziennie każdy agent przelewa od dwóch do pięciu tysięcy złotych na
prywatne konto Marcina. Za te pieniądze dziewiętnastoletni dyrektor
finansowy powinien opłacać rachunki swoich klientów, ale razem z czterdziestoletnią panią prezes mają lepszy pomysł. Ewa M. kupuje z otrzymanych wpłat meble kuchenne, leasinguje dwa samochody peugeot
koloru granatowego, nabywa działkę w Staszynie, na której planuje
budować dom, udziela pożyczek znajomym i spłaca własne długi. Poza tym
wyjeżdża z konkubentem do hotelu Gołębiewski w Mikołajkach, a na każdy
wyjazd pobiera z kasy około 500 złotych.
Z kolei Marcin z pieniędzy klientów płaci za zakupy w supermarketach i posiłki w restauracjach, ponadto wypłaca sobie gotówkę. Sponsoruje też
kurs prawa jazdy dla syna pani prezes. Od czasu do czasu opłaca te
rachunki klientów, które są najdłużej po terminie.
Potem przyzna, iż był w pełni świadomy, że jest to nieuczciwe i że
oszukuje ludzi, przeznaczając pieniądze na inne cele, niż zostały
wpłacone przez klientów.
Firma się rozrasta, Iwona P. tworzy kolejne punkty Multikasy, które
przelewają Marcinowi coraz więcej pieniędzy. Łącznie na terenie Pomorza
powstanie ich 22 i wpłacą nastolatkowi ponad 888 tysięcy złotych.
Wtedy założyciele Multikasy wpadają na nowy pomysł: "Któregoś dnia,
dokładnie nie wiem, pani Ewa M. przyjechała do biura spółki i powiedziała mi, że zaczniemy udzielać pożyczek krótkoterminowych,
spłacanych tygodniowo. Mecenas S., do którego poszliśmy, powiedział, że
nie są to pożyczki udzielane na skalę masową i nie jest potrzebne
zezwolenie".
Mecenas S. to znów dr Jerzy Solański, radca prawny z Gdańska, który -
według wyjaśnień Marcina - zostaje pełnomocnikiem spółki.
Marcin ma nosa lub nosa ma ten, kto prowadzi za nos Marcina. W 2003 roku
dla firm pożyczkowych w Polsce jest prawdziwe eldorado. Nie są objęte
kontrolą Komisji Nadzoru Finansowego, nikt ich nie sprawdza, niemal nie
ma przepisów regulujących ich działalność. Bywa, że rzeczywista stopa
oprocentowania pożyczki wynosi kilka tysięcy procent w skali roku.
Marcin, Ewa i Iwona zaczynają jednak skromnie - ich chwilówki są "tylko"
na 70 procent. Oczywiście nie mają własnego kapitału, więc pożyczek
udzielają z pieniędzy wpłacanych przez klientów Multikasy.
- Pieniądze wskazane w zarzucie nie zostały przekazane wierzycielom,
ponieważ firma zaczęła udzielać krótkoterminowych pożyczek - z rozbrajającą szczerością wyzna potem Marcin.
Po kilku miesiącach pierwsi klienci Multikasy dostają wezwania do
zapłaty. Jest na nich napisane jak byk, że nie opłacili rachunków. Jak
to nie opłacili?! Do niektórych przychodzą pracownicy zakładu
energetycznego i chcą im odcinać prąd. Niektórym grozi eksmisja.
Wściekli ludzie zaczynają szturmować okienka kasowe ajentów firmy.
Prezes Ewa M. nerwowo tłumaczy, że wszystko to wina banku, który opóźnia
przelewy. Ale cierpliwość ludzi się wyczerpuje.
Na początku marca 2004 roku ponad czterdziestu klientów maszeruje do
prokuratur w Starogardzie Gdańskim, Tczewie, Olsztynie i Malborku, żeby
zawiadomić, że spółka Nova prowadząca punkty opłat ich oszukała.
Prokuratura wydaje postanowienie o zatrzymaniu dokumentów firmy,
siedziba zostaje przeszukana, a dokumentacja zabezpieczona. Marcin
przysyła do Novej pismo, w którym rezygnuje z funkcji członka zarządu.
Iwona P. też składa wypowiedzenie. Ewa M. zdaje sobie sprawę, że została
na lodzie, idzie do prokuratury i składa zawiadomienie "o popełnieniu
malwersacji finansowej" przez Marcina i Iwonę P.
- Za kasę odpowiadał Marcin, bo tylko on miał kody do autoryzacji
przelewów - stwierdzi potem. - Stąd wzięły się kłopoty: pieniądze nie
trafiały tam, gdzie trzeba, tylko na jakieś inne konta12.
Wyparowały 174 tysiące złotych. Poszkodowanych jest 300 osób.
Ewa M. idzie do pracy w pralni, żeby mieć pieniądze na życie i leki
antydepresyjne. Komornik zajmuje jej część pensji. Wkrótce zostaje
zatrzymana i trafia do aresztu w Malborku. Oskarżeni zostają wszyscy
troje - Marcin, Iwona i Ewa.
- Sama straciłam przez niego zdrowie, nerwy, mam zmiany nowotworowe -
będzie się potem żalić Ewa M. - I nie mam zaufania do ludzi13.
Z kolei Marcin twierdzi, że odszedł z firmy, bo prezes Ewa się nad nim
znęcała.
"Jednocześnie od dnia 1 marca 2004 roku nie ponoszę odpowiedzialności za
żadne decyzje, które zostały podjęte w spółce, gdyż przebywałem za
granicą, a dokładnie w Niemczech, i fizycznie nie mogłem decydować o losach spółki" - napisze Stefański w oświadczeniu.
Niby przebywa w Niemczech, ale 9 marca 2004 roku zakłada w Polsce z Iwoną P. i jej znajomymi, również pracownikami Optimy, firmę Helios z siedzibą w Tczewie, która ma zajmować się udzielaniem pożyczek. I znów,
kapitał spółki to 50 tysięcy złotych, a na stanowisku kierownika obsługi
klienta ponownie zostaje zatrudniona matka Marcina, Barbara.
GANG ZE STOGÓW
W tym samym czasie, wiosną 2004 roku, Nova pośredniczy w sprzedaży 50
tysięcy litrów oleju napędowego. Pośredniczy fikcyjnie, bo w rzeczywistości chodzi o wprowadzenie kradzionego paliwa do legalnego
obrotu i odliczenia podatkowe.
W ciągu trzech dni, od 1 do 3 kwietnia spółka kupuje paliwo za 132
tysiące złotych i od razu je sprzedaje za 132 980 złotych. Jak widać, na
transakcji zarabia niecały tysiąc złotych.
Faktury wystawia Firma Handlowo-Usługowa "Bartek", której właścicielem
jest poszukiwany wówczas przez policję Dariusz Z. z Gdańska. Widnieje na
nich podpis Ewy M., chociaż będzie ona potem twierdzić, że dokumenty
podrzucił jej Marcin. Ten zaś powie policjantom:
- Pani Ewa M. jest powiązana z aferą paliwową. Fałszowała faktury VAT
dotyczące paliwa.
Od Novej paliwo kupuje hurtownia w Brzezinach pod Łodzią.
Grupa Finansowo-Handlowa Nova prawdopodobnie jest jedną z firm, przez
które wprowadza paliwo do obrotu tzw. gang ze Stogów Jarosława K.
"Koli". Do biznesu wprowadził go szwagier, Jan Przywara "Tygrys", po
śmierci Nikodema Skotarczaka "Nikosia" uważany za bossa trójmiejskiego
półświatka.
Stogi to wówczas najbardziej zaniedbana dzielnica Gdańska. Przez jej
środek przechodzi rurociąg, którym z portu płynie ropa do Rafinerii
Gdańskiej. Odcinek ma 12 kilometrów i biegnie środkiem lasu. Gang
Jarosława K. "Koli" robi w rurociągu odwierty i kradnie paliwo na masową
skalę, a następnie wprowadza je do obiegu. Część sprzedaje
zaprzyjaźnionym stacjom benzynowym, a resztę do hurtowni. Jednak aby
sprzedać towar wart miliony złotych, trzeba go wcześniej zalegalizować.
Do tego właśnie służy łańcuszek firm, które fikcyjnie kupują i sprzedają
paliwo, aby później "z papierami" trafiło na rynek.
Grupa "Koli" handluje też narkotykami: wprowadza na rynek hurtowe ilości
amfetaminy, kokainy, marihuany i haszyszu. Ma swoich ludzi w niemal
wszystkich klubach nocnych i agencjach towarzyskich. Narkotyki
eksportuje nawet do krajów skandynawskich. Jarosław K. zarabia miliony i pod koniec poprzedniego wieku wyrasta na herszta jednej z najgroźniejszych grup przestępczych w Trójmieście.
Wpada na początku 2003 roku w Toruniu, gdy próbuje sprzedać amfetaminę o wartości 170 tysięcy złotych. Kolejny raz zostaje zatrzymany wraz z siedemnastoosobowym gangiem dwa lata później. Śledztwo wówczas prowadzi
Ryszard Paszkiewicz, zastępca prokuratora okręgowego w Gdańsku. W 2010
roku "Kola" zostanie skazany na 14 lat więzienia za działalność w zorganizowanej grupie przestępczej i pranie brudnych pieniędzy.
MARCIN IDZIE NA KSIĘDZA
W maju 2004 roku kwitną kasztany, a Marcin, jakby nigdy nic, przystępuje
do matury.
Często się modli. Czasem o dziewiątej wieczorem siada przed komputerem,
aby na czacie czat.opoka.org.pl poprowadzić różaniec. Jeździ na
rekolekcje do Poznania. Wpłaca przelewem 30 złotych na wypominki i dwie
msze święte w parafii w Starogardzie Gdańskim oraz 50 złotych na
Towarzystwo Chrystusowe z Malborka.
- W czwartej albo w piątej klasie oficjalnie powiedział, że myślał o tym, żeby pójść na księdza - opowiada kolega Patryk.
9 czerwca kończy naukę i może się tytułować technikiem ekonomistą o specjalności finanse i rachunkowość. Po uroczystym zakończeniu roku
wraca do domu i pisze życiorys:
"Od dwóch lat prowadzę także życie zawodowe, w którym także w pewien
sposób już się spełniłem. (...) Moja wiedza z zakresu ekonomii i finansów doskonale się sprawdza w kontaktach z bankami. Już w czasie
szkoły średniej wszyscy twierdzili, że jestem bardzo dobrym
organizatorem".
Kontynuuje biznesy z Iwoną P.
- Był częstym gościem u pani Iwony - opowiada pani Beata, jej
koleżanka14. - Raz przyjechał, to najpierw go przedstawiła
jako swojego dalekiego kuzyna, a później się okazało, że to nie jest jej
kuzyn, tylko jakiś znajomy.
Kobieta otwiera sklep w Kokoszkowych, wsi pod Starogardem Gdańskim,
gdzie mieszka.
- Pani Iwona miała różne pomysły. Jej zawsze było mało kasy i zawsze
kombinowała, jak tu zarobić - dodaje Beata.
Przez chwilę w sklepie Iwony P. pracuje pani Ola. Pytam ją, jak to się
stało, że czterdziestoletnia mężatka, matka dwójki, dzieci zaczęła robić
interesy z dziewiętnastolatkiem.
- Marcin miał kasę, a pani Iwona była chciwa na kasę - odpowiada.
- Skąd dziewiętnastoletni chłopak miał kasę? - dziwię się.
- Niby babcia dała mu milion złotych na rozruch interesów. Teraz wydaje
mi się, że coś było nie tak. Miał jakieś pieniądze, ale na pewno nie
taką kwotę, o jakiej mówił.
Marcin opowiada wszystkim, że dostał spadek po dziadkach ze strony ojca.
Z pewnością to kolejna legenda, bo matka Zbigniewa żyje do dziś i nie
należy do osób zamożnych.
- Teraz myślę, że ktoś jeszcze maczał w tym palce, podsuwał im pomysły -
dodaje współpracownica Beata.
- Ale kto? - pytam.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. Ale nie sądzę, żeby on mógł to sam zrobić.
On musiał mieć jakichś wspólników. Iwona P. i Marcin nie rozmawiali przy
mnie, czy z kimś się kontaktują, skąd Marcin ma pieniądze. Zawsze była
mowa o babci.
Pod koniec czerwca, niezrażony toczącym się przeciwko niemu śledztwem w sprawie Multikas, Marcin wymyśla kolejną firmę - Spółdzielnię Pracy
Sampi. Można powiedzieć, że to biznes rodzinny, bo rejestruje go ojciec
Marcina, Zbigniew, matka Barbara zostaje prezesem, a Marcin obwołuje się
jej zastępcą.
- Ojciec Stefańskiego z tymi firmami nie miał nic wspólnego - twierdzi
Beata. - On był przerażony, jak się dowiedział. Marcin wszystko robił za
plecami rodziców.
- Mama była prezesem firmy i też nie wiedziała, co się dzieje?
- Nie.
Trudno w to uwierzyć. Zwłaszcza że siedziba spółdzielni początkowo
mieści się w prywatnym mieszkaniu Stefańskich przy ulicy Cebertowicza w Gdańsku. Potem Zbigniew Stefański wynajmuje za 100 złotych miesięcznie
pokój w baraku Wojewódzkiego Związku Rolników Kółek i Organizacji
Rolniczych na osiedlu Na Stoku 53/55.
W skład rady nadzorczej spółdzielni Sampi wchodzą: mąż Iwony P. - Piotr,
Bożena R. i Aleksandra B.
Pani Ola dowie się o tym po latach, gdy zostanie wezwana do prokuratury.
Wtedy okaże się, że przy rejestracji spółdzielni Marcin wykorzystał jej
dane, które podała, gdy pracowała w sklepie spożywczym. W dodatku Marcin
podrobił jej podpis.
- Była wzięta pożyczka od pani Ewy M. i Marcina Stefańskiego na moje
dane - opowiada pani Ola. - Nie spłacałam tego, bo w ogóle nic nie
wiedziałam. Ewa M. przyjechała do mnie do domu i pobiła mnie.
Powiedziała, że mam spłacić całą pożyczkę.
Jak się okaże, Marcin wykorzystał dane i podrobił podpisy również Bożeny
i Marka R. oraz czterech członków rodziny Kłosów ze Skórcza. Niczego
nieświadome osoby były spółdzielcami w Sampi.
W lipcu 2004 roku Stefański zaczyna się rozglądać za kryjówką.
- Powiedział, że wyjeżdża, nie było wiadomo gdzie - opowiada jego kolega
z podwórka. - Zniknął na dłuższy czas. I wtedy chyba było to seminarium.
Stefański jedzie do Poznania na rozmowę z przedstawicielem zakonu w Seminarium Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. W złożonym wtedy życiorysie pisze:
"Mam dopiero 20 lat, ale poznałem już trochę dorosłego życia, wiem, że
nie zawsze jest ono cudowne i usłane różami, bardzo często napotykamy w nim na wiele trudności, które dzięki modlitwie łatwiej jest nam
przezwyciężyć. Lubię podróżować, odwiedziłem już m.in. Włochy, Słowację,
Czechy, Niemcy. Moimi zainteresowaniami są różne przemiany gospodarcze,
jakie zachodzą w Polsce, oraz podróże i życie Ojca Świętego Jana Pawła
II".
Do życiorysu dołącza opinię od proboszcza ze swojej parafii. Musi złożyć
też zaświadczenie o niekaralności, potwierdzenie o braku wpisu do
rejestru dłużników i oświadczenie o posiadanych zobowiązaniach
finansowych.
Zostaje przyjęty.
- To było dla nas zaskoczenie, przyjechał gościu, który miał dwa
telefony przy sobie, piecząteczki, pisma jakieś i tak dalej - opowie
jego kolega z seminarium. - W kartoniku zapakowane dokumenty. I już mi
to śmierdziało trochę15.
W pięknym starym dworku otoczonym czterohektarowym parkiem razem z kilkunastoma innymi młodymi mężczyznami na początku sierpnia rozpoczyna
nowicjat.
Jak wygląda jego dzień w zakonie?
O 6.00 rano budzi go dzwon, Vox Dei. Uruchamia go lektor, który przez
cały tydzień prowadzi modlitwy w kaplicy i refektarzu. Pół godziny
później Marcin razem z innymi nowicjuszami gromadzi się w kaplicy na
modlitwach porannych połączonych z medytacją nad Ewangelią. Po
Eucharystii w ciszy schodzi do refektarza, gdzie je posiłek. Po
śniadaniu zabiera się do pracy. Zmywa naczynia, zamiata podłogi, sprząta
łazienki i kaplicę.
O 9.30 ponownie zbiera się z innymi w kaplicy, aby przez pół godziny w ciszy i skupieniu studiować Pismo Święte. Potem słucha wykładów o życiu
zakonnym i duchowości oraz uczestniczy w zajęciach z muzyki, na których
uczy się pieśni liturgicznych.
W południe dzwon oznajmia, że czas na kolejne modlitwy. Po nich
nowicjusz Marcin schodzi do refektarza na obiad.
Po posiłku wraca do pracy - tym razem w terenie. Uprawia ogród warzywny,
sad owocowy i pomidory pod folią. Razem z innymi porządkuje trawniki,
stawy i zagrodę z gęśmi, kurami i kaczkami. Około 16.00 kończy pracę i wreszcie może oddać się przyjemnościom - gra w piłkę, idzie na siłownię
albo na spotkanie w refektarzu przy kawie lub herbacie.
O 17.00 znowu udaje się do kaplicy na "czytanie duchowne". Po
konsultacji z ojcem duchownym wybiera lekturę, która przybliża tajniki
wiary i modlitwy, pomaga odkryć to, co każdy z nas ma gdzieś głęboko
ukryte w swoim sercu i co rozwija naszą osobistą relację z Panem
Bogiem"16.
Potem przez pół godziny wspólnie z innymi odmawia Różaniec. Następnie
kolacja w refektarzu i jeszcze Koronka do Miłosierdzia Bożego w oczekiwaniu, aż kolejny raz zadzwoni dzwon. Wtedy rozpoczyna się apel i modlitwy wieczorne.
Po modlitwach, aż do śniadania w dniu następnym, w zakonie trwa
silentium sacrum - święta cisza. Gasną wtedy wszystkie światła i nikt
nie może rozmawiać.
I tak codziennie. Marcin wytrzymuje tylko kilka tygodni.
W Mórkowie składa się śluby czystości i ubóstwa. Gdy alumni wychodzą
poza seminarium, dostają po dwadzieścia złotych kieszonkowego na drobne
wydatki. Marcinowi te zasady nie pasują.
- Miał ze sobą karty kredytowe i miał kasę - dodaje kolega nowicjusz. -
Zawsze nas brał na zakupy i mieliśmy "takie zakupy!". Kurtki, płaszcze,
wszystko po kolei, co się dało17.
16 września Marcin zostaje z nowicjatu wyrzucony. Jak twierdzi kolega,
który wyleciał razem z nim, zdaniem władz zakonu chłopak ma
demoralizujący wpływ na kolegów.
KAMUFLAŻ
- On przyjechał jako młody ksiądz. W sutannie, z koloratką, jak młody
wikary - opowiada pani Beata. - Ja już wtedy wiedziałam, że to była
ściema.
- Pani go widziała w tej sutannie? - pytam.
- Tak, oczywiście.
- I mówił, że jest księdzem?
- Tak, że jest młodym księdzem. Chyba dwa dni tak chodził w sutannie.
Beata twierdzi, że Marcin wrócił z nowicjatu dopiero we wrześniu 2005
roku.
- Nie wiem, czy on był faktycznie w tym seminarium tyle czasu - mówi. -
Ale jak przyjechał, to powiedział, że przyjechał z seminarium.
Tak naprawdę był tam od 5 sierpnia do 16 września 2004 roku.
W październiku Marcin pisze list do kolegi z zakonu:
"Powiem Ci, że po drugiej stronie muru - nie ma życzliwości, a o wspólnocie i zaufaniu możesz tylko pomarzyć. Tutaj jest jedna ogromna
walka o stanowisko, tytuł, liczbę przyjaciół (chyba pseudo) i wyścig,
kto będzie miał więcej kasy, kto dalej zajdzie. (...) Widzisz, ja,
zawsze przyzwyczajony do luksusu (niestety), chyba do końca nie
rozumiałem tego wielkiego dzieła, jakim jest powołanie i jego
rozwijanie, dlatego teraz otwarcie i szczerze mogę powiedzieć - dobrze
się stało, że zostałem wyrzucony - otrzymałem czas na ogromne zmiany w moim życiu, na zmianę siebie, na zmianę swojego postępowania i jeśli
będę chciał wrócić na tą ścieżkę, to nie zrobię tego w taki sposób, w jaki zrobiłem to w tym roku".
Marcin zwierza się, że w przyszłym roku zamierza wrócić do Mórkowa.
Obiecuje, że przywiezie kolegom nowe koszule.
Na razie aktywnie działa w Spółdzielni Pracy Sampi.
W lutym 2005 roku, podczas walnego zgromadzenia członków rodzina
Stefańskich usuwa ze spółdzielni wszystkie obce osoby. Ojciec Zbigniew
wchodzi do rady nadzorczej. Zebraniu przewodniczy wiceprezes Marcin,
matka - prezes Barbara - protokołuje.
Sampi działa według tego samego modelu, co Polska Korporacja Finansowa
"Skarbiec" - udziela pożyczek bez poręczycieli. Mogą je dostać nawet
bezrobotni, muszą tylko uiścić opłatę manipulacyjną, około 80 złotych.
Gdy z wpłat uzbiera się odpowiednia kwota, ktoś dostaje pożyczkę.
Pozostali czekają. Niektórzy w nieskończoność.
- Pieniądze nie wpływały, a opłata manipulacyjna już przepadła - mówi
Marlena Sykutera, właścicielka punktu finansowego w Kościerzynie, która
działała jako agent spółdzielni18.
Gdy Marlena Sykutera orientuje się, że firma działa jak piramida
finansowa, zrywa umowę. Namawia dwie klientki, które nie dostały
pożyczki, żeby poszły na policję.
W efekcie sama o mało nie dostaje zarzutów. Na szczęście wszystkie umowy
o pożyczkę są podpisane osobiście przez Marcina i to on pobiera opłaty
manipulacyjne.
ZNOWU STOGI
W grudniu 2004 roku do Marcina zgłasza się 50-letnia Lucyna P., którą,
jak twierdzi, zna z poprzedniego miejsca pracy.
Kobieta wcześniej prowadziła biuro kredytowe w Gdańsku w Domu Technika
NOT. W internecie znajduję też inną założoną przez nią firmę - Usługi
Finansowo-Handlowe Lucyna P.
- Jest ona dobrze znana gdańskiej policji gospodarczej, gdyż
kilkakrotnie była zabierana z banków razem ze swoimi klientami, z powodów prób wyłudzenia kredytów - zezna potem Stefański. - Nigdy nie
doszło jednak do tego, żeby została skazana.
Lucyna wciąga Marcina do współpracy. Za pośrednictwem Marka L.,
kolejnego przestępcy z gdańskich Stogów, dostarcza mu sfałszowane
dokumenty i zaświadczenia o zarobkach służące do wyłudzania kredytów z GE Money Banku.
- Wiem, że on był w więzieniu za kradzieże samochodów - powie potem o Marku Stefański. - L. miał też puste dowody osobiste z fotografiami
różnych osób.
Marek L. skupuje dokumenty od pijaczków i narkomanów, a następnie
zeskanowane dostarcza Marcinowi na płycie CD. Do tego dodaje pakiet
oryginalnych zaświadczeń o zarobkach w ZUS załatwionych przez Teresę M.,
urzędniczkę gdańskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Przykładowy sfałszowany dowód osobisty. Źródło: akta sprawy.
Przekupiona kobieta miała wystawić ponad sto takich dokumentów.
Z kolei Lucyna P. załatwia dowody od bezdomnych mieszkających w domach
opieki społecznej, między innymi w Domu Brata Alberta w Gdańsku.
- W moim komputerze w biurze Na Stoku 55 w Gdańsku w obudowie IBM
powinien znajdować się czysty dowód osobisty - wyzna potem Marcin
śledczym. - On się tam znajduje w celu dokonywania fałszowania dowodów
osobistych.
Do sztancy dowodu Stefański wkleja różne zdjęcia i wpisuje wymyślone
nazwiska. Następnie kseruje pozostałe dokumenty i tworzy z nich pakiety
"kredytobiorców". Do niektórych dołącza przerobioną decyzję emerytalną
swojego ojca - wojskowego.
Wnioski podpisuje jako pośrednik własnym nazwiskiem. Następnie
spreparowane komplety zawozi do biur pośrednictwa kredytowego w różnych
miastach północnej Polski.
Ich pracownicy wysyłają dokumenty do banków. Te już nie weryfikują
danych klientów. Nadesłane wnioski rozpatrują pozytywnie, a pożyczki
przelewają na wskazane konta. Od każdego uzyskanego kredytu Marcin
dostaje prowizję.
Jedną z firm, z którą Marcin współpracuje, jest biuro A'Conto z Kwidzyna. Wszystko idzie dobrze - ale, jak zwykle, do czasu.
Pewnego dnia poczta zwraca biuru kilka wysłanych na adresy rzekomych
klientów kopii umów. Na zwrotkach jest dopisek - "adresat nieznany",
"nie ma takiego numeru bloku" lub wręcz "nie ma takiego adresu". Wówczas
pracownicy A'Conto zaczynają przeglądać inne dokumenty kredytowe
dostarczone przez Marcina. Ze zdumieniem odkrywają, że we wszystkich
umowach znajduje się ta sama przerobiona decyzja dotycząca waloryzacji
świadczeń emerytalnych wojskowych, a na zdjęciach dowodów osobistych
brakuje okrągłej pieczątki.
Napięcie rośnie, gdy do biura w Kwidzynie przyjeżdża Marcin z dwoma
kolejnymi wnioskami kredytowymi. Pracownica widzi, że w dokumentach
znowu jest decyzja o świadczeniach emerytalnych z MON wydana na dwa
kolejne nazwiska, zmieniona jest też wysokość świadczenia. Zdenerwowana
zaczyna przy Marcinie dzwonić na podane w dokumentach telefony. Okazuje
się, że jeden z nich to numer faksu w biurze Marcina na osiedlu Na
Stoku, a drugi nie istnieje.
Marcin tłumaczy, że ktoś mu dostarczył wypełnione dokumenty, a on je
tylko podpisał. Widząc jednak, że nie przynosi to efektu, rzuca:
- Możemy się dogadać... Pozwólcie mi opuścić biuro, zostawię wam mój
dowód osobisty.
Jak ustali później prokuratura, Marcin Stefański wyłudził z gdańskiego
oddziału GE Money Banku kredyty na łączną sumę ponad 67 tysięcy złotych.
Na pytanie, dlaczego wybrał właśnie ten bank, Marcin odpowie, że GE
Money było najłatwiej oszukać.
Współpracownikiem firmy A'Conto był Zbigniew Stefański, ojciec Marcina.
Umowę podpisał 3 listopada 2004 roku jako przedstawiciel spółdzielni
Sampi. Oficjalnie syn był tylko jego pełnomocnikiem.
W tym samym czasie Marcin Stefański jako doradca kredytowy załatwia
bratu Lucyny P. fałszywe świadectwo zatrudnienia w firmie Sampi.
Podrabia przy tym podpis swojej matki - prezesa firmy. Waldemar K. idzie
ze sfałszowanym świadectwem do banku i zaciąga w nim kredyt na 30
tysięcy złotych. Za usługę Marcin zgarnia 500 złotych.
Gdy bank GE Money dowiaduje się o wyłudzeniach, wypowiada Marcinowi
umowę współpracy. Wtedy Lucyna P. zabiera Stefańskim biuro Sampi na
osiedlu Na Stoku. Ich miejsce zajmuje pomocnik i ochroniarz Lucyny P. -
Marek L.
Jak już wiemy, oficjalnie biuro wynajął ojciec Marcina, Zbigniew
Stefański. Najwyraźniej nieoficjalnie zrobił to ktoś inny.
Również inne banki zaczynają uważniej przyglądać się wypełnionym przez
pośrednika Marcina Stefańskiego wnioskom kredytowym. Gdy Jan Kowalski i Jan Nowak nie spłacają rat przyznanych pożyczek, instytucje nabierają
podejrzeń, że dokumenty zostały sfałszowane, i zgłaszają sprawy wyłudzeń
na policję. Zawiadomienia spływają z różnych miast północnej Polski.
Wojskowe Biuro Emerytalne informuje funkcjonariuszy, że jedna z legitymacji została przerobiona z autentycznego dokumentu należącego do
Zbigniewa Stefańskiego. Prowadzący postępowanie dochodzi do wniosku, że
sprawcą może być właściciel pierwowzoru legitymacji, osoba blisko z nim
spokrewniona lub ktoś, kto skradł dokument.
Zagadka szybko się wyjaśnia - na wszystkich wnioskach do wypłaty podany
jest numer konta Marcina w Citibanku.
- Okazało się, że konta, na które szły pieniądze, należą do Marcina
Stefańskiego lub jego ojca Zbigniewa, lub jego firm - powie potem
śledczym pracownica biura A'Conto.
Latem matka Marcina dowiaduje się z prokuratury, że syn podrobił jej
podpis i zaświadczenie o zatrudnieniu. W trybie natychmiastowym
rezygnuje z funkcji prezesa w spółdzielni Sampi "z powodu licznych
nieporozumień".
W listopadzie 2005 roku zapada pierwszy wyrok przed Sądem Rejonowym
Gdańsk-Północ. Za sfałszowanie dokumentu i usiłowanie oszustwa Marcin
Stefański dostaje karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata, ma
zapłacić grzywnę 700 zł i koszty sądowe w wysokości 410 zł. Zostaje też
objęty dozorem kuratora - Jolanty Intek.
Pewnego grudniowego dnia chłopak dzwoni do matki i mówi:
- Lucyna wsadzi mnie do więzienia.
- Zostaw to wszystko - radzi mu Barbara.
Marcin nie chce jednak lub nie może już tego zostawić. Modli się coraz
bardziej intensywnie.
RÓB MI DOBRZE
"Proszę o modlitwę, ofiarowanie Eucharystii w mojej intencji.
Prawdopodobnie pójdę do szpitala, bo nie mogę opanować strachu, lęku,
prawdziwej paniki. Módl się za mnie, proszę. Bóg zapłać. Powodem jest
wiele grzechów i błędów. Szczególnie boję się o swoją pracę, o jej
zachowanie. Jezu, ratuj mnie" - pisze Marcin do nieustalonego Jacka 20
sierpnia 2005 roku.
Jak trwoga, to do Boga - chciałoby się powiedzieć. Gdy panika mija,
można wrócić do interesów.
Jeszcze zanim zapadnie pierwszy wyrok, Marcin rozwija działalność Sampi
w Stargardzie Szczecińskim. Wciąga do niej kolegów z nowicjatu.
Oficjalna rekrutacja odbywa się poprzez urząd pracy, więc do ich
zatrudnienia prawdopodobnie dopłaca państwo. W urzędzie tym zatrudniony
jest jeden z kolegów Marcina, Damian L.
Ukradzione ludziom pieniądze Marcin z kolegami wydają na hulanki i swawole. Imprezują między innymi w Domu Muzyka, hotelu przy Akademii
Muzycznej w Gdańsku.
- Wyjechaliśmy do Gdańska na szkolenie tygodniowe, gdzie w ogóle nikt z nami szkolenia nie miał, tylko chlaliśmy do upadłego - opowie później
kolega z nowicjatu. - To było jedno wielkie ogłupianie alkoholem.
Wieczorem czterdzieści butelek wódki Finlandia na dziewięć osób19.
Na zdjęciach mocno zarumieniony Marcin obściskuje się z kobietami w średnim wieku. Spora nadwaga, ulizana fryzura, koszule z kołnierzykiem
jakby pożyczone od ojca Zbigniewa.
- W naszym towarzystwie się obracał, bo to byli homoseksualiści -
stwierdzi jeden z byłych nowicjuszy. - Jakoś nie miał bardziej zaufanych
osób, tylko te dwie osoby ze Stargardu, które mówiły o tym otwarcie, jak
to jest być z facetem. Nawet takie kwestie intymne, fizyczne, jak
doznania: czy to boli? Czy nie boli? On nas sponsorował chyba za to, że
mógł sobie porozmawiać.
Po tygodniu spędzonym w Gdańsku dwóch kolegów zabiera na kilkutygodniową
podróż po Polsce. Za wszystko płaci.
- Jak brakowało, to od razu do bankomatu. Twierdził, że zarobił te
pieniądze na spółce z mamą - opowiada niedoszły zakonnik.
Sponsoruje im bilety na koncert Simply Red. Siedzą w loży VIP.
Jak stwierdzą potem dziennikarze Superwizjera TVN, Marcin bywa też w klubach dla gejów.
- Pojechaliśmy na balety do Szczecina - opowie jeden z kolegów. -
Zamówił sobie męską dziwkę do hotelu. Stwierdził, że musi spróbować, bo
to jest pierwszy jego raz.
- Podjechaliśmy pod jakiś lokal z taksówkarzem i on wtedy powiedział, że
on chce też jakiegoś chłopaka. Zapłacił mu - doda inny. - To jest koleś,
który jest nauczony rzucać dwie stówy i "rób mi dobrze"20.
W sierpniu 2005 roku jako marcin GD intensywnie pisze na komunikatorze
Gadu-Gadu z mężczyzną o nickach RyBek i Durex, który potem okaże się
Marcinem D. Wymieniają się zdjęciami nagich mężczyzn.
- A jak ci się podoba Kacperek? Jaka piękna mordka, gadam z nim teraz i się umawiamy - pisze marcin GD do Durexa.
- Weź go na imprezę, he, he - proponuje Durex.
- E tam, na imprezę, do samochodu wyruch - stwierdza marcin GD.
Znajomości rozwijają się obiecująco, ale Marcin ma problem. Zwierza się
znajomym, że bycie gejem przeszkadza mu w prowadzeniu interesów.
- Kiedyś tylko wspominał, że jest w stanie coś ułożyć z facetem,
natomiast mówił, że jego interesuje biznes i że nie może sobie na to
pozwolić - opowie TVN kolega z nowicjatu.
Kilka tygodni później Marcin oznajmia przez komunikator koledze, że
zamierza wziąć ślub. Z dziewczyną.
A dokładnie z koleżanką z liceum, Katarzyną Plichtą.
Kiedy i w jakich okolicznościach odnowili znajomość - nie wiadomo.
ŁOSOSIE I WĘGORZE
Modlitwy i Eucharystia nie pomagają.
Marcina nachodzi komornik, który próbuje wyegzekwować grzywnę i koszty
sądowe z pierwszego wyroku. Egzekucja jest nieskuteczna, bo oficjalnie
chłopak nie ma żadnego majątku.
Tymczasem 9 stycznia 2006 roku zapada drugi wyrok. Sąd Rejonowy w Kościerzynie skazuje Stefańskiego na grzywnę w wysokości tysiąca złotych
za oszukanie 10 osób. Chodzi o wyłudzenia opłat manipulacyjnych za
przyznanie kredytów klientom Sampi.
Sędzia Janusz Korzeniowski nie odwiesza Stefańskiemu kary z powodu
złamania warunków zawieszenia pierwszego wyroku. I, co jeszcze
dziwniejsze, nie nakazuje skazanemu zadośćuczynić poszkodowanym i zwrócić im zdefraudowanych należności.
Marcin nie musi więc nikomu nic oddawać, a i tak by pewnie tego nie
zrobił, bo jak twierdzi w piśmie do sądu, nie pracuje i pozostaje na
utrzymaniu rodziców. Prosi sąd o rozłożenie grzywny i kosztów sądowych w wysokości 1290 zł na 10 miesięcznych rat po 129 złotych każda.
8 czerwca sąd w Kościerzynie przychyla się do wniosku skazanego. Uznaje,
że Marcin nie pracuje i mieszka u rodziców, więc nie jest w stanie
zapłacić grzywny w całości.
Stefański wpłaca tylko jedną ratę 129 złotych. O reszcie zapomina. Sąd
umarza mu niezapłaconą część grzywny.
Sędzia Janusz Korzeniowski, który pełni zarazem funkcję przewodniczącego
wydziału karnego, w 2008 roku sam zostanie przyłapany w policyjnej
prowokacji na gorącym uczynku przyjmowania korzyści majątkowej od
sądzonego przez siebie mężczyzny. Usłyszy zarzuty przyjęcia łapówek od
kilku oskarżonych w łącznej kwocie 140 tysięcy złotych.
Sędziemu postawiony zostanie też zarzut korzystania przez kilka dni z mercedesa pożyczonego od jednego z oskarżonych, w okresie gdy jego
samochód był uszkodzony, oraz przyjęcia dwóch półmisków ryb w galarecie
(łososie i węgorze) o wartości 300 złotych.
Według słupskiej prokuratury, która prowadziła śledztwo, sędzia brał
łapówki przez 10 lat, od 1998 do 2008 roku, a zatem także w okresie, gdy
orzekł wyjątkowo łagodny wyrok w stosunku do przyszłego założyciela
Amber Gold.
Podczas obrad komisji śledczej posłowie zapytają sędziego:
- Czy prawdą jest, że przyjął pan łapówki w postaci dwóch półmisków ryb
w galarecie: węgorze, łososie?
- Nie.
- Czy przyjął pan łapówkę od Marcina P.?
- Absolutnie.
W kwietniu 2017 roku Sąd Okręgowy w Koszalinie prawomocnie skaże
sędziego na cztery lata więzienia i 60 tysięcy grzywny. Nakaże też
skazanemu zwrot około 70 tysięcy łapówek przyjmowanych za wydawanie
korzystnych orzeczeń. Kilka miesięcy później Janusz Korzeniowski
zostanie usunięty z zawodu.