Fabryczne dziewczyny i milczenie
As we come marching, marching in the beauty of the day
A million darkened kitchens, a thousand mill lofts gray
Are touched with all the radiance that a sudden sun discloses
For the people hear us singing bread and roses, bread and roses
As we come marching, marching we battle too for men
For they are women's children and we mother them again
Our days shall not be sweated from birth until life closes
Hearts starve as well as bodies, give us bread but give us roses
As we come marching, marching, unnumbered women dead
Go crying through our singing their ancient call for bread.
Small art and love and beauty their trudging spirits knew.
Yes, it is bread we fight for - but we fight for roses, too!
As we go marching, marching we bring the greater days
For the rising of the women means the rising of the race
No more the drudge and idler, ten that toil where one reposes
But the sharing of life's glories: bread and roses! bread and roses!
Będziemy maszerować, a piękno olśni dzień
Z milionów ciemnych kuchni i strychów, gdzie tkwi cień
Dotknięte słońca blaskiem, co przerwie szarość nieba
By nasz śpiew oznajmił ludziom: chcemy róż i chcemy chleba
Będziemy maszerować, w imieniu mężczyzn też
Otoczy naszych synów ciepło matczynych serc
Nie chcemy żyć w katordze, aż nas przykryje gleba
Serca więdną tak jak ciała, chcemy róż i chcemy chleba
Będziemy maszerować, a zmarłych kobiet płacz
Nasz śpiew napełni skargą za nędzy setki lat
To płomień ich miłości, rozświetlał piękno dusz
Tak, dziś o chleb walczymy, lecz żądamy także róż!
Będziemy maszerować, zbudzimy lepszy czas
Bo to powstanie kobiet jest zrywem ludzkich mas
Dość mamy już harówki, nierówność przerwać trzeba
Bo wspólna jest nagroda; chcemy róż i chcemy chleba!
James Oppenheim, Bread and Roses, 1911, przeł. Bartosz Migas
W 1912 roku podczas olbrzymiego strajku robotnic i robotników włókienniczych w amerykańskim Lawrence transparenty o treści "Bread and Roses" niosły ponoć pikietujące robotnice, stąd strajk nazywany jest strajkiem chleba i róż. Popularną dziś melodię do wiersza napisała w 1974 roku Mimi Fari?a (siostra Joan Baez).
Włókiennicze imperia i kariatydy Cottonopolis
Wiek XIX nazywany jest wiekiem pary i elektryczności, epoką węgla i żelaza. Już tu leży pierwsze przemilczenie. To stulecie miałoby zupełnie inne oblicze, gdyby nie przemysł włókienniczy, a w szczególności bawełniany. Wiek XIX był wielką epoką bawełny.
Ta wydajna roślina, Gossypium, z której uzyskuje się wytrzymałe i chłonne włókno, służyła do wytwarzania tkanin prawdopodobnie już od tysięcy lat, głównie jednak na obszarach naturalnego dla niej klimatu tropikalnego. Na przełomie XVIII i XIX wieku Brytyjczycy na masową skalę zaczęli sprowadzać ją ze swoich kolonii indyjskich, wypierając tamtejszą rodzimą wytwórczość tkanin i zmuszając podległe terytoria do przyjmowania gotowych materiałów angielskich (dwa wieki później pozbędą się fabryk, a ośrodki produkcji opartej na taniej sile roboczej przeniosą się między innymi do Indii). Północnoangielskie miasto Manchester stało się sercem światowego handlu bawełną i zyskało przydomek Cottonopolis (ang. cotton - bawełna, grec. polis - miasto-państwo). Kiedy Indie nie były już w stanie sprostać bawełnianemu zapotrzebowaniu rozwijającego się przemysłu włókienniczego, królestwem eksportu bawełny stała się Ameryka Północna. Tam, na bezkresnych przestrzeniach przejętych od wysiedlonych i zabitych Indian, w upalnym słońcu południa bawełnę zbierały niewolnice, nucąc pieśni o afrykańskich korzeniach - z których miał wkrótce narodzić się blues.
W roku 1733 pewien Brytyjczyk pozujący do portretu w trójgraniastym kapeluszu stworzył "latające czółenko" (ang. flying shuttle). Odtąd wątek mógł oplatać osnowę z prędkością wcześniej niemożliwą i proces ten przyspieszał w każdym kolejnym wynalazku. Około 1765 roku wynaleziono maszynę przędzalniczą, w której zamiast jednego wrzeciona, jak w tradycyjnym kołowrotku, kręciło się ich kilkanaście. Dzięki temu szybko rozwinęły się przędzarki skrzydłowa i mulejowa. To oznaczało jeszcze więcej wrzecion poruszanych tym samym źródłem siły ludzkiej, konnej lub wodnej. Przędzenie zaczęło dorównywać tempem tkaniu. Również w 1764 roku wynaleziono maszynę parową i jeszcze w XVIII wieku po raz pierwszy w dziejach kądzieli wrzeciona wprawiono w ruch siłą pary. Na Nowym Kontynencie powstała odziarniarka (ang. cotton gin) - maszyna ułatwiająca wyłuskiwanie surowych włókien z otwartych łupin nasion bawełny. Wcześniej ta wykonywana ręcznie czynność była tak czasochłonna, że nawet wykorzystanie pracy niewolniczej czyniło ją w dużej skali niezbyt opłacalną ekonomicznie. W tym czasie powstały też pierwsze mechaniczne zgrzeblarki i wrzecienice, a u progu XIX wieku wynalazca i duchowny anglikański o poczciwej twarzy z dużym nosem opracował pierwsze mechaniczne krosno.
Oczywiście wełna i len wciąż pozostawały bardzo ważne, rozwijała się też produkcja jedwabiu. One również zostały wprzęgnięte w mechanizację. Jednak to przede wszystkim bawełna budowała fortuny i tworzyła globalne sieci gospodarcze. Napędzało je kilka wynalazków wyciągających proces przędzenia i tkania z domowych, rodzinnych warsztatów i wpychających go na prostą drogę do pełnego uprzemysłowienia.
Źródła wielkoprzemysłowej Łodzi - zwanej przez lata polskim Manchesterem - leżały gdzie indziej niż w symbolicznym momencie nadania jej statusu osady fabrycznej 18 września 1820 roku5. Zadymiona, przemysłowa metropolia, która zaczęła wyrastać w czasach, kiedy Polska nie istniała na mapach, w przyszłości nie będzie się cieszyć specjalnym uznaniem w granicach swojego kraju. Ówcześnie była jednak jeszcze nieznaną, rolniczą mieściną na dawnych ziemiach biskupów włocławskich, z których wiele należało do rządu Królestwa Polskiego pod zaborem rosyjskim.
Kiedy decyzje kongresu wiedeńskiego w 1815 roku pociągnęły za sobą odcięcie Kongresówki od wielkopolskiego okręgu włókienniczego, na rynku wewnętrznym zabrakło sukna i płótna. Równocześnie unia celna z Cesarstwem Rosyjskim otwierała możliwości eksportu. Władze Kongresówki podjęły przełomową decyzję o rozpoczęciu polityki protekcyjnej wobec przemysłu. Wkrótce miały się rozwinąć łódzkie fortuny, niektóre powstawały równie szybko, jak upadały - "wspaniałe pałace, zielone, piękne ogrody, wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz", o których tak marzył Dawid Halpern z Ziemi obiecanej Władysława Reymonta. Ale na razie były tylko pole i las. Pod dostatkiem było potrzebnego do budowy i opału drewna z wyrżniętej dziś prawie do cna Puszczy Łódzkiej. I były rzeki. Dziś zaledwie wysychające potoki, strumyki i nurty wbite pod powierzchnię ziemi, stanowiły jeden z ważniejszych czynników decydujących o utworzeniu na terenie łódzkim obszaru przemysłowego.
Specjalni agenci Królestwa podjęli akcję propagandową w Wielkopolsce, Saksonii, Czechach, na Śląsku i w zaborze pruskim. Oferowali włókienniczym fachowcom przywileje osadnicze, ochronne cła i ulgi finansowe, zwolnienie ze służby wojskowej, wieczyste dzierżawy - wszystko w zamian za rozpoczęcie produkcji w nowo tworzonym okręgu przemysłowym. Przędzarze i tkacze przyjeżdżali z całymi rodzinami, trzodą i meblami upchanymi na wozach obok warsztatów rzemieślniczych. Niektórzy z nich zostali prostymi majstrami, inni zakładali przedsiębiorstwa przerobu lnu, wełny, a przede wszystkim - bawełny. Wkrótce intensywnie rozwinęła się produkcja tkanin zgrzebnych ze szmat i odpadków, ale najlepiej prosperujący mieli ambicje konkurowania jakością na rynkach światowych. Dostawali potem kredyty rządowe, których zresztą często nie spłacali. W poszukiwaniu możliwości osiedlenia i zarobku zaczęła do Łodzi napływać ludność z całej Kongresówki i Cesarstwa Rosyjskiego. Szybko wykształcił się specyficzny wielokulturowy tygiel, pełen napięć i kompromisów. Relacje największych kultur - wykwalifikowanych niemieckich imigrantów, polskiej siły roboczej, żydowskiego handlu i rzemiosła - już zawsze miały układać się tu na trzech płaszczyznach: "ze sobą", "obok siebie" i "przeciw sobie"6. Na co dzień panowała pragmatyczna akceptacja odmienności. Wszyscy żyli i działali dzięki podstawowym siłom napędzającym życie Łodzi: produkcji, kupna i sprzedaży. Sprzedawano i kupowano pracę, sprzedawano i kupowano włókna. Włókna zmieniano w nici, nici w tkaninę, tkaninę w ruble, ruble w kolejne fabryki.
W szeregach cech charakterystycznych, przez nowe wytworzonych warunki, jaskrawo wyróżnia się kosmopolityzm. Handel i przemysł, oto pierwsze jego zdobycze, do których droga prowadzi przez gmach fabryczny. Hałaśliwa bestia nie zna odrębności rasowych, nie kieruje się względami narodowości, wyznania i płci. Potrzebuje silnych dłoni, i z jednakowym apetytem pożera tutejszego chłopa, niemieckiego tkacza i czeskiego wieśniaka7.
Łódź stała się w XIX wieku czymś w rodzaju wielkiej specjalnej strefy ekonomicznej. Rajmund Rembieliński, prezes Komisji Województwa Mazowieckiego, otwierając drzwi do rozwoju przemysłu włókienniczego, zapewne nie zdawał sobie sprawy, że wpłynie to na życie milionów kobiet w przyszłości (w tym miejscu być może powinien wystąpić jeszcze książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki, ale we wstępie obiecałam, że nie będzie żadnych książąt).
Kiedy po powstaniu listopadowym likwidacja ubieranej w wełnę armii polskiej i represje celno-eksportowe nałożone przez Cesarstwo Rosyjskie przydusiły przetwórstwo wełny, bawełna - sporo tańsza - radziła sobie znakomicie. Wkrótce w jej produkcji miał się dokonać przewrót techniczny. Pierwsza w Łodzi zmechanizowana przędzalnia, uruchomiona w 1839 roku, posiadała 7584 wrzeciona belgijskie napędzane maszyną parową o mocy sześćdziesięciu koni mechanicznych. Już w latach pięćdziesiątych XIX wieku w Łodzi pracowało siedemdziesiąt procent wrzecion całego Królestwa Polskiego. Krosna tkackie rozpędzały się wolniej, mechaniczne działały tylko w dwóch największych zakładach. Jeszcze słychać było melodie ludowych przyśpiewek, synagogalnych pieśni i sentymentalnych piosenek dziewczęcych nuconych wśród klekotu warsztatów. Ale pełna mechanizacja przemysłu tekstylnego rozwinęła się już intensywnie - to dzięki niej rozszalała się angielska rewolucja przemysłowa. Sprowadzenie zachodnich wynalazków do Łodzi było tylko kwestią czasu. Głosy ludzkie coraz bardziej cichły, zagłuszane przez jednostajny mechaniczny szum, huk, świst, terkot, warkot i dudnienie. Coraz szybciej rosły imperia fabrykanckie.
Tymczasem po drugiej stronie globu wiara we własną bawełnianą potęgę zgubiła konfederackie stany Ameryki Północnej w wojnie secesyjnej lat 1861-1865.
"Czy jakikolwiek rozsądny naród wypowie wojnę bawełnie? - stwierdził zuchwale jeszcze w 1858 roku senator Karoliny Południowej J. H. Hammond. - Co by się stało, gdyby bawełna nie była dostarczana przez trzy lata? To pewne: Anglia upadnie karkołomnie i powiedzie cały cywilizowany świat za sobą, by ocalić Południe. Nie, nikt nie śmie wypowiedzieć wojny bawełnie. Żadna władza na ziemi nie odważy się rozpocząć takiej wojny. Bawełna jest królem"8. Celowe wstrzymanie dostaw surowca nie sprowokowało jednak do działań upragnionych sojuszników, Wielkiej Brytanii i Francji, którzy z chłodną dyplomacją zatrzymali produkcję, a potem częściowo zaspokoili potrzeby bawełną egipską i indyjską. Lata "wielkiego głodu bawełnianego" dały się mocno we znaki środowiskom robotniczym wszystkich europejskich okręgów włókienniczych: spowodowały zwolnienia i masowe exodusy z fabrycznych osad. Nie po raz pierwszy i nie ostatni w ich historii rozpiętej na odwiecznej sinusoidzie kryzysu i koniunktury.
Po zakończeniu wojny secesyjnej zniesiono niewolnictwo i uwolniono cztery miliony amerykańskich obywateli i obywatelek, a stany południowe musiały podzielić się statusem bawełnianej potęgi z innymi częściami świata. W trakcie wojny zaczęły się rozwijać plantacje w Ameryce Południowej i w Azji Środkowej, podbitej przez Cesarstwo Rosyjskie. W Łodzi powrót do pełnej produkcji odbył się już w nowej rzeczywistości społecznej - w Królestwie Polskim w 1864 roku zniesiono pańszczyznę i uwłaszczono chłopów. Zabór rosyjski był ostatnim, w którym wciąż obowiązywała ta forma poddaństwa, przymusowej bezpłatnej pracy na rzecz pańskiego folwarku w zamian za prawo użytkowania ziemi, bez zwolnień z dodatkowych opłat, czynszów czy podatków. Zniesienie pańszczyzny oznaczało dla chłopstwa między innymi już niczym nieskrępowaną możliwość przemieszczania się i zatrudniania. Dla przemysłowców - uwolnienie dużej ilości rąk do pracy najemnej. Badacze twierdzą, że wcześniej niezależnie od przepisów chłopi masowo uciekali z pańskich włości. Trudno jednak powiedzieć, w jakim stopniu dotyczyło to chłopek.
*
Pod koniec XIX wieku zakłady Scheiblera, największe w Łodzi, w czołówce całego Cesarstwa Rosyjskiego i Europy (w 1899 roku prawie 7500 pracowników, z gazowniami, własną strażą ogniową, osiedlami robotniczymi, ochronkami, szkołą, szpitalem), produkowały najrozmaitsze tkaniny w stanie surowym, bielonym i drukowanym. Dla odbiorców o różnych gustach i potrzebach, z różnych klas i warstw społecznych. Tkaniny satynowe, atłasowe, żakardowe, trykotowe, ryps, nankin, muślin, krośniak, płótna tyrolskie, polskie, rosyjskie, włościańskie. Adamaszki, flanele, żagnoty, moleskiny, pikę, dymkę, perkale. Serwety, obrusy, chusty i chusteczki, materiały mundurowe, opatrunkowe, meblowe i pościelowe. Pod koniec XIX wieku fabryka Scheiblera i wiele innych łódzkich zakładów zyskały niechlubne miano "wytwórni kalek". Postęp techniczny, intensyfikacja pracy i kilkunastogodzinne zmiany miały też swoje ofiary śmiertelne. "Dziennik Łódzki" donosił w marcu 1884 roku: "Ośmioletni robotnik fabryczny Władysław Grelus, zbliżywszy się do maszyny będącej w ruchu, pochwycony przez nią został, w straszny sposób zgniecony, na miejscu śmierć znalazł". Dopiero rok później rozpoczęła pracę Inspekcja Fabryczna, a dwa lata później w Królestwie Polskim nabrała mocy ustawa zakazująca zatrudniania dzieci do lat dwunastu. Koleżanki i koledzy Władka Grelusa wciąż jednak biegali po fabrycznych halach, podając szpule, bo wiek często fałszowano w metrykach, a dzieciaki chowano przed inspektorami za belami bawełny, w schowkach, magazynach i ustępach. Wszyscy przymykali na to oczy, bo administracji fabrycznej zależało na taniej sile roboczej, a rodzicom na zarobku. Żeby się wyżywić i utrzymać, pracować musieli wszyscy zdolni do tego członkowie rodziny - kobiety opłacane najwyżej połową pensji męskich, podrostki i nieletni: około 15-25 procent pełnych pensji.
Rosła liczba robotników niewykwalifikowanych, przede wszystkim kobiet. Tych z miasta - "brukowych", i tych wciąż napływających z prowincji. Coraz chętniej zatrudniano młode, samotne dziewczyny ze wsi, silne i sprawne w precyzyjnej pracy. One w migracji do miasta widziały możliwości awansu, a czasem po prostu jedyną życiową szansę na przetrwanie. W sortowniach, pekarniach, niciarniach, przędzalniach, tkalniach, wykończalniach, szwalniach. Przy czesaniu i gręplowaniu, jako prządki, przewijaczki, zgrzeblarki, snowaczki, motaczki, szpularki, tkaczki, cerowaczki, pończoszarki...
Podobne losy współdzieliły mill girls z brytyjskiego Lancashire lub amerykańskiego Massachusetts, filles d'usine z okolic francuskiego Lille, fabryczne dziewczyny z Królestwa Polskiego i z wielu innych miejsc - mimo wszystkich lokalnych odmienności. Pracowały w zadymionym, wynędzniałym brytyjskim Manchesterze/Cottonopolis, który Fryderyk Engels w Położeniu klasy robotniczej w Anglii nazwał "piekłem na ziemi". Można je było znaleźć w manufakturach Nadrenii i Westfalii. Przędły w amerykańskim Lowell - Mieście Wrzecion (The City of Spindles). To ostatnie ze swoimi hotelami robotniczymi nieco na wyrost uchodziło za robotniczą utopię, ostatecznie zniszczoną przez wzrastającą konkurencję przemysłowców i zatrudnianie najtańszej siły roboczej rekrutowanej z imigracji, również polskiej, która przybywała za ocean z falą wielojęzycznej i wielobarwnej wielkiej emigracji europejskiej.
Ot, jedno z moich największych olśnień na drodze w poszukiwaniu alei Włókniarek: wiek pary i elektryczności, epoka węgla i żelaza, wielka bawełniana era - to czas fabrycznych dziewczyn.
Kanon i milczenie źródeł
Nie będę ukrywać: pierwsze etapy moich poszukiwań fabrycznych dziewczyn były dość bezładne. Zanurzałam się w chaosie ogromnych ilości historycznych danych, statystyk i procentowych wyliczeń, w których wciąż nie znajdowałam odpowiedzi na moje pytania.
Kim były?
Skąd przybywały?
Dlaczego zostawały?
Kiedy podczas pierwszej wizyty w bibliotece Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, jąkając się nieco, zaczęłam tłumaczyć, że poszukuję wszelkich informacji o włókniarkach z XIX wieku, troje pracowników patrzyło na mnie przez dłuższą chwilę bez słowa. Wreszcie ktoś odpowiedział powoli: "Wie pani, to nie jest grupa, którą wtedy ktoś się jakoś specjalnie zajmował...".
Wtedy już wiedziałam: pierwsze robotnice łódzkie pozostają historycznie nieme. Podobnie jak niewolnice, które po drugiej stronie globu zbierały surową bawełnę, i chłopki z Kaukazu, którym przyszło obrywać z krzaków biały puch na plantacjach moskiewskich i łódzkich fabrykantów. Tak jak robotnice okręgów przemysłowych w Częstochowie, Żyrardowie, Bielsku-Białej, Białymstoku, Sosnowcu i tak dalej. Milczące są podwójnie: milczeniem archiwów, w których - niepiśmienne - nie pozostawiły wielu śladów, i milczeniem naszej pamięci - potomnych, których uczy się pamiętać raczej znane nazwiska, ważne daty i krwawe bitwy.
Kiedy powstawała Łódź, polskie obywatelki podlegały trzem różnym prawodawstwom, w trzech różnych zaborach: rosyjskim, pruskim i austro-węgierskim. Łódź leżała w Królestwie Polskim, w zaborze rosyjskim. Kodeks cywilny Królestwa Polskiego był spadkobiercą Kodeksu Napoleona, który kobiecie przypisywał status "wieczyście małoletniej". Kobieta nie tylko nie miała prawa głosu wyborczego ani prawa pełnienia urzędów publicznych, ale też nie mogła w swoim imieniu występować w działaniach prawnych ani sama zarządzać własnym majątkiem. Kodeks cywilny Królestwa przejmował tę "spuściznę" prawną i był najsurowszym z kodeksów obejmujących ziemie polskie pod zaborami, choć pozostałe zawierały podobne ograniczenia kobiecej wolności. W zaborze pruskim kobiety mogły dysponować swoim majątkiem i występować w sądzie, w zaborze austro-węgierskim teoretycznie obowiązywała rozdzielność majątku, ale małżonek pozostawał jego zarządcą. W Królestwie Polskim kobieta wychodząca za mąż traciła szereg praw cywilnych: aby podjąć pracę, potrzebowała zgody męża i to mąż według prawa miał decydować o zarobionych przez nią pieniądzach oraz całym wspólnym majątku. Dokumenty tożsamości mogły być wydawane tylko za zgodą męża. Mężatka nie miała prawa mieszkać w innym miejscu niż jej małżonek, kobieta niezamężna nie mogła dochodzić uznania ojcostwa w imieniu swojego nieślubnego dziecka, w sprawach rodzicielskich ostateczny głos w decyzjach miał ojciec. Prawa te w większości obowiązywały jeszcze w pierwszych latach XX wieku (kwestia ustalania ojcostwa nieślubnych dzieci w międzywojniu wciąż pozostawała w Polsce nierozwiązana). Z kolei w Królestwie Polskim najwcześniej - po rewolucji 1905 roku - kobiety mogły legalnie się zrzeszać i organizować. W zaborze pruskim w latach 1850-1908 obowiązywał zakaz tworzenia politycznych organizacji kobiecych i udziału kobiet w demonstracjach i zgromadzeniach. W zaborze austro-węgierskim formalny zakaz organizowania się kobiet i ich przynależności do stowarzyszeń politycznych trwał do 1913 roku. Na szczęście był on wielokrotnie jawnie łamany.
Podczas kolejnych wizyt w Centralnym Muzeum Włókiennictwa (poprzedzonych kilkoma mailami, pismami i wyjaśnieniami, dlaczego chcę naruszyć mir muzealnego archiwum) do biblioteki wprowadzana jestem już tylnymi drzwiami. W tamtejszych spisach i inwentarzach znajduję znacznie więcej i jednocześnie znacznie mniej, niż się spodziewałam. Księgi pamiątkowe, medale produkcji, wykaz fabryk bawełnianych w Stanach Zjednoczonych, mapę plantacji bawełnianych w Egipcie z 1936 roku i trochę starsze notowania giełdowe z Liverpoolu. Dziewiętnastowieczne kosztorysy budowy fabryk w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, opracowanie na temat "sposobu kotonizacji przędziwa łykowego". Stuletnie akcje spółek fabrycznych i obligacje prywatyzowanych zakładów pracy sprzed zaledwie dwudziestu pięciu lat. Projekt tablicy upamiętniającej międzywojenną robotniczą działaczkę komunistyczną Teklę Borowiak z Widzewa i kilka wspomnień na jej temat. Strzępki przeszłości szczęśliwie ominięte przez wszystkie historyczne zawieruchy ostatnich dwustu lat. Zdjęcia, regulaminy fabryczne, książeczki obrachunkowe.
To było jedno z bardziej milczących archiwów.
Duża część moich poszukiwań "głosów" odbywa się równolegle w literaturze. Dopiero po dekadzie mieszkania w Łodzi i przewertowaniu najróżniejszych grubych tomów książek o tym mieście sięgam po tę najsławniejszą - Ziemię obiecaną. Kanon, klasyka, dzieło polskiego noblisty, patrona łódzkiego portu lotniczego.
Ołówkowe komentarze prowadzone wytrwale na marginesach egzemplarza wypożyczonego z biblioteki potwierdziły moją intuicję, że przerabianie tej lektury w szkole według "klucza" interpretacji ustalonego w kuratorium oświaty byłoby wątpliwą przyjemnością. "Żyd Moryc - gotowy do przekrętów", "Polak Karol - nieuczciwy w uczuciach", "Niemiec Max - wrażliwy". Pochłaniam książkę, nie myśląc o znanej ekranizacji Andrzeja Wajdy, wolna od wszelkich szkolnych nacisków i ciekawa, ile można znaleźć robotnic pomiędzy historią "tych trzech, co nie mieli nic", a więc w sam raz tyle, żeby wziąć kredyt i bogato się ożenić. Otóż - niewiele.
- Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic - zaśmiał się głośno.
- To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę9.
"Masy pracujące" pojawiają się w Ziemi obiecanej przeważnie w charakterze czarnego roju. Jako rój opisana jest też bogata, zblazowana fabrykancka publiczność w teatrze, która zawsze zajmuje pierwszy plan. Robotnicy są rojem cichym, milczącym, co najwyżej stukającym drewniakami. Półmartwi, obojętni, smutni. Dla kontrastu klasy wyższe to wrzawa - znudzona, cyniczna, zepsuta. Fabrykant Bucholc krzyczy wściekle:
Bydło, bydło [...] Pan się tak nie patrz na mnie, ja tak mówić mogę, bo ja ich wszystkich żywię [...] - U mnie zarabiają, ja im daję zarobek, oni mnie powinni całować po nogach, bo jakbym im nie dał roboty, to co? [...] - Zdechliby z głodu, panie Borowiecki, jak psy10.
Reymont utrzymywał zresztą, że fabrykanci łódzcy przekupili cenzurę rosyjską, żeby wykreśliła najbardziej obrażające ich fragmenty. Późniejsi reymontolodzy zaliczyli to raczej do legend chętnie tworzonych przez samego pisarza.
W dziesiątym rozdziale pierwszego tomu pojawia się wreszcie dziewczyna fabryczna, energiczna i rezolutna Zośka. Przypis wydawnictwa na dole strony natychmiast gasi moje rozbudzone nadzieje na więcej.
Zośka Malinowska jest w powieści jedyną przedstawicielką kobiet zatrudnionych w łódzkich fabrykach. Tymczasem z końcem XIX wieku kobiety, młodzież i dzieci stanowiły aż 59,6% ogółu zatrudnionych. Na przykład w roku 1892 na 31 642 włókniarzy było 13 452 kobiety (42,2%) i 886 dzieci (2,8%)11.
W nowszych źródłach historycznych podawany jest jeszcze wyższy wskaźnik: "istniała we włókiennictwie tendencja do zwiększania zatrudnienia podrostków, a przede wszystkim kobiet. Ich odsetek (kobiet i podrostków łącznie) między 1885 r. a 1892 r. wzrósł z 47 do 75%"12. W łódzkich fabrykach najwięcej kobiet pracowało w przemyśle bawełnianym, w dużych zakładach potentatów (to na nich Reymont wzorował swoje postacie). Zośka nie staje się ich głosem. Nie odgrywa w powieści rozbudowanej roli, w drugim tomie zostaje zbałamucona przez fabrykanta Kesslera. Kilkaset stron później, po dziesiątkach szemranych interesów, rozważaniach o różnicach etnicznych i romansowych przygodach Borowieckiego ("jedynego Don Juana w Łodzi", który "uwodził kobiety na zimno, bo wypadały mu taniej niż płatne kochanki"), następuje wreszcie scena z robotnicami. Jedna z zaledwie dwóch lub trzech, w której odgrywają główną rolę. Bezgłośnie.
Przy długich pralnicach, chlapiących dookoła wodą, pracowali tylko mężczyźni, ale przy gręplach rozlegały się kobiece głosy, które umilkły natychmiast po wejściu Kesslera.
Robotnice oniemiały, z wlepionymi oczami w maszyny stały jak szeregi automatów, otoczone wałami wełny niby brudną pianą tego szumiącego morza maszyn, zwojami pasów i kół warzących dziko, bezustannie. [...] Małymi oczkami uważnie oglądał najmłodsze i najprzystojniejsze robotnice, które z wolna pod tym taksującym spojrzeniem czerwieniły się, ale nie podnosiły oczów.
Przy niektórych przystawał, pytał się o robotę, oglądał wełnę i zapytywał Moryca po niemiecku:
- Cóż na to powiesz?
- Resztki dla parobków - odpowiadał z pogardą, ale przy jednej rzekł:
- Ta ma pyszny fason, szkoda, że piegowata...
- Ładna, musi mieć białą skórę! Milner! - krzyknął na majstra, prowadzącego salę. Gdy tamten stanął przed nim, cicho spytał się o nazwisko dziewczyny i zapisał je w notesie.
Poszli dalej, przechodząc dwa razy salę w różnych kierunkach, nie mogąc nic więcej wybrać odpowiedniego, bo robotnice były przeważnie brzydkie, wynędzniałe i zniszczone przez pracę.
- Chodźmy do przędzalni, tutaj już nic się nie wyłowi, same resztki. [...]
Robotnicy, jakby przykuci do maszyny, zapatrzeni w przędzę, poruszali się automatycznie, biegli za salfaktorami, cofali się przed nimi, błyskawicznie sczepiali pęknięte nici i głusi, ślepi na wszystko, co było za nimi, pilnowali ruchów bestyj.
- Tamta czarna, przy przędzy zwijanej, co? - szepnął Kessler, wskazując w drugą połowę sali, gdzie zwijano i motano przędzę, na silną brunetkę o pysznie rozwiniętych kształtach, dobrze się rysujących przez lekką sukienkę i koszulę z rękawami, zapiętą pod szyję, bo z powodu strasznego gorąca wszystkie pracowały rozebrane do możliwości.
- Wspaniała, wspaniała. Nie znacie się jeszcze?
- Dopiero miesiąc robi u nas [...]
Rozpylacze wody działały nieustannie; drżący pył wodny, podobny do rozprysków tęczy, siał się i opadał na maszyny, ludzi, stosy przędzy śnieżnej, na te dziesiątki tysięcy wrzecion okręcających się dookoła siebie z przejmującym szmerem, podobnych w jaskrawym świetle słońca, padającym z góry, do tysiąców białych wirów szalejących w różowawych świetlistych nimbach.
Kessler wynotował jeszcze dwie dziewczyny i wyszli przeprowadzani nienawistnymi spojrzeniami13.
Współcześnie łódzcy decydenci i decydentki lubią przywoływać wyrwane z kontekstu cytaty z Ziemi obiecanej, najczęściej z dialogu Trawińskiego i Halperna ("wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz!"). Sporo w tym nierozpoznanej ironii, bo książka to paszkwil na przemysłowe miasto szybkich fortun, "geszeftów", oszustw, plajt i robotniczego głodu. Trochę jak Wilk z Wall Street osadzony w XIX wieku z wariacjami antysemickimi i wkładką romansową, po której można poznać, że powieść pierwotnie wydawana była w odcinkach w "Kurierze Codziennym".
Jest jeszcze inne dziejące się w Łodzi dzieło Reymonta, nowela Pewnego dnia. To krótki szkic o wewnętrznych niepokojach fabrycznego windziarza, który nie może sobie znaleźć miejsca w wolnym od pracy dniu Zielonych Świątek. Tam też szukam robotniczych głosów, przecież Reymont miał dużą zdolność do obserwacji różnych środowisk i podsłuchiwania ich języków. Ale tam również robotnicze roje pozostają półmartwe, obojętne, smutne. I nieme.
Tłum poruszał się, przystawał, ruszał naprzód z tą samą ogólną bezmyślnością stada ludzkiego, spracowanego stada, które nie wie, co robić ze sobą na wolnym powietrzu, które nie umie się bawić, nie umie radować, nie umie żyć. Radość ich była smutna i cicha, gwar rozmów przyciszony i pełny trwogi, spojrzenia tępe i zalęknione, ruchy powolne i automatyczne, przystosowane do ruchów maszyn, z którymi zawsze żyli; twarze jakieś szare, martwe pochylone, karki zgięte, ramiona obwisłe, ciała spłaszczone i chude, dostosowane do ciasnoty sal fabrycznych, do kształtów maszyn, do murów, do potrzeb fabryki. Cały ten tłum dusz - nie dusz, tłum dopełniaczy maszyn, tłum mizernych, najprostszych kółek i trybików, tłum niezłożonych mechanizmów fabrycznych tłoczył się po ulicach, pił w szynkach i bawił się na karuzelach, w menażeriach, w panoptikonach[1], tańczył po ciasnych salach, siedział pod domami i nie wiedział, co robić ze sobą, co robić z tą świątecznością - onieśmielony światłem, przestrzeniami wolnymi, ciszą i powstrzymywany w ruchach wewnętrznych nieświadomą zależnością od tych potworów fabryk, stojących dookoła czerwonym, potężnym wałem ciał kamiennych, uśpionych tylko na chwilę, a czuwających, zanikłych w odpocznieniu, a stróżujących tysiącami okien, setkami kominów, które zdawały się pochylać w blaskach słonecznych i zaglądać w ulice, w place, w zaułki, w pola, w domu - jakby pilnowały swoich niewolników i trzymały ich grozą swojego czuwania.
Reymont przebywał w Łodzi w 1896 roku, czas akcji Ziemi obiecanej datowany jest na lata osiemdziesiąte XIX wieku, na okres narastających napięć między środowiskiem robotniczym a fabrykantami, które eksplodowały w wielkim buncie łódzkim w 1892 roku. Nowela Pewnego dnia została wydana w roku 1907 - kiedy ledwie cichło robotnicze wzburzenie wywołane przez rewolucję 1905, ale w tym tekście zupełnie tego nie czuć. Masy zamieniające się w świadomą grupę Reymont opisał dopiero w noweli Z konstytucyjnych dni, relacjonując wydarzenia rewolucyjne w Warszawie: "idą bladzi, wynędzniali a dumni, w łachmanach walki, idą wpatrzeni w sztandar jak w zorze świtu, idą niezmożonym świętym hufem[2] trudu i walki..."14. Czy dopiero rewolucja poruszyła tłumy na tyle, żeby zauważył to przyszły noblista?
We wczesnych reportażach o przemysłowym mieście słychać głównie hałas maszyn, szelest banknotów lub weksli i ten dziwnie obcy miszmasz niemieckiego, jidysz i polskiego z różnymi gwarami i rusycyzmami. Łódź była egzotyczna na tle rolniczej Polski i królewskich miast. Na ogół budziła przerażenie i wywoływała szok poznawczy. Najwięcej wyrozumiałości mieli dla niej chyba Artur Gliszczyński i Antoni Mieszkowski (podpisywali się wspólnie jako X.Y.Z.) w obszernym reportażu literackim Łódź - miasto i ludzie. Jednak tam najdokładniej opisaną kobietą okazuje się... sama Łódź, przyrównana do panny: "kosmopolitki z przekonań, posażnej, ale szpetnej, przy tym jednak rozumnej"15.
Z innych opowiadań literackich wyłania się zaledwie kilka pojedynczych, pobieżnie opisanych historii Zośki, Julki czy Mańki, jako przykładów bardziej lub mniej tragicznych życiorysów trawionych lub pożartych przez pełne pokus miasto i wypadki dziejowe. W mniej znanych pierwszych powieściach o Łodzi - Wśród kąkolu Walerii Marrené-Morzkowskiej (1880) czy Bawełnie Wincentego Kosiakiewicza (1895) - o robotnicach nie można znaleźć wiele więcej ponad kilka scenek rodzajowych i opisów nędzy potoków ludzi wychodzących z fabryki. Nic ponad szum nierozpoznanych z treści rozmów i westchnień zmęczenia.
Nad losem robotnic pochylali się kronikarze ówczesnej prasy codziennej. W kilku zamaszystych akapitach pomiędzy recenzjami teatralnymi, polityką a informacjami handlowymi pisali, że robotnice są nazbyt wyzyskiwane, zagrożone moralnie lub nadmiernie zainteresowane modnymi strojami. Konkretne imiona można wyłowić dopiero ze skrótowych notek przedziwnych dzisiaj dla nas rubryk informacyjnych. Na przykład w "Rozwoju", dzienniku informacyjnym związanym z Narodową Demokracją, znajdowały się sekcje "Niebezpieczne zasłabnięcia", "Ogólne osłabienie", "Kurcze żołądka", "Śmierć w szpitalu fabrycznym", "Nagłe zgony", a obok "Bójki", "Kradzieże" i "Wypadki".
W moich poszukiwaniach ograniczam się do prasy polskojęzycznej, ale w Łodzi były też wydawnictwa w języku niemieckim i w jidysz, z kolei dokumenty urzędowe są do okresu I wojny światowej po rosyjsku. Dowiaduję się, że robotnica niciarni Wiktoria Oleksiak z gminy Chojny, lat piętnaście, zmarła w szpitalu fabrycznym. Robotnica fabryki Czamańskiego, dwudziestoletnia Anna Drymer, doznała urazu wskutek zbytniego zbliżenia się do uruchomionego warsztatu, groziła jej utrata oka. W zakładach fabrycznych Towarzystwa Akcyjnego Heinzla i Kunitzera na Widzewie dwudziestosześcioletnia robotnica Anna Gallus zmarła nagle podczas pracy "skutkiem anewryzmu serca". W lutym 1898 roku robotnica Berta Schwalm została skazana przez sąd na trzymiesięczny areszt za kradzież wełny w fabryce Geyera: "Nie mając przy kim zostawić trojga owych drobnych dzieci, z których jedno ssące, zabrała je z sobą do aresztu policyjnego na rogu ulic Targowej i Cegielnianej. Jakże przykry sprawiają widok biedne dzieci zgłodniałe, 9 kopiejek bowiem, które dostaje aresztantka na jej życie, nie może wystarczyć na wyżywienie czterech dusz". Kilka lat później Stanisława Ladecka, osiemnastoletnia robotnica fabryczna z ulicy Średniej, nagle zachorowała w swoim mieszkaniu. Lekarz pogotowia po przybyciu na miejsce stwierdził zgon. Na placu Szpitalnym numer 7 Śliwka Rozalia, lat dwadzieścia pięć, w kłótni ze współlokatorem została przez tegoż pobita i poraniona w głowę. W marcu 1900 roku Ryfka Srebrnagóra i Franciszka Grosman, dwie nastoletnie robotnice fabryki Grohmana, zostały poturbowane przez spadający gzyms, który oderwał się z zaniedbanej kamienicy. Na ulicy Długiej krwotoku z nieznanych przyczyn (miesiączka? ciąża?) dostała szesnastoletnia robotnica fabryczna oznaczona wyłącznie inicjałami T.S., zamieszkała przy ulicy Nowoaleksandryjskiej. Seweryna Zamość straciła przytomność w drodze do domu na Bałutach. Równie nagle zasłabły i straciły przytomność Bronisława Adamska, lat dwadzieścia pięć, przy pracy i trzynastoletnia Perła Hanemasz na ulicy Spacerowej. Po udzieleniu pomocy lekarz pogotowia pozostawił obie chore na miejscu. Dwudziestojednoletnia Małka Palacz, była robotnica fabryczna, pozostająca bez mieszkania i zajęcia, dostała bardzo silnego "kurczu żołądka". Po udzieleniu jej doraźnej pomocy przez lekarzy pogotowia odwieziono ją do Szpitala Świętego Aleksandra w stanie "groźnym dla zdrowia".
Po pobieżnym przejrzeniu kilku roczników (na szczęście wszystkie są zeskanowane i dostępne w łódzkiej bibliotece wojewódzkiej) orientuję się, że "niebezpieczne zasłabnięcia" i "ogólne osłabienie" spowodowane były na ogół wycieńczeniem, zatruciami i głodem. W przeciwieństwie do "podejrzanych zasłabnięć", które mogły być związane z niebezpieczeństwem epidemii cholery albo dżumy. W przypadku epidemii tworzono dla nich osobną kolumnę informacyjną.
13 listopada 1905 roku ukazała się notka pod tytułem Śmierć z nędzy: "W ubiegłą sobotę przechodnie na ul. Leszno około domu nr 30 spostrzegli kobietę leżącą na chodniku. Zawezwano do niej Pogotowie. Przybyły lekarz stwierdził już tylko śmierć". Okazało się, że umarłą była robotnica fabryczna, która od dłuższego czasu "nie płaciła za ten kąt, który jako sublokatorka zajmowała". Dwa lata wcześniej na ulicy Widzewskiej 200 Maria Niewiadomska, lat siedemnaście, robotnica fabryczna, "przez pomyłkę napiła się kwasu karbolowego. Domownicy, spostrzegłszy wijącą się z bólu dziewczynę, zawezwali Pogotowie. Lekarz zajął się na miejscu energicznym ratunkiem chorej, później zaś odwiózł ją do Szpitala św. Aleksandra". Stan zdrowia Niewiadomskiej był jednak "bardzo groźny"16.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.