Alchemia Czarnych Lodowców - Wawrzyniec Jan Dąbrowski

Kup ebooka

34.99 zł

-
Proszę czekać

Grecy

Następ­nego dnia rano obu­dzi­łem się wcze­śnie. A może obu­dził mnie alko­hol, który na­dal pul­so­wał w żyłach? Patrzy­łem długo w drew­niany sufit, który co pewien czas, w wiru­ją­cym zna­jomo tańcu, ule­gał mimo­wol­nej defor­ma­cji. Kolejne zamknię­cie powiek, chwila prze­rwy i cały pro­ces zaczy­nał się od początku. Zro­zu­mia­łem, że dal­sze próby wej­ścia w sen nie powiodą się.

Zało­ży­łem więc nie­zdar­nie wczo­raj­sze ciu­chy, zabra­łem ze stołu papie­rosy i wysze­dłem na zewnątrz. Ude­rzyła mnie fala chłod­nego, orzeź­wia­ją­cego powie­trza. Wzią­łem głę­boki wdech i ruszy­łem rześko na poranny spa­cer.

Począt­kowo patrzy­łem pod stopy, na gli­nia­stą zie­mię i zapa­da­jące się w nią buty. Omi­ja­jąc lub prze­ska­ku­jąc kolejne kałuże koloru cap­puc­cino, wspi­na­łem się wąską ścieżką na poro­śnięte trawą zbo­cze. W poło­wie drogi do linii lasu przy­sta­ną­łem i odwró­ci­łem się. Na hory­zon­cie maja­czyły kon­tury gór, głę­boko w doli­nie budził się nowy dzień: szcze­ka­nie psa, uno­szący się z komi­nów dym, stu­kot, pobrzę­ki­wa­nia... życie.

Zacią­gną­łem się głę­boko i ruszy­łem pod górę. Coś na gra­nicy łąki i lasu przy­kuło moją uwagę. Rzeźba? Pomnik? - pomy­śla­łem. Z tej odle­gło­ści trudno było oce­nić. Dopiero kiedy nieco się zbli­ży­łem, roz­po­zna­łem w tym kształ­cie męż­czy­znę. Był nagi od pasa w górę. Piersi i przed­ra­miona zdo­biły nie­wy­raźne, roz­ma­zane wie­kiem tatu­aże. Czarne, naże­lo­wane włosy były sta­ran­nie zacze­sane do tyłu. W wycią­gnię­tej ręce trzy­mał biały pla­sti­kowy kube­czek. Patrzył wprost przed sie­bie. W jego postaci zauwa­ży­łem coś szla­chet­nego. Coś, co spra­wiało, że nie­tak­tem wydało mi się wypo­wie­dze­nie banal­nego "Dzień dobry".

Na szczę­ście nie było mi dane trwać długo w nie­zręcz­nej ciszy.

- Czy widzisz te góry? - prze­mó­wił pomnik. - Czy widzisz te dostojne góry? - Bia­łym kubecz­kiem, na dnie któ­rego zako­ły­sała się prze­źro­czy­sta ciecz, wska­zał na linię hory­zontu. - Stoją tu od zawsze. W mil­cze­niu przy­glą­dają się kolej­nym obro­tom Ziemi, kolej­nym naro­dzi­nom, znoj­nym zma­ga­niom o byt. Widziały wojny, cier­pie­nia, pogromy i śmierć... Czy je widzisz?!

Poczu­łem, że ten zawie­szony w poran­nym powie­trzu znak zapy­ta­nia domaga się odpo­wie­dzi. Otwo­rzy­łem usta, ale... to nie moje słowa padły pierw­sze. Pomnik wygła­szał mono­log.

Jak dobrze - pomy­śla­łem. Wystar­czyło słu­chać.

- A my, górale, jeste­śmy ich dziećmi, jeste­śmy jak... - zawa­hał się - jak Grecy! - Choć zaszkliły mu się oczy, to reszta ciała pozo­sta­wała maje­sta­tycz­nie nie­po­ru­szona. Mówił coraz gło­śniej, tak że ostat­nie słowa były już pra­wie wykrzy­czane: - To my to wszystko stwo­rzy­li­śmy, tę kul­turę, to piękno, ten świat. Wyku­li­śmy go mło­tami naszych góral­skich serc! - Po jego policz­kach pocie­kły łzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Otwarcie

Szanse, że dotrę na czas, zmniej­szały się z każdą minutą. Czarna pępo­wina łącząca mia­sto matkę z jego mniej­szym odpo­wied­ni­kiem wła­śnie stra­ciła droż­ność. Utkną­łem na środ­ko­wym pasie w cią­gną­cym się po hory­zont sznu­rze aut. Od następ­nego węzła dają­cego szansę na ucieczkę z auto­strady dzie­liło mnie ponad dwa­dzie­ścia kilo­me­trów. Trzeba było więc posłusz­nie odstać swoje i wśród war­kotu bla­sza­nych puszek chło­nąć fru­stra­cję ludzi spóź­nio­nych tak samo jak ja i odczu­wa­ją­cych zapewne podobny ucisk w pod­brzu­szu.

Do tego wszyst­kiego jesz­cze ten lejący się z nieba żar...

Nie­któ­rzy pró­bo­wali się rato­wać, słu­cha­jąc radia. Przez otwarte okna dola­ty­wały dźwięki jakiejś sfa­bry­ko­wa­nej, być może napi­sa­nej przez naj­now­sze algo­rytmy muzyki. Inni wga­piali się w ekrany tele­fo­nów komór­ko­wych lub pro­wa­dzili roz­mowy z bli­skimi.

Zde­ner­wo­wa­nie, pośpiech, fru­stra­cja. Do tego wszyst­kiego jesz­cze jakieś nie­opi­sane znie­chę­ce­nie. Jakby wszystko było pozba­wione smaku, zapa­chu, jak­bym sam stał się maszyną podobną do samo­chodu, w któ­rym wła­śnie się goto­wa­łem.

Zupeł­nie jak żaby. Podobno kiedy wrzuci się je do gorą­cej wody, od razu wyska­kują. Jeśli jed­nak umie­ści się je w wodzie zim­nej, a dopiero póź­niej zacznie się stop­niowo zwięk­szać tem­pe­ra­turę, ugo­tują się bez naj­mniej­szej próby ucieczki.

Po co ja tam w ogóle jadę? - pomy­śla­łem. Czy naprawdę wie­rzę w sens tego spo­tka­nia? W głębi ducha prze­cież wie­dzia­łem, że będą to kolejne bez­owocne godziny. Taniec kur­tu­azji, fra­ze­sów, prze­ko­ny­wa­nia, że to, co robimy, jest sza­le­nie ważne i poży­teczne. "A Twoja obec­ność - stra­szył wymie­rzony we mnie palec wska­zu­jący - jest tam klu­czowa".

Byłem w pułapce. Nie tylko przez korek.

Zaklą­łem i ude­rzy­łem dłońmi w kie­row­nicę.

Czu­łem się jak zwie­rzę zagnane w miej­sce, w któ­rym zaraz zaczną upusz­czać mu krew. Spoj­rza­łem bez­rad­nie w bok. Na jed­nym ze słup­ków ogro­dze­nio­wych sie­dział potężny myszo­łów. Dumny, dostojny. Patrzył wprost na mnie.

- Tobie to dobrze. Jesteś wolny - wymam­ro­ta­łem pod nosem.

"A Ty?"

Ptak zerwał się do lotu spło­szony przez pod­jeż­dża­jący z dru­giej strony siatki samo­chód. Wysia­dło z niego kilku męż­czyzn ubra­nych w odbla­skowe kami­zelki, wycią­gnęli kosy spa­li­nowe. Jeden z nich pod­szedł do bramy ser­wi­so­wej i zaczął się szar­pać z kłódką.

- A ja? - powie­dzia­łem na głos i nie­spo­dzie­wa­nie włą­czy­łem prawy kie­run­kow­skaz.

Serce zaczęło mi walić jak sza­lone. Bez­błęd­nie roz­po­zna­łem uczu­cie. Atak paniki wła­śnie się roz­po­czy­nał.

Choć sąsiedni pas był cał­kiem zapchany, a auta poru­szały się w żół­wim tem­pie, skrę­ci­łem koła mak­sy­mal­nie w prawo.

- No i gdzie się, kurwa, pchasz? - rzu­cił tęgi bez­kar­ko­wiec, wysta­wia­jąc głowę przez okno.

Nie reago­wa­łem. Mia­rowo odpusz­cza­łem sprzę­gło i doda­wa­łem gazu, cen­ty­metr po cen­ty­metrze wymu­sza­jąc pierw­szeń­stwo. Szcze­lina przede mną stop­niowo się powięk­szała.

Otwar­cie na dwa palce.

- Hej! Głu­chy jesteś? - powie­dział i huk­nął wysu­niętą przez okno dło­nią w drzwi swo­jego BMW.

Samo­chód przed nim wła­śnie pod­je­chał kolejne pół metra, które od razu skrzęt­nie wyko­rzy­sta­łem. To go roz­wście­czyło. Usły­sza­łem, jak roz­ju­szony wysiada z auta. Trzask zamy­ka­nych drzwi nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści - cała fru­stra­cja wła­śnie zna­la­zła obiekt, na któ­rym mogła się sku­pić. Dosko­czył do mnie i zaj­rzał przez otwarte okno, dło­nią łapiąc już za klamkę.

- I co teraz?! - ryk­nął na cały głos, szar­piąc za drzwi.

Wci­sną­łem pedał gazu do oporu, odwró­ci­łem wolno głowę i spoj­rza­łem mu w oczy. Następ­nie dziw­nie spo­kojny zdją­łem nogę ze sprzę­gła.

Pełne otwar­cie.

Wgnio­tło mnie w fotel. Usły­sza­łem, jak ocie­ra­jące się o sąsiedni samo­chód drzwi zamy­kają się z trza­skiem. Kop był na tyle silny, by prze­pchnąć sto­jące przede mną auto o kolejne pół metra, czyli dokład­nie o tyle, ile wystar­czyło, by się prze­śli­znąć. Wypa­dłem z impe­tem z jezdni, a następ­nie usły­sza­łem cięż­kie stęk­nię­cie pra­cu­ją­cego zawie­sze­nia, gdy samo­chód prze­ła­my­wał się przez głę­boki rów. Wpa­tru­jąc się w otwie­raną przez pra­cow­ni­ków bramę, nie odpusz­cza­łem gazu. Mignęły mi tylko ich prze­ra­żone twa­rze, kiedy w popło­chu odska­ki­wali na bok.

Wypa­dłem na boczną drogę bie­gnącą rów­no­le­gle do auto­strady. Jecha­łem ślepo przed sie­bie, wybie­ra­jąc kolejne skręty i roz­wi­dle­nia na chy­bił tra­fił. Ktoś wyłą­czył mi mózg, pozo­sta­wiw­szy jedy­nie zwie­rzęcą wolę. Pod wpły­wem nagłego wstrząsu wyrwa­łem się ze swo­jej dotych­cza­so­wej orbity niczym krą­żący w kosmo­sie obiekt.

Dal­sze obli­cze­nia były bez­ce­lowe.

Tra­jek­to­ria lotu stała się nie­prze­wi­dy­walna.

Kawa

Zapo­wiedź wio­sny zawsze robi bała­gan. To napeł­nia nadzieją odro­dze­nia, to znów stra­szy wszel­kimi odcie­niami sza­ro­ści i pod­skór­nym nie­po­ko­jem. Jakby olbrzy­mie waha­dło, docie­ra­jąc do miej­sca mak­sy­mal­nego wychy­le­nia, tra­ciło tempo, zwal­niało, by osta­tecz­nie na krótką chwilę się tu zatrzy­mać. W owym punk­cie tkwi nie­wy­po­wie­dziana inten­syw­ność, poten­cjał zwrotu kie­runku. W wewnętrz­nym kra­jo­bra­zie są one pra­wie nie do znie­sie­nia. Chcia­łoby się ten pro­ces przy­spie­szyć, powie­dzieć: "No już, bła­gam! Niech to się wresz­cie prze­to­czy!".

Ale nikt nie ma takiej wła­dzy.

Na szczę­ście.

???

Naci­sną­łem przy­cisk i po krót­kiej chwili czarny płyn zaczął sączyć się z małych dysz. Zna­jomy zapach wnik­nął przez noz­drza i krę­tymi kana­łami dotarł do mózgu, napeł­nia­jąc go przy­jem­nym spo­ko­jem. Cze­ka­łem. Espresso zde­cy­do­wa­nie za szybko znika, a kawa okre­ślana jako mała jest zde­cy­do­wa­nie za słaba. Pil­no­wa­łem zatem, by zabrać kubek mniej wię­cej w poło­wie całego pro­cesu. W ten spo­sób uda­wało mi się osią­gnąć ide­alne pro­por­cje. Wstrzy­ma­łem oddech. Ciem­no­brą­zowa ciecz zmie­niała wła­śnie kolor na jasno­be­żowy.

- Ary­sto­krata! - rzu­cił z szy­der­czym uśmie­chem, aku­rat kiedy zaczy­na­łem cofać dłoń. Poczu­łem, jak gorący płyn ścieka mi po pal­cach.

- Cho­lera, Harry! - syk­ną­łem, a jakaś kobieta zmie­rzyła mnie zde­gu­sto­wa­nym wzro­kiem. - Zawsze musisz to robić?

- Robić co?

- Nie­ważne! - mach­ną­łem ręką. - Chodźmy!

- Cze­kaj, cze­kaj! - Harry przy­ło­żył dwa palce do ust i pod­niósł z uśmie­chem prawą brew.

???

Sta­li­śmy na zaple­czu sta­cji pod wąskim dasz­kiem i patrzy­li­śmy na gęsto pada­jący deszcz. Było zimno i szaro. Dokład­nie tak, jak powinno być, kiedy nowa pora roku poka­zuje, na co ją stać. I gdyby tylko nie ten rytuał, odmie­rzany kil­koma cen­ty­me­trami zwi­nię­tej bibułki, przy­po­mi­na­li­by­śmy dwa bez­pań­skie psy. Zresztą nawet z papie­ro­sami w ustach wła­śnie tak teraz wyglą­da­li­śmy.

Marzec był niczym ude­rze­nie w mosiężny dzwo­nek. Przy­niósł zmianę. Jego wibru­jący dźwięk dotarł do odle­głych zauł­ków świa­do­mo­ści i wyszep­tał trzy­krot­nie nasze imiona. Poczu­li­śmy wtedy, jak z us?pionych zima? nasion zacze?ły kiełkowac? nowe che?ci. Pie?ły sie? nie­stru­dze­nie ku go?rze, prze­bi­jały przez poczerniała? od mrozu ziemie? i wysta­wiały juz? swoje zie­lone, s?limaczo zwinie?te gło?wki na powierzchnie?.

Prze­było sie? więc wresz­cie ten nieskon?czenie mar­twy dystans, tę droge? widmo - od końca do początku.

Zaczy­nało sie? znowu chciec?.

Zaczy­nało sie? znowu z?yc?.

Znów się zaczy­nało.

Gnało nas na pery­fe­ria, na rubieże, ku kre­som. Prze­czu­wa­li­śmy, że poza orbi­tami roz­pę­dzo­nych miast musi prze­cież ist­nieć jakiś zupeł­nie inny wymiar. I teraz, wła­śnie teraz, potrzeba spraw­dze­nia tego stała się sil­niej­sza od całej reszty. Byli­śmy gotowi na wszystko! Chcie­li­śmy wło­żyć palec w ranę życia, poczuć ból, poczuć przy­jem­ność, poczuć cokol­wiek, co wyrwa­łoby nas z tego stanu nie­zno­śnej byle­ja­ko­ści. Ucie­ka­li­śmy z raju, który nie­po­strze­że­nie stał się dla nas zde­cy­do­wa­nie za cia­sny.

Rów­no­le­gle dzia­łała na nas siła o odwrot­nym kie­runku. Byli­śmy niczym malut­kie opiłki żelaza przy­cią­gane przez olbrzymi magnes. Jakby coś nie­ustan­nie nas wołało, wska­zy­wało drogę, wytwa­rzało próż­nię, w którą byli­śmy zasy­sani.

Osta­tecz­nie trudno było stwier­dzić, czy zmie­rzamy od czy do.

???

Przy­glą­da­łem się Harry'emu, który z lekko odchy­loną głową to zer­kał na kapiący z daszku deszcz, to wpa­try­wał się w bli­żej nie­okre­śloną dal. Póź­niej, długo po tym, gdy już znik­nął, pomy­śla­łem, że musiał się wtedy przy­glą­dać chmu­rom. Zawsze go fascy­no­wały. Pamię­tam, jak pew­nego razu odwró­cił się do mnie i z dzie­cię­cym zachwy­tem wska­zał pal­cem na niebo. Powie­dział: "Zobacz! A to prze­cież tylko woda". Teraz trwał jed­nak w jakimś nie­na­tu­ral­nym bez­ru­chu i tylko jego głę­boko osa­dzone, lekko zaczer­wie­nione oczy zmie­niały od czasu do czasu obiekt zain­te­re­so­wa­nia. Jasne, pra­wie białe włosy zało­żone z jed­nej strony za ucho, z dru­giej zwi­sały swo­bod­nie niczym roz­pusz­czona koń­ska grzywa. W ogóle miał w sobie coś z konia. Wyraź­nie zary­so­waną szczękę, odro­binę wklę­słe policzki i duże usta. Poro­śnięta kil­ku­dnio­wym zaro­stem twarz, wyrzeź­biona w spo­sób zde­cy­do­wany i kon­se­kwentny, nie pozo­sta­wiała miej­sca na dwu­znacz­no­ści. Tylko brwi miał nie­ty­powe, jakby kwa­dra­towe, ot, dwie poziome kre­ski nie­two­rzące łuków. Kiedy je marsz­czył i łypał spod nich, przy­po­mi­nał sro­giego kapi­tana kutra rybac­kiego.

Popiół z papie­rosa miał już dobre kilka cen­ty­me­trów. Osią­gnął punkt kry­tyczny i runął w dół. To go wyrwało z zadumy. Poki­wał głową, mruk­nął coś pod nosem, a potem powie­dział:

- Tak to jest, tak to wła­śnie jest, panie kolego!

Spoj­rza­łem na niego pyta­jąco, od razu kar­cąc się za to w myślach. Prze­cież to wła­śnie go karmi, tym się żywi. Harry cisnął peta w kałużę przed sobą i ruszył w stronę samo­chodu.

Czarne psy

Weszli­śmy po sta­rych scho­dach z potęż­nymi porę­czami na pierw­sze pię­tro. Było cicho i uro­czy­ście w ten cha­rak­te­ry­styczny, biblio­teczny spo­sób. Idąc dłu­gim kory­ta­rzem, wsłu­chu­jąc się w głu­chy stu­kot butów na drew­nia­nym par­kie­cie, zaczę­li­śmy się roz­glą­dać. Późny Gomułka, wcze­sny Gie­rek. Ide­al­nie. Harry chciał coś powie­dzieć, ale powstrzy­ma­łem go, krę­cąc głową i przy­kła­da­jąc palec do ust.

Prze­kro­czy­li­śmy próg czy­telni. Wła­śnie tu wie­czo­rem miał się odbyć kon­cert. Pierw­szy w naszej tra­sie i pierw­szy, jak mie­li­śmy się wkrótce dowie­dzieć, w histo­rii tej biblio­teki.

Wszystko było już przy­go­to­wane. Na publicz­ność cze­kały usta­wione w rów­nych rząd­kach krze­sła oraz sto­li­czek z her­batą i ciast­kami. Pod­eks­cy­to­wani orga­ni­za­to­rzy gestami wska­zali miej­sce, w któ­rym miała się poja­wić scena.

Nim udało mi się otwo­rzyć usta, usły­sza­łem szy­der­cze par­sk­nię­cie Harry'ego:

- No bła­gam! Nie za grzecz­nie?!

Upo­mnia­łem go sro­gim spoj­rze­niem, choć sam nie ujął­bym tego lepiej. Pod­czas gdy zmie­szani orga­ni­za­to­rzy zaczęli tłu­ma­czyć, skąd taki wybór, Harry wyru­szył na krótki spa­cer. Prze­cha­dzał się pomię­dzy rega­łami, wodził dło­nią po grzbie­tach ksią­żek, przy­sta­wał, wycią­gał któ­rąś z nich, kart­ko­wał, by po krót­kiej chwili leni­wym kro­kiem ruszyć dalej. Był niczym różdż­karz szu­ka­jący wody. Gdy, pró­bu­jąc uspo­koić orga­ni­za­to­rów, wypo­wia­da­łem wła­śnie słowa: "Dajmy sobie, pro­szę, chwilę, by poczuć odpo­wied­nie feng shui", Harry, jakby powo­do­wany sil­nym impul­sem, zatrzy­mał się. Odczy­ta­łem opis działu znaj­du­jący się tuż nad jego głową: Geo­gra­fia.

- Tu! - wska­zał pal­cem w kie­runku ziemi.

Pra­cow­nicy biblio­teki wymie­nili zdzi­wione spoj­rze­nia, a ja bez waha­nia chwy­ci­łem dywan i jed­nym ruchem roz­wi­ną­łem go we wska­za­nym miej­scu.

- Cia­sno... klau­stro­fo­bicz­nie - nie prze­sta­jąc wymie­niać, znik­ną­łem za jed­nym z rega­łów. Po chwili, roz­su­wa­jąc książki na wyso­ko­ści żeber, wychy­li­łem się przez utwo­rzone w ten spo­sób okienko i dorzu­ci­łem: - Ide­al­nie!

???

Sie­dzie­li­śmy w nie­wiel­kim poko­iku słu­żą­cym nam za gar­de­robę.

- Sporo osób przy­szło! - rzu­cił Harry, wcią­ga­jąc na sie­bie biały T-shirt. - To co? Ostat­nie siku zro­bione? - zapy­tał, pod­cho­dząc do drzwi. - Zaczy­namy?

Scena.

By do niej dotrzeć, wpierw trzeba opu­ścić bez­pieczną przy­stań gar­de­roby i wypły­nąć na nie­znane wody. Zda­rza się jed­nak, że coś w środku nie pozwala wstać, łapie za rękaw i skomli: "Nie idź tam!". Wbrew radom Ody­se­usza trzeba wów­czas odwią­zać samego sie­bie od masztu i ruszyć dum­nie ku syre­nom. Kiedy indziej zupeł­nie na odwrót - trudno utrzy­mać lejce, powstrzy­mać fale eks­cy­ta­cji, bowiem stopy same wska­zują kie­ru­nek. Wła­śnie wtedy zaczyna się podróż wła­ściwa, która może trwać zale­d­wie parę sekund - wystar­czy zro­bić kilka kro­ków i naci­snąć klamkę. Zda­rza się jed­nak, że naj­pierw trzeba poko­nać labi­rynty cia­snych kory­ta­rzy, mean­dry festi­wa­lo­wych back­stage'ów czy wytrzy­mać trwa­jący całe wieki moment uno­szą­cej się kur­tyny.

Bez względu na odle­głość mie­rzoną w metrach to podróż pomię­dzy wymia­rami sacrum i pro­fa­num. Po wej­ściu na scenę jej gra­nice stają się w prze­dziwny spo­sób oczy­wi­ste dla wszyst­kich. Nawet gdy two­rzy ją rzu­cony na ulicę czy trawę dywan, jedy­nie nie­liczni mają odwagę go nadep­nąć. Wła­ści­wie wystar­czy­łoby przy pomocy czer­wo­nej nitki wyzna­czyć na ziemi pro­sto­kąt, by jak za dotknię­ciem różdżki prze­mie­nił się on w scenę. Biada jed­nak temu, kto uzna taki zabieg za stratę czasu! Muzyk, aktor, tan­cerz - wszy­scy potrze­bują sceny jak ryba wody. Potrze­buje jej też publika. A ta, którą zoba­czy­li­śmy tam­tego dnia przed sobą... była wyjąt­kowo tajem­ni­cza.

Zaczą­łem bez słowa przy­wi­ta­nia. Prze­cią­łem wiszące w powie­trzu wycze­ki­wa­nie leni­wym Fmaj7. Akord roz­pły­nął się po sali niczym dym z papie­rosa, po czym powoli zaczął uno­sić się w stronę sufitu. I byłby uciekł przez kratki wen­ty­la­cyjne, szpary w drzwiach, cie­niut­kie spę­ka­nia w skle­pie­niu, gdyby nie chra­pliwy dźwięk kon­tra­basu. Wypusz­czona spod pal­ców Harry'ego pryma dopa­dła ucie­ki­niera, osa­dziła go w har­mo­nii i spro­wa­dziła bez­li­to­śnie na dół. Byłem prze­ko­nany, że wszy­scy prze­śle­dzą ten pro­ces wraz z nami. Cze­ka­łem, aż odchylą głowy i odpro­wa­dzą dźwięki wzro­kiem z powro­tem na scenę. Ale nic z tego! Publicz­ność patrzyła cały czas przed sie­bie, na nas. Pozwa­la­łem więc, by nitki babiego lata spoj­rzeń stop­niowo opla­tały twarz, dło­nie, gryf gitary i, na samym końcu, nogi. Zer­k­ną­łem na Harry'ego. Z na wpół przy­mknię­tymi oczyma, pokryty od stóp do głów lep­kimi bia­łymi nićmi, wyglą­dał zupeł­nie jak zjawa. Gdy koły­sząc się, wpra­wiał je w ruch, spra­wiał wra­że­nie, jakby machał koń­ską grzywą. Póź­niej usły­sza­łem wyraźną róż­nicę w jego grze, dostrze­głem moment, kiedy żyla­ste dło­nie uzy­skały pełną nie­pod­le­głość. Wie­dzia­łem, że jest już hen, tam, w tym dziw­nym, smut­nym lesie, że biega po nim nago, spija rosę z kory drzew i roz­ma­wia z kamie­niami. Wie­dzia­łem, bo byłem tam z nim.

Z transu wybu­dził mnie tytuł kolej­nego utworu. Kiedy mia­łem już ude­rzyć w struny, usły­sza­łem zachryp­nięty głos Harry'ego:

- To będzie histo­ria psów - zaczął - które mają sierść i pod­nie­bie­nia czarne jak smoła. Nie są to psy zwy­czajne. Nie można ich spo­tkać na podwór­kach, w miesz­ka­niach ani wałę­sa­ją­cych się gdzieś przy dro­gach. Te żyją bowiem w każ­dym z nas. - Tu zmie­rzył publicz­ność wzro­kiem. - To prawda, więk­szość czasu spę­dzają na łań­cu­chach i wtedy, taaak, wtedy wszystko układa się prze­wi­dy­wal­nie. Ale kiedy taki czarny pies z łań­cu­cha się zerwie... potrafi solid­nie naba­ła­ga­nić, potrafi wywró­cić życie na lewą stronę. Na próżno wtedy przy­wo­ły­wa­nia i komendy. Nie obej­rzy się! Bie­gnie przed sie­bie, na oślep, w gorączce, bo wresz­cie może, bo wresz­cie... jest wolny.

Spoj­rza­łem na niego, wydą­łem usta i poki­wa­łem głową w geście uzna­nia. Ale Harry nie zwró­cił na to uwagi. Uniósł za to wska­zu­jący palec i dodał:

- Jeśli ktoś z Was - tu łyp­nął na mnie spod kwa­dra­to­wych brwi - myśli, że takiego psa w sobie nie ma... niech tylko poczeka, aż ten zerwie się z łań­cu­cha!

Na chwilę zamar­łem. Przez uła­mek sekundy mia­łem wra­że­nie, że jego słowa zmie­rzają dokład­nie w to miej­sce, w które nie chcia­łem, by tra­fiły. Jakby Harry miał szcze­gó­łową mapę mojego wnę­trza, przy­naj­mniej tej jego czę­ści, któ­rej cał­ko­wi­cie nie zna­łem. Wga­pia­łem się w jego unie­siony palec i patrzy­łem, jak wszystko inne pochła­niała głę­boka czerń.

Z końca kory­ta­rza dobiegł szum czar­nych skrzy­deł.

Serce pod­sko­czyło do gar­dła.

Nie­spo­dzie­wa­nie star­sza pani z pierw­szego rzędu wybuch­nęła nie­po­ha­mo­wa­nym chi­cho­tem. Zakry­wa­jąc dło­nią usta, sta­rała się go powstrzy­mać - na próżno. Tamy puściły. To zdjęło zły czar! Powró­ciły kolory i pełne pole widze­nia. Wszy­scy, włą­cza­jąc w to Harry'ego, gło­śno się śmiali. Dystans pomię­dzy sceną a widow­nią znik­nął. Tylko ja sta­łem wciąż nie­ru­chomy, blady, z tłu­ką­cym się ser­cem.

Przez resztę kon­certu towa­rzy­szyło nam poma­rań­czowe świa­tło reflek­tora pada­jące od strony okien. Było tym inten­syw­niej­sze, im ciem­niej robiło się na zewnątrz. Nie mogłem się pozbyć wra­że­nia, że uczest­ni­czymy w naj­dłuż­szym, prze­czą­cym pra­wom astro­no­mii zacho­dzie słońca.

Dopiero gło­śne brawa, niczym odle­gły dźwięk budzika, przy­wo­łały nas z powro­tem. Minęły 64 minuty. Odło­ży­li­śmy instru­menty i pode­szli­śmy do kra­wę­dzi sceny. Usły­sza­łem, jak Harry liczy pod nosem: "raz, dwa...", i na trzy nisko się ukło­ni­li­śmy. Kiedy ocie­ra­łem dło­nią spo­coną twarz, poczu­łem zna­jomy aro­mat.

Palce wciąż pach­niały poranną kawą.