Wstęp
Ależ ona jest wielka! Patrzyliśmy na mapę Alaski i nie wiedzieliśmy, od której strony ją ugryźć. To tylko jeden ze stanów USA, ale pięć i pół razy większy od Polski. Alaska była naszym marzeniem od chwili, gdy poznaliśmy piękno surowego klimatu północy: Norwegię, Finlandię i Islandię. Ale od zawsze wydawała się nam niedostępna: zbyt daleka, zbyt dzika, zbyt obca. Co nas w końcu skłoniło do zaplanowania wyjazdu do najodleglejszej części Stanów Zjednoczonych? Właśnie to, że jest tak daleka, tak dzika i tak obca...
Po zakochaniu się w Kanadzie i przyrzeczeniu sobie, że do niej jeszcze wrócimy, pierwotny pomysł wyprawy wyglądał dość prosto: dotrzemy samolotem do Calgary w czasie, gdy jest tam Stampede; zagłębimy się na jeden dzień w świecie rodeo, a później pojedziemy na północny zachód, przez Albertę, Kolumbię Brytyjską i Jukon aż do Alaski. Alaska miała być tylko fragmentem podróży, nawet nie najdłuższym. Okazało się, że ten prosty plan nie jest wcale taki prosty, bo nie znaleźliśmy nikogo, kto wypożyczyłby nam samochód w Calgary i odebrał go sobie w Anchorage na Alasce.
Patrząc realnie - w sumie nic dziwnego...
W tym miejscu chcielibyśmy bardzo podziękować wszystkim kanadyjskim i amerykańskim firmom wypożyczającym samochody za to, że nie pozwoliły nam zrealizować pierwotnego planu. Uprzejmie Wam dziękujemy, bo to dzięki Wam (mimo, że niektórzy z Was się nawet starali) Alaska stała się głównym celem naszej wyprawy. Spędziliśmy na niej ponad trzy tygodnie i były to trzy tygodnie, których nie zapomnimy do końca życia, i które dzień po dniu postaramy się Wam tu opisać, oddając w Wasze ręce gotową trasę na wyprawę po alaskańskich bezdrożach.
Nauczeni doświadczeniem dwóch poprzednich wypraw na amerykański kontynent postanowiliśmy pójść w ślady lokalnych turystów i wynająć kamper. Zawsze o tym marzyliśmy, a widok okazałych kamperów, które mijały nas na amerykańskich drogach podczas poprzednich podróży jeszcze to marzenie spotęgował. I tak, pełni obaw, czy damy radę prowadzić i obsługiwać kamper, ale jednocześnie na tyle zmotywowani i zdeterminowani, żeby obawy te pokonać, wynajęliśmy kampera.
Krok ten okazał się strzałem w dziesiątkę, do tego stopnia, że żałowaliśmy, że wcześniej się na niego nie zdecydowaliśmy. No cóż, żałowaliśmy, że wcześniej na to nie wpadliśmy, ale cieszyliśmy się, że odważyliśmy się na to tym razem. Tym samym, ciężka ze względu na plan, odległość, surowy klimat i pogodę, po której mogliśmy spodziewać się wszystkiego, podróż okazała się dużo łatwiejsza w kamperze niż byłaby gdybyśmy wynajęli samochód. Za kamperem przemawiało jeszcze coś. Świetnie przygotowana infrastruktura kempingowa. Pola kampingowe praktycznie na każdym kroku, szerokie miejsca postojowe przygotowane właśnie z myślą o kamperach, proste i praktycznie puste drogi, to wszystko sprawia, że kamperowanie na Alasce to prawdziwa przyjemność!
Jednocześnie, ze względu na stosunkowo niezbyt rozbudowaną infrastrukturę hotelową, jest to jeden z najpopularniejszych sposobów na zwiedzanie Alaski i Yukonu. Mieliśmy dołączyć do kamperowej społeczności i już nieprędko ją porzucić.
Wyzwaniem, poza obsługą kampera, miała być też konfrontacja z niedźwiedziami na Alasce.
Jeżeli chodzi o kampera, to na miejscu okazało się, że nie taki wilk straszny jak go malują. Po obejrzeniu godzinnego filmu instruktażowego w wypożyczalni, z której braliśmy naszego kampera, wiedzieliśmy już prawie wszystko o jego obsłudze. Reszta miała wyjść w praniu. Byliśmy podekscytowani i dumni. Nasz kamper wydawał nam się taki duży i dobrze wyposażony. I mimo, że był najmniejszy w swojej klasie, był większy od standardowego samochodu, mierzył 28 stóp i miał wszystkie potrzebne nam rzeczy. Dwa łóżka, w tym jedno duże, małżeńskie, na którym spałam z Gabi, toaletę, prysznic, kuchnię z czteropalnikową kuchenką, zlewem z ciepłą wodą, kuchenką mikrofalową, lodówką, kawiarką, lodówką turystyczną i kompletem naczyń (czajnik, garnki, patelnie, talerze, sztućce). Ponadto miał stół, dwie kanapy, masę szafek i schowków na rzeczy. Mieliśmy własny agregat i ogrzewanie, w oknach moskitiery i jako dodatkowe wyposażenie składane, turystyczne krzesełka, które rozkładaliśmy wieczorami w pobliżu kampera i siedzieliśmy do późna, czytając, studiując mapę i popijając lemoniadę.
Generalnie w USA przenocować kamperem można w każdym miejscu znajdującym się na terenie lasów i pól należących do państwa (National Forests & Grasslands). Na Alasce oznacza to, że można biwakować niemal wszędzie byle tylko zachować odległość przynajmniej 50 metrów od najbliższej drogi, torów kolejowych, czy oficjalnych kampingów (pomijając oczywiście oznaczone tereny prywatne). W bardziej popularnych miejscach dystans ten trzeba czasem zwiększyć do 800 metrów. Kamperowanie na dziko ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony wolność ograniczona jedynie pojemnością zbiornika na czarną i szarą wodę i zapasem wody pitnej (ich pojemność pozwalała nam na 3 dni życia na dziko, bez wizyty na kempingu), z drugiej zaś, brak kontaktu z drugim człowiekiem a wręcz ze światem (wi-fi dostępne jest z reguły tylko na kempingach), ale czyż nie o to w tym wszystkim chodzi?
(jakoś na innym tle, jako ciekawostko-porada)
Amerykański kemping dla kamperów nazywany jest najczęściej RV Park (kamper to po ang. recreational vehice albo motorhome). Zatrzymując się na noc kamperem, możemy wybrać jedną z kilku dostępnych opcji:
- full hookup - na wykupionym miejscu znajdziesz podłączenie do prądu, wody pitnej i ścieków, jesteś w pełni samowystarczalny,
- partial hookup - podłączysz się pod prąd i wodę, ścieki będziesz musiał zrzucać w wyznaczonym miejscu (dump station),
- dry spot - puste miejsce, musisz mieć zapas wody pitnej, pusty bak na ścieki, a prąd czerpać z agregatora.
W zależności od tego, czym jeżdzisz musisz jeszcze wybrać miejsce, na którym uda ci się zaparkować:
- back-in - masz kampera i znasz się na rzeczy - wjeżdżasz na wyznaczone miejsce tyłem
- pull-thru - masz podpiętą przyczepę, bardzo długiego kampera lub kampera standardowych rozmiarów, którym jeździsz dopiero od 10 minut - wjeżdżasz na miejsce przodem i wyjeżdżasz drugą stroną, także przodem (tzw. miejsce przelotowe).
Wielokrotnie korzystaliśmy też z kempingów bezobsługowych, czyli takich na których nie było żywej duszy z obsługi, a informację o tym, gdzie możemy się zatrzymać i w jaki sposób rano zapłacić dostawaliśmy mailem, smsem lub w kopercie powieszonej na płocie kempingu. Aby zapłacić musieliśmy po prostu wrzucić odpowiednią sumę do koperty, napisać na niej, za które miejsce płacimy, a kopertę wrzucić do skrzynki.
Niemniej jednak, mimo, że jest to dozwolone na Alasce nie rozbijaliśmy się na dziko i zawsze na noc staraliśmy się zjeżdżać na kemping. Po pierwsze dlatego, że chcieliśmy pointegrować się trochę z lokalną społecznością i innymi turystami, podłączyć się do Internetu, który prawie zawsze był dostępny w formie sieci bezprzewodowej na kempingowej recepcji lub w jej pobliżu i wreszcie z obawy przed niedźwiedziami. A obawa ta nie była nieuzasadniona... Może gdybyśmy pierwszego dnia nie doświadczyli i nie zobaczyli tego, co doświadczyliśmy i zobaczyliśmy, to nie ciągnęlibyśmy tak bardzo do cywilizacji w postaci ogrodzonego i strzeżonego przez kogoś kempingu. Może wówczas częściej rozbijalibyśmy się na dziko, czyli w miejscach do tego przeznaczonych, ale bez ponoszenia jakichkolwiek opłat z tego tytułu i bez kempingowych udogodnień. Może...
Fakty były jednak takie, że już pierwszego dnia po wylądowaniu zobaczyliśmy na parkingu niedźwiedzia atakującego samochód osobowy w poszukiwaniu jedzenia, który następnie został zastrzelony niemalże na naszych oczach przez strażnika parku. Było to najbardziej nieoczekiwane i spektakularne otwarcie wakacji ever. Czegoś takiego się nie spodziewaliśmy i nie wyobrażaliśmy sobie nawet w najśmielszych snach o Alasce. A nie było to przecież jakieś odludne miejsce. Ot parking za miastem, z którego prowadził szlak na górkę, na którą chcieliśmy wejść, żeby zobaczyć panoramę Anchorage. Trzymał nas jeszcze jetlag, więc wstaliśmy skoro świt i traf chciał, że przyjechaliśmy na ów parking bardzo wcześnie, praktycznie przed wszystkimi. No poza jedną panią, która przyjechała tu przed nami i nieopatrznie przed wyjściem na szlak zostawiła w samochodzie na przednim siedzeniu pasażera plecak z jedzeniem. Nie trzeba było długo czekać. Jak zajechaliśmy na parking to auto było już zdobyte, porysowane drzwi, wybita szyba od strony kierowcy, pęknięta przednia szyba i sforsowany plecak z kanapkami. A miś siedział na środku parkingu i zajadał. Początkowo nie wierzyliśmy własnym oczom. Obserwowaliśmy wszystko z auta, z bezpiecznej odległości. Po jakimś czasie zaczęli zjeżdżać się ludzie. Widać było, że część z nich to lokalni mieszkańcy, którzy przyjechali na spacer z psami. Wiedzieli co robić. Zadzwonili po rangera. Miś na widok ludzi schował się ze swoją zdobyczą w krzaki. Strażnik wyjął strzeblę i poszedł za nim. Odjechaliśmy. Nie chcieliśmy, żeby Gabi to widziała. Strzał słychać było z daleka. Jak wróciliśmy na parking po jakimś czasie, zdeterminowani, żeby wejść na tę górę, to truchło niedźwiedzia było już pakowane na kipę pick-upa rangera. Na własne oczy przekonaliśmy się, że fed bear is a dead bear (nakarmiony niedźwiedź to martwy niedźwiedź), i zrozumieliśmy dlaczego Alaskanie tak dbają o to, żeby niedźwiedzie nie podchodziły pod ich domostwa. Kosze na śmieci są metalowe, zamykane na kłódkę. Na kempingach obowiązuje zakaz wyrzucania śmieci po godzinie 21.00. Na parkingach w parkach stoją specjalne metalowe kontenery, do których przed wyjściem na szlak należy schować wszelką żywność przewożoną w samochodzie. No i wszędzie ostrzeżenia, tabliczki informacyjne, zakazy, nakazy, instrukcje jak zachować się w razie spotkania z niedźwiedziem. Aby uniknąć kontaktu z misiem należy przede wszystkim być głośno. Wszelkie chodzenie po górach z dzwoneczkami, głośne rozmawianie i klaskanie jest mile wskazane. My mieliśmy naszego prywatnego odstraszyciela niedźwiedzi czyli Gabi, której nie dość, że buzia się nie zamykała, to jeszcze gadała i śpiewała tak głośno, że nie mieliśmy szans na żadne przypadkowe oko w oko z niedźwiedziem. Poza tym, dostaliśmy na wyposażeniu kampera spray na niedźwiedzie, którego na szczęście nie użyliśmy i nie wiem nawet czy gdyby przyszło co do czego, to umielibyśmy go użyć, ale nosiliśmy go w kieszeni spodni dla większego komfortu psychicznego i poczucia bezpieczeństwa, głównie mojego. Gabi nie zdawała sobie z niczego sprawy, a Arek jak zwykle był przekonany, że żadnego niedźwiedzia nie spotkamy. Spotkaliśmy. Ponad czterdzieści. W parku narodowym Brooke Falls, do którego polecieliśmy specjalnie po to, by je pooglądać i sfotografować jak prosto do pyska łapią łososie płynące w górę rzeki na tarło. To tam ukończyliśmy szkołę dla niedźwiedzi czyli szkolenie z zachowania się w parku pełnym niedźwiedzi, w którym to my jesteśmy intruzami, bo one są przecież u siebie. Bo jak inaczej nazwać alaskańską wilderness, do której można dostać się tylko wodolotem, który ląduje na środku jeziora i dobija do plaży, za którą jest już tylko ściana lasu - królestwo i ostoja niedźwiedzia grizzly. Jest tam kilka zabudowań, w których mieszkają i urzędują strażnicy parku, wycięci niczym z kreskówki o Misiu Yogi. I nic poza tym. Znaczy się nic poza setkami niedźwiedzi, dla których jest to naturalne środowisko. Rodzą się tam, umierają, walczą o przywództwo, zagryzają młode. Wszystko poza kontrolą człowieka. Spędziliśmy tam niecałe cztery godziny. W tym czasie pochodziliśmy trochę po wyznaczonych i patrolowanych przez strażników ścieżkach, poobserwowaliśmy je z platformy widokowej nad rzeką i wodospadem, porobiliśmy zdjęcia godne National Geographic i z łączną liczbą czterdziestu zobaczonych niedźwiedzi, w tym matki z trójką młodych, wróciliśmy do cywilizacji, o ile można tak nazwać pozostałą część Alaski i Yukonu.
Niedźwiedzią przygodę na Alasce i w Yukonie traktujemy do dziś jako lekcję przyrody, symbiozy, i wspólnego egzystowania ludzi i dzikich zwierząt, lekcję, której żadna szkoła nie nauczy tak dobrze, jak życie i doświadczenie.
Ale na początku trzeba było bardzo wcześnie wstać...
Niedźwiedź
Biorąc pod uwagę dziesięciogodzinną różnicę czasu, to obudziliśmy się
zaskakująco późno, gdzieś około 5 nad ranem. O 7 mieliśmy jedno z najdziwniejszych śniadań w historii. Właścicielka, kobieta w średnim
wieku, przyrządziła (tylko dla nas) smażone, słodkie tosty z cukrem
pudrem, a do tego... kiełbaski w stylu polskich kotletów mielonych i jajka. Na szczęście były też płatki i jogurt dla Gabi, więc jakoś
daliśmy radę. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę o Alasce, o tym, skąd
jesteśmy, co chcemy zobaczyć. Pożegnaliśmy się ciepło i ruszyliśmy na
podbój dzikiej krainy.
Pierwszym przystankiem był Flattop Mountain, górujący nad miastem
płaskowyż, z którego rozpoczyna się kilka szlaków górskich. Widoki
stamtąd miały być wyjątkowe, ale nie spodziewaliśmy się zupełnie tego,
co zastaliśmy... Wjechaliśmy na spory parking, na którym stały zaledwie
trzy samochody (wciąż był wczesny ranek). Rozglądałem się, gdzie
najlepiej zaparkować, gdy nagle Lila krzyknęła: "Niedźwiedź!".
Niedźwiedź? Tak blisko miasta? Ale okazało się, że rzeczywiście! Obok
stojącego na środku parkingu samochodu siedział niedźwiedź, a w łapach
trzymał... plecak. I uporczywie próbował coś z niego wyciągnąć.
Siedzieliśmy w aucie około 20 metrów od tego przedstawienia i oczywiście
ani myśleliśmy wysiąść. Po drugiej stronie parkingu grupa może pięciu
osób także przyglądała się wysiłkom misia. Co chwila podjeżdżały kolejne
samochody. Ich kierowcy i pasażerowie byli nie mniej zdziwieni od nas.
Na szczęście niedźwiedź nie wykazywał żadnego zainteresowania coraz
liczniej zbierającymi się ludźmi, dobrał się już do jakiegoś smakołyku
zawiniętego w biały papier - może jakiejś kanapki - i spokojnie go
pałaszował.
Wszystko trwało około pół godziny. Po tym czasie na parkingu pojawił się
park ranger, czyli umundurowany strażnik leśny. Niedźwiedź jakby
wyczuł kłopoty, wziął resztę przekąski i schował się w krzakach obok
parkingu. Strażnik wykonał jedną rozmowę telefoniczną, a następnie
wszedł z bronią w ręku w krzaki. Odjechaliśmy z obawy przed tym, co
miało nastąpić. Z oddali słyszeliśmy trzy strzały. Po powrocie na parking widzieliśmy, jak strażnik z kilkoma gapiami wrzucał truchło
niedźwiedzia na pakę pick-upa, po czym odjechał.
Jeszcze przez jakiś czas nie mogliśmy uwierzyć w to, co się właśnie
wydarzyło na naszych oczach. Obejrzeliśmy pechowy samochód, z którego
miś wyciągnął plecak. Był mocno zniszczony, popękane szyby przednia i tylna, wybita szyba od strony kierowcy, wszędzie wgniecenia i rysy od
pazurów. Niedźwiedź - mimo że był to czarny baribal, do tego niezbyt
duży - miał niebywałą siłę.
Taką przygodą przywitała nas Alaska. Przeszliśmy się jeszcze zgodnie z planem po okolicy. Widoki rzeczywiście zapierały dech w piersiach.
Tego dnia pojechaliśmy jeszcze do doliny Eagle River, gdzie spacerowaliśmy po jeszcze piękniejszej okolicy, wśród gór, jezior, wodospadów i lasów. Jednak poranne doświadczenie spowodowało, że czuliśmy się na
szlaku niezbyt pewnie. Dopiero powrót do centrum Anchorage sprawił, że
zapomnieliśmy na chwilę o niedźwiedziach.
Niedźwiedź, jego zdobycz i zniszczony samochód, Anchorage
Anchorage okazało się zaskakująco przyjaznym miejscem, może też dlatego,
że pogoda była wyjątkowo
niealaskańska - pełne słońce i ponad 20 stopni Celsjusza. Zobaczyliśmy
kilka ważnych miejsc, zjedliśmy obiad w w popularnym barze F Street
Station przy jednej z głównych ulic i ruszyliśmy z powrotem na lotnisko, aby oddać nasz jednodniowy samochód.
Stamtąd odebrał nas kierowca niewielkiego busa i zawiózł w zupełnie
inną, południową część miasta.
To tam właśnie mieliśmy wypożyczyć naszego pierwszego w życiu kampera!
Wszystko odbyło się niezwykle sprawnie. Zgłosiliśmy się na recepcji,
zobaczyliśmy na elektronicznej tablicy, że zostaniemy obsłużeni za 10
minut, pokazaliśmy paszporty i prawo jazdy, podpisaliśmy umowę,
obejrzeliśmy film instruktażowy o tym, jak korzystać z tak nietypowego
samochodu, i odebraliśmy klucze. Przed samym wyjazdem podeszła do nas
turystka, która - jak się okazało - kończyła właśnie swoje wakacje na
Alasce i chciała nam przekazać kilka zbędnych już dla niej rzeczy jak
olej, ryż, patelnie i - co nas niezmiernie ucieszyło - spray przeciw
niedźwiedziom. Tak, dzień pierwszy był dniem pod znakiem niedźwiedzia.
Ruszyliśmy. Kierowanie samochodem o długości 7,5 metra, szerokości 2,5
metra i wysokości 3,3 metra jest początkowo bardzo dziwnym uczuciem.
Lekko spocony przejechałem pierwsze 1,5 km do supermarketu, w którym
zrobiliśmy duże zakupy, po czym rozpoczęliśmy nasze "Wspaniałe
alaskańskie wakacje". Tego dnia przejechaliśmy jeszcze jakieś 70
kilometrów wzdłuż południowej odnogi Zatoki Cooka i u nasady półwyspu
Kenai znaleźliśmy nasz pierwszy kemping dostosowany do domów na kółkach.
Pierwsze dotknięcie dziczy
7 milionów 200 tysięcy, zgoda, Eduard? - zapytał William H. Seward.
Zgoda, William - odpowiedział Eduard Andriejewicz Stoeckl.
Była 4 nad ranem 30 marca 1867 roku. Stoeckl był wtedy rosyjskim
ambasadorem w Stanach Zjednoczonych. Mieszkał w Waszyngtonie od 1850,
gdzie pełnił początkowo rolę chargé d'affaires. Ożenił się z Amerykanką
i nawiązał wiele przyjacielskich stosunków z amerykańskimi politykami, w tym z Williamem Sewardem. Seward był zaś amerykańskim sekretarzem stanu, czyli
odpowiednikiem ministra spraw zagranicznych. Obu zależało na szybkim
dobiciu targu. Ambasador dostał misję od cara Aleksandra II, a sekretarz
był osobiście wielkim zwolennikiem transakcji. W taki sposób dokonano
sprzedaży Alaski Amerykanom.
Wszystko zaczęło się w 1857 roku. Po bolesnej porażce Rosji z koalicją
brytyjsko-francuską w wojnie krymskiej 1853-1856, najwyżsi kremlowscy
oficjele obawiali się, że Brytyjczycy siłą zajmą Alaskę (nazywaną w Moskwie "Rosyjską Ameryką"), a armia carska nie będzie w stanie nic
zrobić. Wtedy to młodszy brat cara, książę Konstanty, rozpoczął naciski,
aby tę odległą ziemię sprzedać. Car uznał, że pomysł jest "wart rozważenia". Koło historii ruszyło. Nieoficjalne negocjacje z Amerykanami rozpoczęto bezzwłocznie, ale wojna secesyjna przekreśliła
możliwość ich szybkiego zakończenia. Po wojnie car nakazał Stoecklowi
powrót do rozmów. Pierwotnie cena oscylowała wokół 5 milionów dolarów,
ale Rosjanie uznali ją za niewystarczającą. 15 marca 1867 roku Stoeckl i Seward uzgodnili, że Alaska zostanie sprzedana za równe 7 milionów
dolarów. Jednak część przedstawicieli rządu rosyjskiego miała jeszcze
wątpliwości. Aby je rozwiać, Seward dorzucił 200 tysięcy dolarów.
Transakcja została zawarta. Oznaczało to, że kilometr kwadratowy tej
dzikiej krainy wyceniono średnio na 4,74 dolara.
Po uwzględnieniu inflacji i dzisiejszej siły nabywczej ówczesne 7,2
miliona dolarów w roku 2009 byłoby równe 106 milionom dolarów. Właśnie
w tym roku - 2009 - hiszpański klub Real Madryt kupił od Manchesteru
United portugalskiego napastnika Cristiano Ronaldo. Zapłacił za niego
równowartość 125 milionów dolarów...
Nasz pierwszy poranek w kamperze był słoneczny, ale dość chłodny i wietrzny. Szczyty okolicznych gór błyszczały śnieżnymi czapami. Wokoło
lśniły dziesiątki kamperów, większość dużo większych od naszego, jednak
teren kempingu był tak duży, że najbliższy pojazd stał dobre dwadzieścia
metrów od nas.
Po dwudziestominutowej podróży dojechaliśmy nad Portage Lake, czyli
urokliwie położonego jeziora, do którego ześlizguje się lodowiec.
Najpierw podziwialiśmy kilka niewielkich gór lodowych pływających
niedaleko brzegu, a następnie zwiedziliśmy pobliskie centrum
turystyczne.
Dalej podążaliśmy na południe przez niemal cały półwysep Kenai, najpierw
przez środek, a później jego zachodnim wybrzeżem. Półwysep jest
najchętniej odwiedzaną przez turystów częścią Alaski, przepływają wokół
niego wielkie statki wycieczkowe startujące w Seattle lub Vancouver.
Jest to też stosunkowo gęsto zaludniona część stanu. Oczywiście to
bardzo względne, bo Alaska jest nieporównywalna do niczego innego.
Przejeżdżaliśmy przez kilka niewielkich miasteczek, w których życie
toczy się zupełnie inaczej niż w Europie. W każdym znajduje się tylko
jeden dość duży sklep spożywczy, a obok często drugi sklep, tym razem z wyposażeniem dla myśliwych i wędkarzy - ostra broń, wnyki, sejfy na
strzelby i tym podobne akcesoria.
Poza miasteczkami zaobserwowaliśmy dość dużo niewielkich osad lub wręcz
pojedynczych gospodarstw, szczególnie zauważyć to można na zachodnim
wybrzeżu. Za to okolice rzeki Russian River jawiły się nam jak jedno
wielkie centrum turystyki na świeżym powietrzu, od spływów kajakowych,
poprzez rafting, po najpopularniejszy sport, jakim jest tutaj
wędkarstwo.
Zatrzymaliśmy się na jednym z licznych punktów widokowych na wybrzeżu. W dali po drugiej stronie Zatoki Cooka mieniły się olśniewające, ośnieżone
szczyty.
Obok stała para turystów. Nagle kobieta parsknęła śmiechem i rozbawiona
wyjaśniła nam, że zapytała przed chwilą męża, czy te góry to już Rosja.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Stąd do Rosji jest jeszcze ponad 1100
kilometrów. Przy okazji zdaliśmy sobie sprawę, że na terenie, w kierunku
którego patrzyliśmy - mimo że leży tam 2/3 Alaski - niemal nie ma już
osad ludzkich. To tereny wciąż niedotknięte ludzką stopą.
Po południu, zanim dotarliśmy do miejsca naszego noclegu, znaleźliśmy
zupełnie dziką i pustą plażę. Mimo że to Alaska, to spędziliśmy na niej
jakąś godzinę, biegając boso po czarnym piasku i brodząc w zimnej
wodzie. W końcu wróciliśmy do naszego domku na kółkach i udaliśmy się do
Homer, jednego z najpopularniejszych kierunków turystycznych i jedenastego co do wielkości miasta Alaski o populacji... 5000 mieszkańców.
Na południe od miasta wybudowano niemal 7-kilometrowej długości groblę i to na niej skupiają się firmy oferujące przyjezdnym niemal każdą
atrakcję. Poszliśmy zwiedzić to nad wyraz zatłoczone, jak na Alaskę,
miejsce. Sklepy z pamiątkami, restauracje, hotele, marina - to wszystko
znaleźć można przy jednej ulicy. Przy restauracjach zainteresowani mogą
z niedowierzaniem podziwiać mistrzostwo filetowania halibuta lub
przygotowanie ostryg. Po drodze odwiedziliśmy firmę, która następnego
dnia miała się nami zaopiekować. Sprawdzono nasze dane i każdego
dokładne zważono. Już nie mogliśmy się doczekać kolejnego dnia.
Grizzly w Parku Narodowym Katmai
Najwspanialsze widowisko na świecie
Park Narodowy Katmai leży około 270 kilometrów na południowy zachód od
Homer. Poza kilkoma budynkami służącymi strażnikom parku, na obszarze o powierzchni 130 na 130 kilometrów nie ma śladów działalności człowieka.
Do parku nie można dostać się ani samochodem, ani statkiem. Nie ma tam
też żadnych lotnisk, więc klasyczny samolot także odpada. Zatem jak?
Wczesnym rankiem odłączyliśmy się od naszej infrastruktury kempingowej
(prąd, woda, ścieki) i przejechaliśmy 5 kilometrów do miejsca zbiórki
nad niewielkim jeziorem. W budynku czekało już kilka osób,
które wraz z nami miały udać się na wycieczkę do parku. Przy brzegu
czekał też nasz kolejny środek transportu - niewielki, ośmioosobowy
samolot na pływakach. Przed wejściem na pokład (które nie należy do
najprostszych) kapitan zrobił nam krótkie szkolenie, które raczej
bardziej wszystkich przestraszyło, niż uspokoiło. Tam, dokąd lecimy, są
niedźwiedzie, bardzo dużo niedźwiedzi. Są wszędzie i nie unikniemy bliskich z nimi spotkań. No niby po to lecimy, ale perspektywa bliskiego
spotkania z wielkim drapieżnikiem, podczas którego naszą jedyną obroną
ma być udawanie większego, niż się naprawdę jest (poprzez podniesienie
rąk) albo głośne i pewne przemawianie do zwierzęcia (naprawdę nieważne,
co się mówi i w jakim języku), nie sprawiła, że czuliśmy się pewniej. A przecież na pokładzie mieliśmy jeszcze trzylatkę, która bardzo chciała
zobaczyć misie. Jedyną informacją, która dodała nam kurażu, była taka,
że niedźwiedzie są tak objedzone łososiami, że zupełnie nie interesują
się dziwnymi dwunożnymi istotami krążącymi wokoło. Zapięliśmy pasy,
każdy założył wielkie słuchawki (samolot ma potężny silnik i wewnątrz
jest bardzo głośno) i wystartowaliśmy. Start z jeziora jest niemal tak
samo komfortowy jak start z pasa startowego, właściwie nie odczuliśmy
różnicy. Po chwili za horyzontem zniknęło Homer i ostatnie ślady
cywilizacji. Przelatywaliśmy nad bajecznie kolorowymi terenami, na
których wciąż niepodzielnie króluje natura. Po dwóch godzinach
wylądowaliśmy na jeziorze w środku parku. Wokoło widzieliśmy tylko góry
i lasy. Samolot dopłynął do brzegu, a kapitan przywiązał go sprawnie
liną do jednego z pni. Po chwili staliśmy w kilka osób na brzegu, na
wąskiej kamienistej plaży i nie za bardzo wiedzieliśmy, co robić dalej.
Pięć metrów od
nas pięła się w górę ściana lasu, a za nią była tajemnicza kraina, w której królują niedźwiedzie. Kapitan samolotu wskazał nam ścieżkę tuż na
skraju drzew.
- Idźcie w tamtym kierunku, tam są zabudowania. Widzimy się tutaj z powrotem o 15 - pomachał nam i zajął się oględzinami maszyny.
Była 10 rano, więc mieliśmy czasu aż nadto, żeby podziwiać naturę w jej
najbardziej nieujarzmionej formie. Po drodze zauważyliśmy jeszcze trzy
inne samoloty zaparkowane nad brzegiem. Tego dnia do Katmai przyleciało zapewne około kilkudziesięciu osób. Doszliśmy do budynków. W największym mieściła się baza strażników, tam też zrobiono nam ostatni
instruktaż.
- Będziecie na terenie, na którym królują niedźwiedzie. Nie wolno się do
nich zbliżać, nie wolno mieć przy sobie żadnej żywności oprócz czystej
wody. Chodźcie w grupach, zachowujcie się głośno. Najgorsze, co możecie
zrobić, to podejść bezszelestnie do śpiącego niedźwiedzia. Zachowujcie
się tak, aby niedźwiedzie z daleka usłyszały, że idziecie. No i bawcie
się dobrze.
Schowaliśmy nasz prowiant w specjalnej szopie i ruszyliśmy ścieżką.
Jeszcze przez chwilę szliśmy wśród kilku budynków, z których jeden
okazał się restauracją, a drugi otoczoną płotem pod napięciem wiatą, pod
którą można było spożyć ostatni posiłek.
W miejscu, w którym skończyły się ślady obecności człowieka, stał
strażnik i pokazał nam, żebyśmy się cofnęli. O co chodzi? Po chwili, w odległości około 50 metrów, naszą ścieżkę przekroczyły trzy niedźwiedzie grizzly. Jeden na chwilę skierował na nas wzrok, ale najwidoczniej
nie wzbudziliśmy jego zainteresowania. O rany! Nasze pierwsze
niedźwiedzie grizzly na Alasce!
I do tego tak blisko! Gabi w nosidle na moich plecach zaczęła mnie
poganiać: - No idź tata, idź.
Po chwili strażnik życzył nam udanej wycieczki i pozwolił iść dalej. To
znaczy dokładnie w kierunku, w którym przed chwilą podążały
niedźwiedzie. Zebraliśmy się w grupę sześcioosobową i szliśmy ścieżką
przez dziki las. Co kilka metrów natrafialiśmy na kupy niedźwiedzi.
- Gabi, zobacz, kupa niedźwiedzia. Widzisz?
Przypomnieliśmy sobie, że mamy być głośno. - Kupa niedźwiedzi! - głośno,
nie do końca poprawnie krzyknęła nasza córka i pokazała na kolejny
placek przy ścieżce. - Kupa niedźwiedzi! - krzyczała co chwilę i nie
przestawała się przy tym śmiać. Ona miała frajdę, a my darmowy
"odstraszacz". Po chwili za plecami usłyszałem: "Mam tę moc, mam tę
moc...." Ciekawe, czy ten las kiedykolwiek słyszał taki repertuar.
Po drodze dwukrotnie musieliśmy się zatrzymać i chwilę poczekać, bo
ścieżkę blokował futrzasty jegomość. Po około dwóch kilometrach
dotarliśmy do drewnianej rampy zamykanej wielką furtką. Przeszliśmy
przez nią, a rampa powoli zaczęła piąć się do góry, by ostatecznie
zawisnąć jakieś dwa metry nad ziemią.
Samica grizzly polująca na łososie, Brooks Falls, Park Narodowy Katmai
Tutaj już czuliśmy się bezpiecznie. Na końcu rampy znajdowało się
rozwidlenie. Jeden mostek prowadził nad Brooks Falls, niewielki
wodospad, a drugi nad rzekę. Brooks Falls jest kulminacją każdej
wycieczki do Katmai, to nad nim kręcone są najwspanialsze filmy
opowiadające o alaskańskich niedźwiedziach. Najpierw jednak pilnująca
strażniczka wpisała nas do książki. Mieliśmy godzinę na to, żeby z niedużej, mieszczącej kilkanaście osób, drewnianej platformy postawionej
nad rzeką, tuż obok wodospadu oglądać najpiękniejszy spektakl na
świecie.
To, co zobaczyliśmy, było jednym z najniezwyklejszych doświadczeń w naszym życiu. Kilkanaście niedźwiedzi oddalonych od nas o kilka,
kilkanaście metrów przechadzało się wzdłuż rzeki, kąpało się w niej,
stawało na wystających ponad taflę wody skałach, a czasem "kłóciło" o najlepsze miejsce. A wszystko to z powodu łososi, które płynęły pod prąd
i co chwila wyskakiwały z wody, próbując pokonać około metrowej
wysokości próg wodny.
Większość niedźwiedzi siedziała poniżej wodospadu po szyję w wodzie i czekała leniwie na przepływające ryby. Nieliczne, bardziej
zdeterminowane, stawały na górze wodospadu i próbowały chwycić je w powietrzu. Udawało się to co kilka minut.
Co chwilę pod naszą platformą przechodziły olbrzymie samce. Były tak
blisko, że wydawało się, że moglibyśmy je dotknąć, gdybyśmy tylko
przełożyli rękę pomiędzy szczeblami (oczywiście nikt tego nie próbował
robić).
Godzina minęła bardzo szybko. Wróciliśmy do rozwidlenia i podążyliśmy na
drugą platformę. Tutaj już tylko we trójkę mogliśmy podziwiać igraszki
młodych niedźwiedzi w płytkiej wodzie, pogonie za rybami, zapasy małych
osiłków. Po kolejnej godzinie zeszliśmy z rampy i okazało się, że...
jesteśmy sami. Pozostali turyści albo wciąż podziwiali niedźwiedzie nad
rzeką, albo już wrócili do minicywilizacji nad jeziorem. Hmm, trochę
strach wracać dwa kilometry przez las wśród wszechobecnych niedźwiedzi.
Po chwili spotkaliśmy jedną osobę i utworzywszy trzy i pół osobową
grupę, ruszyliśmy. Wracaliśmy tą samą ścieżką, po drodze znów
natknęliśmy się na włóczące się po lesie zwierzęta. Most, który łączył
tereny zupełnie dzikie z bazą strażników parku, był przez chwilę
zamknięty z uwagi - oczywiście - na bliską obecność niedźwiedzi. Tym
razem była to matka z przeuroczym młodym.
Jeszcze kilkakrotnie widzieliśmy te zwierzęta dalej lub bliżej - w sumie
tego dnia widzieliśmy 45 niedźwiedzi. W końcu dotarliśmy do
"cywilizacji". Zjedliśmy pyszny obiad w lokalnej restauracji, Gabi
wybrała sobie pluszowego misia w minisklepiku i przyszykowaliśmy się do
powrotu. Wszystko przebiegło sprawnie i o 17 wylądowaliśmy na jeziorze
nieopodal Homer. Zdążyliśmy jeszcze zwiedzić miasteczko, a później, już
na kempingu, podziwialiśmy nad wodą zachód słońca. Był to jeden z najwspanialszych dni spośród wszystkich naszych wypraw. Gabi niestety
nie zdawała sobie chyba sprawy, jak rzadko w życiu można doświadczyć
takiego widowiska. Dla niej to była przygoda jak każda inna, jak
weekendowy spacer po gdyńskim lesie, budowanie zamku z piasku na plaży czy frajda na placu zabaw.
Ciekawe, co będzie czuć, kiedy dorośnie i przypomni sobie ten dzień
podczas przeglądania zdjęć.