Afryka to nie państwo. Pora przełamać stereotypy - Dipo Faloyin

Kup ebooka

59.90 zł
46.71 zł (46,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIĄTA

Nie ma cze­goś ta­kiego jak afry­kań­ski ak­cent, a Bi­ny­avanga Wa­ina­ina cią­gle ma ra­cję

.

A więc chcesz na­krę­cić hol­ly­wo­odzki film o Afryce?

Nie ma po­trzeby pró­bo­wać ni­czego no­wego.

Wy­bierz je­den z pię­ciu po­my­słów: I. Ty­powa eg­zo­tyczna afry­kań­ska sa­wanna jako tło dla na­sto­let­niej ko­lo­nial­nej mi­ło­ści, która w ja­kiś spo­sób in­spi­ruje chłopca ze wsi, żeby na­uczył się czy­tać. (Su­ge­ro­wany ty­tuł: Afry­kań­ska du­sza albo Od­ro­dze­nie). II. Bo­gata no­wo­jor­czanka, która "nie ma czasu na mi­łość", zo­staje zmu­szona do po­rzu­ce­nia do­brze płat­nej pracy. Jest prze­ko­nana, że musi Uciec-Od-Tego-Wszyst­kiego i wy­jeż­dża na sa­fari do Afryki, gdzie pełne wra­żeń i bodź­ców miej­skie ży­cie, do któ­rego jest przy­zwy­cza­jona, zo­staje za­stą­pione zwy­kłym ży­ciem wiej­skim. Tam spo­tyka je­dyną białą osobę, która tam mieszka, i osta­tecz­nie się w niej za­ko­chuje - w ko­le­dze Ame­ry­ka­ni­nie, który żyje po­śród Afry­ka­nów od de­kad, więc za­skar­bił so­bie sza­cu­nek tam­tej­szych lu­dzi. Do­pa­so­wa­nie się do afry­kań­skiego ży­cia po­cząt­kowo wy­maga wiel­kich wy­rze­czeń, ale dzięki po­mocy ca­łej wio­ski, która nie ma nic lep­szego do ro­boty, no­wo­jor­czanka od­krywa część sie­bie, o któ­rej ist­nie­niu ni­gdy nie miała po­ję­cia. Od­płaca się, ucząc czy­tać chło­paka ze wsi albo ra­tu­jąc ty­gry­siątko przed kłu­sow­ni­kami. (Su­ge­ro­wany ty­tuł: Dzika mi­łość albo Moja afry­kań­ska przy­goda). III. Wiej­skie dziecko mimo prze­szkód uczy się czy­tać, aby ura­to­wać swoją biedną wio­skę. Mło­dzie­niec uczy się no­cami, wy­ko­rzy­stu­jąc pro­wi­zo­ryczną lampkę skle­coną z drutu i nie­ustę­pli­wo­ści. (Su­ge­ro­wany ty­tuł: Afry­kań­skie ma­rze­nie albo Po­słu­gacz). IV. Hi­sto­ria o doj­rze­wa­niu mło­dego czło­wieka sta­ra­ją­cego się zna­leźć ba­lans mię­dzy swo­imi am­bi­cjami a tym, czego ocze­kują od niego jego przod­ko­wie. To, że umie czy­tać, nie jest bez zna­cze­nia. (Su­ge­ro­wany ty­tuł: Du­chy Afryki albo Prze­zna­cze­nie). V. Thril­ler o lu­do­bój­stwie za­gra­ża­ją­cym za­gładą wielu wio­skom, aż po­ja­wia się biały. Nie­stety sy­tu­acja jest zbyt po­ważna, żeby kto­kol­wiek mógł się na­uczyć czy­tać, ale to za­raz ulega zmia­nie, kiedy biały zga­dza się ad­op­to­wać dziecko żoł­nie­rza osie­ro­cone w wy­niku wojny, a po­tem ra­zem wra­cają do Cle­ve­land, gdzie dziecko uczy się czy­tać, więc może na­pi­sać do ONZ o pro­ble­mach swo­jego kraju. (Su­ge­ro­wany ty­tuł: Śmierć w Afryce albo Dzi­kusy).

Bez względu na fa­bułę: mu­sisz za­cząć film od uję­cia z góry, z bar­dzo wy­soka, pre­zen­tu­jąc sze­ro­kie, po­ro­śnięte trawą rów­niny, cią­gnące się tak da­leko, że da­lej już nie mogą się cią­gnąć. Niech ka­mera wisi w po­wie­trzu przez całą se­kwen­cję ty­tu­łową, pod­czas gdy na­sze oczy przy­zwy­cza­jają się do Praw­dzi­wej Afryki. Ani je­den ślad no­wo­cze­snej, tech­no­lo­gicz­nie za­awan­so­wa­nej cy­wi­li­za­cji nie po­wi­nien za­bu­rzyć wi­doku tych po­fa­lo­wa­nych rów­nin: żad­nych wy­so­kich bu­dyn­ków, as­fal­to­wych dróg czy oświe­tlo­nych bil­l­bo­ar­dów re­kla­mu­ją­cych dro­gie per­fumy.

Zie­mia. Po­win­ni­śmy po pro­stu zo­ba­czyć zie­mię.

Słońce po­winno ide­al­nie wscho­dzić, wy­zna­cza­jąc nowy dzień w tej wspa­nia­łej dżun­gli. Za­chód słońca też się nada. Do­pil­nuj tylko, żeby słońce po­ru­szało się w jedną albo drugą stronę. Praw­dziwy Afry­kań­ski Dzień nie prze­biega we­dług wska­zó­wek ze­garka ani zgod­nie z roz­kła­dem jazdy pod­miej­skich po­cią­gów. Nie jest za­kłó­cany ru­chem sa­mo­cho­do­wym czy za­nie­czysz­cze­niem świetl­nym. Afry­ka­nie mają nad­przy­ro­dzoną łącz­ność z ziem­skimi ży­wio­łami, szcze­gól­nie z zie­mią. Je­śli wy­bra­łeś opcję ze wscho­dem słońca, chcesz wy­wo­łać wra­że­nie, że na­wet związki wę­gla i atomy two­rzące na­szą pla­netę wscho­dzą wraz z nim. Zie­mia po­winna trzesz­czeć pod no­gami. Stru­myk po­wi­nien pły­nąć. Wielki ma­je­sta­tyczny ba­obab musi ma­je­sta­tycz­nie tkwić tuż przy środku ka­dru. No bo jest ma­je­sta­tyczny.

Pierw­szym dźwię­kiem, który sły­szymy, musi być pieśń śpie­wana solo ni­skim gło­sem w nie­okre­ślo­nym afry­kań­sko brzmią­cym ję­zyku. Tra­dy­cyj­nym dia­lek­tem, po jaki zwy­kle się sięga, jest su­ahili, ale dasz też radę z de­li­kat­nym, me­lo­dyj­nym za­śpie­wem zu­lu­skiego, po­wta­rza­nym w kółko. Nie po­zwól, żeby miej­sce ak­cji miało wpływ na kon­kretny ję­zyk, któ­rego uży­jesz. I bez względu na to, co zro­bisz: ab­so­lut­nie żad­nych pod­pi­sów. Treść jest bez zna­cze­nia. Twoja pu­blicz­ność au­to­ma­tycz­nie za­ak­cep­tuje słowa jako głę­bo­kie, a in­to­na­cję jako po­etycką. Do­łącz kla­ska­nie i ni­skie dud­nie­nie bęb­nów, aby nadać śpie­wowi do­dat­kową au­ten­tycz­ność. Pa­mię­taj: mu­zyka w Afryce nie zmie­niła się od wie­ków.

Już czas na zwie­rzęta ujęte w od­po­wied­nich dla nich for­mach rze­czow­ni­ków zbio­ro­wych. Zbli­że­nie na klucz pta­ków zdo­bią­cych niebo w do­sko­na­łej syn­chro­ni­za­cji ru­chu ich skrzy­deł; sze­ro­kie uję­cie stada zebr pi­ją­cych wodę u wo­do­poju, pod­czas gdy grupka ży­raf ob­jada li­ście wy­so­kich drzew za nimi. Po­dą­żajmy za sta­dem olśnie­wa­jąco ga­lo­pu­ją­cych an­ty­lop, wła­śnie roz­po­czy­na­ją­cych swoją eta­tową ro­botę od dzie­wią­tej do pią­tej, po­le­ga­jącą na by­ciu sta­dem olśnie­wa­jąco ga­lo­pu­ją­cych an­ty­lop.

Te­raz Afry­ka­nie. Pod­kręć dźwięk, po­ka­zu­jąc zmon­to­wane scenki z nor­mal­nego afry­kań­skiego ży­cia. Uję­cie: ple­mię wo­jow­ni­ków zwy­czaj­nie sto­ją­cych w peł­nym zu­lu­skim rynsz­tunku. Je­śli nie stoją, po­winni pod­ska­ki­wać. Znowu nie ma zna­cze­nia - dla­czego. Ważne jest to, że ni­gdy nie mogą zwy­czaj­nie sie­dzieć, chyba że twój za­chodni bo­ha­ter bę­dzie na­le­gał, żeby od­po­częli, a wtedy oni będą pa­trzeć na niego zmie­szani, za­nim ustą­pią. Nie da­waj im wła­snych dia­lo­gów. W końcu są sto­ic­kimi pra­daw­nymi fi­gu­rami, które za­wsze mu­szą wy­glą­dać sto­icko i pra­daw­nie. Uję­cie: afry­kań­ska wio­ska po­środku pu­styni; mo­rze brą­zo­wych fa­lo­wa­nych da­chów wień­czą­cych domy upa­ko­wane cia­sno je­den przy dru­gim, które w każ­dej chwili mogą się roz­le­cieć. Uję­cie: stara ko­bieta mie­sza coś w gi­gan­tycz­nym że­liw­nym ga­rze usta­wio­nym nad otwar­tym ogniem. Uję­cie: koza przy­wią­zana do cze­goś. Uję­cie: uśmiech­nięte dzieci, mimo wszystko bie­ga­jące po po­lach z uśmie­chem na twa­rzy. Uję­cie: dzieci bie­ga­jące po wą­skich, źle od­wod­nio­nych uli­cach. Uję­cie: bie­ga­jące dzieci.

Twój epicki film za­po­bie­ga­jący-lu­do­bój­czej-woj­nie-do­mo­wej po­wi­nien te­raz prze­sko­czyć do na­głego uję­cia dżun­gli, gdzie bez­li­to­śni afry­kań­scy bo­jow­nicy po­ru­szają się w kon­woju zło­żo­nym z sa­mo­cho­dów te­re­no­wych, od­kry­tych je­epów z na­pę­dem na cztery koła, z AK-47 w rę­kach nad gło­wami i zmie­rzają do wio­ski, którą wła­śnie miło od­ma­lo­wa­łeś.

Twój ro­man­tyczny-dra­mat-ko­lo­nialny jed­nakże po­wi­nien zna­leźć Sym­pa­tycz­nego Bry­tyj­skiego Ko­lo­nia­li­stę w ja­snym bia­łym domu po­śród bied­nego mia­steczka, w oto­cze­niu czar­nej służby z sze­ro­kimi uśmie­chami i bez żad­nych oso­bi­stych am­bi­cji. Do­daj lu­bia­nego przez wszyst­kich afry­kań­skiego mło­dego słu­żą­cego, któ­rego hu­mor zdra­dza in­te­li­gen­cję, ogra­ni­czaną przez jego smutne wy­cho­wa­nie. Z ni­gdy do­brze nie­wy­ja­śnio­nych po­wo­dów twoi słu­żący po­winni za­cząć bar­dzo po­dzi­wiać Sym­pa­tycz­nego Bry­tyj­skiego Ko­lo­nia­li­stę, dla któ­rego pra­cują, do tego stop­nia, że Sym­pa­tyczny Bry­tyj­ski Ko­lo­nia­li­sta zo­staje na­gro­dzony ho­no­ro­wym ty­tu­łem, w luź­nym tłu­ma­cze­niu brzmi on: "Je­steś Te­raz Ofi­cjal­nie Ta­kim Sa­mym Afry­ka­ni­nem Jak My". Daj so­bie czas na wy­brzmie­nie tego wszyst­kiego. Głów­nym punk­tem zwrot­nym bę­dzie chwila, kiedy Sym­pa­tyczny Bry­tyj­ski Ko­lo­nia­li­sta skarci Złego Bry­tyj­skiego Ko­lo­nia­li­stę za to, że nie jest dość sym­pa­tyczny dla swo­jej służby. Po­tem, pod wie­czór, Sym­pa­tyczny Bry­tyj­ski Ko­lo­nia­li­sta bę­dzie po­cie­szał tych słu­żą­cych, po czym słu­żący wrócą do swo­ich obo­wiąz­ków słu­żą­cych.

Twoja bo­gata no­wo­jor­czanka po­winna być za grubo ubrana, zma­gać się z upa­łem i in­sek­tami dzi­kiej afry­kań­skiej dżun­gli. Uni­kaj sub­tel­no­ści. Za­łącz żar­cik, w któ­rym sfru­stro­wana pyta ja­kie­goś zmie­sza­nego kra­jowca o drogę do naj­bliż­szego Star­bucksa. Afry­kań­czyk po­wi­nien oczy­wi­ście wy­glą­dać na zmie­sza­nego - ze­sta­wie­nie kon­sump­cjo­ni­zmu i biedy ułoży wszystko w ważną lek­cję ży­cia w póź­niej­szych se­kwen­cjach filmu. Już pierw­szego dnia no­wo­jor­czanka po­winna sta­nąć twa­rzą w twarz z dzi­kim zwie­rzem, jak to na co dzień dzieje się w ca­łej Afryce. Zo­sta­nie po­uczona, że ma się nie ru­szać, co roz­pocz­nie se­rię waż­nych od­kryć, które w swoim cza­sie do­pro­wa­dzą ją do po­wrotu do No­wego Jorku, gdy już się na­uczy, że praw­dzi­wym pro­ble­mem nie było to, że ona żyła w dżun­gli, ale to, że dżun­gla żyła w niej. Po­myśl o tym.

Twój film bę­dzie po­trze­bo­wał sło­nia. Gdzieś w któ­rymś mo­men­cie na pewno bę­dziesz go po­trze­bo­wać, może na­wet trzech. Rola sło­nia spro­wa­dza się do (choć to nie­pełny re­per­tuar): I. Wi­zu­al­nej po­mocy w uka­za­niu na­tu­ral­nej wspa­nia­ło­ści Afryki. Na­ucz two­jego sło­nia, żeby wcho­dził i wy­cho­dził z ka­dru pod­czas dia­logu dwóch po­staci. II. Naj­lep­szego przy­ja­ciela afry­kań­skiego dziecka. Zwie­rzę jako je­dyne bę­dzie je ro­zu­mieć. III. Efek­tów ko­me­dio­wych, żeby twój słoń mógł owi­nąć trąbą i pod­nieść bo­ga­tego Ame­ry­ka­nina na po­czątku jego kwe­stii "Jak ja nie zno­szę Afryki". Kiedy ten woła o po­moc, prze­nieś obiek­tyw na dwóch śmie­ją­cych się zu­lu­skich wo­jow­ni­ków. Twoja pu­blicz­ność od­ru­chowo za­chi­cho­cze, bo wcze­śniej nie wy­obra­żała so­bie, że tu­bylcy są w sta­nie dys­kret­nie za­chi­cho­tać. Jest to do­sko­nałe wpro­wa­dze­nie do sy­tu­acji, kiedy póź­niej po­jawi się słoń, aby ura­to­wać bo­ha­te­rów w chwili nie­bez­pie­czeń­stwa, dzięki czemu na­gle po­my­ślą: "Mam to. Zro­zu­mia­łem Afrykę". Pełne zro­zu­mie­nie musi za­wie­rać wie­czorną scenę, kiedy to cała wio­ska ze­brała się na tra­dy­cyjne afry­kań­skie tańce wo­kół strze­la­ją­cego ogni­ska. Gro­mada ma­łych dzieci musi po­ja­wić się zni­kąd i po­cią­gnąć za ręce bo­ha­terkę, żeby wstała i po raz pierw­szy przy­łą­czyła się do tańca. Ze śmie­chem do­strzeże spoj­rze­nie Dru­giej Bia­łej Osoby - spoj­rze­nie mó­wiące: "Mó­wi­łem ci, że Afryka jest cu­downa".

Na­dej­dzie chwila w two­jej hi­sto­rii o doj­rze­wa­niu, kiedy chło­pak wy­glą­da­jący na dwu­dzie­sto­kil­ku­latka, który chce po­dą­żać wła­sną drogą, stawi czoło de­cy­du­ją­cej o jego ży­ciu prze­szko­dzie. Żadna ziem­ska istota nie może mu po­móc. To oczy­wi­ste. Ustaw ak­tora po­środku pola, niech roz­ma­wia ze swo­imi przod­kami o zmierz­chu. Gdyby przy­pad­kiem twój bu­dżet nie po­zwa­lał ci na prze­ko­nu­jącą re­ani­ma­cję dawno-nie­ży­ją­cych-przod­ków, mo­żesz ich za­stą­pić wie­ko­wym wio­sko­wym wiesz­czem, który może mieć mię­dzy osiem­dzie­siąt a trzy­sta sie­dem­dzie­siąt lat. Naj­le­piej, żeby mę­drzec był nie­wi­domy, ale to mo­głoby być już szyte zbyt gru­bymi nićmi. W od­róż­nie­niu od la­ski, więc la­ska po­winna wy­star­czyć.

Za­znacz jego ewen­tu­alną ini­cja­cję w do­ro­słość pod­czas sta­ro­żyt­nego ry­tu­ału, ta­kiego jak walka z lwem albo wy­móg zin­ter­pre­to­wa­nia prze­po­wiedni. Zwy­kła im­preza uro­dzi­nowa na dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny to za mało.

Hi­sto­ria doj­rze­wa­nia opo­wia­da­jąca o mło­dej Afry­kance może za­wie­rać tylko jej próby unik­nię­cia za­aran­żo­wa­nego mał­żeń­stwa.

Naj­czę­ściej za­da­wane py­ta­nia:

Sala lek­cyjna: afry­kań­ska szkoła to zwy­kle wolno sto­jący, znisz­czony bu­dy­nek z su­ro­wego be­tonu, bez oświe­tle­nia i z wielką czarną ta­blicą na ścia­nie, gdzie ucznio­wie w wy­świech­ta­nych mun­dur­kach sie­dzą rzę­dami przy po­ła­ma­nych sto­łach.

Po­dróż: je­epy i dwu­oso­bowe sa­mo­loty śmi­głowe. Na­dają się do każ­dej pro­duk­cji - od dra­matu z epoki do thril­lera o lu­do­bój­stwie. La­ta­nie musi być ogra­ni­czone do wy­cie­czek kra­jo­bra­zo­wych po­nad sa­wan­nami i je­zio­rami. Je­śli twoi główni bo­ha­te­ro­wie przy­pad­kiem prze­la­tują nad ru­chliwą me­tro­po­lią z wiel­kimi cen­trami han­dlo­wymi, za­ga­lo­po­wa­łeś się i na­tych­miast mu­sisz wró­cić do Praw­dzi­wej Afryki.

Ubra­nia: ja­sno­brą­zowe khaki, ka­pe­lu­sze z sze­ro­kim ron­dem na sa­fari dla bia­łych po­staci. Bo­gaci Afry­kań­czycy ubie­rają się de­ka­dencko w mie­szankę zwie­rzę­cych na­dru­ków i tka­niny kente[7*]. Ustal osobę o naj­wyż­szym sta­tu­sie przez prze­wie­sze­nie jej przez ra­mię lwiej skóry.

Pla­kat pro­mo­cyjny: sze­ro­kie uję­cie sa­wanny, wiel­kie słońce chwie­jące się nad ho­ry­zon­tem, czę­ściowo za­sło­nięte po­je­dyn­czym ba­oba­bem. Wy­bierz je­den ele­ment, który po­jawi się przy drze­wach: I. Wielki ssak. II. Chło­piec sie­dzący na drze­wie. III. Wi­ze­runki bo­ha­te­rów wi­szące w chmu­rach. IV. Prze­ra­ża­jący bo­jow­nik wi­szący w chmu­rach.

Może jed­nak twój film nie dzieje się w Afryce, ale ma afry­kań­skich bo­ha­te­rów. Nie czuj się zo­bo­wią­zany, żeby za­trud­nić ko­goś z kon­ty­nentu. W za­mian twój ak­tor może zwy­czaj­nie za­sto­so­wać kla­syczny hol­ly­wo­odzki ak­cent: niech ob­niży głos o oktawę, z trud­no­ścią ak­cen­tuje każdą sy­labę, prze­sad­nie wy­raź­nie wy­po­wiada każde słowo, jed­no­cze­śnie mó­wiąc prze­raź­li­wie wolno. Musi to brzmieć tak, jakby afry­kań­skie ję­zyki miały aler­gię na an­giel­ski, jakby oba­wiały się, że ja­kieś za­błą­kane słowo może po­chwy­cić mro­żącą krew w ży­łach tru­ci­znę. Musi to brzmieć tak, jakby twoja po­stać była na­iwna, bez­bronna, a mimo to za­wsze nieco zbyt chętna, żeby ko­muś za­im­po­no­wać. Musi czę­sto mó­wić: "W moim kraju...", aby oka­zać prze­paść kul­tu­rową po­mię­dzy nad­mia­rem Za­chodu a pro­stą na­turą afry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa.

Afry­kań­scy uchodźcy ży­jący za gra­nicą mu­szą zo­stać oswo­jeni. Ale naj­pierw po­zwólmy im się za­dzi­wić bie­żącą wodą albo miej­scami drive-in w fast fo­odach, albo tym, jak wiel­kie są su­per­mar­kety. Ostat­nio bar­dzo ce­niony film po­ka­zuje uchodźcę, który pyta, czy w ame­ry­kań­skim mie­ście, gdzie wła­śnie za­miesz­kał wraz z in­nymi, są ja­kieś nie­bez­pieczne zwie­rzęta, ta­kie jak na przy­kład lwy. Mo­żesz spo­koj­nie po­ka­zać też ta­kiego bo­ha­tera.

Afry­kań­ski uczeń w ame­ry­kań­skim fil­mie o li­ce­ali­stach po­wi­nien być in­te­li­gentny albo bar­dzo pilny, i za­wsze za­nie­po­ko­jony tym, że główny bo­ha­ter nie uczy się na ju­trzej­szą ważną kla­sówkę. Twój afry­kań­ski uczeń musi być słodki, kul­tu­rowo nie nie­bez­pieczny i w mgnie­niu oka słu­żyć radą. "W Afryce mamy po­wie­dze­nie..." ozna­cza zwy­kle po­czą­tek końca czy­ichś kło­po­tów.

Nie może wejść do szkol­nej dru­żyny piłki noż­nej, za­nim roz­ko­ja­rzony tre­ner przy­pad­kiem nie zo­ba­czy, jak jest szybki, w zu­peł­nie in­nym kon­tek­ście. Gdy go o to za­py­tać, po­zwól two­jemu afry­kań­skiemu uczniowi od­po­wie­dzieć, że jak do­ra­stał w Afryce, mu­siał co rano ga­niać za ga­ze­lami na śnia­da­nie, bo ina­czej jego ro­dzina nie miała co jeść. Po sła­bym po­czątku w pierw­szym me­czu po­pro­szą go, żeby so­bie wy­obra­ził, że prze­ciw­nicy to ga­zele, co zmieni go w naj­lep­szego za­wod­nika na bo­isku.

W szkole twój afry­kań­ski uczeń musi zo­stać zmu­szony wbrew jego wszel­kim obiek­cjom do wyj­ścia ze swo­jego aka­de­mika, żeby wziąć udział w wiel­kiej im­pre­zie brac­twa. Gdy się po­jawi, po­wi­nien oka­zać, że ma aler­gię na roz­pa­sa­nie. Póź­niej, po tym, jak nie­chcący wy­pije ze szklanki, nie wie­dząc, co w niej jest, ka­mera po­winna od­na­leźć go sto­ją­cego na da­chu, pi­ja­nego i naj­szczę­śliw­szego w ży­ciu. "Ame­ryka jest wspa­niała!" za­woła i sko­czy do ba­senu przy aplau­zie wszyst­kich.

Na ko­niec, czy to w col­lege'u, czy w szkole śred­niej, twój afry­kań­ski uczeń po­wi­nien mieć jedną mo­ty­wa­cję: strach przed swo­imi ul­tra­re­li­gij­nymi, su­per­kon­ser­wa­tyw­nymi ro­dzi­cami, któ­rzy za­wsze są su­rowi i po­ważni, dzielą się swoją wie­dzą ży­ciową w pa­ra­bo­lach i roz­wle­kłych prze­mo­wach o wio­sce, w któ­rej wy­ro­śli, i o swoim po­świę­ce­niu.

Twoi Afry­kań­scy-Ro­dzice-Ży­jący-Za-Gra­nicą nie mogą być ni­gdy ce­lowo za­bawni albo non­sza­lancko fajni, tak jak ro­dzice in­nych uczniów w szkole. Mu­szą nie zno­sić my­śli, że ich dzieci mo­głyby do­łą­czyć do dru­żyny fut­bolu ame­ry­kań­skiego aż do ostat­niej chwili przed dniem po­wo­łań do NFL, Na­ro­do­wej Ligi Fut­bo­lo­wej. Fil­muj ich tylko wtedy, gdy no­szą stroje w "afry­kań­skich ko­lo­rach", i tylko w jed­nym z dwóch miejsc: w ko­ściele albo na scho­dach przed ich do­mem, na któ­rych cze­kają na swoje dziecko, żeby je za­py­tać: "Gdzie! Ty! By­łeś?!".

Te późne przyj­ścia będą się po­wta­rzać, aż w ra­mach kary Afry­kań­ski-Uczeń-Ży­jący-Za-Gra­nicą zo­staje wy­słany z po­wro­tem do Afryki, żeby na­uczył się tro­chę po­kory i ma­nier przez po­nowne po­łą­cze­nie się ze swo­imi ko­rze­niami. Kiedy lą­dują, słońce wscho­dzi albo za­cho­dzi. Bo: to Afryka.

*
.

Bi­ny­avanga Wa­ina­ina wie­dział, że ist­nieje róż­nica mię­dzy kra­jem a kon­ty­nen­tem.

Zmarły ke­nij­ski au­tor i ak­ty­wi­sta wie­dział, jak róż­nie są przed­sta­wiane w me­diach kraje i kon­ty­nenty, w za­leż­no­ści od tego, kto je za­miesz­kuje. Ro­zu­miał, jak trwały bywa wpływ po­wie­la­nej pro­stej hi­sto­rii, dla­tego głów­nym ce­lem swo­jej za­wo­do­wej drogi uczy­nił eli­mi­no­wa­nie re­du­ku­ją­cych opo­wia­stek za każ­dym ra­zem, kiedy na nie na­tra­fiał. Da­rem Wa­ina­iny było wy­szu­ki­wa­nie każ­dego wy­ni­ka­ją­cego z my­ślo­wego le­ni­stwa ste­reo­typu na te­mat Afryki i obrona re­gionu z pie­czo­ło­wi­to­ścią godną śled­czego - cią­gła walka, na którą za­wsze był go­towy. Wy­brana przez niego broń to roz­bra­ja­jący hu­mor, ką­śliwa sa­tyra i go­to­wość wy­ko­rzy­sta­nia wła­snego au­to­ry­tetu jako jed­nego z naj­więk­szych pi­sa­rzy tego i in­nych po­ko­leń, żeby za­chę­cić opo­wia­da­czy hi­sto­rii z kon­ty­nentu do się­ga­nia za­wsze po wła­sne hi­sto­rie, do uży­wa­nia swo­ich czysz­czą­cych szczo­tek przy od­ma­lo­wy­wa­niu bar­dziej wia­ry­god­nego por­tretu Afryki.

Kon­ty­nent - pra­gnął, żeby to do­brze wy­brzmiało - to coś wię­cej, niż nie­któ­rzy chcą w nim zo­ba­czyć. Uży­wał więc każ­dej do­stęp­nej formy, aby gło­sić tę prawdę - w ese­jach, ar­ty­ku­łach, pa­mięt­ni­kach, roz­mo­wach, otwar­tych li­stach. Wszystko jedno.

Na przy­kład w 2013 roku Wa­ina­ina za­adre­so­wał je­den ze swo­ich otwar­tych li­stów do Ma­donny, po tym jak pio­sen­karka zo­stała zru­gana za to, że po swo­jej ostat­niej wi­zy­cie w Ma­lawi wy­ra­ziła swoje nie­za­do­wo­le­nie w związku z tym, że rząd nie przy­znał jej przy­wi­le­jów VIP-a, na co za­słu­gi­wała jako ktoś, kto bu­duje szkoły w tym pań­stwie i ad­op­to­wał wiele ma­la­wij­skich sie­rot[1]. Ogólne obu­rze­nie zo­stało wy­ar­ty­ku­ło­wane przez ów­cze­sną pre­zy­dentkę Ma­lawi Joyce Bandę, która wy­dała oświad­cze­nie, a jej fru­stra­cja prze­bi­jała z każ­dej sy­laby: "Oczy­wi­ście Ma­donna ad­op­to­wała dwoje dzieci z Ma­lawi - po­wie­działa. - Żeby było ja­sne, ten gest był hu­ma­ni­tarny i ab­so­lut­nie do­bro­wolny. Wy­daje się jed­nak dziwne i przy­gnę­bia­jące, że za ten hu­ma­ni­tarny czyn, bę­dący jej oso­bi­stą sprawą, Ma­donna chce, żeby Ma­lawi na za­wsze było zo­bo­wią­zane do wdzięcz­no­ści. Do­broć w swoim zwy­czaj­nym zna­cze­niu jest wolna i ano­ni­mowa. Je­śli nie może być wolna i ci­cha, nie jest do­bro­cią; to coś in­nego. Naj­bli­żej temu do szan­tażu"[2].

Wa­ina­ina wtrą­cił się, dzię­ku­jąc Ma­don­nie za "wy­bra­nie" Afryki w jej po­szu­ki­wa­niach miej­sca, w któ­rym chcia­łaby zro­bić coś do­brego. "Chciał­bym ci po­dzię­ko­wać za to, że je­steś czułą matką dla wszyst­kich dzieci Ma­lawi, dla wszyst­kich dzieci Afryki - na­pi­sał Wa­ina­ina w swoim ewi­dent­nie sar­ka­stycz­nym li­ście otwar­tym. - Je­śli Ma­lawi oka­zało się nie­wdzięczne i źle cię trak­tuje, mu­sisz wie­dzieć, że mój kraj, Ke­nia, też ma sie­roty. Ke­nia spe­cja­li­zuje się w uszczę­śli­wia­niu tu­ry­stów i spra­wia, że czują się tu jak u sie­bie, tań­czą wo­kół afry­kań­skiego ogni­ska, piją dżin i pisz­czą ze szczę­ścia po­śród stad zwie­rząt i na pla­żach".

Cią­gnął: "Jako ak­ty­wi­sta i spo­łecz­nik pra­cu­jący z afry­kań­ską dziew­czynką chciał­bym po­roz­ma­wiać o twoim przy­jeź­dzie do Ke­nii, gdzie ta dziew­czynka bar­dzo cię po­trze­buje. Ota­czają ją dzi­kie zwie­rzęta! I ko­rup­cja!".

Praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej znane dzieło Wa­ina­iny po­wstało jako wście­kły e-mail wy­słany do wy­daw­ców ma­ga­zynu li­te­rac­kiego "Granta", który przy­go­to­wał "Afry­kań­ski nu­mer", za­po­mi­na­jąc o pi­sa­rzach z Afryki[3]. W swoim "nie­by­wale dłu­gim i bar­dzo za­baw­nym e-ma­ilu, cią­gną­cym się i cią­gną­cym przez ty­siące słów", jak póź­niej opi­sał go je­den z wy­daw­ców "Granty", Wa­ina­ina skry­ty­ko­wał ma­ga­zyn za opu­bli­ko­wa­nie "każ­dego li­te­rac­kiego stra­szy­dła, ja­kiego ża­den Afry­kań­czyk ni­gdy nie wi­dział na oczy".

"Nie po­wo­do­wało mną wzbu­rze­nie, tylko ich głu­pota - wspo­mi­nał Wa­ina­ina "Afry­kań­ski nu­mer". - Nie było tam nic no­wego, żad­nych ob­ser­wa­cji, ale mnó­stwo "re­por­taży" - och, o ja cie, łał, po­patrz no, jejku - jak gdyby Afryka i Afry­ka­nie byli zu­peł­nie nie­obecni i na­prawdę nie miesz­kali w An­glii na­prze­ciwko biura "Granty". Nie, my by­li­śmy "gdzieś tam", gdzie mogą do­trzeć i dać świa­dec­two tylko od­ważni lu­dzie w khaki. Ja pier­dolę"[4].

E-mail Wa­ina­iny przy­szedł wiele lat po opu­bli­ko­wa­niu nu­meru. Wy­dawcy "Granty", któ­rzy go otrzy­mali, tak na­prawdę nie byli od­po­wie­dzialni za za­war­tość tego do­datku. Jed­nakże nie od­po­wie­dzieli z agre­sją ko­goś osa­czo­nego. Nie pró­bo­wali Wa­ina­iny prze­ko­nać ani wy­ja­śnić mu, jak to Afry­ka­nie po­winni być wdzięczni za ja­ką­kol­wiek pu­bli­ka­cję, nie ucie­kali się też do żad­nych za­wo­alo­wa­nych uwag na te­mat ra­si­zmu. Za­miast tego za­cho­wali się tak, jak chciał­byś, żeby wszy­scy się za­cho­wy­wali na ich miej­scu: wy­słu­chali, przyj­rzeli się jego ar­gu­men­tom i po­sta­no­wili się po­pra­wić.

Po­prawa po­ja­wiła się w for­mie no­wego nu­meru, za­ty­tu­ło­wa­nego "Spoj­rze­nie z Afryki", gdzie pi­sa­rze z ca­łego kon­ty­nentu, w tym zwłasz­cza Wa­ina­ina, zo­stali po­pro­szeni o usta­wie­nie nar­ra­cji.

Wa­ina­ina za­mie­ścił tekst bę­dący prze­róbką jego e-ma­ila, ra­do­sną sa­tyrą, która zwięźle ude­rzała we wszyst­kie ste­reo­typy na te­mat Afryki czę­sto obecne w li­te­ra­tu­rze, w ta­kim sa­mym stylu, jaki sta­ra­łem się za­sto­so­wać - choć ni­gdy nie uda mi się go wier­nie od­dać - pi­sząc o fil­mach hol­ly­wo­odz­kich na po­czątku tego roz­działu. No­sił ty­tuł: Jak pi­sać o Afryce. Oto za­warte w nim po­rady:

"Za­wsze uży­waj słowa "Afryka" albo "Ciem­ność" albo "Sa­fari" w ty­tule. Pod­ty­tuły mogą za­wie­rać słowa "Zan­zi­bar", "Ma­saj", "Zu­lus", "Za­mbezi", "Kongo", "Nil", "Wielki", "Niebo", "Cień", "Bę­ben", "Słońce" albo "Mi­niony". Uży­teczne są też słowa ta­kie jak "Par­ty­zantka", "Po­nad­cza­sowy", "Pier­wotny" i "Ple­mienny". Zwróć uwagę, że "Lu­dzie" zna­czy Afry­ka­nie, któ­rzy nie są czarni, pod­czas gdy "Lud" ozna­cza czar­nych Afry­ka­nów.

Ni­gdy nie umiesz­czaj zdję­cia do­brze wy­glą­da­ją­cego Afry­ka­nina na okładce swo­jej książki albo w środku, chyba że ten Afry­ka­nin do­stał Na­grodę No­bla. AK-47, wy­sta­jące że­bra, na­gie piersi - użyj tego. Je­śli mu­sisz po­ka­zać Afry­ka­nina, pa­mię­taj, żeby miał na so­bie strój Ma­sa­jów, Zu­lu­sów albo Do­go­nów [...].

Pa­mię­taj, każda prze­słana przez cie­bie praca, je­śli po­ka­żesz w niej lu­dzi wy­glą­da­ją­cych na brud­nych i ża­ło­snych, zy­ska miano opi­su­ją­cej "praw­dziwą Afrykę", a prze­cież taką notkę chcesz mieć na swo­jej ob­wo­lu­cie. Nie czuj się tym za­że­no­wany: pró­bu­jesz im po­móc, żeby do­stali wspar­cie z Za­chodu [...].

Bę­dziesz też po­trze­bo­wał klubu noc­nego o na­zwie Tro­pi­cana, gdzie przy­cho­dzą na­jem­nicy, źli afry­kań­scy nu­wo­ry­sze, par­ty­zanci oraz eks­paci.

Za­wsze kończ swoją książkę ja­kimś po­wie­dzon­kiem Nel­sona Man­deli o tę­czy albo re­ne­san­sie. Bo ci za­leży"[5].

Jak pi­sać o Afryce od­nio­sło suk­ces i cią­gle jest bar­dzo ko­chane i cy­to­wane na ca­łym kon­ty­nen­cie i w dia­spo­rze. Stało się naj­czę­ściej sze­ro­wa­nym tek­stem w hi­sto­rii "Granty", do­sko­nale chwy­ta­ją­cym tropy, wo­kół któ­rych krążą hi­sto­rie li­te­rac­kie: ko­micz­nie zły po­li­tyk, ogól­nie ro­man­tyczne opisy dzi­kich sa­wann, ga­lo­pu­jące an­ty­lopy oraz "okładka książki z bo­ha­ter­sko wy­glą­da­ją­cym eko­lo­giem".

Było to do­sko­nałe pod­su­mo­wa­nie i po­winno było wy­star­czyć, żeby znie­chę­cić każ­dego pi­sa­rza, dzien­ni­ka­rza i twórcę do tych tro­pów.

Jed­nak li­te­ra­tura da­lej się zsuwa po tej równi po­chy­łej.

Jak pi­sać o Afryce po­wstało w 2005 roku. Ory­gi­nalny nu­mer "Granty", opro­te­sto­wany przez Wa­ina­inę, wy­dano de­kadę wcze­śniej. Lecz mimo upływu lat każde słowo na­pi­sane przez Wa­ina­inę wciąż po­zo­staje ak­tu­alne. Tak nie­wiele się zmie­niło w tym, jak Afryka jest od­ma­lo­wy­wana w po­pkul­tu­rze.

In­sty­tu­cje cha­ry­ta­tywne, choć tkwią w błę­dzie, mają jako ta­kie uspra­wie­dli­wie­nie, gdyż rze­komo we­dług ich ba­dań wy­ko­rzy­sta­nie po­wszech­nie zna­nych ob­ra­zów, ostrych, wy­wo­łu­ją­cych na­tych­mia­stową gwał­towną re­ak­cję, jest ob­li­czone na wy­two­rze­nie spe­cjal­nej mie­szanki uczuć skła­nia­ją­cej lu­dzi do da­ro­wi­zny. Jed­nak po­pkul­tura nie ma po­trzeby trzy­mać się tych sa­mych po­staci, fa­buł i ka­dro­wa­nia, wiecz­nie po­ja­wia­ją­cych się w fil­mach, te­le­wi­zji, książ­kach i ma­ga­zy­nach. Nie ma żad­nego do­wodu na to, że czy­tel­nicy czy wi­dzo­wie wy­ma­gają kon­su­mo­wa­nia za­war­to­ści, gdzie Afryka to tylko sa­wan­nowe sce­ne­rie pełne po­staci bez żad­nych hi­sto­rii, a ich szczę­ście za­leży od bli­sko­ści mi­łego ob­co­kra­jowca w po­dróży, który tam za­wę­dro­wał, żeby się od­na­leźć i nie­odmien­nie ura­to­wać nędzną lo­kalną wio­skę.

Po­pkul­tura ma nas prze­no­sić do świata ist­nie­ją­cego poza na­szym wła­snym. Je­śli lu­dzie są w sta­nie wyjść ze sche­matu, żeby za­cząć uczyć się klin­goń­skiego albo za­gu­bić się emo­cjo­nal­nie w słod­kim spo­tka­niu na wsi od­da­lo­nej o ty­siące ki­lo­me­trów od ich miej­sca za­miesz­ka­nia, mo­gliby też wy­si­lić swoją wy­obraź­nię wy­star­cza­jąco mocno, żeby przed­sta­wić so­bie hi­sto­rię o bo­ga­tej ro­dzi­nie w Dżi­buti, która stara się na­uczyć swoje uza­leż­nione od me­diów spo­łecz­no­ścio­wych dzieci, że ro­dzina jest ważna, za­bie­ra­jąc je w po­dróż, co nie­sie za sobą za­bawne kon­se­kwen­cje. Albo mło­dzie­żowy dra­mat o dwóch sio­strach z Bot­swany, któ­rych je­dy­nym bo­żo­na­ro­dze­nio­wym ży­cze­niem jest zej­ście się ich roz­wie­dzio­nych ro­dzi­ców.

Je­śli w ogóle coś się zmie­niło w tych de­ka­dach, które upły­nęły od pierw­szego wy­stą­pie­nia Wa­ina­iny, to ra­czej na gor­sze. W po­łą­cze­niu z li­te­ra­turą Hol­ly­wood wy­daje się trzy­mać prze­sta­rza­łych wzor­ców, do któ­rych prze­mysł fil­mowy ucie­kał się przez po­ko­le­nia, mimo roz­pacz­li­wych we­zwań, żeby przed­sta­wić coś zgoła in­nego. Wy­wo­łuje to fru­stra­cję, która pew­nie jesz­cze długo nas nie opu­ści.

*

Nie­wiele rze­czy jed­no­czy ten kon­ty­nent we fru­stra­cji tak bar­dzo, jak ko­micz­nie wy­pa­czony spo­sób, w jaki por­tre­tuje się Afrykę i jej miesz­kań­ców w po­pkul­tu­rze. Cza­sem jest to ce­lowo po­gar­dliwe, czę­sto non­sen­sowne, nie­rzadko zaś za­ska­ku­jąco śmieszne. Nie­mal ni­gdy nie ma tam uczci­wej próby uka­za­nia rytmu ży­cia i źró­deł utrzy­ma­nia po­nad mi­liarda lu­dzi.

Hol­ly­wood dzierży tu palmę pierw­szeń­stwa - jest wi­no­wajcą w naj­więk­szym stop­niu od­po­wie­dzial­nym za per­fek­cyjne opa­ko­wy­wa­nie ste­reo­ty­pów na te­mat Afryki i do­star­cza­nie ich jako wy­so­ko­bu­dże­to­wej roz­rywki, którą reszta świata za­ak­cep­to­wała jako fakt. Lecz to li­te­ra­tura wy­ty­czyła szlak, a prze­mysł wy­daw­ni­czy pra­co­wał wy­jąt­kowo ciężko, przy­naj­mniej od XIX wieku, żeby za­peł­nić moż­li­wie jak naj­wię­cej stron hi­sto­riami o szla­chet­nych za­chod­nich eko­lo­gach prze­mie­rza­ją­cych ciemną afry­kań­ską dzicz, aby ura­to­wać ma­łych lu­dzi od ich wiel­kich pro­ble­mów. Za­wsze nad ja­kąś rzeką.

Li­te­ra­tura jest wszakże na dru­gim miej­scu, za­raz za ple­cami. Bo jed­nak: Hol­ly­wood. Jego ekrany są zwy­czaj­nie zbyt duże i mają zbyt dużą roz­dziel­czość. Ich za­war­tość zaś jest zbyt atrak­cyjna dla ma­so­wego wi­dza. For­muły te oka­zały się fru­stru­jąco do­cho­dowe i przy­cią­gnęły uwagę kry­ty­ków.

Od 1912 roku po­ja­wiło się po­nad pięć­dzie­siąt ekra­ni­za­cji Tar­zana - za­sad­ni­czo opo­wia­da­ją­cego hi­sto­rię o bia­łym wy­cho­wa­nym przez małpy, który mimo to i tak jest zde­cy­do­wa­nie mą­drzej­szy od dzi­kich kra­jow­ców, więc ska­cząc z drzewa na drzewo, nimi rzą­dzi. Tym­cza­sem na­grody Aka­de­mii szczo­drze wrę­cza się za hity ka­sowe wy­ko­rzy­stu­jące Afrykę jako tło względ­nie nie­zwią­za­nych z nią fa­buł (Afry­kań­ska kró­lowa, 1951); opo­wie­ści, które przed­sta­wiają czasy ko­lo­nialne w spo­sób ro­man­tyczny (Po­że­gna­nie z Afryką, 1985); i filmy, w któ­rych dzielny czło­wiek Za­chodu spada ze spa­do­chro­nem, żeby ura­to­wać Afrykę przed ja­ki­miś nie­cnymi si­łami (Go­ryle we mgle, 1988; Wierny ogrod­nik, 2005). Każdy z tych fil­mów przed­sta­wia Afry­ka­nów jako po­staci po­boczne w ich wła­snych kra­jach, które mu­szą być prze­ko­ny­wane przez siły ze­wnętrzne albo do tego, żeby za­cząć dzia­łać dla wła­snego do­bra, albo pa­trzeć, jak ktoś inny zaj­muje się tym w ich imie­niu.

Modne na po­czątku XXI wieku były hi­sto­ryczne i qu­asi-hi­sto­ryczne thril­lery o dzi­ko­ści, lu­do­bój­stwie i kon­flik­tach. Ho­tel Rwanda (2004) opo­wie­dział praw­dziwą hi­sto­rię o dy­rek­to­rze ho­telu w Ki­gali, który ura­to­wał ty­siące Hutu i Tutsi pod­czas rwan­dyj­skiej wojny do­mo­wej. Krwawy dia­ment (2006) z Le­onar­dem Di­Ca­prio jako afry­ka­ner­skim na­jem­ni­kiem, który wy­ko­rzy­stuje by­łego nie­wol­nika (Dji­mon Ho­un­sou) do po­lo­wa­nia na rzadki, ro­dzący kon­flikty dia­ment w środku wojny do­mo­wej w Sierra Le­one. I Ostatni król Szko­cji (2006) z Fo­re­stem Whi­ta­ke­rem w na­gro­dzo­nej Osca­rem roli (rze­komo) ja­da­ją­cego ludz­kie mięso dyk­ta­tora Idiego Amina. Ten ob­sy­pany na­gro­dami Aka­de­mii trium­wi­rat z całą pew­no­ścią za­wiera hi­sto­rie warte opo­wie­dze­nia, z te­ma­tami i po­sta­ciami, które ode­grały ważną rolę w hi­sto­rii kon­ty­nentu. Lecz ich suk­ces wy­two­rzył sza­blon sza­lo­nego, pa­lą­cego cy­gara afry­kań­skiego wa­tażki w brud­nym mun­du­rze i czer­wo­nym be­re­cie, wy­gła­sza­ją­cego dłu­gie pi­jac­kie ty­rady, pod­czas gdy jego na­jem­nicy ści­gają bied­nych Afry­ka­nów po dżun­gli i re­kru­tują dzieci do swo­ich ar­mii. No­mi­no­wany do BA­FTA film Be­asts of No Na­tion (2015) z Idri­sem Elbą, do­ko­nana przez Cary'ego Fu­ku­nagę ad­ap­ta­cja po­wie­ści Uzo­dinmy Iwe­ali, był za­słu­że­nie do­brze przy­jętą próbą przed­sta­wie­nia zniu­an­so­wa­nego ob­razu ży­cia dzieci żoł­nie­rzy. Mniej zniu­an­so­wany jed­nakże był cał­ko­wi­cie fik­cyjny film Łzy słońca (2003), gdzie upa­ko­wano mnó­stwo tro­pów, ro­biąc z niego za­sad­ni­czo opo­wieść o bia­łym zbawcy. Dru­żyna US Navy SEAL zo­staje wy­słana do dżun­gli w znaj­du­ją­cej się na skraju wojny do­mo­wej Ni­ge­rii, aby ura­to­wać Mo­nicę Bel­lucci, która jest pie­lę­gniarką i od­ma­wia wy­jazdu, bo nie chce zo­sta­wić swo­ich "bez­bron­nych pa­cjen­tów na pa­stwę re­be­lian­tów". Bruce Wil­lis, do­wódca dru­żyny SEAL, zga­dza się jej po­móc i wraz z Bel­lucci ra­tują Ni­ge­ryj­czy­ków przed kom­plet­nie wy­my­ślo­nym kon­flik­tem. W 2020 roku w Hor­dzie Me­gan Fox rów­nież pro­wa­dzi dru­żynę na­jem­ni­ków i ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy przez afry­kań­ską dzicz, aby ura­to­wać za­kład­ni­ków, wal­cząc po dro­dze z roz­licz­nymi lo­kal­nymi re­be­lian­tami i pa­łę­ta­ją­cymi się wszę­dzie lwami.

W 2014 roku po­ja­wił się film fa­mi­lijny W do­brej wie­rze, w któ­rym grupa su­dań­skich uchodź­ców otrzy­muje azyl w USA. W Ame­ryce są oni za­szo­ko­wani no­winą, że gosz­cząca ich ko­bieta ja­koś funk­cjo­nuje jako czło­wiek, mimo że nie jest za­mężna ("Twoje umie­jęt­no­ści prze­trwa­nia ro­bią wra­że­nie", mówi je­den z uchodź­ców), i że nie ma żad­nych dzi­kich lwów krą­żą­cych po Kan­sas City. W tym sa­mym roku wy­pro­du­ko­wano Ro­dzinne re­wo­lu­cje z Ada­mem San­dle­rem i Drew Bar­ry­more jako roz­wod­ni­kami, któ­rych sce­na­rzy­ści wy­słali na wa­ka­cje do ku­rortu w Afryce, żeby się w so­bie za­ko­chali. Ob­raz Afryki i Afry­ka­nów w tym fil­mie jest tak za­co­fany, że kry­tyk fil­mowy z "New Yor­kera" Ri­chard Brody na­zwał go "gro­te­skowo ob­raź­li­wym", a kry­tyk z "New York Ti­mesa" A.O. Scott do­strzegł w nim "nie­mal zoo­lo­giczne przed­sta­wie­nie Afry­ka­nów jako słu­żal­czych, tań­czą­cych, gra­ją­cych na bęb­nach pro­sta­ków"[6].

Upalne święta (2019) to film o Bo­żym Na­ro­dze­niu stą­pa­jący po bez­piecz­niej­szym grun­cie i uni­ka­jący naj­bar­dziej ja­skra­wych ste­reo­ty­pów, ta­kich jak te ser­wo­wane w Ro­dzin­nych re­wo­lu­cjach, ale i tak za­wiera wiele "praw­dzi­wie afry­kań­skich" szla­gie­rów: ży­rafy ga­lo­pu­jące w zwol­nio­nym tem­pie po sze­ro­kich po­lach, zło­śliwe sło­nie oraz Afry­ka­nów knu­ją­cych, żeby dwoje bia­łych się w so­bie za­ko­chało.

Wresz­cie obok Po­że­gna­nia z Afryką i Afry­kań­skiej kró­lo­wej mamy pro­duk­cje, które uwa­żają za ko­nieczne, żeby do­rzu­cić "Afrykę" do swo­ich ty­tu­łów w taki spo­sób, w jaki ni­gdy nie po­wie­dzia­łyby "Eu­ropa", na­wet je­śli ich bo­ha­te­ro­wie nie opusz­czają przez cały film jed­nego re­zer­watu dzi­kich zwie­rząt albo mia­steczka, nie mó­wiąc już o zmia­nie kraju: Afry­kań­ska przy­goda (1949), Er­nest je­dzie do Afryki (1997), Ma­rzy­łam o Afryce (2000), Do­bry czło­wiek w Afryce (1994), Za­gu­bieni w Afryce (1994), Ni­g­dzie w Afryce (2001), Dzie­ciaki mo­jej sio­stry w Afryce (2013), Oj­ciec Afryka (2017).

Żeby wy­mie­nić tylko nie­które.

Może być nie­by­wale trudno usu­nąć z na­szej głowy ob­razy i prze­ko­na­nia, kiedy są zbu­do­wane wo­kół pew­nych hi­sto­rii, które wszyst­kich nas ba­wią. Te drobne opo­wie­ści bez­wied­nie prze­ni­kają do nie­po­wią­za­nych z nimi hi­sto­rii i osta­tecz­nie tra­fiają na ekran, choćby na krótką chwilę, jako kon­kretne re­pre­zen­ta­cje kon­ty­nentu, mi­mo­cho­dem rzu­cone dia­logi albo - czę­ściej - ele­menty wi­zu­alne.

Mój ulu­biony przy­kład z tego za­kresu trwa nie­całą mi­nutę i po­ja­wia się przy końcu filmu, któ­rego nie spo­sób nie uwiel­biać: Dzień Nie­pod­le­gło­ści. Po od­kry­ciu przez rząd USA se­kret­nego sosu po­zwa­la­ją­cego bro­nić się przed in­wa­zją ob­cych, woj­sko prze­ka­zuje tę in­for­ma­cję po ca­łym świe­cie, oznaj­mia­jąc wszyst­kim, jak bę­dzie prze­bie­gać kontr­ofen­sywa, kiedy Will Smith i Jeff Gold­blum znisz­czą sta­tek matkę. Na­stę­puje po­ru­sza­jący mon­taż glo­bal­nej współ­pracy, kiedy prze­ka­zuje się tak­tykę z Ob­szaru 51 na pu­styni Ne­vada do przed­sta­wi­cieli wy­wiadu na każ­dym kon­ty­nen­cie. Na każ­dym z wy­jąt­kiem jed­nego: nikt nie traci czasu, żeby in­for­mo­wać ko­go­kol­wiek w Afryce - re­gio­nie, mogę tylko przy­pusz­czać, który jest uwa­żany za nie­wy­ekwi­po­wany w no­wo­cze­sne sa­mo­loty prze­no­szące no­wo­cze­sną broń. Dziwne nie­do­pa­trze­nie, gdy weź­mie się pod uwagę, że rze­komo cały kon­ty­nent pe­łen jest wa­taż­ków i zim­no­krwi­stych woj­sko­wych dyk­ta­to­rów. Można by są­dzić, że przy na­szych wro­dzo­nych in­kli­na­cjach do lu­do­bój­stwa Afryka po­winna zna­leźć się na czele li­sty miejsc, do któ­rych byś za­dzwo­nił, żeby wy­tę­pić całą cy­wi­li­za­cję.

Masz ra­cję, mó­wiąc, że to nie­istotny de­tal, nie­ważne prze­ocze­nie. I zwy­kle zgo­dził­bym się z tym, że nie na­leży za­wra­cać so­bie tym głowy. Tym ra­zem jed­nak Afryka po­ja­wia się kilka chwil póź­niej, kiedy obcy zo­stali już po­ko­nani na ca­łym świe­cie i nad­szedł czas na tra­dy­cyjne hol­ly­wo­odz­kie świę­to­wa­nie, więc daje się uję­cia z ca­łego świata, żeby po­ka­zać za­chwy­cone tłumy. W końcu lą­du­jemy w miej­scu, które ma być Afryką. Kon­ty­nent jest re­pre­zen­to­wany przez pię­ciu pół­na­gich chło­pa­ków ubra­nych jak lo­kalni wo­jow­nicy, po­ma­lo­wa­nych czer­woną ple­mienną farbą i bie­gną­cych przez po­ro­śniętą krze­wami sa­wannę z włócz­niami, które - jak­żeby ina­czej - wy­rzu­cają w po­wie­trze z ra­do­ści. Te­raz staje się oczy­wi­ste, że nie mo­gli­śmy po­móc w ope­ra­cji woj­sko­wej - nie mamy na­wet dróg czy elek­trycz­no­ści, że o od­rzu­to­wych my­śliw­cach nie wspo­mnę.

Ab­sur­dal­ność tej sy­tu­acji za każ­dym ra­zem mnie roz­śmie­sza. Mó­wię so­bie: je­śli twórcy zna­ko­mi­tego filmu, poza tą jedną rze­czą, mo­gli za­dać so­bie tyle trudu, żeby stwo­rzyć zło­żoną oso­bo­wość i hi­sto­rię dla ob­cych z bar­dzo da­leka, pro­du­cenci mo­gliby się też odro­binę wy­si­lić, żeby dać Afry­ka­nom dżinsy, które ci mo­gliby za­ło­żyć. Może na­wet jed­nego my­śliwca z "Afryka" wy­pi­sa­nym ozdob­nym pi­smem na bur­cie, jak­by­śmy się wszy­scy zrzu­cili, żeby za niego za­pła­cić. Tylko o tyle pro­szę.

Te drobne afronty po­ja­wiają się wszę­dzie. A gdy już za­czniesz je za­uwa­żać, nie bę­dziesz mógł prze­stać. To bę­dzie spo­sób, w jaki po­staci re­cy­tują ty­powe afry­kań­skie przy­sło­wia, któ­rych rze­komo na­uczyli się pod­czas swo­ich po­dróży po Afryce, a ubie­ra­nie się "po afry­kań­sku" musi ko­niecz­nie ozna­czać no­sze­nie ręcz­nie far­bo­wa­nych ko­szul da­shiki. Per­ma­nentne za­miesz­cza­nie słońca, sa­wann i wiel­kich drzew na pla­ka­tach fil­mo­wych; wa­le­nie w bębny na każ­dym świę­cie, bez względu na to, o jaką kul­turę cho­dzi. Wi­dzisz to w tym, jak Afryka jest pro­mo­wana - jako prze­siąk­nięta pra­dawną mi­styką i pier­wot­nymi ry­tu­ałami prze­ka­zy­wa­nymi z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, bez żad­nej wzmianki o ar­chi­tek­tach no­wego spo­łe­czeń­stwa, kreu­ją­cych jego co­dzien­ność dzień za dniem. I w tym, jak przed­sta­wiani są starsi Afry­ka­nie - jako sztywni i nie­pa­su­jący do no­wo­cze­snego świata, gdy tym­cza­sem wielu z na­szych przod­ków można uznać za wy­zwo­li­cieli oraz zwo­len­ni­ków po­stępu kul­tu­ro­wego i tech­no­lo­gicz­nego. Nie wszy­scy z nas mogą przy­wo­ły­wać du­chy przod­ków w chwili, gdy tylko za­uwa­żają, że ja­kiś zło­żony pro­blem wy­maga roz­wią­za­nia. Nie każdy jest człon­kiem głę­boko tra­dy­cyj­nej i du­cho­wej spo­łecz­no­ści.

Naj­trud­niej­sze do prze­łknię­cia może być to, jak nie­wiele ocze­kuje się od Afryki, oraz spo­sób, w jaki spłasz­cza się całe kul­tury, żeby za­si­lić garść hi­sto­ry­jek uzna­nych za wierny opis kon­ty­nentu.

Nie lep­sze są filmy do­ku­men­talne, które rze­komo ba­dają afry­kań­skie kul­tury, lecz są za­ska­ku­jąco mało za­in­te­re­so­wane bo­gac­twem do­świad­czeń na ca­łym kon­ty­nen­cie. W każ­dej chwili w każ­dym miej­scu na świe­cie mnó­stwo pro­du­cen­tów or­ga­ni­zuje bu­rze mó­zgów, żeby wy­my­ślić nowy "prze­ło­mowy, eks­pe­ry­men­talny se­rial", który zdu­miałby nas szcze­gó­łami z ży­cia za­gu­bio­nego gdzieś w bu­szu i eg­zy­stu­ją­cego w od­osob­nie­niu ple­mie­nia. Dla kon­tra­stu eks­pe­dy­cja jest zwy­kle pro­wa­dzona przez pre­zen­tera z Za­chodu, który ma z da­nym ple­mie­niem po­miesz­kać, a jego głów­nym za­da­niem jest ja­koś prze­trwać bez zwy­kłych luk­su­sów. Ma się też cze­goś na­uczyć o tym ple­mie­niu i jego śmiesz­nych tra­dy­cjach, na przy­kład jak aran­żuje mał­żeń­stwa albo dla­czego nie in­te­re­suje go walka z in­nymi na­ro­dami.

W nie­unik­niony spo­sób te filmy do­ku­men­talne są tak na­prawdę o po­dróży ku oso­bi­stym od­kry­ciom pre­zen­tera, gdy uczy się on: a) nie uwa­żać swo­jego stylu ży­cia i luk­su­sów za dane raz na za­wsze; i/albo b) "że ci lu­dzie są wła­ści­wie tacy sami jak my".

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki