Nasz pierwszy raz
Nasz pierwszy raz
Zanim wyruszymy na nasz pierwszy patrol, pakujemy do samochodów od
cholery amunicji i jedziemy na strzelnicę - przewietrzymy się i poznamy
najbliższą okolicę. Strzelnica oddalona jest o jakieś siedem kilometrów
od bazy, znajduje się na południe od lotniska, już poza terenem osiedli
przyległych do miasta. Jest nią ogromna piaszczysta pustynia ciągnąca
się po granicę z Pakistanem. Z bazy wyjeżdżamy niezatrzymywani przez
nikogo. Przekraczamy pierwszą bramę wyjazdową, śluzę, drugą bramę.
Przyjaźnie machają do nas żołnierze pełniący służbę ochronną na
posterunkach. Ostatnią bramę zajmują afgańscy policjanci, którzy
salutują, stając na baczność. Chwilę po wyjeździe dostajemy info od
wywiadu, że w okolicy rozdzwoniły się telefony i nastał w sieci szum
alarmujący o tym, że z bazy Kandahar wyjechał patrol. Jadę drugi w kolumnie, przede mną humvee (HMMWV) z chłopakami z poprzedniej zmiany,
którzy zostali nieco dłużej i wprowadzają nas w tajniki tutejszego
funkcjonowania. Ci brodaci faceci pewnie mają już przed oczami pakowanie
frachtu, ale jeszcze na ten jeden raz muszą przeobrazić się w nomadów.
Zresztą ich długie brody świadczą o tym, że i tak nieomal się nimi
stali.
Poradzieckie złomowisko
Na takich jak my patrzą w bazie trochę jak na szaleńców, którzy
wyjeżdżają z bezpiecznej fortecy na kilka dni w teren. W okolicy jedyną
władzą stanowioną są rodzinne klany - co nie oznacza talibów. Teren, po
którym jeździmy, to miejsce, w którym prawdopodobnie nigdy nie widziano
białego człowieka; nie było tam do tej pory wojsk koalicji, co więcej,
nawet Ruscy się tu nie zapuszczali. A nasi - tak. Dlatego gdy
wyjeżdżamy, nikt w bazie nie pyta, dokąd i po co, tylko zerkają na nas
jak na straceńców czy ludzi niespełna rozumu. Tutejsza wojna, jak każda,
ma swoją specyfikę: regularne wojska koalicji sprawują, a przynajmniej
tak im się wydaje, kontrolę nad miastami i głównymi ciągami
komunikacyjnymi, bezapelacyjnie zaś panują w powietrzu. W teren, poza
główne drogi, wyjeżdżają praktycznie tylko żołnierze jednostek
specjalnych, ale moim zdaniem to ci z jednostek konwencjonalnych mają
dużo gorsze zadania. To oni, jeżdżąc głównymi drogami, są łatwym celem,
my zaś będziemy poruszać się tak, by nie być zwierzyną łowną, a drapieżnikiem.
Za bramą nie przemieszczamy się drogą, tylko pierwszym z możliwych
zjazdów kierujemy się na bezdroże. Samochód skrzypi tak okropnie, jakby
zaraz miał się rozpaść na wiele kawałków. Gdy naciskam pedał gazu, by
utrzymać odległość za pierwszym pojazdem, który właśnie mocno
przyśpieszył, czuję, że moc silnika nie pozostawia złudzeń: pod maską
silne mechaniczne konie rwą się do roboty. Jak ja lubię ten odgłos,
wracają irackie wspomnienia...
Miejsca walk usłane poradzieckim sprzętem
Teren poza bazą jest strasznie zaśmiecony: mnóstwo reklamówek,
plastikowych butelek, szmat - jak na dzikim wysypisku. Nie lubię takich
miejsc. Przemierzamy ten bajzel z dobry kilometr, a następnie
przejeżdżamy przez stromy ziemny wał i kierujemy się w nieco dziwne jak
na tutejsze realia miejsce. Trzy żółtawe, podobne do tych z naszych
polskich osiedli dwupiętrowe bloki wyglądają na tym pustkowiu co
najmniej osobliwie. Wokół nich biega chmara dzieciaków. Wydaje się, że
im bardziej się zbliżamy, tym więcej jest tych urwisów. Z radia pada
komunikat, by nikt nic dzieciakom nie dawał, zrobimy to w drodze
powrotnej. To zresztą nie widok dzieci przykuwa w pierwszej kolejności
moją uwagę. Raczej to, że każdy z bloków ma w samym środku wyrwę, taką
od dachu po parter. Takie wyrwy są pozostałościami po trafieniu
pociskiem.
Poradzieckie bloki na przedmieściach Kandaharu
Bloki to relikt po rosyjskiej obsłudze lotniska. Podobnie jak u nas,
Ruscy, chcąc się zadomowić, budowali dla swoich szeregowe bloki z wielkiej płyty. Dziś w Polsce hula w nich już wiatr. Mamy w nich świetne
miejskie obiekty treningowe. Tu zaś, niezależnie od stanu, w jakim się
znajdują, tętnią życiem. Pełno dzieciaków, pod blokami na ławkach siedzą
dorośli i przypatrują się nam, nie wyrażając jakichkolwiek emocji. My
podobnie: patrzymy na nich i jesteśmy jakby niemymi obserwatorami ich
codzienności. Gdy suniemy dość sprawnie pod oknami bloków, przed oczyma
migają mi zaskakujące obrazy. Zostawiamy bowiem to dziwne miejsce za
sobą i otwiera się przed nami szeroka pusta przestrzeń. Jadąc, rozwijamy
się w szyk, tak by żaden z samochodów nie jechał w kurzu poprzednika i każda załoga miała dobry wgląd w teren. Często tak jest, że zakładana
taktyka różni się od tego, co zastaniemy na miejscu. Jadąc jeden za
drugim, minimalizowalibyśmy co prawda ryzyko wjechania na minę - no, ale
jak patrzę na to, co unosi się z ziemi po przejeździe pierwszego
samochodu, to dziękuję za poruszanie się w takiej chmarze brązowego
kurzu.
Bloki po trafieniu pociskiem
Po parunastu minutach słychać z eteru krótki komunikat: "jedna minuta",
a po chwili: "to tu". Nietrudno odgadnąć, że to faktycznie nasze miejsce
docelowe. Ustawiamy się w linii, a przed nami piękny widok: pustynia,
taka prawdziwie piaszczysta. Dwieście pięćdziesiąt kilometrów piasków,
zaś za nimi pasmo Sulaiman, góry, które są przedłużeniem południowego
masywu Hindukuszu. Granicę afgańsko-pakistańską stanowią praktycznie
tylko takie pasma, o długości aż 2430 km.
Czy podczas przestrzeliwania broni coś nas ogranicza? Nie. Może kierunek
prowadzenia ognia. Jeśli jest południowy, to do dzieła. No, prawie, bo
jak to ze snajperami... pojechali w cholerę na pięćset, tysiąc i jeszcze
dalej metrów, tak że prawie ich nie widać, by porozstawiać swoje
snajperskie cele. Wreszcie po dobrych dwóch tygodniach pakowania się i przerzutu na raty nastał czas, że możemy poczuć zapach prochu. Trochę
dajemy upust swym wojowniczym skłonnościom do demolki i niszczymy
tarcze, beczki i palety porozstawiane na przedpolu. W firmie szkolono
nas przede wszystkim w walce na niewielkich odległościach, a dosłownie w pokojach, korytarzach, budynkach, mieście. Tam każdy strzał musiał być
precyzyjny. Tu natomiast mamy teraz okazję powalić trochę dalej. Sto,
trzysta czy nawet pięćset metrów - i to nie ogniem takim na maksa
celowanym, a seriami z pozycji, jaką kto uzna za dogodną: stojąc,
klęcząc, leżąc.
Nasze karabiny grają muzykę, która koi - możecie w to nie wierzyć, ale
tak jest. Największą frajdę mają pewnie gunnerzy, bo ich karabiny dudnią
prawie jak działa: walą głośno i daleko, siejąc na przedpolu
spustoszenie w poustawianych paletach. To właśnie na tę chwilę w swej
wojskowej karierze każdy z nas czekał. Mam poczucie satysfakcji,
poniesienia sensownego wysiłku i poświęcenia, które było niezbędne, by
dostać się do GROM-u. Wiem, że każdy z nas zdarł do kości pięty, zarywał
noce, ucząc się zagadnień operacyjnych, słaniał się na nogach z niewyspania i na zmęczeniu ćwiczył taktykę. Marzł, pocił się, nie miał
wolnych weekendów, nie spędzał błogich popołudni nad Wisłą, popijając
piwo... Jeszcze długo mógłbym wymieniać, z czego musieliśmy rezygnować,
ale było warto. To nagroda - móc stać na skraju afgańskiej pustyni i strzelać, ile dusza zapragnie, a lufa wytrzyma.
Lufa z mojego minimi zaczęła parować rozgrzanym mirażem, po wystrzelaniu
dwustunabojowej taśmy zmieniam ją na nową. Podnoszę klapę i zaglądam do
wnętrza broni. Widzę tam sporo mosiężnych opiłków, które starły się z łusek po kolejno ładowanej do komory nabojowej amunicji. Dwieście sztuk
wystrzelanych seriami pocisków odbyło się bez zacięcia, to dobry znak.
Pędzelkiem czyszczę i wydmuchuję zabrudzenie - zmiana lufy i drugie
dwieście. FN Minimi 5,56 to dobra broń, zaprzyjaźniliśmy się już w naszych Bieszczadach podczas strzeleckich przygotowań, a teraz, w tym
pylastym środowisku, w którym czuję, że non stop oddycham pustynnym
kurzem, karabin maszynowy też daje radę.
Pustynna strzelnica. Dopóki nie zmieni się dowódca, włosów nie zetnę
Jeżeli na tym bożym świecie można poczuć się wolnym, to właśnie w takiej
chwili. Takie mam odczucie. Wyjechaliśmy z bazy o drugiej w nocy, by pod
osłoną ciemności uciec od ciekawskich spojrzeń, ale po drugiej stronie,
tak jak i u nas, ktoś nie spał. W tej robocie ktoś zawsze czuwa. Chwilę
po naszym wyjeździe wywiad doniósł, że wśród miejscowych rozeszło się
info o kolumnie czterech aut wyjeżdżających z bazy Kandahar. To dla nas
zła wiadomość, ale ma i dobrą stronę. Po chwili bowiem dowiadujemy się,
że przeciwnik nie może ustalić, w którą stronę się udaliśmy po
wyjechaniu z miasta. Prowadząc humvee, jesteśmy wyposażeni w noktowizory, nie potrzebujemy do jazdy świateł drogowych, więc szybko
znikamy w afgańskim mroku.
Pierwszy odcinek drogi pokonujemy dość szybko, poruszamy się po dobrej
jakościowo asfaltowej drodze, która jest oznaczona na mapie jako trasa
A75. W linii prostej kieruje się ona ku przejściu granicznemu z Pakistanem w Spin Boldak. Gdy tak jedziemy ciemną nocą, przypominają mi
się irackie czasy. Wtedy, w kolumnie kilku humvee razem z żołnierzami
Navy SEALs siedzieliśmy sobie dosłownie na błotnikach, mknęliśmy jak
duchy irackimi autostradami z prędkością w granicach stówy na godzinę.
Tu z kolei dość szybko zjechaliśmy z drogi na otwartą przestrzeń, by
toczyć się ociężale po bezdrożach, polach i pagórkach. Choć Afganistan
to przeważnie górzysty kraj, tylko mijamy potężne górskie masywy i kluczymy pomiędzy nimi, teren jest dosyć płaski. Staramy się zachować
taktyczny dystans od stromych ścian pobliskich gór.
Zaczyna świtać - to chyba pierwszy tak chłodny poranek końca lata.
Przekręciłem nagrzewnicę na maksymalne obroty, trochę zakłóca ona
skrzypienie humvee. Wiem, że z czasem przyzwyczaję się do odgłosów,
które wydaje, ale obecnie martwię się bardziej tym, że zaraz się
rozlecimy: wszystko rzęzi i skrzypi. Podczas roboty w Iraku
przywiązywaliśmy ogromną wagę do dźwięku. Gdy jechało się ulicami
nocnego Bagdadu, każdy szelest, zgrzyt blachy o blachę był ogromnym
zagrożeniem, bo nie mogliśmy pozwolić, żeby nas wykryli. Jadąc tu,
skrzypimy, zgrzytamy, blachy i wyposażenie stukają o siebie, dosłownie
trzęsiemy się na nierównościach jak romski tabor. Może nas nie widać,
ale słychać - tak jakby złomowisko jechało. Jesteśmy poubierani w puchowe kurtki. Naszej trójce tu w środku jest w miarę ciepło, ale
Karol, stojąc w wieżyczce jako operator na gunnie, marznie pewnie do
połowy, no a Grzesiek na pace, mimo że mocno opatulony, szczęka zębami z zimna. Temperatura trzyma się w granicach zera i jest bezwietrznie, co
widać po kurzu - unosi się i opada w tym samym miejscu, w którym
poderwały go przejeżdżające koła.
Widok na afgańską wioskę składającą się z kilku kampandów
Wstaje świt. Najpierw jest nieprzyjemnie szaro, co potęguje odczucie
zimna, gdzieś tam pokazują się pierwsze promienie słońca, ale akurat w tej chwili jedziemy ku górze, która jeszcze przez dobre pięć kilometrów
kryje nas w swoim cieniu. Zaczynam patrzeć na otaczającą nas przyrodę.
Na pierwszy rzut oka to tu, kurde, nic nie ma. Zmierzamy w kierunku
południowo-wschodnim, po prawej mamy ogromną pustynną piaskownicę, tę,
która kilka dni temu była naszą strzelnicą. Dziś w szarawym poranku
wygląda na smutne miejsce pozbawione kolorów. Po lewej stronie pnie się
ciemna ściana górskiego masywu, który na mapie komputerowego monitora
pozbawiony jest nazwy. Zaczynam zwracać uwagę na podłoże, po którym się
przemieszczamy. Jadąc na noktowizji, należy poruszać się trochę
bezwiednie za pierwszym pojazdem. Ja jako drugi w kolumnie po prostu
jadę po śladach - on przejechał, to i ja dam radę. Trochę cyrku było
podczas przekraczania wyschniętego koryta rzeki, kolejnego miejsca
pozbawionego nazwy. W korycie drogę przejazdu grodziły nam ogromne
kamienie, takie rzeczne otoczaki, i trzeba było się sporo namanewrować,
omijając je. Teraz przejazd jest dość prosty. Przemieszczamy się granicą
pustyni i skalnego podłoża góry. Gdzieś tam świeci już słońce, widać to
po rumieniącym się w oddali piasku pustyni, a my w rękawiczkach, czapki
na głowach, nikt się do nikogo nie odzywa.
Mija czwarta godzina naszego pierwszego patrolu, tę ciszę, a raczej
skrzypienie, zakłóca głos nawigatora oświadczający, że za pięćset metrów
robimy postój. Michał odebrał ten komunikat, odpowiadając ze stoickim
spokojem i lapidarnie: odbiór. Zerkam z nadzieją, że wyjedziemy za górę,
by ogrzać się w słońcu, ale niestety. Komfort podczas działania spada na
ostatnie miejsce w rankingu dotyczącym taktyki. Zatrzymujemy się w ugrupowaniu obrony okrężnej, jeszcze w cieniu góry, praktycznie na
granicy nocy i dnia. Tym umiejscowieniem pewnie najbardziej zawiedzeni
są gunnerzy. Muszą jeszcze chwilę wytrzymać. Wychodzę z samochodu
rozprostować kości, zerkam na Grześka i jego karabin: pokrywa go szron,
tak jak i większą część samochodu. Do podstawy masywu mamy dobry
kilometr, a po jego drugiej stronie znajduje się samotna osada.
Taką miejscową zabudowę nazywamy potocznie kampandem. Składa się ona
zazwyczaj z kilku budynków i przylegającego do nich poletka, a całość
otoczona jest glinianym murem. Z daleka widok takiego gospodarstwa jest
bardzo malowniczy. Jakieś trzy kilometry za kampandem leży wioska
składająca się z kilku kampandów, za wioską zaś nasz cel, czyli
wspominana trasa A75, której to chcemy się przyjrzeć. Ten odcinek drogi
pomiędzy Kandaharem a Spin Boldak jest ważnym miejscem komunikacyjnym na
mapie Afganistanu: po drugiej stronie granicy, w Pakistanie, otworzono
właśnie połączenie kolejowe miejscowości Chaman z resztą kraju, co
spowodowało wzmożenie transportu i po tej stronie granicy.
Wreszcie padają i na nas zbawienne promienie słońca - wychodzimy spod
przykrycia w postaci mroku. Grzesiek z Karolem nawet się nie ruszyli ze
swoich pozycji. Siedzą jak w kokonach wpatrzeni w obrany sektor, a Przemo zabrał się za gotowanie wody. Praktycznie nikt się nie odzywa, a jak już, to tak przez zęby, jakby to miało pomóc w zatrzymaniu ciepła.
Słońce po raz kolejny udowadnia, jaką ma moc. Myślę, że nie minęło pięć
minut, a już odtajaliśmy na całego. Odtajanie ma to do siebie, że wraz z nim wraca humor i zaczyna być gwarno. O zachowaniu ciszy nie ma tu mowy,
widać nas jak na dłoni, a schować się nie ma jak. Na każdym gunnie
zostaje obserwator, więc mamy cztery pary oczu, a pozostali mają czas
dla siebie, czyli na śniadanie i kawę. Jest szósta rano, więc dość
wcześnie, mnie zaś w takich okolicznościach przyrody nic tak dobrze nie
smakuje jak kakao z amerykańskiej racji żywnościowej MRE. Robimy sobie
dwie godziny przerwy, które szybko mijają.
Zrywa się lekki wiatr i choć świeci słońce, to taki zimny powiew potrafi
zmrozić do szpiku kości. Ruszamy tą naszą ociężałą karawaną w stronę
wytyczonego zadania. Dajemy sobie dwie godziny na dojazd, by w okolicach
drogi być około godziny jedenastej i zająć pozycję nie dalej niż
kilometr od A75. Teraz dopiero mogę zobaczyć, jak w całej okazałości
wygląda ten nasz patrol. Pierwszy samochód lekko kluczy, poszukując
najlepszej drogi, ja za nim staram się jechać po śladach, wiatr wieje z boku, więc nie najemy się kurzu. Słońce osuszyło już podłoże zroszone
poranną rosą, toteż przez wszystkie możliwe szczeliny zaczyna się
wdzierać do kabiny pył. W środku mamy pylastą zawiesinę. Teraz to my
zazdrościmy chłopakom na zewnątrz: oni oddychają świeżym powietrzem,
mnie kręci w nosie i pieką oczy. Kulamy się bardzo powoli po pustyni.
Teren nieco pofałdowany ustąpił miejsca podłożu o skalistej nawierzchni
z luźno rozsypanymi kamieniami. W okolicy nie ma żadnej utwardzonej
drogi poza tą, do której mamy dojechać, obierając północny kierunek.
Przejeżdżamy przez prawie puste koryto rzeki, tylko jakiś lekko wijący
się strumyk dzieli nas od drugiego brzegu.
Taki widok jest miłą odskocznią od otaczającego nas krajobrazu. Gdy zaś
wyjeżdżamy na drugą stronę, zaskakuje nas kolejny dziwny pejzaż. Po
lewej mijamy bowiem jakieś zabudowania, które z daleka wyglądają na
niezamieszkane. Zresztą, patrząc na krajobraz, ciśnie się na usta
nieeleganckie pytanie, kto by tutaj chciał żyć i mieszkać, a jednak...
Drugą stroną brzegu rzeczki wjeżdżamy na teren, który wygląda na
porzucone uprawne poletka oddzielone od siebie ziemnymi wałami, takimi
maksymalnie do pół metra. Przejeżdżam przez ten wał pod skosem, jedno
koło, drugie, trzecie i czwarte kolebią się delikatnie. Mam też w pamięci, że na pace nie wiozę worka ziemniaków, a swojego dowódcę
sekcji.
Zresztą, patrząc na nasze rozstawienie i funkcje na pojazdach, to tu
żaden stopień nie ma znaczenia. Wszyscy na równi robimy tę robotę,
przeszliśmy taką samą selekcję, podczas której wszystkich obowiązywały
te same kryteria. Potem przyszedł czas na takie samo szkolenie, ten sam
wysiłek, ten sam upór, a teraz to samo działanie. Na pace wiozę więc nie
dowódcę, a przyjaciela, o przyjaciół zaś trzeba dbać, więc każdy z naszych samochodów przetacza się przez kolejny i kolejny ziemny wał z wyczuciem.
- Co za francowate podłoże - słyszę z góry klnącego Karola. Z ziemi,
która zapewne od czasu do czasu bywa uprawiana, unosi się gęsty pył
przenikający do samochodu. Muszę owinąć głowę arabską chustą, mrugając,
w oczach czuję piasek. Takiej jazdy mamy jeszcze z godzinę. Przejeżdżam
pięćdziesiąt, czasami sto metrów ornego terenu, następnie zwalniam
prawie do zera i pokonuję kolejno każdym kołem z osobna ziemny wał. Tu
wzbija się jeszcze bardziej brązowawy bąbel wdzierającego się do kabiny
syfu, z tym balastem kolebię się do następnego wału, wzbijając kolejną
chmurę. Pył ma konsystencję rozsypanej mąki, jest gęsty i wisi w powietrzu, nie chcąc opaść.
Michał, mający taktycznego laptopa z wgraną satelitarną mapą, wlewa w nas nadzieję, że to już niedługo, widzi to na monitorze, który online
pokazuje położenie naszej kołowej karawany. Po chwili słyszę Karola
obwieszczającego "no wreszcie", a przez zakurzoną jak cholera szybę
widzę, że faktycznie ziemia z brudnoszarej zmienia kolor na czerwony,
pewnie nawet opony odetchnęły, wjeżdżając na twardą skałę. W nosie czuję
suchą skorupę, od tego kurzu chce mi się rzygać... zatrzymujemy się na
chwilę, by przewietrzyć środek auta. Smarkam i pluję, ale to nie pomaga,
więc wlewam sobie trochę wody na dłoń i wciągam ją przez nos,
rozmiękczając to, co w nim powstało. Charkam, pluję, zresztą wszyscy
pozwalamy sobie na podobne zabiegi, pewnie nasze płuca wyglądają jak
worek w dawno nieczyszczonym odkurzaczu.
Dalej ruszamy już nieco szybciej, ale dokucza jak nie kurz, to słońce.
Koło dziesiątej zaczyna całkiem mocno palić, zaś wraz z wybiciem
jedenastej czuję, że prażymy się jak w mikrofalówce, która w ekspresowym
tempie podgrzewa danie składające się z chłopaków z Marsa.
Co za kraj - w nocy zimno jak cholera, a jak wychodzi słońce, to
człowiek wystawiony jest jak na patelni, żadnego cienia. Ten był rano za
górą i to wtedy, gdy akurat nie był potrzebny. Zaczynam wyrastać na
malkontenta. Choć nikt z nas tego głośno nie mówi, pewnie wszyscy
czujemy to samo. Moje wewnętrzne rozważania zakłóca Michał, który do tej
pory w skupieniu pracował na komputerowej mapie. Pojawił się na jego
twarzy uśmiech wraz z pierwszym taktem muzyki, którą udało mu się
odpalić z laptopa. I tak do dźwięków skrzypienia wydawanych przez humvee
dołączyli Lady Pank z utworem Kryzysowa narzeczona, a zaraz po nich
mocnym głosem zaśpiewał Krzysztof Krawczyk. Do naszych uszu dotarła
melodia i słowa piosenki:
Chciałem być marynarzem
Chciałem mieć tatuaże
Podróżować, zwiedzać świat
Pięknie żyć, garściami życie brać.
Lepszej piosenki do czasu i miejsca, w którym się obecnie znajdujemy,
nasz dowódczy didżej nie mógł dobrać. Mamy już pewnie hymn na cały pobyt
w Afganistanie. To nasz pierwszy bojowy wyjazd z bazy - docieramy się.
Można przyjąć, że już za parę tygodni obecne niedogodności nawet nie
będą odczuwalne, przełączymy się na tryb zadaniowy. Wtedy zimno, kurz,
piach... uznamy, że to taka robota: jest zima, musi być zimno.
Jedna minuta, podaje nawigator. Michał lekko zachrypniętym od kurzu, a nie od śpiewania głosem potwierdza - odbiór. Do naszego celu mamy w linii prostej, tak jak założyliśmy, około kilometra. Przez miraż nawet
bez lornetki widzę sunące po drodze piętrowe ciężarówki, które są
charakterystycznym obrazem dla afgańskich dróg. Rozstawiliśmy się
taktycznie. Czas na to był najwyższy - godzina jedenasta minut
trzydzieści. Z nieba leje się płomienny żar. Ja, zgodnie z zakładaną
rutyną, biorę się za tankowanie potwora; żre ten samochód tyle, ile mu
się naleje. Według instrukcji humvee powinien palić w granicach
dwudziestu litrów na 100 kilometrów. Bak jest sporej pojemności i pomieści dziewięćdziesiąt pięć litrów, ale nasza prędkość, trudny teren
i ciężar powodują, że opróżniliśmy już pierwszy dwudziestolitrowy
kanister, choć nie przejechaliśmy więcej niż pięćdziesiąt kilometrów.
U podnóża masywu górskiego jeden z naszych humvee wygląda jak drobinka
Michał zdecydował, że zostajemy tu na trzy godziny, ale bez rozbijania
taboru. Pozostajemy w takiej połowicznej gotowości; do drogi jest
blisko, jesteśmy widoczni, więc musimy być mobilni. Trochę się
odkurzyłem i zerkam na humvee, zapisując pomysły, jak udoskonalić tę
naszą brykę - już wiem, czego mi w niej brakuje. Na bank na tylnych
drzwiach po mojej stronie zamontuję pojemnik z wodą. Przyspawam noszak,
taki na miarę, by wsuwać odwrócony do góry nogami kanister - dzięki temu
będziemy mieć bieżącą wodę. Poza tym kanistry na wodę mają kraniki -
teraz, chcąc się umyć, lejemy sobie wodę nawzajem. Do tego na każde okno
niezbędna nam będzie zasłonka do zamontowania, a Grzesiek na pakę
potrzebuje baldachimu dającego cień, podobnie Karol. Próbnie rozstawiamy
siatkę maskującą - cień z niej jest mizerny, a słońce pali
niemiłosiernie nawet pod nią. Dlatego już wiem, że pod siatką umieszczę
brezent - wtedy cień będzie całkowity. Co poza tym? Odciągi i stelaż
naciągający siatkę maskującą są w miarę OK, ale i tak zamontuję wszystko
po swojemu jeszcze raz i wymienię odciągi na nowe.
Na drodze nic się za bardzo nie dzieje, snajperzy odpowiedzialni za
obserwację liczą ciężarówki. Później porówna się: ile z nich dotrze do
Kandaharu, a ile rozmyje się po drodze, zjeżdżając w nieznane, by ominąć
rządowe posterunki. Korzystam z okazji i krótko drzemię na moim
reżyserskim krześle przywiezionym jeszcze z Iraku. Zostaliśmy tu jednak
nieco dłużej i nastało całkiem przyjemne popołudnie. Gdy spałem, nic
mnie nie ominęło: Karol mówi, że tylko w pobliżu przeszło stado kóz z przestraszonym pasterzem, a drogą jechał autobus, który na dachu wiózł
drugi, i to większy. Zapada decyzja, że się zbieramy. Czas na
demonstrację siły: pokaz, że są tu wojska koalicji i kontrolują
sytuację. Inaczej mówiąc, trochę takie stroszenie piórek.
Podjeżdżamy do drogi i suniemy równolegle do niej. Po pokonaniu nie
więcej niż dwustu metrów dostrzegamy, że nasza obecność tu jest
zauważalna: kierowcy zwalniają, niektórzy wręcz nie są pewni, czy mogą
jechać dalej. My zaś nikogo nie zatrzymujemy, po prostu jedziemy, snując
się powoli w stronę granicy z Pakistanem.
Gwiaździsta i totalnie cicha noc nastała nieco szybciej, niż rano budził
się dzień. Trochę kluczymy, już po ciemku, tak by się dobrze ustawić.
Dobrze, czyli w takim miejscu, by nikt nas nie mógł podejść, zresztą nie
ma jak nas znaleźć w tej ciemności na odludziu. Wywiad milczy, w eterze
cisza, toteż nikogo wyposażonego w łączność radiową nie ma w okolicy.
Jeżeli można powiedzieć, że nie ma nic, to jesteśmy w takim właśnie
miejscu, poza nami nicość. Pamiętam podobne niesamowite noce, które
miały miejsce podczas operacji na wodach Zatoki Perskiej, czasami było
tak cicho, że dało się słyszeć ocierającą się o poszycie naszej łodzi
MKV wodę, tu teraz nawet żadnego szmeru nie ma.
Afgańskie poranki potrafiły być magiczną grą światła i cienia
Dziś testujemy nasz wewnętrzny system łączności. Ja jako kierowca
obstawiam wartę - jest nas pięciu, więc czuwamy po godzinie. Za pięć
godzin, o drugiej w nocy, wracamy do bazy, w linii prostej mamy około 70
km, więc powinniśmy wrócić koło siódmej rano, taki plan. Teraz,
uzbrojony w termowizor - nowoczesną broń, a dokładnie lornetkę
termowizyjną - strzegę snu chłopaków. To niesamowicie przydatne i inteligentne urządzenie pozwala na wykrycie obiektu, który emituje fale
cieplne, czyli człowieka, zwierzęcia, maszyny. W miejscu, w którym się
ustawiliśmy, mamy podgląd na otwarty teren na dobre dwa kilometry, czyli
tyle, ile pozwala lornetka. Patrząc przez nią na rozgrzaną pustynię,
widzi się jasnożółty kolor, który oznacza ciepło, lub czerwony kolor -
to gorąco. A gdy przełączam kolory na chłodne, widzę zimne barwy:
niebieski, ciemnoniebieski... Człowiek w ubraniu będzie wyróżniał się na
tle pustyni jako chłodniejszy odcień. Nie ma jak się ukryć przed tym
urządzeniem, trzeba by się ubrać w folię RSC, ale szeleszczącą postać w tej ciszy usłyszelibyśmy z kilometra. Wreszcie nastał czas, że wraz z umiejętnościami, dobrą bronią i kamizelkami taktycznymi jesteśmy
wyposażeni również w optoelektronikę.
Do pełnego żołnierskiego szczęścia brakuje nam własnych pojazdów,
śmigłowców, samolotu i satelity, ale jak wiadomo, nie od razu Kraków
zbudowano, któreś pokolenie naszych żołnierzy się doczeka, oby
generałowie i politycy zdążyli przed kolejną wojną. Z lektury wspomnień
radzieckich żołnierzy wiem, że to właśnie noc była tym czasem, w którym
nieuważni wartownicy stawali się łatwym celem dla mudżahedinów. Ponoć
przyłapany przez swoich na spaniu na warcie żołnierz wracał kolejnego
dnia do domu jako "bohater" w cynkowej skrzyni. U nas zaśnięcie nie
wchodzi w grę, nawet nie wiem, kiedy minęła moja godzina. Termowizor
oraz rozmyślanie o mudżahedinach i młodych Rosjanach sprawiły, że mój
czas szybko zleciał.
Wyposażony jestem w jeszcze jeden wynalazek, nie żaden cud techniki, ale
sprawdza się idealnie. Jest nim sznurek, którego drugi koniec
przywiązany jest do palca Michała. Szarpiąc za sznurek, budzę Michała,
on przewiązuje sznurek na palec Karola i nie opuszczając stanowiska,
dokonujemy rozprowadzenia wartowników na warcie; rozprowadzający kapral
do parady jak w wojsku tu nam jest niepotrzebny.
Cztery godziny snu w ciepłym śpiworze minęły jak zawsze szybciej niż
godzinna warta... Zerkam w niebo. Jest gwiaździste, a gwiazdy widać tak
blisko nas, i to nie tylko te w zenicie, ale i te dostrzegalne po sam
horyzont. Całe niebo zasiane jest mrugającymi w naszą stronę
konstelacjami. Można poczuć się częścią kosmosu, częścią nieba... to
jeszcze Ziemia czy już Mars? Mars, i to całkiem prawdziwy.
Czar nocy prysł po ujechaniu dwóch kilometrów, znowu wpakowaliśmy się w jakieś pyliste gówno, czuję, że moje nozdrza, gardło i płuca napełniają
się kurzem. Jadę na noktowizji i nawet w niej widzę tumany kurzu
unoszące się za pierwszym samochodem. Kilometr, dwa, dziesięć, godzina,
dwie... na zegarku szósta, nikt się nie odzywa, kto może, ten pewnie
przysypia, kierowcy i gunnerzy robią swoje. Jedną z ważniejszych funkcji
podczas patrolu sprawuje nawigator, ja jadę tam, gdzie on mi wyznacza
drogę, Michał pewnie mógłby też przymknąć oko, ale całą drogę dubluje
robotę nawigatora, potwierdzając słuszność wyboru trasy z tym, co widzi
na satelitarnej mapie w laptopie, Przemo zresztą zameldował do bazy, że
wrócimy zgodnie z planem. Poranek wstaje podobny do tego wczorajszego,
witamy szarawy świt, zerkam na zegarek - siódma. Wreszcie kawałek
asfaltu, mocno przyśpieszamy, za każdym z naszych samochodów zaczyna
wirować rdzawy kolor pyłu zwiewanego z auta. Wreszcie nastała chwila, w której możemy zanucić za Krawczykiem:
Przemierzyłem cały świat od Las Vegas po Krym
Zgrałem tysiąc talii kart, które lubią dym
Skasowałem kilka bryk, nie żałuję dziś
Nie żałuję dziś.
Jak zmiana miejsca pracy potrafi zmienić podejście do wykonywanej
czynności... Pracując jako ślusarz-spawacz w Raciborskiej Fabryce Kotłów
RAFAKO, zasypiałem z niechęcią, wiedząc, że po przebudzeniu będę musiał
pojechać do fabryki, przebrać się w "arbajtancug", wejść na halę
produkcyjną i zająć się pracami ślusarsko-spawalniczymi. Teraz głowę mam
pełną pomysłów ślusarsko-spawalniczych i sam się do tej roboty garnę,
wręcz jestem wdzięczny za tamtą robotniczą szkołę. Gdy pojawia się
potrzeba, wiem, gdzie, co i jak przyciąć, zeszlifować i czy da się jedno
z drugim zespawać, ale wpierw jest do rozwiązania ważna kwestia, skąd
pozyskać materiał do moich konstrukcji? Tu kłania się irackie
doświadczenie, całą pracę muszę rozpocząć od wizyty na pobliskim
złomowisku. Takie miejsce już tradycyjnie traktujemy jak magazyn rzeczy
komuś niepotrzebnych, a innym bardzo. Jestem umówiony z Tylutem na
popołudnie, musimy się śpieszyć, by czasem inni modernizatorzy nas nie
wyprzedzili. Na takim złomowisku zawsze znajdzie się coś cennego.
Teoretycznie ląduje tam już niepotrzebny materiał, za to inni pozyskują
go jako cenne znalezisko. Zresztą wyjeżdżając z Iraku, na podobne
miejsce sporo gratów zabraliśmy z myślą, że się komuś przydadzą.
Znowu uciekłem myślami, a tu już brama wjazdowa stoi otworem. Pierwszą
przejechaliśmy witani na baczność przez Afgańczyków, w drugiej nikt nas
o nic nie pyta, nie sprawdza przepustek, widać, że jesteśmy swoi,
jesteśmy w domu. W domu? Kiedyś wymyśliłem powiedzenie: tam dom twój,
gdzie skrzynia twoja, moje są tu pod łóżkiem w bichacie, ale zanim do
niej wejdę, smarkam i kaszlę, tak że prawie wypluwam płuca. I to nie ja
jedyny. Przed wejściem ściągam ciuchy - jestem zakurzony, jakbym w młynie pracował; inni poszli jeszcze dalej, udając się pod prysznic tak
jak stali, w mundurach, czyli robią przy okazji pranie. Musimy się
śpieszyć, śniadanie jest do dziesiątej, a po powrocie nie ma czasu na
lenistwo, tylko trwa tankowanie pojazdów i choć powierzchowna obsługa
broni. Minimi nawet nie wyciągnąłem z auta, a wygląda, jakby przeszła
długi bojowy szlak. Tu na miejscu mamy dwa kompresory, cztery węże,
sprężone powietrze doskonale radzi sobie z pyłem. Wreszcie czas na
prysznic, niestety ciepłej wody nie ma, to normalka... w ciągu dnia, jak
jest gorąco, to z prysznica leci tylko gorąca woda, a w nocy jest zimno,
to i woda lodowata. Teraz nie ma to żadnego znaczenia, czuję się tak
brudny, że umyję się każdą wodą, byleby się lała obfitym strumieniem na
kark. Serio, prysznic potrafi ukoić poczucie swędzącego ciała. Spływa ze
mnie rdzawobrunatna woda, a piasek, pył i kurz mam dosłownie wszędzie,
wszędzie i wszędzie. Smarkam i kaszlę, chcąc się pozbyć tego, czym przez
ostatnie dni oddychałem. Ten syf mam nie tylko na skórze, ale i w nosie,
zatokach, płucach... a i to nie wszystko, mam pewnie najdłuższe włosy w polskim wojsku, piasek ma się gdzie zbierać, ale ni hu-hu... Na pohybel
tym betonom w wojsku. Osobisty bunt sprawia, że włosów nie zetnę.
Na śniadanie wkraczamy chwilę przed dziesiątą, jak zawsze po cywilnemu: w czystych koszulach, żel na włosach lśni, czyści i wypachnieni. Ci, którzy nie wiedzą, czyli stołówkowa większość, zerkają na nas jak na leni, którzy dopiero co wstali, chcąc zjeść poranny posiłek prawie że w południe. Mamy to w poważaniu, ale ubaw niezły - w jakiej bazie bym nie był, to żołnierze jednostek specjalnych są podobnie postrzegani, przychodzą na śniadanie jako ostatni, raczej niewyspani, pewnie balowali do późna... Ale przecież nikomu nie będziemy się tłumaczyć, że ten posiłek jest tak naprawdę naszą kolacją... no i kto by tam uwierzył gościom w czystych koszulach opowiadających o miejscach, w których mogli nocą poczuć się jak "bogom nocy równi".