11 września. Dzień, w którym zatrzymał się świat - Mitchell Zuckoff

Kup ebooka

55.90 zł
44.72 zł (44,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Rozdział 1

"CISZA TO COŚ DOBREGO"

KAPITAN JOHN OGONOWSKI

American Airlines, lot numer 11

10 września 2001

- Tato, pomożesz mi w matmie[31]?!

Laura, najstarsza córka Johna Ogonowskiego, zawołała ojca, gdy tylko przekroczył próg domu - mieszkali na wsi w pobliżu Dracut w Massachusetts.

- Lauro! - odkrzyknęła matka, Margaret "Peg" Ogonowski. - Daj mu wejść!

John spojrzał na żonę i szesnastoletnią córkę. Miał pięćdziesiąt lat, metr osiemdziesiąt wzrostu i urodę chłopaka ze wsi - z lekko zaczerwienioną twarzą i niebieskimi oczami, otoczonymi bruzdami zmarszczek śmiechowych. Zbliżała się pora kolacji i Peg przypuszczała, że John czuł się w równym stopniu zmęczony, jak i szczęśliwy z powodu powrotu do domu. Ściemniało się już, kiedy 10 września 2001 roku przyjechał z lotniska Logan w Bostonie. Pracował jako pilot i właśnie przyleciał z Los Angeles. Dzień wcześniej odbył podróż na zachód, z Bostonu do Los Angeles, lotem numer 11.

Po dwudziestu trzech latach pracy w liniach lotniczych John wypracował pewną rutynę. Po powrocie do domu szedł prosto do sypialni i ściągał mundur - granatowy ze srebrnymi pasami na rękawach. Wkładał poplamione tłuszczem dżinsy i koszulę roboczą, po czym szedł do olbrzymiej stodoły, stojącej na ich pięćdziesięciohektarowej farmie położonej około pięćdziesięciu kilometrów na północ od Bostonu, w pobliżu granicy stanu New Hampshire. John był małomówny i lubił pracę fizyczną, której ślady widać było w odciskach na jego dłoniach. Wciągał w płuca zapach świeżo skoszonego siana, po czym zabierał się do jednego z niezliczonych zadań będących udziałem rolnika, który lata też samolotami.

Ku zaskoczeniu Peg tego dnia John zaburzył swoją rutynę. Zmiana ubrania i obowiązki mogły zaczekać. Usiadł w mundurze przy kuchennym blacie, żeby pomóc Laurze w geometrii. "Pamiętajcie, że matematyka jest fajna" - zwykł mawiać. Przewracały wtedy oczami, ale lubiły tego słuchać.

Uporawszy się z zadaniami, cała rodzina usiadła do kolacji. Najpierw zjedli kotlety z kurczaka, a na koniec ulubiony deser Johna, czyli lody. Towarzystwo było liczne. Oprócz młodszych córek, czternastoletniej Caroline i jedenastoletniej Mary, towarzyszyli im rodzice Peg, którzy przyjechali z Nowego Jorku w odwiedziny, i Al - mieszkający w pobliżu stryj Johna.

W pewnej chwili Peg zauważyła, że na koszuli Johna czegoś brakuje.

- Poszedłeś do pracy bez pagonów? - zapytała.

- Musiałem zatankować - odparł i wyjaśnił, że zdjął naramienniki, żeby nie wyglądało, jakby się popisywał. Nie chciał być uważany za jednego z tych pilotów, którzy oczekują, że cały świat im będzie salutował.

To właśnie skromność Johna i jego cicha pewność siebie sprawiły, że dziewiętnaście lat temu Peg zwróciła na niego uwagę. Pracowała wtedy dla American Airlines jako młodsza stewardesa, a John właśnie dostał pracę jako technik pokładowy. Jakiś czas temu wrócił z wojny w Wietnamie, podczas której pracował dla amerykańskich sił powietrznych, pilotując samoloty transportowe C-141 tam i z powrotem przez Pacyfik. Czasem przewoził trumny zawinięte we flagi. W pierwszych latach pracy dla American Airlines stanowił rzadkie zjawisko. Był nieżonaty, przystojny i zawsze uprzejmy. Podczas lotu z Phoenix bystra stewardesa kazała Peg z nim porozmawiać. Nim wylądowali w Bostonie, Peg dała mu swój numer.

Niecały rok później byli już małżeństwem. Pod koniec dekady John został kapitanem, Peg także awansowała. Mieli trzy córki. A także farmę, White Gate Farm, na której uprawiali trawy na siano i trzysta krzaków borówek, zaś w sadzie rosło sto pięćdziesiąt drzew brzoskwiniowych, które John własnoręcznie zasadził. Co roku sadzili dynie i kukurydzę, które sprzedawali potem kilkanaście kilometrów dalej, na farmie rodziców Johna, gdzie on sam w wieku lat ośmiu nauczył się prowadzić traktor. Peg często żartowała, że ciągnik w stodole to drugi odrzutowiec jej męża.

Przez całe swoje wspólne życie John i Peg pracowali w American Airlines. Oboje spędzali po kilkanaście dni w miesiącu w powietrzu. Starali się tak układać sobie grafik, żeby jedno z nich mogło zostać z dziewczynkami. Nie zawsze się to udawało, ale wtedy z pomocą przychodziła rodzina. John latał sporo na trasach międzynarodowych, ale praca w nocy go wykańczała, więc niedawno odnowił licencję na boeinga 767. Ten szerokokadłubowy samolot był flagową maszyną American Airlines na trasach krajowych. Ostatnio John latał regularnie z Bostonu do Los Angeles, często lotem numer 11. Peg też miała za sobą setki lotów na tej trasie.

Następnego ranka John miał ponownie usiąść za sterami i odbyć sześciogodzinną podróż do Kalifornii, ale uznał, że dopiero wrócił z Zachodniego Wybrzeża i nie chce znowu wyjeżdżać. Poza tym farmę mieli nazajutrz odwiedzić urzędnicy z wydziału rolnictwa, a także naukowcy z Uniwersytetu Tuftsa. Chcieli porozmawiać o programie, którym John się bardzo interesował[32]. On i Peg udostępnili kilka hektarów gruntu imigrantom z Kambodży, żeby ci mogli uprawiać typowe dla kuchni azjatyckiej warzywa, takie jak pak choi, wodny szpinak i amarantus, na sprzedaż i do użytku własnego. John orał ich pola i często umarzał opłatę za dzierżawę. Postawił szklarnie, żeby mogli zacząć siewy już wczesną wiosną, dostarczał wodę ze stawu i uczył ich, jak radzić sobie z wymagającą glebą Nowej Anglii, ze szkodnikami i krótkim okresem wegetacji. Nie minęło wiele czasu, by właściciele White Gate Farm zostali okrzyknięci pierwszymi rolniczymi "mentorami" imigrantów. Kiedy zainteresował się nimi dziennikarz, John przypisał wszystkie zasługi Kambodżanom. "Ci goście wkładają więcej w jeden hektar niż większość jankesów w całe swoje farmy" - powiedział[33].

Po kolacji John włączył komputer w salonie. Zalogował się do systemu American Airlines, w nadziei, że znajdzie się ktoś, kto będzie chciał wziąć dodatkowy lot. Jeśli tak, ekran z grafikiem zaświeci się na zielono, a John będzie mógł spędzić 11 września na farmie. Próbował kilkakrotnie, ale za każdym razem uzyskiwał ten sam efekt.

- Ciągle czerwone światło - powiedział Peg.

Goście będą musieli zwiedzić farmę bez niego. Będzie w tym czasie siedział za sterami lotu American Airlines numer 11, z Bostonu do Los Angeles.

PETER, SUE KIM I CHRISTINE HANSONOWIE

United Airlines, lot numer 175

W 1989 roku młoda, energiczna kobieta przeciskała się przez tłum na domowej imprezie, próbując uniknąć pewnego zdeterminowanego młodzieńca z rudymi dredami, piegami i szafą pełną wielokolorowych T-shirtów farbowanych wybielaczem[34]. Peter Hanson był całkiem atrakcyjny, ale Sue Kim nie była zainteresowana współczesnym hippisem, który koniecznie chciał ją przekonać, że utwory Grateful Dead nie są gorsze od dzieł Mozarta.

Sue, pochodzącej z Korei Amerykance, często przytrafiało się coś podobnego. Nic dziwnego, że taki chłopak jak Peter, emocjonalny i ciekawy świata, poznał ją na przyjęciu i zauroczyły go jej inteligencja i żywiołowość. Sue śmiała się tak radośnie, że łatwo było sobie wyobrazić, iż wiodła cudowne życie. Nie było to jednak prawdą.

Kiedy miała dwa latka i mieszkała w Los Angeles, zapracowani rodzice wysłali ją do babci do Korei. Gdy po czterech latach wróciła do Stanów, okazało się, że ma dwóch młodszych braci, których rodzice jednak nie odesłali. Matka zmarła, kiedy Sue skończyła piętnaście lat. Od tego czasu dziewczynka pomagała w opiece nad braćmi. Ojciec popełnił samobójstwo, po tym jak zdiagnozowano u niego raka. Pod pozorną pogodą ducha Sue kryło się marzenie o stabilnej rodzinie i poczuciu bezpieczeństwa.

Po imprezie Peterowi udawało się spotykać czasem ze Sue. Studiował wtedy zarządzanie. Kiedy zaczęło mu się wydawać, że ich związek wkracza na bardziej romantyczne tory, ściął dredy, spakował je i oddał swojej matce, Eunice. Zrozumiała, że syn chciał uświadomić dziewczynie, iż stanowi dobry materiał na męża. W wieku dwudziestu trzech lat przestał nagle być wolnym duchem, stał się odpowiedzialny. Rodzice martwili się, że jest za młody do małżeństwa, ale Peter nie chciał czekać.

"Jeśli jej teraz nie zdobędę, nie będę miał potem szansy" - tłumaczył matce. Eunice pojechała z nim po pierścionek zaręczynowy. Sue powiedziała "tak", akceptując nie tylko Petera, ale także jego uwielbienie dla Grateful Dead. Ich obrączki ślubne były bardzo stare, po dziadkach ze strony ojca Petera.

Peter skończył zarządzanie na uniwersytecie w Bostonie i został wicedyrektorem działu sprzedaży w firmie komputerowej w stanie Massachusetts. Był mocno związany z rodzicami, z którymi w dzieciństwie podróżował po świecie, a od czasu do czasu chodził na psychodeliczne koncerty swojego ulubionego zespołu. Nawet jako odpowiedzialny, dorosły człowiek Peter był niezłym kawalarzem. Pewnego dnia Eunice odebrała telefon w agencji ochrony środowiska, w której pracowała, i usłyszała mężczyznę, który stanowczo domagał się pozwolenia na postawienie jakiejś budowli przy stawie na jego posesji. Eunice zaczęła spokojnie wymieniać niezbędne dokumenty, ale jej rozmówca grzmiał tylko na temat swoich praw jako właściciela ziemi. W trakcie tyrady Eunice zorientowała się, że rozmawia z Peterem.

Kariera akademicka Sue wspaniale się rozwinęła. Zrobiła licencjat z biologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i magisterkę z nauk medycznych w Bostonie. Peter namówił ją na studia doktoranckie z immunologii. Prowadziła badania na myszach, próbując zrozumieć, jakie znaczenie mają różne cząsteczki w rozwoju astmy i AIDS. Miała się bronić na jesieni, wiadomo było jednak, że to tylko formalność. Jej promotor przewidywał, że po obronie Sue dostanie etat na uniwersytecie w Bostonie[35].

Peter i Sue łączyli pracę zawodową z opieką nad Christine - ich urodzoną w lutym 1999 roku córką. Wyglądała jak miniaturka Sue, kochała muzykę jak Peter i była urocza. Po dziadku ze strony ojca dostała drugie imię - Lee. Sue w sekrecie robiła zapasy testów ciążowych, w nadziei, że Christine wkrótce doczeka się braciszka, a rodzice Petera - wnuka.

Lee i Eunice mieszkali w Connecticut i często przyjeżdżali do młodych z wizytą. Eunice przyjechała raz ze złamaniem stopy. Christine zawołała wtedy: "Babciu, pomogę ci! Poczekaj!" i pobiegła na górę, by po chwili wrócić z kolorowymi plasterkami, które przykleiła na gips. Lee lubił patrzeć, jak wnuczka pracuje z tatą na dworze. Obiecywała młodym drzewkom, że urosną duże i silne, a ona im pomoże razem z tatusiem. Podczas modlitwy przed posiłkiem Christine koniecznie chciała śpiewać piosenkę z serialu o fioletowym dinozaurze Barneyu: "Kocham cię, a ty mnie, jak rodzinnie mija dzień. Jak przytulę się, gdy buziaka dam, jak chcesz, czy mi powiesz - kocham cię?". Jeśli dziadkowie pominęli jakieś słowo, dziewczynka kazała im zaczynać od początku.

W pierwszych dniach września Peter miał lecieć do Kalifornii w interesach. Postanowili, że zrobią z tego rodzinny wyjazd i odwiedzą babcię i braci Sue. Wylot zaplanowali na 11 września. W poprzedzający ten dzień weekend Christine opowiadała Eunice, jaka jest podekscytowana wyjazdem i zaplanowaną wycieczką do Disneylandu. Przez telefon mówiła, że jedzie do Kalifornii spotkać się z Myszką Mickey i Psem Pluto. Na końcu zdradziła, o czym marzy najbardziej. "Chcę przyjechać do twojego domu, babciu!"

Wieczorem 10 września Christine poszła spać do swojego nowego, dużego łóżka z ulubioną przytulanką - Piotrusiem Królikiem trzymającym marchewkę. Następnego dnia rano otuliła go kołderką, żeby nic mu się nie stało, dopóki ona nie wróci.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

Przypisy

Praca Komisji do spraw 11 Września to bezcenne źródło dla każdego, kto jest zainteresowany tymi wydarzeniami. Oprócz raportu Komisji i zapisów posiedzeń jej członkowie przeprowadzili ponad tysiąc dwieście skupionych na faktach wywiadów. Korzystałem z nich w dużym stopniu, także jako źródła informacji do własnych pogłębionych rozmów z bohaterami. Każdy wywiad przeprowadzony przez członków komisji został podsumowany w Memorandum do Archiwum; są one dostępne online w Archiwum Państwowym, pod adresem www.archives.gov/research/9-11/commission-memoranda.html.

Archiwum Państwowe przechowuje także inne dokumenty Komisji, znane jako Seria Komisji ds. 11 Września; można je odnaleźć pod adresem www.archives.gov/research/9-11/commission-series.html. Warte uwagi są też zebrane w Krajowej Administracji Archiwów i Rejestrów materiały z dochodzenia Federalnej Agencji Nadzoru Transportu Lotniczego: https://www.archives.gov/research/foia/faa-finding-aid. Wywiady przeprowadzone przez agentów FBI, a także inne kluczowe dokumenty, zebrano w Archiwum Dokumentacji 11 Września, dostępnym na www.scribd.com.

W kwestii arabskich nazwisk zdecydowałem się korzystać z podejścia wybranego przez Komisję do spraw 11 Września, za drugim i przy kolejnych przytoczeniach posługując się tylko ostatnimi członami nazwiska, pod którym są znani - na przykład Marwan asz-Szihhi za pierwszym razem, Szihhi w kolejnych miejscach.

Motto

[1] J.S. Boyce, Fire Scars and Decay, "The Timberman", nr 22, maj 1921, s. 7.

Wstęp. "Mrok niewiedzy"

[2] Anonimowy artykuł The Statue Unveiled, "New York Times" 29 października 1886, s. 2. Zob. także France's Gift Accepted, "New York Times", 29 października 1886, s. 1.
[3] Anonimowy artykuł, The Sights and Sightseers, "New York Times", 29 października 1886, s. 2.
[4] John Breunig, Father's Note Changes Family's 9/11 Account, "The Stamford Advocate", 28 grudnia 2012, s. 1.
[5] Choć po 11 września przez dłuższy czas w Nowym Jorku nie organizowano parad z konfetti, zdarzały się inne parady, np. doroczna parada sklepu Macy's z okazji Święta Dziękczynienia w 2001 roku, z platformami i flagami upamiętniającymi ofiary zamachów.
[6] Tego stwierdzenia używało wielu pisarzy. W tym przypadku warto odnotować, że reporter Sam Roberts wykorzystał je do opisania wydarzeń 11 września niecały rok po zamachach. Zob. When History Isn't Something That Happens to Other People, "New York Times", 24 kwietnia 2002, s. G15.
[7] Elizabeth Becker, Washington Talk: Prickly Roots of 'Homeland Security', "New York Times", 31 sierpnia 2002.
[8] Ian W. Toll, The Paradox of Pearl Harbor, "Boston Globe", 4 grudnia 2016, s. K1.
[9] Tom Junod, The Falling Man: An Unforgettable Story, "Esquire", 9 września 2016.
[10] Mitchell Zuckoff, Matthew Brelis, New Day of Infamy, "Boston Globe", 12 września 2001, s. 1. Zob. także Mitchell Zuckoff, Six Lives: Reliving the Morning of Death, "Boston Globe", 16 września 2001, s. 1.
[11] https://www.bu.edu/remember/in-memoriam/ (dostęp: 4 grudnia 2015).
[12] Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę, tłum. Agnieszka Wilda, Wołowiec 2018, s. 241.
[13] Tamże, s. 146.

Prolog. "Wypowiedzenie wojny"

[14] Konflikt świata islamu z Zachodem jest sugestywnie, przystępnie i zwięźle opisany przez Bernarda Lewisa w książce Co się właściwie stało? O kontaktach Zachodu ze światem islamu, wydanej przez Wydawnictwo Akademickie Dialog w 2016 roku w tłumaczeniu Jolanty Kozłowskiej. Zob. także B. Lewis, The Revolt of Islam: When did the conflict with the West begin, and how could it end?, "The New Yorker", 19 listopada 2001.
[15] Bernard Lewis, License to Kill: Usama bin Ladin's Declaration of Jihad, "Foreign Affairs", listopad/grudzień 1998. Angielskie tłumaczenie oświadczenia zatytułowanego "Jihad Against Jews and Crusaders" można znaleźć tu: http://fas.org/irp/world/para/docs/980223-fatwa.htm (dostęp: 3 maja 2016).
[16] Raport Komisji 11 Września, s. 341.
[17] Tamże, s. 117-118.
[18] Benjamin Weiser, Saudi Is Indicted in Bomb Attacks on U.S. Embassies, "New York Times", 5 listopada 1998.
[19] Raport Komisji 11 Września, s. 341.
[20] Tamże, s. 190.
[21] Tamże, s. 343. Zob. Paul R. Pillar, Terrorism and U.S. Foreign Policy, Brookings Institution Press, 2001, s. 23.
[22] Douglas Jehl, In a Bahrain Port, No More Sailors on the Town, "New York Times", 4 maja 1997.
[23] Benjamin Weiser, Suspected Chief Plotter in Trade Center Blast Goes on Trial Today, "New York Times", 4 sierpnia 1997.
[24] Philip Shenon, Bombings in East Africa: In Washington, Focus on Suspects in Past Attacks, "New York Times", 8 sierpnia 1998.
[25] Tim Weiner, U.S. Hard Put to Find Proofthat Bin Laden Directed Attacks, "New York Times", 13 kwietnia 1999.
[26] Walter Pincus, Anti-U.S. Calls for Attacks Are Seen as Serious, "Washington Post", 25 lutego 1998.
[27] John Miller, Greetings America, My Name Is Osama Bin Laden, "Esquire", luty 1999.
[28] Bernard Lewis, License to Kill: Usama bin Ladin's Declaration of Jihad, "Foreign Affairs", listopad/grudzień 1998.
[29] Z badań Gallupa, przeprowadzonych 10 września 2001 roku, wynika, że 55% Amerykanów czuło "niezadowolenie z tego, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych". Rick Hampson, The Day Before, "USA Today", 9 września 2002.
[30] Jeffrey M. Jones, Sept. 11 Effects, Though Largely Faded, Persist, 9 września 2003. http://www.gallup.com/poll/9208/sept-effects-though-largely-faded-persist.aspx.

Część I. "Cios z nieba"

Rozdział 1. "Cisza to coś dobrego"

[31] Opis tego, co się działo w domu Johna Ogonowskiego 10 września 2001, jest w znacznej mierze oparty na wywiadzie z Margaret "Peg" Ogonowski Hatch, przeprowadzonym 27 stycznia 2017. Niektóre szczegóły i zwroty zostały zaczerpnięte z: Mitchell Zuckoff, Six Lives: Reliving The Morning of Death, "The Boston Globe", 16 września 2001, s. A1.
[32] Wywiad z Peg Ogonowski Hatch. Zob. także Caroline Louise Cole, Immigrant Farmers Return to the Land, Growing Asian Foods, "The Boston Globe", 25 lipca 1999, South Weekly Section, s. 1.
[33] Cole, dz. cyt., s. 1.
[34] Opowieść o rodzinie Hansonów powstała w oparciu o wywiady z C. Lee i Eunice Hansonami z 22 lutego 2017 oraz dodatkowe rozmowy przez telefon, a także protokół zeznań C. Lee Hansona podczas procesu Moussaouiego, rozmowy C. Lee Hansona z FBI z 11 września 2001 i 20 czerwca 2002. Zob. także Brian McGrory, Up From the Ashes, "The Boston Globe", 11 września 2011.
[35] Albert Lin, Young Promise Turned to Tragedy in Sept. 11 Hijackings, "The Korea Herald", 6 października 2001.
.
?

Wstęp

"MROK NIEWIEDZY"

28 października 1886 roku prezydent Grover Cleveland popłynął na położoną w Zatoce Nowojorskiej wyspę w kształcie łzy, by formalnie przyjąć podarunek od Francji - Statuę Wolności. Pod ołowianoszarymi chmurami i we mgle wygłaszał przemowę, którą zakończył hołdem dla pokrytej miedzią pochodni i jej symbolicznej mocy. "Niech snop światła rozprasza mrok niewiedzy i ucisk, dopóki Wolność nie opromieni całego świata"[2].

Podczas gdy dygnitarze dokonali symbolicznego wbicia ostatnich nitów, huknęła salwa honorowa. Po drugiej stronie zatoki, na dolnym Manhattanie, zgromadzony tłum zaczął wiwatować. Brukowane uliczki wypełniło rżenie koni i bicie bębnów oraz liczne wózki z kwiatami. Orkiestry dęte maszerowały niczym żołnierze zmierzający na front, a dzieci wspinały się na latarnie, żeby uniknąć stratowania.

Widowisko przyciągnęło gapiów spoza miasta, którzy zadzierali głowy, by przyjrzeć się nieprawdopodobnie wysokim budynkom górującym nad tłumem. Rozbawiony tym widokiem chłopiec na posyłki z jednego z wieżowców wpadł na niecodzienny pomysł. Otworzył okno i zaczął wyrzucać długie, wąskie paski papieru, służące do zapisywania szalonych wzrostów i spadków notowań giełdowych. Koledzy poszli w jego ślady.

"Po chwili niebo zabieliło się od poskręcanych wstążek"[3] - zanotował reporter "New York Timesa". "Wiele z nich zawisło na drutach niczym śnieżny baldachim. Tłum chwytał te, które opadły".

Swawola okazała się zaraźliwa. Poważni finansiści stali się na chwilę dziećmi, tłoczyli się w oknach, rozwijając papier i zrzucając go na ulicę. "Zdawało się, że zjawisko nie ma końca" - pisał reporter. "Całkiem jakby za wszystkimi oknami kryły się wytwórnie papieru, produkujące poskręcane paski. Tak nowatorsko świętowała Wall Street".

Właśnie wtedy po raz pierwszy rzucano konfetti podczas parady.

W ciągu następnych stu pięćdziesięciu lat na odcinek Broadwayu znany jako Kanion Bohaterów zrzucono niezliczone tony kolorowego konfetti. Chmurami papierowych wstążek upamiętniono ponad dwustu odkrywców i prezydentów, bohaterów wojennych i sportowców, astronautów i przywódców religijnych, a także rozmaite sławy, od Einsteina po Earhart, od Churchilla po Kennedy'ego, od Mandeli po zawodników Mets.

Aż nadszedł 11 września 2001 roku.

Rozdarte, płonące, chwiejące się w posadach bliźniacze wieże World Trade Center bluzgały papierem niczym krwią z rozdartej tętnicy. Dokumentami prawnymi i ewaluacjami pracowników. Odcinkami wypłat, kartkami urodzinowymi, menu restauracji z daniami na wynos. Grafikami na kolejne dni i próbnymi odbitkami, zdjęciami i kalendarzami, dziecięcymi rysunkami i liścikami miłosnymi. Niektóre były całe, inne w strzępach, jeszcze inne płonęły. Pojedynczy skrawek papieru z południowej wieży, ciśnięty niczym list w butelce wyrzucony z tonącego statku, zawiera zapis potworności tego dnia. Obok krwawego odcisku palca nabazgrano:

84. piętro

zachodnie biuro

12 osób uwięzionych[4].

Po papierze przyszła kolej na ludzi. Po ludziach - na budynki. Po budynkach nastały wojny. Ostygły popioły, ale gniew nadal płonął. Nowojorczycy przez wiele lat nie mogli znieść parady z konfetti[5], zwłaszcza w pobliżu uświęconej dziury w ziemi nazwanej Strefą Zero. Jednak wraz z upływem czasu to, co wydaje się nie do pomyślenia, może stać się akceptowalne.

W lutym 2008 roku w finale Super Bowl faworytów turnieju pokonała drużyna New York Giants. Dziesiątki tysięcy fanów futbolu wyszły na ulice, by świętować - zaledwie kilka przecznic od miejsca, w którym wznoszono stalowe belki oszałamiającej Wieży Wolności, ostatecznie nazwanej 1 World Trade Center. Miała być niczym zuchwałe pokazanie środkowego palca wrogom Ameryki, wyższa i odważniejsza niż kanciaste bliźniacze wieże, nad których uświęconymi odciskami w ziemi się wznosiła. Gdy triumfujący New York Giants przejeżdżali obok, ich uradowani kibice tańczyli na ulicach, a na ich głowy sypało się trzydzieści sześć ton papierowych wstążek.

Powrót do normalności, mierzony w konfetti, trwał niecałe siedem lat.

Wiadomości prasowe z czasem stają się historią. Historia zaś to podobno coś, co przytrafiło się innym ludziom[6]. Wszyscy, którzy przeżyli 11 września, odczuwali ból i gniew wywołany przez śmierć i zniszczenia, spowodowane przekształceniem czterech samolotów pasażerskich w pociski. Czas złagodzi te uczucia, ale wspomnienia pozostaną. Ból wywołany przez najbardziej śmiercionośne ataki terrorystyczne w historii Ameryki jest zbyt głęboki. Zostają po nim blizny psychiczne, sprawiające, że dni dzielą się na te, które były przed, i te po, i wymagające ciągłego przystosowywania się do świata odmienionego zarówno pod względem fizycznym - przez kontrole bezpieczeństwa, jak i mentalnym - przez słowo "ojczyzna"[7], rzadko używane w Stanach w czasach poprzedzających wydarzenia dziś znane jako 11 września. (W języku angielskim używa się do tego skrótu 9/11, także dlatego, że cyfry te odpowiadają numerowi alarmowemu 911. Nie ma dowodów na to, że terroryści właśnie na tej podstawie wybrali datę).

Pojawiło się już pokolenie, które nie ma własnych wspomnień bezpośrednio związanych z 11 września, choć data ta bez wątpienia wywarła wpływ na ich życie. Historyk Ian W. Toll opisał tę zmianę w odniesieniu do innego, równie niespodziewanego ataku wroga, który także doprowadził do wojny - wcześniejszego o sześćdziesiąt lat nalotu na Pearl Harbor. "Upływ czasu odziera niespodziewany atak z uczucia palącej bezpośredniości, okrywając go warstwami ekspozycji i retrospektywnego osądu" - pisał Toll. "Perspektywa czasowa pozwala nam spojrzeć na kryzys z dystansu, ale jednocześnie umniejsza naszą zdolność do współodczuwania z osobami, które go doświadczyły, i rozumienia ich najpilniejszych trosk"[8]. Cytował Johna H. McGorana, marynarza z pechowego pancernika USS California: "Nie da się tego opowiedzieć, jeśli tego nie przeżyłeś; jeśli zaś tam byłeś, słowa są zbędne".

Jednak nawet jeżeli słowa okażą się zawodne, tylko z ich pomocą można odwlec odejście wydarzeń z 11 września do historii. Taki właśnie jest cel tej książki. Na jej stronach pełen chaosu dzień został podzielony na trzy części - wydarzenia w powietrzu, wydarzenia na ziemi i następstwa. W centrum zainteresowania znaleźli się konkretni ludzie, zarówno ci, którzy zachowali się bohatersko, a ich doświadczenia łamią serce, jak i zabójcy. Na każdą przytoczoną historię przypadają tysiące, wszystkie równie istotne. Starałem się wybrać takie, dzięki którym udałoby się ukazać zarówno szerokie spektrum wydarzeń, jak i ich głębię, unikając przy tym encyklopedyczności. Chciałem, by czytelnicy, dla których ataki są tylko "wiadomościami", zyskali nową perspektywę. Dla pozostałych próbowałem stworzyć coś w rodzaju wspomnień.

Pragnę także czegoś bardziej intymnego. Chciałbym, by niektórzy ludzie dotknięci przez te wydarzenia przestali być anonimowi. Możliwe, że nikt spośród prawie trzech tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy zginęli 11 września, nie jest dziś dobrze znany z imienia i nazwiska. Najbardziej "rozpoznawalną" ofiarą jest tak zwany Spadający Mężczyzna[9], sfotografowany podczas lotu z północnej wieży World Trade Center. Jednak nawet jego nazwisko nie jest dobrze znane. Stał się anonimową ikoną.

Korzenie tej książki sięgają samego 11 września. W tym dniu w 2001 roku wraz z kilkunastoma kolegami z redakcji napisałem artykuł na pierwszą stronę "Boston Globe"[10]. Był jednocześnie historyczny i lokalny - oba porwane samoloty, które uderzyły w wieże, wystartowały z bostońskiego lotniska Logan International. Pięć dni później z pomocą czterech dziennikarzy opublikowałem reportaż o tytule Sześć żyć, który stał się miniaturowym modelem dla tej książki. Przeplatały się w nim historie sześciu osób, które zostały w jakiś sposób dotknięte przez porwanie lotu numer 11 American Airlines i tragedię północnej wieży bądź też ponosiły za ten czyn odpowiedzialność. Jak wtedy wyjaśnialiśmy, celem artykułu było opisanie "zbiorowego doświadczenia, widzianego przez pryzmat doświadczeń tych osób, a także wspomnień ich najbliższych". Miał "upamiętnić tych, którzy zginęli, i opisać zdarzenia dla tych, którzy żyli dalej".

Kilka lat temu omawiałem ten tekst ze studentami uniwersytetu w Bostonie, na którym wykładam dziennikarstwo i którego absolwentami było przynajmniej dwadzieścia osiem ofiar 11 września[11]. Rozmawiałem później z przyjacielem, a zarazem moim agentem, Richardem Abatem, który podziela obawy, że wielu studentów, a nawet niektóre z naszych dzieci nie mają osobistego stosunku do 11 września. Dla niektórych to przeszłość równie odległa jak pierwsza wojna światowa. Kiedy to do mnie dotarło, wpadłem na pomysł. Mógłbym rozszerzyć Sześć żyć i opowiedzieć nie tylko historię pierwszego lotu i pierwszej wieży, ale wszystkich czterech samolotów i nieplanowanych celów ich podróży, a także fizycznych i emocjonalnych rezultatów tych zdarzeń. Czas niczego by nie wymazał, stałby się raczej sprzymierzeńcem. Pozwoliłby spojrzeć z perspektywy, tym bardziej, że w ciągu lat, które minęły od 11 września, zgromadzono informacje umożliwiające pogłębienie opowieści, przy jednoczesnej dbałości o przystępność tekstu i zgodność z prawdą.

Jeśli chodzi o prawdę, pisząc tę książkę przestrzegałem ściśle standardów pracy reportera. Nie naginam faktów, nie zmieniam cytatów i postaci, nie zaburzam chronologii. Opisy wydarzeń i ludzi są oparte o relacje z pierwszej ręki lub zweryfikowane źródła, ujęte w przypisach. Wszystkie wzmianki o myślach lub emocjach pochodzą z wypowiedzi osób, w których umysłach powstały. Wiedzę o nich zaczerpnąłem z rozmów, relacji spisanych w pierwszej osobie oraz innych bezpośrednich źródeł.

Zamachy z 11 września to jedne z najlepiej udokumentowanych wydarzeń historycznych. Nie powinno więc być zaskoczeniem, że niektóre osoby pojawiające się w tej książce zostały już opisane gdzieś indziej. Część stała się bohaterami całych książek. Przykładem mogą być Rick Rescorla, Welles Crowther, ojciec Mychal Judge, były szef wydziału antyterrorystycznego FBI John O'Neill i kilku bohaterów z samolotu United Airlines, lotu numer 93. Pojedyncze historie zawarte w książce zostały także oparte o zeznania złożone podczas procesu w 2006 roku przez członka Al-Kaidy Zacariasa Moussaouiego, który przyznał się do współudziału w zamachach. W poszukiwaniu informacji przekopałem się przez dokumenty państwowe, raporty organów ścigania, protokoły sądowe, książki, magazyny, filmy dokumentalne, audycje radiowe i różne strony internetowe pochodzące z wiarygodnych źródeł. Tam, gdzie należało, zostały one wymienione. Przede wszystkim opierałem się jednak na własnych rozmowach z tymi, którzy przeżyli, członkami rodzin i przyjaciółmi ofiar, ze świadkami, ratownikami, urzędnikami, naukowcami i wojskowymi.

Wciąż jednak, mimo moich wysiłków i mimo wieloletnich śledztw, wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Niektóre szczegóły i wydarzenia są niejasne lub dyskusyjne. W tekście i w przypisach wskazuję na te luki i informuję o istnieniu sprzecznych wersji. Nie odnoszę się jednak do nieuzasadnionych pomówień i wymysłów domorosłych pseudonaukowców wierzących w teorie spiskowe. Fakty są uparte i potężne. To prawdziwa historia.

Podstawowym zadaniem dziennikarzy, zarówno zajmujących się bieżącymi wiadomościami, jak i piszących reportaże, jest znalezienie odpowiedzi na sześć zasadniczych pytań: kto, co, gdzie, kiedy, dlaczego i w jaki sposób. Największą zagadką ludzkiego istnienia jest motywacja, najtrudniej więc znaleźć odpowiedź na pytanie "dlaczego". Na przykład: Dlaczego 11 września terroryści, którzy twierdzą, że działali w imię islamu, porwali samoloty pasażerskie i skierowali je na amerykańskich cywilów i cele rządowe?

Jako że skupiłem się na tym, co działo się tego konkretnego dnia, zostawiam zgłębianie odpowiedzi na te pytania innym. Czytelnicy, którzy lubią dociekać "dlaczego", powinni sięgnąć po dodatkowe lektury. Trzy tytuły są szczególnie interesujące: świetna książka Steve'a Colla Ghost Wars: The Secret History of the CIA, Afghanistan, and Bin Laden, from the Soviet Invasion to September 10, 2001, następnie Perfect Soldiers: The 9/11 Hijackers: Who They Were, Why They Did It Terry'ego McDermotta i nagrodzona Pulitzerem książka Lawrence'a Wrighta Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę [w tłumaczeniu Agnieszki Wilgi].

Wright tropił siły stojące za atakami z 11 września, filozofów i praktyków dżihadu - to arabskie słowo oznacza "walkę". Niemożliwe jest zamknięcie jego dokonań w kilku linijkach, ale udało mu się po mistrzowsku opisać sposób myślenia zamachowców:

Jednak islam i chrześcijaństwo - a zwłaszcza jego krzykliwy amerykański wariant - w oczywisty sposób stanowią dla siebie konkurencję. W oczach mężczyzn duchowo zakotwiczonych w VII wieku chrześcijaństwo było nie tyle nawet konkurencyjną religią, ile wręcz głównym wrogiem. Krucjaty były w ich oczach wciąż trwającym procesem historycznym, który nie zakończy się, dopóki islam nie odniesie ostatecznego zwycięstwa[12].

Wright wnikliwie opisał też mężczyzn, którzy przeprowadzili zamachy:

Nastroje radykalne zwykle nasilają się w sytuacji rozdźwięku między rosnącymi oczekiwaniami i coraz bardziej ograniczonymi możliwościami. [...] Wynikające z tego wszystkiego poczucie niezadowolenia, upokorzenia i gniewu skłaniało młodych Arabów do szukania dramatycznych rozwiązań. Męczeństwo nęciło tych młodych ludzi jako idealna alternatywa dla życia, które nie oferowało im zbyt wiele. Śmierć w chwale miała zapewnić zbawienie grzesznikom, którzy - jak mówiono - w momencie przelania pierwszej kropli krwi uzyskają przebaczenie i ujrzą swoje przyszłe miejsce w raju[13].

Warto wspomnieć o innych wartościowych książkach dotyczących 11 września, z których część została ujęta w bibliografii. W The Ground Truth: The Untold Story of America Under Attack on 9/11 John Farmer, starszy doradca komisji do spraw zbadania okoliczności zamachów z 11 września, doskonale objaśnia, w jaki sposób przedstawiciele rządu i armii służyli narodowi, często zwodząc przy tym opinię publiczną. The Eleventh Day: The Full Story of 9/11 autorstwa Anthony'ego Summersa i Robbyn Swan zawiera imponującą syntezę tego, co wiemy o wydarzeniach tego dnia, zaś 102 minuty walki o życie w wieżach World Trade Center Jima Dwyera i Kevina Flynna [w tłumaczeniu Piotra Amsterdamskiego] opowiada dokładnie to, co zasygnalizowano w tytule. Nieocenionym źródłem jest raport komisji do spraw 11 września, a także obszerne oświadczenia jej członków, protokoły z przesłuchań i przygotowane przez komisję monografie. Bardzo pomocna okazała się praca, którą wykonał były członek tej komisji, Miles Kara, i jego wnikliwe materiały zamieszczone na stronie internetowej 9-11 Revisited (www.oredigger61.org).

W kolejnych rozdziałach postaram się dotrzymać obietnicy, którą złożyłem w 2001 roku, pisząc Sześć żyć. Zamierzam oddać hołd tym, którzy zginęli, i stworzyć zapis wydarzeń dla tych, którzy przeżyli. Przyświeca mi też dodatkowy cel - chcę pomóc przyszłym pokoleniom zrozumieć te zdarzenia.

Mitchell Zuckoff, Boston

?

Prolog

"WYPOWIEDZENIE WOJNY"

Ta książka mogłaby się zacząć prawie czterdzieści lat przed 11 września, w 1966 roku, kiedy to w Egipcie powieszono fanatycznego, krytykującego świat zachodni pisarza Sajjida Kutba, którego twórczość stała się inspiracją dla dwóch pokoleń islamskich terrorystów. A może nawet w 1918, gdy upadało imperium osmańskie - ostatnie wielkie imperium muzułmańskie[14]. Lub jeszcze wcześniej, w 1798, podczas okupacji Egiptu przez Napoleona. Ewentualnie siedemset lat przed tym wydarzeniem, na początku ery krucjat. Albo kolejne pięćset lat wstecz, kiedy według wyznawców islamu pierwsze wersety Koranu zostały objawione prorokowi Mahometowi. Bądź ponad dwa tysiące lat temu, w chwili narodzin Abrahama.

Opisując historię, nie sposób zawrzeć w jednym tomie wszystko, co stało się wcześniej. Opowieść jednak musi mieć swój początek. Rozważmy więc stosunkowo nieodległą datę - 23 lutego 1998 roku. W tym dniu pewien zagadkowy czterdziestoletni bojownik islamski o imieniu Osama Bin Laden podpisał fatwę, pełen zaciekłości dekret religijny. Zawierała ona deklarację wojny ze Stanami Zjednoczonymi i wszystkimi ich obywatelami, niezależnie od tego, gdzie się znajdują.

Fatwa, wysłana faksem do arabskiej gazety w Londynie, została podpisana przez Bin Ladena, żyjącego w Afganistanie Saudyjczyka, spadkobiercę fortuny pochodzącej między innymi z działalności firmy budowlanej, oraz przez trzech innych wojowniczych przywódców islamskich z Egiptu, Pakistanu i Bangladeszu. W swoim tekście odnosili się do interpretacji dżihadu jako wezwania do wojny z niewiernymi i oznajmili, iż powinnością każdego muzułmanina jest walka w obronie świętych ziem. Dwa lata wcześniej Bin Laden ogłosił inną fatwę, o węższym zakresie, w której wzywał do usunięcia amerykańskich oddziałów z Arabii Saudyjskiej: "[W]ygnajcie wroga, upokorzonego i pokonanego, ze świętych miejsc islamu". W nowej posunął się o krok dalej.

Spisana kwiecistym językiem fatwa z lutego 1998 roku wymieniała trzy główne przestępstwa Amerykanów, uzasadniające wypowiedzenie im wojny: po pierwsze, obecność amerykańskich sił wojskowych na najświętszych ziemiach islamu, czyli na Półwyspie Arabskim, po drugie, wojna wytoczona przez Amerykę Irakowi, a po trzecie, wsparcie okazywane przez Amerykę Izraelowi, zwłaszcza w kwestii kontroli nad obszarem Jerozolimy. "Wszystkie te zbrodnie i występki popełnione przez Amerykanów stanowią oczywiste wypowiedzenie wojny z Allahem, jego posłańcem i wszystkimi muzułmanami" - głosił dokument. W odpowiedzi na te czyny Bin Laden i jego poplecznicy wezwali do działania: "Zabijanie Amerykanów i ich sojuszników - zarówno cywilów, jak i wojskowych - jest obowiązkiem każdego muzułmanina, który może go wykonać w dowolnym kraju, gdzie będzie to możliwe. Z pomocą Allaha wzywamy każdego muzułmanina, który wierzy w Allaha i pragnie zostać nagrodzony, aby posłuchał wezwania Allaha do zabijania Amerykanów oraz grabienia ich pieniędzy, gdziekolwiek i kiedykolwiek zdoła je znaleźć"[15].

W chwili ogłoszenia swojej ostrzejszej fatwy chudy, brodaty Bin Laden był już dobrze znany amerykańskiemu wywiadowi. Między 1996 a 1997 rokiem urzędnicy rządowi dowiedzieli się, że przewodzi on własnej grupie terrorystycznej[16] i że w 1992 roku był zamieszany w atak na hotel w Jemenie, w którym zatrzymali się amerykańscy wojskowi. Odkryli też, że odegrał rolę w zestrzeleniu amerykańskiego helikoptera wojskowego w Somalii w 1993 roku i niewykluczone, że był odpowiedzialny za wybuch samochodu pułapki w 1995 roku w Rijadzie. Zginęło wtedy pięciu Amerykanów pracujących dla Saudyjskiej Gwardii Narodowej. Po fatwie amerykańscy oficjele szybko zaczęli traktować Bin Ladena jako poważniejsze zagrożenie, zwłaszcza gdy sześć miesięcy później informatorzy donieśli, że stał za przeprowadzonymi niemal równocześnie prawie sześćdziesięcioma zamachami bombowymi, których celem były ambasady USA w Kenii (w Nairobi) i w Tanzanii (w Dar es Salaam), a w których wyniku zginęło ponad dwieście osób. W odpowiedzi prezydent Bill Clinton autoryzował atak na sześć miejsc w Afganistanie, wykonany z użyciem pocisków manewrujących Tomahawk. Amerykanie byli przekonani, że pod jednym z tych adresów będzie przebywał Osama Bin Laden, ten jednak, najprawdopodobniej uprzedzony przez Pakistańczyków, wyjechał kilka godzin wcześniej[17].

Dyskusje o tym, czy Bin Ladena należy zabić, czy tylko pojmać, toczyły się nawet po tym, jak w 1998 roku ława przysięgłych sądu federalnego w Nowym Jorku postawiła go zaocznie w stan oskarżenia za współorganizację ataku na ambasady Stanów Zjednoczonych[18]. Wywiad amerykański opisał jego grupę terrorystyczną o nazwie Al-Kaida[19] (czyli "Baza") dopiero w 1999, jedenaście lat po jej powstaniu. Uwaga, jaką zaczęto obdarzać organizację dodała skrzydeł jej członkom. W październiku 2000 roku Bin Laden ponownie uderzył. Łódź wyładowana materiałami wybuchowymi wbiła się w kadłub niszczyciela USS Cole[20], który tankował w porcie w Jemenie. W wyniku eksplozji zginęło siedemnastu członków załogi, a wielu innych odniosło rany.

Ale choć delikatne sygnały ostrzegawcze zaczęły brzęczeć w najlepsze, a amerykańscy politycy i szefowie wywiadu starali się nie spuszczać Bin Ladena z oka, nie dotarło do nich, jaki jest zdeterminowany, by zrealizować swoją fatwę i doprowadzić do masowego morderstwa na terenie Stanów Zjednoczonych. Pojawiło się sporo poważnych przesłanek, zwłaszcza w lecie 2001 roku, a kilku agentów wytrwale zgłębiało temat. Mimo to reakcję rządu amerykańskiego charakteryzowały przeoczone powiązania, zmarnowane okazje i zignorowane oznaki zbliżającej się katastrofy. Służby specjalne, utworzone po to, by monitorować Rosjan w niedopasowanych garniturach, dysponujących głowicami nuklearnymi, nie wiedziały, co sądzić o fanatycznym Saudyjczyku w zwiewnych szatach, który przesyłał fatwy faksem.

Nawet biorąc poprawkę na to, że łatwiej analizować bieg wydarzeń po fakcie, przytłaczająca ilość danych wskazuje, że porażka, jaką rząd amerykański poniósł w kwestii przewidzenia ataków z 11 września, była równie spektakularna, jak jej skutki katastrofalne. Można przytoczyć na to wiele dowodów, spójrzmy jednak na jeden. Kilka miesięcy przed 11 września szef działu analiz Centrum Antyterrorystycznego napisał: "Błędem[21] byłoby zredefiniowanie antyterroryzmu jako zadania, którego celem jest walka z terroryzmem "katastroficznym", "wielkim" albo z "superterroryzmem", skoro większość tych określeń nie pasuje do większości aktów terrorystycznych, z którymi Stany Zjednoczone prawdopodobnie będą się mierzyć, ani też do większości kosztów, które Amerykanie ponoszą w wyniku działań terrorystycznych". A jednak właśnie te określenia: "terroryzm katastroficzny", "wielki" i "superterroryzm", doskonale opisywały to, co miało się dopiero wydarzyć.

Podczas gdy politycy i agenci próbowali zrozumieć Bin Ladena, zarówno przed jego fatwą z lutego 1998 roku, jak i po niej, przeciętni Amerykanie nie mieli pojęcia ani o nim, ani o jego poplecznikach. Dla dziennikarzy Afganistan był synonimem tematu, który nie interesuje większości czytelników.

Gdy nazwisko Bin Ladena pojawiało się już w mediach, autorzy artykułów skupiali się na jego bogactwie. Najczęściej opisywano go jako: "saudyjskiego milionera, dysydenta[22], którego Departament Stanu określa jako "jednego z najważniejszych sponsorów światowej działalności islamskich ekstremistów"". Rzadko kiedy napomykano, że jako przywódca ruchu terrorystycznego może stanowić bezpośrednie zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych. Delikatne sugestie w tym temacie poczynił "New York Times" w 1997 roku, zauważając, że "najnowsze raporty"[23] wskazują, iż Bin Laden opłacił nieruchomość w Pakistanie, gdzie ukrywał się człowiek odpowiedzialny za wybuch ciężarówki pod World Trade Center w 1993 roku - w zamachu zginęło sześć osób, a ponad tysiąc odniosło rany. Ogólnie rzecz biorąc, oczytany Amerykanin mógłby z łatwością oświadczyć, iż nie wie zbyt wiele na temat Bin Ladena, a na pewno się nim nie martwi. Przed deklaracją wojny nazwisko Saudyjczyka pojawiło się łącznie w piętnastu artykułach "New York Timesa", w niektórych tylko jako wzmianka. Inne tytuły prasowe wspominały go jeszcze rzadziej albo wcale.

Nawet fatwa z lutego 1998 roku przemknęła prawie niezauważona. Pierwsze odniesienie do niej pojawiło się w "Timesie" niecałe sześć miesięcy później[24], kiedy w artykule na temat śledztwa w sprawie eksplozji w amerykańskich ambasadach w Kenii i Tanzanii napisano wprost i bez wyjaśnienia: "Parę miesięcy temu pan Bin Laden wraz z grupą fundamentalistycznych islamskich duchownych wezwali muzułmanów do zabijania Amerykanów". Autor tekstu szybko przeszedł do kolejnych tematów, wspominając tylko, że Bin Laden był głównym podejrzanym w dochodzeniu dotyczącym zamachu bombowego w Khobar Towers - kompleksie mieszkalnym w Arabii Saudyjskiej. Zginęło wówczas dziewiętnastu Amerykanów, pracowników sił powietrznych. W artykule na temat zamachów w ambasadach, zamieszczonym w "New York Timesie" w 1999 roku, zaprezentowano całkiem inny punkt widzenia, zdecydowanie umniejszając potencjalne zagrożenie[25]. Pisano:

W wojnie z panem Bin Ladenem przedstawiciele władz odmalowują go jako najgroźniejszego terrorystę na świecie. Jednak ze wspólnej pracy reporterów "New York Timesa" oraz telewizyjnego programu "Frontline" wynika, że jest on nie tyle przywódcą terrorystów, ile ich źródłem inspiracji. Jego wrogowie i poplecznicy, od członków saudyjskiej opozycji zaczynając, a na byłych pracownikach amerykańskiego wywiadu kończąc, nie wykluczają, iż jego globalne wpływy są dużo niższe, niż zapewniają niektórzy z naszych oficjeli.

Mimo to w latach poprzedzających 11 września znalazło się kilku dziennikarzy, którzy postrzegali potencjalną zdolność Bin Ladena do zrealizowania swojej fatwy w ciemniejszych barwach. Dwa dni po tym, jak Bin Laden wypowiedział Ameryce wojnę w 1998 roku, reporter "Washington Post" Walter Pincus napisał mocny i jednoznaczny artykuł[26], cytując notatkę CIA, z której wynikało, że szefowie wywiadu poważnie podchodzą do zagrożenia. Innym samotnym prorokiem był pracujący dla ABC John Miller. W maju 1998 roku przeprowadził on wywiad z Bin Ladenem w obozie szkoleniowym w Afganistanie. W trakcie rozmowy Bin Laden powtórzył swoją fatwę i podkreślił, że nie zamierza inaczej traktować wojskowych i cywilów. Później Miller z żalem zauważył, iż jego wywiad przeszedł bez echa. "Nakręciliśmy reportaż[27], a kilka tygodni później Osama Bin Laden w parominutowym wywiadzie przywitał się z Ameryką. Mało kto zwrócił na to uwagę. Był po prostu kolejnym arabskim terrorystą".

Naukowcem, który poważnie podszedł do fatwy, był Bernard Lewis, wybitny, choć kontrowersyjny intelektualista badający związki islamu i świata zachodniego, autor wyrażenia "zderzenie cywilizacji". Lewis tak zakończył napisany w 1998 roku tekst dla magazynu "Foreign Affairs":

Dla większości Amerykanów[28] deklaracja [Bin Ladena] jest trawestacją, poważnym wypaczeniem natury i celu amerykańskiej obecności na Półwyspie Arabskim. Powinni też wiedzieć, że dla wielu - może nawet większości - muzułmanów deklaracja ta jest równie groteskową karykaturą natury islamu, a nawet samej doktryny dżihadu [...]. W żadnym miejscu na kartach świętych ksiąg islamu nie znajdziemy nawoływania do terroryzmu i morderstw. Nie zawierają też wzmianek o rzezi przypadkowych osób. Mimo to niektórzy muzułmanie są gotowi zaaprobować, a czasem nawet wprowadzić w życie ekstremistyczną interpretację ich religii, którą zawiera owa deklaracja. Wystarczy kilku, by dokonać aktu terrorystycznego.

Ostrzeżenia Lewisa zostały zlekceważone.

Latem 2001 roku nie wszyscy obywatele amerykańscy żyli w przeświadczeniu, iż nie muszą się martwić o stan swojego kraju[29], wielu jednak rozkoszowało się przywilejami, jakie dawało życie w ostatnim supermocarstwie na początku XXI wieku. Traktowali je wręcz jako pewnik. Stany Zjednoczone wciąż były w fazie wzrostu gospodarczego, najdłuższego w historii, i zdawało się, że amerykańska kultura, myśl polityczna i biznes będą już zawsze wywierać wpływ na najdalsze zakątki świata. Zagrożenie czyhające gdzieś w afgańskiej jaskini nie spędzało snu z powiek prawie nikomu. Z badań Instytutu Gallupa[30] przeprowadzonych 20 września 2001 roku wynika, iż mniej niż jeden procent Amerykanów uważało, że terroryzm powinien być na pierwszym miejscu na liście narodowych problemów.

Nie wiedzieli jednak, że zegar już tykał. Dziewiętnastu wyznawców Bin Ladena, młodych, zradykalizowanych Arabów mieszkających w Stanach, obudziło się rankiem 11 września 2001 roku z głębokim postanowieniem wypełnienia fatwy. Dwadzieścia cztery godziny później wyniki ankiety całkowicie się zmienią, podobnie zresztą jak wszystko inne.