Przylecieliśmy do Delhi ok.

Przylecieliśmy do Delhi ok. 3 nad ranem, po 2 lotach rosyjskimi liniami lotniczymi (z Wawy do Moskwy i z Moskwy do New Delhi) oraz kilkugodzinnym koczowaniu na lotnisku Sheremetevo. Lot Aerofłotem, którego tak obawiała się Madzia, upłynął bez większych niespodzianek. Lecieliśmy, co prawda, maszynami dość mocno wyeksploatowanymi, szczególnie IL-em 86, który, jak się śmialiśmy z niejednego pieca już chleb jadł, ale poza dziwnymi i do tej pory dla nas niezrozumiałymi dymami wydobywającymi się z klimatyzacji podczas lądowania, nic więcej nas nie zaskoczyło. Może dlatego, że już wcześniej czytaliśmy, że stewardesy pracujące dla rosyjskich lini lotniczych nie należą do dziewczyn pierwszej młodości, a zmarszczki pokrywają bardzo grubymi warstwami pudru i tuszu. No i na koniec jeszcze jeden kamyczek do rosyjskiego ogródka. Nie mam pojęcia dlaczego nikt z zarządzających tym, bądź co bądź, dużym międzynarodowym lotniskiem w stolicy państwa wciąż aspirującego do bycia światowym mocarstwem, nie wpadł na pomysł zamontowania większej ilości ławeczek dla oczekujących na swój następny lot. Kilka takowych zdecydowanie nie wystarcza do obsłużenia tysięcy podróżujących. Kończy się to koczowaniem na schodach, posadzce, gazetach i wyglądzie bardziej przypominającym Azję niż Europę.

W czasie odprawy paszportowej na lotnisku w Delhi poznaliśmy trójkę Polaków, którzy mieli w planie trekking do bazy pod Annapurną (ABC). Na razie jednak przez kilka dni postanowili skorzystać z gościnności pracowników polskiej ambasady, którzy byli ich krewnymi. Jeden z dwóch chłopaków nie był jednak zaproszony, ponieważ na wyjazd do Indii zdecydował się dopiero kilka dni przed wylotem (są ludzie szaleni na tym świecie). Postanowił więc przyłączyć się do nas i pojechać z nami do hoteliku, w którym mieliśmy zarezerwowane 2 najbliższe noclegi. Człowiek ten okazał się wyjątkowo sympatycznym Leszkiem z Łodzi (sie ma, Leszek!), z którym spędziliśmy razem pół dnia i 2 noce w Delhi oraz przywiezionym przez niego polskim krupnikiem zabijaliśmy amebę, która jak sądziliśmy, z pewnością zagościła już w naszych organizmach. Na lotnisku postanowiliśmy skorzystać z rad znalezionych w necie i wykupić kurs do hotelu tzw. pre-paid taxi, aby uniknąć oskubania głupich białasów przez jakiegoś sprytnego i mądrego autochtona. Miejscowi jednak nie rezygnowali tak łatwo, ponieważ każdy przedstawiał się jako przedstawiciel biura obsługującego pre-paidy. Dumni z poprawnie przeprowadzonego rozszyfrowania wroga kupiliśmy kurs na Paharganj we właściwym okienku. Około dwudziestokilometrowa droga z lotniska w okolice Main Bazar na długo pozostanie w naszej pamięci. Środek nocy, straszny ruch, setki busów, ciężarówek, taksówek, aut, wszelkiej maści riksz i rowerów. Kompletny chaos na drodze. W dodatku trafiliśmy na taryfiarza szaleńca, który być może chcąc zaimponować innostańcom swoimi umiejętnościami za kółkiem, a być może licząc na napiwek za szybkie dowiezienie nas na miejsce łamał wszelkie zasady drogowe, wymijał z lewej, prawej, chodnikami, zieleńcem, jeździł pod prąd, na czerwonym świetle; można powiedzieć, że wykorzystywał każdy wolny centymetr ulicy i jej bliskiej okolicy, żeby przybliżyć się do celu. Do tego głośna hinduska muzyka z radia, dokładnie jak z reklamy KitKata.

Main Bazar w dzielnicy Paharganj przywitał na smrodem, śmieciami i śpiącymi na ulicy bezdomnymi. Taksówkraz próbował nas wysadzić gdzieś pomiędzy krową, śpiącym (martwym?) gościem na ulicy oraz kiblem na wolnym (na pewno nie świeżym) powietrzu znajdujący się na uliczce o szerokości 2 metrów. Próbował nam wmówić, że z pewnością jesteśmy na miejscu. Nie daliśmy się, niemniej jednak, w szoku byliśmy dopiero za chwilę, gdy okazało się, że nasza uliczka wygląda dokładnie tak samo! Jakoś dotarliśmy do naszego hotelu. Ale to nie koniec. Nawet na schodach, przed samym hotelem lokalsi próbowali nam wmówić, że nasz hotel jest zamknięty a my powinniśmy się przespać po 2.stronie uliczki. Oczywiście, jak to większość Hindusów, kłamali w żywe oczy.
Z ich kłamstwami spotkaliśmy się także kolejnego dnia, gdy chcąc kupić bilety w słynnym Tourist Information Office na dworcu kolejowym New Delhi próbowali nas odciągnąć od tego miejsca prawie sprzed drzwi. Twierdzili, że biura nie ma, jest zlikwidowane, a lada chwila spodziewaliśmy się usłyszeć, że spadła na nie bomba. Jak na razie, nasze zdanie o poznanych przez nas Hindusach jest takie, że nie potrafią mówić prawdy, próbują naciągnąć białych, a gdy nie znają odpowiedzi na zadane im pytanie, nie przyznają się do tego tylko wymyślają jakieś bzdury na poczekaniu. I tak np. pytając 4 Hindusów o miejsce odchodzenia pociągu do Amritsaru usłyszeliśmy 4 różne odpowiedzi. Jak widać, łatwiej jest im rzucić dowolną liczbę czy pokazać dowolny kierunek niż przyznać się do swojej ignorancji.
Niedziela upłynęła nam na zwiedzaniu Delhi wynajętą na kilka godzin autorikszą. Zdaliśmy się zupełnie na kierowcę, którego zadaniem miało być pokazanie nam "most interesting places in Delhi". Część z interesting places była już zamknięta (niedziela wieczór), ale i tak odwiedziliśmy m.in. świątynię Lakszmi, świątynię Sików, Indira Gandhi Memorial (dom z ogrodem gdzie żyła i została zastrzelona I.Gandhi), dom Mahatmy Gandhiego. Zobaczyliśmy także parlament, pałac prezydencki, dzielnicę rządową, a także Stare Delhi, gdzie króluje smród, brud i ubóstwo, ale wszystko w egzotycznym, więc dla nas bardzo interesującym, wydaniu. Bieda, mnóstwo bezdomnych, co chwilę ktoś prosi o bakszysz. Ludzie śpią, mieszkają, jedzą i pracują na ulicy. A do tego smród, pełno śmieci, hałas oraz święte krowy przeciskające się miedzy rikszami i straganami lub spokojnie leżące na ulicy i konsumujące wszystko, co ludzie wyrzucą na ulicę, nie wyłączając worków foliowych. Gdzieniegdzie apatyczne i często poranione bezdomne psy nie mają siły, aby znaleźć coś do jedzenia. Obraz nędzy i rozpaczy. Obraz bardzo ciekawy, ale tylko dla kogoś, kto może tak jak my, jakiś czas przypatrywać się temu z boku, zrobić kilka fotek a następnie wrócić do swojego, czasem spokojniejszego, a z pewnością czystszego i bardziej przyjemnego życia.
Mam ochotę robić zdjęcia, utrwalać to, co widzę, ale nie mogę się przełamać i nieczule, z reporterskim wyrachowaniem podchodzić do tych biedaków, cyknąć fotkę i odejść. Wiem, że im nie pomogę, ale nie chcę, żeby czuli, że traktuje ich tylko i wyłącznie jako odczłowieczony obiekt fotografowania.