Raftingowaliśmy razem z dwoma parami: z Izraela i mieszaną parą chińsko-amerykańską.

Raftingowaliśmy razem z dwoma parami: z Izraela i mieszaną parą chińsko-amerykańską. Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem, jak dobrze Amerykaniec nawijał po chińsku. Jak twierdził, nauczył się przez 3 lata pobytu w Szanghaju. Rafting ok, ale bez rewelacji. Po prostu rzeka, na której pływaliśmy, Thirsuli, pomimo, że leży w Himalajach nie jest jakąś nieposkromioną bestią. Było parę ekscytujących momentów, ale zdecydowanie za mało. Mimo wszystko, specjalnie nam nie żal wydanych pieniędzy. Po raftingu zapakowaliśmy się w autobus i po kilku godzinach, w tym po godzinie w korku na obrzeżach Kathmandu, znaleźliśmy się w stolicy Nepalu. Tu trochę powybrzydzaliśmy co do hoteli, ale w końcu zakotwiczyliśmy w New Tibet Rest House w turystycznej dzielnicy Thamel. Wieczorem, co za niespodzianka, przez przypadek spotkaliśmy na ulicy Leszka wraz z parą poznaną w Delhi. Wrócili już z trekkingu do bazy pod Annapurną. Jaki ten świat mały. Zdążyliśmy jeszcze pogadać, powymieniać wrażenia i zjeść wspólnie kolację.

W porównaniu z Hindusami, Nepalczykom słowo Polska coś mówi. Parę razy zdarzało nam się jak po przyznaniu się do kraju pochodzenia słyszeliśmy w odpowiedzi: "dobra, dobra" czy "dzień dobry". Pewien koleżka znał nawet Jurka Kukuczkę (to nie my się spoufalamy, to on go tak nazywał), którego ponoć spotykał wiele razy prawie 20 lat temu.