typer: 0
id: 293
id2:




  Kontakt   Pomoc   Mapa portalu   Forum
Portal Podróżnika bezdroza.pl

Wyszukaj   
GLOWNA
koszyk jest pusty
W Twoim schowku czeka na Ciebie 1 książka.
Nowości w księgarni
Niepołomice. Spacerem i rowerem
17.00 PLN
Więcej...


Londyn. Udany weekend
PLN
Więcej...


Promocja KSIˇŻKA DNIA
ks_dnia Codziennie inna książka Wydawnictwa Bezdroża
25% taniej!!!

Zobacz więcej
Znajdž
mapka
Klub bezdrożnika
Warto zobaczyć

Bezdroza.pl

Przewodniki pisane z pasją

rejestracja

RELACJE Z PODRÓŻY

Część I: Podróż i pierwsze doznania; Moskwa-Tokio (8.07.2004)

Data dodania do serwisu: 2004-07-19

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
6,001798


Podróż samolotem do Tokio trwała prawie 15 godzin i była pełna wielu niespodziewanych przygód (np. na moskiewskim lotnisku udzielałem przed kamerą rad Martynie Wojciechowskiej, która potem zwierzała mi się ze swoich problemów z pozostawionymi w domu psami i odkładanym doktoratem z ekonomii).

Z Moskwy przelot eleganckim Boeingiem 767. Kulturka - jednorazowe słuchawki wpinane do oparcia fotela z 12 kanałami fonii przynajmniej, dwie wersje językowe filmu pokazywanego na rozlokowanych co kilka metrów monitorach. W zestawie podróżnym dostaje się nawet skarpetki z logiem Areoflotu (długo i z podziwem oglądane przez japońską część podróżujących). Tylko te prawie dziesięć godzin daje się we znaki. Słońce zaszło o 8 moskiewskiego czasu, by wzejść już po dwóch godzinach - ani przez moment nie było ciemno - efekt podróży na wschód przy prędkości ponad 500 mil na godzinę na wysokości 11 000 m.

Japonia przywitała mnie upałami. Temperatura sięga nawet 40 stopni. Poza klimatyzowanymi pomieszczeniami człowiek pada ze zmęczenia po kilku godzinach. Zagadką tej nacji pozostanie, jak w takich warunkach można było rozwijać myśl technologiczną.

Muszę przyznać, że gdyby nie czekająca na mnie Zosia, to miałbym sporo problemów z dojechaniem z lotniska. Taksówka z góry odpadała, bo to kilkadziesiąt kilometrów - cała rodzina musiałaby się złożyć, żeby mnie było stać. System komunikacji jest totalnie powalony - jest wiele różnych państwowych, prywatnych, komunalnych, wojewódzkich - czy jakkolwiek je nazwać środków komunikacji i nie wiadomo, jak się przesiadać z jednych na drugie, żeby dojechać do jakiegoś celu. Komórka oczywiście w Japonii nie działa, więc w razie zgubienia człowiek musi sobie jakoś radzić... Całość przejazdu z lotniska do mieszkania Zosi trwała ok. 3 godziny z czterema chyba przesiadkami.

Nie będę narzekał na rozmiary japońskich mieszkań. Tomoka wynajmuje dwupokojowe mieszkanko - jeden pokój urządzony jest po europejsku (biurko, stolik, regał, TV), drugi - po japońsku (czyli tylko maty na podłodze).

Zdziwiłem się, że ma pralkę na balkonie - ale powiedziała, żebym sprawdził u sąsiadów. Rzeczywiście wszyscy jak jeden mąż - wąż w wąż praleczka podpięta na balkoniku. Budują już domy z myślą o tym i każdy balkon posiada dostęp do wody i kanalizacji.



Pokoje są budowane w standardowych rozmiarach, rozmiar japońskiego pokoju Zosi wynosi 6 mat...

Kładę się na owych matach zmęczony podróżą, a tu jak mi nie zacznie z zewnątrz grać muzyczka. Myślałem, że to jakiś co bardziej luzacki sąsiad. Okazało się jednak, że to samorząd dzielnicy ma taką fantazję i codziennie puszcza mieszkańcom z megafonów o stałej porze jeden kawałek - chyba losowo wybieranej muzyczki.

Zjadło się, wypiło. Pierwszy wypad rowerkiem na zwiedzanie okolicy. Niby w Anglii się było wcześniej, ale szok ciągle zostaje, gdy się jeździ po drugiej stronie ulicy. Okolica piękna - małe domki, a przed nimi ogródki. Sporo przycinanych drzewek i zadbanych roślin.

Jest pierwszy problem, bo okazuje się, że nie jest prosto z wymianą kasy. Teoretycznie można na poczcie, ale okazuje się, że nie na każdej. Banków akurat w tej dzielnicy jest bardzo mało. Chcę po prostu wypłacić kasę z bankomatu, ale bankonaty nie przyjmują karty visa, tylko same japońskie. Znalazłem jeden akceptujący visę, ale akurat ja mam visę elektron i ta też się nie łapie.

Wybieramy się do Sjinjuku - dzielnicy handlowo-rozrywkowej. Tu dopiero czuje się prawdziwe Tokio. Tłok, samochody, motory, motorynki, rowery, tłumy ludzi. Miejscowi spece od reklamy wpadli na ciekawy pomysł i rozdają ludziom wachlarze z informacją o firmie.



Dostajemy jakiś kupon na darmowe piwo w pobliskiej knajpie. Wiadomo, że pewnie ściema, ale idziemy sprawdzić. Dostaliśmy piwko, zamówiliśmy jakieś przekąski (kalmara duszonego w sosie sojowym, wołowinę z różnymi warzywami na ostro) i spoko jest. Wypijamy, zjadamy, fotka - wychodzimy. Oczywiście myk był. Samo piwo było co prawda za darmo - ale musieliśmy zapłacić VAT, który był należny od tego piwa. W sumie jednak grosze. Mykiem największym było wystawienie nam rachunku za dwie malutkie miseczki z sałatką i kawałkiem tuńczyka, która w każdej knajpie - jak twierdzi Zosia - jest serwowana za darmo. Ostatecznie jednak nie zdarli z nas skóry i zapłaciwszy za wszystko, byliśmy i tak zadowoleni, bo piwko generalnie jednak niemal za darmo, a pić się chcialo. Piwo w knajpie jest zazwyczaj horrendalnie drogie - około 30 zł za kufel.

Najedzeni przechadzaliśmy się po Sjinjuku, gdzie jakieś zatrzęsienie transwestytów, co w wersji japońskiej wygląda dodatkowo niecodziennie. Kasę udało się wypłacić z bankomatu, gdzie szczęśliwie jednak przyjmowano visę elektron.



Z kaską do metra, potem do do sklepu po pepsi (duże butelki kosztują prawie tyle co w Polsce) i na lody (wybralismy smaki: melonowy i ze słodką fasolą). Potem tylko po rower zostawiony na specjalnym parkingu, stojący tam wraz z setkami innych, Zosię na bagażnik i jedziemy do domu.



Pierwszą rzeczą po wejściu do mieszkania jest zamknięcie okien i włączenie klimatyzacji. Potem można już usiąść przy cieniutkim laptopiku, podpiąć się do szybkiego łącza i napisać długi list do znajomych...
Powrót do strony głównej relacji.
powrót do początku strony
Podziel się: