typer: 0
id: 768
id2:




  Kontakt   Pomoc   Mapa portalu   Forum
Portal Podróżnika bezdroza.pl

Wyszukaj   
GLOWNA
koszyk jest pusty
Twój schowek jest pusty
Nowości w księgarni
Tatry. Przewodnik skiturowy
40.90 PLN
Więcej...


Tatry
8.00 PLN
Więcej...


Promocja KSIˇŻKA DNIA
ks_dnia Codziennie inna książka Wydawnictwa Bezdroża
25% taniej!!!

Zobacz więcej
Znajdž
mapka
Klub bezdrożnika
Warto zobaczyć

Bezdroza.pl

Przewodniki pisane z pasją

rejestracja

RELACJE Z PODRÓŻY

30 000 mil do ołtarza

Autor: Asia Paźniewska i Tomasz Meks
Data dodania do serwisu: 2010-02-16

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
6,0023


Rozpoczynamy cykl relacji z sześciomiesięcznej wyprawy Asi i Tomka do Ameryki Południowej. Już 22 lutego wyjeżdzają oni do Frankfurtu, skąd następnego dnia odlecą do Rio de Janeiro. Plan podróży zakłada objechanie nieomal dookoła całego kontynentu, trekingi w Patagoni, Ziemii Ognistej i Centralnych Andach, white water rafting na górskich rzekach Argentyny oraz spływ Amazonką. Kulminacyjnym punktem całej wyprawy będzie ich ślub.
 


Relacje (i zdjęcia) z tego niezwykłego przedsięwzięcia pojawiać się będą na bieżąco na naszej stronie internetowej oraz na http://30000mildooltarza.blogspot.com.

Większość spraw związanych z wyjazdem udało nam się już zakończyć. Na szczęście nie byliśmy w swoich wysiłkach sami. Cały czas wspierały nas nasze rodziny, a zainteresowanie firm oferujących nam pomoc przerosło nasze oczekiwania. Po wielotygodniowych poszukiwaniach udało nam się też znaleźć bilety lotnicze z Frankfurtu do Rio de Janeiro i z powrotem, w cenie nie przekraczającej 2000 zł. A ponieważ dysponujemy mocno ograniczonym budżetem, wszystkie wydatki analizujemy z kalkulatorem w ręku.

Wyprawa do Ameryki Południowej daje nam również szanse spróbowania swoich sił w zupełnie nowych rolach, np. na antenie radiowej. 30 stycznia gościliśmy w Radiu Kielce w audycji Jerzego Jopa "Muzyczne podróże przez świat", w której mogliśmy się podzielić ze słuchaczami naszymi wraŜeniami z trzytygodniowej podróży po Maroku. Chyba poszło nam nie najgorzej, bo zostaliśmy zaproszeni na nagranie kolejnej audycji tuż przed naszym wyjazdem.

Oceńcie zresztą sami - całą rozmowę znajdziecie na stronie internetowej www.30000mildooltarza.pl.
Najczęściej padającym pytaniem jest oczywiście to dotyczące sukni ślubnej. Długa, biała suknia z welonem nigdy nie była moim marzeniem. Poza tym niezbyt wpisywałaby się w ideę sześciomiesięcznej podróży z kilkunastokilogramowym plecakiem. PrzecieŜ tyle rzeczy musimy zabrać ze sobą, zwłaszcza na górski etap naszej wyprawy. Jeszcze do niedawna zakładaliśmy, że odpowiedni strój spróbujemy znaleźć dopiero na miejscu. Okazało się jednak, że jedna z krakowskich pracowni uszyła dla mnie dla mnie odjazdową czerwoną sukienkę, w stylu słynnego przeboju Guns n' Roses "November Rain”. Teraz już naprawdę możemy odczuć, że to wszystko dzieje się naprawdę, a nasze marzenia zaczynają się realizować. Zaczęło się wielkie odliczanie.....



 


wtorek, 23 lutego 2010
Nareszcie w drodze - PROLOG


Jestesmy wlasnie we Frankurcie i oczekujemy na nasz samolot do Rio de Janeiro. Obudzilismy sie  kilkadziesiat kilometrow przed Frankfurtem. Za oknem juz szarzalo, ale nasze widzenie swiata deformowaly strugi deszczu splywajace po szybach autobusu. Caly dzien uplynal wiec nam na szlajaniu sie od kawiarni do kawiarni. Inne opcje niestety nie wchodzily w gre. Na szczescie juz jutro wkroczymy w strefe lata...

poniedziałek, 8 lutego 2010
Ostatnia prosta


Nadszedł wreszcie ten długo wyczekiwany moment. Jeszcze tylko dwa tygodnie i wyruszamy. Większość rzeczy już przygotowana: bilety zarezerwowane, ubezpieczenie kupione. Nic tylko jechać. Siedzę i przeglądam inne blogi, relacje z podróży po Ameryce Płd i kiedy patrzę na śnieg za oknem to aż trudno mi uwierzyć, że niedługo też tam będziemy. Zaczynamy w Rio de Janeiro, a potem udajemy się na południe. Po ślubie w Buenos Aires ruszymy do Patagonii, a dalej czas pokaże... 

piątek, 5 marca 2010
Sao Paulo, czyli szok termiczny


Sao Paulo przywitalo nas solidnym upalem, chociaz wyladowalismy o 6.00 rano. Od razu po wyjsciu z lotniska uderzyla nas w oczy swieza i soczysta zielen oraz niezliczone palmy. Sao Paulo poraza swym ogromem - jest to jedna z najwiekszych metropolii swiata. Droga z oddalonego o 30km lotniska zajela nam niemal godzine, chociaz prowadzila szescio- siedmiopasmowa autostrada. W miescie kroluje architektoniczny chaos. Platanina wielopoziomowych ulic i wiezowcow przypomina Metropolis z filmu Fritza Langa. Pomiedzy nie wciskaja sie pasy zieleni z wszechobecnymi palmami, ktore dla nas zawsze chyba beda synonimem egzotyki.

Glownym placem miasta jest Parca da Se z dominujaca nad nim katedra.
Miejscowa kuchnia nas nie porazila, ale wszystkim goraco polecami liczne tutaj kioski ze swiezo wyciskanym sokiem z tropikalnych owocow.
Nasz pobyt w Sao Paulo byl bardzo krotki i juz wieczorem siedzielismy w autobusie do Foz do Iguazu (90 reali za osobe).

piątek, 5 marca 2010
Wodospady Iguazu


Wodospady Iguazu to jeden z naturalnych cudow swiata. Zadne zdjecia, filmy czy opisy nie sa w stanie oddac ich ogromu. Dostepne sa one zarowno od strony argentynskiej ( wstep 85 pesos) jak i brazylijskiej (37 reali). Na zjawisko zwane Cataratas de Iguazu skladaja sie dziesiatki, a moze nawet setki, spektakularnych wodospadow o wysokosci prawie stu metrow i lacznej dlugosci okolo trzech kilometrow.
Po stronie argentynskiej waskotorowa kolejka dojezdza sie do glownej atrakcji rezerwatu, czyli Garganty del Diablo. Trasa prowadzi stalowymi pomostami zawieszonymi nad szeroko rozlanymi wodami rzeki Iguazu. Po dojsciu do konca pomostu naszym oczom ukazala sie Czarcia Gardziel w calej okazalosci. Hektolitry wody przelewaja sie w kazdej sekundzie przez jej krawedz, by po dotarciu do dna wzbic w powietrze chmure kropli.

Cala trasa od strony argentynskiej liczy okolo 4,5km dlugosci i wiedzie pomiedzy poszczegolnymi wodospadami. Zwiedzanie zorganizowane jest tak, ze przechodzi sie zarowno ponad nimi, jak i u ich podnoza. Wielbiciele kina moga podziwiac tu miejsca, w ktorych krecony byl film "Misja" z Jeremim Ironsem i Robertem de Niro. W selwie otaczajacej wodospady mozna spotkac skaczace po drzewach malpy, oraz wszedobylskie coati oczekujace na jakis przysmak. Nad sciezkami lataly dziesiatki motyli we wszystkich kolorach teczy (niektore wielkosci ludzkiej dloni). Jesli ma sie odpowiednio duzo szczescia (my nie mielismy) mozna spotkac tukany, krokodyle czy pumy.

Od strony brazylijskiej widok na wodospady ma charakter bardziej panoramiczny. Najwieksza atrakcja jest przejscie na pomost znajdujacy sie ponize Garganty del Diablo. Czlowiek stoi niemal otoczony ze wszad grzmiacymi wodospadami. Huk wody jest niewyobrazalny, a ilosc wody z nich parujaca sprawia, ze jest sie wlasciwie otoczonym licznymi teczami.
Jakby tego bylo malo mozna jeszcze wiechac winda na taras widokowy polozony na wysokosci gornej krawedzi Garganty. Dopiero stad widac ja w calej krasie.
Okazalo sie, ze mielismy duzo szczescia. W ostatnich dniach w Iguazu bylo wyjatkowo duzo wody, wiec wodospady wygladaly jeszcze piekniej niz zwykle. Tymczasem bywaly lata, gdy susza sprawiala, ze zostawalo z nich zaledwie pare struzek smetnie prezentujacych sie na tle skalnej sciany.

Mimo, ze poczatkowo nie zamierzalismy odwiedzac strony brazylijskiej, nie zalowalismy, ze stalo sie inaczej. Widoki na wodospady z obu stron zapieraja dech w piersiach i sa warte kazdych pieniedzy.

piątek, 5 marca 2010
Koniec wolnosci w Puerto Libertad


Dzieki pomocy ojca Jerzego - Rektora Polskiej Misji Katolickiej w Argentynie oraz Ambasadzie RP w Buenos Aires trafilismy do Puerto Libertad - niewielkiego argentynskiego miasteczka lezacego w sasiedztwie Cataratas de Iguazu. Przez piec dni bylismy tam goscmi ojcow Seweryna i Sylwana - dwoch polskich franciszkanow, ktorzy zgodzili sie udzielic nam slubu w miejscowym kosciele. Date ustalilismy wspolnie na niedziele 28 lutego. W przeddzien nasi gospodarze zorganizowali nawet wizyte zaprzyjaznionych fryzjerow z oddalonego o 1300km Buenos Aires. Po zapadnieciu zmierzchu rozpoczelo sie swietowanie ostatniej nocy wolnosci. Zostalo ono uswietnione przez kilkadziesiat polnagich tancerek argentynskich.
W Puerto Libertad odbywal sie wlasnie karnawal. Korowod barwnych tancerzy samby przechodzil w rytm akompaniamentu bebnow na glowny plac miasteczka.

Planujac slub w Ameryce Poludniowej w najsmielszych marzeniach nie przypuszczalismy, ze oprocz ksiedza, nas i swiadkow beda jeszcze jacys goscie. Tymczasem nasi gospodarze sprawili nam ogromna niespodzianke zapraszajac kilkudziesieciu gosci, mieszkancow miasteczka. Ze wzgledu na ich obecnosc msza prowadzona byla po polsku i hiszpansku. Naszymi swiadkami byli pani Marta i pan Kazimierz, malzenstwo polskiego pochodzenia mieszkajace w pobliskiej Wandzie (miasteczko zalozone 100 lat temu przez polskich imigrantow). Ceremonia miala bardzo osobisty charakter. Ksieza zwracali sie bezposrednio do nas, a przez te kilka wspolnie spedzonych dni zdazylismy sie wszyscy zaprzyjaznic. Bylismy szczegolnie wzruszeni, gdy pod koniec mszy ojcowie oraz nasi swiadkowie wspolnie odspiewali polskie "Sto lat".

Po ceremoni udalismy sie do salki parafialnej na ciag dalszy uroczystosci. Jak tylko minelismy furtke doznalismy szoku. Wejscie do salki udekorowane bylo balonami, a na tablicy ustawionej za naszymi miejscami znajdowal sie napis "Joanna i Tomek". Przywitano nas odspiewaniem "Sto lat" po polsku i hiszpansku. Nie obylo sie tez bez osladzania "gorzkiego" wina. Po chwili wniesiono asado (mieso i kielbaski pieczone na parrillii, czyli ogromnym grillu), a caly obiad zakonczyl bialy tort ozdobiony czerwonymi rozami.
Cale wesele zostalo przygotowane przez zaprzyjaznionych z ojcami parafian, mieszkancow P. Libertad i Wandy.


piątek, 5 marca 2010
W poszukiwaniu skarbu czyli kopalnia kamieni szlachetnych w Wandzie


Wspomniana juz wczesniej Wanda znana jest przede wszystkim z kopalni kamieni polszlachetnych. My odwiedzilismy kopalnie nalezaca do Compania Minera Wanda. Wydobywane tutaj kamienie, w zaleznosci od formy, koloru i przejrzystosci wykorzystywane sa do tworzenia bizuterii, rzezb i zdobien oraz do wytwarzania podzespolow elektronicznych.

Dodatkowa atrakcja kopalni jest to, ze jest ona czynna. Chodzac po tunelach mozna obserwowac ludzi pracujacych przy poszukiwaniach, wydobyciu i obrobce kamieni. Niestety nie moglismy sie skusic na zadna pamiatke. Kazdy dodatkowy gram w plecaku trzeba bedzie pozniej nosic.....

poniedziałek, 8 marca 2010
Boskie Buenos


Niemal połowa wszystkich Agrentyńczyków zamieszkuje tzw. Wielkie Buenos Aires, liczące ok. 15 milionów mieszkańców. Miasto poraża swym ogromem. Bardzo szeroko aleje sąsiadują z wąskimi uliczkami. Wszystkie zabudowane kamienicami do 10-12 pięter oraz  drapaczami chmur. Budynki nowe sąsiadują ze starymi. Zaczęliśmy od Plaza del Mayo ze słynnym różowym Pałacem Prezydenckim i balkonem, z którego porywała tłumy uwielbiana tutaj Evita Peron. Następnie wąskimi uliczki San Telmo kluczyliśmy w stronę stadionu Boca Juniors i legendarnej dzielnicy La Boca. San Telmo to taki miejscowy Kazimierz, klimatyczne kawiarnie, restauracje i kluby tanga a na głównym placu - Dorrego, stoliki kawiarniane a wokół uliczni sprzedawcy oferujący rękodzieło, biżuterię i obrazy. W kawiarniach można podziwiać darmowe pokazy tanga. Podobnie w La Boca. Jest to biedna robotnicza dzielnica. Tą biedę najbardziej widać na granicy między La Boca i San Telmo. Turyści się tu nie zapędzają. Ludzie siedzą na ulicy przed zaniedbanymi domami. Wszędzie pełno jest bezpańskich psów. Zupełnie inaczej wygląda przeciwległy kraniec dzielnicy, czyli Caminito. Jest to jeden z symboli miasta, ze słynnymi kolorowymi domami. Tętni ona życiem, jest pełna kawiarni i klubów tanga, które włąsnie stąd się wywodzi. Przechodząc między knajpkami można podziwiać kunszt tancerzy występujących na ulicy.

Kolejny dzień zaczęliśmy od zwiedzania Recoletty, dzielnicy B.A. pełnej luksusowych apartementowców i kamienic, drogich butików i dobrze ubranych mieszkańców. Największą atrakcją dzielnicy jest zabytkowy cmentarz. Jest to obowiązkowy punkt każdej wizyty w Buenos. Niezliczone grobowce rodzinne, niczym pałace, tworzą ulice przecinające się prostopadle lub promieniście. Trumny złożone są nie w sarkofagach, ale na widocznych z zewnątrz półkach.
Tu spoczywają wielcy Argentyńczycy, wliczając w to kilku prezydentów. Dla nas Europejczyków najsłynniejszą "mieszkanką" cmentarza jest oczywiście Evita Peron.

Jeżeli spędza się w Buenos Aires trochę więcej czasu warto wybrać się do dzielnicy Palermo tonącej w zieleni rozliczych parków i ogrodów. Szczególnie godny polecenia jest ogród botaniczny, pełny egzotycznych roślin rosnących u nas tylko w doniczkach, a tu osiągających rozmiary drzew, oraz znakomicie utrzymany ogród japoński. Na każdym kroku spotkać tu można osoby zawodowo trudniące się wyprowadzaniem psów. Rekordziści potrafią zabrać naraz do 20 zwierzaków.

Koniecznie trzeba też zobaczyć ogromny kwiat ze stali nierdzewnej zbudowany w jednym z parków. Ma on wysokość około 20 m i otwiera się i zamyka w rytmie dnia i nocy jak prawdziwe kwiaty. Znajduje się on na samym środku zbiornika wodnego. Jego tafla rozedrgana jest od fal i wiatru. To wszystko, wraz z otaczającymi trawnikami i alejkami oraz okolicznymi budynkami odbija się w powierzchni kwiatu jak w zwierciadle.

Nieopodal Buenos Aires znajduje się znana miejscowość wypoczynkowa Tigre, położona w delcie Rio Parana, która w tym miejscu tworzy misterną sieć odnóg, kanałów i wysepek. Jest to swoiste miasto na wodzie. Są tu hotele, kampingi, restauracje, plaże a nawet korty tenisowe. Dostać się do nich można tylko stateczkami lub motorówką. Ruch na wodzie pomiędzy poszczególnymi wyspami jest całkiem spory - są wodne tramwaje, prywatne łodzie, statki wycieczkowe, a nawet pływający sklep i stacja benzynowa na palach.

piątek, 12 marca 2010
W drodze na koniec swiata


W poniedzialek wieczorem opuscilismy Buenos Aires i ruszylismy w dluga i daleka droge na Ziemie Ognista. Najpierw musielismy dojechac do Rio Gallegos (2500km i 36h jazdy) aby tam przesiasc sie na autobus do Ushuaia (600km i 13h jazdy, w tym dwukrotne przekraczanie granicy chilijsko-argentynskiej).

Pierwszego dnia zafascynowani bylismy ogromnymi przestrzeniami Patagonii, ktora przejechalismy cala od polnocy na poludnie. Trasa wiedzie przez plaskie pustkowie porosniete trawami i niskimi krzaczkami. Godzinami nie widac zadnych zabudowan, a nasza droga ciagnie sie prosto, bez zadnych zakretow, przez wiele, wiele kilometrow. Jedynym urozmaiceniem byly mijane po drodze stada owiec i guanako (kuzyn lamy) oraz pojedyncze strusie nandu i flamingi.

Krajobraz zmienil sie dopiero kilkadziesiat kilometrow od Ushuaia, kiedy pojawily sie pierwsze osniezone szczyty andyjskie i lezace pomiedzy nimi gorskie jeziora.

środa, 17 marca 2010
1000km od Antarktydy


Co prawda koniec swiata ma nadejsc dopiero w 2012 roku, ale my zobaczylismy go juz teraz. Po trzech dniach w autobusie i przejechaniu ponad 3000km dotarlismy wreszcie do Ushuaia - najdalej na poludnie polozonego miasta na swiecie. To wlasnie stad wyrusza wiekszosc wypraw na Antarktyde. Jej bliskosc wyczuwa sie tu na kazdym kroku. Sklepy pelne sa pamiatek i pocztowek z jej widokami. Jesli masz na zbyciu jakies 3000 USD mozesz sobie wykupic rejs na pokryty lodem kontynent.

Miasto jest pieknie polozone nad kanalem Beagle na stokach osniezonych szczytow Andow. Jego polozenie zapewnia mnogosc atrakcji i szlakow turystycznych. Mozna wybrac sie na spacer do lodowca Martial, gorujacego nad miastem, kilkudniowe trekkingi po gorach, lub do oddalonego o 12km Parku Narodowego. Wystarczy wejsc kilkaset metrow w gore powyzej miasta, aby ujrzec zatoke w pelnej krasie, z licznymi wysepkami i polwyspami.

Wlasciwie jedynym minusem Ushuai jest klimat. Pogoda nas nie rozpieszczala. Temperatura w granicach 5 stopni nie robi moze wielkiego wrazenia, ale potwornie silny wiatr i wilgotnosc poteguja odczucie zimna. Szczegolnie po upalach panujacych w Misiones i Buenos Aires nie moglismy sie przyzwyczaic do panujacego tu zimna.

czwartek, 18 marca 2010
El Calafate i Los Glaciares, czyli kolejny cud natury


Droga do El Calafate dostarczyla nam niezapomnianych wrazen. Aby sie tam dostac musielismy przeciac prawie cala Patagonie ze wschodu na zachod, mijajac po drodze wzgorza porosniete rdzawo-brunatna trawa i niewielkimi krzaczkami a daleko przed nami majaczyly osniezone szczyty Andow. Do tego ciagle towarzyszyly nam tumany kurzu podrywane przez porywisty wiatr. Byl on tak silny, ze ostrzegaly przed nim specjalne znaki drogowe, przedstawiajace targane wiatrem drzewo.

Po przyjezdzie do El Calafate z ulga stwierdzilismy, ze pomimo wiejacego wiatru jest tu znacznie cieplej niz na Ziemii Ognistej. Z radoscia zostawilismy nasze kurtki w hostelu i ruszylismy w miasto. Jest to pelna uroku turystyczna miejscowosc polozona na poludniowym brzegu jeziora Lago Argentino, otoczona pieknymi gorami. Miasto zyje glownie z turystow. Jeszcze kilkadziesiat lat temu nie bylo tu nic. Dzis pelne jest kawiarni z goraca czekolada, restauracji, sklepow z pamiatkami i agencji turystycznych oferujacych wycieczki m.in. na oddalony o niespelna 80km lodowiec Perito Moreno. Ta ogromna rzeka bialo-niebieskiego lodu, splywajaca pomiedzy skalistymi szczytami, stworzona zostala po to, by sie stac wielka atrakcja turystyczna. Pionowa sciana lodu, o wysokosci 60m i szerokosci 5km, dominuje nad zielonkawa tonia jeziora, na ktorej dryfuja wielkie bryly lodowe oderwane od lodowca.

Jest to jeden z nielicznych na swiecie postepujacych lodowcow. Znajduje sie w ciaglym ruchu, a trzaski pekajacego lodu slychac z daleka. Co jakis czas mozna zaobserwowac gigantyczne bryly odrywajace sie od czola lodowca i spadajace z hukiem do wody. Najwieksza, jaka udalo nam sie zobaczyc, miala rozmiar duzego domu i spadla z samego szczytu wzbijajac fontanne wody o wysokosci okolo 20-30 metrow.
Szczegolnie efektowne jest obserwowanie bryl lodu wydobywajacych sie spod powierzchni wody (czesc lodowca znajduje sie pod woda). My mielismy wyjatkowe szczescie, bo udalo nam sie zobaczyc wyplyniecie ogromnej masy lodowej o wymiarach ok. 50x60m. Najpierw powierzchnia jeziora zaczela falowac i burzyc sie. Potem zaczely pojawiac sie fragmenty krystalicznie niebieskiego lodu, by po chwili ponownie zniknac pod woda, tylko po to, zeby ponad nia wystrzelic z wielkim impetem. Towarzyszyl temu potworny huk, jakby wsciekle bijacych piorunow. Po chwili wszystko ucichlo, a ogromna bryla granatowo-niebieskiego lodu spokojnie dryfowala po zielonkawych wodach jeziora, blyszczac w promieniach slonca niczym kamienie szlachetne z kopalni w Wandzie.

wtorek, 30 marca 2010
EL CHALTEN - w cieniu Fitz Roya i Cerro Torre


El Chalten to malutkie, przepieknie polozone miasteczko, zalozone w 1985 roku w wyniku sporu argentynsko-chilijskiego o te terenu. Ze wszystkich stron otoczone jest pionowymi skalami a od polnocy dominuje nad nim masywna sylwetka Fitz Roya. Zyje ono z turystow, dla ktorych glownym celem jest trekking i wspinaczka. Niestety tutejsza pogoda jest bardzo kaprysna. Caly czas wieje bardzo silny wiatr a gory skryte sa w chmurach. My mielismy wyjatkowe szczescie, bo w dniu, w ktorym przyjechalismy niebo bylo bezchmurne a szczyty Fitz Roya i Cerro Torre widoczne byly z daleka.

Dlatego pelni nadziei ruszylismy nastepnego ranka na szlak z zamiarem odbycia czterodniowego trekkingu wokol Fitz Roya. Niebo nie bylo jednak juz tak piekne jak wczoraj. Slonce jeszcze swiecilo ale gromadzilo sie coraz wiecej chmur. Droga prowadzila lasem w gore, otwierajac sie co jakis czas na przepiekna doline Rio de las Vuelta, zamknieta osniezonymi szczytami. Gdy dotarlismy do znajdujacego sie u stop Fitz Roya obozu Poincenot, ktory byl celem naszej wedrowki, widok zepsul sie calkowicie, a niebo zasnulo sie ciemnymi chmurami.

Nastepny dzien zaczal sie obiecujaco. Niebo bylo prawie bezchmurne i pierwsze promienie slonca pieknie oswietlaly pionowe sciany Fitz Roya. Niestety zaraz potem zaczal padac deszcz. A jak juz zaczal to nie chcial przestac przez kolejne dwa dni. Utknelismy wiec w Poincenot czekajac na poprawe pogody. Caly czas w namiocie, ktory niestety okazal sie mniejszy niz zapowiadal producent. Poddalismy sie wiec i zrezygnowalismy z dalszej drogi. Jak tylko przestalo padac, zlozylismy nasz namiot i ruszylismy w dol do El Chalten.

Idac lasem mozna bylo zauwazyc jak ogromny wplyw na tutejsza roslinnosc ma porywisty wiatr. Nawet stare drzewa, o bardzo grubych pniach, nie rosna tu wyzej niz ok 5m. Maja natomiast bardzo mocno powykrecane, niemal poziome konary - takie przerosniete bonsai.

Po powrocie do El Chalten okazalo sie, ze najblizsze wolne miejsca w autobusie beda dopiero za 4 dni. Postanowilismy wiec rozbic sie na campingu w miescie i stad chodzic na jednodniowe wycieczki w gory. Szczegolnie godny polecenia jest szlak prowadzacy do Laguna del Torre, przepieknie polozonego u stop Cerro Torre jeziora polodowcowego.

Po mniej wiecej godzinie doszlismy do pierwszego z licznych tego dnia punktow widokowych. Rozposcieral sie stad przepiekny widok na Fitz Roya i Cerro Torre. Dalej szlismy malownicza sciezka wijaca sie przez las. Co jakis czas w oddali pojawialy sie znajome trzy wieze, z najwyzsza z nich, czyli Cerro Torre na czele. Wreszcie po ok. trzech godzinach ujrzelismy mleczne wody Laguna del Torre z plywajacymi po nich brylami lodu oderwanymi od niebieskawego lodowca, ktorego czolo znajdowalo sie na przeciwleglym koncu jeziora. Ponad nami gorowala piekna iglica Cerro Torre. Slonce caly czas swiecilo, a z nieba zniknely wszystkie chmury.

Podczas naszego pobytu w El Chalten minal pierwszy miesiac naszej podrozy po Ameryce Poludniowej. Duzo sie w tym czasie wydarzylo. Przejechalismy ponad 20 000km, a wydaje sie jakbysmy dopiero wczoraj sie pakowali. Nasz pierwszy maly jubileusz uczcilismy pizza z dzika w miejscowej restauracji popijana miejscowym piwkiem.

czwartek, 1 kwietnia 2010
Bariloche


W zasadzie nie zamierzalismy sie nawet zatrzymywac w Bariloche. Polozone w argentynskiej krainie jezior wyglada tak naprawde jak szwajcarskie miasto gdzies w Alpach. Jednak chcac wydostac sie z Patagonii na polnoc nie mielismy wlasciwie wyboru. I cale szczescie.
Bariloche to najbardziej znany i najwiekszy gorski kurort w Argentynie. Otoczyny pieknymi polodowcowymi jeziorami i andyjskimi szczytami jest prawdziwym rajem dla wielbicieli wedrowek gorskich, wspinaczki, raftingu czy jazdy konnej i lowienia ryb. Czesto spotykalismy sie z okresleniem "takie argentynskie Zakopane". Po kilku dniach tu spedzonych stwierdzilismy, ze byloby ono bardziej trafne gdyby cale Tatry, razem z Zakopanem, przeniesc na nasze Mazury.

Tutaj tez po raz pierwszy w trakcie naszej podrozy spotkalismy Polakow. Wychodzac z dworca autobusowego natknelismy sie na chlopaka z Zakopanego, ktorego ojciec mieszka i pracuje w Bariloche, oraz jego dwoch kolegow.

czwartek, 1 kwietnia 2010
Bezdroza Patagonii


Patagonia zajmuje jedna trzecia powierzchni Argentyny. Potrzeba kilku dni aby przejechac z jej jednego konca na drugi. W wiekszosci jest ona zupelnie plaska i niezamieszkana. Jedynym urozmaiceniem sa osniezone szczyty Andow w jej zachodniej czesci. Mijane po drodze miasta to tak naprawde kilka gruntowych ulic na krzyz, pare domow, stacja paliw i hotel.

Najbardziej znana tutejsza droga jest legendarna Ruta Nacional 40, prowadzaca przez 5000km z poludnia na polnoc Argentyny. Na dlugich, nawet kilkuset kilometrowych, odcinkach jest to po prostu utwardzona droga gruntowa, po ktorej nie mozna jechac szybciej niz 20km/h. Jej urokow moglismy doswiadczyc jadac z El Chalten do Bariloche.
 

 

Sponsorzy i patroni wyprawy:

   


    
    
 

powrót do początku strony