Najcudowniejszą wyprawą, jaką przeĹźyłam do tej pory była… moja podróĹź poślubna.

Najcudowniejszą wyprawą, jaką przeĹźyłam do tej pory była… moja podróĹź poślubna. JuĹź z tego powodu nie powinnam nazywać jej wyprawą, ale poniewaĹź wymagała ode mnie wielu miesięcy przygotowań, nierzadko spędzenia kilkunastu godzin w palącym słońcu J oraz obfitowała w szereg niecodziennych wydarzeń, dziwnych zbiegów okoliczności i przekomicznych sytuacji zaliczę ją jednak do grona wypraw. Poza tym rytm dnia doskonale ją przypominał. Wcześnie rano pobudka, śniadanie, pakowanie bagaĹźu i całodzienne zwiedzanie. Wieczorem kolacja, sen i tak dzień po dniu, miasto za miastem, zachwyt za zachwytem, euforia za euforią i nieustająca chęć odkrywania coraz to nowych miejsc.

 

Wyprawa odbywała się w Portugalii, gdzie razem ze swoim świeĹźo poślubionym małżonkiem zwiedzałam zachodnie i południowe wybrzeĹźe tego cudownego kraju. Portugalia potrafi zachwycać, bawić, ale potrafi takĹźe zaskakiwać. To taki dziwny kraj – niby europejski, ale juĹź po trochu afrykański, niby radosny, ale wszędzie słychać rzewne śpiewy fado i tęsknotę za zamorskimi podróĹźami w nieznane. My postanowiliśmy odkryć, dlaczego tak jest. Naszym głównym środkiem transportu po kraju, był pociąg. Składy nie były wiele lepsze od naszych, za to były puste, zawsze przyjeĹźdĹźały punktualnie i dały nam bezcenną moĹźliwość poznania miejscowych oraz podziwiania panoramy innej, niĹź asfalt autostrad. Portugalskie koleje mają jeszcze jedną waĹźną cechę – są jak na warunki europejskie – bardzo tanie. Bilety zaczynają się juĹź od 1,2€, a całe Algarve ze wschodu na zachód moĹźna przejechać za mniej jak 10€. Bazę na Algarve, mieliśmy w Monte Gordo – miejscowości leżącej zaledwie 5 km od granicy z Hiszpanią. Stacja kolejowa, którą znaleĹşliśmy z niemałym trudem przypominała nasz przysłowiowy Wąchock albo i lepiej Pcim (mieszkańcy z trwogą w oczach odradzali nam podróĹźe koleją, na rzecz 3 razy droĹźszych autobusów). Prócz torów, które sugerowały, Ĺźe tędy moĹźe jeĹşdzić pociąg (tory były jedne, a pociągi kursowały ruchem wahadłowym), napisu Monte Gordo na murze oraz 1 ławki (nota bene bez oparcia) nie było tutaj nic więcej. Pierwsza nasza jazda pociągiem była w istocie wielkim przeĹźyciem. Sprawa wydawała się banalnie prosta. Człowiek jest w Europie, spędza wakacje na Algarve i chce się przemieścić z jednego miejsca do drugiego. Z tym, Ĺźe miejscowość, do której chcieliśmy się dostać miała wdzięczną nazwę Cacela. Według rozkładu jazdy pociąg do Caceli miał jechać 7 minut, zatrzymując się po drodze tylko w jednej miejscowości – Sant Martin (rozkład pociągów do i z kaĹźdej stacji na Algarve moĹźna otrzymać bezpłatnie w kaĹźdym biurze informacji turystycznej). Na naszej stacji nie było kasy, więc bilet musieliśmy zakupić u konduktora. Po wejściu do pociągu i znalezieniu pana „od biletów” wyjechałam, więc z wyuczoną na lekcjach angielskiego regułką:

Ja (J): Good morning, two tickets to Cacela, please.

Konduktor (K): Yyy

J: Two tickets to Cacela, please.

K: Sant Martin ?! (ze zdziwieniem w głosie)

J: No, to Cacela

K: Sant Martin?! (mija 4 minuta jazdy, czyli za 3 minuty mamy wysiadać, a pociąg właśnie dojeĹźdĹźa do wspomnianego Sant Martin. Wszyscy ludzie w wagonie patrzą na nas jak na UFO). Nagle olśnienie!!! PrzecieĹź jestem na półwyspie Iberyjskim i być moĹźe „c” czyta się tutaj jako „k”, więc zaczynam znowu swoje:

J: two tickets to Kakela

K: Yyy (ludzie w pociągu zrywają boki ze śmiechu)

Niestrudzona próbuję dalej:

J: Kacela, Sasela, Czaczela, Czasela … (konduktor z niedowierzaniem kręci głową)

Tymczasem dojeĹźdĹźamy do stacji „Cacela” i czas wysiadać. Pociąg na kaĹźdej stacji stoi około 1 minuty więc zadowolona mówię konduktorowi:

J: It’s here

K: wybucha śmiechem (podobnie jak reszta podróĹźnych) i podaje nazwę miejscowości, która brzmiała jak „zlepek” wszystkich moich dotychczasowych prób. Po czym otwiera nam drzwi (bez sprzedaĹźy biletu) i macha na poĹźegnanie…podobnie jak reszta współpasaĹźerów, która w ciągu kilku sekund znalazła się przy oknach. Kolejne nasze podróĹźe były juĹź „normalne” i bez problemów docieraliśmy do stacji, do której chcieliśmy. A w opisywanej Caceli chcieliśmy znaleźć osadę Cacela Velha, którą przewodnik podawał jako godną odwiedzenia. Dzielnica, czy teĹź osada znajdowała się spory kawałek od centrum, więc trzeba się było nieĹşle napocić, aby do niej dotrzeć (dla leniwych i zmęczonych średnio raz na 1,5 godziny kursowały autobusy, a taksówki – co chwilę J). Po długim marszu czekała na nas prawdziwa gratka – piękna osada, w której jak gdyby czas się zatrzymał. Stare mury „opowiadały” o swojej obronnej roli, jaką miały pełnić podczas Greckich i Fenickich najazdów, a musiały być bardzo mocne skoro przetrwały X wieków. Prócz murów był tutaj jeszcze fort oraz cudowna mieszanina niziutkich, malutkich, białych domków z Ĺźółtymi bądĹş niebieskimi okiennicami oraz wykończeniami. Do tego stara studnia, maleńki kościółek i mamy nasz skansen. A w Caceli normalnie funkcjonujące rybackie miasteczko, w dodatku pełne zieleni przebijającej z przydomowych ogródków. Co jeszcze zachwyca – na pewno widok na solniska (saliny). Z murów fortu moĹźna obserwować jak pozyskuje się sól morską, a to nawet jak na Europę – widok rzadki. Na początku osady znajduje się takĹźe cmentarz, jednak całkiem inny od tego, do którego my przywykliśmy. Groby są tutaj piętrowe i bardziej przypominają ogromne, kolumbaria niĹź tradycyjne nagrobki. W dodatku bardzo duĹźo tutaj szyb i sztucznych kwiatów. Obrazek bardziej przypomina obchody święta zmarłych w Meksyku niĹź europejski cmentarz. Spacerując po tej malutkiej enklawie mieliśmy wraĹźenie, Ĺźe przenieśliśmy się w czasie. AĹź trudno było w to uwierzyć, w szczycie sezonu, kilka kilometrów od jednej z najpiękniejszych plaĹź Algarve.

 

Sama Cacela jest nieco sennym miasteczkiem, w którym mieszkańcy Ĺźyją spokojnym rytmem. Turystów jest tutaj jak na lekarstwo moĹźe, dlatego Ĺźe hoteli brak. Jednak Cacelczycy z radością witają kaĹźdego przybysza. My spędziliśmy tutaj kilkanaście minut włócząc się, bez konkretnego celu, po uliczkach miasta. Z Caceli postanowiliśmy się cofnąć maksymalnie na wschód, aĹź do przygranicznego miasteczka Vila Real de Santo Antonio. Stąd juĹź było widać Hiszpanię (nawet prom na nas czekał), jednak my nie skorzystaliśmy z tej moĹźliwości, zostawiając sobie Sewillę i jej „koleĹźanki” na inną wyprawę. Zresztą w czasie, w którym trafiliśmy do Vila Real, odbywał się tam zlot (winno się rzec raczej spływ) jachtów. Spacerowaliśmy, więc nabrzeĹźem oglądając poszczególne cuda, które jeszcze tego samego dnia miały stanąć do wyścigu. Z afiszy porozwieszanych po całym mieście wywnioskowaliśmy, Ĺźe jest to impreza cykliczna – zatem kaĹźdy ma szansę ją przeĹźyć. Pomijam fakt, Ĺźe i my z wielką chęcią znaleĹşlibyśmy się tam ponownie. Z informacji praktycznych dowiedzieliśmy się, Ĺźe sprzedają tu świetnej jakości ręczniki. Coś w tym prawdy było, bo po przejściu kilku sklepów urzeczeni miękkością portugalskiej bawełny pół plecaka zapakowaliśmy souvenirami (jak się póĹşniej okazało nie wszystkie z nich podarowaliśmy najbliĹźszym…). Ciężar podarków odczuliśmy spacerując po rezerwacie fauny i flory znajdującym się na wydmach. Miejsce pachnące lasem – nad samym oceanem, moĹźe zawrócić w głowie, tym bardziej, Ĺźe rezerwatów w przyrody znajduje się w Portugalii tylko 9. My biegaliśmy po piaskach rezerwatu boso, wdychając zapach pinii i zbierając szyszki. PóĹşniej plażą (ok. 3 km) wróciliśmy do Monte Gordo. W naszej mieścinie znajdowało się kasyno, ale jakoś nie mieliśmy odwagi spróbować szczęścia w powiększaniu stanu naszego konta. Jednak siedząc w jednej z licznych knajpek nad oceanem i obserwując wchodzących do kasyna gości planowaliśmy kolejne dni wyprawy. Często były to plany spontaniczne, weryfikowane w ciągu dnia. Do niektórych miejscowości wracaliśmy wielokrotnie, przyciągani przez jakiś niewidzialny magnes. Inne odwiedziliśmy tylko jeden raz, pełni nadziei, Ĺźe jeszcze kiedyś tam wrócimy.

 

Jedną ze zwiedzanych miejscowości była Tavira, która zrobiła na nas tak ogromne wraĹźenie, Ĺźe odwiedziliśmy ją dwukrotnie. W przewodniku przeczytaliśmy, Ĺźe znajduje się tutaj most rzymski z IV wieku. Most owszem był, ale pod nim, miast rzeki zaobserwowaliśmy tylko jakiś „dziwny” ciek wodny, który rzeką stał się nagle po 4 godzinach – tak ni stąd ni zowąd. Na niebie nie pojawiła się ani jedna chmurka, w innych regionach kraju nie spadła nawet kropla deszczu, a koryto z szybkością błyskawicy, zaczęło się wypełniać wodą. I juĹź po kilku chwilach pod pięknym rzymskim mostem zaczął płynąć rwący potok. Ot taka kolejna portugalska niespodzianka. W Tavirze mieliśmy okazję zaobserwować jak tradycja w idealny sposób łączy się z nowoczesnością. Obok urzędu miasta, znajdującego się w ciekawym architektonicznie budynku, znajdują się ruiny arabskiego zamku. To znaczy nie dosłownie, bo między nimi jest jeszcze ciekawy (pełniący czasem rolę fontanny) zbiornik wodny, na którego środek moĹźna się dostać po kamiennych płytkach. Zamek jest trochę zaniedbany, jednak turystów, w nim nie brak. My takĹźe z radością pokonywaliśmy kolejne kamienne schody prowadzące do baszty i na mury obronne. W mieście urzekły nas jeszcze oznaczenia nazw ulic. Opisywane znaczniki znajdują się na kafelkach azulejo – wmurowanych w zdobione kamienne tabliczki stojące przy drodze. Robi to niesamowite wraĹźenie i dodaje miasteczku uroku. Przez centrum Taviry biegnie długi deptak, wzdłuĹź którego rozlokowały się biura, kawiarenki i inne punkty usługowe. Spacerując nim dotarliśmy do stacji kolejowej, z której wyruszyliśmy do Olhão.

 

Tutaj stoczyłam drugą batalię językową. Niestety po raz drugi przegrałam (moja wiara w siebie wyszła, stanęła obok i poszła w siną dal, aby się więcej nie wstydzić …). A ja chciałam tylko zamówić pizzę. Dzień był słoneczny, apetyt niewielki stąd zamówiłam jedną dużą pizzę do podziału dla dwóch osób. Zapłaciłam i usiadłam przy stoliku w oczekiwaniu na zamówienie. Po niecałych 5 min na nasz stół wjechały 2 Cappucino. Oczy mi się szerzej otworzyły, bo mimo upału za diabła nie mogłam sobie przypomnieć abym je zamawiała. Po wymianie zdań z przesympatycznym Włochem okazało się, Ĺźe kawa jest od niego „special for me”. Przełknęliśmy, więc te kawy. Jednak nie dane nam było dopić ich do końca, gdyĹź po 5 minutach od opisywanego wydarzenia na stole pojawiły się 2 duĹźe (średnica jak nic 45cm) pizze. Myślałam, Ĺźe spadnę z krzesła. Pomyłki nie było, bo jak się okazało do kaĹźdej duĹźej pizzy druga duĹźa pizza była gratis. Tym sposobem z wielkim pudłem wypełnionym kawałkami włoskiego specjału paradowaliśmy po Olhão – śmiejąc się do rozpuku. Olhão okazało się uroczym miasteczkiem z bielonymi domkami. Wydawało nam się, Ĺźe jest tu bardziej biało niĹź na wszystkich greckich wyspach razem wziętych. W dodatku od bieli ścian często odbijał się granat płytek azulejo obrazujących róĹźne sceny i wydarzenia z Ĺźycia miasta, historii Portugalii bądĹş Ĺźycia codziennego. W Olhão nie sposób było ominąć portu. A to z dwóch powodów. Zjadane tutaj owoce morza smakowały wybornie – to po pierwsze. Po drugie marina zachwycała kamiennymi dokami i budynkami w stylu dawnych epok.

 

Będąc w tej części Portugalii musieliśmy pojechać takĹźe dawnej stolicy regionu – Lagos (od czasów trzęsienia ziemi w 1755 roku zaszczytne miano stolicy Algarve przypada w udziale Faro). Prócz fenomenalnej plaĹźy Ponta de Piedade, kilku równie uroczych plaĹź, wiele innych rzeczy jest tu wartych zobaczenia. Zresztą po wizycie na stromych skałach, o które rozbija się lazurowej barwy ocean człowiek znajduje się w jednej z dwóch sytuacji. Albo (sytuacja nr 1) nic nie jest go juĹź w stanie zachwycić, bo jest pod takim wraĹźeniem widoków, Ĺźe wszystko inne wydaje się być pospolite i szare. Albo (sytuacja nr 2) moĹźe nie być w stanie uchwycić niczego innego, gdyĹź na plaĹźy wypstrykał wszystkie filmy (względnie zapełnił zdjęciami całą kartę pamięci). My naleĹźeliśmy do tej drugiej grupy, choć razem z „tymi” z grupy pierwszej długo nie mogliśmy się otrząsnąć z szoku, jaki doznaliśmy w Lagos. Sam widok plaĹźy Ponta de Piedade jest trudny do opisania, aczkolwiek nie niemoĹźliwy… Pewnego pięknego popołudnia podjechaliśmy busikiem do plaĹźy w Lagos i lekko zdegustowani widokiem otoczenia skierowaliśmy się w stronę chaszczy okalających parking i przystanek. Po dosłownie kilku krokach zaczęliśmy trzymać za ręce jeden drugiego, aby się nie zatracić i nie wpaść wprost do cudownej, krystalicznej, lazurowej, błękitnej, jaspisowej, miejscami granatowej wody opływającej rdzawe, pomarańczowe, piaskowe, złociste skały, skałki, groty i tym podobne formacje skalne. A to wszystko na tle bezchmurnego, niebieskiego nieba, zachodzącego słońca, małych, średnich i duĹźych stateczków, przecudnej urody Ĺźaglówek i innych białych pływających obiektów oraz drobniutkiego jak kasza manna piasku. Z zachwytu moĹźna było zwariować lub popełnić jakieś głupstwo np. przeoczyć ostatni autobus do miasta. W kaĹźdym razie, nie moĹźna było oprzeć się pokusie kąpieli w tej turkusowej wodzie, odmówić sobie biegania po drobniutkim piasku i moĹźliwości obserwowania licznych zatoczek i grot, o które rozbijały się wody oceanu. W równie uroczej scenerii osadzona była takĹźe marina w Lagos. W wysuniętym w stronę bezkresu oceanu – porcie – cumowały białe jachty i szybkie motorówki, a… zachód słońca obserwowany z tego miejsca na długo pozostanie w naszych sercu. Samo centrum okazało się starym miastem pamiętającym jeszcze czasy piętnastowieczne. WraĹźenie robią tu mury obronne, w których moĹźna zobaczyć namiastkę stylu manuelińskiego (w tym duchu powstał takĹźe klasztor Hieronimitów w Lizbonie, o czym poniĹźej) i kościółki, ukryte w wąskich, kamiennych uliczkach. My zaczęliśmy poznawanie centrum od strony kuchni, gdzie dzięki największym sardynkom, jakie kiedykolwiek w Ĺźyciu widziałam, poznaliśmy prawdziwy smak Portugalii. Były to zarazem najpyszniejsze ryby, jakie jadłam w Ĺźyciu, a okraszone masłem i skropione sokiem z cytryny nabrały znamion dania wręcz boskiego. Samo Lagos zachwyciło nas innością. JuĹź w porcie odkryliśmy, Ĺźe coś jest tutaj na rzeczy, gdyĹź z jednej strony stał ogromnej wielkości posąg Henryka Ĺťeglarza, a z drugiej replika Santa Marii (łodzi Krzysztofa Kolumba). Za czasów świetności podbojów Portugalskich – tutaj mieściła się słynna szkoła morska, gdzie uczono nawigacji i kartografii. Mimo, iĹź od tego czasu minęły stulecia – duch wielkich odkrywców nadal unosi się w powietrzu. W mieście znaleźć takĹźe moĹźna miejsce, gdzie odbywał się targ niewolników, przywoĹźonych z Afryki. Nieszczęśników wystawiano na podmurówce za kratami, aby wielcy panowie mogli sobie ich pooglądać – oj straszne to musiały być czasy.

 

Po raz kolejny na wielkich odkrywców natknęliśmy się na Cabo de St. Vincent – to najbardziej na zachód wysunięty przylądek Portugalii. Tutaj wzburzony ocean rozbija się o skały, tutaj teĹź swój początek miały wyprawy wielkich podróĹźników. Na cyplu stoi latarnia morska – niestety współczesna, a nie stanowiąca relikt minionych epok, choć funkcje pełni te same, co za dawnych lat. W drodze na Cabo zaobserwować moĹźna takĹźe maleńki, umieszczony na skałach, kościółek. To w nim Henryk Ĺťeglarz modlił się o powodzenie swoich wypraw. Niestety kościółek był zamknięty i byliśmy bardzo niepocieszeni nie mogąc go zwiedzić.

 

Wśród miasteczek Algarve zachwyciliśmy się takĹźe Silves. Miejscowi chlubią się tym, Ĺźe miasto ma bardzo bogatą historię i jeszcze w XIII wieku było kolebką kulturalną Portugalii, pozostawiającą daleko w tyle jej obecną stolicę. Miasto zbudowane jest na wzgórzu, na którego szczycie znajduje się ogromny zamek. Budowla została wzniesiona w stylu mauretańskim i w takim teĹź odrestaurowana, co moĹźna zaobserwować zwiedzając obekt. Wejścia do zamku strzeĹźe ogromny pomnik Sancho I – jednego z królów Portugalii. Jednak, aby się do niego dostać potrzeba odrobiny wysiłku polegającego na wspinaniu się po stromych brukowanych uliczkach miasta. Po drodze mija się relikty przeszłości takie jak pręgierz, który ustawiony na środku centralnego placu miasta słuĹźył do karania niepokornych. Mija się takĹźe XIII wieczną katedrę, niestety bardzo często zamkniętą (chyba Ĺźe trafi się na mszę...) oraz arabską studnię, ciekawą ze względu na muzeum, które znajduje się w jej pobliĹźu. Muzeum jest małe jednak moĹźe poszczycić się znaleziskami sprzed miliona lat. W budynku znajduje się takĹźe ekspozycja pokazująca historię miasta. Budowle w mieście i sam układ urbanistyczny przypominają troszeczkę indiańskie pueblo. Zresztą w Portugalii, co rusz czuliśmy się nie jak w Europie tylko na innym kontynencie i w innej epoce.

 

PoniewaĹź Algarve słynie z przepięknych plaĹź nie mogliśmy ominąć słynnego Portimão, do którego wszyscy przyjeĹźdĹźają ze względu na plaĹźe i pola golfowe. Pola golfowe „ciągną się” aĹź do Albufeiry, jednak to nie one były naszym priorytetem. My przybyliśmy tutaj dla Praia da Rocha – plaĹźy znajdującej się na 50% pocztówek z Portugali. Obiektywnie stwierdziliśmy, Ĺźe zasłuĹźenie. Choć naleĹźymy do turystów „zwiedzających”, a nie „leżących” na plaĹźy – wypoczynku tutaj nie mogliśmy sobie odmówić. PlaĹźa jest bardzo podobna do tej w Lagos i osobiście nie potrafilibyśmy zdecydować, której z nich przyznać koronę najpiękniejszej. Na szczęście ktoś, kiedyś zrobił to za nas, dzięki czemu mogliśmy „bezstresowo” wylegiwać się na najpiękniejszej portugalskiej plaĹźy.

 

Ostatnim miastem, które odwiedziliśmy na Algarve było Faro. 90% turystów kojarzy je tylko z lotniskiem (słusznie zresztą), my jednak nie chcieliśmy na tym poprzestać. I dziś nie Ĺźałujemy, bo starówka w Faro była warta przysłowiowego grzechu. Do starej części Faro moĹźna dostać się między innymi przez zabytkową bramę Arco da Vila, za którą znajduje się ogromna ilość katedr i kościołów. W kaĹźdym z nich znajduje się coś godnego zobaczenia. A to przepiękne dekoracje barokowe (kościół do Carmo), a to historia Ĺźycia świętego zobrazowana na kaflach azulejo (kościół św. Franciszka), a to organy zdobione motywami chińskimi (Katedra). KaĹźdy z kościołów zachwyca i kaĹźdy jest wart obejrzenia. Zresztą starówka Faro, jak kaĹźdego innego portugalskiego miasta ma swój specyficzny klimat i warto, powłóczyć się po niej nawet bez celu.

 

Zwiedzanie zachodniego wybrzeĹźa zaczęliśmy od Lizbony. Stolica wita turystów znaną z pocztówek wieżą Torre de Bellem i ogromnych rozmiarów Pomnikiem Odkrywców. WieĹźa została wybudowana w stylu manuelińskim i przez wieki pełniła funkcje fortecy. Między innymi, dzięki takim fortecom Portugalia moĹźe poszczycić się niezmienionym od XIII wieku kształtem granic. Na Pomniku Odkrywców wśród 32 postaci na czoło wysuwa się osoba Vasco da Gamy – najdzielniejszego z dzielnych, największego z największych i najwybitniejszego z wybitnych – bohatera Portugali. WyrzeĹşbiony w wapieniu podróĹźnik trzyma w jednej ręce mapę świata, a w drugiej replikę swojej karaweli. Jest to doskonale widoczne ze szczytu pomnika, na który moĹźna wjechać windą. Zresztą na „górę” wjechaliśmy takĹźe dla innych uwiecznionych w marmurze postaci – Vasco da Gamy i Luisa de Camoesa oraz dla… cudownego widoku na Tag. TuĹź pod pomnikiem wyrysowano ogromną mapę świata, na której zaznaczono wyprawy portugalskich Ĺźeglarzy. Nostalgia i tęsknota za morzem przebija tu z kaĹźdego grama zaprawy, z kaĹźdego milimetra chodnika i z kaĹźdej cząstki bohaterów. Kilka kroków dalej (dosłownie po przekroczeniu ulicy) zobaczyć moĹźna juĹź inny rozdział portugalskiej historii. Na ogromnym obszarze rozciągają się mury Klasztoru Hieronimitów. ChociaĹź, o czym dowiedzieliśmy się w trakcie zwiedzania, klasztor wcale nie odcina się od wielkich wypraw. Mianowicie został on wybudowany jako wyraz dziękczynienia, za szczęśliwą wyprawę Vasco da Gamy do Indii. Budowla została wzniesiona w stylu manuelińskim (to połączenie gotyku z renesansem) i jest zaliczana do perełek architektury. KruĹźganki, zdobione fasady, łuki, strzeliste wieĹźe i zielone dziedzińce wywarły na nas ogromne wraĹźenie. W końcu nie bez powodu klasztor trafił na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Będąc w Lizbonie nie mogliśmy sobie odmówić pójścia do miejsca, gdzie rozbrzmiewają dĹşwięki fado. Cudownie było spacerować uliczkami Alfamy, w poszukiwaniu odpowiednio „nastrojowej” kafejki. W dodatku włócząc się po mieście oglądaliśmy wjeĹźdĹźające na duĹźe wysokości tramwaje i podziwialiśmy wybudowane w stylu mauretańskim kamieniczki. Z mapką w dłoni dotarliśmy takĹźe do zamku św. Jerzego – połoĹźonego (jak na zamek przystało) na wzgórzu. Zamek wybudowano w stylu mauretańskim i początkowo słuĹźył jako twierdza obronna. PóĹşniej stał się więzieniem, a nawet pełnił funkcję koszar. My zachwyciliśmy się jego budową – starymi, grubymi murami i subtelnymi zdobieniami. Nigdy nie byliśmy w Afryce (choć Maroko nam się marzy) i moĹźe dlatego tak bardzo zaaferował nas ten mauretański styl. Do klubu fado dotarliśmy dopiero póĹşnym wieczorem, a wsłuchując się w tę cudowną muzykę odkryliśmy wreszcie tajemnicę tęsknoty Portugalczyków za wyprawami w nieznane.

Lizbona zachwyca. Mimo iĹź nie jest tak popularna jak ParyĹź czy Rzym potrafi uzaleĹźnić. Lizbonę albo się pokocha albo polubi. Znienawidzić jej nie sposób. My pokochaliśmy ją na dobre.

 

Po Lizbonie przyszedł czas na maleńkie Obidos, w którym zachwyciliśmy się Pałacem Królowych oraz starówką.

 

Następnego dnia swoje kroki skierowaliśmy do Fatimy, gdzie przeĹźyliśmy prawdziwy szok. Tutaj jak na dłoni widać jak sacrum miesza się z profanum. Obok widoku wiernych zmierzających na kolanach do bazyliki, naszym oczom ukazał się widok ogromnych marketów pełnych dewocjonaliów. Tutaj przeraziły nas róĹźańce sprzedawane na kilogramy i figurki Matki Boskiej z … odkręcaną głową – służące jako naczynia na „świętą wodę”. Do tego narządy i organy z wosku, które moĹźna zakupić i stopić w celu oczyszczenia i „uleczenia” tej części ciała czy teĹź organu, który nam szwankuje spowodowały, Ĺźe poczuliśmy się tutaj mało komfortowo. Za to wieczorne procesje światła zrobiły na nas ogromne wraĹźenie. Po zmroku zniknął biznes, za to pojawiała się ogromna rzesza ludzi, róĹźnej narodowości, którzy jednocząc się w modlitwie zanosili swe prośby do Matki Boskiej. Tutaj nic nie było wyreĹźyserowane, a kaĹźdy z wiernych w inny sposób przeĹźywał swoją obecność tutaj i całe wydarzenie.

W niedalekiej odległości od centrum Fatimy znajduje się wioska pastuszków. To tutaj Francesco, Lucia i Jacinta (Hiacynta) doznali objawienia Matki Boskiej. Tutaj teĹź ściągają tłumy turystów chcących na własne oczy zobaczyć malusieńkie i bardzo skromne domki, w których mieszkały dzieci. Domki są rzeczywiście niewielkie. Posiadają ciasne, niskie i skromnie urządzone pokoiki, w których prócz łóĹźka, stolika i kuferka nie było nic więcej.

 

Po raz setny Portugalia zaskoczyła nas w Porto. Zwiedzając winnice nasza urocza przewodniczka zapytała mnie o powód tak wyśmienitego humoru. Kiedy dowiedziała się, Ĺźe tego dnia obchodzę urodziny w prezencie od firmy dostałam wybranego przez siebie Vintage’a – chlubę zwiedzanej przez nas winnicy. O Vintage’a rywalizują co roku wszystkie winnice (a jest ich około 50), we wszystkich winnych kategoriach. KaĹźda z nich wystawia wszystkie swoje wina – towny, rubby i white z danego rocznika. Najlepsze wino z kaĹźdego rodzaju otrzymuje zaszczytny tytuł Vintage’a, czyli najlepszego wina z danego rocznika, w danej kategorii. Czym więcej zaszczytnych tytułów, tym lepsza staje się pozycja danej winnicy. My mieliśmy okazję zakosztować najlepszego wina z rocznika 2000. Nektar i ambrozja mogą się przy nim schować w mysią dziurę. A Ĺźe regionów uprawy winorośli jest tutaj 47, a słynnych przyciągających uwagę producentów (m. in. Fonseca, Graham’s) teĹź coś koło tego – skutki wycieczki mogą być bardzo bolesne J. Ale przecieĹź nie samym winem człowiek Ĺźyje… Drepcząc po uliczkach Porto natrafiliśmy na księgarnię Lelo. Normalnie nie zwrócilibyśmy na nią uwagi, ale nadnaturalna wymiana ludzi i tłumy turystów skłoniły nas do wejścia. Księgarnia okazała się być miejscem bajkowym – rodem z filmów o Harrym Potterze. Czerwone poskręcane schody, tysiące woluminów na drewnianych półkach spowodowały, Ĺźe oniemieliśmy z zachwytu (to juĹź chyba po raz tysięczny w Portugalii). Dobrych kilkadziesiąt minut spędziliśmy między regałami podziwiając wystrój miejsca i świetne zaopatrzenie. Jak się okazało kilka dni póĹşniej czar tej magicznej księgarni nieco przygasł, kiedy zobaczyliśmy bibliotekę uniwersytetu w Coimbrze. Nie mnie jednak księgarnia Lelo pozostała, w naszych wspomnieniach, miejscem niezwykłym. Prócz jedynej w swoim rodzaju księgarni, w Porto znajduje się takĹźe jedyny w swoim rodzaju dworzec kolejowy (Dworzec Główny), ozdobiony a jakĹźe – płytkami azulejo. Co ciekawe na nich wymalowano dawne środki transportu oraz sceny z historii Portugalii. Przed opuszczeniem Porto odwiedziliśmy jeszcze wieżę i kościół Kleryków oraz dzielnice Ribeira i Bairro do Barredo. Ta pierwsza przypomina lizbońską Alfamę, ta druga… średniowiecze, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Tutaj znajdują się pochyłe, „przyklejone” jeden do drugiego budyneczki oraz wąskie kamienne uliczki. Słowem sielsko, anielsko i historycznie. Zwiedzanie zakończyliśmy… w wodzie. Pływając stateczkiem po rzece Douro rozkoszowaliśmy się widokiem winnic i starego miasta.

 

Zachodnie wybrzeĹźe zaskoczyło  nas bardzo dużą ilością katedr. Część z nich – wybudowano w surowym stylu, część była nieco bardziej ozdobna. Na nas największe wraĹźenie zrobiły te w Bathali i Alcobaçie. W pierwszym miasteczku znajduje się niedokończona katedra…bez kopuły. Jak się okazało był to celowy zabieg architekta, gdyĹź zwieńczeniem budowli miało być sklepienie niebieskie. I faktycznie jak stoi się w środku i patrzy w górę obserwuje się niebo, idealnie „wkomponowane” w filary katedry. Niektórzy złośliwcy twierdzą, Ĺźe nie był to przemyślany pomysł autora tylko wynik jego złych pomiarów, gdyĹź ze względu na przewaĹźenie budowli Ĺźadna kopuła nie mogłaby stanąć w tym miejscu. NiezaleĹźnie od podejścia katedra z „niebiańską” kopułą jest unikatowym, godnym zobaczenia zabytkiem. W dodatku jej surowe wnętrza powodują, Ĺźe aĹź dreszcz przebiega po plecach. W niedalekim sąsiedztwie katedry znajduje się posąg A. Pereiry – narodowego bohatera Portugalii. Nie mniejsze wraĹźenie zrobił na nas klasztor cystersów w Alcobaçie. Ta ogromnych rozmiarów budowla zachwyca przede wszystkim… kuchnią – świetnie wyposaĹźoną jak na epokę, w której powstała. Wnętrze robi nie mniejsze wraĹźenie. Strzeliste łuki, ogromna wysokość i niebotyczne rozmiary kościoła oddziałują na wyobraĹşnię.

 

Ciekawym okazało się równieĹź malutkie miasteczko Barcelos. Tutaj narodziła się historia słynnego koguta. KaĹźdy z mieszkańców opowiada tę historię nieco inaczej, jednak puenta jest zawsze ta sama. A było to tak – dawno, dawno temu w miasteczku Barca Cellus oskarĹźono pewnego pielgrzyma o zbrodnię. Człowiek ten zarzekał się na wszystkie świętości, Ĺźe nie jest winnym – zarzucanych mu czynów, a w Barcelos znajduje się pierwszy raz, gdyĹź tędy wiedzie jego trasa do Santiago de Compostela. Niestety nikt nie chciał mu uwierzyć. Wreszcie nieszczęśnika postawiono przed obliczem Sędziego, aby tam jeszcze raz opowiedział swą historią. Na jego nieszczęście (jak się póĹşniej okazało szczęście) władca przyjął go łaskawie w trakcie spoĹźywania posiłku i po wysłuchaniu opowieści rzekł, „jeĹźeli faktycznie jesteś niewinny to niech ten kogut z mojego talerza wstanie i zapieje”. I o dziwno kogut podniósł się, opierzył i zapiał (druga zasłyszana przez nas wersja tej historii traktuje o tym, Ĺźe to pielgrzym tak zarzekał się swojej niewinności, Ĺźe przepowiedział, iĹź z nadejściem świtu jedzony przez Sędziego kogut zapieje. Wersja wydarzeń nie ma jednak większego znaczenia dla popularności kolorowego koguta). Pielgrzyma uniewinniono, a kogut stał się symbolem Barcelos i całej Portugalii. RóĹźnej wielkości figurki tego ptaka moĹźna zakupić dosłownie w kaĹźdym miejscu miasteczka. Zresztą ogromnej wielkości rzeĹşby róĹźnokolorowych kogutów rozsiane są po całym mieście. Wizerunek koguta zdobi takĹźe ubrania, buty, obrusy, flagi i inne przedmioty codziennego uĹźytku. Nas do dziś „jeden taki osobnik” obserwuje z poziomu komody.

 

Pewnego pięknego popołudnia, trafiliśmy do Nazare. Miasteczko z pozoru wydawało się kolejnym turystycznym rajem – ocean, plaĹźa, deptak i rodzinne hoteliki. Jednak naszą uwagę zwróciły dwie rzeczy – suszone ryby i stroje mieszkanek miasteczka. Ale po kolei – brodząc po białym piasku, co rusz napotykaliśmy suszące się na plaĹźy sardynki i dorsze. Cudownie było obserwować porozwieszane na drewnianych stelaĹźach ryby, owiewane słoną morską bryzą znad oceanu i suszone gorącym słońcem. Zaskoczyło nas to, Ĺźe w dzisiejszych czasach moĹźna coś jeszcze robić naturalnie. Ĺťe jest to fajne, zdrowe, ekologiczne i przede wszystkim skuteczne. Jak się póĹşniej okazało zakonserwowane w ten sposób ryby mają bardzo długi termin przydatności do spoĹźycia. Jednak nasz zachwyt nad rodzimym przemysłem szybko ustąpił miejsca innemu zachwytowi. Na widok mieszkanek dosłownie zaniemówiliśmy. Panie najzwyczajniej w świecie paradowały po miasteczku w pasiastych (w dodatku bufiastych) spódnicach (coś a la nasz strój łowicki). I nie był to tani chwyt reklamowy, gdyĹź panie szły tak ubrane z zakupów, a turystów w miasteczku nie było za wielu. Mnie jako kobiecie, spódniczki te wydały się, aĹź nadto bufiaste – jakby coś ukrywały. Dlatego o wyjaśnienie sprawy zapytaliśmy ubraną wg tutejszych standardów panią sprzedającą orzeszki. Okazało się, Ĺźe zgodnie z tradycją mieszkanki miasteczka mają takich ozdobnych spódnic 7 – na kaĹźdy dzień tygodnia po jednej, ale… noszą je wszystkie na raz – jedna na drugiej. Ot taka „oczywista oczywistość”. Okazało się, Ĺźe ten tryb postępowania ma swoje podłoĹźe historyczne. OtóĹź, kiedy mężczyĹşni z wioski wypływali na połów ryb, nie było ich tydzień. Ich Ĺźony czekając na powrót rybaków odliczały dni zakładając na siebie kolejne spódnice. Z czasem czas połowu znacznie się skrócił, jednak tradycja siedmiu spódnic pozostała. My po takim tłumaczeniu musieliśmy ochłonąć – kąpiąc się w oceanie. PóĹşniej juĹź ze spokojem obserwowaliśmy ferie barw mieszkańców Nazare. A Nazare to kolejne miasteczko wzniesione na wzgórzu. U jego podnóĹźa ocean rozbija się o skały, a na szczycie, rozciąga się stare miasto z kościółkiem, kramami, paniami w 7 spódniczkach i nieziemskim widokiem na ocean.

 

Z Nazare pojechaliśmy dalej do Gumimarães, które przywitało nas ginjinhą – słodkim likierem o smaku wiśniowo – czereśniowym podawanym w kieliszkach z gorzkiej czekolady (1 kieliszek = 1 €). Komisyjnie stwierdziliśmy, Ĺźe likier jest wybitnie damskim trunkiem, ale spróbować go warto. Po tym subtelnym powitaniu ruszyliśmy na zwiedzanie historycznej części miasta. W Gumimarães przyszedł na świat pierwszy król Portugalii – D. A. Henriques. Historię jego i jego rodziny dogłębniej poznaliśmy na zamku świętego Michała. Po nim, swoje kroki skierowaliśmy do maleńkiego kościółka św. Michała, w którym pierwszy król tego kraju, przyjął chrzest. Następnie odwiedziliśmy pałac Paço dos Duques. Budowla zaskoczyła nas swoją „nieportugalskością”. Jak się póĹşniej okazało pałac zawsze pełnił rolę drugorzędną, gdyĹź nikt nie chciał tutaj mieszkać. Nie chcieli potomkowie rodu Bragança, nie chciał i prezydent Portugalii. Zniszczone wnętrze odnowiono bez ładu i składu oraz bez wzorowania się na detalach historycznych. Jednak, mimo iĹź w pałacu moĹźna zwiedzać niewiele, wnętrza nie rzucają na kolana, historia budowli nie jest imponująca warto ją odwiedzić właśnie ze względu tę inność.

 

Kolejną degustację przeĹźyliśmy w Aveiro gdzie raczyliśmy się omulami (1 ciasteczko = 1 €). Omule to nic innego jak maleńkie ciasteczka (wielkością i wyglądem przypominające ostrygi) wypełnione nadzieniem z kogla – mogla. Kto zje dwa – trzeci dostanie gratis. My nie mogliśmy przebrnąć przez jeden, dyskutując przy tym zawzięcie skąd mogła się wziąć nazwa kosztowanych delicji. Komisyjnie ustaliliśmy, Ĺźe nazwa wzięła się chyba od tego, Ĺźe „zamulają” człowieka na kilka godzin. Za to Aveiro zachwyca. My zwiedzaliśmy je póĹşnym popołudniem, kiedy zachodzące słońce oświetlało bogato zdobione domki i kamienice. ChociaĹź i tutaj czekała na nas niespodzianka. Stojąc przed jedynym chyba w mieście pomnikiem długo nie mogliśmy odszyfrować, komu lub czemu go wystawiono. I choćbyśmy zgadywali 3 dni bez przerwy nie wpadłybyśmy na to, Ĺźe moĹźna wystawić pomnik… soli. A jak on wygląda?! Musicie zobaczyć sami J, gdyĹź to kolejna rzecz nie do opisania. Od pomnika rozciąga się cudowna laguna, nad którą nic tylko odpoczywać. Tutaj na ławeczkach siedzą staruszkowie cieszący się swoim uporządkowanym Ĺźyciem, tutaj przychodzą rodzice z dziećmi, aby pobyć razem. Wreszcie tutaj siadają zakochani, aby w romantycznej scenerii wyznawać sobie miłość. My spacerowaliśmy sobie wzdłuĹź laguny, oświetlani promieniami zachodzącego słońca, owiewani delikatną bryzą i wpatrzeni w siebie.

 

Uraczeni zdjęciami z przewodnika, pewnego pięknego dnia wybraliśmy się do Coimbry. Na wysokim wzgórzu znajdują się budynki uniwersytetu, którego tradycja sięga 1290 roku. Jak je zobaczyliśmy zapragnęliśmy znów mieć po 18 lat i rozpocząć studia. Dziedziniec niczym nie ustępował temu w Cambrigde, za to widok z niego – niebiański. Do tego Kozia WieĹźa z dzwonem (widoczna z kaĹźdego zakątka Coimbry), kaplica św. Michała oraz Ĺťelazna Brama. Całości dopełniła opisywana juĹź biblioteka. Niestety we wnętrzu nie moĹźna było robić zdjęć, ale chłonięcia atmosfery nikt nam nie zabronił, dlatego z całego serca próbowaliśmy utrwalić ten widok w naszych umysłach juĹź na zawsze. A widok był nieziemski. Myślę, Ĺźe nic się nie zmieniło tutaj od XVIII wieku, czyli od ufundowania jej przez króla D. João V. No moĹźe przybyło trochę nowych dzieł. A wyglądało to mniej więcej tak – róĹźne gatunki drewna, książki oprawione w skórę, bogate złocenia skomponowane razem w jedną całość. Szafy i regały na książki ciągnęły się od ściany do ściany, a Ĺźe cała biblioteka stanowiła jedno podłuĹźne pomieszczenie widok ciągnących się w „nieskończoność” regałów był piorunujący. Regały poustawiane były od podłogi do sufitu oraz częściowo takĹźe w poprzek tworząc jak gdyby wypełnione książkami (a znajduje się tutaj bagatela ponad 300 000 woluminów) ścianki działowe. Na wysokości piętra znajdowały się drewniane pomosty z rzeĹşbionymi balustradami, aby dotarcie do najwyĹźej połoĹźonych woluminów było ułatwione. Wszystkie półki i regały, prócz tego, Ĺźe wykonane były z egoztycznych gatunków drewna, były jeszcze dekorowane złotem. Jednym słowem „niesamowity bajer”. Takiego czegoś nie widzieliśmy nigdzie wcześniej i nigdzie póĹşniej. Zrobimy wszystko, aby jeszcze kiedyś tu wrócić i przeĹźyć wszystko jeszcze raz. Sama Coimbra jest starym miastem. Warto zajrzeć do dwóch katedr Starej (będącej najpiękniejszym romańskim zabytkiem Portugalii) i Nowej. Oszołomieni budowlami tego niezwykłego miasta odpoczywaliśmy w parku i największym w kraju Ogrodzie Botanicznym. W parku znajduje się „Portugalia z miniaturze”, czyli zbiór dawnych i współczesnych zabytków Portugalii, łącznie z symbolami imperium kolonialnego oraz całymi minimalistycznych rozmiarów miasteczkami. Bawiliśmy się tutaj jak dzieci, biegając od jednego punktu do drugiego. Za to w Ogrodzie spacerowaliśmy pod rękę jak dawni dostojnicy, wdychając zapach egzotycznych roślin i podziwiając przecudnej urody okazy śródziemnomorskiej flory.

 

Po kontrowersyjnej Fatimie na pewien czas mieliśmy dosyć miejsc kultu, jednak nie mogliśmy ominąć sanktuarium Bom Jezus do Monte w Bradze. Do kościoła prowadzi kilkadziesiąt schodów i… kolejka. My jak przystało na prawdziwych turystów wybraliśmy trudniejszą, za to bardziej widokową trasę. Szlak wiedzie leśną ścieĹźką pełną malutkich kamiennych fontann, a póĹşniej wspina się ostro w górę imponującymi schodami, które schodzą się na kaĹźdym piętrze w fontanny symbolizujące poszczególne zmysły. Mijaliśmy więc fontanny oka, ucha, nosa i tym podobne. Za fontannami symbolizującymi zmysły umieszczone były 3 fontanny obrazujące cnoty. Na samym szczycie czekało na nas malutkie miasteczko. Prócz kościoła, znajdował się tutaj ogród pełen egzotycznych roślin, drewniana pergola oraz restauracja, centrum pielgrzyma i mnóstwo sklepików pamiątkami. Centrum Bragi pamięta jeszcze czasy Celtów, którzy osiedlili się tutaj ok. 300 r. p.n.e. Zwiedziliśmy wszystkie polecane w przewodniku obiekty, w tym piękne pałace, katedry oraz budynek rady miejskiej.

 

Wyprawę zakończyliśmy tam, gdzie ją zaczęliśmy – w Faro. Ĺťegnani przez słońce, smagani wiatrem, ze łzami w oczach opuszczaliśmy tę „niby” europejską krainę. Ze sobą zabraliśmy ocean wspomnień, walizkę souvenirów i cały worek wzruszeń. Jak dołoĹźyć do tego kilka godzin lotu, prawie 3 tysiące przejechanych kilometrów, ponad 100 odwiedzanych miejsc, niecałe 250€ wydane na wstępy (na 2 osoby), wyjazd staje się imponującą wyprawą.

 

Niestety do relacji nie mogę dołączyć zbyt wielu zdjęć, gdyĹź podczas naszej podróĹźy towarzyszył nam aparat analogowy, a zrobione nim foty, po zeskanowaniu, nie prezentują się zbyt okazale.