NajcudowniejszÄ wyprawÄ , jakÄ przeĹźyĹam do tej pory byĹa… moja podróĹź poĹlubna.
NajcudowniejszÄ wyprawÄ , jakÄ przeĹźyĹam do tej pory byĹa… moja podróĹź poĹlubna. JuĹź z tego powodu nie powinnam nazywaÄ jej wyprawÄ , ale poniewaĹź wymagaĹa ode mnie wielu miesiÄcy przygotowaĹ, nierzadko spÄdzenia kilkunastu godzin w palÄ cym sĹoĹcu J oraz obfitowaĹa w szereg niecodziennych wydarzeĹ, dziwnych zbiegów okolicznoĹci i przekomicznych sytuacji zaliczÄ jÄ jednak do grona wypraw. Poza tym rytm dnia doskonale jÄ przypominaĹ. WczeĹnie rano pobudka, Ĺniadanie, pakowanie bagaĹźu i caĹodzienne zwiedzanie. Wieczorem kolacja, sen i tak dzieĹ po dniu, miasto za miastem, zachwyt za zachwytem, euforia za euforiÄ i nieustajÄ ca chÄÄ odkrywania coraz to nowych miejsc.
Wyprawa odbywaĹa siÄ w Portugalii, gdzie razem ze swoim ĹwieĹźo poĹlubionym maĹĹźonkiem zwiedzaĹam zachodnie i poĹudniowe wybrzeĹźe tego cudownego kraju. Portugalia potrafi zachwycaÄ, bawiÄ, ale potrafi takĹźe zaskakiwaÄ. To taki dziwny kraj – niby europejski, ale juĹź po trochu afrykaĹski, niby radosny, ale wszÄdzie sĹychaÄ rzewne Ĺpiewy fado i tÄsknotÄ za zamorskimi podróĹźami w nieznane. My postanowiliĹmy odkryÄ, dlaczego tak jest. Naszym gĹównym Ĺrodkiem transportu po kraju, byĹ pociÄ g. SkĹady nie byĹy wiele lepsze od naszych, za to byĹy puste, zawsze przyjeĹźdĹźaĹy punktualnie i daĹy nam bezcennÄ moĹźliwoĹÄ poznania miejscowych oraz podziwiania panoramy innej, niĹź asfalt autostrad. Portugalskie koleje majÄ jeszcze jednÄ waĹźnÄ cechÄ – sÄ jak na warunki europejskie – bardzo tanie. Bilety zaczynajÄ siÄ juĹź od 1,2€, a caĹe Algarve ze wschodu na zachód moĹźna przejechaÄ za mniej jak 10€. BazÄ na Algarve, mieliĹmy w Monte Gordo – miejscowoĹci leĹźÄ cej zaledwie 5 km od granicy z HiszpaniÄ . Stacja kolejowa, którÄ znaleĹşliĹmy z niemaĹym trudem przypominaĹa nasz przysĹowiowy WÄ chock albo i lepiej Pcim (mieszkaĹcy z trwogÄ w oczach odradzali nam podróĹźe kolejÄ , na rzecz 3 razy droĹźszych autobusów). Prócz torów, które sugerowaĹy, Ĺźe tÄdy moĹźe jeĹşdziÄ pociÄ g (tory byĹy jedne, a pociÄ gi kursowaĹy ruchem wahadĹowym), napisu Monte Gordo na murze oraz 1 Ĺawki (nota bene bez oparcia) nie byĹo tutaj nic wiÄcej. Pierwsza nasza jazda pociÄ giem byĹa w istocie wielkim przeĹźyciem. Sprawa wydawaĹa siÄ banalnie prosta. CzĹowiek jest w Europie, spÄdza wakacje na Algarve i chce siÄ przemieĹciÄ z jednego miejsca do drugiego. Z tym, Ĺźe miejscowoĹÄ, do której chcieliĹmy siÄ dostaÄ miaĹa wdziÄcznÄ nazwÄ Cacela. WedĹug rozkĹadu jazdy pociÄ g do Caceli miaĹ jechaÄ 7 minut, zatrzymujÄ c siÄ po drodze tylko w jednej miejscowoĹci – Sant Martin (rozkĹad pociÄ gów do i z kaĹźdej stacji na Algarve moĹźna otrzymaÄ bezpĹatnie w kaĹźdym biurze informacji turystycznej). Na naszej stacji nie byĹo kasy, wiÄc bilet musieliĹmy zakupiÄ u konduktora. Po wejĹciu do pociÄ gu i znalezieniu pana „od biletów” wyjechaĹam, wiÄc z wyuczonÄ na lekcjach angielskiego reguĹkÄ :
Ja (J): Good morning, two tickets to Cacela, please.
Konduktor (K): Yyy
J: Two tickets to Cacela, please.
K: Sant Martin ?! (ze zdziwieniem w gĹosie)
J: No, to Cacela
K: Sant Martin?! (mija 4 minuta jazdy, czyli za 3 minuty mamy wysiadaÄ, a pociÄ g wĹaĹnie dojeĹźdĹźa do wspomnianego Sant Martin. Wszyscy ludzie w wagonie patrzÄ na nas jak na UFO). Nagle olĹnienie!!! PrzecieĹź jestem na póĹwyspie Iberyjskim i byÄ moĹźe „c” czyta siÄ tutaj jako „k”, wiÄc zaczynam znowu swoje:
J: two tickets to Kakela
K: Yyy (ludzie w pociÄ gu zrywajÄ boki ze Ĺmiechu)
Niestrudzona próbujÄ dalej:
J: Kacela, Sasela, Czaczela, Czasela … (konduktor z niedowierzaniem krÄci gĹowÄ )
Tymczasem dojeĹźdĹźamy do stacji „Cacela” i czas wysiadaÄ. PociÄ g na kaĹźdej stacji stoi okoĹo 1 minuty wiÄc zadowolona mówiÄ konduktorowi:
J: It’s here
K: wybucha Ĺmiechem (podobnie jak reszta podróĹźnych) i podaje nazwÄ miejscowoĹci, która brzmiaĹa jak „zlepek” wszystkich moich dotychczasowych prób. Po czym otwiera nam drzwi (bez sprzedaĹźy biletu) i macha na poĹźegnanie…podobnie jak reszta wspóĹpasaĹźerów, która w ciÄ gu kilku sekund znalazĹa siÄ przy oknach. Kolejne nasze podróĹźe byĹy juĹź „normalne” i bez problemów docieraliĹmy do stacji, do której chcieliĹmy. A w opisywanej Caceli chcieliĹmy znaleĹşÄ osadÄ Cacela Velha, którÄ przewodnik podawaĹ jako godnÄ odwiedzenia. Dzielnica, czy teĹź osada znajdowaĹa siÄ spory kawaĹek od centrum, wiÄc trzeba siÄ byĹo nieĹşle napociÄ, aby do niej dotrzeÄ (dla leniwych i zmÄczonych Ĺrednio raz na 1,5 godziny kursowaĹy autobusy, a taksówki – co chwilÄ J). Po dĹugim marszu czekaĹa na nas prawdziwa gratka – piÄkna osada, w której jak gdyby czas siÄ zatrzymaĹ. Stare mury „opowiadaĹy” o swojej obronnej roli, jakÄ miaĹy peĹniÄ podczas Greckich i Fenickich najazdów, a musiaĹy byÄ bardzo mocne skoro przetrwaĹy X wieków. Prócz murów byĹ tutaj jeszcze fort oraz cudowna mieszanina niziutkich, malutkich, biaĹych domków z ĹźóĹtymi bÄ dĹş niebieskimi okiennicami oraz wykoĹczeniami. Do tego stara studnia, maleĹki koĹcióĹek i mamy nasz skansen. A w Caceli normalnie funkcjonujÄ ce rybackie miasteczko, w dodatku peĹne zieleni przebijajÄ cej z przydomowych ogródków. Co jeszcze zachwyca – na pewno widok na solniska (saliny). Z murów fortu moĹźna obserwowaÄ jak pozyskuje siÄ sól morskÄ , a to nawet jak na EuropÄ – widok rzadki. Na poczÄ tku osady znajduje siÄ takĹźe cmentarz, jednak caĹkiem inny od tego, do którego my przywykliĹmy. Groby sÄ tutaj piÄtrowe i bardziej przypominajÄ ogromne, kolumbaria niĹź tradycyjne nagrobki. W dodatku bardzo duĹźo tutaj szyb i sztucznych kwiatów. Obrazek bardziej przypomina obchody ĹwiÄta zmarĹych w Meksyku niĹź europejski cmentarz. SpacerujÄ c po tej malutkiej enklawie mieliĹmy wraĹźenie, Ĺźe przenieĹliĹmy siÄ w czasie. AĹź trudno byĹo w to uwierzyÄ, w szczycie sezonu, kilka kilometrów od jednej z najpiÄkniejszych plaĹź Algarve.
Sama Cacela jest nieco sennym miasteczkiem, w którym mieszkaĹcy ĹźyjÄ spokojnym rytmem. Turystów jest tutaj jak na lekarstwo moĹźe, dlatego Ĺźe hoteli brak. Jednak Cacelczycy z radoĹciÄ witajÄ kaĹźdego przybysza. My spÄdziliĹmy tutaj kilkanaĹcie minut wĹóczÄ c siÄ, bez konkretnego celu, po uliczkach miasta. Z Caceli postanowiliĹmy siÄ cofnÄ Ä maksymalnie na wschód, aĹź do przygranicznego miasteczka Vila Real de Santo Antonio. StÄ d juĹź byĹo widaÄ HiszpaniÄ (nawet prom na nas czekaĹ), jednak my nie skorzystaliĹmy z tej moĹźliwoĹci, zostawiajÄ c sobie SewillÄ i jej „koleĹźanki” na innÄ wyprawÄ. ZresztÄ w czasie, w którym trafiliĹmy do Vila Real, odbywaĹ siÄ tam zlot (winno siÄ rzec raczej spĹyw) jachtów. SpacerowaliĹmy, wiÄc nabrzeĹźem oglÄ dajÄ c poszczególne cuda, które jeszcze tego samego dnia miaĹy stanÄ Ä do wyĹcigu. Z afiszy porozwieszanych po caĹym mieĹcie wywnioskowaliĹmy, Ĺźe jest to impreza cykliczna – zatem kaĹźdy ma szansÄ jÄ przeĹźyÄ. Pomijam fakt, Ĺźe i my z wielkÄ chÄciÄ znaleĹşlibyĹmy siÄ tam ponownie. Z informacji praktycznych dowiedzieliĹmy siÄ, Ĺźe sprzedajÄ tu Ĺwietnej jakoĹci rÄczniki. CoĹ w tym prawdy byĹo, bo po przejĹciu kilku sklepów urzeczeni miÄkkoĹciÄ portugalskiej baweĹny póĹ plecaka zapakowaliĹmy souvenirami (jak siÄ póĹşniej okazaĹo nie wszystkie z nich podarowaliĹmy najbliĹźszym…). CiÄĹźar podarków odczuliĹmy spacerujÄ c po rezerwacie fauny i flory znajdujÄ cym siÄ na wydmach. Miejsce pachnÄ ce lasem – nad samym oceanem, moĹźe zawróciÄ w gĹowie, tym bardziej, Ĺźe rezerwatów w przyrody znajduje siÄ w Portugalii tylko 9. My biegaliĹmy po piaskach rezerwatu boso, wdychajÄ c zapach pinii i zbierajÄ c szyszki. PóĹşniej plaĹźÄ (ok. 3 km) wróciliĹmy do Monte Gordo. W naszej mieĹcinie znajdowaĹo siÄ kasyno, ale jakoĹ nie mieliĹmy odwagi spróbowaÄ szczÄĹcia w powiÄkszaniu stanu naszego konta. Jednak siedzÄ c w jednej z licznych knajpek nad oceanem i obserwujÄ c wchodzÄ cych do kasyna goĹci planowaliĹmy kolejne dni wyprawy. CzÄsto byĹy to plany spontaniczne, weryfikowane w ciÄ gu dnia. Do niektórych miejscowoĹci wracaliĹmy wielokrotnie, przyciÄ gani przez jakiĹ niewidzialny magnes. Inne odwiedziliĹmy tylko jeden raz, peĹni nadziei, Ĺźe jeszcze kiedyĹ tam wrócimy.
JednÄ ze zwiedzanych miejscowoĹci byĹa Tavira, która zrobiĹa na nas tak ogromne wraĹźenie, Ĺźe odwiedziliĹmy jÄ dwukrotnie. W przewodniku przeczytaliĹmy, Ĺźe znajduje siÄ tutaj most rzymski z IV wieku. Most owszem byĹ, ale pod nim, miast rzeki zaobserwowaliĹmy tylko jakiĹ „dziwny” ciek wodny, który rzekÄ staĹ siÄ nagle po 4 godzinach – tak ni stÄ d ni zowÄ d. Na niebie nie pojawiĹa siÄ ani jedna chmurka, w innych regionach kraju nie spadĹa nawet kropla deszczu, a koryto z szybkoĹciÄ bĹyskawicy, zaczÄĹo siÄ wypeĹniaÄ wodÄ . I juĹź po kilku chwilach pod piÄknym rzymskim mostem zaczÄ Ĺ pĹynÄ Ä rwÄ cy potok. Ot taka kolejna portugalska niespodzianka. W Tavirze mieliĹmy okazjÄ zaobserwowaÄ jak tradycja w idealny sposób ĹÄ czy siÄ z nowoczesnoĹciÄ . Obok urzÄdu miasta, znajdujÄ cego siÄ w ciekawym architektonicznie budynku, znajdujÄ siÄ ruiny arabskiego zamku. To znaczy nie dosĹownie, bo miÄdzy nimi jest jeszcze ciekawy (peĹniÄ cy czasem rolÄ fontanny) zbiornik wodny, na którego Ĺrodek moĹźna siÄ dostaÄ po kamiennych pĹytkach. Zamek jest trochÄ zaniedbany, jednak turystów, w nim nie brak. My takĹźe z radoĹciÄ pokonywaliĹmy kolejne kamienne schody prowadzÄ ce do baszty i na mury obronne. W mieĹcie urzekĹy nas jeszcze oznaczenia nazw ulic. Opisywane znaczniki znajdujÄ siÄ na kafelkach azulejo – wmurowanych w zdobione kamienne tabliczki stojÄ ce przy drodze. Robi to niesamowite wraĹźenie i dodaje miasteczku uroku. Przez centrum Taviry biegnie dĹugi deptak, wzdĹuĹź którego rozlokowaĹy siÄ biura, kawiarenki i inne punkty usĹugowe. SpacerujÄ c nim dotarliĹmy do stacji kolejowej, z której wyruszyliĹmy do Olhão.
Tutaj stoczyĹam drugÄ bataliÄ jÄzykowÄ . Niestety po raz drugi przegraĹam (moja wiara w siebie wyszĹa, stanÄĹa obok i poszĹa w sinÄ dal, aby siÄ wiÄcej nie wstydziÄ …). A ja chciaĹam tylko zamówiÄ pizzÄ. DzieĹ byĹ sĹoneczny, apetyt niewielki stÄ d zamówiĹam jednÄ duĹźÄ pizzÄ do podziaĹu dla dwóch osób. ZapĹaciĹam i usiadĹam przy stoliku w oczekiwaniu na zamówienie. Po niecaĹych 5 min na nasz stóĹ wjechaĹy 2 Cappucino. Oczy mi siÄ szerzej otworzyĹy, bo mimo upaĹu za diabĹa nie mogĹam sobie przypomnieÄ abym je zamawiaĹa. Po wymianie zdaĹ z przesympatycznym WĹochem okazaĹo siÄ, Ĺźe kawa jest od niego „special for me”. PrzeĹknÄliĹmy, wiÄc te kawy. Jednak nie dane nam byĹo dopiÄ ich do koĹca, gdyĹź po 5 minutach od opisywanego wydarzenia na stole pojawiĹy siÄ 2 duĹźe (Ĺrednica jak nic 45cm) pizze. MyĹlaĹam, Ĺźe spadnÄ z krzesĹa. PomyĹki nie byĹo, bo jak siÄ okazaĹo do kaĹźdej duĹźej pizzy druga duĹźa pizza byĹa gratis. Tym sposobem z wielkim pudĹem wypeĹnionym kawaĹkami wĹoskiego specjaĹu paradowaliĹmy po Olhão – ĹmiejÄ c siÄ do rozpuku. Olhão okazaĹo siÄ uroczym miasteczkiem z bielonymi domkami. WydawaĹo nam siÄ, Ĺźe jest tu bardziej biaĹo niĹź na wszystkich greckich wyspach razem wziÄtych. W dodatku od bieli Ĺcian czÄsto odbijaĹ siÄ granat pĹytek azulejo obrazujÄ cych róĹźne sceny i wydarzenia z Ĺźycia miasta, historii Portugalii bÄ dĹş Ĺźycia codziennego. W Olhão nie sposób byĹo ominÄ Ä portu. A to z dwóch powodów. Zjadane tutaj owoce morza smakowaĹy wybornie – to po pierwsze. Po drugie marina zachwycaĹa kamiennymi dokami i budynkami w stylu dawnych epok.
BÄdÄ c w tej czÄĹci Portugalii musieliĹmy pojechaÄ takĹźe dawnej stolicy regionu – Lagos (od czasów trzÄsienia ziemi w 1755 roku zaszczytne miano stolicy Algarve przypada w udziale Faro). Prócz fenomenalnej plaĹźy Ponta de Piedade, kilku równie uroczych plaĹź, wiele innych rzeczy jest tu wartych zobaczenia. ZresztÄ po wizycie na stromych skaĹach, o które rozbija siÄ lazurowej barwy ocean czĹowiek znajduje siÄ w jednej z dwóch sytuacji. Albo (sytuacja nr 1) nic nie jest go juĹź w stanie zachwyciÄ, bo jest pod takim wraĹźeniem widoków, Ĺźe wszystko inne wydaje siÄ byÄ pospolite i szare. Albo (sytuacja nr 2) moĹźe nie byÄ w stanie uchwyciÄ niczego innego, gdyĹź na plaĹźy wypstrykaĹ wszystkie filmy (wzglÄdnie zapeĹniĹ zdjÄciami caĹÄ kartÄ pamiÄci). My naleĹźeliĹmy do tej drugiej grupy, choÄ razem z „tymi” z grupy pierwszej dĹugo nie mogliĹmy siÄ otrzÄ snÄ Ä z szoku, jaki doznaliĹmy w Lagos. Sam widok plaĹźy Ponta de Piedade jest trudny do opisania, aczkolwiek nie niemoĹźliwy… Pewnego piÄknego popoĹudnia podjechaliĹmy busikiem do plaĹźy w Lagos i lekko zdegustowani widokiem otoczenia skierowaliĹmy siÄ w stronÄ chaszczy okalajÄ cych parking i przystanek. Po dosĹownie kilku krokach zaczÄliĹmy trzymaÄ za rÄce jeden drugiego, aby siÄ nie zatraciÄ i nie wpaĹÄ wprost do cudownej, krystalicznej, lazurowej, bĹÄkitnej, jaspisowej, miejscami granatowej wody opĹywajÄ cej rdzawe, pomaraĹczowe, piaskowe, zĹociste skaĹy, skaĹki, groty i tym podobne formacje skalne. A to wszystko na tle bezchmurnego, niebieskiego nieba, zachodzÄ cego sĹoĹca, maĹych, Ĺrednich i duĹźych stateczków, przecudnej urody Ĺźaglówek i innych biaĹych pĹywajÄ cych obiektów oraz drobniutkiego jak kasza manna piasku. Z zachwytu moĹźna byĹo zwariowaÄ lub popeĹniÄ jakieĹ gĹupstwo np. przeoczyÄ ostatni autobus do miasta. W kaĹźdym razie, nie moĹźna byĹo oprzeÄ siÄ pokusie kÄ pieli w tej turkusowej wodzie, odmówiÄ sobie biegania po drobniutkim piasku i moĹźliwoĹci obserwowania licznych zatoczek i grot, o które rozbijaĹy siÄ wody oceanu. W równie uroczej scenerii osadzona byĹa takĹźe marina w Lagos. W wysuniÄtym w stronÄ bezkresu oceanu – porcie – cumowaĹy biaĹe jachty i szybkie motorówki, a… zachód sĹoĹca obserwowany z tego miejsca na dĹugo pozostanie w naszych sercu. Samo centrum okazaĹo siÄ starym miastem pamiÄtajÄ cym jeszcze czasy piÄtnastowieczne. WraĹźenie robiÄ tu mury obronne, w których moĹźna zobaczyÄ namiastkÄ stylu manueliĹskiego (w tym duchu powstaĹ takĹźe klasztor Hieronimitów w Lizbonie, o czym poniĹźej) i koĹcióĹki, ukryte w wÄ skich, kamiennych uliczkach. My zaczÄliĹmy poznawanie centrum od strony kuchni, gdzie dziÄki najwiÄkszym sardynkom, jakie kiedykolwiek w Ĺźyciu widziaĹam, poznaliĹmy prawdziwy smak Portugalii. ByĹy to zarazem najpyszniejsze ryby, jakie jadĹam w Ĺźyciu, a okraszone masĹem i skropione sokiem z cytryny nabraĹy znamion dania wrÄcz boskiego. Samo Lagos zachwyciĹo nas innoĹciÄ . JuĹź w porcie odkryliĹmy, Ĺźe coĹ jest tutaj na rzeczy, gdyĹź z jednej strony staĹ ogromnej wielkoĹci posÄ g Henryka Ĺťeglarza, a z drugiej replika Santa Marii (Ĺodzi Krzysztofa Kolumba). Za czasów ĹwietnoĹci podbojów Portugalskich – tutaj mieĹciĹa siÄ sĹynna szkoĹa morska, gdzie uczono nawigacji i kartografii. Mimo, iĹź od tego czasu minÄĹy stulecia – duch wielkich odkrywców nadal unosi siÄ w powietrzu. W mieĹcie znaleĹşÄ takĹźe moĹźna miejsce, gdzie odbywaĹ siÄ targ niewolników, przywoĹźonych z Afryki. NieszczÄĹników wystawiano na podmurówce za kratami, aby wielcy panowie mogli sobie ich pooglÄ daÄ – oj straszne to musiaĹy byÄ czasy.
Po raz kolejny na wielkich odkrywców natknÄliĹmy siÄ na Cabo de St. Vincent – to najbardziej na zachód wysuniÄty przylÄ dek Portugalii. Tutaj wzburzony ocean rozbija siÄ o skaĹy, tutaj teĹź swój poczÄ tek miaĹy wyprawy wielkich podróĹźników. Na cyplu stoi latarnia morska – niestety wspóĹczesna, a nie stanowiÄ ca relikt minionych epok, choÄ funkcje peĹni te same, co za dawnych lat. W drodze na Cabo zaobserwowaÄ moĹźna takĹźe maleĹki, umieszczony na skaĹach, koĹcióĹek. To w nim Henryk Ĺťeglarz modliĹ siÄ o powodzenie swoich wypraw. Niestety koĹcióĹek byĹ zamkniÄty i byliĹmy bardzo niepocieszeni nie mogÄ c go zwiedziÄ.
WĹród miasteczek Algarve zachwyciliĹmy siÄ takĹźe Silves. Miejscowi chlubiÄ siÄ tym, Ĺźe miasto ma bardzo bogatÄ historiÄ i jeszcze w XIII wieku byĹo kolebkÄ kulturalnÄ Portugalii, pozostawiajÄ cÄ daleko w tyle jej obecnÄ stolicÄ. Miasto zbudowane jest na wzgórzu, na którego szczycie znajduje siÄ ogromny zamek. Budowla zostaĹa wzniesiona w stylu mauretaĹskim i w takim teĹź odrestaurowana, co moĹźna zaobserwowaÄ zwiedzajÄ c obekt. WejĹcia do zamku strzeĹźe ogromny pomnik Sancho I – jednego z królów Portugalii. Jednak, aby siÄ do niego dostaÄ potrzeba odrobiny wysiĹku polegajÄ cego na wspinaniu siÄ po stromych brukowanych uliczkach miasta. Po drodze mija siÄ relikty przeszĹoĹci takie jak prÄgierz, który ustawiony na Ĺrodku centralnego placu miasta sĹuĹźyĹ do karania niepokornych. Mija siÄ takĹźe XIII wiecznÄ katedrÄ, niestety bardzo czÄsto zamkniÄtÄ (chyba Ĺźe trafi siÄ na mszÄ...) oraz arabskÄ studniÄ, ciekawÄ ze wzglÄdu na muzeum, które znajduje siÄ w jej pobliĹźu. Muzeum jest maĹe jednak moĹźe poszczyciÄ siÄ znaleziskami sprzed miliona lat. W budynku znajduje siÄ takĹźe ekspozycja pokazujÄ ca historiÄ miasta. Budowle w mieĹcie i sam ukĹad urbanistyczny przypominajÄ troszeczkÄ indiaĹskie pueblo. ZresztÄ w Portugalii, co rusz czuliĹmy siÄ nie jak w Europie tylko na innym kontynencie i w innej epoce.
PoniewaĹź Algarve sĹynie z przepiÄknych plaĹź nie mogliĹmy ominÄ Ä sĹynnego Portimão, do którego wszyscy przyjeĹźdĹźajÄ ze wzglÄdu na plaĹźe i pola golfowe. Pola golfowe „ciÄ gnÄ siÄ” aĹź do Albufeiry, jednak to nie one byĹy naszym priorytetem. My przybyliĹmy tutaj dla Praia da Rocha – plaĹźy znajdujÄ cej siÄ na 50% pocztówek z Portugali. Obiektywnie stwierdziliĹmy, Ĺźe zasĹuĹźenie. ChoÄ naleĹźymy do turystów „zwiedzajÄ cych”, a nie „leĹźÄ cych” na plaĹźy – wypoczynku tutaj nie mogliĹmy sobie odmówiÄ. PlaĹźa jest bardzo podobna do tej w Lagos i osobiĹcie nie potrafilibyĹmy zdecydowaÄ, której z nich przyznaÄ koronÄ najpiÄkniejszej. Na szczÄĹcie ktoĹ, kiedyĹ zrobiĹ to za nas, dziÄki czemu mogliĹmy „bezstresowo” wylegiwaÄ siÄ na najpiÄkniejszej portugalskiej plaĹźy.
Ostatnim miastem, które odwiedziliĹmy na Algarve byĹo Faro. 90% turystów kojarzy je tylko z lotniskiem (sĹusznie zresztÄ ), my jednak nie chcieliĹmy na tym poprzestaÄ. I dziĹ nie ĹźaĹujemy, bo starówka w Faro byĹa warta przysĹowiowego grzechu. Do starej czÄĹci Faro moĹźna dostaÄ siÄ miÄdzy innymi przez zabytkowÄ bramÄ Arco da Vila, za którÄ znajduje siÄ ogromna iloĹÄ katedr i koĹcioĹów. W kaĹźdym z nich znajduje siÄ coĹ godnego zobaczenia. A to przepiÄkne dekoracje barokowe (koĹcióĹ do Carmo), a to historia Ĺźycia ĹwiÄtego zobrazowana na kaflach azulejo (koĹcióĹ Ĺw. Franciszka), a to organy zdobione motywami chiĹskimi (Katedra). KaĹźdy z koĹcioĹów zachwyca i kaĹźdy jest wart obejrzenia. ZresztÄ starówka Faro, jak kaĹźdego innego portugalskiego miasta ma swój specyficzny klimat i warto, powĹóczyÄ siÄ po niej nawet bez celu.
Zwiedzanie zachodniego wybrzeĹźa zaczÄliĹmy od Lizbony. Stolica wita turystów znanÄ z pocztówek wieĹźÄ Torre de Bellem i ogromnych rozmiarów Pomnikiem Odkrywców. WieĹźa zostaĹa wybudowana w stylu manueliĹskim i przez wieki peĹniĹa funkcje fortecy. MiÄdzy innymi, dziÄki takim fortecom Portugalia moĹźe poszczyciÄ siÄ niezmienionym od XIII wieku ksztaĹtem granic. Na Pomniku Odkrywców wĹród 32 postaci na czoĹo wysuwa siÄ osoba Vasco da Gamy – najdzielniejszego z dzielnych, najwiÄkszego z najwiÄkszych i najwybitniejszego z wybitnych – bohatera Portugali. WyrzeĹşbiony w wapieniu podróĹźnik trzyma w jednej rÄce mapÄ Ĺwiata, a w drugiej replikÄ swojej karaweli. Jest to doskonale widoczne ze szczytu pomnika, na który moĹźna wjechaÄ windÄ . ZresztÄ na „górÄ” wjechaliĹmy takĹźe dla innych uwiecznionych w marmurze postaci – Vasco da Gamy i Luisa de Camoesa oraz dla… cudownego widoku na Tag. TuĹź pod pomnikiem wyrysowano ogromnÄ mapÄ Ĺwiata, na której zaznaczono wyprawy portugalskich Ĺźeglarzy. Nostalgia i tÄsknota za morzem przebija tu z kaĹźdego grama zaprawy, z kaĹźdego milimetra chodnika i z kaĹźdej czÄ stki bohaterów. Kilka kroków dalej (dosĹownie po przekroczeniu ulicy) zobaczyÄ moĹźna juĹź inny rozdziaĹ portugalskiej historii. Na ogromnym obszarze rozciÄ gajÄ siÄ mury Klasztoru Hieronimitów. ChociaĹź, o czym dowiedzieliĹmy siÄ w trakcie zwiedzania, klasztor wcale nie odcina siÄ od wielkich wypraw. Mianowicie zostaĹ on wybudowany jako wyraz dziÄkczynienia, za szczÄĹliwÄ wyprawÄ Vasco da Gamy do Indii. Budowla zostaĹa wzniesiona w stylu manueliĹskim (to poĹÄ czenie gotyku z renesansem) i jest zaliczana do pereĹek architektury. KruĹźganki, zdobione fasady, Ĺuki, strzeliste wieĹźe i zielone dziedziĹce wywarĹy na nas ogromne wraĹźenie. W koĹcu nie bez powodu klasztor trafiĹ na listÄ Ĺwiatowego dziedzictwa UNESCO. BÄdÄ c w Lizbonie nie mogliĹmy sobie odmówiÄ pójĹcia do miejsca, gdzie rozbrzmiewajÄ dĹşwiÄki fado. Cudownie byĹo spacerowaÄ uliczkami Alfamy, w poszukiwaniu odpowiednio „nastrojowej” kafejki. W dodatku wĹóczÄ c siÄ po mieĹcie oglÄ daliĹmy wjeĹźdĹźajÄ ce na duĹźe wysokoĹci tramwaje i podziwialiĹmy wybudowane w stylu mauretaĹskim kamieniczki. Z mapkÄ w dĹoni dotarliĹmy takĹźe do zamku Ĺw. Jerzego – poĹoĹźonego (jak na zamek przystaĹo) na wzgórzu. Zamek wybudowano w stylu mauretaĹskim i poczÄ tkowo sĹuĹźyĹ jako twierdza obronna. PóĹşniej staĹ siÄ wiÄzieniem, a nawet peĹniĹ funkcjÄ koszar. My zachwyciliĹmy siÄ jego budowÄ – starymi, grubymi murami i subtelnymi zdobieniami. Nigdy nie byliĹmy w Afryce (choÄ Maroko nam siÄ marzy) i moĹźe dlatego tak bardzo zaaferowaĹ nas ten mauretaĹski styl. Do klubu fado dotarliĹmy dopiero póĹşnym wieczorem, a wsĹuchujÄ c siÄ w tÄ cudownÄ muzykÄ odkryliĹmy wreszcie tajemnicÄ tÄsknoty Portugalczyków za wyprawami w nieznane.
Lizbona zachwyca. Mimo iĹź nie jest tak popularna jak ParyĹź czy Rzym potrafi uzaleĹźniÄ. LizbonÄ albo siÄ pokocha albo polubi. ZnienawidziÄ jej nie sposób. My pokochaliĹmy jÄ na dobre.
Po Lizbonie przyszedĹ czas na maleĹkie Obidos, w którym zachwyciliĹmy siÄ PaĹacem Królowych oraz starówkÄ .
NastÄpnego dnia swoje kroki skierowaliĹmy do Fatimy, gdzie przeĹźyliĹmy prawdziwy szok. Tutaj jak na dĹoni widaÄ jak sacrum miesza siÄ z profanum. Obok widoku wiernych zmierzajÄ cych na kolanach do bazyliki, naszym oczom ukazaĹ siÄ widok ogromnych marketów peĹnych dewocjonaliów. Tutaj przeraziĹy nas róĹźaĹce sprzedawane na kilogramy i figurki Matki Boskiej z … odkrÄcanÄ gĹowÄ – sĹuĹźÄ ce jako naczynia na „ĹwiÄtÄ wodÄ”. Do tego narzÄ dy i organy z wosku, które moĹźna zakupiÄ i stopiÄ w celu oczyszczenia i „uleczenia” tej czÄĹci ciaĹa czy teĹź organu, który nam szwankuje spowodowaĹy, Ĺźe poczuliĹmy siÄ tutaj maĹo komfortowo. Za to wieczorne procesje ĹwiatĹa zrobiĹy na nas ogromne wraĹźenie. Po zmroku zniknÄ Ĺ biznes, za to pojawiaĹa siÄ ogromna rzesza ludzi, róĹźnej narodowoĹci, którzy jednoczÄ c siÄ w modlitwie zanosili swe proĹby do Matki Boskiej. Tutaj nic nie byĹo wyreĹźyserowane, a kaĹźdy z wiernych w inny sposób przeĹźywaĹ swojÄ obecnoĹÄ tutaj i caĹe wydarzenie.
W niedalekiej odlegĹoĹci od centrum Fatimy znajduje siÄ wioska pastuszków. To tutaj Francesco, Lucia i Jacinta (Hiacynta) doznali objawienia Matki Boskiej. Tutaj teĹź ĹciÄ gajÄ tĹumy turystów chcÄ cych na wĹasne oczy zobaczyÄ malusieĹkie i bardzo skromne domki, w których mieszkaĹy dzieci. Domki sÄ rzeczywiĹcie niewielkie. PosiadajÄ ciasne, niskie i skromnie urzÄ dzone pokoiki, w których prócz ĹóĹźka, stolika i kuferka nie byĹo nic wiÄcej.
Po raz setny Portugalia zaskoczyĹa nas w Porto. ZwiedzajÄ c winnice nasza urocza przewodniczka zapytaĹa mnie o powód tak wyĹmienitego humoru. Kiedy dowiedziaĹa siÄ, Ĺźe tego dnia obchodzÄ urodziny w prezencie od firmy dostaĹam wybranego przez siebie Vintage’a – chlubÄ zwiedzanej przez nas winnicy. O Vintage’a rywalizujÄ co roku wszystkie winnice (a jest ich okoĹo 50), we wszystkich winnych kategoriach. KaĹźda z nich wystawia wszystkie swoje wina – towny, rubby i white z danego rocznika. Najlepsze wino z kaĹźdego rodzaju otrzymuje zaszczytny tytuĹ Vintage’a, czyli najlepszego wina z danego rocznika, w danej kategorii. Czym wiÄcej zaszczytnych tytuĹów, tym lepsza staje siÄ pozycja danej winnicy. My mieliĹmy okazjÄ zakosztowaÄ najlepszego wina z rocznika 2000. Nektar i ambrozja mogÄ siÄ przy nim schowaÄ w mysiÄ dziurÄ. A Ĺźe regionów uprawy winoroĹli jest tutaj 47, a sĹynnych przyciÄ gajÄ cych uwagÄ producentów (m. in. Fonseca, Graham’s) teĹź coĹ koĹo tego – skutki wycieczki mogÄ byÄ bardzo bolesne J. Ale przecieĹź nie samym winem czĹowiek Ĺźyje… DrepczÄ c po uliczkach Porto natrafiliĹmy na ksiÄgarniÄ Lelo. Normalnie nie zwrócilibyĹmy na niÄ uwagi, ale nadnaturalna wymiana ludzi i tĹumy turystów skĹoniĹy nas do wejĹcia. KsiÄgarnia okazaĹa siÄ byÄ miejscem bajkowym – rodem z filmów o Harrym Potterze. Czerwone poskrÄcane schody, tysiÄ ce woluminów na drewnianych póĹkach spowodowaĹy, Ĺźe oniemieliĹmy z zachwytu (to juĹź chyba po raz tysiÄczny w Portugalii). Dobrych kilkadziesiÄ t minut spÄdziliĹmy miÄdzy regaĹami podziwiajÄ c wystrój miejsca i Ĺwietne zaopatrzenie. Jak siÄ okazaĹo kilka dni póĹşniej czar tej magicznej ksiÄgarni nieco przygasĹ, kiedy zobaczyliĹmy bibliotekÄ uniwersytetu w Coimbrze. Nie mnie jednak ksiÄgarnia Lelo pozostaĹa, w naszych wspomnieniach, miejscem niezwykĹym. Prócz jedynej w swoim rodzaju ksiÄgarni, w Porto znajduje siÄ takĹźe jedyny w swoim rodzaju dworzec kolejowy (Dworzec GĹówny), ozdobiony a jakĹźe – pĹytkami azulejo. Co ciekawe na nich wymalowano dawne Ĺrodki transportu oraz sceny z historii Portugalii. Przed opuszczeniem Porto odwiedziliĹmy jeszcze wieĹźÄ i koĹcióĹ Kleryków oraz dzielnice Ribeira i Bairro do Barredo. Ta pierwsza przypomina lizboĹskÄ AlfamÄ, ta druga… Ĺredniowiecze, ale w dobrym tego sĹowa znaczeniu. Tutaj znajdujÄ siÄ pochyĹe, „przyklejone” jeden do drugiego budyneczki oraz wÄ skie kamienne uliczki. SĹowem sielsko, anielsko i historycznie. Zwiedzanie zakoĹczyliĹmy… w wodzie. PĹywajÄ c stateczkiem po rzece Douro rozkoszowaliĹmy siÄ widokiem winnic i starego miasta.
Zachodnie wybrzeĹźe zaskoczyĹo nas bardzo duĹźÄ iloĹciÄ katedr. CzÄĹÄ z nich – wybudowano w surowym stylu, czÄĹÄ byĹa nieco bardziej ozdobna. Na nas najwiÄksze wraĹźenie zrobiĹy te w Bathali i Alcobaçie. W pierwszym miasteczku znajduje siÄ niedokoĹczona katedra…bez kopuĹy. Jak siÄ okazaĹo byĹ to celowy zabieg architekta, gdyĹź zwieĹczeniem budowli miaĹo byÄ sklepienie niebieskie. I faktycznie jak stoi siÄ w Ĺrodku i patrzy w górÄ obserwuje siÄ niebo, idealnie „wkomponowane” w filary katedry. Niektórzy zĹoĹliwcy twierdzÄ , Ĺźe nie byĹ to przemyĹlany pomysĹ autora tylko wynik jego zĹych pomiarów, gdyĹź ze wzglÄdu na przewaĹźenie budowli Ĺźadna kopuĹa nie mogĹaby stanÄ Ä w tym miejscu. NiezaleĹźnie od podejĹcia katedra z „niebiaĹskÄ ” kopuĹÄ jest unikatowym, godnym zobaczenia zabytkiem. W dodatku jej surowe wnÄtrza powodujÄ , Ĺźe aĹź dreszcz przebiega po plecach. W niedalekim sÄ siedztwie katedry znajduje siÄ posÄ g A. Pereiry – narodowego bohatera Portugalii. Nie mniejsze wraĹźenie zrobiĹ na nas klasztor cystersów w Alcobaçie. Ta ogromnych rozmiarów budowla zachwyca przede wszystkim… kuchniÄ – Ĺwietnie wyposaĹźonÄ jak na epokÄ, w której powstaĹa. WnÄtrze robi nie mniejsze wraĹźenie. Strzeliste Ĺuki, ogromna wysokoĹÄ i niebotyczne rozmiary koĹcioĹa oddziaĹujÄ na wyobraĹşniÄ.
Ciekawym okazaĹo siÄ równieĹź malutkie miasteczko Barcelos. Tutaj narodziĹa siÄ historia sĹynnego koguta. KaĹźdy z mieszkaĹców opowiada tÄ historiÄ nieco inaczej, jednak puenta jest zawsze ta sama. A byĹo to tak – dawno, dawno temu w miasteczku Barca Cellus oskarĹźono pewnego pielgrzyma o zbrodniÄ. CzĹowiek ten zarzekaĹ siÄ na wszystkie ĹwiÄtoĹci, Ĺźe nie jest winnym – zarzucanych mu czynów, a w Barcelos znajduje siÄ pierwszy raz, gdyĹź tÄdy wiedzie jego trasa do Santiago de Compostela. Niestety nikt nie chciaĹ mu uwierzyÄ. Wreszcie nieszczÄĹnika postawiono przed obliczem SÄdziego, aby tam jeszcze raz opowiedziaĹ swÄ historiÄ . Na jego nieszczÄĹcie (jak siÄ póĹşniej okazaĹo szczÄĹcie) wĹadca przyjÄ Ĺ go Ĺaskawie w trakcie spoĹźywania posiĹku i po wysĹuchaniu opowieĹci rzekĹ, „jeĹźeli faktycznie jesteĹ niewinny to niech ten kogut z mojego talerza wstanie i zapieje”. I o dziwno kogut podniósĹ siÄ, opierzyĹ i zapiaĹ (druga zasĹyszana przez nas wersja tej historii traktuje o tym, Ĺźe to pielgrzym tak zarzekaĹ siÄ swojej niewinnoĹci, Ĺźe przepowiedziaĹ, iĹź z nadejĹciem Ĺwitu jedzony przez SÄdziego kogut zapieje. Wersja wydarzeĹ nie ma jednak wiÄkszego znaczenia dla popularnoĹci kolorowego koguta). Pielgrzyma uniewinniono, a kogut staĹ siÄ symbolem Barcelos i caĹej Portugalii. RóĹźnej wielkoĹci figurki tego ptaka moĹźna zakupiÄ dosĹownie w kaĹźdym miejscu miasteczka. ZresztÄ ogromnej wielkoĹci rzeĹşby róĹźnokolorowych kogutów rozsiane sÄ po caĹym mieĹcie. Wizerunek koguta zdobi takĹźe ubrania, buty, obrusy, flagi i inne przedmioty codziennego uĹźytku. Nas do dziĹ „jeden taki osobnik” obserwuje z poziomu komody.
Pewnego piÄknego popoĹudnia, trafiliĹmy do Nazare. Miasteczko z pozoru wydawaĹo siÄ kolejnym turystycznym rajem – ocean, plaĹźa, deptak i rodzinne hoteliki. Jednak naszÄ uwagÄ zwróciĹy dwie rzeczy – suszone ryby i stroje mieszkanek miasteczka. Ale po kolei – brodzÄ c po biaĹym piasku, co rusz napotykaliĹmy suszÄ ce siÄ na plaĹźy sardynki i dorsze. Cudownie byĹo obserwowaÄ porozwieszane na drewnianych stelaĹźach ryby, owiewane sĹonÄ morskÄ bryzÄ znad oceanu i suszone gorÄ cym sĹoĹcem. ZaskoczyĹo nas to, Ĺźe w dzisiejszych czasach moĹźna coĹ jeszcze robiÄ naturalnie. Ĺťe jest to fajne, zdrowe, ekologiczne i przede wszystkim skuteczne. Jak siÄ póĹşniej okazaĹo zakonserwowane w ten sposób ryby majÄ bardzo dĹugi termin przydatnoĹci do spoĹźycia. Jednak nasz zachwyt nad rodzimym przemysĹem szybko ustÄ piĹ miejsca innemu zachwytowi. Na widok mieszkanek dosĹownie zaniemówiliĹmy. Panie najzwyczajniej w Ĺwiecie paradowaĹy po miasteczku w pasiastych (w dodatku bufiastych) spódnicach (coĹ a la nasz strój Ĺowicki). I nie byĹ to tani chwyt reklamowy, gdyĹź panie szĹy tak ubrane z zakupów, a turystów w miasteczku nie byĹo za wielu. Mnie jako kobiecie, spódniczki te wydaĹy siÄ, aĹź nadto bufiaste – jakby coĹ ukrywaĹy. Dlatego o wyjaĹnienie sprawy zapytaliĹmy ubranÄ wg tutejszych standardów paniÄ sprzedajÄ cÄ orzeszki. OkazaĹo siÄ, Ĺźe zgodnie z tradycjÄ mieszkanki miasteczka majÄ takich ozdobnych spódnic 7 – na kaĹźdy dzieĹ tygodnia po jednej, ale… noszÄ je wszystkie na raz – jedna na drugiej. Ot taka „oczywista oczywistoĹÄ”. OkazaĹo siÄ, Ĺźe ten tryb postÄpowania ma swoje podĹoĹźe historyczne. OtóĹź, kiedy mÄĹźczyĹşni z wioski wypĹywali na poĹów ryb, nie byĹo ich tydzieĹ. Ich Ĺźony czekajÄ c na powrót rybaków odliczaĹy dni zakĹadajÄ c na siebie kolejne spódnice. Z czasem czas poĹowu znacznie siÄ skróciĹ, jednak tradycja siedmiu spódnic pozostaĹa. My po takim tĹumaczeniu musieliĹmy ochĹonÄ Ä – kÄ piÄ c siÄ w oceanie. PóĹşniej juĹź ze spokojem obserwowaliĹmy ferie barw mieszkaĹców Nazare. A Nazare to kolejne miasteczko wzniesione na wzgórzu. U jego podnóĹźa ocean rozbija siÄ o skaĹy, a na szczycie, rozciÄ ga siÄ stare miasto z koĹcióĹkiem, kramami, paniami w 7 spódniczkach i nieziemskim widokiem na ocean.
Z Nazare pojechaliĹmy dalej do Gumimarães, które przywitaĹo nas ginjinhÄ – sĹodkim likierem o smaku wiĹniowo – czereĹniowym podawanym w kieliszkach z gorzkiej czekolady (1 kieliszek = 1 €). Komisyjnie stwierdziliĹmy, Ĺźe likier jest wybitnie damskim trunkiem, ale spróbowaÄ go warto. Po tym subtelnym powitaniu ruszyliĹmy na zwiedzanie historycznej czÄĹci miasta. W Gumimarães przyszedĹ na Ĺwiat pierwszy król Portugalii – D. A. Henriques. HistoriÄ jego i jego rodziny dogĹÄbniej poznaliĹmy na zamku ĹwiÄtego MichaĹa. Po nim, swoje kroki skierowaliĹmy do maleĹkiego koĹcióĹka Ĺw. MichaĹa, w którym pierwszy król tego kraju, przyjÄ Ĺ chrzest. NastÄpnie odwiedziliĹmy paĹac Paço dos Duques. Budowla zaskoczyĹa nas swojÄ „nieportugalskoĹciÄ ”. Jak siÄ póĹşniej okazaĹo paĹac zawsze peĹniĹ rolÄ drugorzÄdnÄ , gdyĹź nikt nie chciaĹ tutaj mieszkaÄ. Nie chcieli potomkowie rodu Bragança, nie chciaĹ i prezydent Portugalii. Zniszczone wnÄtrze odnowiono bez Ĺadu i skĹadu oraz bez wzorowania siÄ na detalach historycznych. Jednak, mimo iĹź w paĹacu moĹźna zwiedzaÄ niewiele, wnÄtrza nie rzucajÄ na kolana, historia budowli nie jest imponujÄ ca warto jÄ odwiedziÄ wĹaĹnie ze wzglÄdu tÄ innoĹÄ.
KolejnÄ degustacjÄ przeĹźyliĹmy w Aveiro gdzie raczyliĹmy siÄ omulami (1 ciasteczko = 1 €). Omule to nic innego jak maleĹkie ciasteczka (wielkoĹciÄ i wyglÄ dem przypominajÄ ce ostrygi) wypeĹnione nadzieniem z kogla – mogla. Kto zje dwa – trzeci dostanie gratis. My nie mogliĹmy przebrnÄ Ä przez jeden, dyskutujÄ c przy tym zawziÄcie skÄ d mogĹa siÄ wziÄ Ä nazwa kosztowanych delicji. Komisyjnie ustaliliĹmy, Ĺźe nazwa wziÄĹa siÄ chyba od tego, Ĺźe „zamulajÄ ” czĹowieka na kilka godzin. Za to Aveiro zachwyca. My zwiedzaliĹmy je póĹşnym popoĹudniem, kiedy zachodzÄ ce sĹoĹce oĹwietlaĹo bogato zdobione domki i kamienice. ChociaĹź i tutaj czekaĹa na nas niespodzianka. StojÄ c przed jedynym chyba w mieĹcie pomnikiem dĹugo nie mogliĹmy odszyfrowaÄ, komu lub czemu go wystawiono. I choÄbyĹmy zgadywali 3 dni bez przerwy nie wpadĹybyĹmy na to, Ĺźe moĹźna wystawiÄ pomnik… soli. A jak on wyglÄ da?! Musicie zobaczyÄ sami J, gdyĹź to kolejna rzecz nie do opisania. Od pomnika rozciÄ ga siÄ cudowna laguna, nad którÄ nic tylko odpoczywaÄ. Tutaj na Ĺaweczkach siedzÄ staruszkowie cieszÄ cy siÄ swoim uporzÄ dkowanym Ĺźyciem, tutaj przychodzÄ rodzice z dzieÄmi, aby pobyÄ razem. Wreszcie tutaj siadajÄ zakochani, aby w romantycznej scenerii wyznawaÄ sobie miĹoĹÄ. My spacerowaliĹmy sobie wzdĹuĹź laguny, oĹwietlani promieniami zachodzÄ cego sĹoĹca, owiewani delikatnÄ bryzÄ i wpatrzeni w siebie.
Uraczeni zdjÄciami z przewodnika, pewnego piÄknego dnia wybraliĹmy siÄ do Coimbry. Na wysokim wzgórzu znajdujÄ siÄ budynki uniwersytetu, którego tradycja siÄga 1290 roku. Jak je zobaczyliĹmy zapragnÄliĹmy znów mieÄ po 18 lat i rozpoczÄ Ä studia. Dziedziniec niczym nie ustÄpowaĹ temu w Cambrigde, za to widok z niego – niebiaĹski. Do tego Kozia WieĹźa z dzwonem (widoczna z kaĹźdego zakÄ tka Coimbry), kaplica Ĺw. MichaĹa oraz Ĺťelazna Brama. CaĹoĹci dopeĹniĹa opisywana juĹź biblioteka. Niestety we wnÄtrzu nie moĹźna byĹo robiÄ zdjÄÄ, ale chĹoniÄcia atmosfery nikt nam nie zabroniĹ, dlatego z caĹego serca próbowaliĹmy utrwaliÄ ten widok w naszych umysĹach juĹź na zawsze. A widok byĹ nieziemski. MyĹlÄ, Ĺźe nic siÄ nie zmieniĹo tutaj od XVIII wieku, czyli od ufundowania jej przez króla D. João V. No moĹźe przybyĹo trochÄ nowych dzieĹ. A wyglÄ daĹo to mniej wiÄcej tak – róĹźne gatunki drewna, ksiÄ Ĺźki oprawione w skórÄ, bogate zĹocenia skomponowane razem w jednÄ caĹoĹÄ. Szafy i regaĹy na ksiÄ Ĺźki ciÄ gnÄĹy siÄ od Ĺciany do Ĺciany, a Ĺźe caĹa biblioteka stanowiĹa jedno podĹuĹźne pomieszczenie widok ciÄ gnÄ cych siÄ w „nieskoĹczonoĹÄ” regaĹów byĹ piorunujÄ cy. RegaĹy poustawiane byĹy od podĹogi do sufitu oraz czÄĹciowo takĹźe w poprzek tworzÄ c jak gdyby wypeĹnione ksiÄ Ĺźkami (a znajduje siÄ tutaj bagatela ponad 300 000 woluminów) Ĺcianki dziaĹowe. Na wysokoĹci piÄtra znajdowaĹy siÄ drewniane pomosty z rzeĹşbionymi balustradami, aby dotarcie do najwyĹźej poĹoĹźonych woluminów byĹo uĹatwione. Wszystkie póĹki i regaĹy, prócz tego, Ĺźe wykonane byĹy z egoztycznych gatunków drewna, byĹy jeszcze dekorowane zĹotem. Jednym sĹowem „niesamowity bajer”. Takiego czegoĹ nie widzieliĹmy nigdzie wczeĹniej i nigdzie póĹşniej. Zrobimy wszystko, aby jeszcze kiedyĹ tu wróciÄ i przeĹźyÄ wszystko jeszcze raz. Sama Coimbra jest starym miastem. Warto zajrzeÄ do dwóch katedr Starej (bÄdÄ cej najpiÄkniejszym romaĹskim zabytkiem Portugalii) i Nowej. OszoĹomieni budowlami tego niezwykĹego miasta odpoczywaliĹmy w parku i najwiÄkszym w kraju Ogrodzie Botanicznym. W parku znajduje siÄ „Portugalia z miniaturze”, czyli zbiór dawnych i wspóĹczesnych zabytków Portugalii, ĹÄ cznie z symbolami imperium kolonialnego oraz caĹymi minimalistycznych rozmiarów miasteczkami. BawiliĹmy siÄ tutaj jak dzieci, biegajÄ c od jednego punktu do drugiego. Za to w Ogrodzie spacerowaliĹmy pod rÄkÄ jak dawni dostojnicy, wdychajÄ c zapach egzotycznych roĹlin i podziwiajÄ c przecudnej urody okazy Ĺródziemnomorskiej flory.
Po kontrowersyjnej Fatimie na pewien czas mieliĹmy dosyÄ miejsc kultu, jednak nie mogliĹmy ominÄ Ä sanktuarium Bom Jezus do Monte w Bradze. Do koĹcioĹa prowadzi kilkadziesiÄ t schodów i… kolejka. My jak przystaĹo na prawdziwych turystów wybraliĹmy trudniejszÄ , za to bardziej widokowÄ trasÄ. Szlak wiedzie leĹnÄ ĹcieĹźkÄ peĹnÄ malutkich kamiennych fontann, a póĹşniej wspina siÄ ostro w górÄ imponujÄ cymi schodami, które schodzÄ siÄ na kaĹźdym piÄtrze w fontanny symbolizujÄ ce poszczególne zmysĹy. MijaliĹmy wiÄc fontanny oka, ucha, nosa i tym podobne. Za fontannami symbolizujÄ cymi zmysĹy umieszczone byĹy 3 fontanny obrazujÄ ce cnoty. Na samym szczycie czekaĹo na nas malutkie miasteczko. Prócz koĹcioĹa, znajdowaĹ siÄ tutaj ogród peĹen egzotycznych roĹlin, drewniana pergola oraz restauracja, centrum pielgrzyma i mnóstwo sklepików pamiÄ tkami. Centrum Bragi pamiÄta jeszcze czasy Celtów, którzy osiedlili siÄ tutaj ok. 300 r. p.n.e. ZwiedziliĹmy wszystkie polecane w przewodniku obiekty, w tym piÄkne paĹace, katedry oraz budynek rady miejskiej.
WyprawÄ zakoĹczyliĹmy tam, gdzie jÄ zaczÄliĹmy – w Faro. Ĺťegnani przez sĹoĹce, smagani wiatrem, ze Ĺzami w oczach opuszczaliĹmy tÄ „niby” europejskÄ krainÄ. Ze sobÄ zabraliĹmy ocean wspomnieĹ, walizkÄ souvenirów i caĹy worek wzruszeĹ. Jak doĹoĹźyÄ do tego kilka godzin lotu, prawie 3 tysiÄ ce przejechanych kilometrów, ponad 100 odwiedzanych miejsc, niecaĹe 250€ wydane na wstÄpy (na 2 osoby), wyjazd staje siÄ imponujÄ cÄ wyprawÄ .
Niestety do relacji nie mogÄ doĹÄ czyÄ zbyt wielu zdjÄÄ, gdyĹź podczas naszej podróĹźy towarzyszyĹ nam aparat analogowy, a zrobione nim foty, po zeskanowaniu, nie prezentujÄ siÄ zbyt okazale.
Zobacz nasze propozycje
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
(42,78 zł najniższa cena z 30 dni)
44.16 zł
69.00 zł (-36%) -
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
