Pomysł wyjazdu w nieznane nam góry narodził się jesienią 2008 r.

Pomysł wyjazdu w nieznane nam góry narodził się jesienią 2008 r. Wygrały Gorgany określane jako najdziksze góry Europy. Rozpoczęły się przygotowania sprzętowe, zakupy map i przewodników, lektury relacji, opracowanie trasy… Z kaĹźdym miesiącem wyprawa stawała się coraz bardziej realna. W sierpniu pomysł stał się rzeczywistością – odbyliśmy tygodniową wędrówkę od Worochty do Osmołody przez Syniak, Doboszankę i Sywulę. Wędrówkę, gdzie nie tylko góry są najszczersze ale przede wszystkim ludzie.

Uczestnicy:

Włodzimierz Kozłowski (Inowrocław), Daniel Rudnicki (Wrocław), Wojciech Smolak (Inowrocław)
Termin:
17 – 27 sierpnia 2009 r.
Miejsce:
Gorgany (Ukraina)
Relacja:
Włodzimierz Kozłowski

 

Dzień 0 (17 sierpnia 2009, poniedziałek)

Zbiórka ekipy następuje w Warszawie. Zawiłości wcześniejszego zakupu biletu powodują, Ĺźe wyruszamy popołudniem z Warszawy Wschodniej do Iwano-Frankowska przez Lublin i przejście graniczne w Hrebennem. Autobus jest ukraiński, na pokładzie obowiązuje czas przesunięty juĹź o godzinę do przodu. Po drodze, jeszcze po polskiej stronie, dwa objazdy. Na jednym z nich jedziemy za jakimś tirem, zajmujemy całą szerokość drogi, a gdy kończy się asfalt widzimy tylko chmurę kurzu. Nośność mostów na polnych drogach (rzekomo do 5t) wydaje się być zdecydowanie zaniĹźona. Dla zabicia czasu na ekranie autobusowego telewizora pojawia się film. Pierwsza scena wydaje się być wielce zachęcająca. Młody mężczyzna z równie młodą kobietą odbywają przejaĹźdĹźkę rzadko uczęszczaną polną ścieĹźką. Cel wycieczki, geograficznie bez znaczenia, społecznie jest jasno określony – ja chaczu seksu. Motocykl się zatrzymuje, nasze zainteresowanie wzrasta… nagle ku zdziwieniu, zarówno nas jak i bohaterów serialu zza pobliskich zarośli wyjeĹźdĹźa… czołg. Przez najbliĹźszych kilka godzin Czołgi błota się nie boją. Na granicy stoimy tylko półtorej godziny, po czym z utęsknieniem moĹźemy wrócić do śledzenia losów naszych bohaterów.

 

Dzień 1 (18 sierpnia 2009, wtorek)

Około 3:30 docieramy do imponującego dworca w Iwano-Frankowsku. Rankiem ujawniają się pewne braki, ale rozmiar i styl zgodnie ze wschodnią tradycją dla budowli tego typu. W porównaniu z polskimi odpowiednikami uderzająca jest teĹź dbałość o czystość. Podobne wraĹźenie odnosimy wyruszając o wschodzie słońca na krótki spacer. Miasto budzi się ludĹşmi zamiatającymi, i tak czyste, ulice.  Ciepłą sierpniową noc spędzamy w oczekiwaniu na elektriczkę do Woronienki. Warto wspomnieć, Ĺźe ukraiński klozet dworcowy jest nieco inny od tych stosowanych na zachód od Buga. Stwierdzając opisowo, jest zasadniczo niĹźszy, ale za to na pewno bardziej higieniczny. Dla mniej wprawnego obserwatora moĹźe stwarzać wraĹźenie jedynie ceramicznej dziury w podłodze. Inna jest teĹź konstrukcja peronowych śmietników – prosty metalowy walec bez dna, do którego wrzuca się odpady a następnie zmiata wprost z podłoĹźa.

O 9.00 wyruszamy wreszcie znanym ze swojej wyjątkowo powolnej jazdy pociągiem. W wagonie, w którym nie otwiera się okien, siedząc na twardych drewnianych ławeczkach spędzamy ponad trzy godziny. Pokonujemy w ten sposób 93 kilometry dzielące nas od Worochty. Monotonną podróĹź przerywają nam mosty na Prucie, tunele i… ciepłe pieroĹźki – po 1 грн za sztukę – do wyboru z kapustą i ziemniakami. Do Worochty docieramy w południe. Na spacer wybieramy się korytem w górę rzeki. Wywołujemy tym na pewno zdziwienie kilku mieszkańców, którzy do podobnych celów wykorzystują drogę lub ewentualnie tory kolejowe. Zwiedzamy górne mosty, cerkwie, zachodzimy na herbatę i wyruszamy marszrutką do Tatarowa za 2 грн od osoby. Dystans ten moĹźna pokonać takĹźe taksówką za 25 грн.

W zbiorach rodzinnych są fotografie dziadka Stannego, który dotarł tutaj w dwudziestoleciu międzywojennym.

W Tatarowie spotykamy pierwsze opady deszczu. W przerwie wyruszamy drogą na północ w kierunku zakola Prutu, skąd zamierzamy wyruszyć w góry. Tam dopada nas jednak burza, którą zdecydowaliśmy się przeczekać w przeciekającej wiacie dyrekcji parku narodowego. PóĹşnym wieczorem przejaśnia się na tyle, Ĺźe decydujemy się wyruszyć w kierunku Chomiaka. Z pewnym trudem odnajdujemy oznakowany szlak, którego z kolei nie ma na ukraińskiej mapie i rozpoczynamy kilkugodzinny marsz. Z początku trawersujemy wzgórze wyraĹşną ścieĹźką, potem mimo oznaczeń kilkukrotnie gubimy szlak, ścieĹźka zarasta, przedzieramy się nad zwalonymi drzewami lub czołgami pod nimi. Niektóre fragmenty ścieĹźki po ulewie zmieniły się w potoki. Ostatni odcinek pokonujemy z pomocą światła latarek, znajdujemy płaskie i suche miejsce, rozbijamy pierwszy biwak naszej wyprawy (48,3723N 24,5237E 913 m). Herbata i spać! Ciemny las i spadające krople deszczu z drzew są poĹźywką dla wyobraĹşni, o czym informuje kolega z sąsiedniego namiotu.

 

Dzień 2 (19 sierpnia 2009, środa)

Śpimy dobrze i długo. Wyruszamy juĹź po południu. Kontynuujemy trawers szlakiem. Po dwóch godzinach zaczynają w końcu prześwitywać widoki gór. Robimy przerwę, uzupełniamy wodę, delektujemy się gorącą kawą i skromnym posiłkiem. Niedługo potem wychodzimy na małą polankę, która widać jest ulubionym miejscem biwakowania ukraińskich turystów. Jesteśmy u podnóĹźa Chomiaka. Robimy rozpoznanie terenu, tzn. staramy się dopasować oznaczenia szlaków w terenie do tych na mapie i opisu w przewodniku1. Trzeba mieć świadomość, Ĺźe przynajmniej w tej części Gorganów, szlak w terenie niekoniecznie jest zaznaczony na mapie, ten zaznaczony na mapie moĹźe mieć szczątkowe oznaczenie w terenie, a jeśli juĹź rzeczywisty przebieg szlaku pokrywa się z jego odwzorowaniem na mapie to z duĹźym prawdopodobieństwem będzie miał inny kolor. Odnajdujemy drogę na Połoninę Chomiaków, za którą zamierzamy w lesie rozbić obóz.

Przechodzimy jednak granicę lasu, pojawia się kosodrzewina i gorgan. Znajdujemy dogodne miejsce na nocleg u podnóĹźa Syniaka (48,3797N 24,4727E 1464m), rozpalamy ognisko, gotujemy kaszę i herbatę w tę noc kiedy wiatr iskry w chmurach zmienia w gwiazdy. W oddali Howerla (najwyĹźszy szczyt Ukrainy) i Pietros, słońce niknie za górami, nad Syniakiem Wielki Wóz, nad głowami wyraĹşna Droga Mleczna, w dole nieliczne światełka uśpionych rozsianych wiosek…

 

Dzień 3 (20 sierpnia 2009, czwartek)

W nocy okazało się, Ĺźe próba wyrównania podłoĹźa za pomocą świerkowych gałęzi okazała się niewystarczająca. Poranek jest piękny, suszymy sprzęt i wyruszamy koło południa. Musimy oszczędzać skromne zapasy wody, których moĹźliwości uzupełnienia spodziewamy się dopiero za kilka godzin. Po pół godzinie marszu osiągamy Syniak (1665 m), po niespełna trzech Mały Gorgan (1592 m). Ze szczytu wiedzie grzbietem bardzo strome zejście po gorganie. NiĹźej, w lesie, jak zachęcająco opisuje przewodnik, ścieĹźka nadal jest bardzo stroma, a przejście dodatkowo utrudniają plątaniny korzeni wspaniałych, starych świerków, zwaliska pni i chaszcze urwiskowego boru górnoreglowego. Przed nami wyniosła Doboszanka. Po drodze zatrzymujemy się na obiad na małej polanie z ruinami pasterskiego szałasu. Docieramy wreszcie do doliny Zubrynki i tego dnia pokonujemy jeszcze kilka kilometrów kierując się w górę strumienia. Wieczorem rozbijamy obóz (48,4020N 24,3754E 1039 m), zaĹźywamy pierwszej od wielu dni lodowatej kąpieli w strumieniu i zasypiamy w towarzystwie pasących się koni.

 

Dzień 4 (21 sierpnia 2009, piątek)

Sen nie trwał długo. Krótko po północy budzi nas dĹşwięk silnika i snop świateł na ścianach namiotów. Swoją niezastąpioną w tych terenach ciężarówką ЗИЛ (model chyba 130 sprzed 1977 r. kiedy to nastąpiła modyfikacja osłony chłodnicy) wjeĹźdĹźa grupa “kozaków”. Jedni kładą się spać – na pace, w lesie; reszta, śpiewa, pije i dyskutuje zapewne o waĹźkich tematach społeczno-gospodarczych regionu z iście wschodnim temperamentem. Rano wychylamy głowy z namiotów, okazuje się, Ĺźe my to bracia Słowianie i  zanim udaje nam się wydostać całym ciałem z namiotu czekają na nas szklanki wódki. Kiedy udaje nam się odmówić, widocznie zatroskana naszym stanem, starsza kobieta ofiarowuje nam chleb i lokalne specjalności: pomidory, ogórki i sało. Kobiety poszły na grzyby, część mężczyzn z dość miernym rezultatem próbuje trafić noĹźem w oddalone o kilka metrów wybrane drzewo, inni udają się na zasłuĹźony wypoczynek. Nawet Jura co polską mowę zna, określa swoich przyjaciół jako niezłe wariaty, z których jeden okazuje się być fanem Nalepy.

W końcu w południe wyruszamy. Droga jest dość stroma i szybko nabieramy wysokości. Dzięki temu, Ĺźe krowy są tutaj duĹźo waĹźniejsze od turystów, a ścieĹźka którą idziemy wiedzie na pastwisko zwalone drzewa są przecięte ułatwiając marsz. Reguła ta dotyczy większości szlaków. Przerwę robimy na polanie skąd wyraĹşnie widać juĹź wiodący grechotem ostatni etap podejścia na Doboszankę i naszą wczorajszą trasę. W ramach wzmocnienia jagody, które kupujemy od zbierającego je akurat chłopca i słonina. Trzeba pamiętać Ĺźeby tę ostatnią ciąć podobnie jak mięso w poprzek, a nie wzdłuĹź włókien. Pierwszy szczyt masywu zdobywamy dość swobodnym trawersem kierując się po prostu w górę. Pewną pomoc w określeniu ścieĹźki gwarantują fragmenty niebieskiej folii przywiązane do nielicznych kęp kosodrzewiny.

Grzbietem kierujemy się w stronę szczytu Doboszanki (1755 m) skąd rozciąga się naprawdę wspaniała panorama. Jak się póĹşniej okazuje były to najpiękniejsze widoki całej wyprawy. Na szczycie spotykamy dwie grupy ukraińskich turystów. Jeden z nich jest fizykiem Uniwersytetu Lwowskiego, który oczywiście nosi imię Iwana Franki. W wyniku współpracy naukowej z uniwersytetem we Wrocławiu bardzo dobrze zna polskie góry. Z turystami z Kijowa udaje nam się wymienić nasze polskie pasztety na ich ukraińską wodę ze strumienia dzięki czemu moĹźemy spróbować pozostać na noc na górze. Znajdujemy miejsce (48,4269N 24,3690E 1567 m), gdzie na kępach mchu porastających gorgan ledwo rozbijamy namioty i zdobywamy drewno. Słońce zachodzi gdzieś za zboczem MedweĹźyka.

 

Dzień 5 (22 sierpnia 2009, sobota)

Tym razem nikt nam nie przeszkadzał w cudownym śnie na miękkim mchu. Wstajemy dość wcześnie i z powodu braku wody szybko wyruszamy. Zdobywamy pobliski MedweĹźyk (1736 m), rzut oka na Pikun i Poleńskiego i kierujemy się w stronę doliny DouĹźyńca, którą zamierzamy dotrzeć do Bystrzycy (Rafajłowej). Przewodnik informuje, Ĺźe bardzo stromo schodzimy po drobnym gorganie a dalej poetycko zaczyna się znów bardzo strome zejście przez piękny stary bór górnoreglowy. Idziemy wśród świerków, których omszałe konary niemal kładą się na ziemi – wiele z nich leĹźy juĹź zresztą powalonych, utrudniając skutecznie marsz. Na dłuĹźej zatrzymujemy się dopiero nad brzegiem Ozirnego. Wreszcie zaczynają się pierwsze zabudowania Rafajłowej. Wieś jest ogromna. Pokonujemy kilka kilometrów wśród tradycyjnych drewnianych zabudowań pokrytych najczęściej eternitem. Nie moĹźna powiedzieć, Ĺźe czas tutaj się zatrzymał, ale na pewno bardzo zwolnił. Nieliczni gospodarze, chyba dla podkreślenia swojego statusu materialnego, obijają domy sidingiem z tworzyw sztucznych. Wszyscy, niezaleĹźnie od wieku, czynią znak krzyĹźa mijając rozsiane kapliczki. Uzupełniamy zapasy w pierwszym magazynie i docieramy do centrum wsi, gdzie dla jednych się kończy, a dla innych zaczyna wątpliwej jakości asfalt. Przekrój uĹźywanych środków transportu moĹźna zobaczyć przy prowizorycznym straganie z pomidorami, po które przyjeĹźdĹźają wszyscy i czymkolwiek. Tu teĹź zaczynają się wyraĹşne oznaczenia szlaków. Rafajłowa jest dobrą bazą wypadową w najwyĹźsze rejony Gorganów stosunkowo licznie odwiedzane przez Polaków.

Zatrzymujemy się, a właściwie zostajemy zatrzymani, na przyjacielską rozmowę przez grupkę kilku mężczyzn. Nie kryją zdziwienia naszym marszem z Tatarowa skoro moĹźna autobusem. Trwa tutaj jeszcze stary czas, w którym ludzie nie wyruszali w drogę bez przyczyny2. Jeden z nich, z kosą na ramieniu, to elektryk. Prawie kolega po fachu skoro robimy w komputerach. Zastanawia nas tylko, czy wykonana kilkaset metrów dalej izolacja ze starej plastikowej butelki jest jego dziełem.

JuĹź wieczorem kierujemy się drogą na Przełęcz Legionów, do której docieramy o północy – 15 godzin od wyruszenia. Wokół gromadzi się wataha ujadających psów pasterskich. Otaczające ślepia zmuszają nas do rozbicia się kilkaset metrów dalej.

 

Dzień 6 (23 sierpnia 2009, niedziela)

Budzi nas koncert dzwonków wypasanych krów. Wkrótce zjawia się takĹźe ich właściciel proponując zakup sera. My wiemy, Ĺźe zaproponowana przez niego cena jest zbyt wysoka. On z kolei wie, Ĺźe jesteśmy w stanie tyle zapłacić. My wiemy, Ĺźe on wie to wszystko, co my wiemy… W przewodniku wyczytujemy, Ĺźe ser wyrabiany jest w trzech gatunkach. «Syr» to odpowiednik znanego na Podhalu bundzu. Z kolei «bundz» oznacza w Gorganach wielką bryłę «syra» lekko podwędzonego. W końcu dobijamy targu i po jakimś czasie pasterz zjawia się ponownie z zawiniętym w foliową torebkę kawałem sera z zastrzeĹźeniem Ĺźe worek jest na wymianę.

Odnajdujemy jakąś reklamówkę, nie wiem po czym, podobnie jak nie wiemy, po czym jest aktualne opakowanie naszego zakupu.

Przełęcz Legionów, ze względów historycznych, jest obecnie chyba najbardziej polskim miejscem tych gór. Tu stoi polski krzyĹź, w innym miejscach pomniki z czerwono-czarną flagą… na szczęście nikt nawzajem tych miejsc nie próbuje niszczyć3.

Młodzieży polska! Patrz na ten krzyż!
Legjony Polskie dźwignęły go wzwyż.
Przechodząc góry, lasy i wały,
do Ciebie Polsko i dla Twej chwały!

Popołudniem ruszamy w górę starą polsko-czechosłowacką granicą, którą idziemy cały dzień. Rankiem kilka kropli deszczu, cały dzień pochmurnie, wieczorem zaczyna padać. Przez Taupiszyrkę docieramy w okolicę Połoniny Ruszczyna. Ciepłe jeszcze kamienie miejsca ogniskowego wskazują, Ĺźe dzień wcześniej ktoś nocował w tym samym miejscu. W lekkim deszczu rozpalamy ogień. Jego cień tańczy na granicznym słupku z lat dwudziestych…

 

Dzień 7 (24 sierpnia 2009, poniedziałek)

Planujemy wstać wcześnie rano, ale dĹşwięk budzika miesza się z kroplami deszczu spadającymi na namiot. Stopniowo pogoda się poprawia, jednak przez cel naszej wędrówki przelewają się deszczowe obłoki. Mała Sywula wita nas chmurami. Wkrótce stajemy na Wielkiej Sywuli (1836 m) – najwyĹźszym szczycie Gorganów, widoczność dochodzi do kilku zaledwie metrów. Mijamy pozostałości zasieków i dobrze zachowanych okopów koło Łopusznej (1694 m) i dopiero pod Borewką (1596 m) wychodzimy z chmur. Szlak nie przypomina w niczym dzikich ścieĹźek, którymi szliśmy kilka dni wcześniej. Kosodrzewina – zmora turystów – jest tutaj przecięta i wędrówka nie stwarza Ĺźadnych problemów technicznych. To w duĹźej mierze zasługa działań Polaków. Długim leśnym trawersem dochodzimy do doliny Bystryka, gdzie rozbijamy się przy ujściu Borewczyka.

 

Dzień 8 (25 sierpnia 2009, wtorek) – 10 (27 sierpnia 2009, czwartek)

Czujemy, Ĺźe dopadło nas zmęczenie. Powolnym monotonnym marszem kierujemy się w stronę Osmołody. Na posiłek zatrzymujemy się w pierwszym magazynie. Zatrzymują się tutaj wszyscy: kierowcy ciężarówek, które co kilka minut wywożą tony drewna, drwale, którzy w swoich ledwie trzymających się kupy plecakach mają tylko wiadro jagód i flaszkę wódki. Pobliski dom właściciela sklepu jako jedyny we wsi doczekał się, niestety, sajdingowej modernizacji. Pewne ruchy młodej dziewczynki z lekko uniesionym podbródkiem jasno określają jej status pośród klientów. Główna i praktycznie jedyna ulica wioski, co nas specjalnie nie dziwi, nosi imię Iwana Franki. Przemierzając niewielką wieś, gdzie podobno numeracja kończy się na liczbie 14, znajdujemy kierunkowskaz Rescue party 50m. Tutaj wszystko znajduje się w promieniu kilkuset metrów. Do wskazanego miana mogą konkurować dwa budynki. Jeden bez szyb w oknach i uchylonymi drzwiami spełnia juĹź tylko funkcję tablicy dla skromnego rozkładu jazdy marszrutki. Drugi jest podobny, ale braki szyb ma uzupełnione deskami a dumna niebieska urzędowa szyld i kłódka na drzwiach wskazują na zarządzany charakter tego miejsca. Na skromniejszej ręcznie malowanej tabliczce ktoś precyzyjnie określił godziny rejestracji turystów. Jeden z błąkających się chłopców zostaje wysłany po pana Igora, który jest tutaj szefem. Mija godzina, druga… Mały Kola na swoim dziecięcym rowerku zdążył juĹź kilkukrotnie przemierzyć całą wieś.

Siedzimy na ławce przed sklepem, zdążyliśmy poznać kilka osób, które stanowią na pewno znaczny odsetek mieszkańców. Spokój… Zjawia się wreszcie niski siwiejący mężczyzna, odnajduje schowany pod płotem klucz do drzwi wejściowych i rozpoczynamy proces rejestracji i prezentacji schroniska. Po godzinie ustalamy z Igorem dokładny stan liczebny naszej ekipy na poziomie trzech osób. Jeszcze pół godziny i instruktor Władimir Kozłowski składa podpis w książce meldunkowej. Schronisko w całości zostaje oddane do naszej dyspozycji. Prądu nie ma, ale jest woda (w studni kilkadziesiąt metrów dalej), wychodek (na tyłach pobliskiego domu), moĹźna teĹź skorzystać z dwóch sprężynowych łóĹźek. Na tyłach schroniska jest boczna uliczka. Widać na niej jeszcze pozostałości starej kolejki wąskotorowej, która wytrzymała Austriaków, Polaków, Rosjan i poddała się dopiero wolnej Ukrainie. Rozpalamy tam ognisko, na którym przygotowujemy kolację. Obalone drzewo i walające się sztachety walczącego z czasem ogrodzenia są łatwym Ĺşródłem opału.

Pierwsze delikatne kroki pana Igora słyszymy o 6:20 rano. Troskliwie zerka do pomieszczenia, w którym śpimy i wycofuje się nie chcąc zakłócać naszego oddychania. Kolejne kroki około 8 rano są juĹź bardziej stanowcze. Trzeba jeszcze uzupełnić jakieś wpisy w dokumentacji. Dziś pan Igor, jak na urzędnika przystało, jest w czarnych wyprasowanych spodniach i białej koszuli.

Za płotem liesokombinatu, który dzisiaj jest juĹź tylko ruiną, wyrasta nowoczesny elegancki pensjonat. Skrawek innego świata, do którego jednak miejscowi nie zachodzą. Jeśli masz pieniądze to tam jest wszystko powiedział nam poznany spawacz. Kilkadziesiąt metrów bliĹźej znajduje się oddalona od kilkadziesiąt lat Cafe Osmołoda.

Wyruszamy marszrutką punktualnie o godzinie 17. Miejscami kierowcy po obu stronach wyjeĹşdzili szerokie pobocze, dzięki czemu nie muszą kluczyć po utwardzanych asfaltem dziurach. Po iluś kilometrach pojawiają się nawet ślady białej linii wyznaczającej oś symetrii niedoli kierowców, bo trudno powiedzieć Ĺźeby oddzielała ona przeciwne pasy ruchu. Po dwóch godzinach jazdy docieramy do Kałusza, gdzie momentalnie grupa taksówkarzy oferuje nam swoje usługi. Nie zdążyliśmy nawet sprawdzić, o której odjeĹźdĹźa interesujący nas autobus. Konkurencja wymusiła 10-krotny spadek początkowej ceny i wkrótce pokonujemy, samochodem marki Daewoo Lanos z napędem na gaz, 40-kilometrowy odcinek drogi do Iwano-Frankowska za 30 грн. Na miejscu okazuje się, Ĺźe za 5 minut odjeĹźdĹźa autobus do Przemyśla. Wkrótce jesteśmy na granicy, na której spędzamy tylko osiem godzin a potem najszybszym, jak się okazuje, połączeniem z Przemyśla, przez Wrocław, Poznań wracamy do stolicy Kujaw Zachodnich.

 

Spojrzenie na wschód

W głowach mamy juĹź przygotowaną trasę kolejnej wyprawy w Gorgany (Arszyca, masyw Grofy i Popadii, Strimba, Piszkonia). Za rok mamy nadzieję Czarnohora, potem Góry Fogaraskie. Nieśmiało, jak na razie, spoglądamy na Kaukaz.

Garść myśli…

  1. Gorgany. Góry Ukrainy z plecakiem, K. Bzowski, E. Malawska-Kłusek, Wyd. BezdroĹźa, Kraków 2006.

  2. Cytat pochodzi z eseju Andrzeja Stasiuka Dziennik okrętowy, który moĹźna znaleźć w wydanym wspólnie z Jurijem Andruhowyczem zbiorze Moja Europa. Dwa Eseje o Europie Zwanej Środkową.

  3. Leonid Zaszkilniak, Dzieje Polski w historiografii ukraińskiej i świadomości społecznej Ukraińców początku XXI w., materiał przygotowany na 17. Powszechny Zjazd Historyków Polskich w 2004 r.