WYPRAWA ROWEROWA DO RZYMUTAK TO SOBIE WYOBRAŻALIŚMY: Wyjazd planujemy na 25 do 30 dni. Chcemy przejechać przez Alpy do Rzymu. Szczególną uwagę zwracając na tereny/drogi alpejskie oraz gorące włoskie plaż
WYPRAWA ROWEROWA DO RZYMU


TAK TO SOBIE WYOBRAŻALIŚMY:

Wyjazd planujemy na 25 do 30 dni. Chcemy przejechać przez Alpy do Rzymu. Szczególną uwagę zwracając na tereny/drogi alpejskie oraz gorące włoskie plaże;)). Najważniejsze by jak najbardziej obniżyć koszty, więc:
-spanko pod namiotami
-większość jedzenia w sakwach z Polski
-my ze względu na niski budżet opracowaliśmy sobie dzienną racje żywnościową;)
-do dyspozycji będzie kuchenka gazowa lub benzynowa
-kilometry dzienne...ciężko napisać ile, bo sakwy będą ciężkie, ale powiem tak: średnio bez sakw po płaskim jeździmy na trasie max do około 200km/dzień.
-po drodze chcemy w miarę możliwości pobawić się w geocaching. Jeśli ktoś nie wie co to jest to: www.geocaching.com lub www.garmin.pl.

Dokładna trasa będzie planowana wraz z końcem maja. Na razie przygotowujemy bagażniki pod ciężkie sakwy (czyt. spawamy nowe).

A JAK BYŁO??????
Jedyne czego nie zrealizowaliśmy to geocaching. Doszliśmy do wniosku, że chyba nie będzie na to czasu. Jednak okazało się, że tak goniliśmy do przodu, że czas by się znalazł. Nawet narzuciliśmy sobie dodatkowe kilometry wracając przez Szwajcarię. W sumie przejechaliśmy ponad 3700 km. We Włoszech odwiedziliśmy Wenecję, Pize, Rzym. Najwyżej wjechaliśmy na 2333m n. p. m. gdzie jeszcze leżał śnieg. Mnóstwo przygód i emocji, ale co się będę tutaj rozpisywał. Zachęcam do przeczytania dziennika podróży i podsumowania.

JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO (z punktu widzenia Alexa)
Pamiętam...17 maj 2003 roku, kiedy to odwiedziłem grupę dyskusyjną pl.rec.rowery. i przeczytałem informacje o organizowanej wyprawie rowerowej do Rzymu. Od razu ten pomysł opętał moją głowę... napisałem maila do Mariusza, który organizował wyjazd i po wymianie kilku maili spotkaliśmy się w połowie trasy Poznań- Zielona Góra. Pogadaliśmy chwilę, obejrzeliśmy sprzęt i rozjechaliśmy się w swoje strony... Cały sprzęt potrzebny do wyjazdu zaczęliśmy kompletować na początku czerwca, zakup porządnych sztywnych opon, które musiały wytrzymać 120 kg ciężaru, przednich i tylnich bagażników, lampek, kasku itd. Na szczęście firma Crosso zasponsorowała nam profesjonalne sakwy, które znakomicie spisywały się podczas całego wyjazdu. Po kilku dłuższych treningach spędzonych na rowerze i po przejrzeniu wielu stron internetowych z różnych rowerowych wypraw byliśmy gotowi wyruszyć w prawie miesięczna podroż. Jeszcze tylko czekam na ostatni szkolny dzwonek kończący III klasę w Zespole Szkół Komunikacji i jazda... Wyjazd zaplanowany był na poniedziałek 30 czerwca z Zielonej Góry. W niedzielę po południu przyjeżdżam pociągiem z Poznania. Od razu wzięliśmy się za segregowanie sprzętu, rozkład racji żywnościowych: zupki, konserwy, budynie, kisiele, batony. Wszystko to braliśmy ze sobą tylko po to żeby w jak największym stopniu ograniczyć wydawanie kasiory za granicą. Wszystko zapakowaliśmy w sakwy (2 na przodzie i 3 na tyle), rowery były tak ciężkie, że do oderwania od ziemi potrzeba było naprawdę dużo siły. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu...


DZIEŃ 1
Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. Dokupujemy jeszcze klocki i szprychy. W hurtowni śrub ważymy rowery wraz z bagażem. Nie jest tak źle;) od 40 do 45kg. Chcemy dzisiaj dojechać do Szklarskiej Poręby (przez Kożuchów i Bolesławiec). Jazda z sakwami okazuje się dosyć ciężka. Trudno, musimy się do tego przyzwyczaić. Mijamy pierwsze podjazdy. Zaczynają się góry. W połowie drogi ucinamy sobie 2-godzinną drzemkę (w nocy zamiast spać pakowaliśmy się) połączoną z posiłkiem (palnik Primus Multifuel sprawuje się znakomicie).W Szklarskiej na stacji obsługa nakazuje Grabie zmywać mopem WC, który sami zachlapaliśmy, co poprawia nam humor na jakiś czas (Grabie też;)). Nocleg znajdujemy na podwórku sklepu rowerowego na końcu miasteczka. Zbiera się na deszcz. Jakoś nikt nie może przypomnieć sobie gdzie są szpile do namiotu. Znajdujemy je po 20 minutach i namiot udaje nam się rozbić na kilka sekund przed ulewą.

DZIEŃ 2
Pobudka o 7.30. Leje deszcz więc czekamy w namiocie (aż do 10-tej). Na chwilę przejaśnia się. Decydujemy się ruszyć w trasę. Niestety już na 1-wszym podjeździe zaczyna znowu lać. Podjeżdżamy do przygranicznej stacji benzynowej gdzie wymieniamy walutę i z plastikowych butelek "rzeźbimy" przeciwdeszczowe osłony na buty. Zaczyna się zjazd, nie ma już na nas żadnej suchej nitki. Przy 50-70 km/h widoczność drastycznie spada dzięki litrom wody uderzających w oczy z dużą siłą (zastanawiam się czemu nie założyłem okularów rowerowych i czemu jadę dalej bez nich skoro prawie nic nie widzę mrużąc oczy). Mijamy Harahovo, kolejne podjazdy i zjazdy. Ledwie wyrabiamy się w zakrętach. Ulicami płyną "rzeki". Powoli robi się coraz bardziej płasko. W betonowym przystanku autobusowym robimy sobie postój (2 godziny + kus kus na obiad;)). Komuś w pobliżu zepsuła się Skoda. Ciągle leje. Stracone w dzień kilometry chcemy nadrobić nocą. Z sakw wylaliśmy od 0,5 do 1 litra wody (chyba je za bardzo przepakowaliśmy i nie dało się ich szczelnie domknąć). Klocki starłem do zera. Zdążyły mi częściowo zjechać nową obręcz (metal tarł o metal). W nocy rzeczywiście udaje nam się zrobić sporo kilometrów, ale ciągle leje deszcz. Wciąż nie możemy znaleźć miejsca na nocleg. W końcu naszym oczom ukazuje się przystanek jak marzenie (murowany z drzwiami i oknami). Prawie wszystko co mamy jest mokre. Baterie do wyrzucenia. Nawet śpiwory mamy mokre.

DZIEŃ 3
Obudziło nas słońce. Suszymy ubrania i rzeczy zajmując praktycznie całą centralną część czeskiej wioski, blokujemy jedną ulicę (zrobiliśmy sobie wieszak przez drogę między słupem a drzewem, co skutecznie blokowało samochody;)). Mamy problem. Nie mamy wody, w pobliżu nie ma żadnego sklepu, a rzeczy będą się suszyć jeszcze długo... "Nagle", po kilku godzinach, podjeżdża jakiś dziadek Skodą i 15 metrów od nas nabiera wodę ze studni wyposażonej w elektryczną pompę!!! Nie wiemy jak to możliwe, że jej nie zauważyliśmy... Jeden wielki ROTFL. Wyruszyliśmy dopiero o 14.30. Po 36 km urwałem korbę (a dokładniej - złamałem oś suportu). Teraz pozostało mi napędzanie roweru jedną nogą (TIMEy naprawdę dobrze się spisały w tym zadaniu). Miejscami ciągnięto mnie na lince. Na 45 kilometrze trafiamy na serwis rowerowy. Jest zamknięty, ale zastajemy żonę właściciela Stefankę (czy jakoś tak;)), uściślając to nawet niezła ta żonka;). Części mają być za godzinę. Ledwie wypijamy cappucino i rozpętuje się burza. Ku naszej uciesze możemy się schronić w pomieszczeniu obok sklepu rowerowego. Wreszcie pojawia się właściciel sklepu. Za nowy suport i stalową korbę jak z marketu dałem 25 euro. Jakoś dziwnie mi się pedałuje, ale w końcu się przyzwyczajam. Dziś znowu zrobiliśmy trochę kilometrów w nocy, przez wiele kilometrów towarzyszyły nam świetliki. W Turnow, gdzieś na uboczu rozbijamy namiot. Znowu pada deszcz.

DZIEŃ 4
Rano ponownie wita nas słońce. Co 3,5 minuty słyszymy przejeżdżające pociągi (w tym co jakiś czas pełne nowiutkich Skód). Ledwie wyruszyliśmy i zaczęło lać. Znowu cali zmokliśmy. W pewnym momencie widząc kierunkowskaz krzyczę: "Alex patrz!! Chynów” Mam dom w dzielnicy Zielonej Góry nazwanej Chynowem. Alex tego nie wiedział i skręcił. Ruch był tak duży, że ponowne dostanie się na właściwą drogę zajęło nam z 5 minut. Przed granicą dorwaliśmy prysznic na stacji i standartowo skonsumowaliśmy bagiety (teraz Czechy kojarzą nam się wyłącznie z bagietami na stacjach;)). Do samej granicy austriackiej droga jest strasznie pofałdowana co nie przypada nam do gustu (ciągle tylko w górę i dół, żadnego kawałka płaskiego). Austriackim celnikom trudno uwierzyć, że ten ktoś na zdjęciu to Graba (bardzo stare zdjęcie), ale w końcu mijamy granicę. Od razu czujemy się lepiej. Wszystko jest zadbane, równe drogi i nie wiadomo czemu czasami nawet połowa samochodów mijających nas to Polacy. Kierujemy się na Linz. Mijamy 3 rowerzystów z sakwami. Droga pnie się do góry. Przed nami roboty drogowe (dawno już się ściemniło). Okazuje się, że jest budowany tunel przez górę, na którą musimy wjechać. Mamy szczęście, że na zjeździe jedziemy z taką samą prędkością co samochody (50-70 km/h), które oświetlają nam drogę. Jak to lubię mówić– masakryczny zjazd;). Znowu trochę podjazdów i po 3 kilometrowym zjeździe, na którym kierunek wskazywały nam wyłącznie odblaskowe słupki przy drodze, droga "kończy się" autostradą. Dochodzimy do wniosku, że nie ma sensu narzucać dodatkowych kilometrów i dalej jedziemy główną drogą;). Po kilku kilometrach zatrzymuje nas policja. Udajemy, że nic nie wiemy o autostradzie, ciemno przecież jest;). Na szczęście policjanci są przyjaźnie nastawieni i po angielsku tłumaczą nam jak z niej zjechać i trafić na boczną drogę. Po krótkim czasie dojeżdżamy do jakiś domków. Graba próbuje załatwić nocleg. Właściciel posesji zgadza się, ale dopiero po kilku minutach, kiedy załapuje, że chodzi o postawienie namiotu. (my nie znamy niemieckiego, a on angielskiego, ale chęć porozumienia się jest silniejsza;)).

DZIEŃ 5
W Linz, w informacji turystycznej (mówią tam płynnie po angielsku, dostajemy mapkę miasta) dowiadujemy się jak trafić do kafejki internetowej. Ceny są dla nas kosmiczne (np. bułka 60 centów). Trochę się gubimy chcąc w końcu wyjechać z miasta. W odnalezieniu drogi do Wels pomaga nam "tubylec" na rowerze, prowadząc nas na odpowiednią ścieżkę rowerową. Jedziemy wzdłuż rzeki. Po kilku kilometrach trafiamy na tamę. Szybki posiłek i ruszamy dalej. Mija nas koleś na kolarce. Wsiadamy mu na koło i przez następne 18 km jedziemy z prędkością 35 km/h. Kolarz nagle skręcił, a ja pojechałem prosto (nie wyrobiłem się z sakwami i wjechałem na wał), myślę sobie -odpadliśmy. Jednak Alex znowu wsiada na koło kolarzowi. Przez następne 16 km prędkość praktycznie nie schodzi poniżej 30 km/h. Jesteśmy wypompowani z sił. Póki co był to największy wysiłek wyjazdu. Dojechaliśmy za Wels i postanowiliśmy się porządnie wyspać (nocleg przed Voclabruck).

DZIEŃ 6
Wstajemy. Znowu nieświadomie rozbiliśmy się koło przejazdu kolejowego. Co chwilę słyszymy przejeżdżające pociągi. Jak zwykle... pada deszcz. Czym prędzej ruszamy. Co chwilę zmienia się pogoda. Już nie wiemy jak się mamy ubrać. Mijamy piękne austriackie miasteczka. Widać już pierwsze szczyty Alp (gdzieniegdzie pokryte jeszcze śniegiem). Trochę się pogubiliśmy w Hallein. Zjeżdżamy kanionem wzdłuż rzeki i torów kolejowych. Naprawdę rewelacyjne zjazdy i podjazdy. Droga mija się również wielokrotnie z autostradą, która biegnie tunelami. Kierujemy się na kilkukilometrowy tunel, przez który przejeżdża się pociągiem. Góry nocą wyglądają przepięknie. Nocujemy na przydrożnym campingu za darmo, gdyż rozbiliśmy się w nocy i praktycznie mało kto nas widział;). Dziś w namiocie panuje nieziemski smród (kilkudniowe przemoczone deszczem zakonserwowane w sakwach rzeczy dają o sobie znać).

DZIEŃ 7
Dziś budzi nas smród skarpetek;). Szybko się pakujemy. Właściciel campingu nas nie zauważył więc jedziemy. Wywieszone skarpetki dają o sobie znać i wreszcie udaje nam się znaleźć źródło wody, w którym możemy wyprać nasze rzeczy. Jedziemy na Bad Gastein skąd odjeżdżają pociągi, przez tunel, na drugą stronę góry. Mamy 30 minut do odjazdu. Dojeżdżamy 10 minut przed czasem. Ten pociąg bardziej przypomina prom. Samochody wjeżdżają do wagonów, a kierowcy przechodzą do wagonika pasażerskiego. Każą nam zostawić rowery i również się tam udać (podchodzimy to tego trochę pesymistycznie i rozstajemy się z rowerami dopiero przed samym odjazdem). Tu dopiero mają standardy. Wnętrze prawie jak w samolocie. Po szynach suniemy cicho, bez żadnych stuków (bez typowego polskiego tu tu ru). Po 7 minutach (za 4 euro) jesteśmy po drugiej stronie góry. Wysiadamy i przed naszymi oczyma ukazuje się zapowiadająca dobre wrażenia serpentyna (jak się później okazało 10 km zjazd). Zjeżdżamy z prędkością 70 km/h (rzadko schodzi się poniżej 60 km/h). To jest hardcore;)! Najlepszy dotychczasowy zjazd. Trzeba się kłaść w zakrętach. Mijamy ograniczenia do 50 km/h mając na liczniku 70km/h. Od razu na twarzach maluje nam się uśmiech. Ostre zakręty. Widzę, że goni mnie samochód. Po chwili wykręcam 78km/h i już go za mną nie ma;). Dogoniłem Grabę, który ruszył wcześniej. Rower obłożony sakwami, który kładzie się w zakrętach przy ponad 65km/h wygląda rewelacyjnie. Jadę 70 km/h i nagle szok. Widzę znak informujący mnie o zbliżającym się 18% zjeździe, a zaraz za nim ostre zakręty. Zaciskam hamulce. Ledwie wyrabiam się w tych zakrętach. Na dole okazuje się, że Alex również złapał niezłego styka na tamtym odcinku. Jesteśmy pod wrażeniem. Dawno nie miałem tyle adrenaliny. Dobra, czas na obiad. Dalej dolinami dojeżdżamy do Winklern gdzie zaczyna się wielokilometrowy 10% podjazd. Z trudem go pokonujemy, za to w nagrodę z drugiej strony dostajemy 10 % zjazd. Jest jeszcze lepszy od poprzedniego: 60...70....79 km/h. Pod koniec już w mieście Dolsach zaczynają się pięknie wyprofilowane ostre zakręty w których kładziemy rowery ile wlezie. Motocykliści wydzierają mordy ze zdziwienia ;))). Jakoś nie zważamy na ograniczenia prędkości. Adrenalina podskakuje bardzo wysoko. W jakimś miasteczku podbiega do nas koleś i coś tam krzyczy po angielsku, że droga rowerowa do Włoch to obok jest. Każe nam zawracać i wskazuje kierunek podkreślając, że tamta droga jest lepsza, z pięknymi widokami itp. Tylko skąd on wiedział, że jedziemy do Włoch?? Rzeczywiście, ścieżka rowerowa wije się wzdłuż rzeki aż do Sillin. Teraz już wiemy skąd on wiedział, że jedziemy do Włoch. Odkryliśmy, że od granicy dzieli nas niecałe 30 minut jazdy.

DZIEŃ 8
Jedziemy dalej do Silan. Nareszcie mamy za sobą cały słoneczny dzień. Granica z Włochami nie istnieje. Budki graniczne świecą pustkami. Właśnie uświadomiliśmy sobie, że całą Austrię przejechaliśmy bez kąpieli (nie licząc jakiś tam strumyków itp.). Jakoś na żadnej stacji nie było pryszniców. W całej Austrii jeździ pełno motocykli, motorowerów. Nawet w małych miasteczkach są salony motocyklowe, jakie ciężko spotkać w Polsce. Gładki asfalt, rewelacyjne zakręty, po prostu raj;). Po 3 kilometrach jazdy za granicą uświadomiłem sobie, że jadę w jednej rękawiczce. Wracam bez sakw do stacji w Austrii - nie znalazłem tam rękawiczki. Okazało się, że leżała na sakwie Graby i niepotrzebnie się wracałem. Jedziemy ciągle lekko pod górę. Piękne widoki. Wjeżdżamy na 1600 m. Zjazd utrudniają nam samochody zmuszając nas do ograniczenia prędkości do 50 km/h. Można by było szybciej. Chmury zakrywają szczyty gór. Zjeżdżamy do podnóża (1250 m) Tofany, najwyższej góry w okolicy (3242 m n.p.m.). Na szczyt prowadzi wyciąg, ale niestety nie jest jeszcze czynny. Jesteśmy na 1300 m i uświadamiamy sobie, że czeka nas zjazd na 0 m;). Już nie taki stromy i szaleńczy jak poprzednie, a spokojny i rozciągnięty. Mijamy kolejne miasta. Przed nami widzimy kolarza i siadamy mu na koło. Krzyczę: go, go, go! Kolarz jak nie przycisnął, wyrwał ile miał sił w nogach, ale zrezygnował przy najbliższym sklepie rowerowym. Alex ze zdziwieniem wydusił: "hę?!?!” Włoch pewnie myślał, że to pozdrowienie i również odpowiedział: "hę” Prawie cały czas zjeżdżamy. Kierujemy się na camping przy jeziorze. 60 km/h, nagle trzask, lecą iskry, urwałem łańcuch. Szybka naprawa i jedziemy dalej. Już po ciemku odnaleźliśmy camping. Góry stają się coraz mniejsze. Rozbijamy się i wreszcie dokładnie myjemy (pierwszy raz od Czech). Oczywiście pomyliliśmy się i na początku weszliśmy do damskiej toalety;).

DZIEŃ 9
Z samego rana wymieniam pęknięte szprychy. Trochę czasu spędzamy na kamienistej plaży nad jeziorem (woda jest już naprawdę ciepła). Widzimy resztki Alp. Jeszcze w górach policja nakazuje nam zjechać z drogi, wyścig kolarski. Zaraz po nim mija nas Włoch zbierający bidony. Graba również znajduje jeden. Ostatni zjazd. Wyprzedzamy na ciągłej samochód-betoniarkę. Od tego momentu entuzjazm opada. Droga jest tak nudna, że aż nie chce się jechać. Jest tak gorąco, że praktycznie wyłącza mi się myślenie. Ratunkiem staje się oblewanie wodą na stacjach i jazda w mokrym ubraniu - średnio co drugą stację, bo ubrania schną momentalnie. Na jednej ze stacji trochę za bardzo nachlapałem i kazali mi posprzątać to mopem. Wjeżdżamy do Wenecji po 4 km moście. Zauważamy tu 2 Polaków z sakwami (jeden na Meridzie), ale tylko się mijamy. Szkoda, że po Wenecji nie można jeździć rowerami;). Panuje tu jeden wielki chaos, pełno ludzi, autobusy, pociągi wciąż kursujące z wybrzeża do Wenecji i z powrotem. Sama Wenecja nie robi na nas wielkiego wrażenia. Wracamy. Przez cały most (4 km) gnamy 43-45km/h. O tego momentu zaczyna się najgorszy odcinek od początku wyjazdu. Znowu nudna, płaska droga, do tego prawie 0 sklepów (a jak są, to zamknięte, sjesta). Nawet nie mamy gdzie kupić jakieś bułki czy czegoś ;(. Droga dłuży się niemiłosiernie. Jest 20.00. Zaczynamy szukać campingu (wbrew pozorom nie po to by znaleźć miejsce do spania, tylko by wreszcie porządnie się wymyć). Niby nic prostszego. Pierwszy znak: camping za 12 kilometrów. Dalej znaki również się pojawiają (kolejno 10 km, 8 km, itd.)... aż w końcu... nie ma ani znaku, ani campingu. Jedziemy dalej. Znowu widzimy znak kierujący dalej prosto na inny już camping. I dalej ta sama historia, znaki informacyjne pojawiają się co 1 do kilku kilometrów i w końcu znikają, a campingu jak nie było tak nie ma. Przeklinamy to włoskie oznakowanie. (Kiedy to piszę przelatuje mi tuż nad głową naddźwiękowiec). Jest kompletnie ciemno. Kupujemy na stacji paluszki za 3,10 euro. Ponownie znak informujący o campingu za kilka kilometrów. Wkrótce pojawia się drogowskaz, że na jakiś camping w prawo, ale z kolei nie pisze ile kilometrów (co za durny kraj). Wjeżdżamy na stację. Nikt nie rozumie za bardzo po angielsku, ale na migi i używając wyrażenia camping dowiadujemy się, że ten na prawo to aż 8 km stąd, drugi niby minęliśmy 5 km temu, a następny przed nami jest za 10 km!!! Decydujemy, że nie będziemy wracać. Przejeżdżamy te 10 km. Klimat na wyjeździe robi się coraz gorszy. Alexa bolą stopy po całym dniu jazdy bez skarpetek, do tego w mokrych butach. Graba jest już wycieńczony, a mnie niemiłosiernie mocno boli... (sam nie wiem czemu) ramię tak, że ledwie trzymam kierownicę. Minęło te 10 km, a campingu jak nie było tak nie ma. W akcie desperacji zjeżdżamy spać na dziko, nawet namiotu nie chcemy rozkładać. Miejsce jednak okazuje się nieciekawe. Kilka km dalej zjeżdżamy z drogi w kierunku jakiś świateł. Dojeżdżamy do posesji...wyskakują psy i zaczynają nas gonić. Uciekamy dalej w las. Jest decyzja. Śpimy tutaj na dziko tylko w śpiworach. W oddali ciągle szczekają (może na nas) psy. Uzbrajamy się w toporek i nóż bojowy. Leżę...gryzą komary, więc zakrywam twarz chustą. Niepokoją mnie jakieś szmery, ale to chyba Graba i Alex kotłują się w śpiworach. Wreszcie kompletna cisza... Nagle czuję coś w nogach, zrywam się. "O k$%#$!!!" Coś mi łazi po nogach. Alex już zdążył wyskoczyć z toporkiem. Czarny zwierz wielkości kota uciekł w las. Nie wiem co to było, ale napędziło mi to niezłego stracha. Jest po 12.00 w nocy. Ponownie się pakujemy i ruszamy dalej. (Grabę i Alexa komary już zdążyły nieźle pokąsać). Za nim wjedziemy na główną drogę pozostajemy uzbrojeni, gdyż ponownie musimy minąć psy. Mijamy ogromny salon motocyklowy. W jakimś barze dowiadujemy się, że camping będzie za około 3 km. Oczywiście żadnego nie znaleźliśmy. (może dlatego, że gadali po włosku, a na migi ciężko wszystko zrozumieć;)). Zauważyliśmy hotel na uboczu drogi. Graba poszedł się spytać czy możemy się rozbić na ich terenie. Z tego co się dowiedział to nie możemy, bo oni tu tylko pracują i to nie ich hotel, ale gdzieś dalej za parkingiem jest dogodne miejsce. Za bardzo tego parkingu nie znaleźliśmy, ale zauważyliśmy park między domkami. Rozbijamy namiot i idziemy spać. Trochę dzisiaj za gorąco na spanie w śpiworach.

DZIEŃ 10
Gorąco!!! Wciąż jedziemy daleko od morza i nie ma jak się chłodzić. Alexowi luzuje się sztyca (trochę za cienka jest), bo wyrobiona blaszka robiąca za podkładkę wpada do ramy. Sytuacje ratuje znaleziona puszka po Coca-coli. Kolejny dzień nudnych, prostych dróg. Decydujemy się zjechać z głównej drogi ku morzu. Nadmorska droga okazała się być najgorszym wyborem na tym odcinku. Jedziemy między setkami fabryk wydzielającymi taki smród, że aż się ciężko pedałuje. W końcu wyjeżdżamy na główną drogę. Naszym oczom ukazuje się rollercoaster, Mirabilandia z mnóstwem atrakcji. Wstęp na cały dzień 20 euro. Spotykamy kierowcę polskiej wycieczki. Mówi nam, że zorganizowane grupy mają często wolne bilety i wystarczy zagadać, a chętnie je tanio odsprzedadzą. Rozmawiamy jeszcze chwilę i jedziemy dalej w trasę. Zauważamy jednak, że podjeżdża inna polska wycieczka. Pytamy organizatorów o bilety. Niestety nie mają żadnych wolnych. A właściwie to nie mają jeszcze żadnych, jedynie rezerwacje. Dowiadujemy się, że trzeba szukać wśród grup, które kupują bilety wcześniej. Ponownie rozmawiamy z kierowcą z pierwszej wycieczki. Opowiada trochę o Włoszech i obdarowuje połową polskiego chleba;). Rewelacja. Tutejsze pieczywo jest okropne (chleb to nie solony, większy kawałek bułki, której nie da się nawet pokroić, a i tak momentalnie staje się suchy). Dowiadujemy się również, że w pobliżu (nawet na naszej trasie) jest Aquapark i jutro będzie miał rezerwowe bilety. Rzeczywiście znaleźliśmy go, ale nie okazał się jakąś rewelacją. Decydujemy się jechać dalej. Znajdujemy camping, lecz cena nas odstrasza (28 euro za nas 3), a szczelne ogrodzenie uniemożliwia wbicie się za friko;). Idziemy na plażę. Tutejsze są całe zajęte "bagnami" (nie chodzi o bagno w naszym znaczeniu, a o miejsca gdzie można wziąć prysznic po kąpieli w morskiej wodzie, połączony z barem i zajmującymi ¾ plaży leżakami z parasolami). Pojeździliśmy trochę po nadmorskim miasteczku i zdecydowaliśmy się spać na plaży, na leżakach, których są tysiące. Graba już leży. Ja z Alexem z nadmiaru energii idziemy jeszcze pobiegać. Jeszcze raz się kąpiemy. Woda jest bardzo ciepła. W oddali widać pioruny, ale nas to nie rusza i owinięci w śpiworach próbujemy zasnąć. Zaczyna kropić deszcz, ale nikomu nie chce się nigdzie ruszyć. Leżymy dalej i na szczęście za chwilę przestaje padać, burza przechodzi bokiem. Przy mocnym wietrze i szumie morza, zasypiamy.

DZIEŃ 11
Rano budzi nas "tubylec" sprzątający plażę. Znów pękła mi szprycha. Naprawa i jedziemy dalej. Jak zwykle na stacjach oblewamy się wodą. Rowery po nocnym pobycie na plaży wymagają wypłukania z kilogramów piasku;). Znajdujemy karcher za 50 centów. Nikt z nas nie ma takiej monety. Szybka ocena sytuacji: oblukałem skrzyneczkę z włącznikiem i przy pomocy specjalistycznego sprzętu (kombinerek) dostałem się do środka, gdzie w puszeczce leżało 6*50 centów. Kompletne mycie sprzętu za friko. 50-cio centówki zostawiliśmy jak były (nie chcieliśmy ich brać, bo i tak nic nie płaciliśmy za myjnie) i zabraliśmy się za jedzenie (skrzyneczkę jakoś zapomniałem zamknąć). Podjechał jakiś Włoch nowszym modelem Merca. Sprawdził, że również nie ma drobnych, oblukał urządzenie i na naszych oczach zwinął 50-cio centówki mrugając do nas okiem. Z jego gestykulacji wynikało, że jest dumny z odkrycia otwartej skrzyneczki, bo pewnie nikt wcześniej tego nie zauważył;). Nie mogłem sobie wybaczyć, że nie:
a)zabrałem euro przed nim (przecież ja to otworzyłem;))
b)zamknąłem skrzyneczki zanim przyjedzie cwaniak Mercem i zakosi euro
Alex doszedł do wniosku, że karcherem można się również schłodzić (i do tego pod niezłym ciśnieniem;)). W miasteczku przed Fano jakiś durny samochodziarz skręcił w prawo bez migacza prawie kasując Alexa. Całe szczęście, że Alex miał dobry refleks i zdążył zacisnąć klamki. Ostatni raz w Morzu Adriatyckim kąpiemy się w Fago. Tu też dokonuje naprawy butów (pękła mi podeszwa i rozpruły się gdzieniegdzie). Jeszcze trochę i nic z nich nie zostanie, przecież to drogie (jak dla mnie przynajmniej) northwavy do klików. Na drodze do Fossombrone łapiemy się co chwila na koło jakiś kolarzy w średnim wieku. To podkręca nam tempo. Pełno tam jeździ cyklistów (jakby się zatrzymać to, co kilka minut by któryś przejechał). W miastach za to jeździ prawie tyle skuterów co samochodów. Jeżdżą nimi wszyscy- od małych dzieci do babć w okolicach 70-tki. Kolejny kolarz po angielsku objaśnia nam którędy mamy dalej jechać, ale za bardzo mu to nie wychodzi, więc w końcu krzyczy: "follow me!" (znowu się tempo podkręciło;)). Włoskie oznaczenia dróg są tak samo koszmarne jak oznaczenia campingów. Zaczyna się podjazd. Znowu jakiś kolarz na kompozytowej kolarce tłumaczy nam gdzie jechać. Droga, którą jedziemy jest zamknięta dla samochodów (przez kamienie, które posypały się ze zbocza). Robimy fotkę przy tamie i dojeżdża do nas znany nam już kolarz ze znajomymi. Jadąc opowiada nam o historycznym znaczeniu drogi, którą jedziemy (ponoć najstarsza w okolicy). Na rozjeździe zostaliśmy skierowani na drogę do Rzymu. Później okazało się, że właściwie mieliśmy dalej jechać tam gdzie kolarze, ponieważ kierujemy się nad jezioro Trasimeno leżące trochę na zachód od głównej drogi do Rzymu. No, ale nic. Odbijemy na nie później. Na liczniku już 160km, a do jeziora jeszcze daleeeeeko. Kiedy ja naprawiałem buty Alex i Graba spali (niecałe 2 godziny). Ściemnia się i zaczynam się robić kompletnie senny. Jeszcze szybki posiłek na stacji i jedziemy dalej. Pierwszy podjazd kończy się tunelem. Później nocny zjazd przy 60 km/h. Na płaskim odcinku praktycznie zasypiam na rowerze, a za wszelką cenę chcę jechać dalej. Nie jest dobrze;). W pewnym momencie wydaje mi się, że migająca tylna lampka Graby to zegarek i próbuje odczytać godzinę! Kolejny podjazd, który przywraca mi jako tako formę mentalną. Kawałek dalej pomyliliśmy drogę tracąc 8km (nie zauważyliśmy zjazdu). Staram się przezwyciężyć senność. Na początku podjazdu jadę pierwszy, ale w końcu wyprzedza mnie Graba i dalej wszyscy jedziemy w miarę równo. Podjazd dziwnym trafem;) nie chce się skończyć. Co zakręt wydaje nam się, że to już szczyt, koniec. Już dawno pobiliśmy dzienną długość przejazdu. Podjeżdżamy już 4 km, a szczytu jak nie było, tak nie ma. Te zakręty chyba nigdy się nie skończą. Na 7 km nareszcie koniec z pięknym widokiem na jezioro. Jest druga w nocy. Zjeżdżamy. Mój stan psychofizyczny wrócił do normy. By zmieścić się w zakrętach trzeba korzystać z całej szerokości drogi. Z wielkim pędem wjeżdżamy do miasta. Tutaj kręty zjazd jeszcze się nie kończy, za to droga jest oświetlona. Te zakręty, w których po ciemku pochylasz obłożony sakwami rower do granic możliwości (zarówno naszych jak i czasami opon;)) generują ogromne ilości adrenaliny. Nie sposób czuć się zmęczonym. To było największe przeżycie całego dnia. Czujemy się rewelacyjnie. Na prostej rozpędzamy się do 60km/h i znowu trochę serpentyn. Udaje nam się znaleźć camping. Niestety domofon nie działa, a wszystkie wejścia są dobrze zabezpieczone (nawet kamery są). Śpimy w parku w pobliżu. Alex i Graba na ławkach (z lenistwa nie chciało się im namiotu rozkładać), ja rozłożyłem sobie malutki rezerwowy namiot.

DZIEŃ 12
Wstaliśmy dosyć późno. Jest taki upał, że ciężko się oddycha (55C). Dojeżdżamy do najbliższego marketu (20 km). Naprzeciwko jest stacja benzynowa z kawałkiem cienia gdzie jemy i kładziemy się dalej spać (nie ma sensu jechać w taki upał, dodatkowo po wczorajszym wysiłku). Śpimy do 17-stej i ruszamy dalej, z zamiarem jazdy w nocy. Podjazdy wydają się cięższe niż alpejskie. Choć o małym nachyleniu, wydają się nigdy nie kończyć. Dodatkowo ten upał. Ledwie uda nam się podjechać pod jeden krótki zjazd i już następny podjazd, jeszcze gorszy. Robi się ciemno. Teraz temperatura bardziej sprzyja pedałowaniu. Przejechaliśmy ponad 80 km i dopiero zaczął się pierwszy większy zjazd. Chce nas wyprzedzić jakiś samochód, ale akurat się rozpędzamy i na zjeździe na zakrętach jesteśmy szybsi od niego. Na końcu zjazdu obracam się, a samochód nie wyprzedza nas tylko jedzie przy Grabie i coś tam się wydzierają. Okazało się, że po prostu gratulują nam. Z początku myśleli, że jedziemy motocyklami;)). Mijając mnie i Alexa trąbią i gestykulują coś na znak: "nieźle chłopaki". Za kilka kilometrów na ciemnych podjazdach mija nas kolejny niezwykły samochód. Kolesie próbują nas nastraszyć rykiem;), na co automatycznie odpowiadamy tym samym;). Dojechaliśmy około 1:00 w nocy za Monte Fiascone. Dziś śpimy pod chmurką. To był najcięższy dzień do tej pory.