Tęsknota za ciepłem,
czyli motocyklem na Bliski Wschód....

 

 

Zdecydowaliśmy się na wyjazd motocyklem zimą.

 
Tęsknota za ciepłem,
czyli motocyklem na Bliski Wschód....

 

 

Zdecydowaliśmy się na wyjazd motocyklem zimą. Dlaczego? Jednym z powodów była tęsknota za ciepłem, którego jak się póĹşniej okazało, będzie nam czasem w drodze brakowało. Ale od początku…

Z kraju wyruszamy 28 grudnia 2007 motocyklem kawasaki Drifter przekraczając granicę w Barwinku. Od początku wyjazdu towarzyszy nam temperatura poniĹźej zera i pomimo ciepłych ubrań mamy świadomość, Ĺźe nasze dzienne przebiegi nie będą oszałamiające. Tak teĹź się dzieje; średnio naszym Drifterem robimy ok. 500 km dziennie, często w śniegu i mrozie. Jedziemy w ten sposób do samej Turcji, do której wjeĹźdĹźamy 31 grudnia. Ostatnie kilometry w Bułgarii to zmiana ostrej zimy w zieloną i całkiem ciepłą wiosnę.

Europę przejechaliśmy bez dłuĹźszych postojów związanych z oglądaniem mijanych po drodze miejsc- chcieliśmy poświęcić jak najwięcej czasu na to co przed nami- Bliski Wschód.

Sylwestra spędzamy w Istambule. Na ulicach sporo spacerujących turystów, ale szalonej europejskiej zabawy nigdzie nie widać.

Turcja niemile zaskoczyła nas droĹźyzną (litr benzyny kosztuje ponad 7 zł, dwuosobowy pokój z łazienką w hotelu o standardzie akademika ok. 40- 50 USD), miłe zaskoczenie to świetne drogi.

Po skromnym powitaniu Nowego Roku ruszamy dalej na południe Turcji mijając po drodze Ankarę i masyw Centralnej Anatolii. Nieprawdopodobne wraĹźenie zrobił na nas Taurus; piękne i ośnieĹźone szczyty. 3- go stycznia docieramy do Iskenderun. Udaje nam się znaleźć camping, czyli miejski ogród z ochroniarzem niedaleko morza i do tego za free. Zostawiamy tam zimowe ubrania tak, by w powrotnej drodze (za miesiąc) zabrać je ze sobą.

Z campingu wyjeĹźdĹźamy następnego dnia póĹşnym rankiem. Mamy niewiele do granicy z Syrią, pomimo tego dojeĹźdĹźamy tam póĹşno- tureckim władzom udaje się namierzyć nas na suszarkę. Sytuacja wygląda dosyć specyficznie: jadąc w terenie zabudowanym mijamy śpiących w radiowozie policjantów, kilka kilometrów dalej zatrzymuje nas inny patrol, który urządził blokadę. Chłopaki mają juĹź spisane numery rejestracyjne motocykla i prędkość, z którą jechaliśmy. Sprawa nie do ominięcia; kończy się tak, Ĺźe czekamy na fajrant funkcjonariuszy prawa, po czym jedziemy z nimi do bankomatu wypłacić gotówkę. Kosztowało nas to ok. 150 USD.

Krętą i bezludną górską drogą dojeĹźdĹźamy do granicy syryjskiej. Tam spędzamy prawie dwie godziny na wypisywaniu róĹźnych druczków, chodząc z budki do budki po róĹźnego rodzaju pieczątki i podpisy. W sumie na granicy zostawiamy 101USD. Sprawę moĹźna sobie ułatwić przez posiadanie pewnego dokumentu celnego (carnet de passage wystawia PZMot Travel w Warszawie); obowiązkowo na granicy naleĹźy kupić syryjskie ubezpieczenie OC.

Drogi w Syrii są gorszej jakości, a krajobraz mijany po drodze jest smutny i zaniedbany.

Zaskoczeniem dla nas jest kilku ludzi, którzy tuĹź za granicą wyszli z wiaty stojącej przy drodze w lesie z karabinami w rękach i zatrzymywali samochody. PrzejeĹźdĹźamy obok spokojnie, ale dosyć szybko.

Już ok.18-tej zapada kompletna ciemność. Zaopatrzeni w pomarańcze w pobliskim sadzie rozbijamy namiot przy ruchliwej drodze pośpieszani padającym deszczem. Ciągle jedziemy na południe- naszym celem jest stolica Jordanii, Amman.

Granicę syryjsko- jordańską udaje się nam pokonać w trochę szybszym tempie niż poprzednią, ale pieniądze zostawiamy podobne (wiza, polisa OC).

Szukanie noclegu w Ammanie to oglądanie chyba wszystkich hoteli w obrębie centrum i ostre targowanie się. Hotele o znacznie niĹźszym standardzie niĹź tureckie, ale teĹź znacznie tańsze (ok.10 USD za pokój dwuosobowy). WyjeĹźdĹźamy z pewnym trudem z ruchliwej metropolii, gdzie brak jakichkolwiek drogowskazów, a język angielski nie naleĹźy do popularnych.

Z północy na południe Jordanii biegną cztery równoległe drogi, autostrada przebiega w miejscu starej historycznej drogi zwanej Traktem Królewskim. Wybieramy trasę wzdłuĹź Morza Martwego, gdzie kąpiemy się w potwornie słonej wodzie- naprawdę nie trzeba umieć pływać, Ĺźeby utrzymać się na powierzchni! Jedziemy wzdłuĹź granicy izraelskiej, co chwilę kontrolują nas patrole wojskowe; podobno to czysta profilaktyka.

Do portu w Aqabie docieramy wieczorem, tego samego dnia kupujemy bilety na prom na godz. 24 do Egiptu, (50USD za osobę, 35 USD za motocykl). Prom odpływa ok. 5 ran, a my przez ten czas z tłumem ludzi kwitniemy na pokładzie promu.

W Nuweibie, na egipskim brzegu Zatoki Akabskiej jesteśmy przed 9 rano 6– go stycznia. Odprawa celna trwa godzinami; kaĹźda osoba z obsługi przejścia granicznego przydzielona jest do innej pieczątki, poza tym wjeĹźdĹźając do Egiptu naleĹźy przerejestrować pojazd na miejscowe tablice. Nie udaje nam się wjechać motocyklem do Egiptu, a właściwie wyjechać poza bramę portu- na przeszkodzie stoi brak tryptyku, (tak na Bliskim Wschodzie nazywany jest carnet de passage). Jak się okazuje, tryptyk to słowo wytrych na wszystkich granicach afrykańskich i azjatyckich. Długo negocjujemy z portowym urzędnikiem celnym i mimo jego szczerych chęci pomocy nic nie udaje nam się wskórać- przepisy są przepisami. Zostawiamy więc Driftera w porcie i piechotą idziemy na camping w pobliskiej miejscowości.

Postanawiamy nie poddawać się zbyt łatwo i za namową portowego urzędnika jedziemy do Kairu z nadzieją dopełnienia formalności. Jedziemy autobusem. W Kairze czas dzielimy między urzędy ( Automobilklub, kompanię transportową, nasz konsulat) i miejsca, które warto zobaczyć ( oczywiście piramidy w Gizie, Muzeum Egipskie, Stary Kair). Nie polecamy kontaktów z egipskimi urzędnikami- cierpliwość największego stoika moĹźe się wyczerpać.

Po 6-ciu dniach odbieramy motocykl w porcie i z Ĺźalem płyniemy z powrotem do Jordanii, która wita nas chłodem i wiatrem. Wieczorami temperatura spada znacznie poniĹźej zera i przez większość dnia kałuĹźe ścięte są lodem. Mimo, Ĺźe ostatnie opady deszczu na południu Jordanii były w marcu 2007 roku i kraj cierpi na niedobór wody, to Jordańczycy wcale się tym nie przejmują i leją ją bez umiaru tworząc potoki na ulicach.

Jedziemy do Petry, gdzie na oglądanie miasta wykutego w skałach moĹźna poświęcić nawet kilka dni. Miejsce to upodobali sobie Rosjanie, których było widać i slychać na kaĹźdym kroku. Kolejnym miejscem, w którym się zatrzymujemy jest Dana, mała kamienna wioska o nieprawdopodobnym klimacie połoĹźona w górach. Tym razem wybraliśmy drogę przez góry, czasami jesteśmy zaskoczeni pomysłowością jej poprowadzenia między pasmami górskimi. Droga piękna: góry, wąwozy, osady Beduinów i gorące Ĺşródła,gdzie moĹźna się zrelaksować.

Al Karak to miasto gdzie moĹźna obejrzeć labirynty w zamku krzyĹźowców. Spotykamy tam motocyklistów- podróĹźników z Niemiec; jeden z nich w ciągu trzech miesięcy na swoim motocyklu z 1928 r z prędkością ok. 35 km/h przejechał ze swojego kraju do Jordanii.

Niedaleko Ammanu leĹźy Madaba, słynna z bizantyjskich mozaik, które moĹźna oglądać w odrestaurowanych kościołach. Naszymi przewodnikami jest jordańsko-polskie małżeństwo. Korzystamy z zaproszenia do ich domu i podczas długiego wieczoru wypytujemy o historię i obecną sytuację Jordanii. Jordańczycy nie chcą pracować fizycznie, z tego powodu miasta często bywają brudne i zaniedbane. Do prac fizycznych często najmowani są emigranci- najczęściej Egipcjanie lub Syryjczycy, ale bywają teĹź Azjaci.

Wypoczęci jedziemy na Górę Nebo– miejsce, skąd MojĹźesz ujrzał Ziemię Obiecaną oraz do Betanii, gdzie Chrystus został ochrzczony w rzece Jordan.

Jordan był w czasach Jezusa dużą rzeką, teraz jest raczej wąska brudną rzeczką, która stanowi granicę z Izraelem.

Wracamy do Ammanu i porządnie bierzemy się za zwiedzanie (do obejrzenia są liczne zabytki z czasów rzymskich, bizantyjskich i z początków islamu).

Jest dość zimno, zaledwie kilka stopni- normalnie o tej porze roku powinno być kilkanaście. W hotelu panuje przeraĹşliwy chłód- brak ogrzewania. Wszyscy siedzą skurczeni w płaszczach i szalikach przy Ĺźeliwnych kozach.

Następnego dnia wizyta w staroĹźytnym mieście Jerash (ruiny budowli rzymskich) i wjazd do Syrii. Granicę przekraczamy bez problemów- przywykliśmy do stosu kartek, podpisów, pieczątek i wydawania większych sum.

Nocujemy się w kamiennym mieście Bosra, gdzie czas się zatrzymał i ludzie mieszkają w warunkach podobnych jak kilka wieków wstecz.

Dalej udajemy się do Damaszku. Tutaj spędzamy dwa dni na zwiedzaniu miasta i okolic, włóczeniu się po bazarze, piciu kawy z kardamonem, herbaty merami i popalaniu fajki wodnej.

Ze stolicy Syrii jedziemy do Libanu. Przeprawa graniczna jest tu znacznie prostsza i szybsza aniĹźeli w Syrii, brak tryptyku nie jest problemem, a wizę i obowiązkowe OC kupujemy na granicy. Nie warto korzystać z usług pośredników, którzy zawyĹźają sporo cenę ubezpieczenia.

TuĹź za granicą, na stacji benzynowej ucieszyła nas niska cena benzyny. Pierwszym punktem w Libanie jest Balbek i jego staroĹźytne fascynujące ruiny. Wieczorem udaje nam się wejść do meczetu podczas modlitw. Nasze wejście zostało poprzedzone dokładną kontrolą i przeszukaniem. Niezłe wraĹźenie podczas przeszukania robią nasze ochraniacze oraz Ĺźółw na plecach. Przez chwilę osoby przeszukujące trochę się wystraszyły myśląc, Ĺźe mamy na sobie wybuchową niespodziankę.

Z Balbek kierujemy się do Bejrutu, po drodze wymieniamy łożyska w miasteczku Zahle. Łożyska i wymianę mamy za darmo- uprzejmość chrześcijanina. Stolica Libanu to miasto nowoczesne i bogate, na miejscu każdego zbombardowanego budynku powstają strzeliste wieżowce i bogate hotele (o czym przekonujemy się szukając noclegu). Najtańszy hotel udało nam się znaleźć za 25 EURO.

Pomimo nowoczesności i bogactwa na każdym kroku widać zagrożenie wojną. Częste kontrole wojska, czołgi na ulicach, zamykanie większości ulic na noc to codzienność.

Z Bejrutu jedziemy oglądać niesamowite groty w miejscowości Jeita (niestety zakaz fotografowania grot), a dalej do Byblos gdzie pozostało sporo staroĹźytnych ruin, zamek krzyĹźowców i mały port rybacki .

Z Byblos wyruszamy w deszczu do Trypolisu. Niestety po drodze psuje się nam fajka od świecy; traf chce, Ĺźe dzieje się to przed posterunkiem kontrolnym wojska. Podczas naprawy fajki, przez pewien czas jesteśmy bacznie obserwowani przez uzbrojonych Ĺźołnierzy, którzy chyba obawiali się naszego zachowania (trzymali broń gotową do uĹźycia). Po pewnym czasie widząc, Ĺźe nie w głowie nam przewroty, przynoszą halogen do oświetlenia i jakoś udaje się awarię usunąć. Całkowicie przemoczeni dojeĹźdĹźamy do Trypolisu póĹşnym wieczorem.Następnego dnia całe przedpołudnie poświęcamy na zwiedzanie miasta. Pomaga nam w tym przewodnik- pasjonat, zakochany w swoim mieście po uszy i dlatego zwiedzanie funduje za darmochę. Chodzimy po meczetach, karawanserajach, odwiedzamy ciekawą rodzinną fabrykę mydła, w której słuchamy opowieści o tradycyjnej produkcji mydła i o trypoliskiej mafii mydlarskiej (syn właściciela został pobity, bo nie chciał zdradzić rodzinnej receptury). Tego samego dnia jedziemy na północ w kierunku Syrii. Granicę przekraczamy póĹşnym wieczorem; jak się okazuje jest to najdroĹźsza granica jaką przekraczaliśmy. Za stempelki i podpisy zapłaciliśmy 150 USD.

Jest juĹź dosyć póĹşno, więc niedaleko granicy rozbijamy namiot

Rankiem jedziemy do Crak de Chevaliere zamku- twierdzy, na którym spędzamy kilka godzin. 25 stycznia udajemy się na wschód Syrii zobaczyć stare ruiny i budowle połoĹźone daleko od osad ludzkich (Qasr in Wardan, Andarin, Hama).

W miasteczku Apamea kupujemy od miejscowych staroĹźytne monety i ciekawy obrazek. Mieszkańcy przekopują na własną rękę ogromne wzgórze świątynne i antyczne groby szukając cennych znalezisk, często niszcząc przy tym inne zabytki. Wieczorem jedziemy do miasta z wielką cytadelą - Aleppo. Na drugi dzień zwiedzamy miasto, a obowiązkowym punktem jest ogromny bazar.

Dalej kierujemy się właściwie już w drogę powrotną. W Turcji zatrzymujemy się na znajomym campingu w Iskenderun, zostajemy tu dwa dni, czas poświęcamy cieszenie się słońcem i przegląd motocykla.

28 stycznia wyjeĹźdĹźamy z Iskenderun, aura szybko się zmienia, ze słonecznego dnia robi się deszczowy, a po kilkudziesięciu kilometrach jedziemy juĹź w gęstym śniegu. Do miejscowości Eregli dojeĹźdĹźamy z trudem, po drodze zaliczamy kilka gleb na śniegu (dróg właściwie się tu nie odśnieĹźa). Następnego ranka śniegu jest jeszcze więcej, ale mimo ostrzeĹźeń Turków wsiadamy i przejeĹźdĹźamy ok. 5 km przewracając się co chwilę. Próby obniĹźania ciśnienia w kołach i oplatanie koła liną nic nie pomogły. Przez ok. godzinę stania przy drodze (dalsza jazda była niemoĹźliwa), łapiemy stopa. Driftera wsadzamy na kipę, a my do szoferki. Jedziemy do oddalonej o 150 km Konii.Samochodem jedziemy średnio 10km/h, takiej zimy dawno nie widzieliśmy; są momenty, Ĺźe z powodu silnego wiatru i śnieĹźycy stajemy w miejscu – do celu dojeĹźdĹźamy póĹşnym wieczorem.

W Konii spotykamy się z dużym cwaniactwem- za pomoc przy zdejmowaniu motocykla z przyczepy, chłopak z pobliskiego hotelu chce nas oskubać ze 100 USD. Nie dostaje ani centa.

Przed południem następnego dnia wyjeĹźdĹźamy z miasta w kierunku północy Turcji i chociaĹź śnieg trochę stopniał to w drodze do Istambułu jeszcze nie raz mróz i śnieg da nam popalić.

Droga przez Europę do Polski przebiega bez większych przygód. W samej Europie po śniegu właściwie juĹź nie było śladu, w Polsce powitała nas słoneczna i ciepła pogoda oraz policyjna drogówka, na którą przekazujemy 400 zł mandatu za prędkość.

Nasza podróĹź kończy się 3 lutego 2008r.

 W wojaĹźach pomogli:

K+K MOTOCYKLE DZIERĹťONIÓW

PROBIKE

HEL – przewody w oplocie

BEZDROĹťA

TERYS

4BIKES