SARDYŃSKA MAJÓWKA

 

Zima stulecia teoretycznie dobiegła końca, ale wiosna też nie rozpieszczała.

 

 

SARDYŃSKA MAJÓWKA

 

Zima stulecia teoretycznie dobiegła końca, ale wiosna teĹź nie rozpieszczała. Kwietniowe opady śniegu z deszczem i temperatury bliskie zeru wyjątkowo motywują do szczegółowego analizowania rozkładu lotów tanich linii lotniczych. Szczerze mówiąc, w okresie kiedy brak słońca, jest to mój ulubiony sposób na walkę z depresją. Tym razem otwarcie nowego połączenia lotniczego z Wrocławia do Mediolanu, przez mojego ulubionego przewoĹşnika, a niekiedy i głównego „sponsora” podróĹźy (bilet lotniczy za 1 grosz to nie fikcja)– Ryanair – stworzyło całkiem nowe drogi do eksploracji południa Europy. Potrzebowałam na to trochę czasu, ale w końcu udało się znaleźć idealne połączenie: Wrocław – Mediolan Bergamo – Cagliari Sardynia – Bruksela Charleroi – Wrocław. Wylot 10 maja 2010 powrót 19 maja 2010, czas oczekiwania na połączenia na lotniskach ok. 3 godzin, cena za 1 bilet w obie strony z bagaĹźem podręcznym ok.300 zł. Jeszcze szybka analiza miejsca:

 

 

 

 

Jest idealnie: morze, góry, średnia temperatura powietrza w maju 23 stopnie, temperatura morza 18 stopni, jeszcze telefon do przyjaciół, którzy nigdy nie odmówią udziału w wyprawie i lecimy....

Miesiąc, który pozostał do wylotu upłynął nam na poszukiwaniu informacji o Sardynii, co okazało się wcale nie tak łatwa sprawą. Nie znajdziemy w księgarniach zbyt wielu przewodników po tej wyspie, a o mapach gór, które zamierzaliśmy chociaĹź trochę poznać, moĹźna tylko pomarzyć. Utwierdziło nas to w przekonaniu, Ĺźe wybraliśmy dobry kierunek podróĹźy, bo nie dla nas przepełnione kurorty, betonowe plaĹźe, i all inclusivy. W internecie moĹźna znaleźć wszystko, a więc teĹź i sporo informacji o tej mało popularnej wśród naszych rodaków wyspie. Dla osób wybierających się na Sardynię waĹźna jest informacja, Ĺźe Sardynia co prawda administracyjnie naleĹźy do Włoch – od 1948 ma status regionu autonomicznego, ale przez wieki będąc pod wpływem Fenicjan, Rzymian, Arabów, Katalończyków i w końcu Włochów, zachowała sporą odrębność kulturową i niezaleĹźność. Językiem urzędowym jest włoski, ale język sardyński jest w powszechnym uĹźyciu, a większość mieszkańców bardziej czuje się Sardyńczykami niĹź Włochami. W kontaktach z „tubylcami” warto o tym pamiętać. Wyspa, jak nam się wydawało, jest niewielka ma 272 km długości i 144 szerokości i jest drugą pod względem wielkości wyspą Morza Śródziemnego. ZałoĹźyliśmy, Ĺźe nasza wyprawa ma mieć charakter turystyczno - wypoczynkowy, i zaczęliśmy poszukiwania dogodnego miejsca na załoĹźenie „obozu”. Szybko sprecyzowaliśmy warunki konieczne takiego miejsca: nad morzem, ale blisko gór, dobra komunikacja z cała wyspą, niska cena, ale w miarę komfortowe warunki. Wbrew pozorom poszukiwania nie było szczególnie trudne, istnieje wiele stron, np.

 

http://www.sardegna.com

http://www.paradisola.it

http://www.rent-sardinia.com

 

które oferują, szczególnie przed sezonem, sporo tanich i przyjemnych noclegów, od popularnych campingów, których standard zdecydowanie przewyĹźsza znane nam krajowe, przez „wioski turystyczne”- (Village Turistico – chyba włoski wynalazek), apartamenty, aĹź do pięciogwiazdkowych hoteli – dla kaĹźdego według potrzeb. Wybór padł na wioskę turystyczną (Village Turistico) Porto Corallo w pobliĹźu miejscowości Villaputzu na wschodnim wybrzeĹźu – http://www.portocoralloresidence.it.

O wyborze zadecydowała nie tylko urocza nazwa ale, przede wszystkim cena i całkiem dobre połoĹźenie jako punkt wypadowy do zwiedzania wyspy. Za 9 noclegów w bardzo ładnym dwupoziomowym domku z dwoma sypialniami dwoma łazienkami i tarasami z widokiem na morze, zapłaciliśmy 458 Euro - do podziału na cztery osoby. Jest to cena podstawowa nie obejmująca np. takiego luksusu jak telewizor, jeśli ktoś nie wyobraĹźa sobie wakacji bez telewizji, za niewielką dopłatą moĹźe go sobie wypoĹźyczyć. Zamiast telewizora wynajęliśmy samochód, co jak się okazało na miejscu jest najlepszą i chyba jedyną moĹźliwością sprawnego poruszania się po wyspie. Istnieje oczywiście komunikacja publiczna, ale jeśli chce się dotrzeć w mało uczęszczane a jednak ciekawe miejsca, o transporcie publicznym moĹźna zapomnieć. Skorzystaliśmy z oferty firmy http://www.autoeurope.pl , koszt wynajęcia Fiata Punto z klimatyzacją na 9 dni w maju to ok. 200 Euro.

Zaliczki za nocleg i samochód zostały zapłacone, stroje kąpielowe kupione, urlopy załatwione, symulacja spakowania się na 9 dniową wyprawę w bagaĹź podręczny wielkości 55 cm x 40cm x 20 cm, z małymi problemami, ale zaliczona, nawet kurs euro osiągnął akceptowalny poziom, tylko ta natura.....8 maja chmura pyłu wulkanicznego przykryła dokładnie trasę naszego przelotu. Obserwowaliśmy jak po kolei zamykają się lotniska w Cagliari, Mediolanie, i na całym wybrzeĹźu Morza Śródziemnego. Wrocławskie lotnisko czekało na decyzję o zamknięciu, ale ciągle działało – wiadomo Wrocław zawsze poddaje się ostatni. Szukaliśmy alternatywnych dróg dotarcia na Sardynię, ale nic poza pokonaniem Morza Tyrreńskiego wpław nie byliśmy w stanie znaleźć, miejsca na promach juĹź dawno zostały wykupione. Na szczęście wieczór przed odlotem przyniósł zmianę pogody, padał deszcz i wiał silny wiatr, chmura pyłu przemieszczała się na wschód odsłaniając Sardynię i Mediolan, ale zasłoniła teraz południe Polski razem z Wrocławiem. Rano przed odlotem, licząc na cud sprawdziłam w internecie odloty z lotniska w Mediolanie Bergamo, i nie mogłam uwierzyć ale, samolot którym mieliśmy odlecieć z Wrocławia do Mediolanu, właśnie był w drodze do Wrocławia, zaczęłam szykować kanapki na drogę !!

Wrocław poĹźegnał nas deszczem, wiatrem i jesienną pogodą, a lotnisko w Mediolanie Bergamo powitało wielkim tłumem ludzi, którzy od kilku dni koczowali tu w oczekiwaniu na samolot. Gdzieniegdzie porozstawiane były jeszcze łózka polowe, na których ofiary wulkanu Eyjafjoell spędziły kilka dni swoich wakacji. Jeszcze krótki lot i lądowanie w Cagliari na pasie lotniska wychodzącym prosto w morze. Podczas podejścia do lądowania moĹźna podziwiać turkusowy kolor wody i bogate Ĺźycie podwodne w strefie przybrzeĹźnej, oglądanie szczegółów dna morskiego z okna samolotu – to jak dla mnie troszkę za duĹźa atrakcja. Samochód z wypoĹźyczalni juĹź na nas czekał i być moĹźe widok nowiutkiego błyszczącego Punto z przebiegiem 1000 km, w innych okolicznościach uradowałby nas niezmiernie, ale nie tym razem. Jesteśmy co prawda na Sardynii, ale nie zapominajmy, Ĺźe to ciągle Włochy, i południowy sposób jazdy, który mieliśmy juĹź okazję wcześniej poznać. Trudno, niestety w wypoĹźyczalni nie było brzydszego samochodu, oby bogowie nad nami czuwali, inaczej nie zobaczymy juĹź kaucji. Przy okazji kaucji za samochód, która miała być zablokowana na karcie kredytowej, okazało się Ĺźe bardzo miły pan z obsługi nie jest w stanie tego uczynić poniewaĹź musi wpisać nasze nazwiska obfitujące w polskie znaki „ł” „ę” „ń” itp. do jakiejś bazy, a niestety jego klawiatura nie posiada tychĹźe liter, chcąc nie chcąc, musieliśmy uiścić kaucję w gotówce, co powaĹźnie uszczupliło nasze zapasy walutowe. Jadąc na Sardynię, trzeba być przygotowanym na to, Ĺźe Sardyńczycy są miłośnikami kaucji, pewnie w pięciogwiazdkowych hotelach nie ma takiego zwyczaju, ale w Villagio Turistico, jak najbardziej. I nie naleĹźy być zdziwionym, kiedy zaproponujemy załoĹźenie blokady na określoną sumę na naszej karcie kredytowej, a zdziwiona pani recepcjonistka odpowie: only cash !

 

 

 

 

 

 

Z CAGLIARI DO PORTO CORALLO

 

Wsiedliśmy do pachnącego nowością Punto i ruszyliśmy drogą nr125 wytyczoną jeszcze przez Rzymian w kierunku Porto Corallo, oddalonego od Cagliari o ok. 75 km. Pokonanie tej trasy zajmuje ok. 2 godzin.

 

 

 

 

Kręta górska droga przez masyw Sarrabus poprzecinany kanionami rzeki Flumendosa, dostarcza niezapomnianych wraĹźeń i jest sporym wyzwaniem, zwłaszcza kiedy trzeba uwaĹźać na nieustraszonych kierowców i zwierzęta współuczestniczące w ruchu. Widok kóz pasących się na poboczu drogi, czy krów stojących na półce skalnej w pierwszej chwili zaskakuje, po kilku dniach jest po prostu zwykłym widokiem.

 

 

Do Porto Corallo dotarliśmy o zmierzchu, po załatwieniu wszystkich formalności i wpłaceniu kaucji, udało nam się odnaleźć jedyną jak się okazało póĹşniej, działającą restaurację. Przy prawdziwej włoskiej pizzy (od 5-10 E w zaleĹźności od dodatków) i sardyńskim winie zakończyliśmy pierwszy dzień wyprawy.

Rano obudził nas szum morza i słońce przedzierające się przez drewniane Ĺźaluzje, widok z tarasu wynagrodził trudy podróĹźy

 

 

 

Postanowiliśmy dzień przeznaczyć na rekonesans najbliĹźszej okolicy i zgromadzenie zapasów Ĺźywności. Nasze Villago okazało się całkowicie opustoszałe, oprócz naszej czwórki mieszkało tu kilka osób, sądząc z wyglądu Skandynawów i Niemców. Prawdziwy sezon turystyczny zaczyna się na Sardynii pod koniec maja, przybywa turystów, a ceny za apartamenty wzrastają kilkakrotnie. Wzrastają teĹź temperatury, ze średniej 23 stopnie w maju do średniej w czerwcu 28 a w lipcu 31. Nam po zimie stulecia, 25 stopni w zupełności wystarczyło do plaĹźowania i kąpieli w morzu, mimo przeraĹźonych spojrzeń Sardyńczyków, którzy przechadzali się brzegiem morza w swetrach i puchowych kamizelkach.

WybrzeĹźe wyspy jest pięknie ukształtowane, strome zbocza porośnięte makią – zaroślami składającymi się ze skarlałych drzew i krzewów, schodzących do samego brzegu morza, brzeg jest kamienisty, ale w zatoczkach osłoniętych od wiatru znajdziemy piękne piaszczyste plaĹźe.

WybrzeĹźe:

 

 

 

Nasza „prywatna” plaĹźa:

 

 

 

 

Skały poddane erozji i działaniu morza tworzą niesamowite kształty i faktury

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zachwyca teĹź piękna śródziemnomorska roślinność, moje ulubione kwiaty w kształcie szczotki do mycia butelek – wyjaśnienie dla młodszych czytelników: kiedyś myło się butelki od mleka specjalnymi szczotkami :-)

 

 

 

 

i otoczenie domków campingowych w villagio:

 

 

 

 

kaktusy przybierają ciekawe kształty:

 

 

 

 

a niektóre roślinki nie dość, Ĺźe ładne to mają małe wymagania i potrafią wyrosnąć wprost ze skały:

 

 

 

 

Do odwiedzenia pobliskiego miasteczka Villaputzu tak zachęcą przewodnik: „właścicielem miejscowości był niegdyś Giovanni Maria Visconti, który zasłynął jako okrutnik. Hodował sfory psów, które uczył poĹźerania ludzi Ĺźywcem” - nie moĹźemy nie odwiedzić takiego miejsca. Samo miasteczko nie zachwyca, ale moĹźna znaleźć kilka ciekawych miejsc, o których milczą przewodniki, np. ciekawy kościół z charakterystycznym dla tego regionu dachem:

 

 

 

 

 

oraz klimat prawdziwego życia w stylu południowym:

 

 

 

 

W Villaputzu jest teĹź market, w którym moĹźna uzupełnić zaopatrzenie. Ceny Ĺźywności są trochę wyĹźsze niĹź w Polsce, ale za to asortyment moĹźe przyprawić o zawrót głowy nawet umiarkowanego miłośnika kuchni włoskiej. W kaĹźdym sklepie kupimy ser pecorino w kilkunastu odmianach, ricottę czy kilkanaście odmian sera koziego i owczego, szynkę parmeńską i mnóstwo pysznych produktów, których nazw nie jestem w stanie tutaj przytoczyć, a których warto spróbować. W sklepie, w którym się zaopatrywaliśmy niestety nie było sera Casu Marzu – dziurawionego przez Ĺźywe larwy owadów. Wspominają o nim wszystkie przewodniki,wzbudził więc, czemu chyba trudno się dziwić, nasze spore zainteresowanie graniczące nawet z chęcią spróbowania tego przysmaku, poszukiwania jednak zakończyły się fiaskiem. CzyĹźby surowe europejskie przepisy sanitarne zabiły kolejną lokalną mało higieniczną atrakcję kulinarną ? Sklep to nie tylko miejsce, gdzie robi się zakupy, to miejsce spotkań towarzyskich, wymiany informacji, pogawędek ze sprzedawcami, sąsiadkami, pośpiech nie jest mile widziany, a kupienie i krojenie plastra sera czy szynki to prawdziwa ceremonia, na zakupy trzeba zarezerwować sporo czasu i uzbroić się w cierpliwość. Raz w tygodniu odbywa się targ na którym moĹźna w bardzo przystępnych cenach kupić owoce i warzywa. Maj to końcówka zbiorów pomarańczy, kilogram owoców prosto z sadu kosztuje od 0,5-1 Euro.

Przy drodze między Porto Corallo a Villaputzu stoi Torre Murtas jedna z setek wież obronnych, znajdujących się na wybrzeżu.

 

 

 

 

WieĹźe zostały wybudowane podczas hiszpańskiego panowania na wyspie w XVI-XVII wieku, jako system fortyfikacji mających chronić wybrzeĹźe przed napaściami arabskich piratów. Część wieĹź jest udostępniona do zwiedzania, część, szczególnie te znajdujące się w trudno dostępnych miejscach moĹźna podziwiać tylko z oddali.

 

 

SARDYNIA PODZIEMNA

 

 

 

 

Kolejny dzień nie budzi nas słońcem, tylko jakby znajomą deszczową pogodą, na szczęście jest całkiem ciepło. Po szybkiej naradzie wybieramy cel wyprawy: uciekamy przed deszczem pod ziemię - jedziemy do jaskini Grotte di Su Marmuri nieopodal miasta Ullassai.

 

Do pokonania jest trasa ok. 60 km, częściowo po nowo budowanej trasie szybkiego ruchu, a częściowo po krętych górskich drogach. Droga szybkiego ruchu SS125, powstaje w tempie jakie znamy z naszego kraju, przy czym Euro 2012 odbędzie się w Polsce, więc tutaj pośpiechu nie ma...Na próĹźno szukać map, na których naniesiono by istniejące juĹź odcinki nowej drogi w sposób zgodny z rzeczywistością. Jak dowiedzieliśmy się w sklepie przypominającym sklep papierniczy znany nam z końcówki lat 80 w Polsce, jak skończą budowę to naniosą na mapy. Do tego czasu trzeba przyjąć zasadę: jak się jedzie drogą szybkiego ruchu to znaczy, Ĺźe ten odcinek jest juĹź skończony, jak się kończy i trzeba zjechać na wąską górską drogę, to znaczy Ĺźe tego kawałka jeszcze nie ma. Miasteczko Ulassai jest malowniczo połoĹźone, a w zasadzie wygląda jakby zostało zawieszone pod skałami

 

 

 

 

Z miasteczka prowadzi dość dobrze oznakowana droga do jaskini, w sezonie wejścia odbywają się dość często, zwiedzanie trwa około godziny, przewodnik mówi w języku angielskim i włoskim, szczegółowe informacje na stronie:http://www.ogliastraontheweb.it/sumarmuri.htm.

Trzeba przyznać, Ĺźe jaskinia robi wraĹźenie, składa się z kilku sal, największa Grande Sala ma 70 metrów długości i 30 metrów wysokości, ciekawa jest teĹź Sala del Cactus nazwana tak od stalagmitów, które przybrały kształt kaktusów. Po zwiedzeniu jaskini nabraliśmy chęci na jakiś większy posiłek, zachęceni przewodnikowymi opisami wspaniałości kuchni Sardyńskiej udaliśmy się na poszukiwanie restauracji. Nie wzięliśmy pod uwagę jednak, Ĺźe obiad w rozumieniu ciepłego kilkudaniowego posiłku jada się na Sardynii bardzo póĹşnym wieczorem. W typowej dla nas porze obiadowej, a więc jeszcze przed zachodem słońca, moĹźna co najwyĹźej zjeść kanapkę. Zanim dotarła do nas ta „oczywista oczywistość” odwiedziliśmy kilka sympatycznych restauracji, gdzie popatrzono na nas z politowaniem jak na typowych „turisti” i zaproszono na wieczór. Od śmierci głodowej uratowała nas przemiła właścicielka pijalni wina w miejscowości o swojsko brzmiącej nazwie Jerzu, która do kieliszeczka miejscowego cannonau podała nam właśnie wyjęte z pieca droĹźdĹźowe bułeczki nadziewane ziemniakami z serem i przyprawami. Wieczorem deszcz ustał a na niebie pokazała się tęcza zapowiadając piękną pogodę następnego dnia.

 

 

 

 

 

 

Kolejny dzień minął nam na lenistwie na plaĹźy, i planowaniu kolejnej wyprawy. Postanowiliśmy wrócić do Cagliari, Ĺźeby zwiedzić miasto, ale tym razem wybraliśmy bardzo malowniczą trasę wzdłuĹź wybrzeĹźa, przez Villasimius i Poetto.

 

WZDŁUŝ WYBRZEŝA

 

 

 

 

 

Villasimius, w ostatnim czasie z małej rybackiej osady stało się modnym ośrodkiem wypoczynkowym z wszystkim tego konsekwencjami, czyli tłumem turystów, sklepikami i straganami z pamiątkami. Są teĹź dobre strony komercjalizacji, znaleĹşliśmy informację turystyczną i darmową mapkę regionu z zaznaczonymi atrakcjami, i co wywołało naszą euforię z naniesionymi fragmentami nowo budowanej drogi - co kurort to kurort ! W okolicach Villasimius na pewno warto zobaczyć wznoszącą się nad zatoką fortecę – Fortezza Vecchia, wzniesioną w XIV wieku i rozbudowaną w XVII przez Hiszpanów. W fortecy obecnie znajduje się galeria sztuki, w maju zamknięta, a więc nie udało się wejść do środka. Sprzed fortecy roztacza się bardzo ładny widok na zatokę.

 

 

 

 

Z Villasimius ruszyliśmy wzdłuĹź wybrzeĹźa do Cagliari. Droga wije się po górzystym terenie, cały czas towarzyszył nam widok na szmaragdowe morze i malownicze zatoczki z piaszczystymi plaĹźami, o tej porze roku zupełnie pustymi. Natężenie ruchu na tym odcinku drogi jest bardzo duĹźe i pewnie takie będzie, aĹź do otwarcia kolejnego odcinka autostrady, wtedy pokonywać ją będą tylko miłośnicy pięknych widoków, a nie tak jak to się dzieje teraz, cały transport zmierzający do stolicy od strony wschodniego wybrzeĹźa. Dotarcie do centrum Cagliari zajmuje sporo czasu odstanego w korkach, ale naprawdę warto poświecić dzień na zwiedzenie tego starszego od Rzymu miasta. A szczególnie warto zagłębić się w wąskie uliczki Castello - historycznego centrum w obrębie dawnych murów obronnych.

 

 

 

 

Zdążyliśmy zobaczyć dwie wieĹźe fortecy – wieżę św. Pankracego i Słoniową, Bastion San Remy, z którego roztacza się panorama miasta, oraz katedrę i dopadła nas ulewa. I mimo Ĺźe nie straszne nam deszcze, to tym razem musieliśmy ustąpić i schronić się w pobliskiej kawiarni.

 

Catedra di Santa Maria

 

 

 

 

 

Siedząc nad kawą i resztkami ciabatty, wraz z innymi zmokniętymi turystami zastanawialiśmy się czy deszcz ustanie i pozwoli nam pogubić się w krętych zaułkach starego miasta. Niestety nie tym razem, obiecujemy sobie Ĺźe jeszcze tu wrócimy, jeśli nie w tym to w przyszłym roku. Czeka nas jeszcze droga powrotna przez góry, więc ze sporym poczuciem niedosytu ruszamy w kierunku Porto Corallo. Na pocieszenie zatrzymujemy się w centrum handlowym przy wyjeĹşdzie z miasta i kupujemy zestaw lokalnych win, dzięki którym lepiej poznamy prawdziwy smak tej krainy. Sardyńskie wina należą do pierwszej ligi winiarskiej, są towarem bardzo poszukiwanym na świecie, a Ĺźe produkowane są w niewielkich ilościach, to kupienie ich poza wyspą jest bardzo trudne i kosztowne. Średniej klasy lokalne wino kupowane w supermarkecie to wydatek ok. 6-10 E.

 

 

 

 

 

W POSZUKIWANIU NUORÓW

 

 

 

 

Nie zraĹźeni ulewą z Cagliari i zachęceni słoneczną poranną pogodą postanowiliśmy odkryć ślady tajemniczej cywilizacji nuorskiej i obraliśmy kurs na Nuraghe su Nuraxi w pobliĹźu Barumini – skupisko zachowanych doskonale budowli z 1500 r. p.n.e. Cywilizacja nuorska pozostawiła po sobie na Sardynii ok. 7 tysięcy konstrukcji kamiennych - „nuraghi”, które powstały jak wykazują badania mniej więcej w połowie drugiego tysiąclecia p.n.e. Nie wiadomo w jakim celu były wznoszone, ani przez kogo, a cywilizacja Nuorska zaginęła w tak samo tajemniczych okolicznościach jak się pojawiła.

Tym razem poruszaliśmy się nie wzdłuĹź wybrzeĹźa, tylko w głąb wyspy, szkoda trochę było zostawiać za sobą widok lazurowego morza, ale płaskowyĹź przez który przejeĹźdĹźaliśmy w pełni zaspokajał naszą żądzę doznań estetycznych.

 

 

 

 

Po prawie trzech godzinach jazdy, potrzebnych na pokonanie ok. 100 km naszym oczom ukazał wyczekiwany Nuragh.

 

 

 

 

WieĹźa znajdująca się pośrodku obecnie ma ok 13 metrów, a według badaczy miała kiedyś 18 metrów wysokości. Do roku 1949 była ukryta wewnątrz wzgórza, została odkryta przez archeologów i udostępniona zwiedzającym, wykopaliska trwają do dziś, a wieĹźa i otaczające ją budowle została wpisana na listę Unesco.

Jeśli kogoś zainteresowały tajemnicze nuraghi w innych miejscach wyspy polecam stronę (po włosku)

http://www.neroargento.com

Zwiedzanie odbywa się tylko z przewodnikiem, trwa ok. pół godziny i jest dość kosztowne, bilet normalny kosztuje 8 E. W budynku, gdzie znajduje się kasa moĹźna kupić pamiątki a w okolicznych barach przygotowanych na przybycie turystów zjeść posiłek, nawet w środku dnia.

My ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu mniej „turystycznego” miejsca i znaleĹşliśmy je zaledwie kilka kilometrów dalej, w uroczym malutkim miasteczku Tuili, które wyglądało jakby czas się w nim zatrzymał. Wąskie uliczki wyłoĹźone brukiem, drzewka oliwne, krzewy winogron przechodzące na drugą stronę kamiennych murków, karczochy w przydomowych ogródkach i do tego niesamowity spokój zakłócany tylko od czasu do czasu odgłosami dzieci grających w piłkę na głównym placu przed kościołem. W takich miejscach, zupełnie autentycznych, pozbawionych turystycznego blichtru, odczuwam prawdziwą radość i sens podróĹźowania.

 

 

 

 

 

 

 

 

Karczochy w naturalnym środowisku:

 

 

 

 

Jak w prawie kaĹźdym mieście na Sardynii równieĹź w Tuili znaleĹşliśmy murale. Kiedyś malowidła na ścianach były dla Sardyńczyków orężem w walce politycznej o autonomię, dzisiaj murale mają inny cel, czasem są po prostu zabawne, jak na przykład ten z Villaputzu:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasem to sztuka naiwna - Tuili

 

 

 

 

a czasem, a w zasadzie najczęściej, pokazują w dużym formacie prawdziwe życie na wyspie:

 

 

 

 

Na temat sardyńskich murali powstało już wiele prac naukowych, można kupić pięknie wydane albumy z fotografiami najbardziej znanych, a w internecie warto zajrzeć na stronę z galeriami zdjęć z całej wyspy:

 

http://www.muralesinsardegna.net/index.php?act=list_gallery&categoria=1

 

W drodze powrotnej po raz kolejny spotykamy świnki pasące się beztrosko przy drodze, tym razem odpowiadała im rola modelek, zapozowały do zdjęć :

 

 

 

 

i oddaliły się dostojnie..........

 

 

 

 

Kolejny dzień zgodnie z wyznaczonym przez pogodę cyklem – leĹźenie na plaĹźy, chodzenie po plaĹźy, i chodzenie po..... morzu. Brzeg morski w zatoczce Porto Corallo jest tak ukształtowany, Ĺźe po przejściu kilku metrów w głąb morza w wodzie sięgającej mniej więcej pasa, wychodzi się na mieliznę, z wodą sięgającą kostek, i moĹźna tak wędrować unikając niewielkich fal kilkadziesiąt metrów w stronę otwartego morza prawie sucha stopą. Błogie chwile zakłócał jedynie bardzo silny, ale gorący wiatr, niosący ze sobą drobinki piasku, które jeszcze przez kilka tygodni po powrocie do domu nieoczekiwanie wysypywały się a to zza obwoluty książki, a to z kieszeni spodni, albo z etui na okulary...w sumie całkiem przyjemna pamiątka z podróĹźy.

 

W GÓRY

 

 

 

 

O wyborze Sardynii jako miejsca wyprawy, zdecydowało między innymi to, Ĺźe tak niedaleko plaĹźy i morza o którym marzyliśmy od miesięcy, są połoĹźone całkiem spore góry. Przed wyjazdem próbowaliśmy kupić mapy gór Gennargentu, ale oczywiście bezskutecznie. Ostatecznie postanowiliśmy zakupić mapy na miejscu, co w miejscowościach nadmorskich teĹź nie jest łatwą sprawą. Na podstawie doświadczeń wyniesionych z górskich wędrówek po Bałkanach, wyciągnęliśmy, juĹź spory czas temu, wniosek, Ĺźe ludy południowe zamieszkujące tereny pomiędzy górami a morzem, zdecydowanie bardziej są nastawione na eksplorację terenów płaskich, niĹź stromych. Być moĹźe nie leĹźy w naturze południowca wspinanie się w skwarze na szczyty, ale nigdy nie mogłam się nadziwić, Ĺźe ludzie mieszkający u stóp potężnych gór, nie mieli ochoty choćby z czystej ciekawości wejść na gorę i popatrzeć na świat z innej perspektywy. Nie inaczej było i tym razem, w informacji turystycznej budziliśmy zdziwienie pytaniami o mapę gór, a o szlaki nawet nie pytaliśmy, wiedzieliśmy Ĺźe nie ma sensu...Byliśmy zdani na nasze polskie przewodniki i liczyliśmy na to, ze przecieĹź jakieś mapy przy wejściu do parku narodowego muszą w końcu być. Kierując się wskazówkami naszego przewodnika, pojechaliśmy w kierunku miejscowości Oliena, skąd dalej udało nam się trafić na oznakowania prowadzące do miejsca nazywanego Su Gologone – czyli Ĺşródło. Stąd miały wychodzić szlaki do Gola Su Goruppu najgłębszego w Europie kanionu o ścianach sięgających prawie 500 m – celu naszej wycieczki. I owszem Ĺşródło było i to całkiem ciekawe, wypływające spomiędzy wapiennych skał, tworzące w zasadzie małe bulgoczące jeziorko z turkusową wodą o głębokości kilkudziesięciu metrów, tylko szlaku nigdzie nie było. Troszkę zirytowani wróciliśmy na parking, na którym stało kilka budek z pamiątkami, na jednym straganie oprócz miejscowego rzemiosła made in china, leĹźało teĹź kilka map, a pani mówiła po angielsku. Kiedy usłyszała o celu naszej wycieczki, wyglądała na dość przeraĹźoną. Z analizy zakupionej mapy wynikało Ĺźe do wąwozu idzie się ok. 8-9 godzin w jedną stronę, a ukształtowanie terenu wskazywało na to, Ĺźe bez sprzętu wspinaczkowego nie damy rady. W sumie nasz przewodnik nie do końca mijał się z prawdą, z Su Gologone moĹźna dojść do Gola Su Goruppu, tyle Ĺźe raczej nie w jeden dzień i na pewno nie jest to trasa dla przeciętnego turysty. Jednak prawdziwy turysta nigdy się nie poddaje, czasem tylko zmienia cel wyprawy, zaplanowaliśmy wyjście w góry, więc góry muszą być, tylko trochę inne - wąwóz będzie musiał poczekać. Szybko znaleĹşliśmy nowy cel: Monte Tiscali w masywie Supramonte. Monte Tiscali to odkryta w XIX wieku, całkiem dobrze zachowana osada nuorska, kryjąca się wewnątrz krateru wygasłego wulkanu. Według archeologów osada była zamieszkała równieĹź w średniowieczu, a pierwotnie składała się z 60 okrągłych domków, i pomieszczeń mieszkalnych wydrążonych w wapiennych skałach. Według mapy od Tiscali dzieliło nas kilkanaście kilometrów, część trasy postanowiliśmy więc pokonać naszym nowiutkim Punto, nie zwaĹźając na zapis w regulaminie wypoĹźyczalni o zakazie poruszania się poza drogami utwardzonymi. Jeśli jeszcze tego dnia chcieliśmy chociaĹź troszkę zapoznać się z sardyńskimi górami, nie było wyjścia. Z nadzieją na to, Ĺźe w samochodzie nie ma zainstalowanego nadajnika GPS zaczęliśmy się wspinać po szutrowej drodze w kierunku Monte Tiscali. Po około pół godziny bardzo ostroĹźnej jazdy zostawiliśmy samochód na leśnej polance i z nadzieją Ĺźe zastaniemy go po powrocie rozpoczęliśmy górską „wyprawę”. Na całej trasie dojazdowej brak jest jasnego oznakowania dla turystów, zaznaczone są miejsca, w których prowadzone są prace archeologiczne, ale drogowskazu do głównej atrakcji, nie spotkaliśmy ani razu. Nie spodziewaliśmy się teĹź jasno oznakowanych szlaków górskich, znanych nam z polskich gór, ale rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej brutalna, po ok. pół godziny marszu w kierunku wyznaczonym „na czuja”, nie spotkaliśmy Ĺźadnego nawet najmniejszego śladu farby na skale czy drzewie. Przed nami wznosił się dość stromy masyw, na który trzeba było znaleźć jakiś sposób Ĺźeby dotrzeć do celu. Skoro docierali tam Nuorowie, na pewno nie wyposaĹźeni w buty na wibramie, to my teĹź powinniśmy dać radę

 

 

 

 

Po kolejnych kilku kilometrach znaleźliśmy pierwsze oznakowanie szlaku, hmm tylko co ono oznacza ?

 

 

 

 

Odnalezienie kolejnej strzałki dowiodło, że pierwszą zinterpretowaliśmy poprawnie...

 

 

 

 

 

ale tu natrafiliśmy na kolejny problem interpretacyjny, strzałka wskazywała na ścianę skalną, po wnikliwej analizie odnaleźliśmy w niej wąski i stromy przesmyk,

 

 

 

 

przez który przecisnęliśmy się w nadziei Ĺźe właśnie trafiliśmy do wnętrza krateru, ale nic z tego … wyszliśmy na całkiem widowiskową i widokową półkę skalną:

 

 

 

 

która przeszła w jeszcze węższą dróĹźkę, wyglądającą bardziej na uczęszczaną przez kozice niĹź przez turystów, i kiedy juĹź zaczęliśmy wątpić w odnalezienie celu naszej wyprawy, po prawie dwóch godzinach błądzenia po nieoznakowanych skalnych ścieĹźkach, naszym oczom ukazał się następujący widok:

 

 

 

 

Kolejnym punktem była kasa biletowa, a w niej „kustosz” tego nietypowego muzeum-wykopaliska, w stanie wskazującym na lekkie spoĹźycie. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony swoją wzajemną obecnością, czy my czy on, ale po krótkiej angielsko-włosko-migowej dyskusji, ustaliliśmy, Ĺźe jesteśmy z Polski, a skoro jesteśmy z ojczyzny Jana Pawła II, to zdecydowanie jesteśmy wycieczką szkolną i przysługują nam bilety ulgowe. Wnętrze krateru jest rozległe, ściany są wysokie na kilkadziesiąt metrów , więc wewnątrz panuje półmrok. Wokół wytyczona jest ścieĹźka przeznaczona dla zwiedzających, wyraĹşnie widać półokrągłe kamienne „domki” i nietrudno sobie wyobrazić, Ĺźe w tym miejscu istniała kiedyś tętniąca Ĺźyciem osada ludzka. Nasz gospodarz poĹźegnał nas bardzo serdecznie, polecając nam jakąś alternatywną drogę powrotną, ale uznaliśmy, Ĺźe skoro mamy następnego dnia samolot do domu, to wrócimy jednak wypróbowana juĹź trasą. Zejście zajęło nam zdecydowanie mniej czasu, nie skupiając się juĹź na poszukiwaniu drogi, mogliśmy w pełni napawać się pięknem tych gór i przyrody. Strome zbocza porastają skarłowaciałe drzewa, naraĹźone na wiejący mistral, przybierające poskręcane kształty, przypominające pienińskie reliktowe sosny.

 

 

 

To była nasza ostatnia Sardyńska wycieczka, ostatni dzień spędziliśmy na plaĹźy, a wieczorem siedząc na tarasie patrzyliśmy na morze, obserwowaliśmy krążące ptaki i przybywających nowych turystów. Następnego dnia oficjalnie rozpoczynał się sezon turystyczny, jedyny sklep w villagio był juĹź gotowy do otwarcia, obsługa przygotowywała kolejne domki na przybycie gości, pojawił się pierwszy autokar, a wraz z nim nocny szum morza przerwała swojska melodia: Sto lat sto lat...

Rano odzyskaliśmy kaucję za domek, ostatni raz pokonaliśmy górską trase do Cagliari, oddaliśmy nasze dzielne Punto w nienaruszonym stanie, górska wyprawa pozostała niezauwaĹźona więc i tu nie było problemów z kaucją i zasiedliśmy w hali odlotów w nadziei Ĺźe pył wulkaniczny uniemoĹźliwi odlot. Niestety, nie tym razem....Na płycie lotniska poĹźegnało nas mocne uderzenie gorącego mistralu, a z okien samolotu obserwowaliśmy oddalającą się wyspę