Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
RELACJE Z PODRÓŻY
Praca dla Bishop Australian Adventures (z przerwą na Wielką Rafę Koralową)
Autor:
Data dodania do serwisu: 2002-11-15
Relacja obejmuje następujące kraje:
| Oceń relację | Średnia ocena | Ilość ocen |
| 8.22 | 9 | |
6 sierpnia 2001
Ostatni dzien u Rona i Deb. Chopin dziala w warsztacie. Dla mnie nie ma zajecia, bo w poniedzialki przychodzi zajmowac się Lukiem i sprzatac dom umowiona wczesniej starsza Szwedka. Jade stopem na zakupy do Bamagi, po drodze spotykam poznana na promie parke na rowerach - wybieraja się dzisiaj na "Tip". Gotuje dzis dla wszystkich ostatni wieczorny posilek, bo jutro sprobujemy już ruszyc w droge powrotna. Zobaczymy jak nam to pojdzie.
7 sierpnia 2001
Okolo 9 rano zegnamy się z Ronem. Deb z Lukiem odwoza nas do skrzyzowania, parenascie kilometrow za Seisia, do drogi na Cairns. Tu na pustkowiu, nie pozostaje nam nic innego jak czekac. W sumie jet pelnia sezonu - srodek pory suchej, drogi w miare przejezdne i calkiem sporo ludzi dociera az tutaj. Jedyny problem - wszystkie dzipy (a przejechaly już az cztery) sa po przegi zaladowane. Dotarcie tutaj to powazna wyprawa, wiec ludzie taszcza ze soba namioty, kuchenki i przerozne sprzety, tyle ile maja miejsca w samochodzie. Ale wierzymy, ze cos bedzie jechalo z wystarczajaca iloscia wolnej przestrzeni - dla nas i plecakow. Nie tylko bedzie jechalo, ale i się zatrzyma. Dzialamy wedlug przeczytanego gdzies niedawno cytatu: "Be realistic: plan for a miracle".
I rzeczywiscie - zdarza się cud (nie po raz pierwszy w naszej podrozy). Wkrotce po tym, jak Deb zostawia nas na drodze, do warsztatu Rona podjezdza wielki, luksusowy, turystyczny autokar z napedem na cztery kola, z jakims elektrycznym problemem. Ron mowi: "Znam jednego elektryka... Moge po niego pojechac, moze jeszcze nie jest za pozno." Nie jest. Kiedy podjezdza Ron, ciagle stoimy na tym samym skrzyzowaniu. Ron mowi: "Jedziecie do Cairns? Wsiadajcie!" Pozniej dopiero wyjasnia nam o co chodzi. Chopin sprobuje naprawic autobusowi alternator. Autobus zabierze nas do Cairns. I okazuje sie, ze nie bedzie to po prostu przejazd z powrotem przez polwysep, ale super zorganizowana wycieczka z atrakcjami w postaci wodospadow, parkow narodowych, itd. po drodze. Jakis tydzien... Na to nie bylismy przygotowani, ale brzmi niezle. Tylko wyruszenie opozni się do jutra rana. Nam się nie spieszy.
8 sierpnia 2001
Czy moglismy lepiej trafic...? Komfortowy, klimatyzowany, specjalnie zaprojektowany autokar z wielkimi oknami. Firma "Bishops Australian Adventures" organizuje wyprawy turystyczne po calej Australii, nawet w tak odlegle zakatki jak ten. Bruce Bishop - szef firmy prowadzi autokar. Na siedzeniu pilota siedzi jego zona, Lindy. Autokar pelen jest starszych par. Na emeryturze, nie maja co robic, wiec podrozuja - po to przeciez pracowali cale zycie. Wszystkie miejsca w autobusie zajete, ale siedzimy tuz za kierowca, ja na lodowce, Chopin tuz obok, wystarczajaco przestrzeni, super widok. Pomimo braku asfaltu suniemy plynnie jak po masle. Kierowca od czasu do czasu zabawia pasazerow przez mikrofon, puszcza tez tasmy z nagranymi historyjkami o wydarzeniach i historycznych wyprawach w tej czesci kraju.
Wszytko jest niesamowicie sprawnie zorganizowane. Kiedy wczesnym popoludniem docieramy do kampingu, gdzie bedziemy nocowac, Lindy rozklada stoliki i przygotowuje lunch (kazdy sam robi sobie kanapke z wystawionych polproduktow). W tym czasie podjezdza firmowa ciezarowka z dwuosobowa ekipa wspomagajaca. Chopin pomaga rozstawic 20 namiotow dla dziadkow. Wielkie, zielone namioty tak sa skonstruowane, ze rozklada się je w kilkanascie sekund kazdy, bez wbijania kolkow czy szpilek w ziemie. Do tego rozkladamy dwa rzedy stolow i krzesel i organizujemy kuchnie, ktorej zlew i kuchenka wysuwa się z boku ciezarowki. Wszystko do najmniejszego szczegolu przemyslane. Namioty maja numery. Tak jak skladane lozka, ktore dziadkowie sami biora ze specjalnej skrzyni i zanosza do swoich namiotow. Do tego lampka i bateria. W jakas godzine powstaje caly tak zwany "Bush Lodge Camp".
Bierzemy reczniki i idziemy nad pobliskie wodospady. Piaszczyste drogi oraz krajobraz przez caly dzien absolutnie nie zapowiadaly takiej niespodzianki. Wsrod zieleni wylania się nagle dwupoziomowy wodospad - stad nazwa "Twin Falls". Nie tylko wodospad, ale i obszerne jeziorka-baseny utworzone przez strumien u podnoza wodospadu. A kawalek dalej lacza się dwa strumienie i odnajdujemy jeszcze jeden, jeszcze bardziej spektakularny wodospad. Tu strumien ma skaliste brzegi, trudniejsze do zejscia, wiec nikt się tu nie kapie. Nikt... oprocz nas. Woda na tyle gleboka, ze mozna plywac, skakac, nurkowac. W naszej masce i rurce podplywam pod sam wodospad i widze pod woda, jak tworzy tysiace babelkow ukladajacych się w ruchoma mozaike.
9 sierpnia 2001
Drugi dzien przyjemnej wycieczki. Sympatyczne towarzystwo. Zapoznajemy się z dziadkami, owowiadamy o naszej podrozy. Dzis przejezdzamy spory dystans, forsujemy kilka strumieni, ktore nie stanowia najmniejszej przeszkody dla naszego super-busu i poznym popoludniem dojezdzamy do "Archer River Roadhouse", ktory jest dokladnie tym, o czym mowi nazwa, czyli domem przy drodze przy rzece Archer. Dom plus kamping, plus restauracyjka, toalety i prysznice. Posrodku pustkowia, 400 km od Bamaga i kolejne pareset km od Cooktown. Pomagamy rozstawic oboz i idziemy na przechadzke nad rzeke. Teraz, w porze suchej rzeka siega nam mniej wiecej do kolan. Podczas pory mokrej poziom podnosi się do kilku metrow i zalewa wybudowany niedawno most oraz droge.
10 sierpnia 2001
Kolejny dzien w autobusie. Zapoznajemy się dokladniej z wycieczkowa rutyna. Pomagamy serwowac sniadanie oraz zwijac oboz. Podczas dnia przerwa na przedpołudniowa kawe/herbate, ciastka. Potem lunch, podczas ktorego wystawiamy tylko owoce, chleb oraz przygotowane wczesniej pokrojone pomidory, wedliny i inne dodatki do kanapek. Na popołudniowa kawe/herbate zatrzymujemy się w Old Laura Station - "historyczny" budynek, z zeszlego wieku, gdzie posrodku pustkowia, za czasow goraczki zlota zyli ludzie i hodowali bydlo. Pod wieczor wjezdzamy do Lakefield National Park i rozbijamy oboz na samym brzegu uroczej laguny.
11 sierpnia 2001
Glowna atrakcja dzisiejszego dnia jest niewielkie, odizolowane miasteczko Cooktown, do ktorego dojezdzamy tuz przed poludniem. To tu wlasnie w 1770 roku Kapitan Cook przyzeglowal swoim uszkodzonym przez rafe koralowa statkiem i osadzil go na pare miesiecy na brzegu rzeki na naprawy. W ubieglym stuleciu, podczas goraczki zlota, Cooktown bylo ruchliwym 30-tysiecznym miastem z wieloma bankami i 94-oma pubami. Wraz z wyczerpaniem zasobow drogocennego kruszca w okolicy miasto zmalalo do rozmiarow miasteczka z 1400 mieszkancami, trzema pubami i tylko jednym bankiem. Tego wszystkiego dowiadujemy się od lokalnego brodatego przewodnika, w ktorego rece zostajemy oddani wraz z cala grupa. Zawoza nas minibusikami na szczyt wzgorza z latarnia morska, na ktore przychodzil pieszo Kapitan Cook ogladac teren z gory i planowac dalsza podroz i bezpieczne manewrowanie pomiedzy rafami. Rzeczywiscie - widok niezly.
Dzisiejszy nocleg w Tropical Breeze Resort, camping z basenem, z ktorego niezwlocznie korzystamy. Pod wieczor pomagamy Lindy w przygotowaniu lunchu na jutro oraz dzisiejszej, ostatniej już podczas tej wycieczki kolacji.
12 sierpnia 2001
Ostatni dzien wycieczki. Przystanek na lunch jeszcze w lesie, przy uroczym strumieniu, jeszcze przy piaszczystej drodze. Potem już szybki, drastyczny powrot do cywilizacji.
W Cape Tribulation (skad zlapalismy stopa na sama polnoc) zaczyna się asfalt. Widokowa droga, wzdluz wybrzeza, poprzez tropikalny las prowadzi do Port Douglas, ktore ogladmy tylko z okien autobusu (dobrze, ze zatrzymalismy się tu jadac na polnoc). Dalej już prosto i szybko, wieksza, ruchliwa droga do konca wyprawy, czyli z powrotem do turystycznego Cairns. Tu zegnaja się z nami czule dziadkowie. My zostajemy zaproszeni przez Bruca i Lindy do spedzenia nocy (lub jak chcemy, kilku nocy) na kampingu, na ktory jada, kawalek od centrum. Sami wynajmuja tam domek, dla nas maja do dyspozycji jeden ze swoich namiotow.
13 sierpnia 2001
Cairns. Od ponad miesiaca nie widzielismy tylu ulic, tulu ludzi, tylu sklepow, restauracji, biur turystycznych, itd. w jednym miejscu. Korzystajac z udogodnien cywilizacji, wplacamy zarobione ostatnio na polnocy pieniadza do banku, aby w koncu moc przestac nosic przy sobie tyle gotowki. Idziemy na godzine na internet (najtanszy, jaki widzielismy w Australii - 2 australijskie dolary za godzine). Siedzimy dwie godziny, bo zagaduje nas Jason, ktory ostatnio zyje "online" i odpowiada nam jak tylko dostaje od nas list i zaciaga nas na "chata".
Lazimy po miescie, troche szukamy pracy, troche szukamy dla mnie wyprawy na rafe. Pracy poki co nie znajdujemy. Z wyprawa na rafe nie ma problemu. Co drugi sklep tu w Cairns ma wystawiona cala mase ulotek od firm organizujacych calodniowe (lub jak ktos woli - kilkudniowe) wycieczki na rafe z mozliwoscia nurkowania - zarowno "snorkelling" (tylko z maska, rurka i pletwami), jak i "scuba-diving" (prawdziwe nurkowanie z calym sprzetem, butla, itd.) I to bez robienia calego kursu - polgodzinne "introductory diving" dla zupelnie poczatkujacych. Wszystkie agencje oferuja podobny serwis, tylko na roznych lodziach, statkach, katamaranach, czy jachtach, o roznej wielkosci, predkosci i standardzie, i oczywiscie... roznych cenach. Nie mam ochoty plynac najwiekszym, luksusowym statkiem w towarzystwie paruset turystow. Rezerwuje wyprawe na mniejszej lodzi. 100 australijskich $. Wyruszamy jutro o 7:30. Chopin nie ma ochoty na nurkowanie, wiec poplyne sama.
14 sierpnia 2001
O 7:15 zjawiam się na pomoscie, gdzie przycumowany jest stateczek "Seastar II". Schodza się inni uczestnicy wyprawy, trzy dziewczyny z Anglii, para Francuzow, dwoch gosci z Holandii z profesjonalnym statywem, na ktorym maja nie aparat, a... lunete - do ogladania ptakow. Jezdza po swiecie i ogladaja ptaki. A nasz pierwszy przystanek dzisiaj to na rafie Michaelman, przy piaszczystej wysepce z tysiacami ptakow.
Przychodzi kapitan i wpisawszy kazdego na liste, zaprasza nas na poklad. Jestem pierwsza osoba na liscie i na pokladzie. Dostajemy do podpisania dokument mowiacy, ze rozumiemy, ze nurkowanie jest bardzo niebezpiecznym zajeciem i w razie wypadku czy smierci nie bedziemy roscic zadnych pretensji do firmy. Nie wszyscy beda dzis nurkowac, niektorzy jada tylko na przejazdzke lub poplywac z maska i rurka. Kilka osob bedzie nurkowac samodzielne (trzeba skonczyc specjalny kurs), a kilka, tak jak ja, wraz z instruktorem, po raz pierwszy.
Dzis dosc wzburzone morze, wiec jak tylko oddalamy się od ladu, zaczyna niezle bujac. Dwie dziewczyny z powodu choroby morskiej rezygnuja z nurkowania. Reszta dostaje pletwy, maski (dostaje od kapitana korekcyjna maske: minus 2.5 dioptrii, aby zrekompensowac brak okularow pod woda) oraz skafandry. Instruktor w jakies 15 minut wyjasnia nam tajniki podwodnej sztuki. Wszystko sprowadza się dla na do tego, aby caly czas oddychac, szczegolnie przy schodzeniu wglab lub wynurzaniu sie, oraz nie mieszac nic w urzadzeniach przy sprzecie. Instruktor sam bedzie regulowal nam ilosc powietrza w kamizelce, itd. No i nie oddalac się samemu w zakamarki rafy. Uczymy się tez prostych znakow do podwodnej komunikacji.
Przybywamy w poblize piaszczystej wysepki, ktora oslania nas przed wielkimi falami wzburzonego oceanu. Tu pierwsza grupa nurkow: nasz instruktor, ja oraz trzy inne dziewczyny, wsiadamy do malej lodki i plyniemy na brzeg wysepki. Wchodzimy po pas do wody i zakladamy kamizelki z butla i sprzetem. Zanim wyruszymy w glebine, przez jakies 10 minut mamy okazje pocwiczyc odychanie powietrzem z butli przez specjalny ustnik. Uczymy się tez jak odblokowac uszy zatkane cisnieniem oraz jak wydmuchac wode, jesli dostanie nam się do maski. No to wswzystko już wiemy. Teraz jest ostatni moment na zmienienie zdania. Ale nie po to przez to wszystko przeszlismy, aby się teraz wycofac.
Ruszamy. Instruktor w srodku, po obu jego stronach po dwie osoby, trzymamy się wszyscy pod lokcie - tak na pocztek. Jak nabierzemy pewnosci siebie bedzie się mozna poruszac bez trzymania. Machajac pletwami oddalamy się od wysepki, jednoczesnie do przodu i wglab. Pod woda jedyna rzecza jaka slychac, jest swoj wlasny kazdy wdech i wydech wraz z babelkami. To, plus nieziemskie otoczenie sprawia wrazenie, ze znajduje się w zupelnie innym wymiarze. Na poczatku skupiam się tylko na nowym uczuciu, oddychaniu, poruszaniu. Szybko jednak moja uwage przyciaga i calkowicie pochlania ten nowy, niesamowity swiat. Roznych kolorow i nieopisywalnych ksztaltow rafy, korale, stwory, ryby... Schodzimy coraz glebiej w dol, do samego dna. Tam nagle zauwazam, niewidoczne wczesniej stadko bialo-przezroczystych ryb, dokladnie w kolorze piasku. Instruktor pokazuje nam koral w ksztalcie ogromnego polglobu z niebieskimi, spiralnymi, wlochatymi wypustkami. Kiedy zblizy się reke na pare centymetrow, wypustki jedna po drugiej, w mgnieniu oka chowaja się do wewnatrz globu.
Teraz już probujemy poruszac się samodzielnie. Czuje, jak wlatuyje mi do maski woda. Usiluje ja wydmuchnac, ale mi nie wychodzi. Wlewa mi się woda do nosa i co gorsze do ust, nie wiem w jaki sposob, przez ustnik. Za chwile nie bede miala czym oddychac - panikuje - i daje znak instruktorowi, ze musze na gore, na powierzchnie. Wyplywa ze mna. Tam szybko lapie oddech, poprawiam maske, instruktor mowi, ze woda w ustniku to moja wyobraznia. Ja wiem, ze nie, bo niezle się nalykalam. Schodzimy znowu w dol. Tym razem instruktor prowadzi nas w zakamarki rafy, gdzie... mieszka rekin. Podobno nieprowokowany jest niegrozny. Zagladam pod rafe, gdzie się skrywa i nie moge oderwac od niego wzroku. Patrzymy sobie w oczy, jestem jakis metr od niego. Rekin nie jest jednak zadowolony z gosci. Odwraca się do nas tylem i odplywa. Trzymajac instruktora za reke podazamy przez jakis czas za nim. Udaje mi się zrobic zdjecie podwodnym aparatem. Spotykamy jeszcze olbrzymia malze, pare innych stworow i... czas już wracac.
Przezylam! Zrealizowalam marzenie z mojej "listy rzeczy do zrobienia w tym zyciu". Nurkowanie i to nie byle gdzie, a na Wielkiej Rafie Koralowej u wybrzeza Australii. Z tego się ciesze ogromnie. Z czego się nie ciesze, to fakt, ze kapitan decyduje, ze morze dzis jest zbyt wzburzone, aby poplynac w drugie miejsce obiecane podczas tej wycieczki - Hastings Reef - podobno znacznie ciekawsza rafa, z wieksza iloscia kolorowych ryb, lacznie z tymi olbrzymimi, wiekszymi od doroslego czlowieka. Szkoda... Kiedy ochlaniam z wrazenia po nurkowaniu, zauwazam, ze cala się trzese, bo woda, pomimo ze w tropikach, ale jednak zimna. Na statku czeka na nas lunch. Odpoczywam, ogrzewam się i... ide poplywac z maska i rurka. Najpierw przy statku wsrod stada plaskich, rozowych ryb zwabionych rzucanym przez pasazerow chlebem. Potem u wybrzeza wysepki. Teraz mam okazje bez stresu skupic się na chlonieciu dziwow podwodnej natury i pofotografowac.
Kiedy wracamy, nie moge doczekac sie, aby podzielic się wrazeniami z Chopinem, ktory mial po mnie przyjsc na pomost. A tu... Chopina nie ma. Nie przejmuje się z poczatku bardzo, bo wiem, ze nie ma zegarka, ani poczucia czasu. Kiedy nie pojawia się przez pol godziny, wracam sama na kamping. Jest już ciemno, a w naszym namiocie nie ma sladu Chopina, ani jego spiwora, choc jest plecak i inne rzeczy. Dopiero po jakims czasie zauwazam niewielka karteczke: "Robert, ten od ciezarowki zranil reke. Jade go zastapic. Zobaczymy się wkrotce. Buziaki. Chopin'.
Odnajduje Bruca i Lindy, ktorzy wyjasniaja mi o co chodzi. Wyruszyla dzis rano ich kolejna wycieczka, z innym kierowca. Potrzebowali pilnie kogos do obslugi, aby zastapil Roberta. Chopin zgodzil się pojechac. Szukalismy przeciez pracy, a tu praca sama się znalazla. Bruce mowi, ze jesli chce, kupi mi jutro bilet na autobus, abym mogla dolaczyc do wycieczki.
Co za dzien...!
15 sierpnia 2001
Mam lepsze rozwiazanie. Okazuje sie, ze beda potrzebowac Chopina na kolejna taka sama wyprawe na jakiej jest teraz, maja kilka identycznych wycieczek, jedna po drugiej. Wiec po prostu dolacze do Chopina na drugiej wyprawie, a poki co spedze kilka dni tu w Cairns. Lindy i Bruce zgadzaja sie, ze tak bedzie sensowniej. Spedzam wiec dzien w miescie. Na internecie i w galeriach fotograficznych: Petera Lika i Petera Javiera. W galerii z aborygenska sztuka (malarstwo i didgeridoo) znajduje ksiazke z poezja o tematyce aborygenskiej autorstwa Margo Stanislawskiej - Polki, ktora wyemigrowala jako mloda dziewczyna do Australii i otrzymala obywatelstwo i prawa, zanim otrzymali je Aborygeni. Reszte dnia spedzam w bibliotece publicznej, gdzie zanurzam się w prasie, aby zobaczyc co się na swiecie dzieje. Fakt, podrozujemy wlasnie po swiecie, ale troche jestesmy odcieci od biezacych wiadomosci. Gazeta jednak nie mowi wiele pozytywnego - gina kolejne ofiary przemocy w Izraelu, trwa konflikt w Irlandii Polnocnej, problemy w Indonezii i kilkunastu innych miejscach na swiecie...
16 sierpnia 2001
Szary, deszczowy dzien. Ja jednak ogladam barwne kolory na zdjeciach, ktore wywoluje. Od Nowej Zelandii, az do teraz. Jest kilka calkiem niezlych, pare portretow z Vanuatu oraz Wyspy Czwartkowej... Jedynym rozczarowaniem sa moje zdjecia podwodne. Kiepska jakosc, ostrosc, brak koloru. Coz - niewiele mozna zrobic tanim, jednorazowym, podwodnym aparatem. Szkoda.
17 sierpnia 2001
Dzis znowu piekny, sloneczny dzien. Odwiedzam ogrod botaniczny i fotografuje z bliska egzotyczne kwiaty i rosliny. Zaliczam tez piatkowy targ warzywno-owocowy w miescie i wracam wczesnym popoludniem na kamping. Dzis wielkie przygotowania do jutrzejszej wyprawy. Bruce szoruje autokar, Lindy z Denisem (gosc, ktory bedzie jechal z Chopinem w ciezarowce) robi zakupy. Mega-zakupy - dla czterdziestu osob na dziesiec dni. Pomagam pakowac wszystko do bagazowej czesci autobusu. Bruce i Lindy maja dwa autobusy i prowadza dwie, troche nakladajace się wyprawy jednoczesnie. Wyruszamy jutro i za pare dni spotkamy wracajaca wyprawe, z ktora jest teraz Chopin. Pierwsze trzy dni nasza wycieczka zakwaterowana bedzie w motelach, czy domkach, bo ciezarowka z namiotami jest z ta pierwsza wyprawa.
18 sierpnia 2001
Pierwszy dzien dziesieciodniowej wyprawy w region Australii zwany "Gulf Savannah" - na zachod od Cairns. Ok. Dziewiatej rano mamy już wszystkich dziadkow na pokladzie i opuszczamy miasto. Przystanek na przedpołudniowa herbatke przy niewielkim muzeum w Mareeba. Lunch w lesie, niedaleko strumyka z wodospadami i kraterem - pionowa, gleboka dziura w ziemi z zielonym jeziorkiem. Po poludniu dojezdzamy do celu dzisiejszego dnia - Undara Lava Tubes. Parku Narodowego z najdluzszymi na swiecie "tubami", powstalymi na wskutek poteznej erupcji wulkanu. Tuby zobaczymy dopiero jutro (ja - jesli bedzie miejsce w busikach). Dzis dziadkowie rozlokowani sa do specjalnych domkow-namiotow, dosc komfortowych, z lozkami, elektrycznoscia, itd. i jest troche wolnego czasu przed wieczornym posilkiem.
Ide na przechadzke jedna z wielu sciezek w okolicy. Chyba niezle wybralam, bo... spotykam stadko kangurow na polance. Zupelnie się nie boja, obserwuja mnie tylko i pozwalaja powoli podejsc naprawde blisko. Robie kilka portretowych zdjec kangurzycy z wygladajacym z kieszeni malym. Lataja dookola kolorowe papugi. Z pobliskiego skalnego wzgorza roztacza się panoramiczny widok na cala okolice. Sdtad ogladam zachod słońca. Wieczorem przy ognisku jeden z pracownikow parku opowiada historie - o swoich przygodach z krokodylami, wezami, itd.
Zapowiada się wycieczka pelna wrazen.
19 sierpnia 2001
Udaje mi się zalapac na poranna dwugodzinna wycieczke z przewodniczka po tubach.
190 tysiecy lat temu, kiedy obudzil się wulkan Undara, goraca lawa trysnela z krateru i zaczela plynac, szukajac najdogodniejszej drogi, i znajdujac ja w korytach dawnych rzek i strumykow. Powietrze zaczelo ochladzac zewnetrzna warstwe lawy i zamienilo ja w czarna, twarda skorupe, podczas kiedy wewnatrz ciagle plynela lawa, coraz dalej i dalej. Kiedy w koncy wulkan skonczyl swa erupcje, resztki lawy wyplynely nowopowstalymi rurami, zostawiajac puste tunele - niektore o szokujacej dlugosci ponad stu kilometrow. Przez nastepne tysiace lat zycie powoli wrocilo na zdewastowany erupcja teren, roslinnosc pokryla tunele. W wielu miejscach sufit i sciany zapadly sie, otwierajac wejscie do tunelu. Do kilku takich wejsc wlasnie zabiera nas dzis przewodniczka opowiadajac przy tym cala historie. Tunel, w ktorym jestesmy robi wrazenie, cos jak olbrzymia jaskinia, parenascie metrow wysoka, dwadziescia pare szeroka i... ponad sto kilometrow dluga.
W dalszej czesci dnia, przystanek w Mt Surprise, luch w Einasleigh tuz przy wawozie z plynaca w dole rzeka, a po poludniu - zakwaterowanie w Goldfields Hotel w "miasteczku" Forsayth liczacym sobie 90 mieszkancow. Prawdziwy australijski "outback".
20 września 2001
Prawdziwie relaksujacy dzien, bez pakowania, dlugiego podrozowania, nawet bez przygotowywania posilow - sniadanie i wieczorny posilek w Goldsfield Hotel, gdzie zostajemy druga noc. Glowna atrakcja dnia to wyprawa do "Cobbold Gorge" - Wawozu Cobbold, jakas godzine drogi przez pustkowie od Forsayth. Po drodze masa kangurow. Wawoz lezy na prywatnej posiadlosci - olbrzymiej farmie bydla - maja od kilku do kilkunastu tysiecy sztuk porozrzucanych na gigantycznym terenie. Z Cobbold Camping Village specjalne dwa busy zabieraja nas nad sam strumien na dnie skalistego wawozu. Lodzie z bezglosnymi elektrycznymi silnikami zasilanymi z baterii slonecznych zabieraja nas na przejazdzake wsrod trzydziestometrowych klifow. W niektorych miejscach wawoz zweza się do szerokosci niecalych dwoch metrow, tak ze lodz ociera się o skalna sciane. Po drodze na jenej ze skal widzimy... wygrzewajacego się na sloncu krokodyla. A na drugiej skale drugiego, dwa razy wiekszego. To sa te slodkowodne, podobno niegrozne... Po przejazdzce lunch na skalach, nad brzegiem wody - przygotowane przez organizatorow barbeque.
Poznym popoludniem wycieczka na pobliska "Castle Rock" - Skale Zamkowa - skaliste wzgorze, z ktorego podziwiamy australijskie pustkowie oraz zachod słońca. Wieczorem z powrotem w hotelu eleganco podany obiad, z ktorego ani jedna potrawa nie jest weganska. Ale to szczegol, i tak mam niezla wycieczke.
21 sierpnia 2001
Podazajac droga o nazwie "Developmental Road" robimy dzis spory dystans, pareset kilometrow przez wielkie, puste przestrzenie, z przystankiem na lunch w niepozorynm miasteczku, a raczej wiosce Croydon - wielce historycznym (ktorego historia siega az XIX wieku), powstalym jak wiele miejscowosci w tej czesci kraju jako rezultat goraczki zlota. Glowna atrakcja dzisiejszego dnia jest przejazdzka rownie historycznym pociagiem - Gulflander Train. Pociag jak pociag - Australijczycy strasznie się nim ekscytuja, bo wiele pociagow tu nie maja, glownym srodkiem transportu jest wlasny samochod, lub ? na ciut wieksze odleglosci - samolot. Dodatkowa atrakcja tego pociagu jest to, ze obecnie funkcjonuje glownie jako pociag turystyczny, z nieustannym komentarzem przez glosniki i przystankiem na zrobienie zdjec. Pociagiem dojezdzamy do Normanton, skad Bruce zabiera nas dalej do Karumba - miasteczko nad sama zatoka Carpentaria.
Tu - przejzadzka lodzia po rzece Norman, ktora uchodzi do zatoki. Nad lodzia kraza "sea eagles" (orly morskie), na brzegu brodza eleganckie, dlugonogie "jabaru" oraz inne ptaki, ktorych nigdy nie widzialam, ani nazw nie znam. O zachodzie słońca serwuja nam drinki i przekaski (krewetki - ktore sa tu lowione w wielkich ilosciach i eksportowane do Japonii).
Teraz dziadkowie racza się kolacja (dzis na wlasny rachunek) w restauracji przy Hotelu Karumba. Jak skoncza, wracamy do Normanton, gdzie spotkam się z Chopinem, ktorego grupa jest już w drodze powrotnej do Cairns. Teraz Chopin z ciezarowka pomocnicza dolacza do naszej grupy. To pierwszy raz podczas naszej podrozy, kiedy bylismy osobno przez tak dlugi czas (8 dni!).
22 sierpnia 2001
Przydalo nam się tych kilka dni rozstania - jak milo bylo wczoraj wieczorem wpasc sobie w ramiona - i docenic wzajemnie swoje istnienie. Nacieszywszy się soba w nocy i rano, po sniadaniu znowu nadszedl czas rozstania - tym razem tylko do popoludnia. Chopin jedzie w ciezarowce z Denisem, ja kontynuuje w autobusie.
Rano zwiedamy stacje kolejowa oraz reszte miasteczka Normanton. Fotografujemy się z pomnikiem - naturalnej wielkosci wierna kopia krokodyla - najwiekszego, jaki kiedykolwiek zostal znaleziony. Krys - "The Savannah King" - 8 metrow 63 cm (!) robi wrazenie. Zlapany na rzece Norman w 1957 roku przez kobiete o polskobrzmiacym imieniu: Krystina Pawloski.
Przez wiekszosc dnia jedziemy przez pustkowia sawanny nieasfaltowana droga. Odwiedzamy "camp", gdzie zatrzymali się w 1860 roku odkrywcy Burke i Wills - pierwsi biali ludzie, ktorzy przwedrowali z poludnia na polnoc australijskiego kontynentu. Niestety, w drodze powrotnej wszysy uczestnicy wyprawy oprocz jednego zgineli.
Dalej zatrzymujemy się przy wodospadach, w ktorych aktualnie nia ma wody - pora sucha! Podobnie przejezdzamy korytami szerokich, poteznych rzek, obecnie bezwodnych. W koncuy docieramy do odizolowanego od swiata Burktown ? kwitnacego w czasie goraczki zlota, obecnie liczacego sobie 173 mieszkancow. Tu spotykam się znowu z Chopinem, ktory z Denisem przygotowal już caly oboz na kampingu, gdzie zatrzymamy się przez kolejne dwie noce.
23 sierpnia 2001
Dzien odpoczynku od podrozy. Dziadkowie we wlasnym zakresie jada na zorganizowane wycieszki na ryby oraz przelot samolotem nad okolica. My, w tej niewielkiej wiosce znajdujemy dwa miejsca z publicznym internetem - jedno w bibliotece, drugie w szkole. Szkola robi na mnie wrazenie. Czterdziestu paru uczniow w calej szkole ma do dyspozycji niezla biblioteke z super wyposazona sala komputerowa - siedem szybkich, nowoczesnych komputerow z dostepem do internetu. Sprzet udostepniany jest nieodplatnie ludziom z zewnatrz... tak wiec nadrabiamy zaleglosci w korespondencji.
24 sierpnia 2001
Rano Bruce obwozi cala wycieczke po kilku historycznych miejscach w okolicy Burktown, gdzie sto paredziesiat lat temu poszukiwali się nawzajem pierwsi biali niefortunni odkrywcy tych terenow.
Dalej pare przystankow nad roznymi strumykami i po poludniu docieramy do kulminacyjnego punktu wyprawy - Lawn Hill National Park, gdzie czeka już przygotowany oboz przez Chopina i Denisa. Idealne, rajskie miejsce - zupelnie niespodziewanie, po setkach kilometrow wysuszonego pustkowia, nagle taka oaza, z intensywnie zielona rzeka w kanionie i bujna roslinnoscia wokol. Chopin zaprzyjaznil się z ludzmi w namiocie tuz obok naszego obozu na kampingu i proponuja mu skorzystanie z ich kajaka. Tak wiec wioslujemy wzdluz kanionu z brazowo-czerwonymi skalami. Widzimy po drodze zolwie. Nie widzimy krokodyla, ktory wygrzewal się na pniu, bo wystrasza go przeplywajaca z naprzeciwka glosna para w kajaku. Doplywamy do wodospadow, gdzie Chopin przywiazuje kajak do skaly i wskakujemy do wody. Pomiedzy skala i wodospadem natura stworzyla bulgoczace nieustannie, naturalne "jacuzi". Raj.
25 sierpnia 2001
Dzisiejszy dzien, bez przaemieszczania sie, przeznaczony jest na chloniecie tego miejsca, spacery, plywanie, kajakowanie, obserwowanie ptakow, kangurow, itd. To wlasnie caly dzien robimy. Po zwalonym pniu przedostajemy się na wyspe, gdzie sciezka prowadzi do skal z aborygenskim malunkiem teczy. Wspinamy się na klify, skad roztacza się widok na zielona okolice i wawoz z woda. W drodze powrotnej idziemy nad kaskady i pluskamy się w wodzie.
Po lunchu nasi sasiedzi raz jeszcze pozyczaja nam kajak. I tu zaczyna się przygoda. Zamiast plynac tam, gdzie wszyscy, plyniemy w druga strone. Wkrotce tarasuja nam droge klody. Chopin upiera sie, aby przeniesc kajak dookola, dalej bedzie wolna droga, mowi. Taszczymy wiec kajak przez skaly i kszaczory, calkiem spory dystans, bo tarasujace przeplyw powalone drzewa tak szybko się nie koncza. Kiedy spuszczamy kajak na wode, plyniemy spokojnie dalej... przez chwile. Bo - przed nami wodospad. Nie jakis wielki, malutki, ale mimo wszystko nie do przeplyniecia kajakiem. W ostatnim momencie udaje mi się wyskoczyc (wraz z plecaczkiem ze sprzetem fotograficznym!) na brzeg, a Chopin splywa w dol wodospadu, gdzie woda calkowicie zalewa jego i kajak. Na szczescie plastikowy, wiec nie tonie. Teraz już nie mamy wyboru, trzeba kontynuowac dookola wyspy. Wiec kontynuujemy. Obserwuje nas zdziwiony kangur z brzegu. Kilka innych w podskokach ucieka. Widzimy wystajaca z powierzchni wody glowe krokodyla, ktory kulturalnie usuwa nam się z drogi. Dalej kilka jeszcze przejsc i przeciagniec kajaka przez wystajace z wody skaly i galezie. W koncu wyplywamy na szeroka, gleboka wode bez przeszkod i wracamy - z drugiej strony wyspy, do miejsca z ktorego wyplynelismy. Uff...
Dzisiejszy wieczor jest ostatnim dla tej grupy w tym miejscu i ostatnim dla nich razem z Lindy i Brucem. Jutro wyruszaja w droge powrotna do Cairns, a Bishopowie oraz my przejmujemy kolejna grupe dziadkow z drugiego autobusu. Z okazji ostatniej nocy dziadkowie przygotowuja wieczor rozrywki, z krotkimi przedstawieniami, zartami, opowiesciami, poezja. Trafila nam się niezla, zgrana grupa, ktora potrafi się smiac i dobrze bawic. Ostatnim punktem programu sa "goscie z Polski z opowiescia o swojej podrozy".
26 sierpnia 2001
Tuz po sniadaniu Chopin pomaga spakowac 40 walizek do autobusu i zegnamy się z nasza grupa. Druga zjawi się dopiero po poludniu, wiec mamy caly dzien dla siebie. Robimy sobie pare kanapek na lunch i idziemy przejsc się sciezkami, na ktorych nas jeszcze nie bylo. Kanion, w ktorym plynelismy kajakiem ogladamy teraz z innej perspektywy - ze szczytu czerwonego klifu. Schodzimy potem na dol i kapiemy się raz jeszcze przy wodospadach. Tym razem z nasza maska i rurka - ogladam pasiaste i cetkowane ryby, ktore gromadza się tuz pod wodospadem. Chopin nurkuje na samo dno i mowi, ze ryby patrzyly na niego szczerze zdziwione.
27 sierpnia 2001
Kolejny, ostatni już dzien w Lawn Hill National Park. Wybieramy się przed poludniem w ostatnie miejsce, w jakim jeszcze nie bylismy - na punkt widokowy na niedalekim skalnym wzgorzu. Przez reszte dnia relaksujemy się na kampingu oraz pomagamy Lindy w kuchni. Odwiedza nas lokalny "wallabie" (rodzaj kangura), wiecznie szukajacy czegos do jedzenia wsrod odpadkow z ludzkich stolow.
28 sierpnia 2001
Wyruszamy w droge powrotna - tymi samymi drogami i z przystankami w tych samych miejscach co z poprzednia grupa, tylko w odwrotnej kolejnosci. Nie bedzie już wiec az tak ciekawie, ale zawsze droga powrotna wyglada inaczej. Bez pospiechu docieramy dzis z powrotem do Burketown - tego odizolowanego miasteczka ze 173 mieszkancami - i zatrzymujemy się na dwie noce na kampingu przy Burke Street. Pomiedzy namiotami spaceruje tak jak tydzien temu dlugonoga "brolga", szary, elegancki ptak wielkosci malego strusia. Pomagamy Lindy w przygotowaniu wieczornego posilku dla 43 osob - niestety co dzien wielkie ilosci miesa. My kroimy marchewke, otwieramy puszki, pomagamy serwowac. Potem zmywac gary i sztucce, bo talerze i miseczki sa jednorazowe.
29 sierpnia 2001
Dzien w Burketown. Podczas kiedy dziadkowie zwiedzaja okolice turystycznym samolicikiem, my spedzamy dzien w lokalnej szkolce na internecie. Z e-maila z domu dowiaduje sie, ze podczas kiedy my jestesmy tu w Australii, mama przywiozla wlasnie z Krakowa mlodego Australijczyka, ktory bedzie mieszkal z moja rodzina przez pare miesiecy i uczyl ich angielskiego.
30 sierpnia 2001
Suniemy dalej z Bishop Australian Adventures. Calkiem niezla grupa dziadkow, z poczuciem humoru, sporo poetow, niektorzy podczas drogi czytaja przez mikrofon swoje utwory. Po poludniu zatrzymujemy się na chwile w Normanton kolo slynnego "Purple Pub". A po drugiej stronie ulicy... nie wierze wlasnym oczom... nasz "carnival"! Tzn. już nie nasz. Nie myslalam, ze jeszcze ich zobaczymy. Ide sprawdzic, czy kogos zastane, ale prawie nikogo nie ma w domu. Tylko nasz byly szef w swojej przyczepie, jak zwykle liczacy pieniadze - zbyt zajety aby ze mna gadac. Ale spotykam Toniego, mlodego Kanadyjczyka, mowi ze na wyspie Badu bylo przyjemnie, na Saibai (te wyspe tuz kolo Papua Nowej Gwinei) nie pojechali. Fiona i Kirsty (szkockie siostry) sa na basenie, reszta ludzi gdzies w miasteczku. Jutro jeszze się tu zatrzymamy, wiec moze się z nimi zobacze. Dzis jedziemy na noc do Karumba nad sama zatoke Carpentaria. Tam dziadkowie oraz Chopin z Denisem ida na przejazdzke "sunset cruise" po rzece Normanton. Ja bylam ostatnim razem.
31 sierpnia 2001
Dlugi dzien w autobusie z kilkoma ciekawymi przystankami. Pierwszy w Normanton, gdzie spotykam się z Kirsty i Fiona. Jezdza już z carnivalem od trzech miesiecy i maja już troche dosyc. Zobaczyly niezly kawalek Australii, glownie miejsca, gdzie wiekszosc turystow niegdy nie dociera, zarobily i zaoszczedzily kupe kasy, teraz nie moga się doczekac, kiedy zaczna ja wydawac. Bruce zaprasza dziewczyny na poranna herbatke z dziadkami. Lunch w Croydon. "Icecream stop" (przystanek na loda) w George Town (300 mieszkancow), nocleg w Forsayth (90 mieszkancow). Wszystkie te miejscowosci byly za czasow goraczki zlota sporymi, kwitnacymi miastami.
1 września 2001
Dzien w Forsayth. Jestem pod wrazeniem. W "miasteczku" z 90-cioma mieszkancami nie maja sklepu, ale maja biblioteke z internetem oraz szkole z dziewiecioma uczniami oraz... szescioma komputerami.
Dziadkowie dzisiaj zwiedzaja kanion Cobbold, mysmy już byli, wiec wykorzystujemy dzien na zeskanowanie moich zdjec, bo... tak, w tym odludnym miasteczku znajdujemy tez skaner. Wlasciciel jedynego tutaj pubu i hotelu pozwala nam skorzystac u siebie w biurze. Forsayth nie na prozno slynie ze swej goscinnosci.
2 września 2001
Przedostatni dzien wyprawy. Dlugi dzien w autobusie. Po poludniu grupa pakuje się do dwoch mniejszych busikow i jedzie za dwugodzinne zwiedzanie tuneli z lawy. Ja spedzam ten czas w wagonie kolejowym przerobionym na czytelnie i biblioteke. Robi na mnie wrazenie artykul o niewidomym mezczyznie, ktory zdobyl Mt. Everest.
Po zmroku dopiero dobijamy do dzisiejszego (ostatniego) noclegu w Mt. Garnet. Chopin z Denisem wedlug instrukcji Lindy przygotowali już wiekszosc wieczornego posilku, wiec nie jest zle. Ostatni wieczor - wiec po kolacji troche przemowien, poezji, zartow, itd. Ian, grupowy poeta, odczytuje wiersz, ktory zainspirowana sklecilam w autobusie na temat tej wyprawy.
3 września 2001
Rano pozegnanie z dziadkami. Dostajemy pare adresow w Sydney, Melbourne, itd. Dzis jade w ciezarowce z Chopinem i Denisem, bo znacznie szybciej docieraja do Cairns. Mamy troche spraw do zalatwienia - poczta, bank, etc. Chcemy tez zobaczyc, czy uda nam się znalezc i kupic jakis lekki, ale dobry namiot. Do tej pory obywalismy się bez, ale czujemy, ze chyba przyszedl czas, aby sprawic sobie przenosny domek. Wieczorem Lindy z Brucem zapraszaja nas i Denisa do restauracji. Jestesmy razem z nimi na kampingu kawalek od centrum miasta.
Ostatni dzien u Rona i Deb. Chopin dziala w warsztacie. Dla mnie nie ma zajecia, bo w poniedzialki przychodzi zajmowac się Lukiem i sprzatac dom umowiona wczesniej starsza Szwedka. Jade stopem na zakupy do Bamagi, po drodze spotykam poznana na promie parke na rowerach - wybieraja się dzisiaj na "Tip". Gotuje dzis dla wszystkich ostatni wieczorny posilek, bo jutro sprobujemy już ruszyc w droge powrotna. Zobaczymy jak nam to pojdzie.
7 sierpnia 2001
Okolo 9 rano zegnamy się z Ronem. Deb z Lukiem odwoza nas do skrzyzowania, parenascie kilometrow za Seisia, do drogi na Cairns. Tu na pustkowiu, nie pozostaje nam nic innego jak czekac. W sumie jet pelnia sezonu - srodek pory suchej, drogi w miare przejezdne i calkiem sporo ludzi dociera az tutaj. Jedyny problem - wszystkie dzipy (a przejechaly już az cztery) sa po przegi zaladowane. Dotarcie tutaj to powazna wyprawa, wiec ludzie taszcza ze soba namioty, kuchenki i przerozne sprzety, tyle ile maja miejsca w samochodzie. Ale wierzymy, ze cos bedzie jechalo z wystarczajaca iloscia wolnej przestrzeni - dla nas i plecakow. Nie tylko bedzie jechalo, ale i się zatrzyma. Dzialamy wedlug przeczytanego gdzies niedawno cytatu: "Be realistic: plan for a miracle".
I rzeczywiscie - zdarza się cud (nie po raz pierwszy w naszej podrozy). Wkrotce po tym, jak Deb zostawia nas na drodze, do warsztatu Rona podjezdza wielki, luksusowy, turystyczny autokar z napedem na cztery kola, z jakims elektrycznym problemem. Ron mowi: "Znam jednego elektryka... Moge po niego pojechac, moze jeszcze nie jest za pozno." Nie jest. Kiedy podjezdza Ron, ciagle stoimy na tym samym skrzyzowaniu. Ron mowi: "Jedziecie do Cairns? Wsiadajcie!" Pozniej dopiero wyjasnia nam o co chodzi. Chopin sprobuje naprawic autobusowi alternator. Autobus zabierze nas do Cairns. I okazuje sie, ze nie bedzie to po prostu przejazd z powrotem przez polwysep, ale super zorganizowana wycieczka z atrakcjami w postaci wodospadow, parkow narodowych, itd. po drodze. Jakis tydzien... Na to nie bylismy przygotowani, ale brzmi niezle. Tylko wyruszenie opozni się do jutra rana. Nam się nie spieszy.
8 sierpnia 2001
Czy moglismy lepiej trafic...? Komfortowy, klimatyzowany, specjalnie zaprojektowany autokar z wielkimi oknami. Firma "Bishops Australian Adventures" organizuje wyprawy turystyczne po calej Australii, nawet w tak odlegle zakatki jak ten. Bruce Bishop - szef firmy prowadzi autokar. Na siedzeniu pilota siedzi jego zona, Lindy. Autokar pelen jest starszych par. Na emeryturze, nie maja co robic, wiec podrozuja - po to przeciez pracowali cale zycie. Wszystkie miejsca w autobusie zajete, ale siedzimy tuz za kierowca, ja na lodowce, Chopin tuz obok, wystarczajaco przestrzeni, super widok. Pomimo braku asfaltu suniemy plynnie jak po masle. Kierowca od czasu do czasu zabawia pasazerow przez mikrofon, puszcza tez tasmy z nagranymi historyjkami o wydarzeniach i historycznych wyprawach w tej czesci kraju.
Wszytko jest niesamowicie sprawnie zorganizowane. Kiedy wczesnym popoludniem docieramy do kampingu, gdzie bedziemy nocowac, Lindy rozklada stoliki i przygotowuje lunch (kazdy sam robi sobie kanapke z wystawionych polproduktow). W tym czasie podjezdza firmowa ciezarowka z dwuosobowa ekipa wspomagajaca. Chopin pomaga rozstawic 20 namiotow dla dziadkow. Wielkie, zielone namioty tak sa skonstruowane, ze rozklada się je w kilkanascie sekund kazdy, bez wbijania kolkow czy szpilek w ziemie. Do tego rozkladamy dwa rzedy stolow i krzesel i organizujemy kuchnie, ktorej zlew i kuchenka wysuwa się z boku ciezarowki. Wszystko do najmniejszego szczegolu przemyslane. Namioty maja numery. Tak jak skladane lozka, ktore dziadkowie sami biora ze specjalnej skrzyni i zanosza do swoich namiotow. Do tego lampka i bateria. W jakas godzine powstaje caly tak zwany "Bush Lodge Camp".
Bierzemy reczniki i idziemy nad pobliskie wodospady. Piaszczyste drogi oraz krajobraz przez caly dzien absolutnie nie zapowiadaly takiej niespodzianki. Wsrod zieleni wylania się nagle dwupoziomowy wodospad - stad nazwa "Twin Falls". Nie tylko wodospad, ale i obszerne jeziorka-baseny utworzone przez strumien u podnoza wodospadu. A kawalek dalej lacza się dwa strumienie i odnajdujemy jeszcze jeden, jeszcze bardziej spektakularny wodospad. Tu strumien ma skaliste brzegi, trudniejsze do zejscia, wiec nikt się tu nie kapie. Nikt... oprocz nas. Woda na tyle gleboka, ze mozna plywac, skakac, nurkowac. W naszej masce i rurce podplywam pod sam wodospad i widze pod woda, jak tworzy tysiace babelkow ukladajacych się w ruchoma mozaike.
9 sierpnia 2001
Drugi dzien przyjemnej wycieczki. Sympatyczne towarzystwo. Zapoznajemy się z dziadkami, owowiadamy o naszej podrozy. Dzis przejezdzamy spory dystans, forsujemy kilka strumieni, ktore nie stanowia najmniejszej przeszkody dla naszego super-busu i poznym popoludniem dojezdzamy do "Archer River Roadhouse", ktory jest dokladnie tym, o czym mowi nazwa, czyli domem przy drodze przy rzece Archer. Dom plus kamping, plus restauracyjka, toalety i prysznice. Posrodku pustkowia, 400 km od Bamaga i kolejne pareset km od Cooktown. Pomagamy rozstawic oboz i idziemy na przechadzke nad rzeke. Teraz, w porze suchej rzeka siega nam mniej wiecej do kolan. Podczas pory mokrej poziom podnosi się do kilku metrow i zalewa wybudowany niedawno most oraz droge.
10 sierpnia 2001
Kolejny dzien w autobusie. Zapoznajemy się dokladniej z wycieczkowa rutyna. Pomagamy serwowac sniadanie oraz zwijac oboz. Podczas dnia przerwa na przedpołudniowa kawe/herbate, ciastka. Potem lunch, podczas ktorego wystawiamy tylko owoce, chleb oraz przygotowane wczesniej pokrojone pomidory, wedliny i inne dodatki do kanapek. Na popołudniowa kawe/herbate zatrzymujemy się w Old Laura Station - "historyczny" budynek, z zeszlego wieku, gdzie posrodku pustkowia, za czasow goraczki zlota zyli ludzie i hodowali bydlo. Pod wieczor wjezdzamy do Lakefield National Park i rozbijamy oboz na samym brzegu uroczej laguny.
11 sierpnia 2001
Glowna atrakcja dzisiejszego dnia jest niewielkie, odizolowane miasteczko Cooktown, do ktorego dojezdzamy tuz przed poludniem. To tu wlasnie w 1770 roku Kapitan Cook przyzeglowal swoim uszkodzonym przez rafe koralowa statkiem i osadzil go na pare miesiecy na brzegu rzeki na naprawy. W ubieglym stuleciu, podczas goraczki zlota, Cooktown bylo ruchliwym 30-tysiecznym miastem z wieloma bankami i 94-oma pubami. Wraz z wyczerpaniem zasobow drogocennego kruszca w okolicy miasto zmalalo do rozmiarow miasteczka z 1400 mieszkancami, trzema pubami i tylko jednym bankiem. Tego wszystkiego dowiadujemy się od lokalnego brodatego przewodnika, w ktorego rece zostajemy oddani wraz z cala grupa. Zawoza nas minibusikami na szczyt wzgorza z latarnia morska, na ktore przychodzil pieszo Kapitan Cook ogladac teren z gory i planowac dalsza podroz i bezpieczne manewrowanie pomiedzy rafami. Rzeczywiscie - widok niezly.
Dzisiejszy nocleg w Tropical Breeze Resort, camping z basenem, z ktorego niezwlocznie korzystamy. Pod wieczor pomagamy Lindy w przygotowaniu lunchu na jutro oraz dzisiejszej, ostatniej już podczas tej wycieczki kolacji.
12 sierpnia 2001
Ostatni dzien wycieczki. Przystanek na lunch jeszcze w lesie, przy uroczym strumieniu, jeszcze przy piaszczystej drodze. Potem już szybki, drastyczny powrot do cywilizacji.
W Cape Tribulation (skad zlapalismy stopa na sama polnoc) zaczyna się asfalt. Widokowa droga, wzdluz wybrzeza, poprzez tropikalny las prowadzi do Port Douglas, ktore ogladmy tylko z okien autobusu (dobrze, ze zatrzymalismy się tu jadac na polnoc). Dalej już prosto i szybko, wieksza, ruchliwa droga do konca wyprawy, czyli z powrotem do turystycznego Cairns. Tu zegnaja się z nami czule dziadkowie. My zostajemy zaproszeni przez Bruca i Lindy do spedzenia nocy (lub jak chcemy, kilku nocy) na kampingu, na ktory jada, kawalek od centrum. Sami wynajmuja tam domek, dla nas maja do dyspozycji jeden ze swoich namiotow.
13 sierpnia 2001
Cairns. Od ponad miesiaca nie widzielismy tylu ulic, tulu ludzi, tylu sklepow, restauracji, biur turystycznych, itd. w jednym miejscu. Korzystajac z udogodnien cywilizacji, wplacamy zarobione ostatnio na polnocy pieniadza do banku, aby w koncu moc przestac nosic przy sobie tyle gotowki. Idziemy na godzine na internet (najtanszy, jaki widzielismy w Australii - 2 australijskie dolary za godzine). Siedzimy dwie godziny, bo zagaduje nas Jason, ktory ostatnio zyje "online" i odpowiada nam jak tylko dostaje od nas list i zaciaga nas na "chata".
Lazimy po miescie, troche szukamy pracy, troche szukamy dla mnie wyprawy na rafe. Pracy poki co nie znajdujemy. Z wyprawa na rafe nie ma problemu. Co drugi sklep tu w Cairns ma wystawiona cala mase ulotek od firm organizujacych calodniowe (lub jak ktos woli - kilkudniowe) wycieczki na rafe z mozliwoscia nurkowania - zarowno "snorkelling" (tylko z maska, rurka i pletwami), jak i "scuba-diving" (prawdziwe nurkowanie z calym sprzetem, butla, itd.) I to bez robienia calego kursu - polgodzinne "introductory diving" dla zupelnie poczatkujacych. Wszystkie agencje oferuja podobny serwis, tylko na roznych lodziach, statkach, katamaranach, czy jachtach, o roznej wielkosci, predkosci i standardzie, i oczywiscie... roznych cenach. Nie mam ochoty plynac najwiekszym, luksusowym statkiem w towarzystwie paruset turystow. Rezerwuje wyprawe na mniejszej lodzi. 100 australijskich $. Wyruszamy jutro o 7:30. Chopin nie ma ochoty na nurkowanie, wiec poplyne sama.
14 sierpnia 2001
O 7:15 zjawiam się na pomoscie, gdzie przycumowany jest stateczek "Seastar II". Schodza się inni uczestnicy wyprawy, trzy dziewczyny z Anglii, para Francuzow, dwoch gosci z Holandii z profesjonalnym statywem, na ktorym maja nie aparat, a... lunete - do ogladania ptakow. Jezdza po swiecie i ogladaja ptaki. A nasz pierwszy przystanek dzisiaj to na rafie Michaelman, przy piaszczystej wysepce z tysiacami ptakow.
Przychodzi kapitan i wpisawszy kazdego na liste, zaprasza nas na poklad. Jestem pierwsza osoba na liscie i na pokladzie. Dostajemy do podpisania dokument mowiacy, ze rozumiemy, ze nurkowanie jest bardzo niebezpiecznym zajeciem i w razie wypadku czy smierci nie bedziemy roscic zadnych pretensji do firmy. Nie wszyscy beda dzis nurkowac, niektorzy jada tylko na przejazdzke lub poplywac z maska i rurka. Kilka osob bedzie nurkowac samodzielne (trzeba skonczyc specjalny kurs), a kilka, tak jak ja, wraz z instruktorem, po raz pierwszy.
Dzis dosc wzburzone morze, wiec jak tylko oddalamy się od ladu, zaczyna niezle bujac. Dwie dziewczyny z powodu choroby morskiej rezygnuja z nurkowania. Reszta dostaje pletwy, maski (dostaje od kapitana korekcyjna maske: minus 2.5 dioptrii, aby zrekompensowac brak okularow pod woda) oraz skafandry. Instruktor w jakies 15 minut wyjasnia nam tajniki podwodnej sztuki. Wszystko sprowadza się dla na do tego, aby caly czas oddychac, szczegolnie przy schodzeniu wglab lub wynurzaniu sie, oraz nie mieszac nic w urzadzeniach przy sprzecie. Instruktor sam bedzie regulowal nam ilosc powietrza w kamizelce, itd. No i nie oddalac się samemu w zakamarki rafy. Uczymy się tez prostych znakow do podwodnej komunikacji.
Przybywamy w poblize piaszczystej wysepki, ktora oslania nas przed wielkimi falami wzburzonego oceanu. Tu pierwsza grupa nurkow: nasz instruktor, ja oraz trzy inne dziewczyny, wsiadamy do malej lodki i plyniemy na brzeg wysepki. Wchodzimy po pas do wody i zakladamy kamizelki z butla i sprzetem. Zanim wyruszymy w glebine, przez jakies 10 minut mamy okazje pocwiczyc odychanie powietrzem z butli przez specjalny ustnik. Uczymy się tez jak odblokowac uszy zatkane cisnieniem oraz jak wydmuchac wode, jesli dostanie nam się do maski. No to wswzystko już wiemy. Teraz jest ostatni moment na zmienienie zdania. Ale nie po to przez to wszystko przeszlismy, aby się teraz wycofac.
Ruszamy. Instruktor w srodku, po obu jego stronach po dwie osoby, trzymamy się wszyscy pod lokcie - tak na pocztek. Jak nabierzemy pewnosci siebie bedzie się mozna poruszac bez trzymania. Machajac pletwami oddalamy się od wysepki, jednoczesnie do przodu i wglab. Pod woda jedyna rzecza jaka slychac, jest swoj wlasny kazdy wdech i wydech wraz z babelkami. To, plus nieziemskie otoczenie sprawia wrazenie, ze znajduje się w zupelnie innym wymiarze. Na poczatku skupiam się tylko na nowym uczuciu, oddychaniu, poruszaniu. Szybko jednak moja uwage przyciaga i calkowicie pochlania ten nowy, niesamowity swiat. Roznych kolorow i nieopisywalnych ksztaltow rafy, korale, stwory, ryby... Schodzimy coraz glebiej w dol, do samego dna. Tam nagle zauwazam, niewidoczne wczesniej stadko bialo-przezroczystych ryb, dokladnie w kolorze piasku. Instruktor pokazuje nam koral w ksztalcie ogromnego polglobu z niebieskimi, spiralnymi, wlochatymi wypustkami. Kiedy zblizy się reke na pare centymetrow, wypustki jedna po drugiej, w mgnieniu oka chowaja się do wewnatrz globu.
Teraz już probujemy poruszac się samodzielnie. Czuje, jak wlatuyje mi do maski woda. Usiluje ja wydmuchnac, ale mi nie wychodzi. Wlewa mi się woda do nosa i co gorsze do ust, nie wiem w jaki sposob, przez ustnik. Za chwile nie bede miala czym oddychac - panikuje - i daje znak instruktorowi, ze musze na gore, na powierzchnie. Wyplywa ze mna. Tam szybko lapie oddech, poprawiam maske, instruktor mowi, ze woda w ustniku to moja wyobraznia. Ja wiem, ze nie, bo niezle się nalykalam. Schodzimy znowu w dol. Tym razem instruktor prowadzi nas w zakamarki rafy, gdzie... mieszka rekin. Podobno nieprowokowany jest niegrozny. Zagladam pod rafe, gdzie się skrywa i nie moge oderwac od niego wzroku. Patrzymy sobie w oczy, jestem jakis metr od niego. Rekin nie jest jednak zadowolony z gosci. Odwraca się do nas tylem i odplywa. Trzymajac instruktora za reke podazamy przez jakis czas za nim. Udaje mi się zrobic zdjecie podwodnym aparatem. Spotykamy jeszcze olbrzymia malze, pare innych stworow i... czas już wracac.
Przezylam! Zrealizowalam marzenie z mojej "listy rzeczy do zrobienia w tym zyciu". Nurkowanie i to nie byle gdzie, a na Wielkiej Rafie Koralowej u wybrzeza Australii. Z tego się ciesze ogromnie. Z czego się nie ciesze, to fakt, ze kapitan decyduje, ze morze dzis jest zbyt wzburzone, aby poplynac w drugie miejsce obiecane podczas tej wycieczki - Hastings Reef - podobno znacznie ciekawsza rafa, z wieksza iloscia kolorowych ryb, lacznie z tymi olbrzymimi, wiekszymi od doroslego czlowieka. Szkoda... Kiedy ochlaniam z wrazenia po nurkowaniu, zauwazam, ze cala się trzese, bo woda, pomimo ze w tropikach, ale jednak zimna. Na statku czeka na nas lunch. Odpoczywam, ogrzewam się i... ide poplywac z maska i rurka. Najpierw przy statku wsrod stada plaskich, rozowych ryb zwabionych rzucanym przez pasazerow chlebem. Potem u wybrzeza wysepki. Teraz mam okazje bez stresu skupic się na chlonieciu dziwow podwodnej natury i pofotografowac.
Kiedy wracamy, nie moge doczekac sie, aby podzielic się wrazeniami z Chopinem, ktory mial po mnie przyjsc na pomost. A tu... Chopina nie ma. Nie przejmuje się z poczatku bardzo, bo wiem, ze nie ma zegarka, ani poczucia czasu. Kiedy nie pojawia się przez pol godziny, wracam sama na kamping. Jest już ciemno, a w naszym namiocie nie ma sladu Chopina, ani jego spiwora, choc jest plecak i inne rzeczy. Dopiero po jakims czasie zauwazam niewielka karteczke: "Robert, ten od ciezarowki zranil reke. Jade go zastapic. Zobaczymy się wkrotce. Buziaki. Chopin'.
Odnajduje Bruca i Lindy, ktorzy wyjasniaja mi o co chodzi. Wyruszyla dzis rano ich kolejna wycieczka, z innym kierowca. Potrzebowali pilnie kogos do obslugi, aby zastapil Roberta. Chopin zgodzil się pojechac. Szukalismy przeciez pracy, a tu praca sama się znalazla. Bruce mowi, ze jesli chce, kupi mi jutro bilet na autobus, abym mogla dolaczyc do wycieczki.
Co za dzien...!
15 sierpnia 2001
Mam lepsze rozwiazanie. Okazuje sie, ze beda potrzebowac Chopina na kolejna taka sama wyprawe na jakiej jest teraz, maja kilka identycznych wycieczek, jedna po drugiej. Wiec po prostu dolacze do Chopina na drugiej wyprawie, a poki co spedze kilka dni tu w Cairns. Lindy i Bruce zgadzaja sie, ze tak bedzie sensowniej. Spedzam wiec dzien w miescie. Na internecie i w galeriach fotograficznych: Petera Lika i Petera Javiera. W galerii z aborygenska sztuka (malarstwo i didgeridoo) znajduje ksiazke z poezja o tematyce aborygenskiej autorstwa Margo Stanislawskiej - Polki, ktora wyemigrowala jako mloda dziewczyna do Australii i otrzymala obywatelstwo i prawa, zanim otrzymali je Aborygeni. Reszte dnia spedzam w bibliotece publicznej, gdzie zanurzam się w prasie, aby zobaczyc co się na swiecie dzieje. Fakt, podrozujemy wlasnie po swiecie, ale troche jestesmy odcieci od biezacych wiadomosci. Gazeta jednak nie mowi wiele pozytywnego - gina kolejne ofiary przemocy w Izraelu, trwa konflikt w Irlandii Polnocnej, problemy w Indonezii i kilkunastu innych miejscach na swiecie...
16 sierpnia 2001
Szary, deszczowy dzien. Ja jednak ogladam barwne kolory na zdjeciach, ktore wywoluje. Od Nowej Zelandii, az do teraz. Jest kilka calkiem niezlych, pare portretow z Vanuatu oraz Wyspy Czwartkowej... Jedynym rozczarowaniem sa moje zdjecia podwodne. Kiepska jakosc, ostrosc, brak koloru. Coz - niewiele mozna zrobic tanim, jednorazowym, podwodnym aparatem. Szkoda.
17 sierpnia 2001
Dzis znowu piekny, sloneczny dzien. Odwiedzam ogrod botaniczny i fotografuje z bliska egzotyczne kwiaty i rosliny. Zaliczam tez piatkowy targ warzywno-owocowy w miescie i wracam wczesnym popoludniem na kamping. Dzis wielkie przygotowania do jutrzejszej wyprawy. Bruce szoruje autokar, Lindy z Denisem (gosc, ktory bedzie jechal z Chopinem w ciezarowce) robi zakupy. Mega-zakupy - dla czterdziestu osob na dziesiec dni. Pomagam pakowac wszystko do bagazowej czesci autobusu. Bruce i Lindy maja dwa autobusy i prowadza dwie, troche nakladajace się wyprawy jednoczesnie. Wyruszamy jutro i za pare dni spotkamy wracajaca wyprawe, z ktora jest teraz Chopin. Pierwsze trzy dni nasza wycieczka zakwaterowana bedzie w motelach, czy domkach, bo ciezarowka z namiotami jest z ta pierwsza wyprawa.
18 sierpnia 2001
Pierwszy dzien dziesieciodniowej wyprawy w region Australii zwany "Gulf Savannah" - na zachod od Cairns. Ok. Dziewiatej rano mamy już wszystkich dziadkow na pokladzie i opuszczamy miasto. Przystanek na przedpołudniowa herbatke przy niewielkim muzeum w Mareeba. Lunch w lesie, niedaleko strumyka z wodospadami i kraterem - pionowa, gleboka dziura w ziemi z zielonym jeziorkiem. Po poludniu dojezdzamy do celu dzisiejszego dnia - Undara Lava Tubes. Parku Narodowego z najdluzszymi na swiecie "tubami", powstalymi na wskutek poteznej erupcji wulkanu. Tuby zobaczymy dopiero jutro (ja - jesli bedzie miejsce w busikach). Dzis dziadkowie rozlokowani sa do specjalnych domkow-namiotow, dosc komfortowych, z lozkami, elektrycznoscia, itd. i jest troche wolnego czasu przed wieczornym posilkiem.
Ide na przechadzke jedna z wielu sciezek w okolicy. Chyba niezle wybralam, bo... spotykam stadko kangurow na polance. Zupelnie się nie boja, obserwuja mnie tylko i pozwalaja powoli podejsc naprawde blisko. Robie kilka portretowych zdjec kangurzycy z wygladajacym z kieszeni malym. Lataja dookola kolorowe papugi. Z pobliskiego skalnego wzgorza roztacza się panoramiczny widok na cala okolice. Sdtad ogladam zachod słońca. Wieczorem przy ognisku jeden z pracownikow parku opowiada historie - o swoich przygodach z krokodylami, wezami, itd.
Zapowiada się wycieczka pelna wrazen.
19 sierpnia 2001
Udaje mi się zalapac na poranna dwugodzinna wycieczke z przewodniczka po tubach.
190 tysiecy lat temu, kiedy obudzil się wulkan Undara, goraca lawa trysnela z krateru i zaczela plynac, szukajac najdogodniejszej drogi, i znajdujac ja w korytach dawnych rzek i strumykow. Powietrze zaczelo ochladzac zewnetrzna warstwe lawy i zamienilo ja w czarna, twarda skorupe, podczas kiedy wewnatrz ciagle plynela lawa, coraz dalej i dalej. Kiedy w koncy wulkan skonczyl swa erupcje, resztki lawy wyplynely nowopowstalymi rurami, zostawiajac puste tunele - niektore o szokujacej dlugosci ponad stu kilometrow. Przez nastepne tysiace lat zycie powoli wrocilo na zdewastowany erupcja teren, roslinnosc pokryla tunele. W wielu miejscach sufit i sciany zapadly sie, otwierajac wejscie do tunelu. Do kilku takich wejsc wlasnie zabiera nas dzis przewodniczka opowiadajac przy tym cala historie. Tunel, w ktorym jestesmy robi wrazenie, cos jak olbrzymia jaskinia, parenascie metrow wysoka, dwadziescia pare szeroka i... ponad sto kilometrow dluga.
W dalszej czesci dnia, przystanek w Mt Surprise, luch w Einasleigh tuz przy wawozie z plynaca w dole rzeka, a po poludniu - zakwaterowanie w Goldfields Hotel w "miasteczku" Forsayth liczacym sobie 90 mieszkancow. Prawdziwy australijski "outback".
20 września 2001
Prawdziwie relaksujacy dzien, bez pakowania, dlugiego podrozowania, nawet bez przygotowywania posilow - sniadanie i wieczorny posilek w Goldsfield Hotel, gdzie zostajemy druga noc. Glowna atrakcja dnia to wyprawa do "Cobbold Gorge" - Wawozu Cobbold, jakas godzine drogi przez pustkowie od Forsayth. Po drodze masa kangurow. Wawoz lezy na prywatnej posiadlosci - olbrzymiej farmie bydla - maja od kilku do kilkunastu tysiecy sztuk porozrzucanych na gigantycznym terenie. Z Cobbold Camping Village specjalne dwa busy zabieraja nas nad sam strumien na dnie skalistego wawozu. Lodzie z bezglosnymi elektrycznymi silnikami zasilanymi z baterii slonecznych zabieraja nas na przejazdzake wsrod trzydziestometrowych klifow. W niektorych miejscach wawoz zweza się do szerokosci niecalych dwoch metrow, tak ze lodz ociera się o skalna sciane. Po drodze na jenej ze skal widzimy... wygrzewajacego się na sloncu krokodyla. A na drugiej skale drugiego, dwa razy wiekszego. To sa te slodkowodne, podobno niegrozne... Po przejazdzce lunch na skalach, nad brzegiem wody - przygotowane przez organizatorow barbeque.
Poznym popoludniem wycieczka na pobliska "Castle Rock" - Skale Zamkowa - skaliste wzgorze, z ktorego podziwiamy australijskie pustkowie oraz zachod słońca. Wieczorem z powrotem w hotelu eleganco podany obiad, z ktorego ani jedna potrawa nie jest weganska. Ale to szczegol, i tak mam niezla wycieczke.
21 sierpnia 2001
Podazajac droga o nazwie "Developmental Road" robimy dzis spory dystans, pareset kilometrow przez wielkie, puste przestrzenie, z przystankiem na lunch w niepozorynm miasteczku, a raczej wiosce Croydon - wielce historycznym (ktorego historia siega az XIX wieku), powstalym jak wiele miejscowosci w tej czesci kraju jako rezultat goraczki zlota. Glowna atrakcja dzisiejszego dnia jest przejazdzka rownie historycznym pociagiem - Gulflander Train. Pociag jak pociag - Australijczycy strasznie się nim ekscytuja, bo wiele pociagow tu nie maja, glownym srodkiem transportu jest wlasny samochod, lub ? na ciut wieksze odleglosci - samolot. Dodatkowa atrakcja tego pociagu jest to, ze obecnie funkcjonuje glownie jako pociag turystyczny, z nieustannym komentarzem przez glosniki i przystankiem na zrobienie zdjec. Pociagiem dojezdzamy do Normanton, skad Bruce zabiera nas dalej do Karumba - miasteczko nad sama zatoka Carpentaria.
Tu - przejzadzka lodzia po rzece Norman, ktora uchodzi do zatoki. Nad lodzia kraza "sea eagles" (orly morskie), na brzegu brodza eleganckie, dlugonogie "jabaru" oraz inne ptaki, ktorych nigdy nie widzialam, ani nazw nie znam. O zachodzie słońca serwuja nam drinki i przekaski (krewetki - ktore sa tu lowione w wielkich ilosciach i eksportowane do Japonii).
Teraz dziadkowie racza się kolacja (dzis na wlasny rachunek) w restauracji przy Hotelu Karumba. Jak skoncza, wracamy do Normanton, gdzie spotkam się z Chopinem, ktorego grupa jest już w drodze powrotnej do Cairns. Teraz Chopin z ciezarowka pomocnicza dolacza do naszej grupy. To pierwszy raz podczas naszej podrozy, kiedy bylismy osobno przez tak dlugi czas (8 dni!).
22 sierpnia 2001
Przydalo nam się tych kilka dni rozstania - jak milo bylo wczoraj wieczorem wpasc sobie w ramiona - i docenic wzajemnie swoje istnienie. Nacieszywszy się soba w nocy i rano, po sniadaniu znowu nadszedl czas rozstania - tym razem tylko do popoludnia. Chopin jedzie w ciezarowce z Denisem, ja kontynuuje w autobusie.
Rano zwiedamy stacje kolejowa oraz reszte miasteczka Normanton. Fotografujemy się z pomnikiem - naturalnej wielkosci wierna kopia krokodyla - najwiekszego, jaki kiedykolwiek zostal znaleziony. Krys - "The Savannah King" - 8 metrow 63 cm (!) robi wrazenie. Zlapany na rzece Norman w 1957 roku przez kobiete o polskobrzmiacym imieniu: Krystina Pawloski.
Przez wiekszosc dnia jedziemy przez pustkowia sawanny nieasfaltowana droga. Odwiedzamy "camp", gdzie zatrzymali się w 1860 roku odkrywcy Burke i Wills - pierwsi biali ludzie, ktorzy przwedrowali z poludnia na polnoc australijskiego kontynentu. Niestety, w drodze powrotnej wszysy uczestnicy wyprawy oprocz jednego zgineli.
Dalej zatrzymujemy się przy wodospadach, w ktorych aktualnie nia ma wody - pora sucha! Podobnie przejezdzamy korytami szerokich, poteznych rzek, obecnie bezwodnych. W koncuy docieramy do odizolowanego od swiata Burktown ? kwitnacego w czasie goraczki zlota, obecnie liczacego sobie 173 mieszkancow. Tu spotykam się znowu z Chopinem, ktory z Denisem przygotowal już caly oboz na kampingu, gdzie zatrzymamy się przez kolejne dwie noce.
23 sierpnia 2001
Dzien odpoczynku od podrozy. Dziadkowie we wlasnym zakresie jada na zorganizowane wycieszki na ryby oraz przelot samolotem nad okolica. My, w tej niewielkiej wiosce znajdujemy dwa miejsca z publicznym internetem - jedno w bibliotece, drugie w szkole. Szkola robi na mnie wrazenie. Czterdziestu paru uczniow w calej szkole ma do dyspozycji niezla biblioteke z super wyposazona sala komputerowa - siedem szybkich, nowoczesnych komputerow z dostepem do internetu. Sprzet udostepniany jest nieodplatnie ludziom z zewnatrz... tak wiec nadrabiamy zaleglosci w korespondencji.
24 sierpnia 2001
Rano Bruce obwozi cala wycieczke po kilku historycznych miejscach w okolicy Burktown, gdzie sto paredziesiat lat temu poszukiwali się nawzajem pierwsi biali niefortunni odkrywcy tych terenow.
Dalej pare przystankow nad roznymi strumykami i po poludniu docieramy do kulminacyjnego punktu wyprawy - Lawn Hill National Park, gdzie czeka już przygotowany oboz przez Chopina i Denisa. Idealne, rajskie miejsce - zupelnie niespodziewanie, po setkach kilometrow wysuszonego pustkowia, nagle taka oaza, z intensywnie zielona rzeka w kanionie i bujna roslinnoscia wokol. Chopin zaprzyjaznil się z ludzmi w namiocie tuz obok naszego obozu na kampingu i proponuja mu skorzystanie z ich kajaka. Tak wiec wioslujemy wzdluz kanionu z brazowo-czerwonymi skalami. Widzimy po drodze zolwie. Nie widzimy krokodyla, ktory wygrzewal się na pniu, bo wystrasza go przeplywajaca z naprzeciwka glosna para w kajaku. Doplywamy do wodospadow, gdzie Chopin przywiazuje kajak do skaly i wskakujemy do wody. Pomiedzy skala i wodospadem natura stworzyla bulgoczace nieustannie, naturalne "jacuzi". Raj.
25 sierpnia 2001
Dzisiejszy dzien, bez przaemieszczania sie, przeznaczony jest na chloniecie tego miejsca, spacery, plywanie, kajakowanie, obserwowanie ptakow, kangurow, itd. To wlasnie caly dzien robimy. Po zwalonym pniu przedostajemy się na wyspe, gdzie sciezka prowadzi do skal z aborygenskim malunkiem teczy. Wspinamy się na klify, skad roztacza się widok na zielona okolice i wawoz z woda. W drodze powrotnej idziemy nad kaskady i pluskamy się w wodzie.
Po lunchu nasi sasiedzi raz jeszcze pozyczaja nam kajak. I tu zaczyna się przygoda. Zamiast plynac tam, gdzie wszyscy, plyniemy w druga strone. Wkrotce tarasuja nam droge klody. Chopin upiera sie, aby przeniesc kajak dookola, dalej bedzie wolna droga, mowi. Taszczymy wiec kajak przez skaly i kszaczory, calkiem spory dystans, bo tarasujace przeplyw powalone drzewa tak szybko się nie koncza. Kiedy spuszczamy kajak na wode, plyniemy spokojnie dalej... przez chwile. Bo - przed nami wodospad. Nie jakis wielki, malutki, ale mimo wszystko nie do przeplyniecia kajakiem. W ostatnim momencie udaje mi się wyskoczyc (wraz z plecaczkiem ze sprzetem fotograficznym!) na brzeg, a Chopin splywa w dol wodospadu, gdzie woda calkowicie zalewa jego i kajak. Na szczescie plastikowy, wiec nie tonie. Teraz już nie mamy wyboru, trzeba kontynuowac dookola wyspy. Wiec kontynuujemy. Obserwuje nas zdziwiony kangur z brzegu. Kilka innych w podskokach ucieka. Widzimy wystajaca z powierzchni wody glowe krokodyla, ktory kulturalnie usuwa nam się z drogi. Dalej kilka jeszcze przejsc i przeciagniec kajaka przez wystajace z wody skaly i galezie. W koncu wyplywamy na szeroka, gleboka wode bez przeszkod i wracamy - z drugiej strony wyspy, do miejsca z ktorego wyplynelismy. Uff...
Dzisiejszy wieczor jest ostatnim dla tej grupy w tym miejscu i ostatnim dla nich razem z Lindy i Brucem. Jutro wyruszaja w droge powrotna do Cairns, a Bishopowie oraz my przejmujemy kolejna grupe dziadkow z drugiego autobusu. Z okazji ostatniej nocy dziadkowie przygotowuja wieczor rozrywki, z krotkimi przedstawieniami, zartami, opowiesciami, poezja. Trafila nam się niezla, zgrana grupa, ktora potrafi się smiac i dobrze bawic. Ostatnim punktem programu sa "goscie z Polski z opowiescia o swojej podrozy".
26 sierpnia 2001
Tuz po sniadaniu Chopin pomaga spakowac 40 walizek do autobusu i zegnamy się z nasza grupa. Druga zjawi się dopiero po poludniu, wiec mamy caly dzien dla siebie. Robimy sobie pare kanapek na lunch i idziemy przejsc się sciezkami, na ktorych nas jeszcze nie bylo. Kanion, w ktorym plynelismy kajakiem ogladamy teraz z innej perspektywy - ze szczytu czerwonego klifu. Schodzimy potem na dol i kapiemy się raz jeszcze przy wodospadach. Tym razem z nasza maska i rurka - ogladam pasiaste i cetkowane ryby, ktore gromadza się tuz pod wodospadem. Chopin nurkuje na samo dno i mowi, ze ryby patrzyly na niego szczerze zdziwione.
27 sierpnia 2001
Kolejny, ostatni już dzien w Lawn Hill National Park. Wybieramy się przed poludniem w ostatnie miejsce, w jakim jeszcze nie bylismy - na punkt widokowy na niedalekim skalnym wzgorzu. Przez reszte dnia relaksujemy się na kampingu oraz pomagamy Lindy w kuchni. Odwiedza nas lokalny "wallabie" (rodzaj kangura), wiecznie szukajacy czegos do jedzenia wsrod odpadkow z ludzkich stolow.
28 sierpnia 2001
Wyruszamy w droge powrotna - tymi samymi drogami i z przystankami w tych samych miejscach co z poprzednia grupa, tylko w odwrotnej kolejnosci. Nie bedzie już wiec az tak ciekawie, ale zawsze droga powrotna wyglada inaczej. Bez pospiechu docieramy dzis z powrotem do Burketown - tego odizolowanego miasteczka ze 173 mieszkancami - i zatrzymujemy się na dwie noce na kampingu przy Burke Street. Pomiedzy namiotami spaceruje tak jak tydzien temu dlugonoga "brolga", szary, elegancki ptak wielkosci malego strusia. Pomagamy Lindy w przygotowaniu wieczornego posilku dla 43 osob - niestety co dzien wielkie ilosci miesa. My kroimy marchewke, otwieramy puszki, pomagamy serwowac. Potem zmywac gary i sztucce, bo talerze i miseczki sa jednorazowe.
29 sierpnia 2001
Dzien w Burketown. Podczas kiedy dziadkowie zwiedzaja okolice turystycznym samolicikiem, my spedzamy dzien w lokalnej szkolce na internecie. Z e-maila z domu dowiaduje sie, ze podczas kiedy my jestesmy tu w Australii, mama przywiozla wlasnie z Krakowa mlodego Australijczyka, ktory bedzie mieszkal z moja rodzina przez pare miesiecy i uczyl ich angielskiego.
30 sierpnia 2001
Suniemy dalej z Bishop Australian Adventures. Calkiem niezla grupa dziadkow, z poczuciem humoru, sporo poetow, niektorzy podczas drogi czytaja przez mikrofon swoje utwory. Po poludniu zatrzymujemy się na chwile w Normanton kolo slynnego "Purple Pub". A po drugiej stronie ulicy... nie wierze wlasnym oczom... nasz "carnival"! Tzn. już nie nasz. Nie myslalam, ze jeszcze ich zobaczymy. Ide sprawdzic, czy kogos zastane, ale prawie nikogo nie ma w domu. Tylko nasz byly szef w swojej przyczepie, jak zwykle liczacy pieniadze - zbyt zajety aby ze mna gadac. Ale spotykam Toniego, mlodego Kanadyjczyka, mowi ze na wyspie Badu bylo przyjemnie, na Saibai (te wyspe tuz kolo Papua Nowej Gwinei) nie pojechali. Fiona i Kirsty (szkockie siostry) sa na basenie, reszta ludzi gdzies w miasteczku. Jutro jeszze się tu zatrzymamy, wiec moze się z nimi zobacze. Dzis jedziemy na noc do Karumba nad sama zatoke Carpentaria. Tam dziadkowie oraz Chopin z Denisem ida na przejazdzke "sunset cruise" po rzece Normanton. Ja bylam ostatnim razem.
31 sierpnia 2001
Dlugi dzien w autobusie z kilkoma ciekawymi przystankami. Pierwszy w Normanton, gdzie spotykam się z Kirsty i Fiona. Jezdza już z carnivalem od trzech miesiecy i maja już troche dosyc. Zobaczyly niezly kawalek Australii, glownie miejsca, gdzie wiekszosc turystow niegdy nie dociera, zarobily i zaoszczedzily kupe kasy, teraz nie moga się doczekac, kiedy zaczna ja wydawac. Bruce zaprasza dziewczyny na poranna herbatke z dziadkami. Lunch w Croydon. "Icecream stop" (przystanek na loda) w George Town (300 mieszkancow), nocleg w Forsayth (90 mieszkancow). Wszystkie te miejscowosci byly za czasow goraczki zlota sporymi, kwitnacymi miastami.
1 września 2001
Dzien w Forsayth. Jestem pod wrazeniem. W "miasteczku" z 90-cioma mieszkancami nie maja sklepu, ale maja biblioteke z internetem oraz szkole z dziewiecioma uczniami oraz... szescioma komputerami.
Dziadkowie dzisiaj zwiedzaja kanion Cobbold, mysmy już byli, wiec wykorzystujemy dzien na zeskanowanie moich zdjec, bo... tak, w tym odludnym miasteczku znajdujemy tez skaner. Wlasciciel jedynego tutaj pubu i hotelu pozwala nam skorzystac u siebie w biurze. Forsayth nie na prozno slynie ze swej goscinnosci.
2 września 2001
Przedostatni dzien wyprawy. Dlugi dzien w autobusie. Po poludniu grupa pakuje się do dwoch mniejszych busikow i jedzie za dwugodzinne zwiedzanie tuneli z lawy. Ja spedzam ten czas w wagonie kolejowym przerobionym na czytelnie i biblioteke. Robi na mnie wrazenie artykul o niewidomym mezczyznie, ktory zdobyl Mt. Everest.
Po zmroku dopiero dobijamy do dzisiejszego (ostatniego) noclegu w Mt. Garnet. Chopin z Denisem wedlug instrukcji Lindy przygotowali już wiekszosc wieczornego posilku, wiec nie jest zle. Ostatni wieczor - wiec po kolacji troche przemowien, poezji, zartow, itd. Ian, grupowy poeta, odczytuje wiersz, ktory zainspirowana sklecilam w autobusie na temat tej wyprawy.
3 września 2001
Rano pozegnanie z dziadkami. Dostajemy pare adresow w Sydney, Melbourne, itd. Dzis jade w ciezarowce z Chopinem i Denisem, bo znacznie szybciej docieraja do Cairns. Mamy troche spraw do zalatwienia - poczta, bank, etc. Chcemy tez zobaczyc, czy uda nam się znalezc i kupic jakis lekki, ale dobry namiot. Do tej pory obywalismy się bez, ale czujemy, ze chyba przyszedl czas, aby sprawic sobie przenosny domek. Wieczorem Lindy z Brucem zapraszaja nas i Denisa do restauracji. Jestesmy razem z nimi na kampingu kawalek od centrum miasta.
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























