RELACJE Z PODRÓŻY

Oczami dzielnego Soldata - Gruzja



Autor: Katarzyna Florkiewicz
Data dodania do serwisu: 2014-03-06
Relacja obejmuje następujące kraje:

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
7.60 10

Przed wami relacja z mojej pierwszej motocyklowej, zagranicznej podróży. Jedna kobieta i trzech mężczyzn to dość duże wyzwanie, zarówno dla mnie jak i dla moich doświadczonych kompanów. Relacja pisana była na bieżąco, dlatego też bardziej przypomina pamiętnik. Mam nadzieję, że wam się spodoba!

Ale zanim relacja chciałbym podziękować kilku osobom, dzięki którym udało nam się wyjechać:
- Simsunowi dziękujemy za generalne przeglądy naszych motocykli, które przeprowadzał pod presją czasu
- Kurczakowi za nieoceniony magazyn części zamiennych- o każdej porze dnia i nocy!
- i Motoszklarni za wsparcie i zniżki na części!

A ja tak od serca dziękuję moim TRZEM MUSZKIETEROM: Radkowi za stalowe nerwy, Szymonowi za cierpliwość i Bartkowi za siłę!

 

Skład ekipy wyjazdowej:
1.Bartek-1150 GS ADV
2.Kasia DR650RSE
3.Florkek DR800S
4.Szymon DR800S

 

Trasa:

27.07.2012 - piątek

To był długi dzień…. Oczywiście ostatni dzień w pracy przed urlopem musi być pełen atrakcji i to raczej tych, na które się nie ma ochoty. Big Radka cały czas bez koła (wczoraj w nocy okazało się, że łożyska wahacza całkowicie się rozleciały) i trzeba je natychmiast wymienić - na szczęście kolega miał zapasowe i udało się to jakoś sprawnie zorganizować. Bartkowi ucięli urlop, Ola nie jedzie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły: zostańcie w domu. Radek z uporem maniaka nawalał młotem w motocykl i po kilku dobrych godzinach można było powiedzieć, że jesteśmy gotowi do drogi. Niestety była już 21.00 ... Jazda nocą po lubelskiej jest bardzo nieprzyjemna, zwłaszcza gdy ma się kurzą ślepotę! (mój strach był większy od moich oczu). Ale nie było wyjścia, zresztą jak się chce jechać na wakacje to trzeba się namęczyć... Do Zwierzyńca dojechaliśmy o 2.00 w nocy i padliśmy.

Zgodnie z planem wyjechaliśmy tylko we dwoje. Z Bartkiem i Szymonem spotkamy się dopiero na Ukrainie w poniedziałek. Bartek musiał pojechać z Olą do Bielska, a Szymon pobawić się na weselu.

 

28.07.2012 - sobota

Trzeba było się wyspać. Wyruszyliśmy dopiero o 10.00 do Hrebenne, gdzie przekraczaliśmy granicę - bagatela 3 godziny!!! Na przyszłość trzeba się uzbroić w cierpliwość, kapelusz i krem do opalania... Udało się! Witaj Ukraino. Dziwne uczucie, ale odkąd przekroczyliśmy granicę śpiewam sobie w kasku „hej sokoły”: Żal, żal za dziewczynąąą, za zieloną Ukrainąąąąą.... No i właśnie, tekst pasuje bardzo. Za Olgą mi już tęskno, w końcu z kim będę się opalać, plotkować i zmuszać chłopaków do postoju nad morzem... Ech. A w sprawie koloru Ukrainy. Mogę powiedzieć o niej wiele, ale na pewno nie jest zielona!!!! Ukraina w lipcu jest żółto - brunatna i płaska. Wszędzie otaczają nas pola słoneczników, wrażenie niesamowite. Stepy płoną.

No to z Hrebenne jedziemy na Krym do Sudaka. Jedziemy, jedziemy, jedziemy.... 400 km za nami i już noc, dziwne? To te cholerne drogi!

Uroczyście oświadczam, że nigdy nie powiem "polskie drogi" z ironią i przekąsem. Od dzisiaj mówię 'polskie drogi' wzdychając ze szczerym utęsknieniem.

Dojechaliśmy do Winnicy. Zatrzymaliśmy się w przydrożnym hoteliku: 30 euro: Klima, telewizor, prysznic, spać.

 

29.07.2012- niedziela

Pobudka o 5.00 rano (teraz już wiemy ze była 6.00, w końcu 1h do przodu) i jedziemy dale j- cel to 1100 km. Teoretycznie nic ciekawego miało nas nie spotkać, a jednak! Zatrzymaliśmy się na poboczu żeby się napić wody, podchodzi do nas mężczyzna i pyta czy nie widzieliśmy autobusu. Od słowa do słowa zaczyna nam tłumaczyć gdzie są dobre drogi itp... Podjeżdża samochód, wysiada facet i pyta o drogę. Odjeżdża, a na drodze zostaje jego portfel. Nasz kolega Ukrainiec uradowany (w portfelu było mega dużo kasy) chowa portfel za pas. Dwie minuty minęły wraca facet i szuka portfela, zaczyna nas przeszukiwać, zagląda w kieszenie, a cwaniaczek stoi i udaje, że nic nie wie, a na nas patrzy wymownym wzrokiem, żebyśmy się przypadkiem nie odezwali. Zrezygnowany facet odjechał, ale po 3 minutach wraca i znowu to samo. Dawaliśmy mu "znakami ocznymi" do zrozumienia gdzie jest jego portfel i udało się!

Złodziejaszek złapany. Spodziewałam się jakiegoś mordobicia, a tu nic…

Generalnie trasa nudna długa i płaska. Jedynie postoje na stacjach benzynowych były urozmaicone. Kobieta na motocyklu robi furorę, jestem czymś w rodzaju zjawiska: kobiety łapią się za głowę, a mężczyźni podchodzą i zadają poważne egzystencjalne pytanie: nie boisz ty sie? Na co ja im z uśmiechem odpowiadam: jam dzielny saldat, ja siem nie boji.

Dojechaliśmy na Krym ok. 20.00, słońce już zachodziło. Zostało nam 200 km do Sudaka. Mówimy 'damy radę' mimo, że od 13 h jesteśmy w trasie. Trasa bardzo przyjemna, mało samochodów. Krym niestety jest koloru czarnego, nic nie widziałam tak było ciemno, jedyne co to czerwony punkcik przede mną. Ok. 23.00 zjechaliśmy z głównej trasy. I oczywiście nie mogło być normalnie: szutrowa droga. Patrzymy się na siebie i co? Jedziemy! Jazda nocą po szutrze została dodana do listy moich umiejętności motocyklowych. Dojechaliśmy na kemping (oj trzeba było znaleźć hotel!), rozbiliśmy namiot, dowiązaliśmy go do motocykli, bo nie dało się wbić szpilek i spaaaaać! Niestety upragniony prysznic w nocy był zamknięty: umyliśmy się mokrymi chusteczkami pampers: dzięki ci p&g!

Adventure pełną gębą! - toalety to rząd dziur w ziemi bez żadnych przegródek – Radek będzie miał traumę do końca życia - jakiś mężczyzna kucnął przy nim, zapalił papierosa i spojrzał mu wymownie w oczy… nadal ma dreszcze jak sobie to przypomina.

 

30.07.2012 - poniedziałek

Pobudka o 5.00 rano. Nasz namiot ma zamiar odlecieć - zresztą nie tylko nasz. Wichura niesamowita! Co robić? Mieliśmy spędzić ten dzień na odpoczynku na plaży, a nie w latającym namiocie. Szybka decyzja: spadamy! Spakowaliśmy się w aurze latających przedmiotów i zaczęliśmy jechać do Kerchu. 150 km z samego rana to pestka! Krym zmienił kolor na beżowy. Górki, pagórki i stepy. Całkiem ładnie. Dojeżdżamy do celu - miasto portowo stoczniowe, brzydkie jak noc! Szukamy dalej. 15 km dalej nad morzem azerskim znaleźliśmy ładną skromną plażę i pokoik do wynajęcia - dla 4 osób, bo dzisiaj w nocy przyjedzie Szymon i Bartek. Dostali łóżko piętrowe! Miejsce urokliwe, właściciele przemili i bardzo uczynni. Nawet można było skorzystać z pralki. A morze! Ogromne fale i ciepłe, ale tak serio serio! To najmniej słone morze, jakie znam. Chwila opalania i leniuchowania! W końcu dzisiaj moje urodziny! Mój mąż nawet prezent z polski przywiózł - taki to super mąż! Na wieczór mina mi trochę zrzedła. Umówiłam się z właścicielem na cenę 24 hrywien od głowy, idę płacić a on mówi że dolary!!! On po rusku, ja po polsku i krakowskim targiem ustaliliśmy 40 zł od osoby- to dobra cena za nocleg z wyżywieniem i pralką.

Bartek z Szymonem dojechali do nas ok. 1.00 w nocy. Zmęczeni i źli po 1139 km i 18 h jazdy. Usnęli w 3 minuty.

 

31.07.2012 - wtorek

Dzisiaj historia o tym jak za 200 rubli sprzedaliśmy Bartka... Ale po kolei.....

O 7.00 rano pobudka i zaczęło się matkowanie. Najpierw 'czy musimy się myć' potem 'czy sezamki to śniadanie' itp... Myślałam, że duże chłopaki, ale jednak trzeba na nich uważać. Pożegnaliśmy się z właścicielem i ruszyliśmy w trasę na prom. Jedyne 15 kilometrów. Dojechaliśmy dość szybko, kupiliśmy bilety, czekając zrobiliśmy bardzo dobre wrażenie - szczególnie motocykl Bartka (nawet jedna Ukrainka poprosiła o zdjęcie). Przekroczyliśmy magiczny szlaban i zaczęło się czekanie (a w trakcie 3 kontrole paszportów) . Nasz prom odpłynął bez nas... Czekamy na kolejny ok 1h, na szczęście nie było tak gorąco. Przypłynął kolejny prom z Rosjanami na pokładzie. Podszedł do nas starszy pan i powiedział mocne słowa: „przepraszam za Katyń”. My z pełną powagą przyjęliśmy jego słowa, a gdy odszedł zaczęliśmy się zastanawiać, za który Katyń przepraszał, bo nigdy nie wiadomo.  

Wjechaliśmy na prom. Ja uciekłam na górny pokład, bo choroba morska ujawniła się po minucie. Przychodzi Bartek, robimy zdjęcia... Nagle! Podbiega Rosjanka i krzyczy 'MOTOCYKL UPADŁ'. Podchodzimy do barierki, a bmw Bartka macha do nas kółkami, okazało się, że motocykle cały czas trzeba trzymać. To idziemy ratować motocykle... Ja ledwo... Na szczęście Radek z Szymkiem mnie uratowali i trzymali moją dr, a ja w spokoju mogłam 'rzygać jak kot' za burtę. Makabryczne 45 minut. Zjechaliśmy z promu - ja ledwo. Przekraczanie rosyjskiej granicy było jeszcze gorsze niż prom. Najpierw wypełnianie deklaracji i przeszukiwanie kufrów - pierwszy szlaban za nami. Potem podjeżdżamy do kolejnego budynku, żeby załatwić kolejne formalności - i tutaj zaczyna się nasza dzisiejsza radosna przygoda. Pod budynkiem czeka na nas Ukrainka od zdjęcia na bmw - Olga - i mówi, że czeka na Bartka. My w śmiech, ale nic jej od nas nie było w stanie odczepić. Zaczęła nam tłumaczyć, co robić dalej, podchodzić do okienek itp. Najpierw trzeba było zapłacić po 200 rubli za wpisanie do bazy - idziemy. Okazało się, że Olga już zapłaciła za Bartka... My w śmiech... Szymon załatwił, ja załatwiłam i przyszła kolej na Radka. Jak to w jego zwyczaju przekraczanie granicy musi być spektakularne. Co się stało? Właścicielem drki i biga jestem ja, w ich rosyjskich móżdżkach było nie do pomyślenia, żebym mogła wjechać naraz dwoma motocyklami do Rosji. Powiedzieli, że big nie wjedzie! W tym momencie do akcji wkroczyła Olga (notabene policjantka z Lwowa). Nasza nowa przyjaciółka z sobie tylko znanym wdziękiem, przemykała pomiędzy okienkami rosyjskiej kontroli paszportowej, próbując nakłonić swoich pobratymców do zaakceptowania naszej wersji wydarzeń. Zajęło jej to godzinę - na niby przepłynęłam z bigiem do Ukrainy i na zad i jak gdyby nigdy nic wjechałam do Rosji na drugim motocyklu. Rozwiązanie to kosztowało nas - znaczy Bartka - straty moralne w postaci jednego klepnięcia w tyłeczek oraz dwóch buziaków w policzek na pożegnanie. (Przez godzinę rechotaliśmy się prawie do łez). Warto tylko wspomnieć, że dziewczyna bardzo miła i radosna. Pożegnaliśmy się rzewnie i ruszyliśmy w drogę.

Przyjazne, dobre drogi w Rosji pozwoliły nam pokonać aż 10 km!!! Szymkowi skończyło się paliwo.... Wpadliśmy już w mega głupawkę. Radek zaczął zlewać paliwo do kanistra, a tu nagle! Bmw UPADŁO. Bartek stracił drugi kierunkowskaz, ja w śmiech, a chłopaki podnoszą. Powrócili do tankowania, minuta nie minęła, a bmw znowu bęc! Ja już płacze ze śmiechu, Bartek płacze...ale chyba nie tak jak ja. Wsiadamy na motocykle odpalamy maszyny.... No właśnie... My odpalamy, a Szymon już nie tak od razu.... Ja śmieję się już histerycznie. Minął nas autokar z Olgą na pokładzie i wesoło trąbił - aż dziwne, że nie kazała go zatrzymać, żeby nas ratować. Dojechaliśmy na stację i tupnęłam nogą, że szukamy hotelu, bo dzisiejsza podroż nie ma większego sensu (6h straciliśmy na samej granicy). Dojechaliśmy do nadmorskiej miejscowości Anapa. Znaleźliśmy hotel, zaczynamy zdejmować rzeczy z motocykli. Nagle Szymon mówi: czy wy też ją widzicie, czy to ze mną jest coś nie tak? Odwracamy się, a za bramą stoi Olga i krzyczy z niedowierzaniem! Bartek prawie zabił Szymona, a my w śmiech! Okazało się, że mieszka dwie przecznice od naszego hotelu.... No nie chce się odczepić. Wzięliśmy prysznic, poszliśmy na plażę, zjedliśmy szaszłyki i wróciliśmy do hotelu. Radek i Szymon śpią, Bartek udaje, że śpi, a ja siedzę na schodach hotelu z Olgą, która ma złamane serce, że Bartka już więcej nie zobaczy....

 

01.08.2012 - środa

A dzisiaj o tym jak byłam w ciąży....

Wczoraj wróciłam do pokoju ok. 2.00 w nocy (czasu rosyjskiego: +2 godziny). Uwolnienie się od Olgi nie było łatwe. Zostałam zmuszona, aby powiedzieć jej, że Bartek ma już swoją Olgę, która czeka na niego w Polsce. Nasza Ukrainka podsumowała to tak: hvarny a durny! I ze spuszczoną głową poczłapała do domu. Otwieram drzwi do pokoju, wygląda tak jakby przeszedł huragan- zostawić ich na chwilę. No trudno, jutro będą sprzątać.

Ale nie to było najgorsze. W pokoju rozbrzmiewała istna symfonia chrapania! Każdy w swojej tonacji i w innym momencie - istna kakofonia!!!!! Usnąć nie było sposobu - gwizdałam, klaskałam, cmokałam.... Nic nie działa. Na szczęście zmęczenie ululało mnie do snu. Przed zaśnięciem włączyłam budzik na 5.00 rano tak jak się umówiliśmy. Porządnie się do tego przygotowałam... Najpierw ustawiłam zegarek w telefonie na czas rosyjski, wbiłam odpowiednią godzinę i spać. No niestety... Nasz sen był przerywany. Pierwszy budzik zadzwonił o 3.00 nad ranem! Ja w panice budzę chłopaków, że zaspaliśmy... Radek trzeźwym okiem spojrzał na swój zegarek i kazał iść spać. No ups.. zdarza się, mój telefon zwariował. Podejście drugie... Znowu ustawiam zegarek na 5 rano.. .. Zadzwonił o 5.00 rano czasu rosyjskiego i znowu ta sama akcja: chłopaki, chłopaki wstajemy.... Tym razem Radek znowu otworzył oko i powiedział, że mięliśmy wstać o 7.00 czasu rosyjskiego!!!!!! Znowu przestawiłam budzik... Poszliśmy spać. Otwieram zaspane oczy... Na dworze jasno, budzik nie dzwoni: 'o nie!!! Zaspaliśmy!!! Chłopaki wstaaaajemy! Niestety tym razem nie dali się już nabrać... Poodwracali się na drugi bok i chrapią dalej. Trochę mi zajęło zanim przekonałam ich, że serio już teraz się nie mylę. Wstali. Zaczęliśmy pospiesznie szykować się do drogi. Trzeba było wysmarować Bartka i Radka kremem z filtrem, bo karki już mieli spalone - oczywiście jak proponowałam to rano każdego dnia to mówili, że przesadzam.... Jak dzieci. Efektywność tupania nogą trochę się polepszyła. Dziuś, Tuś i Muś (tak na siebie mówią) już wiedzieli, że czasami lepiej się mnie słuchać. Zarządziłam akcję: śniadanie. Żeby nie było tak jak wczoraj: orzeszki nerkowca i pierwszy posiłek o 20.00. Zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji benzynowej, kupiliśmy jedzenie i mapę (część 1 z 26 - Rosja jest cholernie duża). Zaplanowaliśmy trasę... Czytanie mapy po rosyjsku to niezły hardkor jak nie zna się bukw...na szczęście Szymon coś poniemaju (w naszym mniemaniu płynnie operuje językiem mateczki Rosji). Ruszyliśmy w trasę. Drogi w Rosji są porównywalne do polskich - czyli cudowne.

Przejechaliśmy jakieś 200 km grzecznie, zgodnie z przepisami. Nagle policjant macha do nas lizakiem - no to zjeżdżamy. Coś tam do nas zagadują, proszą o dokumenty. Podchodzimy do radiowozu: Radek, ja i Szymon załatwiliśmy sprawę w 3 minuty. Podchodzi Bartek, dumny właściciel bmw... No właśnie bmw... Policjant każe mu chuchnąć, no to Bartek chucha. Zaprasza go do radiowozu i wyjmuje alkomat (bez jednorazowych ustników). Bartek dmucha i w wydychanym powietrzu ma 0,5 promila (to prawda panowie wczoraj pili wiśniówkę o 18.00, ale bez przesady). No i zaczyna się cyrk. Bartek z pomocą Szymona tłumaczy, że pili piwo do obiadu. Pan policjant powiedział, że bmw idzie na lawetę i jedziemy do szpitala sprawdzić krew. Bartłomiej zbladł. Pan policjant zaproponował drugie wyjście 1000 dolarów.... Bartek był już zielony. Policjant mówi 'idźcie podumać'. No to my wydumaliśmy, że będziemy kalibrować alkomat, bo niemożliwe, żeby Bartek jeszcze nie wytrzeźwiał (serio wypił malutko). Ja dzielny saldat podchodzę do radiowozu i mówię: panie policjancie, alkomat jest może zepsuty. Ja jestem w ciąży (to była ściema!!! Nie dzwońcie z gratulacjami) to ja nie piję. Zobaczymy ile ja mam promili. No to dmucham, ale jakoś nieudolnie, bo alkomat wskazywał zero. Znowu dmucha Bartek - ale zanim dostał alkomat pan policjant coś tam powciskał i poczarował (nie robił tego jak ja dmuchałam). Bartkowi wyszło 0,3 (w szybkim tempie 'trzeźwieje' prawda?!!!) Pan policjant idzie w zaparte, że jedziemy badać krew... Ja już nie wytrzymałam i podchodzę do tego policjanta i mówię, że to dobry chłopak i że pan jest dobry i że może 100 euro wystarczy.... Kręcił nosem, ale zgodził się. Źli wsiedliśmy na motocykle. Zatrzymaliśmy się na pierwszej stacji benzynowej żeby ochłonąć. Generalnie nie było dobrego wyjścia z tej sytuacji, gdybyśmy pojechali badać krew to nie mamy pewności, że lekarz nie jest przyjacielem policjanta, a perspektywa bmw na lawecie przyprawiłaby Bartka o zawał, więc chyba lepiej, że wyszło jak wyszło. Resztę trasy pokonaliśmy jeszcze ostrożniej. Po 200 km zjedliśmy prawdziwy obiad, pokonaliśmy następne 200 km i teraz jesteśmy w miejscowości Mineralne Wody (nie popłynęliśmy). Żeby trochę nam urozmaicić jeszcze dzień, na kilometr przed hotelem, big Szymusia strzelił focha. Skończyło sie na holowaniu. Wieczór upłynął mężczyznom pod hasłem: serwis motocyklowy.

 

02.08.212 - czwartek

Gamardzioba!

Dzisiejszy odcinek będzie o złośliwej grawitacji.

Wstaliśmy o 6.00 rano czasu polskiego. Pakowanie, prysznic, śniadanie. Jak co rano czekamy na Tusia, aż w końcu będzie gotowy do drogi... To dość długi rytuał - okularki, chusteczka, poprawiamy kurteczkę, wsiadamy na motocykl i poprawiamy chusteczkę. Jak to mówi Szymon: wszystko sie zgadza, jest z nami baba i nie jest to Kasia. Okazało się, że do granicy jest 250 km. Już nie było stresu! Jarek (brat Radka) spreparował nam notarialne upoważnienie na korzystanie z mojego biga przez Radka - po rosyjsku (w paincie), w hotelu udało nam się je wydrukować, skserować, potem trochę je pomiętosiliśmy żeby nie było i mogliśmy ruszyć w drogę. Jedziemy przez tę Rosję, coraz bliżej Gruzji... A widoki nudne, nie zachwycają. Niemożliwe, żeby w przeciągu 50 km coś się zmieniło. Zaczęłam mięć wątpliwości czy było warto... Nagle, niespodziewanie przed naszymi oczami wyrósł niesamowity widok. Przepiękne góry i rzeka. Odetchnęłam z ulgą. Pierwszy raz w trakcie całej naszej podroży, specjalnie zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia. Trasa do granicy zapierała dech w piersiach.

Dojeżdżamy do przejścia. Ogromna kolejka... Bartek z Radkiem poszli zobaczyć czy da się to jakoś ominąć. Na szczęście się udało. Wjeżdżamy na granicę. Stary (lekko wstawiony) pogranicznik - dziadek oficer - poprosił abyśmy wypełnili deklarację, że opuszczamy kraj. Właściwie pomógł je nam wypełnić. Potem czekamy w kolejce do odprawy paszportowej, bmw Bartka znowu zrobiło bęc tak dla zabawy i zaatakowało rosyjską budkę - nic nie odleciało. Jesteśmy atrakcją dla innych czekających, podchodzą, zagadują, machają. A jak widzą dziewuszkę to już istna euforia. Przekraczamy granicę. Pełen sukces!!!! Do przejścia u Gruzinów ok 3km. Mijamy kolejkę, ludzie machają, krzyczą, uśmiechają się...mega dawka pozytywnej energii. Granica w Gruzji. Przywitał nas bardzo uśmiechnięty pogranicznik, wesołym sie ma! - przekraczanie granicy bezproblemowe.

Gruzja od razu przywitała nas pięknymi widokami i ulewą. Przejechaliśmy jakiś kilometr, mokro, śliski most - leżę. Nic sie nie stało. Chłopaki podnieśli motocykl, jedziemy dalej. Po 20 kilometrach czekała na nas pierwsza atrakcja turystyczna. Kościółek Cminda Sameba położony na 2200 m.n.p.m. No dobra, wszystko ładnie pięknie, ale trzeba tam jakoś wjechać. Pod górę jest 4,7 kilometra szutrowo-kamienistej drogi. No to zacisnęłam zęby i jadę.... No właśnie jadę, leżę, jadę, leżę. Radek psychicznie tego nie wytrzymał więc kazałam mu jechać. Szymon ze swoją cierpliwością przeprowadził kilkuminutowe szkolenie z jazdy offroadowej pod górę a Bartek podnosił motocykl. Nie wiem, jakim cudem, ale wjechałam!! Było warto!!! Widok fenomenalny, bajkowy, cudowny... W sumie to brak mi słów. Na górze piękna zielona polanka i czas na arbuza. Radek wiózł 8 kilogramowego arbuza od 100 km.. był pyszny. Potem zwiedziliśmy kościółek i trzeba było zjechać. Radka wysłałam pierwszego, a Szymon z pokładami swojej cierpliwości wytłumaczył mi jak zjechać. Dałam radę bez żadnej gleby! Mega sukces:))

Jedziemy dalej... Droga piękna przez jakieś 10 km.. a potem zaczęła się droga wojenna (przeorana przez czołgi) - droga to trochę za dużo powiedziane (nigdy już nie powiem nic złego na ukraińskie drogi).

Dzisiaj przeżyłam wojnę, wojnę ze swoim strachem, zmęczeniem i bólem. Na początku szło mi całkiem dobrze, powoli i spokojnie. W połowie przepięknej trasy zatrzymaliśmy się przy pomniku przyjaźni gruzińsko-rosyjskiej. Poznaliśmy tam dwóch finów na gsach.

Ja z Szymonem pojechałam dalej. Niestety, Szymek jakoś się oddalił, a ja próbowałam nie przejechać psa - z mizernym skutkiem dla mnie. Motocykl padł, a ja na śledzia po drodze. Nic sie nie stało, ale nie ma kto podnieść motocykla... Czekam czekam... Jadą 3 samochody. Wybiegło sześciu Rosjan, żeby mnie ratować! Podjeżdża Bartek z Radkiem, naprawili mi kufer w technologi rejli (taśma powertape), zebrali lusterko z drogi, (które notabene Radek wczoraj doklejał) i podnieśli morale, otrzepuję się z kurzu i jedziemy dalej. 5 kilometrów dalej droga była już normalna. Widoki jeszcze piękniejsze. Przejeżdżamy przez wioseczki, które tętnią życiem, ludzie siedzą przed domami, dzieciaki graja w piłkę, wszyscy uśmiechnięci... Aż miło popatrzeć po tej zapyziałej Rosji. Zatrzymaliśmy się w małym sklepiku, udało się zrobić zakupy, mimo, że nie mieliśmy pieniędzy w ich walucie. Niesamowite było to, że w takiej wiosce świetnie mówią po angielsku.

Szukamy powoli noclegu, bo ja już byłam nieźle zmęczona. Chcieliśmy się rozbić na dziko, ale noc nas zastała i ciężko było znaleźć jakieś odpowiednie miejsce. Zatrzymaliśmy się na poboczu... Znaczy chłopcy się zatrzymali, bo ja ślizgiem znowu bęc. Bartkowi o mało nie zrobiłam z dupy lotniskowca. Nic się nie stało!! Tupnęłam noga, że natychmiast chcę do hotelu i panowie zebrali porządny opieprz za nic. No musiałam wyrzucić z siebie emocje - trochę złości i łez. Bartek z Radkiem zaczęli szukać hoteliku, bylebym tylko się uspokoiła. Niestety kolejny był po 20 km. Chłopaki wytargowali ogromny pokój za 20 euro!!! Usnęliśmy wszyscy w mgnieniu oka, nawet piwo nie podchodziło, tacy byli zestresowani. Radek zaliczył zgona po połowie piwa i nie było z kim gadać. Jak tak dalej pójdzie zostanę smerfetką - bo moje siniaki przybierają niebieski kolor.

 

03.08.2012 - piątek

 Hotelik znajdował się 20 km od Tibilisi - stolicy Gruzji. Rano leniwie zapakowaliśmy się na motocykle i ruszyliśmy zwiedzać. Miasto jest niesamowicie różnorodne - bardzo nowoczesne budynki przeplątają się z starymi, acz urokliwymi ruderami. Wjechaliśmy kolejką na wzgórze, potem spacerkiem przeszliśmy przez miasto. Na obiad zjedliśmy chatchapuri - coś jak pizza z twarogiem. Tibilisi warto zobaczyć, ale z drugiej strony nic by się nie stało gdybyśmy ominęli ten punkt wycieczki - jednak miasto to miasto.

Wsiedliśmy na motocykle i zaczęliśmy szukać miejsca do rozbicia obozu. Nieopodal Tbilisi znajduje sie jezioro (tubylcy mówią na nie jezioro żółwie). Żar leje sie z nieba, generalnie mamy już dość wszystkiego, chcemy w końcu odpocząć. W Gruzji nie ma instytucji campingów, można rozbijać sie na dziko i tak właśnie zrobiliśmy. Wokól plaży mnóstwo śmieci, widać że ludzie przyjeżdżają tu wyłącznie na imprezy i nie mają potrzeby po sobie sprzątać. Trudno. Decyzja zapadła, że zostajemy. Szymon trochę niepocieszony. Zaczynamy powoli rozbijać obóz. Nagle podjeżdża czarny mercedes i wychodzi z niego czterch młodych Gruzinów, wyjmują alkohol i karimaty i zaczynają imprezę. Obserwują nas bacznie. Ja czuję się trochę nieswojo i coraz bardziej zastanawiam się czy nie warto by było zmienić miejsce, ale Radek i Bartek szykują swoje wędki a Szymon obłożony mapami i przewodnikiem zaczął wytyczać trasę na jutrzejszy dzień - także zostajemy.

Nagle do Szymona podchodzi Gruzin i zaczynają rozmawiać po rosyjsku o miejscach, które warto zobaczyć, podchodzi kolejny i po kilku minutach siedzimy w ósemkę wokół mapy. Tuś i Dziuś przynieśli wiśniówkę i aroniówkę - zaczęła sie biesiada. Nasi nowi przyjaciele skradli nam serca! Słyszeliśmy o Gruzinach wiele dobrego, ale trudno nam było uwierzyć że jest to możliwe. A jednak... Uśmiechnięci, pozytywni, bardzo patriotyczni, bardzo kulturalni... Bardzo och i ach! Po jakimś czasie zabrali Tusia i Dziusia na ryby, kazali im wyrzucić wędki i pokazali jak na prawdę łowi sie ryby w nocy. Do wędek mieli przyczepione trójkątne siatki. Zarzucali je do wody.... Zresztą ja nie mam o tym zielonego pojęcia. Wyglądało to hardcorowo: moje chłopaki po pas w wodzie, wrzucają małego Gruzina z siatką w wir….. Dawno nie widziałam ich tak szczęśliwych. Prawdziwi mężczyźni na nocnym polowaniu. Złowili 7 rybek... No to robimy grilla (Bartek wiózł go z polski i w końcu sie przydał!). Radek wypatroszył ryby, a nasze kamraty zabrały sie za szykowanie uczty. Poczęstowali nas chlebem, serem (cos jak bunc), kiełbasą, warzywami, mega mocnym chrzanem! I oczywiście fenomenalnymi rybami. Już dawno nie jadłam świeżo złowionej ryby.

Picie alkoholu w Gruzji to rytuał - przed wypiciem musi zabrzmieć toast (nie wolno wznosić toastu przy piwie, bo to obraza). Panowie słodzili sobie, co nie miara, ale główny toast brzmiał: za was, za nas, za Kaukaz!!!!

 Gruzini w swojej kulturze mają taką tradycje, że wszystko trzeba oddawać kobiecie - i tak tez było, zjadłam najwięcej ryb, chcieli odstąpić mi karimatę, jak jadłam rybę łyżką to pobiegli po widelec - ach mogłabym się przyzwyczaić!

 Po kilku godzinach poszliśmy spać. Z naszymi przyjaciółmi planujemy się spotkać w Batumi. Obiecali, że nas oprowadzą, zabiorą na prawdziwe gruzińskie jedzenie - ful serwis. Nasza myśl na koniec dnia: mihvarhar Gruzja!!!!! (kocham Gruzję)

 

04.08.2012 - sobota

 Wstajemy wcześnie rano i zbieramy obóz, popijając kawę przygotowana przez Bartka (specjalnie przywiózł kawiarkę). Robi się gorąco. W planach była do zrobienia pętla po górskich drogach na wschód od Tbilisi. Mieliśmy ograniczony czas, bo o 15.00 mieliśmy umówione spotkanie w Rustawi. Jedziemy i podziwiamy widoki. Droga zaczęła się dziwnie wydłużać. Mieliśmy zaplanowane do przejechania 150 km..., Ale po 150 km byliśmy dopiero w połowie. Trzeba było zacząć się spieszyć. Szymon postanowił, że jedzie dalej, a nasza trójka zaczęła jechać w stronę Rustawi. Na dworze 38 stopni, a my w strojach motocyklowych...

 Rustawia znajduje się 10km od Tbilisi, niestety nie jest to urokliwe miejsce - bardzo industrialne - my mieliśmy skojarzenie z slumsami. Ale właśnie w tym mieście działa fundacja, zajmująca się aktywizacją dzieci. Mieliśmy dla nich przygotować prezentację o podróżach. Przyjechała lokalna telewizja i tak właśnie zostałam Gwiazdą Rustawi, na sali był nawet przedstawiciel urzędu miasta oraz wolontariusze i ich rodziny. Radek został wytypowany do prezentowania - było bardzo fajnie, dużo śmiechu, dużo pytań. Po prezentacji Marika (organizatorka spotkania) zabrała nas z mamą do swojego mieszkania.

Podjeżdżamy pod blok, który w Polsce na pewno byłby wyłączony z użytku... Przed blokiem chmara dzieci z rodzicami. Wchodzimy do mieszkania, wygląda zupełnie inaczej niż nasze, ale nie to było najważniejsze. Mogliśmy wziąć prysznic, zostaliśmy też poczęstowani obiadem, deserem i dużą ilością napoi (anyżkowa lemoniada i winogronowe coś). Rewelacja! Posiedzieliśmy, pogadaliśmy o Gruzji, Polsce i jak różnią się nasze kultury, a w czym są podobne. W mieszkaniu była klimatyzacja wiec ciężko było wyjść. O 20.00 jest tutaj 31 stopni. Przejeżdżamy przez Tbilisi nocą, miasto wygląda ślicznie i udajemy się do Mschety (maczety) do Szymona. Hotele drogie, a miejsc na namiot nie ma. Wracamy do hotelu, w którym nocowaliśmy dwa dni temu . Przejeżdżamy obok ślicznie podświetlonego kościółka. Zatrzymujemy się, żeby zrobić zdjęcie. Podchodzi do nas Gruzin i na wieść, że jesteśmy z polszy uśmiechnął się od ucha do ucha. Okazało się, że on sam! uścisnął rękę samego Lecha Kaczyńskiego (tutejsze guru) i powiedział, że koniecznie musimy zostać u niego na noc. Żal było odmówić, więc wbiliśmy się na jego pole. Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy pizze i poszliśmy spać. Usnęliśmy baaaaardzo szybko.

 

 05.07.2012 - niedziela

 Rano spacerkiem poszliśmy zwiedzać Mschete, byłą stolicę Gruzji... Spacer był krotki, bo przed nami zatrzymała się taksówka. Pan podwiózł nas do centrum za darmo- na hasło, że jesteśmy z polszy . Miasteczko urokliwe, w kościele msza, misterną atmosferę podkreślał chór (coś jakby gregoriański). Naprawdę warto zobaczyć.

Poszliśmy na śniadanie i zjedliśmy tradycyjne Chinkali- coś jak pierogi z mięsem z rosołem, ale wyglądają jak główka czosnku.

W drodze powrotnej również taksówka postanowiła nas poratować, tym razem za równowartość 10zł. Spakowaliśmy obóz, wręczyliśmy panu piwka w podziękowaniu i ruszyliśmy do Upsilche - skalnego miasta. Trasa ok 60. km. Pochodziliśmy po skałkach, porobiliśmy zdjęcia - miejsce warte zobaczenia.

Następnie Gori. Zwiedziliśmy muzeum Stalina - ich bohatera! Dziwne wrażenie patrzeć na Stalina z tej perspektywy. Jemy obiad. Zamówiliśmy kebab i cole - jemy mielone i pijemy fante. Szymon je swoje ulubione chinkali - robi to w dziwny sposób - wysysa sos z pieroga... Po obiedzie ruszyliśmy zwiedzać zamek, który znajduje się na wzgórzu. Wchodzenie pod górę prosto po obiedzie nie było najlepszym pomysłem, ale udało się. Niestety widok nie zachwyca, żadnego zamku nie ma - zachowały się tylko mury obronne.

No nic, jedziemy dalej do miejscowości Kutaisi - 3 godziny drogi, niestety nocą - dla mnie tragedia, ale dałam radę. Dojeżdżamy do pierwszego lepszego hotelu - w końcu czas się umyć, poza tym zaczęła się burza. Hotel mega wypaśny... Udało się wynegocjować sensowną cenę - 100 gelow. Prysznic, pranie, malowanie paznokci... W końcu można było o siebie porządnie zadbać! Cały czas staram się być kobieta, ale tusz do rzęs już się poddał, bo spływa przy takich temperaturach... Na kolacje zjedliśmy dziwne gruzińskie owoce i orzechy, a panowie delektowali się winem.

 

06.08.2012 - poniedziałek

 W okolicach Kutaisi, (w którym generalnie nic nie ma) znajduje się śliczny kościółek na wzgórzu: Motsameda, oraz zespól klasztorny Gelati: oba przybytki zwiedziliśmy w wersji hardcore: nie przebierając się ze strojów motocyklowych. Z mroczkami przed oczami, ale warto było, bo miejsca urokliwe.

Potem udaliśmy się do Sataplii: jaskini Prometeusza. Miejsce genialne - 14 stopni, mogłabym tu zamieszkać. Jaskinie zwiedzaliśmy z niewątpliwie entuzjastycznie nastawioną, geriatryczną wycieczką holendrów, ukierunkowaną na lets go disco! (Notabene spotkaliśmy ich już raz w Gori, ale nie byli tacy weseli).

 Przed nami droga do Mestii (najwyżej położona wioska w Europie - o ile Gruzja leży w Europie). Podobno 140 km, z czego po 70 kilometrach kończy się droga i zaczyna się szuterlandia. Widoki zapierające dech w piersiach, przeprawy przez strumienie, błoto, kamyczki... No coś, co kocham najbardziej! Radziłam sobie całkiem dobrze do czasu, gdy prawa Izaaka Newtona i Alberta Einsteina zaatakowały me prawe biodro! (Zawsze wywracam się na prawą stronę). Zdj 59 i 65

[tekst pisany kursywą został podyktowany przez moich pijanych kompanów - też chcieli mieć swój udział w relacji]

Wracając do relacji. Moja wywrotka, czyli standardowy paciak, zmotywowała chłopaków do szukania idealnego miejsca na postój. Nie ma co - Szymek znalazł!

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała…. Tam wzrok nie sięga istne połany, dmuchawce latawce wiatr.. Nasz camp rozciąga się po zboczach kaukaskich szczytów. W te pędy zbierając chrust na ogień- domostwo rodzinne, przeczesując skarpy lokalnych potoków chłopcy posileni Francuzką kaczką, która towarzyszyła nam w podroży, podtrzymując atmosferę domostwa wygłaszają patriotyczne kwestie: za nas, a was, za Kaukaz. Tomadą dzisiejszego wieczoru był Radek.

Pisząc po polsku: rozbiliśmy namioty na polanie nad strumieniem, wokół nas wysokie góry. Jest bosko!
Właśnie skończyła się zapojka i chłopaki piją na krzyk… w sumie już nie, bo przed sekundą wylali 12 letnią whisky- liżą przedsionek naszego namiotu.
Ok. Panowie maja już dość. Marsz spać! Bartek potknął się o bmw, wpadł w nasz namiot i jakoś doturlał się do swojego… jutro czeka ich ciężki poranek…

 

07.08.2012- wtorek

 Dzień zaczął się ciężko, przynajmniej dla dwóch wesołych kamratów. Świadomość Dziusia i Tusia wróciła dopiero po zmrożeniu głów w pobliskim strumieniu. Szymon spakował swoje manatki i pognał w góry - zapiernicza po nich jak górska kozica. Ja w leniwej atmosferze zaczęłam zmuszać chłopaków do minimalnej aktywności.

Poszli zmywać naczynia - wystarczyło powiedzieć ze zmywanie w strumieniu to takie adventure na maxa...

 Zaczęliśmy zwijać obóz. Przed nami trasa... Ciśniemy szutrami, strumieniami, błotem - generalnie brakowało tylko kopkiego piachu, ale to zasługa nocnego deszczu. Ja dzielny soldat, jadę, nie poddaje się! Wszystkie moje gleby dostarczyły mi wszelkich informacji jak jeździć po szutrze i się nie wywalać - pełen sukces (warto zaznaczyć, że mam założone opony szosowe, a nie kostki, wiec jestem mega hardcorem).

 Przejechaliśmy 20 km...czyli już prawie jesteśmy na miejscu. Ładny mostek, w oddali góra z zaśnieżonym szczytem... Robimy zdjęcia. Nagle z na przeciwka podjeżdżają Polacy na motocyklach (transalp i varadero)... Mówią, że zostało nam 8 godzin jazdy do celu, że jest mega trudno, rzeka, a nie droga, podjazdy po skalach i ogólnie masakra - wystraszyli nawet Włocha, który postanowił zawrócić (jeździ na GS, 1200 adnature, miał 150 cm wzrostu i naklejkę: impossible is nothing). No cóż... Ja zostałam przestraszona, miałam nadzieję, że to już koniec mojej walki z szutrami. Ale wyjścia nie ma - jedziemy dalej. Trasa rzeczywiście trudna, ale żeby była trudniejsza od tej, którą już przejechałam to bym nie powiedziała.

Dzisiaj królem paciakow został Radek - przyszła kryska na Matyska. Nic mu się nie stało. Dojeżdżamy do pierwszej upragnionej wioski Ushguli, mieszczącej się na przełęczy 2600m.n.p.m - widok z niej jest fenomenalny. Jest tutaj jeden sklepik z restauracją. Zamówiłam obiad... Pani coś mi tłumaczyła, ale ciężko było ją zrozumieć... Mniejsza o to. Powiedziałam, że bierzemy wszystko razy 3. Obiad był genialny!!! Zrobiliśmy sobie godzinną przerwę i ruszamy dalej...

 Jeśli będziecie mieli to szczęście by być w Gruzji - koniecznie musicie odwiedzić to miejsce!!! Koniecznie!!!

 Miało być niedaleko, niestety tubylcy oświecili nas, że zostało 45 kilometrów taką szutrowo skalistą drogą. Robi się późno, ale jedziemy byle najdalej. Nagle Radek wyciął kolejnego paciaka - całkiem spektakularnego (50km na godzinę i błoto). Na szczęście nic się wielkiego nie stało- poza tym, że Radek zupełnie nie umie spadać z motocykla! (muszę go lekko podszkolić w tej kwestii).

 Zaczyna zmierzchać, szanse na to, że dojedziemy do Mestii są niewielkie, a jazda nocą to już lekka przesada. Po kilku kilometrach znaleźliśmy urokliwe miejsce nad strumieniem i tutaj rozbiliśmy namiot ( Szymon był już nad morzem).

Rozpalamy ognisko, jemy kisiel (tylko to mamy do jedzenia). Nagle trąbi samochód i podjeżdża do naszego obozowiska. Chłopaki dzielnie ruszyli im na spotkanie... Przyjechał szef policji z kolegą i robią kontrolę. Na hasło, że jesteśmy z polski zaczęli nas przytulać i całować (chłopaków tez). Życzyli milej nocy... . Siedzimy przy ognisku. Podjeżdża kolejny samochód. Znowu przytulasek, na hasło że jesteśmy z polszy. W Polsce umarłabym ze strachu, że ktoś chce nam spuścić łomot, w Gruzji ludzie zatrzymują się w celu przytulania i zwykłej ciekawości. Zbieramy się do snu. Jutro ok 30 km szutrem i 200 asfaltem po górskich drogach. Może w końcu ujrzę morze... Szans na opalanie nie ma.

 

08.08.2012- środa

 Wstajemy znowu o 6.oo rano. Bartek szykuje kawę, powoli zwijamy obóz. Nagle słyszymy znajome dzwoneczki. Nadchodzi stado krów. Otaczają nasze namioty i wąchają nasze rzeczy. Czujemy się trochę nieswojo... Zwłaszcza, że jest też byk. Poruszamy się spokojnie, żeby nie chciały nas zjeść. Bartek nie lubi naszego stadka. Jedna krowa go sobie upodobała i patrzyła się maślanymi oczyma na niego... Ja nie wiem, czy on ma w sobie magnez?

 Spakowaliśmy się. Ubieramy się. Bartek dziwnie poskoczył i wydał nie do końca określony dźwięk. Ropucha zaatakowała jego kurtkę i wcale nie miała zamiaru odejść. Jakoś ja wygonił. Jedziemy. Do Mestii mamy 30 km. Trasa trudna jak wczoraj, ale przejechaliśmy bez problemu.

Jak ujrzałam asfalt rzuciłam się na niego?.. Wycałowałam, wyprzytulałam.

Zostało nam ponad 200 km do Batumi. 140 km, górskiej drogi asfaltowej, za szybko nie da się jechać. Widoki śliczne, ale nie można ich porównać z tymi wczoraj. Gdzieniegdzie tunele w skalach. Ciemno w nich jak w dupie u murzyna, nie widać, po czym się jedzie. Jedne tunel mnie zaskoczył, a raczej kałuża, w której spokojnie mogłabym utopić motocykl. Znowu spektakularny paciak. Ale nic się nie stało. Powinnam dostać medal za bezpieczne spadanie z motocykla. Jedziemy dalej, w porównaniu do poprzednich tras i widoków to ta była nudna. Co śmieszne Radkowi skończyło się paliwo po 180 km, Szymon przejechał 390 na zbiorniku?. Z Szymonem spotkaliśmy się w Kobuleti (przejechaliśmy tyle tysięcy kilometrów, a i tak trafiliśmy do Ustki). Nocleg znaleźliśmy w Batumi, mały hotelik w samym centrum za 120 gel (nie musimy się wymeldować do 12.oo -na hasło że jesteśmy z polszy). Poszliśmy na spacer. Siedzimy w knajpie, wysysamy sos z chinkali, i jemy chaczapuri. Jeden Gruzin poczęstował chłopaków 65% Czaczą - gruzińska wódka winogronowa. Żeby dojść do hotelu będziemy musieli zrobić pociąg, bo mi się zgubią....

Próbujemy wyjść z knajpy. Gruzini nas zatrzymali i zaprosili do swojego stolika. Kupili piwo i chinkali. Biesiada od nowa!!!

Nigdy stąd nie wyjdziemy.

 

Kilka rad o podróżowaniu motocyklem po Gruzji:

1. Gruzini maja przepisy drogowe, ale interpretacja jest dowolna
2. Na drodze zaskoczyć Cię mogą świnie, konie, stada krów, oraz ich odchody.
3. Psy nie lubią motocyklistów bardzo...
4. Gruzini oślepiają długimi światłami i trąbią, abyśmy doskonale wiedzieli, że nas widzą i że cieszą się, że nas widzą.
5. W okolicach krowich placków należy uważać żeby nie ochlapać kolegów z tylu- wiemy z autopsji.
6. Znaki drogowe mówiące o ostrych zakrętach np. w prawo nie zawsze znaczą, że zakręt jest w prawo.
7. Policja drogowa - nie zarejestrowaliśmy żadnych aktywności.
8. Dzieci kochają motocyklistów - warto się czasem zatrzymać i pozwolić im usiąść. Ich uśmiechy są bezcenne
9. Komisariaty policji wyglądają jak domy uciech dla zdesperowanych mężczyzn

 

No tak, zdjęcie Olgi chyba jest potrzebne...

 

wracając do relacji- część 3 ostatnia!

 

09.08.2012 - czwartek

Srumi...Batumi.

Wróciliśmy w nocy gęsiego. Panowie w baaardzo wesołym nastroju. Poszliśmy spać. Rano Szymon spakował się i pognał na południe Gruzji. My musieliśmy odpocząć i zrobić gospodarny dzień. Obudził nas cholerny deszcz i nici z mojego opalania. Byłam zła jak osa, ale trzeba było coś wymyśleć na pocieszenie. Zakupy! To jest pomysł. No to idziemy w poszukiwaniu kramików, butików, bazarków. Niestety również polegliśmy - żeby w najbardziej turystycznym mieście nie można było kupić pamiątek?

Foch!

 Przy wjeździe do Batumi widnieje wielki billboard "za. 5 lat Batumi będzie najlepszym miastem na świecie. Donald Trump" i w sumie muszę się z tym zgodzić.

 Miasto rozwija sie w zastraszającym tempie, wszędzie, remonty, budowy. Wygląda imponująco, szczególnie w nocy, gdy wszystkie budynki są podświetlone na wszystkie kolory tęczy. Wzdłuż wybrzeża znajduje się bulwar, niczym Miami Beach (nigdy tam nie byłam, ale tak właśnie to sobie wyobrażam). Na prawdę to miasto będzie przyciągać turystów! Niech tylko dopracują kwestie kramików.

 Ale z drugiej strony wystarczy odejść troszeczkę od centrum i tam już obraz Batumi się zmienia...

Wróciliśmy do hotelu. Panowie zaczęli remontować motocykle i szykować je na trasę powrotną. Użyli rolkę taśmy powertape i mnóstwo trututek. Byliśmy gotowi do drogi. Wstąpiliśmy jeszcze do knajpki, w której byliśmy wczoraj, żeby posilić się przed drogą. Chinkali i chatchapuri imeruli po raz ostatni.

Ponieważ Batumi zawiodło nas bardzo, po pamiątki postanowiliśmy udać sieędo Mschety... Jakieś 350 km od Batumi...bo właśnie tam ostatnio widzieliśmy kramiki... Generalnie było po drodze do miejsca spotkania z Szymonem. Trasa przebiegła spokojnie i różnorodnie. Prawie każde miasteczko, które mijaliśmy specjalizowało się w sprzedaży jednego produktu. I tak jest miasteczko z maskotkami, olejami samochodowymi, hamakami (żeby nie było wątpliwości, kupiliśmy hamak, a nawet dwa), miasteczko z drewnianymi przyborami kuchennymi, glinianymi doniczkami, chlebami, miodami itp... Głowa chodziła nam na lewo i na prawo. O 20 dojechaliśmy do Mschety. Kramiki zamknięte... Katastrofa! Jest ciemno, ja nic nie widzę. Wpadliśmy na pomysł, że może warto znowu skorzystać z uprzejmości Gruzina i zanocować u niego na polu. Na bezczela podjechaliśmy pod jego posesje, a on uradowany mówi : tri dni temy toże byli u mnie polaki. Na to my: to my byli!!! I pan zaprosił nas do siebie. Rozbiliśmy namioty, przyjechał Szymon, poszliśmy spać. Jutro droga wojenna, granica z Rosją... Trzeba się wyspać.

 

10.08.2012- piątek

Pobudka o 4.30 rano polskiego czasu. Szymon już gotowy, odjeżdża mówiąc, że go dogonimy. Lekko zaspani nie wiedzieliśmy, o co chodzi, ale to duży chłopak wiec chyba wie, co robi. Bartek wstał przed nami i pierwsze, co zobaczył, to ze moja dr śpi sobie smacznie na boczku... Mój motocykl kładzie się, kiedy tylko jest ku temu okazja. Spakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i w drogę. Ja dzisiaj miałam jeden cel: skopać dupę drodze wojennej i pokazać jej, kto tu rządzi. Wygrałam! Przejechałam bez żadnej wywrotki! Przekraczanie granicy poszło nadzwyczaj dobrze. Rosjanie jakoś tym razem nie mieli problemu z tym, że wjeżdżam dwoma motocyklami do ich kraju... Byliśmy lekko zmieszani, ale w sumie dla nas taka sytuacja była idealna. Na granicy czekał na nas Szymon, chyba się kurcze naczekał. Bo po drodze robiliśmy zakupy, zwiedzaliśmy kościółek i znaleźliśmy kramiki!! Gruzja pożegnała nas deszczem i owcami na drodze. Żal było odjeżdżać.

W Rosji zanocowaliśmy w tym samym hotelu, co ostatnio, czyli w mineralnych wodach.

 

11.08.2012 - sobota

Pobudka znowu lada świt. Mamy do przejechania 600km do promu. Zależało nam na prze promowaniu się właśnie dzisiaj, bo Bartek śpieszył się już mocno do domu. A nie za bardzo chcieliśmy zatrzymywać się w Anapie, żeby przypadkiem nie spotkać naszej przyjaciółki Olgi. Jechało się bardzo dobrze, do czasu, gdy natknęliśmy się na burze, krople deszczu wielkości fasoli, błyskawice, grzmoty.... Czekaliśmy ok. pól godziny, aż przejdzie, może i więcej. Na granice dojechaliśmy po 19.00. Znowu bez najmniejszego problemu...Dziwne... Odczekaliśmy swoje na prom (przypłynął o 21.00) zapakowaliśmy motocykle. Mój został dowiązany do pokładu, żebym spokojnie mogła przechodzić swoja chorobę morska na górnym pokładzie. Żaden motocykl nie upadł i nawet ja się dobrze czułam.

Dobiliśmy do brzegu, na granicy ukraińskiej też odczekaliśmy swoje i po godzinie mogliśmy w końcu zacząć szukać miejsca do spania. Niestety moja kurza ślepota nie pomagała, ja jadąc 40 na godzinę spowalniałam chłopaków i moment, kiedy w końcu dojedziemy do celu. Radek wynalazł na GPS jakąś plażę i na nią się kierowaliśmy. Niestety dojazd do niej to 3 kilometry szutrami. Nieźle się zdenerwowałam, ale wyjścia nie było. Na szczęście miejsce rekompensowało wszystko. Plaża, morze, na morzu stateczki, nad nami gwiazdy....Spadające gwiazdy.

 

 12.08.2012- niedziela

Szymon znowu uciekł zanim wstaliśmy. Nasza trojka spakowała się i ruszyła w drogę . Po 100 km zatrzymaliśmy się na śniadanie. Wtedy podjęliśmy decyzje, że Bartek jedzie sam, a my zostaniemy dwa dni na Krymie, żeby odpocząć, skoro mamy jeszcze urlop. Radek zadecydował, że jedziemy do Jałty. 170 km serpentynem nad wybrzeżem. Wszystko byłoby ok, ale było z 40 stopni i jedyne, o czym marzyłam to hotel z klimatyzacją i morze. Dojechaliśmy do Jałty...Ledwo. Szukamy hotelu... I się zaczęło. Pierwszy hotel zaoferował nam pokój za 11 tys. hrywien.. Czyli tyle, co warty jest big. To był znak, że będzie ciężko ze znalezieniem miejsca do spania. Zajęło nam to 4h... Wszędzie albo zajęte, ale masakrycznie drogo. Poszukiwania rozszerzyliśmy: 30km za Jałta i 20km przed...Byliśmy zrezygnowani. Szukaliśmy już czegokolwiek. I generalnie to właśnie znaleźliśmy. 180 Hrywien za noc to jak za darmo. "Hotel" swoje lata świetności miał już za sobą, właściwie to chyba nigdy ich nie miał. Wszystko trzymało się na słowo honoru, wystrój pokoju jak na koloniach 20 lat temu, prysznic 100 metrów od domu... Słowem: idealnie! Zostajemy. Poszliśmy na kolacje na plaże...Tfu...Na betonkę...z plażą to wspólne ma tylko morze. Najedzeni, wykończeni, padliśmy jak kawki. Nagle ok. 23.00 budzi nas telefon. Dzwoni Cezary, że jest z Patrycja obok Jałty i nie mogą nigdzie znaleźć noclegu, że jest burza i siedzą na przystanku autobusowym z lisem. Radek wysłał im koordynaty gps. Dojechali do nas ok. 1.00 w nocy. Pośmialiśmy się trochę i spać. Każda para miała swoje łóżko - metr szerokości. Ale w sumie wszyscy byli zadowoleni, że maja gdzie spać!

 

13.08.2012- poniedziałek

Leniwie zwlekliśmy się z Łózek. Na śniadanie chleb z miodem. Idziemy na plaże...Tfu...Betonkę. Stroje kąpielowe, kocyki, owoce, książki, kapelusze na głowach...To się nazywa: wakacje! Znaleźliśmy całkiem fajne miejsce, żeby rozpocząć plażing. Radek oczywiście w cieniu. Wejście do wody było trochę skomplikowane - bardzo duże kamienie utrudniały wejście i raniły nogi. Żeby usprawnić system zanurzania się pognałam, czym prędzej do sklepu i kupiłam różowe kółko do pływania. Teraz mogłam sobie siedzieć w wodzie i wypoczywać. W sumie przez 6 godzin taktycznie nie wychodziłam z morza. Odmoczyłam swoje obolałe ciało - było bosko. Co prawda nie wyobrażam sobie, żeby jutro znowu tak spędzić dzień, ale dzisiaj było idealnie! Na obiad zjedliśmy szaszłyki. Po powrocie do "hotelu" panowie zabrali się za ogarnianie motocykli, w sumie dobrze, bo Czarkowi po kole przejechał tir... My z Patrycja zajęłyśmy się ogarnianiem siebie. Wieczorem poszliśmy na spacer do sklepu...Miało być niedaleko! A szliśmy pod górę 45 minut! W drodze powrotnej minęli nas kolejni goście: Maciek, Dorota i Kasia. I takim oto sposobem zrobił nam się mini zlot. Posiedzieliśmy jeszcze chwile na tarasie i poszliśmy spać. Jutro przed nami długa droga.

Obiecaliśmy sobie z Radkiem, że nasza noga nigdy już nie postanie na Ukrainie w celach turystycznych (poza Lwowem) - ten kraj bardzo nam nie przypadł do gustu. Porównałabym go do Albanii...Ale nie wiem czy to Albania jest tak rozwinięta jak Ukraina, czy Ukraina tak zapyyziała jak Albania... Kto dał im to euro to ja nie wiem?

 

14.08.2012-wtorek

Pobudka o 5.00 rano. Zwarci i gotowi rozpoczęliśmy podroż do domu. Dzisiaj 1000 kilometrów przed nami. Jest zimno, pada. Pierwsze 600 km...bardzo nieprzyjemne. Znaleźliśmy hotel przy autostradzie...Padliśmy.

 

15.08.2012- środa

Pobudka 5.00 rano. Zostało 650 km do domu. Na dworze pada. Ubraliśmy się we wszystko, co mięliśmy i ruszyliśmy w trasę. 400 km leje deszcz, mimo, że mamy na sobie stroje przeciwdeszczowe jesteśmy cali mokrzy. Na stacji benzynowej staramy się osuszyć, zmienić rzeczy na suche. Niestety musieliśmy założyć brudne, bo czystych brak. Torby foliowe w buty i jedziemy dalej. Granice z polską przekroczyliśmy szybko i bezproblemowo. Przydałby się tylko parasol. Niebieskie niebo ujrzeliśmy dopiero nad McDonaldem w Garwolinie... Zjedliśmy wymarzonego big maca...Zostało 80km. Dłużyło się strasznie. Ale szczęśliwie, cali i zdrowi dotarliśmy do domu.

 

Projekt Gruzja uznaję za zamknięty!!!

 

 

powrót do początku strony