Kontakt z autorem:[email protected] co odnalazłem na pogniecionych zamokłych kartkach, listach pisanych do Agaty i to co pozostało w mojej głowie zamieszczam poniżej...
Kontakt z autorem:[email protected]

To co odnalazłem na pogniecionych zamokłych kartkach, listach pisanych do Agaty i to co pozostało w mojej głowie zamieszczam poniżej...


START 27-VII Rozstaję się z wszystkim co dla mnie najważniejsze i ruszam w nieznane...






Dzień 2. 28-VI
Jestem już po kolacji (ryż z kiślem). Herbatka stygnie powoli, ciastka czekają, ognisko płonie, słońce już pięknie zaszło, komarów brak, ptaki jeszcze trochę podśpiewują. Zatrzymałem się w bardzo fajnym miejscu na łące pod lasem. Za chwilkę zbrykzbrykam spać. Trochę niepokoją mnie chmury na horyzoncie. Będzie padać ?
Wczoraj spędziłem cały dzień w pociągu. W Warszawie udało mi się załatwić w godzinę wizę do Gruzji, więc byłem w Jarosławiu o 22. Podjechałem po ciemku do Radymina i tam przespałem się nad jeziorkiem. Pobudka o 5 rano i prosto w Ukrainę. Na granicy obyło się bez problemów (oprócz zdziwienia celników), więc ruszyłem ostro przed siebie. Do Lwowa wjeżdżam w strugach deszczu. Miasto nie wywarło jakoś na mnie specjalnego wrażenia. Tłoczno, tramwaje cisną się wraz z autami na brukowych drogach, po których razem z deszczem spływa miejski bród. Pojeździłem z dwie godzinki po strefie turystycznej, wśród starej architektury, zrobiłem sobie fotkę z Mickiewiczem i ruszyłem dalej. Litwa ukazała mi swe piękno dopiero gdy zjechałem z głównej drogi, kilkanaście kilometrów za Lwowem. Coś niesamowitego ukazało się mym oczom. Zupełnie inny świat. Wszędzie zielono, zero przemysłu, trochę pagórkowato, rozległe łąki, ruchu nie ma, nikt się nie spieszy, po prostu sielanka. Tak jechałem i tu zajechałem, teraz leżę i odpoczywam, kończę bo pojawiły się komary.
Licznik: dystans 198 km, prędkość średnia 18,67 km/h czas jazdy 10h 36min Vmax=56 km/h total 2923





Dzień 3. 29-VI
Przecinam przestrzeń niczym piorun. Bardzo dobrze mi się jedzie. W nocy była potężna ulewa (dobrze, że zdecydowałem się namiot rozbić). Rano trochę dłużej spałem, ale przywitał mnie piękny widok chmurek zalewających dolinę. Później ubabrałem się cały w błocie zanim wydostałem się na asfalt, bo nocna ulewa strasznie rozmiękczyła drogę, no i rura do przodu. Jedzie się znakomicie. Wiatr niemal w plecy. Słońce. Chmurki leniwie suną w stronę Krymu obserwując mnie. Auto spotykam tutaj raz na kilkanaście minut. Większość mieszkańców porusza się tutaj autobusami (które wyglądają jakby zaraz miały się rozsypać), albo małymi busami. Jest raczej mało lasów, głównie łąki strzyżone przez krowy i uprawy. Teraz czekam aż ryż mi się zagotuje. Zjem go ze śmietaną i rodzynkami. Wypas. Czuję się dobrze, ale przerażają mnie trochę kilometry które jeszcze przede mną, a jest ich naprawdę sporo. Jak jadę to jest super. Śpiewam, marzę, rozmyślam itp. Gorzej jak spojrzę na mapę...no i za Agatka trochę tęsknię... Wiatr się wzmaga. Zabieram się za konsumowanie.
Wieczór. Leżę sobie wśród koników polnych. Wokół muzyka ptaków. Całkiem fajne miejsce. Nauczyłem się dzisiaj kąpać w 1,5 litrowej butelce wody. W zupełności wystarcza. Należy się delikatnie namoczyć, później namydlić i wszystko spłukać. Wszystkie jeziora jakie mijałem uległy procesowi eutrofizycji, czyli stały się po prostu bajorami dla kaczek J (ale się wymądrzam).
Licznik: 197km 19,48 km/h 10h 6min 62km/h 3121km

Dzień 4. 30-VI
Masakra. Zaczynam mieć wątpliwości czy damy radę (rower i ja). Nie wiem skąd wzięły się tutaj takie góry. Jadę po wyżynie, nagle zjeżdżam ostro w dół, tam wioska, rzeczka i to samo muszę pokonać do góry. Zjazdy takie, że rozwinąłem 67 km/h, ale później trzeba pod taką górę wjechać. Najlżejsze przełożenie, smród topiącego się asfaltu, a chmury jak na złość nie chcą zasłaniać słońca. Masakra. Jestem potwornie zmęczony. Teraz jestem gdzieś nieopodal granicznej miejscowości z Mołdawią nad Dniestrem. Myślałem, że te wzgórza się skończą i będę jechał wzdłuż rzeki, ale tu trzeba wjechać na ogromny klif, a rzeka daleko w dole. Na razie średnia prędkość 16,7 km/h, a wysiłek jak na 25km/h.
Wieczór. Nastrój mi się zdecydowanie poprawił. Wieczorami jedzie się fajowo. Na tych wsiach jest taki spokój, że aż chciałoby się tam zostać na trochę. Ludzie wracają z krowami które pasą na przydrożnych trawach (i dzięki temu pobocze jest zawsze wystrzyżone jakby kto specjalnie kosiarką kosił). Na kolację kasza i sos pomidorowy. Nie zaskoczył mnie zbytnio brak asfaltu na "żółtej" drodze. Dziś nocuję w polu przy zbożu niedaleko miejscowości Jampil.
Licznik: 180 km 17,17km/h 10h 30min 67km/h 3302

Dzień 5. 1-VII
Wczoraj to chyba miałem dzień testu. Nie wiem czy dałbym radę gdyby droga wyglądała dziś tak samo. Na szczęście skorygowałem trochę trasę i gdyby nie potworny upał (a będzie gorzej zapewne) to mógłbym całkiem ostro jechać. Rano miałem 50 km do najbliższego sklepu i było jeszcze górzyście, ale teraz teren jest już lekko pagórkowaty. Dzisiaj znowu ryż, rodzynki i śmietana. Pani w sklepie liczyła starym wysłużonym liczydłem. Fajna mogłaby być ta Ukraina, trzeba by tylko odpowiednio nią pokierować. Tereny są naprawdę piękne, przed wsiami często wysokie logo z nazwą i jakimiś plonami ziemi. Miało zapewne być tak pięknie, ale nie wypaliło. Przy drodze dużo pomników Lenina i żołnierzy walczących w II Wojnie Światowej. Pełno starych motorów z koszami, które ciągle niezawodnie suną po dziurach. Często też zaprzęgi konne. Dzisiaj zrobię chyba rekordową odległość, ale standardowo dopada mnie niepewność, czy dam radę przejechać wszystko.
nbsp
Najgorzej nie znoszę tych upałów, na dodatek na nogach wychodzą mi żyły. Piję ogromne ilości wody, nabieram ją w studniach, które są w każdej wiosce. Za każdym razem moczę całkowicie koszulkę, zakładam, wspaniale mnie chłodzi, ale po chwili wysycha. No i tyłek mnie boleć zaczyna.
Wieczór. Dzisiaj to chyba trochę przesadziłem. Musze dać na luz trochę, bo coś mi się stanie jeszcze. To nie jest normalne, żeby pedałować 11.5 godziny. Wszystko przez to, że zgubiłem się na tych wioskach. Droga się skończyła, tak bywa. Fajnie się jechało przez pola w lekkim deszczu, ale po dwóch godzinach miałem dość. Moja cierpliwość stoczyła niemałą walkę. Jak się wydostałem z bezdroży to trafiłem na drogę łączącą Kijów z Odessą - strasznie niedobrze się jechało. Ci kolesie, pseudokierowcy wyraźnie chcieli mnie przejechać. Ale po 21 km opuściłem "czerwoną" drogę. Teraz już jest dobrze. Leżę na wzgórzu koło zburzonego domu za miejscowością Krzywe Jezioro.(jak owa nazwę spolszczyłem)
Licznik: 217km 19,5 11h 21 67 3519.

Dzień 6. 2-VII
Strasznie czoło sobie wczoraj spaliłem. Piecze mnie nieziemsko. Najgorzej jak pojawia się na nim pot. Wstałem dziś przed budzikiem, rześki i wyspany no i rura. Na początku fajnie mknęło się przez budzące się wioski, ale później zerwał się wiatr. Jedzie się bardzo ciężko. Właściwie zastanawiałem się czy w ogóle jechać. Słońce za cienką warstwą chmur i nie jest tak gorąco. Gdyby nie ten wiatr...ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo. Zjadłem jajecznicę i mi się bolącego tyłka ruszać nie chce.
Leżałem sobie dobre dwie godziny pod topolami, stwierdziłem że nic na siłę nie muszę przecież robić i pojechałem pod wiatr powolutku, bez wysiłku. Wieczorem trochę ucichło i już mi się lepiej jechało i humor się poprawił.
Licznik: (w tym momencie pisania relacji zginęły moje kartki z przejechanymi kilometrami, jak się znajdą to uzupełnię licznik).


Dzień 7. 3-VII
Zbliżam się powoli do Krymu który to jest dla mnie przejściowym celem w podróży. Musiałem przejechać dzisiaj przez dwa większe miasta (Nikolajev i Cherson). Dały mi ostro w kość, zwłaszcza, że upał mnie nie oszczędzał. W tej drugiej miejscowości w pewnym momencie dopadło mnie potężne osłabienie. Nie byłem w stanie pedałować żeby wyjechać za miasto. Skręciłem gdzieś w bok i wylądowałem na trawniku gdzieś pod fabryką. No i po prostu padłem, nie byłem w stanie się ruszyć. Musiałem się czymś podtruć, bo brzuch bolał mnie także i miałem chyba wyższą temperaturę. Robię na siłę miętówkę. Przeleżałem tak majacząc dwie godziny i podjechał jakiś młody chłopak na rowerze. Myślał, że kto pijany leży. Pogadaliśmy o częściach rowerowych i zaproponował mi pomoc swojej babci, która mieszkała za płotem. Babuszka okazała się bardzo miła, nie miała tabletek, ale pokazała mi masaż brzucha i dała napić się kieliszek wódki (kasztanówki), okazało się że mieszkała kiedyś w Polsce. Wódka postawiła mnie trochę na nogi i dałem radę dopedałować kilka kilometrów za miasto gdzie padłem w lesie. Nie byłem w stanie nic zjeść, piłem ogromne ilości herbaty.



Dzień 8. 4-VII
No i udało się. Jestem już na półwyspie krymskim. Upał straszny, a mieszkańcy mówią, że największy dopiero będzie. Po drodze mijałem sporo kanałów z całkiem czystą wodą. Mogłem się moczyć do woli, zrobiłem pranko. Raz nad takim kanałem przysiadło się do mnie dwóch pasterzy z arbuzem no i jedna krowa nadepnęła mi na leżący rower, ale nic się nie stało. Przy wjeździe na półwysep zbudowana jest taka mała granica, ale mnie nie zatrzymano. Do tej pory nie miałem problemów z Ukraińską milicją.
Leżę sobie teraz w zagajniku za miejscowością Voinka. Trafiłem w miejsce z niesamowitą ilością komarów, dlatego mimo upału będę spał w namiocie. Jutro może Morze Czarne mnie przywita.

Dzień 9. 5-VII
Przejechałem dzisiaj kawał drogi. Wstałem bardzo wcześnie, także jak wschodziło słońce ja już miałem 20 km za sobą. Uczucie wspaniałe, żadnego auta, mgła i wschodzące słońce, a ja zasuwam w świeżej porannej bryzie (a teraz piszę relację w dusznym pokoju i za chwilę wychodzę do szkoły). No i tak bez przystanku zrobiłem 80 km i dojechałem do miejscowości Jevpatorija. Tutaj pierwsza kąpiel w Morzu Czarnym, która sprawia, że czuję dreszczyk emocji. Naprawdę udało się dojechać, a niby tak daleko było.
Odpocząłem trochę nad morzem, odwiedziłem kafejkę internetową, wysłałem listy i pojechałem dalej. Leżę sobie teraz na potężnym klifie, około 20 km przed Sevastopolem. Miejsce jest prześliczne, szkoda tylko, że nie można dojść do morza. Nieopodal świeci latarnia. Wsuwam orzeszki i popijam piwko. Mój pierwszy cel osiągnięty.

Dzień 10. 6-VII
Leżę kilka kilometrów przed Jałtą i mam niezły widok na morze. Wieje silny wiatr z kierunków bliżej nieokreślonych. Rozkładam namiot w obawie przed nocną ulewą. Za mną wznosi się potężna pionowa ściana. Trawa pachnie pieczarkami. Jestem strasznie zmęczony, nawet jeść mi się nie chce. Krym odsłonił dzisiaj przede mną swoje zróżnicowanie terenu. Wykończyły mnie długie, niemal 3 godzinne podjazdy. Przejechałem przez sporą część głównych miejscowości wypoczynkowych. Półki w sklepach są już lepiej wypełnione niż na wsiach. Dotarłem też do tego zameczku na skale, który jest na okładce przewodnika (Jaskółcze gniazdo). Wcale nie jest taki fajny, w ogóle Krym tutaj jest dość komercyjny. Wszystko robione jest pod turystów.
Słońce cały czas pali okrutnie, ale nie jest tak strasznie jak wewnątrz Ukrainy, gdyż co jakiś czas obmywa mnie wspaniały chłodny podmuch od morza.


Dzień 11. 7-VII
Fragment listu :
Kochana Agatko. Siedzę sobie w cieniu pod drzewkiem i dochodzę do wniosku czemu tak mnie ciągnie w samotne podróże. Właśnie wymyśliłem, że nazwę to poczuciem totalnej czystości psychicznej. Czuję się znakomicie- właśnie to jest to (a może tylko tak mi się wydaje). Jadę dzisiaj cały dzień po Krymskich górach i nie mogę stąd wyjechać. Jest gorąco, ale zawsze muśnie mnie jakiś szkwalik od morza, które daleko w dole pięknie rozbija się o brzeg. Rozmyślałem też o naszych wakacjach. Może jednak chcesz spróbować w góry pojechać ? Uważam że jest to doskonałe miejsce, żeby poznać się do szpiku. Ale z drugiej strony wiem, że jednak jesteś dziewczyną (i to piękną) i nie każdy ma ochotę łazić cały dzień bez sensu po górach, zasypiać z uczuciem wyczerpania, szczęścia i niepewności co przyniesie dzień następny. Byłem dzisiaj w Jałcie, typowe miasteczko turystyczne, nic specjalnego.

Strasznie powoli się przesuwam (13 km/h), ale trasa jest przepiękna. Dobra ruszam się i jadę dalej (za chwile powinno być z górki).
Kochana Agatko. Jest już wieczór. Jestem za miejscowością Sudak. Dzisiaj miałem, właściwie chyba najfajniejszy dzień mojej podróży jak dotąd. Czułem się jak w innej krainie. Na wschód od Jałty nie jest już tak komercyjnie. Tereny są przepiękne. Przejeżdżałem obok najwyższych krymskich gór. Krajobraz komponuje się wprost niesamowicie. W Sudaku spotkałem nawet Tatara, miał niesamowitą twarz. Morze Czarne też mnie zaskoczyło, trafiłem na plażę z niemal lodowatą wodą, nikt się nie kąpał.

Dzień 12.8-VII
Dotarłem do Rosji. Niesamowite przeżycie.Teraz leżę na plaży nad morzem Azowskim i ręce śmierdzą mi sardynkami. Jest superowo. Mam trochę stresa, czym mnie jutro Rosja przywita (bo jestem 7 km za przejściem).
Tuż przed opuszczeniem Ukrainy zatrzymała mnie milicja. Kazali wejść z nimi do pokoju i zamknęli drzwi. Cieszą się debile i czytają mi kodeks drogowy po Ukraińsku. Chodzi im o kartę rowerową a bardziej bezpośrednio, żeby mnie ogolić z dolarów. Jest ich trzech, jeden proponuje 100$. Wyśmiewam ich, nie jestem nawet mocno spękany. Pozostałych dwóch chce mnie puścić widząc moją poszarpaną koszulkę oraz zmęczoną i spaloną słońcem twarz. Jednak ten jeden ciągle napiera. Wściekły daje im 20$ i docieram do granicy która jest 500 m dalej. Oni tu porostu stali w miejscu gdzie kosili każdego kto chciał wyjechać z kraju. Z milicja wewnątrz Ukrainy nie miałem żadnych kłopotów, ani razu mnie nie zatrzymali.
Na granicy, pytają mnie o pieniądze, też sugerują łapówkę, ale ja jestem tak zdecydowany i wkurzony, że stanowczo mówię, że nic nie dam. Wyglądam też nie najlepiej. Skóra schodzi z nosa, czoło popękane, zarośnięty, brudny i przepocony. Celnik długo mnie mierzy i w końcu mówi z uśmiechem :"Zabieraj kiszki (to sakwy) i paszoł". I tak znalazłem się na promie.
Na granicy ruchu prawie nie ma. 15 aut pakuje się na prom (i jeden rower), który pływa co dwie godziny (teoretycznie). Po rosyjskiej stronie kolesie z kałaszami i klimat jakiegoś obozu wojskowego. Moja pieczątka AB sprawdziła się, daty i tak nie było widać. Pomocna okazała się także wiza do Gruzji. Wjechałem budząc zdziwienie na twarzach zewsząd, ale bez większych problemów.
Krym był przepiękny, zwłaszcza wschodnia część. Niezapomniane chwile których mi nikt nie odbierze. Teraz szumi morze, księżyc powoli rozbiega się do pełni, na horyzoncie błyska się w chmurach, a ja rozmyślam o życiu.



Dzień. 13. 9-VII
Fragment listu:
Kochana Agatko. Właśnie rozlał mi się gotujący ryż w namiocie, ale w myśl starej zasady, że będzie jeszcze wiele okazji do zmartwień, nie przejąłem się wiele, sprzątnąłem, wstawiłem ponownie i piszę do ciebie list na wprost zachodzącego słońca naszego, zagryzając ciastkami. Rosja na razie mnie mile zaskoczyła. Z tego co widzę to jest tu całkiem normalnie. Normalne miasteczka, wsie, dobre drogi. W sklepach też w miarę ok.
Teraz leżę sobie nad stawem, wokół żniwa pełną parą idą. Jadę dalej na wschód. W Rosji kolejna godzina do przodu. Dzielą nas już dwie. Mocny wiatr dzisiaj wieje. Najpierw pomagał, ale teraz sprawia, że dalsza jazda jest niemożliwa, ale dzięki niemu nie jest tak gorąco. Twój krem bambino niezmiernie się przydaje, nakładam grubą warstwę na skopcony nos. Mówiłem tobie, że jak go czuję to mi się przypominasz ?

Dzień 14. 10-VII
Dzisiaj mijają dwa tygodnie jak ruszyłem. Forma mi dopisuje, choć nie mam już tej dynamiki w nogach (to przez słabe odżywianie) i na lewym półdupku zrobił mi się sporawy odcisk, ale jadę dalej. Jak tak dalej pójdzie to zakocham się w Rosji. Tu jest naprawdę fajnie i bezpiecznie z tego co widzę. Ludzie są przemili. Dzisiaj dostałem pomidory od babci, a od kolesia worek brzoskwiń. Całkiem nieźle idzie mi rozmowa po rosyjsku i prawie już czytam ich literki.

Dzień 16. 12-VII

Jestem 150 km od podnóży Elbrusa. Leżę teraz w przepięknym miejscu, wokół lata mnóstwo trzmieli i wspaniale pachnie. W dole płynie rzeka. Miejsce jest naprawdę przepiękne. Na kolacje mam ryż z mlekiem prosto od krowy i rodzynki.
Wczoraj miałem fajna przygodę. Pojechałem według mapy i dojechałem do wioski, gdzie niespodziewanie droga się kończy. Chciałem tam nabrać wody, ale pompa nie działa. Ktoś mnie woła spod płotu jakiejś zagrody. No i nie obeszło się bez wódki. Od razu mnie poczęstowali, a w takich sytuacjach się nie odmawia. Do zagryzki był suchy chleb. Pokazałem klasę jak na polskiego studenta przystało. Rozmawiałem z nimi długo i tak się zasiedziałem (no i trochę wypiłem, bo nawet nie wiem skąd wyciągali kolejne flaszki). Powiedzieli, że piję jak ruski i zaprosili mnie do domu.
Gospodarz to Kezbek (imię ma po jednym z kaukaskich pięciotysięczników). Super człowiek, piliśmy wódkę, jedliśmy słona rybę (ale tu gdzie teraz jestem mnóstwo trzmieli lata, siadają wszędzie). Później mnie nakarmili, obejrzeliśmy wspólnie zachód słońca i położyłem się spać pod zapadającym się, wygiętym w dół sufitem. Ludzie którzy żyją w kaukaskich republikach, nie uważają się za Rosjan. Ich majątek jest bardzo niewielki, jedna krowa, sypiący się dom, kawałek ziemi. Ich dumą jest telewizor (na którym dwa kanały odbierają). Mimo to cieszą się z tego, że maja co jeść. Z tego, że mogą żyć. Przyjęli mnie niesamowicie życzliwie. Rano na drogę dostałem trzy litry mleka, ugotowane jajka i ziemniaki. Było super.
Dzisiaj znowu miły akcent. Jeden koleś zaprosił mnie na kawę i ciastka z serem gdy spytałem się goo drogę. Ludzie są naprawdę przemili, gdyby nie ta pieprzona milicja...Na drogach jest mnóstwo kontroli. Zawsze jest taka mała granica pomiędzy kolejnymi republikami.
Jutro może ujrzę Elbrusa. Czuje jak mnie przyciąga. Ciekawym czy uda mi się stanąć na szczycie. Ciekawym jak zareaguje mój wyczerpany organizm na taka wysokość.
Muszę jeszcze napisać o przykrej przygodzie z wczoraj. W miejscowości Armawir miałem nieprzyjemną sytuację. Zajechałem na dworzec (bo zastanawiałem się nad podjechaniem kolejką elektryczną trochę), a tam sprawdzają paszporty. No i okazuje się (co doskonale wiedziałem) że nie mam rejestracji. Głupi milicjant nie chce przyjąć do wiadomości, że zarejestruję się w Tyrnyauz (tam gdzie wszyscy idący na Elbrusa) no i musze mu zapłacić 10 $.


Dzień 17. 13-VII
Fragment listu:
Kochana Agatko. Nie udało mi się dzisiaj wysłać listu, bo okazało się, że dzisiaj jest niedziela. Dni tygodnia straciły dla mnie znaczenie. A teraz uwaga! Elbrus w zasięgu wzroku ! Jestem na wysokości około 3400 m. Leżę już po kolacji, zamknięty w namiocie (a namiot na śniegu). Z ust leci mi para. Będzie to strasznie zimna noc. Nie odczuwam na razie problemów związanych z niską zawartością tlenu. Zobaczymy później.
Z rana obudziłem się bardzo wcześnie. Jechałem w deszczu, aż do doliny Baksan. Tutaj rozpoczyna się niemal 100 kilometrowy podjazd do Tereskola. Jechałem tak w deszczu, ulewa okrutna, ruchu prawie żadnego. Zatrzymał się jeden koleś busem i strasznie nalegał, żeby mnie podrzucić. No i takim sposobem zaoszczędziłem kilka godzin pedałowania w deszczu. Dzięki temu przeżywam teraz cudowne chwile. Tutaj jest naprawdę pięknie. Pogoda się poprawiła, zewsząd otaczają mnie góry. To jest mój świat. Jest tu cudownie, wokół mnie Kaukaz i ta przepiękna cisza. Dlatego właśnie tu jechałem. Zimno tylko trochę. Ryż chyba mi się nie zagotuje na tej wysokości. Chciałbym Ciebie tu kiedyś zabrać. Dwa cycki Elbrusa wznoszą się dumnie nade mną. Ciekawym czy dam radę.
Jak dojechałem do Tereskola, spotkałem kolesia który tego samego dnia co ja dojechał tutaj na rolkach z Moskwy !!! Niesamowite spotkanie. Zrobił 1600 km w 16 dni, trzy razy musiał zmieniać kółka. Strasznie śmiesznie chodził po pokonaniu takiej odległości. Poszliśmy razem coś zjeść, a później zostawiłem rower u jego znajomej dziennikarki. Spakowałem plecak, zrobiłem zapasy i ruszyłem do ataku. Koleś odprowadził mnie do końca asfaltu, dał mi wskazówki jak wchodzić na szczyt, żeby nie dopadła mnie choroba wysokogórska. Był bardzo zdziwiony, że nie chce odpocząć na dole, ale ja czułem się dobrze i pragnąłem jak najprędzej posmakować Kaukazu. I tak znalazłem się tutaj (choć według wskazówek powinienem być 800 m niżej) i zimno mi. Jak byśmy byli razem to byłoby nam cieplej. Kończę na dzisiaj, jeszcze zabiorę Ciebie w góry. To chyba najpiękniejsze miejsca na Ziemi. Niesamowicie potężne, piękne, tajemnicze i sprawiedliwe. Nie dam sobie nic zrobić, przecież obiecałem wrócić do Ciebie, a ja nie łamię obietnic.

Dzień. 18. 14-VII
Jestem już na wysokości 4100 m. Odczuwam trochę tę wysokość. Rozbiłem tutaj namiot. Na razie nie mogę iść wyżej. Musze się trochę zaaklimatyzować i odpocząć. Słońce niesamowicie pali twarz, ale temperatura nie jest zbyt wysoka. W nocy było pięknie. Chyba pełnia księżyca, a chmury zawisły dużo poniżej mnie. Cos pięknego. Elbrusa doskonale było widać oświetlonego księżycowym światłem. Mam mały problem z rakami, bo one są półautomatyczne, a ja wolałem wieźć lżejsze buty trekingowe niż moje sztywne "zimówki", ale coś się wymyśli.
Obok mnie rozbity jest polski namiot, ale nikogo nie ma. Jeszcze nigdy nie byłem na takiej wysokości, oddycha się zupełnie inaczej. Niektórzy wymiękają już tutaj. Idę odpocząć.





Dzień 19. 15-VII
Fragment listu:
Dzisiaj dzień masakry !!! Po prostu nie wierzę. BYŁEM NA ELBRUSIE !!! Wróciłem kilka godzin temu, odpocząłem i piszę do Ciebie. Jakoś mi dzisiaj brakuje Cię strasznie, chciałbym się podzielić moim szczęściem. Opowiem jak to się tam znalazłem...
Otóż wczoraj, w ramach aklimatyzacji, po południu doszedłem do skał Pastuchowa na 4800 m. Powinienem tam wchodzić dopiero dzisiaj, ale mój organizm zniósł to bardzo dobrze. Wieczorem wróciłem zmęczony do mojego namiotu na 4100m. Po zjedzeniu potężnej kolacji obserwuję jeden z najpiękniejszych zachodów słońca jaki kiedykolwiek widziałem. Coś niesamowitego. Przepiękne kolory, na horyzoncie cień od Elbrusa, większość kaukaskich szczytów poniżej mnie i znakomita widoczność. Wszystko to sprawiło, że chwila ta zapadnie mi długo w pamięci.
No i tak położyłem się zmęczony w namiocie i w głowie zaświtał mi szalony pomysł. Powinienem na tej wysokości pozostać co najmniej dobę, ale z trzech powodów postanawiam zaatakować dzisiaj w nocy. Po pierwsze i najważniejsze kończą mi się zapasy jedzenia. Nawet się nie spostrzegłem kiedy wszystko zjadłem. Być może jest to reakcja mojego organizmu na tę wysokość. Byłem cały czas głodny, a chcąc być w formie nie ograniczałem się z jedzeniem. I tym sposobem zostało mi trochę kaszy i 2 czekolady. Drugi powód to piękna pogoda i pełnia księżyca. A trzeci powód jest bliżej nieokreślony, być może to trochę pankowe podejście do sytuacji, ale coś mi mówiło, że dam rade i dobrze będzie zaatakować dziś w nocy.
No i wbrew wszelkim stereotypom zdobywania Elbrusa ruszam po krótkiej drzemce o trzeciej w nocy. Do skał Pastuchowa jadą ratraki z jakąś komercyjną wyprawą. Rozpoczął się atak. Śnieg jest dobrze zmrożony i idzie się dobrze. Jest zimno i wieje wiatr. O świcie docieram na 4900m. Wspaniały wschód słońca. Po prostu niesamowity. Tutaj zaczynają się naprawdę problemy. Chyba najgorszy odcinek trasy dla mnie. W głowie mi się kręci i mam problemy z równomiernym oddychaniem. Każdy szybszy krok czy potknięcie w rakach, kosztuje mnie chwile sapania. Co kilka minut po prostu padam na śnieg i leżę. Słońce świeci, a ja walczę ubrany we wszystko, co tylko posiadam. Wieje silny wiatr, marzną palce u rąk i stóp. Przesuwam się bardzo powoli, głowa mi pulsuje. Krok po kroku, wbijam raki, podpieram się na kijkach i jakoś docieram do trawersu a później do przełęczy (5300m). Tutaj mam maksymalny kryzys. Wydaje mi się że, dalej nie dam rady. Leżę na śniegu, jestem osłonięty od wiatru, znajduję się pomiędzy dwoma szczytami Elbrusa. W głowie mi się kręci i w ogóle jakoś dziwnie się czuję, tak tu jakoś niesamowicie cicho. Wsuwam skostniałą czekoladę, popijam moje rozrobione witaminki.
Nagle przypominasz mi się Agatko, jakoś tak wyraźnie jak nigdy (może to moja schiza). Wyobrażam sobie Ciebie na tym zdjęciu w makach. No i słyszę moją piosenkę wyprawy U2 "in the name of...". To mnie niesamowicie mobilizuje. Postanawiam, że wejdę tam, na szczyt Europy i krzyknę w kierunku Gryfina, że Cię kocham. Niewiadomo skąd bierze się we mnie energia na ten najcięższy odcinek. Pogoda jednak robi jakieś dziwne figle. Drugi wierzchołek Elbrusa obmywają chmury przeganiane silnym wiatrem. Wspaniale to wygląda.
Jednak zbieram się w garść, zaciągam głęboko kominiarkę, dociągam raki i powolutku do góry. Spotykam wyprawę z PZA i przewodnik mówi mi, że jak dla mnie to jeszcze 40 min. Teraz już wiem że nic mnie nie zatrzyma. Jeszcze trochę walki, kilka odpoczynków w śniegu, ale jest już zdecydowanie lepiej niż na przełęczy. Wreszcie staję na szczycie. Jak się tu znalazłem nie wiem, pod koniec szczyt chyba sam mnie wciągnął. Nic już mnie nie obchodzi. Ustępuje zmęczenie i pojawia się nieopisane uczucie szczęścia. Udało się. Jestem tutaj. Po stronie życia, przeciwko śmierci, wbrew ciemnościom. Przez moment czuję się cudownie. Jestem tu zupełnie sam. Chowam się od wiatru, zjadam resztę czekolady i oddaję się po prostu górom. Rozmyślam przez chwile co robisz w tym momencie. Jest południe.
Po półgodzinnym odpoczynku pogoda momentalnie się psuje. Zrywa się ogromny wiatr i wszystko przykrywają obmywające szczyt chmury. W jednej chwili jestem cały oszroniony. Do szczytu dociera jakaś komercyjna wyprawa. Postanawiam zejść za nimi. Nie widać już nic w promieniu 10 metrów. Po kilkunastu minutach spotykam Polaka - Sławka który spał obok mnie w namiocie na 4100 m. Jest dość zaskoczony moim widokiem. Krzyczymy do siebie kilka słów i idziemy w swoje strony. Za chwile dociera do mnie, że lepiej by było jakbym wrócił się za nim. Znałem już drogę, a pogoda naprawdę nie była najlepsza. Przypomniało mi się też, że choruje on na cukrzycę i nie wybaczyłbym sobie gdyby coś mu się stało. No i dogoniłem go szybko. Byliśmy wtedy ostatnimi tego dnia na szczycie. Coś we mnie wstąpiło i czułem się po prostu niesamowicie dobrze. Mogłem się normalnie poruszać jakby to były Tatry. Wiatr wiał bardzo silny, odezwała się we mnie ta odrobina szaleństwa, która siedzi zawsze w mojej głowie i zawsze pomaga mi w takich sytuacjach (czy aby na pewno pomaga ?). Takim to sposobem drugi raz odpoczywam na szczycie. Było bardzo ekstremalnie. Duży komplement usłyszałem, gdy Sławek powiedział, że beze mnie by nie wszedł.
Jednak trzeba schodzić. Powoli ostrożnie schodzę w dół do mojego namiotu na 4100 m. Wiem, że każdy nieprecyzyjny krok, czy potknięcie się w rakach, może kosztować mnie wiele. Początkowo schodzi się dobrze, ale później kończy się rezerwa mojej energii. Jestem totalnie wyczerpany. Nastąpiło ocieplenie i śnieg stał się miękki na niższych wysokościach. Do namiotu dochodzę niczym zombi, droga od skał Pastuchowa niesamowicie mi się dłuży, potykam się co chwila w mokrym sniegu. Ale jestem.
Dostaję trochę jedzenia od innych Polaków, którzy zwijają się, przejmuje reklamówkę ciastek od Rumunów i zapadam w upragniony sen. Jutro schodzę na dół, czuję się strasznie wyczerpany, ale szczęśliwy.





Dzień 20 16-VII
Wstaję wcześnie, pakuję sprzęt, zakładam reklamówki na stopy, żeby odizolować się trochę od mokrych butów i ruszam w dół. Wydaje mi się jakbym wczoraj całą drogę ciągnął twarzą po śniegu. Usta mi popękały tak, że ledwo mogłem coś do nich włożyć i w ogóle wszystko mam napuchnięte. Całe to odczucie potęguje się im niżej jestem i im cieplej się robi. Podczas zejścia spotykam 9 młodych Polaków którzy ambitnie zasuwają pod górę (http://www.elbrus.gtnets.com/index1.html). Wszystko jeszcze przed nimi.
W Tereskolu odbieram rower, ponownie przepakowuję cały sprzęt, dostaję jabłka na drogę i zjeżdżam 40 km do miejscowości Tyrnyauz, gdzie rejestruję się na milicji. Urzędnik jest dla mnie bardzo miły i obsługuje mnie poza kolejką gdy dowiaduje się, że dojechałem tu na rowerze. Odwiedziłem też Internet na poczcie który prawie nie chodził i kosztował fortunę.
Usta tak mnie bolą, że mam problemy z jedzeniem, ale jutro planuję dzień regeneracji. Dobrze zjem i odpocznę trochę. Naprawdę zmasakrowałem swój organizm przez ostatnich kilka dni. Leżę sobie teraz na polance tuż pod stromą górą. 500 m po drugiej stronie druga góra, pomiędzy nimi rzeka Baksan. Wysokość około 2000 m, ale całkiem ciepło. Drzewo na ognisko przygotowane, na kolację jajecznica z cebulką. Spędzę tu jeszcze z 3-4 dni i ruszam w dół, na wschód, a później do Gruzji. Chmury gęsto kryją niebo. Jakbym był tam gdzie dzisiaj rano, to na pewno bym je z góry oglądał.
Trochę się obawiam przejazdu przez Gruzję, nawet Rosjanie mi odradzają.




Dzień 21. 17-VII
Fragment listu:
Kochana Agatko. Tu jest naprawdę przepięknie. Góry Kaukazu mają ogromną zaletę, są zupełnie dzikie. Wszędzie można rozbić namiot i rozpalić ognisko, wszędzie chodzić. Zatargałem rower w jedną wspaniałą dolinkę (na zachód od miejscowości Elbrus) i tu rozbiłem obóz. Dotarcie tutaj kosztowało mnie ogromny wysiłek. Po poziomicach na mapie wydawało mi się, że w godzinkę uporam się z taką różnicą poziomów. Okazało się, że ponad cztery godziny walczyłem z rowerem na górskim szlaku. Ale opłacało się. Teraz jest wieczór, na ognisku ryżyk się gotuje (będzie z pastą z kabaczka) i w ogóle jest super. Zrobiłem małe rozpoznanie i jutro spróbuję wejść na Soviecki Voin (4100 m). Będzie trochę wspinania. Zostawiam rower i namiot tak po prostu sam sobie, bo ludzi tu nie ma prawie. Na końcu doliny żyje tylko jeden pasterz.


Dzień 22 18-VII
Fragment listu:
Kochana Agatko, straszna rzecz mi się dzisiaj przytrafiła. Ale zacznę od początku...Otóż obudziłem się gdy pierwsze promienie słońca padły na Elbrusa. Rzuciłem się do aparatu, bo widok był naprawdę niesamowity (zwykle biały szczyt był chwilę czerwony w pierwszych promieniach słońca). Po śniadaniu ruszyłem na mój pierwszy czterotysięcznik. Wspinaczka była dość ciężka. Znów, jak za dawnych tatrzańskich czasów pojawiła się krew na dłoniach i pozdzierane piszczele. Jest to dość ciężka góra (3+ w skali wspinaczkowej, jak powiedzieli napotkani Czesi). Po 6 godzinach udało się stanąć na szczycie, tuż przed załamaniem pogody. Z góry przepiękny widok na Elbrusa, którego wierzchołek przykrywają chmury, dziwne że tam, na tej wysokości cały czas śnieg leży, a tutaj ani plamki.
Wracam szczęśliwy do mojego obozu, a tu niespodzianka. Krowy zjadły moje suszące się pranie. Pięć sztuk skarpetek i koszulkę do spania. Do tego zostawiły ogromnego klocka w miejscu gdzie palę ognisko. Któraś nadepnęła na łyżkę (ale udało się ją odratować). O mały włos nie pochłonęły też moich spodenek kolarskich, ale znalazłem je w pobliżu (widocznie nie wyprałem ich zbyt dobrze). To nie jest zabawne !(ale zabawne będzie jak wrócę).
Teraz palę ognisko i robię tłuczone ziemniaki. Pogoda padła, a było tak fajnie. To naprawdę przepiękne miejsce. Biega tutaj mnóstwo takich małych stworzonek (jakby chomiki). Jak się idzie to tak fajnie gwiżdżą i prędko zmykają. Dwa kilometry dalej mieszka pasterz, który ma pewnie z tysiąc owiec (i te krowy pewno też jego były). Codziennie je wyprowadza na cały dzień i wraca z nimi wieczorem. Super to wygląda, wczoraj chciałem pomóc mu je zaganiać.
Deszcz zaczął padać właśnie, nakryłem się kurtką i dalej piszę. Wczoraj musiałem zrobić serwis mojemu wysłużonemu rowerowi. Zerwała się jedna szprycha i wygiął się hak od przerzutki. Dzięki częściom zapasowym wszystko udało się naprawić.
Patrzę w ogień, płomienie próbują mi coś powiedzieć..."Dorzuć drzewa marzycielu bo zgaśniemy". No to dorzuciłem. Patrzę w ogień. A płomienie znowu chcą mi coś powiedzieć..."Kochaj ją na zawsze, bo warta tego". Robi się ciepło. Odsuwam się od ognia. Patrzę przed siebie. A tam góry potężne w płaszczu śniegowym, kochają się z chmurami. One też chcą mi coś powiedzieć..."Póki ją kochasz ponad życie, u nas życia nie stracisz". Zamykam oczy. Słyszę strumień rwący. On też chce mi coś powiedzieć..."Widziałem was razem, omywałem wasze ciała. Kochajcie się tak dalej, bo jako świat opływam, takiej miłości jeszcze nie widziałem." Otwieram oczy. Pierwsze gwiazdy pięknie świecą. One też....


Dzień 23 19-VII

Jestem około 100 km od Czczenii. Wolałem się dzisiaj zatrzymać trochę wcześniej, żeby nie jechać o zmierzchu, zwłaszcza po przygodzie, która mi się dzisiaj przytrafiła. Otóż wydostałem się rano z mojej dolinki i ruszyłem jeszcze pod górę z zamiarem wjechania na Czeget (kolejką ha) żeby zrobić kilka fajowych fotek Elbrusa, ale pogoda się zryła i ruszyłem w dół. W miejscowości Tyrnyauz (gdzie wcześniej się rejestrowałem) zatrzymuje mnie milicja. Koleś wygląda jak jakiś Mongolczyk i po jego mordzie widzę, że będzie kiepsko. Sprawdza paszport i rejestrację, ale wszystko jest ok. No to myśli jak mi doorać. Pyta się o kartę na rower. Z racji, że ten cymbał zapewne nie zna łaciny daję mu moją legitymacje szkolną (a poza tym to doskonale wiem, że nie ma nic takiego jak karta na rower). No to on wsiada do auta i gada z kumplem. Coś wymyślili. Wołają mnie te bawoły i mówią do mnie, że dostaję mandat za jazdę po ulicy ! Parodia. Wmawiają mi, że powinienem jeździć po chodniku, bo na jezdni jest linia ciągła. Wszystkie moje dyskusje ucinają tekstem :"To nie Polska..." Co za buraki. Skończyło się na 10 $.
Dobra, ale to nie o tę przygodę mi chodziło. Jadę dalej, w dół rzeki Baksan. Widoczki przepiękne, pionowe ściany i w ogóle fajnie się jedzie. Po kilkunastu kilometrach trąbi na mnie stara Lada. Kieruje jakiś dziadek z denkami od słoików na nosie. Z przodu siedzi koleś, co widział jak mnie milicja zatrzymała, z tyłu jeszcze dwóch kolesi. Krzyczy do mnie żebym się zatrzymał. Staję więc niezdecydowany. On wychodzi, rozmawiamy chwile na dystans, mówię że nie mam czasu. Jak wychodzi drugi, wciskam mocno pedały i ruszam. Jadą za mną. Już bardziej agresywnie starają się mnie zatrzymać. Zajeżdżają mi drogę, ale ja bardzo sprawnie zmieniam kierunek jazdy, tak, że nie mogą mnie dopaść. Bawimy się tak w kotka i myszkę. Wiem, że ich cierpliwość niedługo się skończy i w końcu uderzą mnie autem, a to skończyłoby się nienajlepiej. Postanawiam zatrzymać się znowu, ale zastrzegam, żeby nie podchodził zbyt blisko bo ucieknę znowu, a reszta ma siedzieć w aucie. Okazuje się, jasna sprawa, że chodzi o kasę (od początku wiedziałem). Chcą żebym dał im na benzynę, odpowiadam, że nie mogę mu nic dać, bo sam niewiele mam. Sytuacja robi się napięta. Dalsza dyskusja staje się bezsensowna.
Przejeżdża Kamaz. Kierowca o twarzy z ledwo mieszczącymi się na niej bliznami, zobaczył co się dzieje. Zwalnia i daje znać, że mi pomoże. Wykorzystuję sytuację, szybko ruszam, wyprzedzam Kamaza i jadę przed nim. On z kolei zajeżdża drogę tym draniom i tak sobie jedziemy. Pędzę ile sił w nogach. Serducho mi wali okrutnie. Na szczęście kolesie rezygnują po kilku minutach. Udało się, wszystko dobrze się skończyło. Kamaz wyprzedza mnie, ale ja ciągle jadę z całych sił. Kilkanaście kilometrów dalej dostaje w sklepie czekoladę od miłej sprzedawczyni. Kraj jest piękny, ale nigdy nie wiadomo co cię spotka. Kilkanaście kilometrów dalej dostaje w sklepie czekoladę od miłej sprzedawczyni. Cóż za kontrast.
Teraz jestem w Północnej Osetii. Na granicy republik (jak wyjeżdżałem z Kalbadino-Błkarii) strażnik mi powiedział, że pełno tutaj bandytów i jak nie tutaj to w Gruzji mi rower zabiorą. Trochę mam stracha. Najbliższych kilka dni okaże się decydujących. Wyjechałem dzisiaj z gór, ale jutro wjeżdżam w nie znowu. Milicja zawsze zachwyca się twoją urodą ze zdjęcia które wiozę na torbie na kierownicy. Rozładowuje to niejedną napiętą sytuację, gdy mówię, że to moja dziewczyna.