"Aby zdobyć najbogatsze doświadczenia i zaznać największe radości, trzeba po prostu wybrać życie niebezpieczne"

Fryderyk Nietzsche.

Przełęcz Top 5000 m.n.p.m.

Schodzimy zmęczeni po ataku szczytowym związani liną asekuracyjną z High Campu (5350m.n.p.m.) na dół do bazy pod McKinleyem.

 

"Aby zdobyć najbogatsze doświadczenia i zaznać największe radości, trzeba po prostu wybrać życie niebezpieczne"

Fryderyk Nietzsche.

Przełęcz Top 5000 m.n.p.m.

Schodzimy zmęczeni po ataku szczytowym związani liną asekuracyjną z High Campu (5350m.n.p.m.) na dół do bazy pod McKinleyem. Idziemy ostrą grania po której bokach są dość duĹźe ekspozycje, dochodząc do przełęczy Bartek oświadcza Ĺźe się wypina z liny gdyĹź chce iść szybciej bo dokucza mu odmroĹźony policzek i chce się znaleźć jak najszybciej na dole w obozie. Sprawnie i szybko znika za załomem skały i nagle gdy zza niej wychodzimy widzimy go leżącego nieruchomo paręnaście metrów poniĹźej na śniegu a wokoło niego zbierającą się grupę podchodzących alpinistów, serce zamiera mi w bezruchu…

Kahiltna Glacier 2154m.n.p.m. - 8 dni wcześniej

Po 25 godzinnej męczącej podróĹźy samolotem firmy Air France przez Atlantyk z przesiadką w ParyĹźu i Salt Lake City do Anchorage, 40 minutowy przelot awionetką nad Alaska Range na lodowiec Kahiltna skąd rozpoczynamy naszą pieszą przygodę to czysta przyjemność. Cały zespół tzn. Beata, Maciek, Bartek, Kasia, Jacek, Ilona z Przemkiem i Rafał z Anią aĹź się nie mogą doczekać kiedy ruszymy na najwyĹźszy szczyt Ameryki Północnej – Denali ( Tron Słońca jak zwą go rdzenni Athabaskowie ) lub jak go nazwali pod koniec XIXw. po ostatnim prezydencie Williamie Amerykanie – McKinley (6193m.n.p.m.). Lecieliśmy tu tyle godzin i wciąż jest ten sam dzień , i wciąż jest widno, do czego zresztą będziemy się musieli przyzwyczaić bo nocy o tej porze roku to tu nie ma a latarki są tu całkowicie zbędne. Po zabawnym incydencie w ParyĹźu gdy pewna Amerykanka w drodze do USA której waga osobista przekroczyła 130kg a to niestety norma u tego narodu , wykupiła jak zwykle dla siebie dwa miejsca do siedzenia , okazało się juĹź w samolocie Ĺźe miejsca były, a i owszem ale w dwóch róĹźnych rzędach z czego po cichu się serdecznie uśmialiśmy, to po wyjściu na lodowiec gdzie powitał nas siarczysty mróz wcale nie było nam do śmiechu. Po wcześniejszym komfortowym noclegu w Arctic Adventure Hostel w Anchorage i w Bunkhousie w Talkeetna który naleĹźał do naszego powietrznego przewoĹşnika Talkeetna Air Taxi, tu juĹź wiedzieliśmy Ĺźe o wygodach moĹźemy zapomnieć. Po pysznym śniadaniu składającym się z jajecznicy na boczku zrobionej z jajek zakupionych w Wod Martcie gdzie nabyliśmy teĹź resztę ekwipunku i Ĺźywności na wyprawę oraz po wspaniałym obiedzie w West Rib Pubie znanym z filmu Przystanek Alaska tu wysoko juĹź czuliśmy Ĺźe jeszcze zatęsknimy za nieliofilizowanym jedzeniem. Gdzie po solidnej dawce strachu jaką zafundowali nam rangersi w Talkeetnie podczas odprawy i szkolenia górskiego oraz przy odbiorze permitów zezwalających na działanie na terenie Parku Narodowego Denali tu juĹź czuliśmy Ĺźe w niczym oni nie przesadzali opisując to wszystko co moĹźe nam się wydarzyć, Ĺźe na tym Alaskańskim lądzie 5- krotnie większym od Polski gdzie Ĺźyje tylko 2,5 miliona ludzi oraz całe stada łosi, karibu, wilków i niedĹşwiedzi grizzly będziemy zdani tylko na siebie, swoje doświadczenie i ekwipunek. Prawdopodobnie pierwszy polski kontakt z Alaską miał miejsce na początku XVIII w. i dotyczy polskiego zesłańca Ignacego Kosarzewskiego, księdza unickiego z Wołynia a którego osobę poprzez wyprawę chcemy przybliĹźyć. Został on zesłany na rosyjski Daleki Wschód za to, Ĺźe nie chciał przejść na prawosławie. Stał się tam wielkim podróĹźnikiem. Po 1713 r. był na Alasce razem z rosyjskimi kozakami, którzy ściągali daninę z miejscowej ludności na rzecz rosyjskiej administracji na Syberii. Z tamtych czasów po dziś dzień jest osada Kosarewski na lewym brzegu rzeki Jukon, na wprost miasteczka Holy Cross. Domek Kosarzewskiego zajęli potem Indianie i wokół niego powstała indiańska osada noszące jego imię. Jest tu takĹźe rzeka Kosarzewskiego – Kosarefsky River, która łączy się z rzeką Jukon pod Holy Cross. Mimo tych wszystkich obaw pełni entuzjazmu przepakowujemy swój ekwipunek na sanie które będziemy ciągnąć pod górę podczepione na karabinkach do uprzęży. Pierwszy etap to droga do Ski Hill ( 2380m.n.p.m.) gdzie będziemy mieli nocleg. Słońce świeci dość ostro dzięki czemu mamy wspaniałą widoczność oraz niesamowitą sposobność do robienia zdjęć. Bartkowi odkręca się w plecaku słoik z majonezem z czego jest kupa śmiechu bo cała droga jest nim umazana i od razu zostaje ochrzczona nazwą Mayonez Way. Po dość długiej wędrówce na miejscu na szczęście nie musimy budować platform pod namioty i wyĹźynać lodowych bloków z których buduje się ochronne murki przed wiatrem i śniegiem bo są juĹź gotowe po poprzednikach. Słońce zachodzi tu ok. 24 godziny więc rozmowom nie ma końca a i tak zasnąć jest ciężko bo jest cały czas jasno. Nazajutrz do obozu II na Kahiltna Pass ( 2750m.n.p.m.) dostajemy się dość szybko bo to krótki odcinek a następnego dnia szykuje się dość długa trasa i w celu lepszej aklimatyzacji postanawiamy tą odległość podzielić na dwie części. Następny dzień w drodze do Motorcycle Camp ( 3350m.n.p.m.) upływa równieĹź pod dobrą gwiazdą, słońce smaĹźy, wiatr lekki, bez śladu jakichkolwiek chmur na niebie. Ten obóz to juĹź całkiem spore osiedle alpinistów, zostawiamy tutaj depozyt zakopany w śniegu oznaczony bambusowym kijkiem z naklejką naszej ekspedycji na końcówce a których podobnych w okolicy są dziesiątki. Kolejnego dnia będzie ostre podejście do bazy głównej i wiele ekip wybiera ten wariant podziału jedzenia i paliwa. Z samego rana wiążemy nasze sanie w konwój po 3 sztuki a sami równieĹź łączymy się liną asekuracyjną i ostro pod górę. KaĹźdy kilogram czuć teraz podwójnie, uprząż wrzyna się w biodra, sanie próbują się przewracać co sprawia Ĺźe marsz pod górę staje się katorgą, na dodatek pogoda zaczyna się pogarszać, widoczność przez opad śniegu ogranicza się do parunastu metrów, na Windy Cornerze wieje solidnie, ten skalny występ został nazwany tak nie od parady. Na dodatek jacyś francuzi wprowadzają nas w błąd, wcześniejszy nasz zamiar to nocleg w obozie poniĹźej Base Campu ale po ich zapewnieniu Ĺźe do obozu tylko 20 minut ruszamy dalej, wychodzi 2 godziny z hakiem. Dziewczyny padają ze zmęczenia , Przemek z Iloną dochodzą trochę póĹşniej, trzeba jeszcze się wrócić po część bagaĹźu i w rzeczywistości spać idziemy po północy.

Base Camp 4350m.n.p.m. 3 dni do ataku szczytowego.

Po solidnym odespaniu zaległości z dni poprzednich dziś dzień odpoczynku czyli tzw. rest. Za pomocą lodowych pił wycinamy bloki lodowe które układamy dokoła namiotów, osłonią nas w póĹşniejszym czasie od ostrych wiatrów i śniegu . Przy ładnej pogodzie climbersi którzy zjechali tu ze wszystkich stron świata wychodzą na pogadanki ze swoich namiotów. Oprócz nas są tu Włosi, Niemcy, Francuzi, Koreańczycy, Czesi, Austriacy oraz oczywiście Amerykanie. Na środkowym placu niczym pomnik lub statua stoi niczym nie osłonięty sedes w którym wszyscy bez krępacji się załatwiają. Rangersi ostro pilnują Ĺźeby niczyja kupa nie skalała czystego , Alaskańskiego śniegu a z którego oczywiście czerpiemy Ĺşródło wody po stopieniu nad ogniem w menaĹźce. Na tej wysokości przy braku odpowiedniej ilości tlenu czas uzyskania 1 litra wody to ok. jedna godzina więc nic dziwnego Ĺźe całe Ĺźycie towarzyskie toczy się przy gotowaniu a rozmowom na temat jedzenia niema końca. Większe potrzeby robi się teĹź do duĹźych, zielonych kubełków które dostaliśmy na dole od rangersów , przypominają olbrzymie słoiki , wyłoĹźone są torebkami plastikowymi które to póĹşniej wyrzuca się w przepastne szczeliny. Alaska musi pozostać czysta! KaĹźdy teĹź z uwagą śledzi informacje przed namiotami ranwersów o prognozie pogody na nadchodzące dni. Czy juĹź moĹźna iść wyĹźej i atakować szczyt czy jeszcze warto przeczekać na normalnej wysokości. Niektórzy niczym pawie paradują po obozie obwieszeni sprzętem alpinistycznym niczym Bonington przed wejściem w ścianę na Mt. Everescie, tylko ze im połowa tego sprzętu i tak się nie przyda ale im więcej szpeju tym waĹźniejszy alpinista… Base Camp zaskakuje słabym zapleczem socjalnym, na innych górach moĹźna za odpowiednią opłatą zadzwonić z telefonu satelitarnego, sprawdzić pocztę w internecie, zjeść pizze lup zupę, napić się pepsi, tutaj nic, tylko namiot sanitarny z namiotami sypialnymi straĹźników i to wszystko. Jak na amerykanów to słabo. Ale oni za to zaskakują tu nas swoją postawą, to nie ci sami których znamy z filmów i teledysków, aroganccy i wyszczekani kowboje. MoĹźe dlatego Ĺźe to Alaska, Ĺźe to nie Stany jak powiadają miejscowi, zupełnie inne warunki, to ludzie gór, z charakterami wyrobionymi przez twarde środowisko w których trzeba sobie pomagać, gdzie serdeczność i Ĺźyczliwość jest duĹźo więcej cenniejsza od wartości pieniądza.

High Camp 5370m.n.p.m.- atak szczytowy

Prognoza pogody nie pozostawia złudzeń, przed nami ostatnie 3 dni lampy a potem załamanie, niewiadomo na jak długo. Nie zastanawiając się zbyt długo wyruszamy do górnego obozu w pełnym obciążeniu sprzętu i jedzenia. Podejście na przełęcz na 5000m stopniowo zwiększa swój kąt , idziemy związani liną ostroĹźnie stawiając kroki . W pierwszej 3-ce Jacek, Maciek i Bartek, w drugiej Beata, Kasia i Zbyszek. Reszta postanowiła odpocząć jeszcze jeden dzień na dole. Ostatnie 200m to 50 stopniowe nachylenie w lodzie Headwall. Kolejka do poręczówek zrobiła się długa jak fiks, nie dziwne, kaĹźdy chce wykorzystać sprzyjającą aurę. Na przełęczy ostry wiatr, mróz w granicach -25 stopni Celsjusza, idziemy w prawo granią, spora ekspozycja po obu stronach. Na twarzach oprócz wysiłku widać Ĺźe zaczyna teĹź dokuczać wysokość, ruchy coraz bardziej powolne, kaĹźdy krok przychodzi z trudem. Do obozu przychodzimy w ostrej zawiei ok. godz.20 i z trudem rozstawiamy namioty szarpane przez wiatr. Następny dzień poświęcamy w całości na regenerację sił co pozwala nam z jeszcze większą werwą zaatakować szczyt kolejnego dnia. Krótka odprawa o 10 rano ( tutaj o tej porze się atakuje szczyt) i ruszamy trawersując zbocze góry, zresztą nie pierwsi i nie ostatni tego dnia. Z nami razem idzie nas ok. 40 osób, to efekt okna pogodowego w które się wstrzeliliśmy. Ale słońce to jedyna zachęta tego dnia do podjęcia próby zdobycia jednego ze szczytów zaliczanych do tzw. Korony Ziemi czyli najwyĹźszych wierzchołków wszystkich kontynentów. Wieje przenikliwy wiatr prędkością dochodzący do 120 km na godzinę, mróz poniĹźej -30 stopni Celsjusza wcale nie ułatwia zadania a przy duĹźym wietrze jego odczuwalność jest prawie dwukrotnie większa. Za przełęczą Denali skręca się ostro w prawo gdzie jesteśmy wystawieni na silne podmuchy , śnieg zostaje wywiany do czystego lodu w który zawzięcie wgryzają się nasze raki i czekany, kaĹźdy metr z trudem wydzierany jest górze, nasze twarze cały czas wystawione są na siekanie drobnymi okruchami lodu i śniegu które rzuca w nas kaĹźdy podmuch. I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej róĹźdĹźki o 3 po południu wiatr ustaje. Przechodzimy krótki plateu - Football Field i ostatnie ostre podejście. Na twarzach ludzi maszerujących obok widać ogromny wysiłek jaki wkładają w te ostatnie metry podejścia. Jeszcze jedno przejście śnieĹźną granią , dość zresztą niebezpieczną bo miejscami jest oparcie tylko na jednego raka i oto Alaska stoi u stóp, wyĹźej juĹź na tym kontynencie nie ma nic, McKinley zdobyty!

Pułapka na lodowcu - Powrót

Odpoczywamy po wczorajszych emocjach ale nie wszyscy, dziś jeszcze Jacek atakuje szczyt i znowu następny sukces ! Dziś w Polsce dzień matki , rodzeństwo pewno przyjechało do rodziców w odwiedziny, moĹźe przy okazji wspomną o mnie, o tym co nie na morzu, lecz w górach szuka tego, czego nie zgubił - rozmyślam. O 15 część wczorajszej grupy szturmowej decydujemy się na zejście na dół do bazy. Podczas powrotu na grani Bartek poślizgnął się i zderzył z kimś idącym z dołu , wybija sobie bark. Ledwo go sprowadzamy z jego plecakiem na dół. Najgorsze są poręczówki i 50 stopniowa lodowa ściana. Ciężko zachować bezpieczeństwo grupy. Po zejściu do połowy góry na szczęście odbierają go od nas rangersi, pakują na sanie i zwożą na dół. Na dole z gorącą herbatą czekają juĹź na nas niezawodni Ania i Rafał. Pogoda pomału zaczyna pokazywać co potrafi zrobić na jednym z najzimniejszych miejsc na ziemi. Następne 3 dni tkwimy w namiotach, ciągle pada śnieg i wieje przenikliwy wiatr. Co parę godzin niczym przy syzyfowych pracach trzeba odkopywać namioty. Z Bartkiem teĹź jest nieciekawie, lekarz próbował nastawić mu jego bark ale się nie udało, helikopter nie moĹźe w ogóle wylecieć po niego w tych warunkach, i tak przez 7 dni. W piątek postanawiamy wyrwać się z tej pułapki, schodzimy w trójkę na dół, w tych warunkach sanie ciągle się przewracają, śnieg po kolana, trzeba torować drogę. Ktoś kiedyś powiedział Ĺźe skoro kaĹźdy człowiek ma swojego anioła stróĹźa to ja ze względu na intensywny tryb Ĺźycia musze mieć ich z dwunastu. W tym dniu kiedy w pocie czoła torowaliśmy z trudem drogę przez śniegi Alaski wydawało mi się Ĺźe wszystkie dwanaście siedzi na moich saniach. Do bazy na lodowcu doszliśmy o 22. Tu okazuje się Ĺźe juĹź od 4 dni nic nie lata. Wszyscy są uwięzieni na tym skrawku płaskiego terenu wciśniętego pomiędzy górami, ludziom zaczyna brakować gazu i jedzenia bo wszystko pozostawili w górach dla bardziej potrzebujących. Po dwóch dniach i nas zaczyna dopadać wizja głodu. Na dodatek czas spędzony przez naszą trójkę w namiocie na terenie wielkością porównywalną do obszaru pod stołem kuchennym wcale nie jest najbardziej komfortowy. Na szczęście pojawia się lekka poprawa pogody i w niedzielę w nocy zaczynają przylatywać po nas awionetki. Cali i zdrowi lądujemy w Talkeetnie gdzie przystępujemy do regularnych oblężeń miejscowych barów i restauracji. Niestety świadomość Ĺźe na górze są ciągle odcięci od świata nasi przyjaciele nie daje nam spokoju. Pozostaje wierzyć ze im teĹź się poszykuje i wkrótce razem się wszyscy zobaczymy… Bartka niedługo zwożą na dół i po nastawieniu barku w miejscowym szpitalu spotykamy się w Anchorage, reszcie po tygodniu udaje się wyrwać z matni ale z przygodami, Przemek skręca nogę i czeka go równieĹź przejaĹźdĹźka helikopterem. Miło mieć zespół na którym moĹźna polegać. Ile razy się słyszy o niesnaskach, nieporozumieniach podczas wypraw. A przecieĹź to nasze wymarzone wyjazdy o których tak bez przerwy myśleliśmy, do których tak długo się przygotowaliśmy, wygospodarowując urlop i z trudem odłoĹźone pieniądze. Nie marnujmy tego kiepskimi kłótniami o byle co, które z upływem czasu wydadzą nam się błahe. BądĹşmy dla siebie tam w górach serdeczni i Ĺźyczliwi. Pomagajmy bez zapytania, słuĹźmy radą i wprowadzajmy radość, nie zapomnijmy o termosie gorącej herbaty gdy bliscy dochodzą do obozu, pomóĹźmy rozłoĹźyć namiot gdy zmęczeni nie mają na nic siły. Niby to oczywiste ale coraz bardziej zapominane. Coraz więcej egoizmu i skomercjalizowanego świata wkrada się wysoko w góry, gdzie my powinniśmy być ponad tym wszystkim. Nie lekcewaĹźmy teĹź samych gór, pieniądze nas tam same nie wniosą, solidne przygotowanie fizyczne i praca druĹźyny pozwolą zdobyć upragniony szczyt. Samemu moĹźe i wejdziemy ale wspólnie będzie na pewno raĹşniej, bezpieczniej i weselej a radość z osiągniętego celu będzie podwójna. Nie zapomnijmy teĹź wywieszać naszej polskiej flagi w obozach, w bazach, nośmy jej małe odpowiedniki na czapkach, rękawach bluz, kurtek, łatwiej się odnajdziemy w tym tłumie, bądĹşmy dumni Ĺźe jesteśmy Polakami, wciąż na świecie jesteśmy w ekstraklasie alpinizmu, wszyscy z szacunkiem odnoszą się do naszych osiągnięć. Zawsze raĹşniej gdy w obcym kraju nie jest się samemu, Ĺźe obok są rodacy, Ĺźe moĹźna liczyć na czyjąś pomoc, czyjś miły gest. Do szybkiego…

 

Porady praktyczne:

Kiedy jechać? Najcieplejszymi miesiącami są tu maj, czerwiec i lipiec i one dają największą szansę na zdobycie szczytu.

Co zabrać? Oprócz podstawowego ekwipunku i ubrań naleĹźy pamiętać o ciepłej, puchowej odzieĹźy, solidnych technicznych butach termicznych typu La Sportiva, Millet. Przy duĹźych spadkach temperatury od gazu lepsza będzie benzyna jako Ĺşródło energii do przygotowania posiłków. Ze względu na długo trwające załamania pogody jedzenia trzeba ze sobą zabrać co najmniej na 3 tygodnie. Latarki zbędne.

Gdzie mieszkać? Arctic Adventure Hostel w Anchorage, czysto i tanio, właściciel wyjeĹźdĹźa i odwozi na lotnisko, w Talkeetna w Bunkhousie agencji TAT która teĹź przewozi na lodowiec, jest to najbardziej sprawdzona agencja z doświadczonymi pilotami którzy latają nawet w złych warunkach pogodowych, reszta tylko przy niebieskim niebie. Zakupy Ĺźywności i sprzętu w Wal Markt i REI niedaleko hotelu. Nie wart zabierać Ĺźadnej Ĺźywności z Polski.