
i warunkach w jakich przyjdzie nam podróĹźowaÄ.CzytaĹem relacje, szukaĹem taĹszych rozwiÄ zaĹ. Z tymi tanimi rozwiÄ zaniami, to niektóre siÄ udaĹy, inne nie za bardzo. UdaĹo siÄ znaleĹşÄ trekking czterodniowy do Machu Picchu za 330 $, ale za to z biletami siÄ pospieszyĹem. W póĹşniejszym terminie byĹoby taniej.JesteĹmy, jednak zadowoleni, bo i tak wyszĹo w miarÄ tanio. PojechaliĹmy w trójkÄ. Pani Ela, moja skromna osoba i Jacek, który przez internet, zgĹosiĹ chÄÄ dzielenia z nami trudów wyprawy i który okazaĹ siÄ bardzo pomocny z uwagi na znajomoĹÄ jÄzyka hiszpaĹskiego. DziÄki niemu, na przykĹad, wiedzieliĹmy co zamawiamy do jedzenia...Do Limy dotarliĹmy 19 kwietnia, pod koniec pory deszczowej, wróciliĹmy do Warszawy 9 maja. Prawie wszystko co zaplanowaliĹmy zostaĹo zrealizowane.
KRÓLEWSKA DROGA INKÓW
DzieĹ pierwszy
Budzimy sie o 5.30. Wczoraj juĹź popakowaliĹmy rzeczy, które mamy zabraÄ ze sobÄ . WlazĹem pod prysznic i na zapas siÄ umyĹem. Tak mi siÄ przynajmniej wydawaĹo. Z przyborów toaletowych zabieramy tylko szczoteczki do zÄbów i pastÄ. Jak spartaĹskie warunki, to ze wszystkim... Klamoty zostawiamy w przechowalni w hostelu. Nie ma Ĺźadnych problemów. Po podĹym Ĺniadaniu (dwie buĹeczki, puste w Ĺrodku, troszkÄ dĹźemu i coĹ niesprecyzowanego pokrojonego w plasterki, do tego sok i mate de coca), czekamy na przewodnika. NiedĹugo. Zabiera nas na Plaze de Armas i tam wsiadamy do autokaru. Powoli siÄ zapeĹnia i tak poznajemy pozostaĹych nieszczÄĹników. To wĹaĹnie jest paranoja! PĹaciÄ 330$ za cztery dni spaceru po górach, spaÄ pod namiotem na twardej karimacie, jeĹÄ byle co, padaÄ przy tym na twarz i jeszcze byÄ z tego zadowolonym!!! Najgorsze, Ĺźe nie ma na kogo zwaliÄ winy, bo to byĹ mój pomysĹ... Robimy krótki postój w Ollantayambo, gdzie kupujÄ papier toaletowy. Pani Ela i Jacek kupujÄ kije do trekkingu.BÄdzie im Ĺatwiej iĹÄ. Po 5 soli sztuka. Pani Ela zaraz zresztÄ swój zamieniĹa na taki bardziej nowoczesny, za dopĹatÄ . BÄdÄ musiaĹ siÄ teraz bardziej pilnowaÄ i nie denerwowaÄ swoich towarzyszy, bo zasiÄg im

niepokojÄ co wzrósĹ. JakoĹ to bÄdzie... Jedziemy dalej, do "punktu przeĹadunkowego". Tutaj nasi portierzy (tragarze, kulisi, itp) rozdzielajÄ miÄdzy siebie rzeczy do niesiena. Przy okazji poznajemy siÄ. Jest dwójka Brazylijczyków, dwoje Francuzów, trzech ArgentyĹczyków, trzy Argentynki i nasza trójka. CaĹkiem ciekawy skĹad. MiÄdzynarodowy. Do tego dwóch przewodników - angielsko i hiszpaĹskojÄzyczny. Portierów jest szesnastu. Nie wyglÄ dajÄ najlepiej. Nieduzi, chudzi i w sandaĹkach. Jak oni to wszystko zabiorÄ ?! Jednak popakowali i zabrali! Do wejĹcia na teren Parku Archeologicznego dojeĹźdĹźamy autobusem. WÄ ziutkÄ drogÄ . Czasami autobus jedzie samym skrajem urwiska. Co jakiĹ czas mijanki. Niektórych juĹź dowieĹşli... Robi siÄ pochmurno. Zaczyna siÄ piÄ. W deszczu dojeĹźdĹźamy do wejĹcia. WyĹadowujemy siÄ i czekamy w kolejce, aĹź nas wpuszczÄ . TuryĹci majÄ jedne przejĹcie, kulisi - drugie. PokazujÄ jakiĹ papierek, który im sprawdzacz stÄpluje i pÄdzÄ dalej. Bardzo nam siÄ to stÄplowanie spodobaĹo. TeĹź sobie podstÄplowaliĹmy paszporty. Ĺťe weszliĹmy. Jak bÄdziemy wychodziÄ, to moĹźemy znowu. Ĺťe wyszliĹmy. Mimo paskudnej pogody, humory dopisujÄ . Najbardziej Argentynkom. Szczególnie jednej. Jej wrzaskliwy dyszkant bÄdzie mnie przeĹladowaĹ przez najbliĹźsze dni... Idziemy wzdĹóĹź torów kolejowych do wiszÄ cego mostu. Z mijajÄ cego pociÄ gu machajÄ ci, którzy nie zdecydowali siÄ na trekking. Odmachujemy. Przechodzimy przez most i zaczyna siÄ Królewska Droga Inków do Machu Picchu! CaĹy czas siÄ pi. Po godzinie drogi zatrzymujemy

siÄ na obiad. Powoli siÄ przeciera. Mijamy las eukaliptusowy, a dalej tarasy Inków. Co jakiĹ czas przechodzimy koĹo samotnych chatek mieszkaĹców. Przy jednej, z krzaków wychodzi pies, którego Ĺźebra sterczÄ jak tarka. Niestety nie mamy nic do dania. Idziemy nie spieszÄ siÄ. Wszystko jest nowe, inne niĹź dotychczas widzieliĹmy. Po drodze, przewodnik pokazuje krzew, którego sok jest halucynogenny. Pani Ela mówi, Ĺźe swego czasu, coĹ takiego miaĹa w domu, tyle Ĺźe troszkÄ mniejsze. Wreszcie po 3 i póĹ godzinie marszu docieramy do Huayllabamba, gdzie czekajÄ na nas rozstawione namioty. Po kolacji Pani Ela daĹa naszemu (anglojÄzycznemu) przewodnikowi ĹźóbrówkÄ. Bardzo siÄ ucieszyĹ i

lataĹ po caĹym obozie chwalÄ c siÄ podarunkiem. RozkĹadamy karimaty i usiĹujemy siÄ uĹoĹźyÄ. Twardo. W nocy kilka razy siÄ budzÄ i usiĹujÄ przyjÄ Ä wygodniejszÄ pozycjÄ. MaĹe szanse, ale, Ĺźe byĹem na spacerku i ĹwieĹźe powietrze, wiÄc jakoĹ dotrwaĹem do rana.
DZIEĹ DRUGI
Raniutko wstajemy. Nie ma sensu siÄ wylegiwaÄ. Szybko lecÄ do kibelka. Tak z 10 metrów w górÄ. MÄ drze zrobiĹem. Pani Ela poszĹa kwadrans póĹşniej, to mówiĹa, Ĺźe nie daĹo siÄ juĹź wejĹÄ. Przy strumyku myjemy zÄby, obmywamy siÄ zimnÄ wodÄ . Ĺniadanie i w drogÄ! Jest siódma, kiedy wychodzimy. Mamy podejĹÄ 1200 metrów. Na wysokoĹÄ 4200 m npm. Jak dobrze, Ĺźe zabraĹem liĹcie koki! Przeciera siÄ i powoli robi siÄ coraz cieplej. Pani Ela kupiĹa wodÄ za 5 soli. To chyba nie byĹa caĹkiem oryginalna, bo w Ĺrodku pĹywaĹy jakieĹ farfocle. Znowu

nauczka. WylaĹa i nabraĹa ze strumienia. Taka sama - mokra i zimna. MyĹleliĹmy, Ĺźe dzisiaj, Argentynki bÄdÄ ciszej, bo to i zmÄczenie i wspinaczka... Ale tam! OddaĹy plecaki do niesienia kulisom, a same dalej nadawaĹy! CaĹa siódemka ArgentyĹczyków niesie raptem dwa plecaki. Reszta u kulisów po 50$ za dzieĹ. TrochÄ zarobiÄ (kulisi), ale diabĹa tam taki zarobek! Kiedy porównujÄ ich, z innymi "nosicielami", to nasi wypadajÄ najbiedniej. Ubrani byle jak, bez butów (w sandaĹkach), jednak ĹmigajÄ , jak inni! Po naszym wyjĹciu z obozowiska, pakujÄ namioty i caĹy sprzÄt (jedzenie dla nas i siebie teĹź niosÄ ) i przenoszÄ , to na nastÄpne miejsce postoju, mijajÄ c nas po drodze. Drobni, chudzi, ĹźylaĹci. I cholernie wytrzymali! Czasami przysiadajÄ po drodze i krótko wypoczywajÄ .

WidaÄ wtedy, jak sÄ zmÄczeni. Cali mokrzy, pot Ĺcieka po twarzy, wyczerpani do granic ludzkich moĹźliwoĹci. CzÄstujemy ich polskÄ czekoladÄ , co przyjmujÄ z wdziÄcznoĹciÄ . Jak, to dobrze, Ĺźe urodziĹem siÄ w Polsce!!! Wspinamy siÄ coraz wyĹźej. MinÄli nas ArgentyĹczycy i Argentynki. Jacek wyrwaĹ do przodu! A myĹmy siÄ martwili, czy da radÄ!!! Za nami tylko dwójka Francuzów i Brazylijczycy, no i drugi przewodnik zamykajÄ cy grupÄ. Z tlenem. Jak ktoĹ zasĹabnie. Nie ma odwrotu. Nie moĹźna zrezygnowaÄ. Albo siÄ dojdzie, albo... nie wiem co... Idziemy najczÄĹciej do góry. Czasami trafiajÄ siÄ równiejsze odcinki. Otwiera siÄ piÄkny widok na dolinÄ, którÄ minÄliĹmy... Zbocza porasta dĹuga trawa - ichu. Znak, Ĺźe jest wysoko. Wreszcie koĹo 10.30 dochodzimy do miejsca postoju. Na lunch. JesteĹmy na wysokoĹci 3700 metrów. Jeszcze tylko 500 i przeĹÄcz. Koniec podchodzenia. Najpierw jednak obiadek, krótki odpoczynek, uzupeĹnienie wody w butelkach (ze strumieni). PijÄ na zapas i tak wyjdzie przez skórÄ. Znowu do

góry. ZmÄczenie nagradzajÄ widoki. Gór i dolin. Wysokogórskich roĹlin. GĹosy ptaków. Ĺťeby jeszcze nie byĹo siÄ tak zmÄczonym... Mam swój sposób podchodzenia. IdÄ kilkanaĹcie metrów, aĹź minÄ PaniÄ ElÄ i kĹadÄ siÄ na poboczu. Czekam, kiedy Pani Ela mnie minie i znowu... Za którymĹ razem, podszedĹ przewodnik i najpiew zaproponowaĹ tlen, a póĹşniej, Ĺźe mi zrobi fotkÄ - jak dogorywam. I jednego i drugiego odmówiĹem. Niepotrzebnie. Trzeba byĹo siÄ zgodziÄ na zdjÄcie. Jacek juĹź dawno nas minÄ Ĺ. WyprzedzajÄ Brazylijczycy i Argentynki. Jedna z nich mówi do Pani Eli:- (ang) Jaka Pani dzielna! W Pani wieku wchodziÄ z plecakiem! - bardzo wspóĹczuĹa.- (ang) WstydziĹabym siÄ oddaÄ plecak, nasi portierzy i tak ledwo idÄ ! - Pani Ela nerwowa (wiek), Argentynka przyspieszyĹa kroku. ByĹa bez plecaka.Za nami tylko Francuzi i przewodnik z tlenem. Przed nami strome podejĹcie do przeĹÄczy Warmihuahusca ( co znaczy - gdzie umiera kobieta). Pani Eli, to jednak nie grozi. Koki nie chce, ale ze zmÄczenia, zrobiĹa siÄ jakaĹ taka nerwowa, Ĺźe staram siÄ trzymaÄ w przyzwoitej odlegĹoĹci od kijka. ZĹoĹÄ dodaje jej siĹ i wspomaga krÄ Ĺźenie. TeĹź dobry sposób... Nad przeĹÄczÄ chmury. Jeszcze tylko kawaĹeczek ostrego podejĹcia i jesteĹmy na górze! Wiatr! Deszcz! Zimno! Jaka zmiana po sĹonecznym i gorÄ cym podejĹciu. Ĺťegnamy sie z dolinÄ , którÄ tak dĹugo szliĹmy i z ciekawoĹciÄ patrzymy siÄ, co nas czeka. ZejĹcie dosyÄ strome, po Ĺliskich, mokrych kamieniach. Niby uĹoĹźone w stopnie, ale ciÄ gĹe trzÄsienia ziemi trochÄ je powyginaĹy. Jest godzina 13.00 . Jeszcze godzina drogi i bÄdziemy w obozowisku. Teraz to juĹź pestka. Mamy dobre trekkingowe buty, wiÄc robimy za kozice. Nie schodzimy, tylko zbiegamy. Mijamy wrzaskliwe Argentynki. Oczka im siÄ robiÄ takie, jakieĹ duĹźe. UsiĹujÄ nas dogoniÄ, ale tam... SÄ w tenisówkach, wiÄc muszÄ uwaĹźaÄ, Ĺlisko. Zbiegamy dalej, mijamy Jacka. Jest wspaniale! RzeĹki deszczyk chĹodzi twarze, wiaterek owiewa. Tyle, Ĺźe marne widoki.

Pocieszamy siÄ, Ĺźe powoli wiatr rozwieje chmury i znowu bÄdzie sĹoĹce i widocznoĹÄ. NastÄpni zaskoczeni przez nas, to przewodnik i ArgentyĹczycy. Chyba nie nas siÄ spodziewali!!!Godzina 14.30 - jesteĹmy w obozowisku. Namioty porozstawiane na dawnych tarasach uprawnych Inków. Nad nami wodospad, przed nami dolina i droga prowadzÄ ca w dóĹ. NajczÄĹciej.Póki co, zajmujemy namiot, Ĺcielimy. Na skale przy namiocie leĹźy zmÄczony kulis.WyglÄ da tak Ĺźe aĹź Ĺźal dupÄ Ĺciska... Ĺťeby juĹź mieÄ mycie za sobÄ , idÄ do toalet. Takie typowe, wojskowe rynny z kranami u góry. Okazuje siÄ, Ĺźe mam jeszcze duĹźo siĹy. I energii. Pani Ela, kiedy chciaĹem jej zdaÄ relacjÄ, stwierdziĹa, Ĺźe wszyscy sĹyszeli. I dobrze, Ĺźe nie rozumieli! Ale ten co szczaĹ do umywalki, zrozumiaĹ! RwaĹ do obozu, tak szybko, Ĺźe nie miaĹem szans go dogoniÄ... Tak teĹź bywa...Kolacja i spaÄ. Tym razem podkĹadam pod biodra spodnie, a na Ĺpiwór kĹadÄ jeszcze kurtkÄ. Pani Eli równieĹź. Jest mi ciepĹo i dobrze. Jedyne moje zmartwienie, to takie, Ĺźe jutro trzeba bÄdzie wstaÄ!
DZIEĹ TRZECI
Zaczyna siÄ dzieĹ, jak co dzieĹ. Wstawanie, Ĺniadanie, wrzask Argentynek i w drogÄ! Dzisiaj troszkÄ równiej, ale za to dĹuĹźej. Zaczyna siÄ nieĹşle. Mimo, Ĺźe wysoko, to ze zmÄczenia nie czujÄ niedotlenienia. MyĹlÄ, Ĺźe tak ma byÄ, ĹźujÄ kokÄ i idÄ. Najpierw na dóĹ, póĹşniej do góry. I tak w kóĹko. Dochodzimy do ruin fortu. Runcuracay. Ma formÄ póĹokrÄgu, mur osĹania przed wiatrem - jest 3800 m npm, wiÄc nie jest za ciepĹo. OglÄ damy go wĹaĹciwie w "locie", bo tylko przechodzimy i dalej drogÄ ... Okolica piÄkna, a robi siÄ jeszcze Ĺadniej. Co jakiĹ czas mijamy ciekawe miejsca. Ruiny twierdz i fortów inkaskich. Za jeziorkiem Yanacocha dochodzimy do Sayaqumarca (dominujÄ ca wioska). Robimy maĹÄ przerwÄ, aby popodziwiaÄ widoki. Dolina Acobamba i pokryty Ĺniegiem szczyt

Pumasillo. CiÄ gle coĹ nowego. KaĹźdy idzie wĹasnym tempem, tak, aby mógĹ, to wszystko chĹonÄ Ä. Dzisiejsza droga jest ciekawsza od wczorajszej, ale bardziej upierdliwa. Wczoraj wiedziaĹem, Ĺźe mam wejĹÄ na przeĹÄcz, a póĹşniej, to juĹź buĹka z masĹem... Dzisiaj idziemy raz do góry, raz na dóĹ... Nie widaÄ koĹca. Mamy tak iĹÄ okoĹo 8 godzin, wiÄc co jakiĹ czas patrzÄ na zegarek, ale to nic nie pomaga. Czas jakby sie zatrzymaĹ. Dobrze jeszcze, Ĺźe jest sĹonecznie, to moĹźna pooglÄ daÄ góry. I doliny czÄĹciowo równieĹź. CzÄĹciowo, bo tam na dole mgĹa. Soczysta zielonoĹÄ puszczy przykryta jest chmurami, które czasami siÄ rozwiewajÄ . WidaÄ wtedy jakby dywan zielonoĹci. Jest po porze deszczowej, wiÄc wszystko jest ĹwieĹźe, zieleĹ intensywna, zlana w jednoĹÄ. Nie widaÄ Ĺźadnych pni drzew, tylko listki, liĹcie, pnÄ cza i zielone gaĹÄ zki, a wszystko w prawie jednolitej zieleni, jakby na góry zostaĹ poĹoĹźony dywan... Pani Ela jest zachwycona! Do tego jeszcze sĹychaÄ trele ptaków, wiÄc i akustycznie jesteĹmy dopieszczani. Reszta grupy, albo wysforowaĹa siÄ do przodu, albo zostaĹa z tyĹu. Jacka teĹź gdzieĹ wcieĹo, jesteĹmy sami i sami podziwiamy... W ciszy. Dochodzimy do tunelu wykutego w skale. DĹugi. Ma ze 20 metrów i biegnie wzdĹóĹź stoku góry, który nie jest prosty. Wchodzimy do tunelu i od razu - ciemnoĹÄ! Lekka poĹwiata pada z otworu wejĹciowego, posuwamy siÄ powoli, prawie po omacku, aĹź do zakrÄtu, tam widaÄ wyjĹcie! Wychodzimy w inny Ĺwiat. ZeszliĹmy dosyÄ nisko i klimat siÄ zmienia. Jest ciepĹo i parno. Jak to powietrze pachnie!!! Idziemy zielonym tunelem. Zbocze góry poroĹniÄte jakimiĹ pnÄ czami, krzewami. Co jakiĹ czas mijamy drzewo ze sterczÄ cymi korzeniami, które wijÄ c siÄ, wrastajÄ w ziemiÄ. Podobne widziaĹem w Korzeniowym WÄ wozie koĹo Kazimierza, ale nie na takÄ skalÄ! Znowu do góry! Bardzo tego nie lubiÄ! Jednak nie mam wyjĹcia! MuszÄ siÄ opiekowaÄ SWOJÄ KOBIETÄ!!! OczywiĹcie mówiÄ, to po cichu, tak aby Pani Ela nie sĹyszaĹa! Ma kij trekkingowy. Metalowy. GiÄtki. WiÄc idziemy!

Wspinamy siÄ! Po wczorajszym, jesteĹmy troszkÄ zmÄczeni, wiÄc i coraz czÄĹciej tchu brakuje. MoĹźe to i z wysokoĹci? Inkowie naprawdÄ kochali góry! Droga prowadzi skrajem stoku, gdzieniegdzie jest prowizorycznie naprawiona. WidaÄ, Ĺźe i tutaj ziemia siÄ trzÄsie... Nareszcie dochodzimy do cytadeli Phuyupatamarca (wioska nad chmurami). Nazwa oddaje jej poĹoĹźenie. Jednak nie jest tak wysoko, jak wczoraj. Jest otoczona lasem i ulokowana na krawÄdzi wÄ wozu. Przy ĹcieĹźce jest ĹźródeĹko zabudowane przez Inków. ĹwieĹźa woda!!! Zimna, rzeĹka i smaczna. I czysta. I mokra. Szczególnie to ostatnie! Zrzucam plecak i pijÄ. MuszÄ byÄ nieĹşle odwodniony. Obmywam twarz, rÄce... DochodzÄ Francuzi. Plecak niesie tylko facet. A stawiaĹem, Ĺźe to on pÄknie... Razem oglÄ damy cytadelÄ. Jest nasz przewodnik, który opowiada o twierdzy. O wodzie teĹź. Podobno, to wspaniaĹy afrodyzjak. Ale, albo na mnie nie dziaĹa, albo on nie jest w moim typie... WszedĹem wyzej i obejrzaĹem okolicÄ. Teraz, to tylko w dóĹ! I tak idziemy! Schodzimy serpentynami, aĹź do nastÄpnego tunelu. JuĹź nie jest taki dĹugi. Szybko przechodzimy i zaczyna siÄ!!! Orchidee!!! Pani Ela wniebowziÄta!!! Co irusz siÄ zatrzymuje i oglÄ da, wÄ cha... SÄ piekne! To fakt. Ale, Ĺźeby aĹź tak... Prawie Ĺźadnej nie odpuĹci, a Ĺźe caĹa droga jest nimi obsadzona, to i idziemy dosyÄ wolno. No i dobrze, mogÄ sobie pooglÄ daÄ widoki. A jest piÄknie! JesteĹmy na stoku dosyÄ wysoko, mniej-wiÄcej w poĹowie góry. Szczyty nad nami, a doĹem pĹynie Urubamba (Ukajali). Taka niebieskawa ĹźyĹka wĹród zielonoĹci... Niebo bĹÄkitne, tylko tu i ówdzie biaĹa chmurka... Ptaszki drÄ dzioby na potÄgÄ... Raj! Mimo piÄknych widoków, droga daje siÄ we znaki. CzyjÄ, Ĺźe na duĹźych palcach u obu nóg robiÄ mi siÄ pÄcherze. Na razie, to tylko piecze, ale zaraz moĹźe byÄ gorzej. Dochodzimy do rozejĹcia dróg. JednÄ idzie siÄ póĹtorej godziny (oglÄ dajÄ c fortecÄ Winayhuayna), drugÄ póĹ godziny, prosto do miejsca postoju. Nie czujÄ siÄ na siĹach iĹÄ w górÄ. Darowujemy sobie... Idziemy krótszÄ i szybszÄ drogÄ . Obydwoje mamy juĹź dosyÄ! Wreszcie obozowisko! JakaĹź ulga!!! WleĹşÄ do namiotu, rozĹoĹźyÄ karimatkÄ i wyciÄ gnÄ Ä siÄ... Krótka drzemka i na kolacjÄ. PoĹźegnalnÄ . Obozujemy niedaleko restauracji (u nas bym nie wszedĹ - mordownia) i tam mamy kolacjÄ. Zanim podano posiĹek wypiliĹmy po piwku z PaniÄ ElÄ . Za to, Ĺźe siÄ udaĹo! Za to, Ĺźe byliĹmy dzielni! Za nas! Nie tylko my ĹwiÄtujemy. Argentynki tak drÄ buzie, Ĺźe wypĹoszyĹy innych klientów. Francuska teĹź siÄ urĹźnÄĹa i rĹźy na caĹÄ knajpÄ... Jak podano do stoĹów, to ucichĹo i moĹźna byĹo jeĹÄ. Jutro pobudka o 4.00 !!! Szybko spaÄ, bo Machu Picchu czeka!!!
DZIEĹ CZWARTY
BarbarzyĹska godzina!!! Jak mozna budziÄ ludzi, kiedy jeszcze ciemno?! Jednak moĹźna. I trzeba wstaÄ. Wstajemy wiÄc. Jest ciemno jeszcze, ale w caĹym obozie ruch. Ostatni nocleg. Jacek nawet wczoraj wziÄ Ĺ prysznic. Tyle, Ĺźe mydĹo musiaĹ poĹźyczyÄ od Francuzów, bo Ĺźadne z nas nie zabraĹo. ZapĹaciĹ 5 soli (za prysznic, nie za mydĹo). My juĹź przyzwyczailiĹmy siÄ do siebie i nie przeszkadza nam swoisty aromat, który nas otacza. Inni zresztÄ ĹmierdzÄ podobnie. Na dole podobno sÄ gorÄ ce ĹşródĹa, to tam pójdziemy... Na Ĺniadanie jemy po dwa placki i juĹź. Wszystko wczoraj poszĹo! Argentynki dzisiaj troszkÄ cichsze - widaÄ kacyk... ZjedliĹmy byle co, wypiliĹmy mate de coca, i w drogÄ! Przechodzimy przez bramkÄ, gdzie nas sprawdzajÄ (czy iloĹÄ siÄ zgadza). Idzie siÄ troszkÄ lĹźej, bo odpadĹa karimata. Poza tym, jesteĹmy podnieceni, przecieĹź za parÄ
godzin zobaczymy, to do czego szliĹmy tyle dni! Robi siÄ szarówka, coraz widniej... Idziemy wzdĹóĹź stoków masy
wu, ponad rzekÄ UrubambÄ , która pĹynie w dole. Po drodze wyĹoĹźonej kamieniami. Lekko w górÄ i trochÄ w dóĹ. JesteĹmy w lesie tropikalnym, sĹychaÄ ptaki, jak drÄ dzioby. Dobrze, Ĺźe nie mamy kaca, bo wtedy przeszkadza nawet, jak kot chodzi! JakoĹ mi nie jest Ĺźal Argentynek. Francuzka teĹź spokojna. Zaczynamy siÄ rozdzielaÄ. Droga jedna, nie da rady nigdzie zabĹÄ dziÄ. Jeszcze troszkÄ wysiĹku. Jeszcze kawaĹek... Dobrze chociaĹź, Ĺźe widoki piÄkne. Idziemy ĹcieĹźkÄ obsadzonÄ orchideami. Pani Ela znowu sie zachwyca. Po prawie trzech godzinach marszu dochodzimy do schodów wykutych w skale. Stopnie prawie póĹmetrowe. CiÄĹźko siÄ wchodzi, ale juĹź widaÄ przeĹÄcz. Ostatkiem siĹ wchodzÄ, z rozbiegu robiÄ jeszcze kilka kroków i widzÄ... Warto byĹo! Warto byĹo iĹÄ za tego bonusa! Warto byĹo jeĹÄ byle co, spaÄ byle jak, pociÄ siÄ i mÄczyÄ!!! WidzÄ na dole, w oddali, oĹwietlone promieniami wschodzÄ cego sĹoĹca Miasto! GórÄ nad nim! OglÄ dam siÄ za PaniÄ ElÄ . Stoi za murem i dyszy. Jeszcze nie widziaĹa, wiÄc ciÄ gnÄ jÄ tam, skÄ d najlepszy widok. Teraz tylko tam dojĹÄ! Robimy krótki odpoczynek przed ostatnim odcinkiem. Teraz bÄdziemy schodziÄ w dóĹ. MoĹźna iĹÄ powoli, nie spieszÄ c siÄ. Machu Picchu czekaĹo ponad 500 lat, moĹźe poczekaÄ jeszcze trochÄ. Nie ucieknie. Pasiemy oczy widokami. Im bliĹźej Miasta, tym piÄkniej wyglÄ da. CaĹy czs Ĺwieci sĹoĹce. PiÄkna pogoda do spaceru i oglÄ dania. Od strony Miasta idÄ turyĹci i trochÄ dziwnie siÄ na nas patrzÄ . My na nich teĹź. Nie majÄ Ĺźadnych plecaków, ubrani, jak na podmiejskÄ wycieczkÄ. My z plecakami, spoceni, ja z czterodniowym zarostem... No cóĹź, kaĹźdy ma prawo do swojego stylu zwiedzania. My wolimy pochodziÄ, inni wolÄ byÄ dowiezieni... Mijamy ich i wreszcie dochodzimy! WyglÄ da tak, jak na fotografiach, które oglÄ daliĹmy w domu, ale bÄdÄ c na miejscu, zupeĹnie inaczej siÄ odbiera! Jest

wielkie! WspaniaĹe! Przewodnik juĹź czeka na nas, aby oprowadziÄ po zabytkach. Zaraz dociera Jacek, kilka minut póĹşniej Francuzi. Oddajemy plecaki do przechowalni, a przy okazji stawiamy sobie pieczÄ tkÄ w paszporcie, Ĺźe skoĹczyliĹmy trekking. Przewodnik pokazuje nam, jak mieszkali i Ĺźyli Inkowie. Opowiada o ich wierzeniach i zwyczajach. póĹşniej oprowadza po ĹwiÄ tyniach i ciekawszych miejscach. Prowadzi do ĹwiÄ tyni KsiÄĹźyca, gdzie oglÄ dam z zaciekawieniem ostatniego staĹego mieszkaĹca Miasta - szynszyla. OglÄ daĹbym dĹuĹźej, ale jakaĹ gĹupia baba, podeszĹa i chciaĹa pogĹaskaÄ... ChycnÄ Ĺ w kamienie i tyle go byĹo widaÄ. Kiedy podeszliĹmy do ogródka, w którym rosĹy orchidee i inne kwiaty - zobaczyĹem koliberka! Taki maleĹki kolorowy klejnocik. Tak szybko machaĹ skrzydeĹkami, Ĺźe wyglÄ daĹo, to na niebieskawÄ mgieĹkÄ otulajÄ cÄ jaskrawy czerwono-bĹÄkitny tuĹowik z dĹugim dziobem... PodleciaĹ do czerwonawego kielicha kwiatu i zanurzyĹ siÄ tam caĹy. ZgĹupiaĹem z tego wszystkiego i zagapiĹem siÄ! Zanim zĹapaĹem aparat - fruuu, odleciaĹ!!! PochodzliĹmy trochÄ z przewodnikem, póĹşniej juĹź sami. W trójkÄ. Wreszce zmÄczenie i gĹód dajÄ siÄ we znaki.Chcemy zjechaÄ do Aqua Caliente, gdzie sÄ knajpki z cenami na naszÄ keszeĹ i gdzieĹ tam termalne kÄ piele. Odbieram plecaki. Dochodzmy do przystanku autobusowego i szok... Za 10 minut jazdy trzeba zapĹaciÄ po 7 $ !!! Jacek, który chcaĹ zjechaÄ, aby zjeĹÄ i wróciÄ, z miejsca rezygnuje. Zostaje, bo jak mówi, chce pooddychaÄ atmosferÄ miejsca. TeĹź bym chcaĹ, ale ĹźoĹÄ dek przykleiĹ mi siÄ do krÄgosĹupa i domaga siÄ swoich praw. ZjeĹźdĹźam z PaniÄ ElÄ . Masteczko poniĹźej Machu Picchu Ĺźyje z turystów. PeĹno tam knajpek, pizzerni, restauracji... Dla kaĹźdego i na kaĹźdÄ kieszeĹ. Znajdujemy jednÄ niezadrogÄ i tam jemy. Jeszcze przed sezonem, wÄc tĹoku nie ma, a ceny przystÄpne. Teraz do gorÄ cych ĹşródeĹ! WejĹcie po 10 soli od osoby. Miejscowi poĹowa taniej. Przebieramy siÄ i do basenów! Jak dobrze wejĹÄ do ciepĹej wody! Moczymy siÄ, odpoczywajÄ c, a przy okazji oglÄ damy okolicÄ. Siedzimy w koĹcowym basenie. NajniĹźej. Baseny przy fontannach z cieknÄ cÄ wodÄ okupujÄ miejscowe damy. SiedzÄ pod prysznicami w halkach. WidaÄ, Ĺźe dbajÄ o czystoĹÄ, bo jak zaczÄĹy siÄ myÄ, to poĹciÄ gaĹy i zostaĹy topless. Hmmm... Moja Ĺźona, jest przy nich piÄkna, zgrabna, szczupĹa i w ogóle... SiedzieliĹmy tam z póĹtorej godziny, aĹź odmokliĹmy i poczuliĹmy siÄ lepej. WdziaĹem tam i innych plecakowców, którzy po "spacerku" przyszli siÄ odĹwierzyÄ. WidziaĹem takĹźe

jednego kulisa, który siedziaĹ caĹy czas pod prysznicem i grzaĹ sobie ramiona i

kolana. Jest sobota po poĹudniu, zaczyna siÄ robiÄ gÄĹciej. Miejscowi zaczynajÄ sÄ schodziÄ caĹymi rodzinami na cotygodniowÄ kÄ piel. Trzeba uciekaÄ, bo w basenach zaraz zrobi siÄ zupa... SzczÄĹliwie nic nie podĹapaliĹmy... Wracamy do miasteczka, po wypluskaniu siÄ apetyty dopisujÄ ! Wreszcie zajmujemy strategiczÄ pozycjÄ na maĹym placyku przy koĹciele i wypatrujemy Jacka. DĹugo nie czekamy... Jest Ĺatwy do zlokalizowania, bo wystaje nad innych. Opowiada, Ĺźe wracaĹ z pozostaĹÄ czÄĹciÄ grupy. Ta wrzaskliwa Argentynka, gdzieĹ im zniknÄĹa na godzinÄ, a póĹşniej juĹź byĹa cicho. Ciekawe, co siÄ staĹo?! OdmieniĹa siÄ, w pociÄ gu, którym wracaliĹmy teĹź nie byĹo jej sĹychaÄ, caĹy czas spaĹa... Aby jednak równowaga zostaĹa zachowana, darĹa siÄ, tym razem Amerykanka. Tyle, Ĺźe gĹoĹniej i piskliwiej... Z pociÄ gu przesiadamy siÄ do autobusu i juĹź jesteĹmy w Cusco! Szybko do hotelu - zmyÄ z siebe basenowÄ wodÄ WyciÄ gnÄ Ä siÄ w czystym, miÄciutkim ĹóĹźeczku... Jutro niedzela, odpoczywamy, a pojutrze do Puno!WiÄcej : www.plecakowcy.pl
