RELACJE Z PODRÓŻY

Lądem przez Afrykę



Autor: Michał Kozok
Data dodania do serwisu: 2007-12-19
Relacja obejmuje następujące kraje: Maroko, Sahara_Zachodnia, Mauretania, Senegal, Gambia, Gwinea Bissau, Gwinea, Mali, Burkina Faso, Ghana, Togo, Benin, Niger, Czad, Kamerun, Gwinea Równikowa, Gabon, Kongo, D.R.Kongo, Angola, Namibia, Botswana, Zambia, Zimbabwe, Mozambik, Suazi, Lesotho, RPA

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
5.92 6653
Witam ponownie drodzy Czytelnicy,


Tym razem nie miałem problemów z decyzją gdzie pojechać. Nie było mnie bowiem jeszcze w Afryce.

Ziemia która wydaje mi się obca, nieznana, inna. Czuję do niej respekt, czasami się jej boję. Bo jak poruszać się po krainie, gdzie białego widzą jako bogatą "skarbonkę", gdzie życie ludzkie ma o wiele mniejszą wartość niż w Europie. Jak stawić opór wojsku czy policji, które będą wymuszać łapówki. Jak podróżować w Kongo lub Angoli, gdy nawet luzackie przewodniki Lonely Planet nie wydały ich osobnych edycji, odradzając zwiedzanie tych rejonów. W końcu nic tam nie jest pewne, nic nie jest stale. Do tego wszystkiego dochodzą choroby tropikalne, z nieobliczalną malarią włącznie. Obawy są, lecz przy odrobinie szczęścia i rozsądku nic złego nie powinno się mi przydarzyć.

Wiem, że nie zrozumiem Afryki, ale chcę ją dotknąć, zobaczyć, poczuć jej zapach, wpaść w inny wymiar poczucia czasu. Nie oczekuję tam wielu zabytków, cudów rozwoju cywilizacji itp. Bo Czarnemu Lądowi charakter nadają ludzie i ich życie codzienne, zależne od pór roku i stale zintegrowane ze zwierzyna, tą dziką i hodowlaną. Calość ta prosperuje natomiast w niesamowitych krajobrazach Sahary, Sahelu, wybrzeża, lasów równikowych, gór, rzek itp. Tyle przynajmniej wiem z filmów i książek. Dwie lektury utkwiły mi szczególnie w pamięci i gorąco je polecam - "Heban" Ryszarda Kapuścińskiego oraz "Rowerem i pieszo przez Czarny Lad 1931-36" Kazimierza Nowaka.

Teraz pozostało mi, tak jak na 5 wcześniejszych kontynentach, przebycie lądu z jednego krańca na drugi. Ponieważ droga Kair - Kapsztad jest zbyt popularna, wybrałem wariant zachodni, z Gibraltaru na Przylądek Igielny. Trasę przewiduję pokonać w niecałe 8 miesięcy, tradycyjnie bez użycia samolotu.

Trasa podróży

Podroż podzieliłem na 4 odcinki:

1. Afryka Północna - Maroko z Sahara Zachodnia, Mauretania.

2. Afryka Zachodnia - Senegal, Gambia, Gwinea Bissau, Gwinea, Mail, Burkina Faso, Ghana, Togo, Benin, Niger.

3. Afryka Środkowa - Czad, Kamerun, Gwinea Równikowa, Gabon, Kongo Brazzaville, Demokratyczna Republika Konga, Angola

4. Afryka Południowa - Namibia, Botswana, Zambia, Zimbabwe, Mozambik, Swaziland, Lesotho, Republika Południowej Afryki.

Tym razem nie jadę sam, towarzyszyć mi będzie partnerka Ewelina Adamus. Dodatkowo do Nigru (odcinek 1 i 2) pojedzie z nami Radek Ćwik. W Namibii natomiast planujemy spotkać się z innymi znajomymi, tam tez mamy zamiar kupić samochód na ostatnią część wyprawy(odcinek 4).

Zapraszam na bieżące relacje z podróży:



Maroko i Sahara Zachodnia



12 styczeń 2007, dokładnie 3 lata temu rozpoczynałem swoja podróż przez obie Ameryki. Dzisiaj jestem na Gibraltarze i spoglądam na drugi brzeg cieśniny. Przy lekkiej bryzie i zachodzącym słońcu widzę tam mistyczne gory- to Afryka!

Z brytyjskiego Gibraltaru pojechałem do hiszpańskiego Algeciras, gdzie wsiadłem na prom kursujący pomiędzy Europa i Afryka. Po godzinie dobiłem do brzegu, wysiadłem na afrykańskiej ziemi. W Ceucie, hiszpańskiej enklawie na czarnym ladzie, wielkiej różnicy z Europa co prawda nie ma, ale mnie się wydawało, ze bylem już w innym świecie. Emocje nie pozwalały odczuć zmęczenia, wiec mimo późnej pory maszerowałem z Radkiem do granicy z Marokiem. Zaraz po jej przekroczeniu już mi się nie wydawało - już bylem w innym świecie. Otaczali nas taksówkarze, bo przecież o północy nic innego stad nie jeździ. Przydał się hiszpański i pierwsze długie targowanie przyniosło pozytywny rezultat - cena za kurs do Tetouan spada z 60 do 4 Euro za 2 osoby. Targowanie, uff, wiedziałem ze od teraz będzie to mój chleb powszedni.


Chefchaouen


Następnego dnia rano dojechaliśmy do Chefchaouen, gdzie w hotelu obudziliśmy Ewelinę. Także byliśmy w komplecie. Na przywitanie wypiliśmy rewelacyjne naturalne soki owocowe - mieszanka pomarańczy, banana i truskawki. Zyskawszy energii zwiedziliśmy medine (stare miasto). Jest przepiękna, usytuowana na klifie, z dziesiątkami krętych biało - błękitno - niebieskich uliczek. Na nich kręcą się miejscowi, ubrani w tradycyjne szaty, przypominające szlafrok z szpiczasto zakończona kapuca. Wyglądają przesympatycznie, jak krzyżówka mnicha z trollem.

Następnego dnia oglądałem z dachów w Fezie kolorowe garbarnie skory, a w labiryncie wąskich glinianych uliczek mediny łatwo i przyjemnie było pobłądzić.

Garbarnie w Fezie


Ale dosyć miast, czas na naturę. Zacząłem od razu od rewelacji - piaski Sahary. W pobliżu Merzuga chodziliśmy godzinami po wydmach , w pocie czoła wdrapywaliśmy się tez na te olbrzymie, najwyższe, prawie 300 metrowe. Było pięknie Jeszcze tylko oglądamy jak piaski tracą sswój złocisty kolor wraz z zachodem słońca, po czym wskoczyliśmy do śpiworów. Jednak noc na dziko na pustyni była chłodna, gdyż nad ranem zdrapywałem szron ze śpiwora

Rano pustynia, a wieczorem skały. Piekny jest nie tylko czerwony kolor wawozu Todra, ale takze jego ksztalt i proporcje.

Wydmy Sahary


Pozniej urzekałem się niepowtarzalna atmosfera głównego placu Marrakeszu, konsumowałem tradycyjna potrawę Tadjine i kierowałem się w kierunku Sahary Zachodniej. Mimo iż oficjalnie to terytorium sporne, w praktyce to nadal Maroko. Pustkowie. Pokonywaliśmy setki kilometrów widząc zaledwie 2 miasta i kilka wiosek, a tak na lewo piaski pustyni, a na prawo bezkres oceanu. Ludzie w Laayoune i Dakhla nie są juz nachalni, tak jak to miało miejsce w Maroku właściwym. Spokój i uśmiech, relaks.

Informacje praktyczne:

Maroko - wjazd 12 styczeń 2007, pobyt 10 dni
Koszt pobytu - 158 Euro na osobę, wliczając:
Wizy - Polacy nie potrzebują
Transport na opisanej trasię - 92 Euro, 3148 km
Noclegi - od 2 do 5 Euro za noc na osobę
Wyżywienie - 38 Euro
Wstępy, zwiedzanie - 2 Euro
Inne - 2 Euro

Afryka całościowo:

1 kraj, 10 dni
Łącznie pokonaliśmy 3148 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podroży po Afryce wynosi 16 Euro dziennie

Do zobaczenia wkrótce
Michał Kozok

Autorzy fotografii: Ewelina Adamus i Radek Ćwik

Mauretania


Wjazd do Mauretanii od strony Maroka jest wyjątkowy. Jedzie się bowiem przez 4 kilometrowe pole minowe. Znajomy bardzo trafnie opisał ten przejazd: „skok w bok okazać się może skokiem w górę”.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem w przygranicznym miasteczku było zaopatrzenie się w turban, woreczki i płachty foliowe. To wszystko po to, aby zabezpieczyć siebie i bagaż przed brudem. Postanowiłem bowiem przejechać się najdłuższym (2,5 km) i najcięższym pociągiem świata. Kursuje on codziennie z Zouerat, przywożąc z głębi pustyni do portu w Nouadhibou rudę żelaza. Wraca pusty.

Podróż pociągiem


Pomimo, że w jego składzie znajduje się jeden wagon pasażerski za 3 Euro, my ładujemy się do bezpłatnego składu towarowego. Cały wagon dla nas. Byłem przygotowany - ciepło ubrany, opatulony w turban, zapakowany w bagaż w folii, starałem się zminimalizować osiadanie pyłu rudy żelaza na ciele i ubraniach.

Mimo tego byliśmy cali w kurzu, ale nie to okazało się naszym koszmarem tej nocy. Prawdziwą udręką okazało się bowiem huśtanie wagonika. Myli się ten, który sądzi że to przyjemna kołysanka do snu. Natężenie hałasu, wibracji i trzęsienia wzrasta wraz z prędkością. Przy takich podskokach szło sobie rozwalić głowę o podłogę, także o leżeniu nie było mowy.

Miałem dziwna reakcję, przez pierwszą godzinę dopadł mnie histeryczny śmiech, bo już wiedziałem co mnie czeka. Po 12 godzinach horror się skończył. Wyskoczyliśmy z węglarki o świcie, cali potwornie brudni i poobijani. Była to moja jedna z najcięższych nocy w życiu, ciekawe doświadczenie. Podobno jednak sporo zależy od szczęścia, na jaki wagonik się trafi - my definitywnie mieliśmy pecha.

Ouadane



Potem zwiedzałem ukryte między wydmami Sahary oazy, Ouadane i Chinguetti. W pierwszej z nich można podziwiać kilkusetletnie stare miasto. Większość budynków jest zruinowana, ale część z nich wyremontowano tak, że nie straciły swojego charakteru i nadal służą jako domy mieszkalne. Spacer tymi uliczkami pozwolił mi się wczuć w klimat, jaki panował tam pewnie przed wiekami. Chinguetti natomiast, siódme najświętsze miasto Islamu, słynie z bibliotek. Można zobaczyć w nich i poznać technikę powstawania blisko tysiącletnich manuskryptów.

Ponieważ w Mauretanii nie ma transportu publicznego, gnieciemy się w 7 osób w starym osobowym mercedesie, pełniącej rolę tutejszej powszechnej dalekobieżnej taksówki. Tym sposobem zmierzamy do Senegalu.

Do usłyszenia
Michał Kozok

Autorzy fotografii: Ewelina Adamus i Radek Ćwik

Informacje praktyczne:
Mauretania: wjazd 22 stycznia 2007, pobyt 5 dni
Wiza - 20 Euro, miesięczna, na granicy od ręki
Transport na opisanej trasie - 52 Euro na os, 1640 km noclegi - przeciętnie 3.7 Euro za noc na osobę
Koszty wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podroży w Mauretanii wyniosły 18 Euro dziennie

Afryka całościowo: 2 kraje, 15 dni
Łącznie pokonaliśmy 4788 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podroży po Afryce wynosi 17 Euro dziennie


Senegal i Gambia


Dopiero po przekroczeniu rzeki Senegal wjechałem do tej właściwej Czarnej Afryki. I od razu widoczne są, zmiany. Pierwsza to ludzie - brak Arabów, prawie sami Murzyni. Druga zmiana to krajobraz - brak pustyni, pojawia się za to zieleń. Nazwa "Senegal" w miejscowym języku oznacza "kraina baobabów", czasami występują dziesiątkami, zaścielając całe pole.
St.Luis to miasto przyjemne, muzykalne, ciekawe architektonicznie. Dakar jest jego przeciwieństwem, z wyjątkiem pobliskiej wyspy de Goree, gdzie można znaleźć spokój, jak i poznać trochę historii, związanej niestety z handlem czarnych niewolników.


Ile de Goreee


W stolicy hoteliki są drogie (20 Euro za pokój), także pierwszej nocy szukaliśmy schronienia na dziko na budowlanym osiedlu. Okazało się, ze domy w stanie surowym są już zamieszkane. W końcu ochrona uzbrojona w maczety zaprosiła nas do swojego, lepszego pustostanu.

Stanąłem na Zielonym Przylądku, najbardziej na zachód wysuniętym skrawku afrykańskiego stałego lądu. Lubię takie geograficzne punkty.

Innym ciekawym miejscem okazało się Lac Rose, jezioro nad którym kończy się rajd Paryż - Dakar. Jeziorko ma różowy kolor, a jego wysokie zasolenie powoduje, ze można w nim poleżeć bez umiejętności pływania - wyporność nie pozwoli nam utonąć. Nocleg na pobliskich wydmach byłby rewelacyjny, gdybyśmy mieli moskitiery - komary mimo stosowania repelentów cięły nas niemiłosiernie.

Potem przyszedł czas na Gambię. Nowy Unijny paszport i nasze zdecydowanie spełniło zadanie, gdyż tylko członków starej Unii Europejskiej wpuszcza się bezwizowo. Przy naszej perswazji uznano nas za pełnomocnych członków Unii, mimo ze Polacy wizę takową potrzebują.


Port rybacki w Yof


Po odpoczynku na Atlantyckich plażach postanowiliśmy pojechać w głąb kraju, gdyż wiele słyszałem o kiepskim stanie drogi nr 1 w Gambii. Przekonałem się na własne oczy (i na skórze), że jest to rzeczywiście tragedia - asfalt tak podziurawiony, ze samochód musiał pokonywać te wertepy po uprzedniej redukcji na pierwszy bieg. Jak tylko była możliwość, kierowca korzystał z szutrowego pobocza, bo lepiej by się jechało, gdyby tego pseudo asfaltu wcale nie położyli. Podoba mi się powiedzenie, że w Afryce pijanego kierowcę poznać po tym, że jedzie prosto.

Jaka to ulga w porozumiewaniu się - z języka francuskiego z przyjemnością przeskakujemy na angielski. Ta bezproblemowa komunikacja owocuje kilkoma ciekawymi znajomościami Zostaliśmy zaproszeni do wioski, mieliśmy okazję poznać styl życia plemienia Mandinke. Rano witamy się z mieszkańcami, spożywamy posiłek razem z Bakery i jego rodziną, oglądamy okolicę, bawimy się z dziećmi i wylegujemy pod drzewem, prowadząc ciekawe konwersacje. Po dwóch nocach dziękujemy za gościnę, rewanżując się produktami spożywczymi i ruszamy dalej w trasę.

Gościna w Gambii


Aby dostać się do Gwinei Bissau musieliśmy jeszcze raz wjechać do Senegalu, a właściwie do Casamanci, regionu walczącego o własną niepodleglosc. Mimo przestróg, było bezpiecznie.

Do usłyszenia
Michal Kozok

Informacje praktyczne:

Senegal - wjazd 27 styczeń 2007, pobyt 7 dni
Koszt pobytu 155 Euro na osobę, wliczając miedzy
innymi:
Wiza - 35 Euro, dwukrotnego wjazdu, 20-dniowa, w
Warszawie w Konsulacie Francji, w kilka godzin
Transport na opisanej trasie - 35 Euro na os, 838 km
Noclegi - hotele od 3 do 7 Euro za noc na osobę
Wyżywienie - 36 Euro
Wstępy, zwiedzanie - 3 Euro
Inne - 20 Euro

Gambia - wjazd 2 luty 2007, pobyt 3 dni
Koszt pobytu 22 Euro na osobę, wliczając miedzy
innymi:
Wiza - normalnie na granicy od reki za 11 Euro, nam
udało się bez płacenia
Transport na opisanej trasie - 6 Euro na os, 270 km
Nocleg - pokój 3osobowy w hotelu za 15 Euro, tj 5 E/os
Wyżywienie - 8 Euro
Inne- 2 Euro

Afryka całościowo:
4 kraje, 25 dni
Łącznie pokonaliśmy 5896 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podróży po Afryce wynosi 17 Euro dziennie

Gwinea Bissau


Jest tu nieco inaczej, w końcu to jedyna portugalska kolonia w okolicy. Poza budynkami byłego okupanta w oczy rzucają się niezwykle duże, miejscowe chaty.

Dzieci na wyspach


W stolicy Bissau szczęśliwie już pierwszego dnia załapaliśmy się na rybacką łódkę plynącą na archipelag Bijagos. Tam zastaliśmy oazę spokoju. Spaliśmy na plaży, tym razem pod zakupioną moskitierą. Dni spędzaliśmy beztrosko, zażywając kąpieli, wylegiwując się na piasku, pływaliśmy na inne pobliskie wyspy, łowiąc przy okazji ryby, które chwilę później trafiały na plażowego prowizorycznego grilla pod palmami. Podczas pieszych wędrówek odkrywaliśmy prymitywne i ciekawe wioski, bawiąc się za każdym razem z roześmianą gromadką dzieci. Jedynym naszym problemem było jak powrócić na stały ląd - dopiero po 4 dniach znaleźliśmy "canoe", które plynęło z Bubaque do Bissau.


Grill na plaży


W pierwszym kraju zaczynającym się na literę G, w Gambii, kierowca nieumyślnie zatrzasnął mojego prawego kciuka w drzwiach swojej taksówki. Kwiczałem z bólu, a lodu czy szybkiej opieki medycznej nie uświadczysz. W kolejnym kraju, Gwinei Bissau, podczas morskiej kąpieli zaatakowała mnie płaszczka (prawdopodobnie w samoobronie). Jak już doskakałem do brzegu (nie wiedząc jeszcze co mnie ubodło), Murzyni wyssali mi krew z przeciętego palca u nogi oraz sporządzili prowizoryczny opatrunek z kory, przynosząc chwilową lekką ulgę fizyczną oraz spokój psychiczny. Tutaj przecięcia od płaszczki to norma! Byłem więc przez blisko miesiąc pozbawiony częściowo funkcji manualnych prawej ręki (wliczając pisanie), jak i mobilnych, z powodu nogi.

Zastanawiałem się, co jeszcze może mi się przytrafić w kraju na G, w końcu w planie jest ich 6. Nawet nie przypuszczałem, że w Gwinei właściwej, do której zmierzałem, to dopiero się wystraszę. Ale o tym w kolejnym odcinku, pozdrawiam.

Michał Kozok

Informacje praktyczne:

Gwinea Bissau - wjazd 6 luty 2007, pobyt 6 dni
Koszt pobytu: 79 Euro na osobę, wliczając między
innymi:
Wiza - 16 Euro, 7-dniowa, w Ziguinchor (Senegal), od
ręki
Transport na opisanej trasie - 16 Euro, 542 km
Noclegi - pokój 3osobowy od 8 do 16 Euro za noc
Wyżywienie - 20 Euro
Wycieczka po wyspach - 16 Euro
Inne - 2 Euro

Afryka całościowo:

5 krajów, miesiąc
Łącznie pokonaliśmy 6438 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu,
noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone
przez dni podroży po Afryce wynosi 16 Euro dziennie


Gwinea


Wieści niosły, że granice Gwinei zostały zamknięte. Informacje były jednak sprzeczne, postanowiliśmy więc sprawdzić to na granicy osobiście. No i cóż, wpuszczono nas!

Radość jednak nie trwała zbyt długo, gdyż jak się okazało, transport w kraju był bardzo ograniczony. Z powodu licznych manifestacji przeciwko panującemu prezydentowi zamknięto wszystkie instytucje publiczne, wliczając szkoły, szpitale i stacje paliw.

Do pierwszej wioski jeszcze dojechaliśmy taksówką, ale po 24-godzinnej bezczynności pozostało nam zatem ruszyć dalej z buta. 27 kilometrowy odcinek do miasteczka Koundara podzieliliśmy na wieczór i poranek, noc spędzając u napotkanych ludzi.


Dziewczynka Fula


Jednak dzień następny, 14 lutego, nie zapowiadał się najpiękniej Czym bardziej zbliżaliśmy się do Koundary, tym głośniejsze i częstsze słyszeliśmy strzały. Jak już rozpoznaliśmy także odgłos karabinu maszynowego, zniknęły złudzenia, ze to polowanie na zwierzęta. W serca wtargnął strach, przypomniały się filmy i opisy międzyplemiennych rzezi. A miejscowi przecież cały czas nazywali sytuacje "guerre", czyli wojna.

Co robić, wracać do Gwinei Bissau, bez wizy? Próbowaliśmy zasięgnąć informacji, no i wytłumaczono nam, że problemów w kraju jest sporo, ale nie powinny dotyczyć turystów. Jednak podczas wojny różne ludzkie instynkty są uwalniane, woleliśmy tego nie sprawdzać Z braku wyboru doszliśmy do Koundary, gdzie wojsko zabrało nas do strefy zamkniętej dla cywilów (centrum miasteczka). Tam uspokoiliśmy się dopiero po kontroli dokumentów i pomału przyzwyczajaliśmy się do ciągłych głośnych strzałów, które okazały się sposobem demonstracji siły, jak i również formą zastraszenia społeczeństwa Hmmm, w tym roku zorganizowałem Ewelinie dosłownie wystrzałowe Walentynki.

Żandarmeria oznajmiła nam, iż przemieszczanie się po kraju jest ograniczone z powodu wprowadzonego stanu wojennego, jak i godziny policyjnej trwającej od 18 do 12 dnia kolejnego. Nam jednak zezwolono na przemieszczanie, z tym, że żaden publiczny środek transportu nie funkcjonował. Zaoferowali podwiezienie, ale ceny były nie do zaakceptowania. Kryzys - paliwo w cenie.

Naturalnie nie szukaliśmy już więcej kłopotów i postanowiliśmy zmienić plan naszej trasy. Pojedziemy zatem do Mali przez Senegal (uratowała nas wiza wielokrotnego wjazdu), w końcu do pierwszego miasteczka w Senegalu jest zaledwie 90 kilometrów.

Po przeczekaniu największego upału ruszamy znowu pieszo, na północ. Mamy sporo szczęścia, gdyż po 2 godzinach zabiera nas gościu na swój konny zaprzęg. Także oprócz transportu mamy również zapewnioną gościnę w jego wiosce, wliczając nocleg w tradycyjnej okrągłej chacie krytej strzechą. Wspólny posiłek, a rano odwiedzamy całą wioskę. Powitań było tak dużo, że nie daliśmy rady już wyjechać z wioski, bo nie zdążylibyśmy już przekroczyć granicy przed godziną policyjną. Cóż, kolejny dzień relaksu.


Nasz transport


Za to kolejnego dnia ruszamy już wcześnie rano. Było cudownie - tylko koń, nasz woźnica i my na pustej czerwonej dróżce. Pięknie, ale do czasu, bo cały dzień jazdy drewnianym wozem po wertepach może obić nawet pulchne pośladki, a cóż dopiero moje. W nocy ja już nic nie widziałem, a koń galopował.

Cali szczęśliwi, po 4 dniach tułaczki po peryferiach Afryki, wracamy na turystyczny szlak, ostatecznie nadrabiając dystans w nieplanowanym pociągu z Senegalu do Bamako w Mali.

Informacje praktyczne:

Gwinea - wjazd 12 luty 2007, pobyt 4 dni
Koszt pobytu 48€ na osobę, wliczając między
innymi:
Wiza - 32€, miesięczna, w Dakarze, od ręki
Transport na opisanej trasie - 1€ na os (głównie
piesze przejście), 82 km
Noclegi - raz za gościnę poproszono 0.5€ od osoby
Wyżywienie - 6€
Inne - 9€ (podziękowania za bezpłatną gościnę, w
formie produktów spożywczych)

Afryka całościowo:

6 krajów, 35 dni
Łącznie pokonaliśmy 6520 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu,
noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone
przez dni podróży po Afryce wynosi 16€ dziennie

Mali


W stolicach, jak to zwykle ma miejsce, biegamy po ambasadach i urzędach. W Bamako nic poza tym nas nie trzymało.

Niespodzianką w Mali okazały się natomiast godziny odjazdów autobusów, tego nie było od Maroka. Jak do tej pory pojazd z dworca odjeżdżał dopiero po zapełnieniu wozu nadkompletem pasażerów. Nieraz przyszło nam czekać po kilka godzin w pełnym słońcu, ścisku i duchocie, aż w końcu kierowca ruszy. Oczywiście przedtem trzeba się targować o cenę za siebie, a potem po raz drugi za bagaż. W Bamako jest inaczej - cena i godzina odjazdu autobusu wypisana jest koło kasy! Do tego można kupić bilet dzień wcześniej, a na 1 siedzenie przypada 1 osoba – szczyt komfortu jak na Afrykę!

Meczet w Djenne


Tak docieramy do Djenne, które słynie z dużego, pięknego glinianego meczetu. Następnie w Mopti ładujemy się na towarową łódkę, którą przez 3 dni spływaliśmy z nurtem Nigru. To był cudowny czas - piękne pustynne krajobrazy, obserwacja hipopotamów oraz codziennego nadbrzeżnego życia mieszkańców. Do tego odpoczęliśmy od 3 afrykańskich męczących czynników - od upalu, kurzu i ludzkiego chaosu. Nie było zmartwień o nocleg, transport, targowanie czy nacieranie tłumu naciągaczy. Inni współpodróżnicy posługiwali sie angielskim, dając ulgę naszemu słabemu francuskiemu. W tych warunkach Ewelina obchodziła swoje urodziny, może nie hucznie, ale wyjątkowo.

Mieliśmy szczęście, gdyż dopłynęliśmy do Timbuktu w sam raz, po 3 dniach rejsu. Później od innych turystów dowiedzieliśmy sie, że z powodu niskiego stanu rzeki (my na mieliźnie utknęliśmy tylko raz), problemów technicznych pinassy (łódki), dni targowych w niektórych portach, kaprysu kapitana itp, że taka podróż zajęła im często 5-6 dni.

Nabrzeże Nigru


Timbuktu to miasto legenda, leżące na karawanowym szlaku u wrót Sahary. Tutaj przez stulecia sól była na wagę złota, dosłownie rzecz biorąc (pobliską sól wymieniano najczęściej na złoto lub na daktyle). Miasto slynęło nie tylko z bogactwa, lecz także z ilości i jakości szkól islamskich, mędrców i uczonych Koranu. Dodatkowej pikanterii dodawała reguła niedostępności - przez wieki był tu zakaz wjazdu dla nie-muzułmanów (zanim Francuzi skolonizowali miasto, tylko czterem Europejczykom udało sie tu wjechać w przebraniu Araba).

Także już historia czyni to miejsce wyjątkowym, bo w zasadzie w mieście niewiele pozostało z tak bogatej przeszłości. Mi się mimo wszystko podobało - zapiaszczone uliczki, domy z gliny, ciekawie zdobione drzwi i okiennice, majestatyczne meczety oraz spacerujący Tuaregowie w swoich niebieskich i szmaragdowych szatach.

Tuaerg pod Timbuktu


Przestrzegano nas przed nachalnością miejscowych sprzedawców pamiątek i wycieczek, ale nie było tak źle. Wieczorem wyszliśmy sobie pieszo kilka kilometrów w głąb Sahary. Na wydmach było przyjemnie, a powrót nastąpił przy blasku księżyca, w towarzystwie przygarniętych dwóch bosonogich małych Murzynków.

Następnie przyszedł czas na kraj Dogonow, ale ten epizod opisze oddzielnie.

Dzięki,
Michał Kozok

Informacje praktyczne:

Mali - wjazd 18 luty 2007, 16 dni (włącznie z krajem Dogonow)
Koszt pobytu 174€ na osobę (wliczając Dogonow):
Wiza - 24€, na granicy (kilkudniowa, od ręki) z przedłużeniem w Urzędzie Imigracyjnym w Bamako (miesięczna, 1 dzień czekania)
Transport na opisanej trasie - 41€ na os, 1898 km
Noclegi - hostele od 1.5 do 4€ za noc na osobę
Wyżywienie - 76€
Wstępy, zwiedzanie - 8€
Inne - 12€

Afryka całościowo:

7 krajów, 53 dni
Łącznie pokonaliśmy 8746 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podróży po Afryce wynosi 15 Euro dziennie


Kraj Dogonow


Kraina Dogonow leży na terytorium Mali, ale w rzeczywistości należy traktować ja oddzielnie, a to ze względu na jej oryginalność i odrębność. Usytuowana jest wzdłuż tzw. uskoku Bandiagary, z charakterystycznym klifem ciągnącym sie przez około 200 kilometrów. Właśnie na tym klifie, wysoko w skałach znajdują sie opuszczone domy Tellemow, ludu który żył tutaj setki lat przed Dogonami. Domy te były budowane w miejscach niemalże niedostępnych, dlatego nie dziwi mnie fakt, iż Dogonowi nazywali Tellemow "Ludzie-Ptaki".


Domy Tellemow


W Douentzy próbowaliśmy wynająć samochód, aby zawiózł nas w głąb uskoku. Niestety mafia turystyczno-transportowa jest tutaj dobrze zorganizowana - nie mogąc więc przyjąć ich warunków finansowych, ruszyliśmy pieszo. Dopiero następnego dnia po 25 kilometrach marszu, zabrał nas drugi przejeżdżający tędy samochód. Mój ojciec zawsze mawiał: "Lepiej źle jechać, niż dobrze iść" – tym razem sprawdziło się, bo byłem szczęśliwy wisząc na zewnątrz rozgrzanej, podskakującej na szutrowej drodze terenówki.

Tym sposobem znaleźliśmy się w wiosce Yendouma, gdzie raz w tygodniu (tutejszy tydzień trwa 5 dni), odbywa sie kolorowy lokalny targ. No i mieliśmy szczęście na niego trafić, poprzyglądać sie ciekawie ubranym (dominuje kolor indygo), specyficznej urody Dogonom. Ludzie Ci okazali się być niezmiernie mili, serdeczni i otwarci, także mijanie ich na szlaku było prawdziwą przyjemnością.


Targ Dogonow


Następnego dnia ruszyliśmy do wioski Youga-Piri, która rzuciła nas na kolana. Wchodząc na klif wyłaniały się domy Dogonow wraz z charakterystycznymi wieżyczkami-spichlerzami. Nieco wyżej w czerwonej skale królowały majestatyczne budowle Tellemow. Dalsze przejście klifem, wąwozami i szczelinami przyniosło nam wielu niezapomnianych wrażeń.

Z całym dobytkiem na plecach przez 6 dni przemierzaliśmy krainę serdecznych Dogonow. Rano kilka godzin marszu, potem zwiedzanie jakiegoś ciekawego miejsca, obiad i zasłużona kilkugodzinna sjesta. Kiedy słońce przestawało juz niemiłosiernie grzać, ponownie ruszaliśmy w drogę. Pierwsze dwie noce spaliśmy na dachach dogońskich domów, potem już na dziko w cudownej naturalnej scenerii. W końcu była pełnia i księżyc oświetlał nam okolice. Jednak jednej nocy przeżyliśmy mistyczne zdarzenie - całkowite zaćmienie księżyca, a z oddali dobiegały do nas dźwięki walących w bębny animistycznych Dogonow.

Mimo wcześniejszych przestróg niektórych cwaniaczków -wynajęcie przewodnika nie jest niezbędne. Tylko od czasu do czasu szukając jakiegoś przejścia w górę lub w dół klifu, wynajmowaliśmy na kilka godzin miejscowego chłopca, który prowadził nas najkrótszą drogą. W miasteczkach czasami też braliśmy przewodników - po pierwsze, aby się czegoś ciekawego dowiedzieć, po drugie, aby niechcący nie wejść w jakieś święte, zabronione miejsce.

Oprócz kompleksu wiosek Youga, miło wspominamy również przejście drogą samochodową (widoki) z Banani do Bongo, przejście przez tunel do Gogolii i zejście wąwozem do Banani, wioskę Nombori, Doundouru oraz na górze klifu okolice wioski Yawa, jak i podzieloną na część animistyczną, chrześcijańską i muzułmańską wioskę Begnimato. Bardziej komercyjne wioski Ende i Teli ze względu na swoje położenie również godne są polecenia.

Informacje praktyczne:

Kraj Dogonow - 6 dni, 7 nocy
Koszt pobytu 37€ na osobę, wliczając:
Transport - za darmo (Douentza - Yendouma pieszo 25 km i autostop 60km), Yendouma - Bankass pieszo 117km
Noclegi - 2 noce na dachu po 1.5€ na osobę, 5 nocy na dziko. Pokoje kosztują ok. 8€ na osobę
Wyżywienie - 28€ na osobę. Serwują bardzo duże porcje makaron / ryż / kuskus z sosem i kurczakiem / kozą od 2 do 4€. Śniadanie od 1€. Wodę po uprzedniej puryfikacji piłem ze studni lub z pompy, w przeciwnym wypadku koszt 1.5L od 1.5€
Wstępy, zwiedzanie - 6.5€ od osoby, wliczając wstępy do wiosek od 1 do 2€ oraz wynajmowanie przewodnika za około 0.5 do 1.5 € od 3 osób za godzinę marszu lub zwiedzania.

Zwykle inni turyści płacili przewodnikowi od 25 do 40€ dziennie, mając juz w tym zwykle wliczone transport z miasteczka Bandiagara do i z uskoku, przewóz bagażu na osiołku, całkowite wyżywienie i zakwaterowanie, wstępy do wiosek i opiekę. Wynajęcie landrovera kosztuje od 60€ na dzień + paliwo.



Burkina Faso


Są miejsca na ziemi o których marzymy od lat. Pamiętam jak o 3 nad ranem 30 października 2000 roku przeglądałem atlas geograficzny, sprawdzając gdzie dokładnie znajduje się kraj o ledwo zasłyszanej nazwie Burkina Faso. Kiedy łamałem język próbując przeczytać nazwę stolicy - Ouagadougou - postanowiłem, że w przyszłości planując podróż do Afryki, Burkina będzie moim priorytetowym celem.

Marzenia się spełniają, bo właśnie wjechałem do Burkiny Faso, piwem oblewałem ta niezapomnianą chwilę. Nie przypuszczałem jednak, że w stolicy zawitam na dłużej. Mimo ze Ouagadouogu jak na miasto stołeczne jest nawet przyjemne, to powód naszego zatrzymania się tutaj nie był już aż tak miły. Zwiedziliśmy sporo budynków, ale bynajmniej nie podziwialiśmy ich architektury: urzędy, przychodnie, szpitale...

Przyjechaliśmy z zamiarem wyrobienia wizy do Ghany. Niestety trafiliśmy na Dzień Niepodległości tego kraju (6 marca), a dnia następnego ambasada również zrobiła sobie wolne. Natomiast kolejny dzień przyniósł Dzień Kobiet, który tym razem w Burkinie obchodzony jest jako święto państwowe. Dopiero czwartego dnia ambasada Ghany otworzyła swoje wrota i przyjęła nas, lecz musieliśmy stoczyć walkę, aby wydano nam wizy tego samego dnia, nie chcąc czekać całego weekendu. Udało się, ale idąc po odbiór paszportów coraz bardziej bolała mnie noga. To infekcja która wdała się w ranę po przecięciu przez płaszczkę, sprzed 30 dni. No cóż, ledwo doskakałem do kliniki. Kolejnego dnia moja opuchnięta stopa juz się kurowała, ale chodzić nie umiałem Za to Ewelina źle się poczuła i przyniosła wieści ze szpitala – malaria!

Badania na malarię


Także spędziliśmy kolejne dni w hoteliku, tyle dobrze, że ludzie, jak i panująca tam atmosfera była na wyluzowanym poziomie. Regeneracja przebiegała sprawnie, więc zapadła decyzja o rychłym wyjeździe - tyle że rankiem tym razem Radek oznajmił nieoczekiwanie, że czuje się słabo Żartów nie było, bo zeszłoroczna tragiczna śmierć podróżniczki Kingi Choszcz (www.kingafreespirit.pl), dała mi i Ewelinie do zrozumienia, że bez leków profilaktycznych do Afryki się nie wybieramy - bierzemy raz w tygodniu Lariam (Mefloquine). Radek jednak żadnych środków nie brał działać więc trzeba było szybko. Ja mimo bardzo dobrego samopoczucia (oprócz bolącej nogi) stwierdziłem, że zrobię test tak tylko dla pewności, a Ewelina robiła test kontrolny. Wyniki były zaskakujące, przynajmniej dla mnie - wszyscy mamy we krwi zarodźce malarii falciparum (mózgowa), która nie leczona może doprowadzić do śmierci

Upss, także zaczęliśmy kurację - ładowaliśmy w siebie różnokolorowe prochy (tabletki). No ale podobno pomogło, bo mieliśmy niemożliwą głupawkę. Po 8 nocach spędzonych w Ouagadougou, już bez malarii i infekcji, ruszyliśmy dalej. Dziękujemy znajomym i rodzinie za pomoc i wsparcie w tych trudnych chwilach.

Wracamy na turystyczny szlak. Najpierw w okolicach Bobo-Dioulasso odwiedziliśmy tajemnicze miejsce, gdzie miejscowi przynoszą kury, zabijają je i po upieczeniu składają w ofierze, karmiąc nimi w pobliskim bajorku swoje święte olbrzymie sumy. Było to dosyć ciekawe, szczególnie dzięki panującemu tam półmrokowi wśród piór i wnętrzności kurczaków

Następnie w okolicy Banfory wybraliśmy się nad jeziorko, tyle ze tym razem naszym celem były hipopotamy. Na bramce zapłaciliśmy za wstęp do parku i za przejazd łódką po jeziorku. Patrzymy, a hipcie baraszkują w wodzie blisko brzegu. Ale cóż, skasowano nas za rejs, wiec serwis musi być Także dzieląc cenę na przepłyniętą odległość, był to najdroższy rejs w moim życiu (1.5 Euro za 2 razy 10 metrów, tam i z powrotem). Ze zwierząt afrykańskich nie lwy, lamparty czy krokodyle, ale właśnie agresywne hipopotamy zabijają najwięcej ludzi na tym kontynencie. A wyglądają tak niegroźnie

Spacer w okolicy Banfory


Później przyszedł czas na spacer po skałkach i kąpiel pod wodospadami. Tak orzeźwieni wybraliśmy się zwiedzać nieturystyczne wioski plemienia Lobi wraz z ich domami- twierdzami. W niektórych wioskach ludzie byli bardziej otwarci, w innych bardziej natrętni.

Kolejnym mankamentem okazała się moja mała ranka na dłoni, od której w przeciągu kilku godzin szły w żyłach przedramienia w kierunku serca dwie czerwone pręgi Wystraszyłem się nie na żarty – szybko dojechaliśmy do głównej wioski regionu, gdzie zaatakowaliśmy szpital (znowu?!). W naszych wyobrażeniach jeśli taka linia z zakażeniem dojdzie do serca... obawy okazały się jednak przesadzone, lekarz nas uspokoił Chyba malaria powypalała nam mózgi i byliśmy trochę przewrażliwieni Z drugiej jednak strony ignorancja też nie jest wskazana. Jeszcze podczas żadnej podróży tyle nie nabiegałem się po szpitalach, klinikach i aptekach.

Plemię Lobi handlujące drewnem


Z życzeniami zdrowia,

Michał von Malaryk

Informacje praktyczne:
Burkina Faso - wjazd 6 marzec 2007, pobyt 12 dni
Koszt pobytu 197 Euro na osobę, wliczając między innymi:
Wiza - 10 Euro, 7-dniowa, na granicy od ręki.
Przedłużenie w Ouagadougou do 30 dni, bezpłatne, 1 dzień formalności
My załatwiliśmy także Wizę Entante, ważną na kraje: Burkina Faso, Togo, Benin, Niger i Wybrzeże Kości Słoniowej, ważną 60 dni, cena 40 Euro za 5 krajów.
Transport na opisanej trasie - 43 Euro na os, 992 km
Noclegi - hotele od 2.5 do 5 Euro za noc na osobę
Wyżywienie - 48 Euro
Wstępy, zwiedzanie - 6 Euro
Inne - 25 Euro (internet od 0.4 Euro za godzinę)
Nie wliczałem kosztów leczenia, gdyż te powinny zostać zwrócone przez ubezpieczenie.

Afryka całościowo:
8 krajów, 65 dni
Łącznie pokonaliśmy 9738 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podróży po Afryce wynosi 15 Euro dziennie




Wybrzeże Kości Słoniowej


W Burkinie Faso ku naszemu zaskoczeniu otrzymaliśmy wizę turystyczną Entante (trudno ja otrzymać), ważną na kraje: Burkina Faso, Togo, Benin, Niger i Wybrzeże Kości Słoniowej. Innym słowem udało się, gdyż jest to oszczędność pieniędzy, czasu i miejsca w paszporcie. Skoro więc przez przypadek mieliśmy wizę do Wybrzeża Kości Słoniowej, to wpadliśmy na pomysł aby z tego skorzystać i zahaczyć o ten nieplanowany dźwięcznie brzmiący kraj. Podobno sytuacja polityczna jak i bezpieczeństwo uległo tam zdecydowanej poprawie. Kraj po wojnie nadal jest podzielony na północ – południe, ale obecnie panuje zawieszenie broni. Także jedziemy!

Wyjeżdżając z Burkiny Faso (w tłumaczeniu nazwa kraju to "Kraina bez korupcji"), urzędnik graniczny wypełniając księgi z setkami bzdurnych informacji, zapytał nas w jakim hotelu zatrzymamy się na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Tego to nie wiedziałem (nawet Lonely Planet nie opisuje północy tego kraju), więc dla świętego spokoju biurokraty wymyśliłem nazwę, która gdzieś wcześniej widziałem Palnąłem więc prosto z mostu "Zatrzymamy się w miejscowości Bouna w hotelu le Paix". To go rozbawiło, skomentował kręcąc głową "Hotel Pokoju, tam, u rebeliantów?". Później zażądał zapłaty za wbicie stempla w paszport. Kasy oczywiście nie dostał, więc nie był już taki miły jak na początku.

Kontrola graniczna po drugiej stronie - późna noc, błyski piorunów, złowroga cisza w autobusię. Wchodzi poważny rebeliant w czerwonym berecie. Od kobiet bez sprawdzania dokumentów żąda zapłaty po 200 CFA. Mężczyźni musieli wysiąść z pojazdu i po sprawdzeniu tożsamości wszyscy musieliśmy zapłacić po 800 CFA (1.2€). Nawet wydał mi resztę z tego nieoficjalnego haraczu, a nie obejrzał mojej nowiuśkiej wizy z której tak się cieszyłem. W momencie kiedy poprosiłem ich o pieczątkę wjazdową do paszportu, rebelianci wybuchnęli śmiechem No fakt, skąd niby mieliby mieć pieczątki, skoro nie istnieją formalnie na scenie polityki międzynarodowej To już moja druga wtopa tego wieczoru.

Po noclegu na dworcu autobusowym ruszyliśmy w miasteczko Bouna, które bardzo nam się spodobało Spotkaliśmy wielu życzliwych, uśmiechniętych i bezinteresownych ludzi. Miło było spacerować nawiązując szereg ciekawych i serdecznych znajomości Jedynie obawialiśmy się robić zdjęcia, gdyż nie chcieliśmy być podejrzani o szpiegostwo przez wszechobecnych mundurowych.

Dworzec w Bouna


Z ulicy zgarnęła nas jednak żandarmeria Tradycyjne pytania: kto, gdzie, kiedy i po co? W końcu po wojnie turyści to tutaj rzecz nowa. Przewieziono nas do innej kwatery i tym razem wojsko rozpytywało nas o to samo. W końcu stwierdzili, że nasze wizy są akceptowane przez południowców z Abidjanu, ale nie przez nich - rebeliantów z północy, czy jak to sami siebie nazywają Forces Armees des Forces Nouvelles. W końcu trafiliśmy na dywanik do komendanta, który podpisał nam dokumenty zezwalające na pobyt i przemieszczanie się w strefie przez nich kontrolowanej. Rebelianci byli dla nas cały czas uprzejmi i co najdziwniejsze, nie zażądali juz żadnych opłat!

Jeździmy tym co jeździ


Z powodu problemów z transportem w tym rejonie, ograniczyliśmy się tylko do spacerów po okolicy. Dnia następnego załapaliśmy się na ciężarówkę jadącą do granicy z Ghaną, gdzie niestety próbowano od nas wymusić jakieś nielegalne opłaty graniczne, jak i żądano wygórowanej ceny za przepłynięcie przez rzekę Czarna Wolta. Po dosyć ostrej kłótni magiczną moc okazał się mieć papierek od komendanta, w efekcie czego nie zapłaciliśmy nawet za transport łódką.

Do usłyszenia,
Kozi

Informacje praktyczne:

Wybrzeże Kości Słoniowej - wjazd 18 marzec 2007, 2 dni

Koszt pobytu 21€ na osobę, wliczając:
Wiza - 8€ (20% z 40€), będąca 1/5 częścią wizy Entante, ważnej przez 60 dni na kraje: Burkina Faso, Benin, Togo, Niger i Wybrzeże Kości Słoniowej Wyrobiona w Ouagadougou na Komisariacie Policji, dostępna także w Konsulacie Togo w Akrze, Ghana.
Koszt 40€, 1 dzień czekania.
Transport na opisanej trasie - 3€ na os, 132 km
Noclegi - za pokój 3 osobowy utargowaliśmy cenę 8€
Wyżywienie - 5€
Inne - 2€ (piwo 0,65L 1€)

Afryka całościowo:

9 krajów, 67 dni
Łącznie pokonaliśmy 9870 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podróży po Afryce wynosi 15 Euro dziennie.





Ghana


Ghana jako kraj różni się od swoich sąsiadów. Była pierwszym państwem w Afryce zachodniej, który wyrwał się od kolonializmu - niepodległość uzyskała w 1957r. Rząd dba nie tylko o siebie (nietypowe dla Afryki), bo widać tutaj reklamy o zabezpieczaniu się przed AIDS, przed malarią, przy drogach są ścieżki rowerowe (Akra), a w minibusach podawane są nr telefonów, aby donosić na kierowcow przekraczających niebezpieczną dla tutejszych gruchotów prędkość 80km/h. W telewizji publicznej puszczają programy edukacyjne (np wykład o grawitacji), a w muzeach zachęcają młodzież do wizyty wprowadzając zniżki studenckie - to wszystko jest naprawdę zaskakujące jak na ten kontynent. Poza tym jest tu taniej niż w krajach ościennych, nie dokucza nam juz kończący się harmattan (północny wiatr wiejący z Sahary w porze suchej) dzięki czemu powietrze jest przyjemniejsze dla płuc i obiektywu. Jedynie wilgotność powietrza uległa zwiększeniu, przez co pocimy się nadmiernie.


Park Narodowy Mole


W Parku Narodowym Mole oglądamy ze wzgórza zażywające kąpieli słonie. Popołudniu wyruszamy pieszo aby przyjrzeć się z bliska tym niesamowitym ssakom. Nasz przewodnik ze strzelbą na plecach nie potrafił jednak wytropić zwierzyny, nie zalał nas też informacjami. Postanowił jednak pokazać nam małpy i guźce - zaprowadził nas więc na pobliskie wysypisko śmieci! Dopiero wracając do kwatery parku przez przypadek natknęliśmy się na wielkiego afrykańskiego słonia. Napatrzyliśmy się, ale jak zaczął ostrzegająco wachlować uszami to wzięliśmy nogi za pas. W Fieme natomiast chodziliśmy z przewodnikiem oglądając małpy - było ich sporo. Ludzie tutaj traktują je specjalnie, gdyż w przypadku śmierci małpki, przygotowują trumnę i chowają ją na specjalnym cmentarzu.

W Kumasi przypatrywaliśmy się ludowi Królestwa Aszanti, którzy chodzą poubierani w tradycyjne dostojne 12-metrowej długości kente, podobna do rzymskiej togi. Tutaj też zostawiliśmy Ewelinę w przykościelnym hoteliku na dalszą rekonwalescencję pochorobową, a wraz z Radkiem ruszyłem na wybrzeże


Forty na wybrzeżu


Znajduje się tu wiele fortów z kolonialnych czasów, gdzie niegdyś złoto i kość słoniowa, a w późniejszych czasach także niewolników przetrzymywano zanim towar zaokrętowano. Obecnie budowle te można zwiedzać, a nam najbardziej podobało się w Princess Town – spokojne, nieturystyczne (wodę do mycia trzeba samemu wyciągać ze studni), piękne widoki z góry na plażę i ocean, a sam fort jeszcze nie w pełni odrestaurowany, dzięki czemu bardziej autentyczny. Po noclegu w tej twierdzy kapiemy się w Zatoce Gwinejskiej, gdzie woda zdaje się mieć idealną temperaturę Potem drałujemy z plecakami pieszo i pojazdami wzdłuż atlantyckiego wybrzeża, także zobaczyliśmy jeszcze 4 inne forty i ciekawe wioski, gdzie dzieci aż czterokrotnie zaczęły uciekać z płaczem na nasz widok - biały!

W stolicy, w Akrze, odbieramy z dworca Ewelinę W gościnę zaprosił nas Steven, który tak jak my jest członkiem jednej z internetowych organizacji podróżnych, która ma na celu ułatwienie kontaktu i wzajemne poznawanie się ludzi - Steven zaprasza podróżnych do siebie, a kiedy sam jest w trasie, korzysta z gościny innych gospodarzy tego stowarzyszenia. To były relaksujące 3 dni w towarzystwie wiecznie uśmiechniętego Ghanijczyka, u którego czuliśmy się jak w domu. Zaprosił nas nawet na ślub swojej siostry, najpierw do roztańczonego kościoła, a później na małą wyżerkę - to było ciekawe doświadczenie. Chcieliśmy się mu zrewanżować wzięliśmy go do knajpy - ale akurat była promocja i napoje (włącznie z piwem) oraz przekąski były za darmo!

Ceremonia zaślubin


Jedynym dyskomfortem podczas pobytu w jego domu były częste przerwy w dostawie prądu i wody. Ghana wybudowała sobie wielką tamę na rzece Wolta, ale w porze suchej brakuje wody i hydroelektrownia ta nie jest w stanie wyprodukować wystarczającej ilości elektryczności dla całego kraju. W związku z tym co kilka dni (od 2 do 5) wyłączane jest zasilanie na 12 godzin - raz ty siedzisz przy świeczkach, za to jutro sąsiad z następnej dzielnicy nie włączy telewizora (duże firmy mają agregaty), tak na zmianę dzielnicami i porami dnia.

Opuściliśmy Ghanę i mimo iż mieliśmy kilka sprzeczek z miejscowymi, to jednak wspomnienia pozostaną dobre, gdyż bardzo istotną rolę odgrywa ostatnie wrażenie – a te dzięki Stevenowi było rewelacyjne.

Informacje praktyczne:

Ghana - wjazd 20 marzec 2007, 12 dni
Koszt pobytu 138€ na osobę, wliczając:
Wiza - 24€, w Ouagadougou, ważna 90 dni, 1 dzień czekania.
Transport na opisanej trasie - 29€ na os, 1617 km
Noclegi - ceny od 1.5 do 2.5€ za noc na osobę
Wyżywienie - 46€, co daje średnia 4€ dziennie
Wstępy - 7€

Afryka całościowo:

10 krajów, 79 dni
Łącznie pokonaliœmy 11,487 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podróży po Afryce wynosi 14€ dziennie.




Togo i Benin


W powietrze wylatuje kawałek blaszanego dachu – to Togo przywitało nas tajfunem. Była to jednak ostatnia destrukcyjna siła, która próbowała w nas uderzyć w tym kraju. Niezmiernie przyjemni, uśmiechnięci i bezinteresowni ludzie otaczali nas, nawet w stolicy, w Lome, było przyjemnie - mili mieszkańcy, a centrum miasta przylega do długiej, szerokiej, piaszczystej plaży z palmami. Pobyt w wioskach nad jeziorem Togo tylko dopełnił pozytywnych wrażeń z tego kraju.

Plaża w centrum Lome


W Togo, jak i w sąsiednim Beninie, najbardziej praktykowanymi wierzeniami jest voodoo (w Beninie jest nawet oficjalna religia państwowa). Voodoo to jednak cos więcej niż tylko czarna magia i nakłuwanie laleczek (choć to jedna z jej ciemnych stron) – to animistyczne wierzenia w swoich bożków i w świat duchowy, wierzący w dobro i mający zasady moralne. Odwiedziliśmy kilka bazarów fetyszy, które dla wyznawców voodoo są tym samym, czym dla nas apteka. Szaman w zależności od rozwiązywanego problemu (np. choroby), wysyła pacjenta na taki bazar z listą zakupów, czyli z "receptą". Asortyment sprzedających jest imponujący: przerażające czaszki małp i szczurów, głowy lampartów i krokodyli, cuchnące suszone kameleony, węże, jeże, sowy, skrzydła nietoperzy i papug, skóra antylopy, szpony sępa, ogon skorpiona, kości słonia oraz inne zwierzęce części w postaci zębów, włosów, paznokci, piór, łusek, kolców itp. Nie brak tu również laleczek ponakłuwanych gwoździami, korzeni, roślin, owoców oraz innych nieznanych mi spreparowanych magicznych mikstur i przedmiotów.

Bazar fetyszy voodoo


Następnie odwiedzamy miasto Cotonou, ale można je porównać do wnętrza budynku, do którego wtłaczane są spaliny z rur wydechowych. We mgle CO2 postanowiliśmy od razu stąd uciekać, zanim jeszcze odnaleźliśmy hotel. W ogóle Togijczycy i Benińczycy są miłośnikami cementu - widać go wszędzie, betonują co się da - wygląda to szkaradnie. Nawet na wsiach swoje domostwa ogradzają dwu metrowym, betonowym płotem (raczej ścianą).

W Ouidah przeszliśmy "Drogę Niewolników", czterokilometrowy trakt wiodący od fortu do wybrzeża, którym miliony Murzynów przeszło po raz ostatni na Czarnym Lądzie. Na końcu tej drogi znajduje się pomnik "Brama Bez Powrotu" - stąd wypływali do Ameryk. Europejski kolonializm ma naprawdę wiele negatywnych stron, jeśli nie same - rabunek, gwałt i egoizm – to dawna "Biała siła" w Afryce.

Niewolników najczęściej łapały inne, wrogie sobie Murzyńskie plemiona - wymieniali ich potem u białych, którzy wygodnie czekali w nadbrzeżnych fortach. W zamian otrzymywali "cuda" z Europy np. alkohol, broń, lusterka, świecidełka, plastik itp. Plemię Tofinu uciekając przed niewolnictwem w XVIII wpadło na pomysł wybudowania bambusowej wioski ukrytej na jeziorze, kilka kilometrów od brzegu. Popłynęliśmy do Ganvie i zostaliśmy na noc w przytulnym hoteliku na palach, 2 metry nad powierzchnią wody. Wraz z zachodem słońca zniknęli ostatni zwiedzający turyści, a my z naszego tarasu mogliśmy obserwować normalne życie tej 30-tysięcznej wioski. Było cudownie - po licznych kanałach snuło się pełno różnej wielkości łódek, niektóre napędzane silnikiem, ale najczęściej wiosłem lub przy pomocy długiego drąga (odpychając się od dna). Był targ na wodzie, szkoła, kościół, małe kino, fryzjer itp, po prostu bardziej spontaniczna i prymitywna wersja Wenecji. Co prawda niektórzy sfrustrowani mieszkańcy dali nam do zrozumienia, ze nie jesteśmy tam mile wdziani, ale to były wyjątki (trzeba uważać ze zdjęciami).

Pływający targ w Ganvie


W Abomey godna polecenia jest wycieczka po pałacach Królestwa Dahomey, ale koniecznie z przewodnikiem, bo te pałace bez opisu raczej nie zachwycają Wyjeżdżamy stąd bardzo zadowoleni, gdyż tutaj też spędziliśmy relaksujące Święta Wielkanocne.

dzięki,
Michał

Informacje praktyczne:

Togo i Benin - wjazd 1 kwiecień 2007, pobyt 8 dni
Koszt pobytu 119€ na osobę, wliczając:
Wiza - Togo 8€, Benin 8€ (2 razy 20% z 40€), będąca 2/5 częścią wizy Entante, ważnej przez 60 dni na kraje: Burkina Faso, Benin, Togo, Niger i Wybrzeże Kości Słoniowej.
Transport na opisanej trasie - 23€, Togo 55 km, Benin 877km
Noclegi - ceny od 3 do 4€ za noc na osobę
Wyżywienie - 33€
Wstępy i opłaty za zwiedzanie - 19€

Afryka całościowo:

12 krajów, 3 miesiące (87 dni)
Łącznie pokonaliśmy 12,419 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podróży po Afryce wynosi 14€ dziennie






Niger cz. I


Niesamowita Australia była moim 50 odwiedzonym krajem, Niger jest 100 (92 państwa niepodległe i 8 terytoriów zależnych) - także oczekiwałem tutaj czegoś specjalnego. I nie zawiodłem się!

W Większości światowych statystyk najniższych zarobków, analfabetyzmu, niedożywienia, umieralności dzieci itp. Niger notowany jest w ścisłej czołówce. Podobno wciąż praktykowane jest niewolnictwo i nieoficjalnie ocenia się, iż jest tu ponad 20,000 współczesnych niewolników. Kraj jest czterokrotnie większy od Polski, a znaczną część obszaru zajmują pustynie i sahel (sawannowa strefa przejściowa pomiędzy terenami zalesionymi na południu, a pustynną Saharą na północy), także susze witają tu często. W przewodnikach jest napisane, że podczas wielkich upałów deszcz wyparowuje zanim zdąży spaść na ziemię. Podstawowym zwierzęciem hodowlanym w większości krajów Afryki Zachodniej jest koza, która fizycznie jest bardzo wytrzymała jak na te ciężkie warunki, a zjada każdą, nawet kolczastą roślinką (nie pogardzi także przy tym workami foliowymi, papierem i innymi śmieciami), przez co przyczynia się do rozprzestrzeniania pustyni, a więc pogorszeniu warunków bytowych ludzi.

W stolicy otrzymaliśmy wizy do Czadu i uciekaliśmy z tego gorącego miejskiego kotła na północ kraju, do blisko 1000 km odległego Agadezu. Naszym celem jest bowiem Tenere - "Pustynia Pustyń". Wiemy, że wycieczki są drogie, a ponieważ nie ma tam dróg, to nie ma też możliwości dotarcia tanim środkiem publicznego transportu. Mamy jednak małą przewagę - jesteśmy poza sezonem. Przewagę? - kwiecień to pora sucha i miesiąc największych upałów, już w Niamey temperatura przekraczała 45 stC. Nasze pytanie - czy ktoś zdecyduje się wyruszyć z nami w tym piekielnym czasie na naszych warunkach, w dodatku tylko w jeden samochód (na dwa nas nie stać, a jest to wymóg bezpieczeństwa)?

Pustynia Tenere


Na szczęście w tym okresie turystów jest mało, więc liczne agencje stoją bezczynnie. Po długich targach ustaliliśmy z Mohamedem cenę znacznie niższą niż zwykle oferuje on swoim klientom z Europy Zachodniej. Naciągnęliśmy go na zrobienie naszej trasy w 5 dni, kiedy programowo zajmuje ona minimum tydzień (płaci sie za dni, nie za trasę). Mimo tego wciąż było bardzo drogo - 65 Euro na osobę na dzień (lecz Tenere to żelazny punkt naszej wyprawy, wysokie koszty były wkalkulowane). W cenie były wliczone: samochód z paliwem, zezwolenie od policji, przewodnik, kierowca i kucharz wraz z pełnym wyżywieniem.

Rano ruszamy z Agadezu i oglądamy imponujące ryty naskalne m.in. słoni, nosorożców, żyraf (do 5.4 metra wysokości). To milczący świadek z epoki neolitu, który udowadnia, że kiedyś (6-8 tysięcy lat temu) pustynia ta była żyzną ziemią po której biegały te zwierzęta. Potem kierujemy się w stronę gór Air, a pierwszą pustynną oazę osiągamy dopiero drugiego dnia, po przejechaniu aż 400 kilometrów. I od teraz zaczyna sie raj - cudowne, nieregularne, żółte, ogromne wydmy Sahary. Przez kolejne 2 dni jechaliśmy w tak niesamowitej scenerii, że brakuje mi słów, aby to opisać. Przede wszystkim zmieniające sie kolory i kształty piaszczystych wydm, ale również fantastycznie wkomponowane w krajobraz samotne drzewo, przebiegająca gazela, góra białego marmuru, zerodowane głazy. Cechą charakterystyczną tej części Tenere jest sąsiedztwo gór Air i właśnie kontrast wielkich złotych piasków z czarnym masywem górskim czynią to miejsce jedynym w swoim rodzaju. Wspinaliśmy się na wierzchołki wydm (około 300 metrów wysokości), aby z góry zobaczyć jak piaski wypełniają szczeliny górskich zboczy i wąwozów. Wschody i zachody słońca dodawały mistycyzmu całemu nastrojowi, chociaż z powodu wiejącego harmattanu, powietrze nie było bardzo przejrzyste (także najlepsze zdjęcia pozostaną w głowie). Tam nie ma dróg – są bezdroża, gdyż wiatry przenoszą piaski z dnia na dzień zasypując wszystko co napotkają na swojej drodze. Kierowca, aby uniknąć zakopania, z pędem wpadał na szczyt wydmy i dopiero stąd mógł ocenić gdzie dalej jechać - układ następnych wydm decydował gdzie skierować samochód.

Nocleg na piasku


To było niesamowite uczucie samotnego przejazdu przez ten ocean piasku, czasami jak okiem sięgnąć aż po horyzont. Nasze odizolowanie było przerywane przystankami przy studniach w oazach, gdzie nie wiadomo skąd, wszystko wokół nagle ożywało - masa spragnionych wielbłądów, kóz, owiec i osłów wraz ze swoimi nomadzkimi pasterzami czekała cierpliwie na swoją kolejkę do życiodajnej wody. Dziewczęta ładne, skromne, nieśmiałe lecz kolorowo ubrane przypatrywały sie nam ciekawie, niemniej niż my im.


Mała nomadka


Wjeżdżamy z powrotem w góry Air i odwiedzamy jedyny wodospad Sahary (tak jest przynajmniej reklamowany), zwany dumnie przez miejscowych "cascade". Cóż za rozkosz wskoczyć do zimnego oczka wodnego, chociaż
ledwo co ociekającą skałę trudno zaliczyć do miana wodospadu. Oaza Timia słynie również ze swoich ogrodów owocowo-warzywnych, a to dzięki pompie wodnej i pracy tutejszych mieszkańców. Nie muszę chyba mówić jaka to
przyjemność skosztować soczystych pomarańczy w tak suchym klimacie.

W Timia zostaliśmy dłużej, ale o tym przeczytacie juz w następnej relacji, zapraszam.

Michał Kozok




Niger cz. II


Właśnie tutaj w Timia przeskakujemy z wygodnego, dającego przyjemny przewiew podczas jazdy, samochodu na wolne i wysokie wielbłądy z napędem na cztery nogi. Co prawda po 2 dniach (20 km) nasze tyłki miały juz dość wielbłądziej jazdy (a w szczególności karkołomnego wstawania i siadania ryczącego zwierza), to przygoda była jednak przednia. Szczelnie owinięci w niebieskie turbany poczuliśmy co to znaczy upał i jak smakuje łyk rozpalonego powietrza.

Na grzbiecie wielbłąda


I tak jak na poprzedniej samochodowej wyprawie, tak i teraz górskimi i pustynnymi ścieżkami prowadzili nas dostojni Tuaregowie, częstując mocną herbatką i "przysmakami" ich lokalnej kuchni, bazującej głównie na kozich i owczych wyrobach. Słuchając przy ognisku opowieści poznaliśmy nieco kulturę i zwyczaje tych nomadzkich ludów. Tuaregowie uciekli przed Arabami na pustynię (VII i XIw) i do tej pory część z nich prowadzi koczowniczy tryb życia. Nie akceptują politycznych granic państwowych uznając całą Saharę za swoja ojczyznę. Dla jednych są dumnymi "rycerzami pustyni", dla innych bandytami napadającymi na karawany, handlującymi niewolnikami i wszczynającymi rebelie. Niestety czasy nadal niespokojne i po każdym kolejnym nieporozumieniu z Rządem w Niamey, Tuaregowie walczą o swoje prawa w różny sposób - kilka dni po naszym przejeździe przez Tenere znowu ostrzelali posterunek żandarmerii w Iferouane i droga turystyczna ponownie została zamknięta (do odwołania).

Niezależnie od punktu widzenia łatwo ich rozpoznać po zawiniętym na głowie i twarzy turbanie oraz po noszonym u boku mieczu z wyrytym charakterystycznym krzyżem (wzór zależy od miasta pochodzenia). Nietypowo dla Afryki mężczyźni zajmują sie również prostymi pracami domowymi - w społeczeństwie Tuaregow kobiety zajmują wysoka pozycje i wolność (nie do pomyślenia u Arabek).


Tuareg


Wracamy do Agadezu i od razu jedziemy na inna wycieczkę - na cmentarzysko dinozaurów. Tutaj w Tawachi ziemia zakonserwowała części szkieletów tych prehistorycznych olbrzymów (za życia 12m wysokości, 22m długości, 20 ton wagi, jak i innych np. Krokodyla czy 9-metrowego węża). To było niesamowite uczucie kiedy mogliśmy spacerować, a nawet potrzymać odkopane skamieniałe kości dinozaurów sprzed 135 milionów lat! Wizyta ta była wycieczką do nierealnego dla nas świata, to było jak dotknięcie mitu.

Po powrocie żegnamy się z Radkiem, który wraca już do Polski. Dziękując za towarzystwo wysyłamy z nim do kraju slajdy do wywołania, zbędny już przewodnik, parę pamiątek i pozdrowienia dla znajomych. Ja z Eweliną kieruję się natomiast do Zinder.


Kości dinozaurów


I Niger nadal udowadnia, że jest niezmiernie miłym miejscem, tym razem głównie dzięki przyjaznemu nastawieniu plemieniu Haussa. Cudowny był także targ zwierząt, gdzie oprócz ciekawych sekcji hodowlanych (szczególnie wielbłądów), można było również podziwiać kolorową różnorodność ich właścicieli.

Z Zinderu ruszamy ciężarówką przerobioną na autobus w stronę granicy z Czadem. Trzęsło, coś się psuło, ale jakoś przesuwaliśmy się na wschód. Mijamy zakopane w piachu ciężarówki, sami też parę razy utykamy, ale wiezione na dachu wielkie stalowe drabiny podłożone pod kola spełniają swoja funkcje i autobus popychany przez męską część pasażerów wychodzi z piachu. Za miejscowością Diffa natrafiamy na resztki starego asfaltu i niestety w pewnym momencie pod drugą osią pojazdu nawierzchnia pęka i tylna część autobusu osiada w dziurze. Teraz kierowca i zespół ppomocników zaczynają kamieniami kruszyć pozostały jednolity asfalt, tak aby móc podkopać pojazd. Nie wierzę, ręcznie kuli drogę przez 1.5 godziny! Potem był już tylko piach i podczas manewrów kierowcy myślałem tylko jakby tu reagować na wypadek, gdybyśmy przechylili się na tyle mocno, że runiemy na bok. Na szczęście dojechaliśmy, ostatnie 130 km w 7.5 godziny.

W przygranicznym Nguigmi wymieniliśmy u miejscowych cwaniaczków franki zachodnioafrykańskie na franki środkowoafrykańskie. Potem przyszło nam spędzić na ulicy (nie ma tu hoteliku, a co gorsza publicznej toalety) blisko 2 doby, czekając, czekając i czekając na transport do Czadu. W końcu zebrało sie już nas dziewięciu pasażerów, ale tutejsza terenówka nie ruszy bez kompletu podróżnych tzn. 2 kolo kierowcy, 4 na tylnym siedzeniu i 6 na dwóch bocznych ławeczkach w części bagażnikowej pojazdu. Hmmm, w Europie taki pojazd może zabrać 5 osób, tutaj 13 plus tylu ile
wlezie na dach.



Informacje praktyczne:

Niger - wjazd 9 kwiecień 2007, pobyt 20 dni
Koszt pobytu 609€ na osobę, wliczając: Wiza - 8€, będąca 1/5 części wizy Entante, ważnej przez 60 dni na kraje: Burkina Faso, Benin, Togo, Niger i Wybrzeże Kości Słoniowej.
Transport na opisanej trasie nie wliczając wycieczek - 85€, 3,604km
Noclegi - ceny od 1.5 do 7€ za noc na osobę
Wyżywienie - 59€, nie wliczając wycieczki na Tenere
Wstępy i wycieczki - było drogo, ale pięknie:
325€/os za 5 dni na pustynie Tenere,
20€/os za 2 dni na wielbłądach,
45€/os za wynajęcie pojazdu na cmentarzysko dinozaurów


Afryka całościowo: 13 krajów, 107 dni
Łącznie pokonaliśmy 16,023 km




Czad


Jestem pełen podziwu dla samochodów osobowych marki Toyota i Mazda, a to za sprawą, gdyż miałem przyjemność przejechać nimi przez pustynie. Znużony bezczynnym czekaniem w Nigeryjskim Nguigmi, ze sporymi wątpliwościami decyduję się jednak wejść do małego pojazdu z napędem tylko na 2 koła. Przewodniki i znajomi - tu znalazłem opis trasy jako bardzo trudnej i męczącej, wymagającej samochodu 4x4 lub ciężarówki. Miejscowi zapewniali jednak, iż te osobówki przejeżdżają tę trasę raz w tygodniu, a cały proceder polega na tym, iż samochody te transportowane są kontenerowcem z Europy do Beninu (po ich stanie jestem przekonany że to kradzione), a stąd wynajęci kierowcy przewożą je na sprzedaż do Ndjameny. Moje pytanie - dlaczego nie przez Nigerię, tam asfalt i krócej. - korupcja i łapówki - otrzymuję odpowiedź – wychodzi drożej. To wszystko tłumaczy, a zresztą jeśli dotarli już aż tutaj (drogę opisałem w Niger cz.II), to już to coś znaczy.

Kierowcy jadą szybko, pewnie, mijają piaszczyste wydmy tylko sobie znanym objazdem. Co jakiś czas któryś z 5 wspaniałych utyka w piachu – wtedy w użycie idzie łopata i siła popychu wszystkich członków konwoju. Przekraczamy granice, mkniemy czasami po suchym dnie Jeziora Czad, to znów walczymy z wydmami, raz po raz gubiąc ślady kół na piasku, ponownie odnajdujemy coś co przypomina dróżkę, mijamy zagubione wioski, spotykamy ciekawych ludzi itp. Trzeciego dnia wygodnej jazdy widziałem pięknie oświetloną białą drogę z ciemnym niebem w tle – dobry motyw na fotografię. Na szczęście nie muszę prosić szalejącego kierowce o zatrzymanie się dla mnie, bo akurat utknęliśmy znowu w piachu. Wyszedłem wiec zrobić zdjęcie i w niecałą minutę później rozpętała się gwałtowna, cudowna i porywista burza piaskowa. Zamieć przeczekaliśmy w samochodzie, gdyż nie dało się jechać w takich warunkach.

Osobówką przez pustynię


W sympatycznej wiosce Bol naszym celem było Jezioro Czad, którego powierzchnia drastycznie zmienia się w zależności od pory suchej lub deszczowej. Wynajmujemy tanio łódkę i płyniemy na relaksacyjną przejażdżkę. Przyjemność przerwał jednak jeden z naszych wioślarzy, który za naszą zaliczkę kupił sobie klej i się naćpał, łódka zaczęła pomału nabierać wody, a wiatr zniósł nas w sitowie. Na szczęście jezioro jest płytkie, także nasz odurzony kapitan wskoczył w końcu do wody po pas i pchał łódkę do brzegu (co zajęło 2 godzinki). Tam naskoczyła na nas grupa cwaniaków, żądając opłaty za rzekome używanie ich łódki – odesłałem ich krzykiem do ćpuna, tam niech roszczą swoich praw. Ze zdjęciami też trzeba było uważać, bo nie miałem zezwolenia (można je otrzymać w ciągu 2 tygodni w stolicy, ale tam jeszcze nie dotarłem), a niektórzy usiłowali od nas wyciągnąć za to trochę kasy – jednak nie daliśmy się złapać na gorącym uczynku. Wieczorem w Bol w domu bogatego biznesmena, ćwierć wioski oglądała mecz Ligi Mistrzów, no i jak to czasami bywa (a w Afryce częściej niż czasami), na sam koniec podczas rzutów karnych w Bol wyłączono prąd.....wynik poznałem 3 dni później.

W Czadzie obowiązuje prawo, iż turyści musza rejestrować się na policji w każdym miasteczku, w którym zatrzymują się na noc (wypełnić druczek, dołączyć 2 zdjęcia itp). Formalności ku naszemu zaskoczeniu okazały się nawet przyjemne, bo funkcjonariusze byli ludźmi z pewna dawka poczucia humoru.


Dziecko pustyni


W Ndjamena ludzie często pytali nas z niedowierzaniem i wymowną gestykulacją, jakby w formie zabawnej pretensji: "Vous etes touristes ou quoi?” (Jesteście turystami czy kim?). No cóż, kraj niespokojny na północy i wschodzie, wiec turyści docierają tu rzadko. Jedynie mała manifestacja w centrum odbiegała od normy, podczas której nawiedzony muzułmanin przemawiał energicznie do zebranego tłumu, a za nim widniał transparent z rysunkiem m.in. jak biały zabija czarnego – tak na wszelki wypadek nie podchodziliśmy pytać o szczegóły.

Poza tym było przyjemnie – to pierwszy kraj od Maroka gdzie powszechnie na ulicy serwują zdrowe naturalne soki owocowe, ludzie mili a pustynia magiczna.

Po prostu było czadowo!

Informacje praktyczne:

Czad - wjazd 29 kwiecień 2007, 5 dni
Koszt pobytu 68€ na osobę;, wliczając:
Wiza - 24€, w Niamey, ważna na 30 dni, wyrobiona w 30 minut.
Transport na opisanej trasie - 12€ na os, 573 km
Noclegi – nocleg w stolicy kosztował 12€ za pokój, reszta na dziko
Wyżywienie - 18€, co daje średnia 4€ dziennie
Wstępy - 3€ za łódkę
Inne - 5€

Afryka całościowo:

14 krajów, 112 dni
Łącznie pokonaliśmy 16,596 km
Dotychczasowy koszt wiz, wyżywienia, transportu, noclegów, wstępów oraz wszystkich innych podzielone przez dni podróży po Afryce wynosi 17€ dziennie.





Kamerun



Kameruńczycy wydają się mieć dwie pasje – piłkę nożną i piwo – łatwo zauważalne na każdym kroku. Nasz pierwszy kontakt z ich światem miał miejsce podczas trekingu w przyjemnej górskiej scenerii z Koza do Mokolo, gdzie trafiamy w jednej z wiosek na dzień targowy. I co widzimy? – cała wioskę zebrana na głównym placu, tańcząca, grające, rozbawione i niezłe nawalone towarzystwo z kapeluszowych półmisków warzonym domowym sposobem kukurydziane piwo. Drugiego dnia, mijając kolejne wioski, ponownie trafiamy na targ, ponownie mieszkańcy chleją. I tak będzie już w Kamerunie cały czas na naszej trasie, pijane wioski i pełne bary miejskie, piwo widoczne wszędzie, ale przy tym wesoło i pogodnie, bez pijackich awantur.

Rhumsiki


W okolicach Rhumsiki ruszamy w góry Mandara, podziwiając ciekawe formacje skalne. W jednej z wiosek trafiamy na pogrzeb – prowadzona przez wodza tańczyła cała wioska, dziko i spontanicznie, ale nie wiem ile w tym było prawdziwego tradycyjnego tańca w transie, a ile zwykłego pijaństwa, bo alkoholu przy tym nie żałowano (a jakże!).

Pogrzeb w Kila


Kamerun najpierw okupowali Niemcy, później zastali ich Francuzi i Anglicy, a śmiałe plany mieli także Polacy, którzy planowali w okolicach Limbe utworzyć własną kolonię (Szlak Rogozińskiego). Także obecnie w kraju używa się dwóch oficjalnych jeżyków – francuski i angielski, a oprócz tego jest tutaj zarejestrowanych blisko 300 lokalnych. Ledwo co nauczymy się „dzień dobry” i „dziękuję” w tutejszym języku, to okazują się one zupełnie nieprzydatne już kilkanaście kilometrów dalej.

Jedna z ciekawszych rzeczy jakich dowiedzieliśmy się na miejscu to istnienie mini-królestw. Nawet na pozór zwykła mała wioska jest często odrębnym państewkiem, na czele której stoi "fon". Władca taki pełni nie tylko funkcję reprezentatywną, ale jest również mediatorem pomiędzy swoimi podwładnymi, a władzą państwową. Posiada tez pewne uprawnienia – rozstrzyga lokalne spory, wyraża zgodę na czyjeś osiedlenie, zakup ziemi, możne także wyrzucić niechcianych gości np. białych pracowników. Niedostosowanie się do jego polecenia możne okazać się błędem, gdyż tajemnicze wypadki się zdarzają, a podwładni będą kryć swego króla i policja federalna nie znajdzie chętnych do współpracy. Wiele rzeczy i zwyczajów wciąż odbywa się tradycyjnym sposobem, a niektóre z nich pozostaną niezrozumiale dla przybysz z zewnątrz.

Sułtan w Nigrze posiadał 4 żony (maksymalna liczba na która zezwala Islam), ale tutaj podwładni wybierają fonowi wybranki, także ten z Kumbo posiadał ich już ponad 150 (jeśli mu się nie spodoba wybranka, możne ja podarować w prezencie kumplowi). Bardzo ciekawą osobą był jeden z króli z Foumban, którego pałac i muzeum zwiedziliśmy. Na początku XXL wymyślił on własną religię, kalendarz, a nawet pismo (to jedyny lokalny alfabet wykorzystywany po dzień dzisiejszy w Afryce Zachodniej), żon miał 600, bo szukał ideału, a mimo iż był inteligentny, chyba nie wiedział, że takowy nie istnieje.

Skorzystaliśmy tez z prawa granicznego ruchu bezwizowego i udaliśmy się odwiedzić wioski w Nigerii - inny język, pieniądz, władza, ale ludzie równie pogodni i uśmiechnięci.

W ogóle podobały nam się spacery w okolicach Ring Road (Kumbo), łagodny klimat na wysokości blisko 2000 metrów, zielono i deszczowo - cóż za odmiana po 4 miesiącach szarości i upałów. Wyciągamy kurtki przeciwdeszczowe, w końcu statystyki nie nadaremnie informują, iż w Kamerunie opady są jedne z najsilniejszych w Afryce, a pora deszczowa właśnie wkraczała. Raz pobłądziliśmy w górach (okolice Sabga), gdyż po ulewnych deszczach wezbrały rzeki i droga odwrotu została nam odcięta przez naturę. Kiedy późno w nocy wracaliśmy wyczerpani, już naprowadzeni przez miejscowych na właściwa drogę do wioski, nagle drogę zastawiło nam kilku osiłków w kominiarkach. Okazali się gwardią pilnującą bezpieczeństwa "fona", a w tej małej wiosce prawo królewskie zabrania spacerów po godzinie 23 (nas białych jednak puszczono bez aresztowania). Mieliśmy tez sporo szczęścia w Bandjoum, gdzie w jednej z najlepiej zachowanych "cheferia" (domków szefów wioski, niżej w hierarchii od fona), co 2 lata odbywają się tańce w tradycyjnych przebraniach - akurat trafiliśmy, a było to ciekawe niekomercyjne doświadczenie.


Tańce w „cheferija”


Postanowiłem zdobyć najwyższa górę Afryki Zachodniej i Środkowej, Mt. Cameroon (4095m). Błądziłem trochę na początku szlaku, gdzie jak się okazało wczesnym świtem minąłem nieoznakowany skręt. Jednak po dwugodzinnej dezorientacji przypadkiem znalazłem drwali, którzy skierowali mnie na właściwa ścieżkę, która już bez trudów orientacyjnych wpełzałem po stromym zboczu wulkanu, pokonując ponad 3000 metrów przewyższenia. Miałem szczęście - chmury odsłoniły piękne widoki podczas zejścia, także nasyciłem oczy wystarczająco, a do Buea zbiegłem prosto na pyszna kolację, z którą czekała Ewelina. Ponieważ na wspinaczkę nie wziąłem przewodnika, miałem później z miejscowymi władzami trochę problemów, lecz po uiszczeniu oficjalnej opłaty wstępu, dogadaliśmy się.

W Douala, największym mieście kraju, mieliśmy okazję podziwiać defiladę z okazji Dnia Afryki – wojsko, policja, studenci i partie polityczne, jak za naszych 1-wszo majowych pochodów. W stolicy, w Yaounde , gościliśmy u Martina, naszego miłego internetowego gospodarza, gdzie w ciągu dnia załatwialiśmy nowe wizy do krajów ościennych, jak i probowaliśmy odebrać namiot z poste restante (nie licz jednak na szefostwo poczty, praca i dobro klienta to pojęcia jeszcze nie odkryte). Z internetu też nie korzystaliśmy zbyt wiele, bo ciągle cięcia w dostawie prądu nam to uniemożliwiły.

Wjeżdżając na południe kraju jeszcze tylko policja na drogowych rogatkach daje nieumiejętny popis wymuszania łapówek – ja jednak stanowczo i z uśmiechem odmawiam rzekomo obowiązkowego płacenia za rejestracje, braku całej gamy szczepień (tak naprawdę obowiązkowa jest tylko na żółta febrę), nieważnej wizy, złych pieczątek i kto wie czego to oni jeszcze nie wymyśla. Jedynie raz z kierowcą autobusu mieliśmy poważniejszy zatarg, gdyż on widząc, iż nie chcemy płacić tak popularnej tutaj łapówki za nic mu się nie chciało czekać na mozolna biurokracje wypisywania naszych danych, postanowił wyrzucić nas z opłaconego już pojazdu. On ściągał plecaki z dachu, a ja wrzucałem je do środka, latając miedzy autobusem i policja. Na szczęście paru pasażerów stanęło w naszej obronie i nie zostawiono nas w środku nocy w szarym polu przy posterunku niemilej policji. Tak to z nowymi przygodami wyjeżdżamy z ciekawego i mimo wszystko przyjaznego Kamerunu.

Informacje praktyczne:

Kamerun – wjazd 4 maj 2007, pobyt przez 22 dni (wliczając wejście do Nigerii 8 maja, na 6 godzin)
Łączny koszt wizyty wyniósł 315 € na osobę, wliczając:
Wiza – Kamerun 79 €, otrzymana w N´djamena w 24 godziny, ważna na 30 dni
Nigeria – skorzystaliśmy z bezwizowego ruchu przygranicznego
Jedzenie – 82 €, średnio na dzień płaciliśmy 4 €
Transport – 74 €, przejechaliśmy 2,839 km
Nocleg – ceny wahały się od 4 do 8 € za pokój (wyższy standard niż w krajach poprzednich), średnia cena za hotelowy nocleg wyniosą 2.5 € od osoby
Wstępy – 15 €
Inne – 31 € (telefon do Polski kosztuje 0.1 € za minute)


Gwinea Równikowa



Największy problem z dostaniem się do Gwinei Równikowej stanowi uzyskanie wizy. Powoli pieliśmy się po szczeblach biurokracji, dochodząc ostatecznie na dywanik samego konsula. On jednak zbywał nas w dyplomatyczny sposób, zasłaniając się prawem i mimo jego wielkich chęci, nie miał uprawnię wystawienia nam wizy – odsyłał do europejskich ambasad. Ale wiadomo, że konsul ma dużą władze i możne każdemu przyznać lub odmówić wizę bez uzasadnienia – także powtarzamy w kółko tematy jakby to dobrze było zwiedzić takie egzotyczne państewko, opisać to na internecie, pokazać slajdy itp. Kiedy nasze historyjki nie pomagały i już wydawało się, iż wyjdziemy stad z pustymi rekami – nagle konsul zakręcił się i napomknął, że szkoda ze nie mamy listu rekomendacyjnego z naszego stowarzyszenia, bo wtedy może...Przepraszam, jaki list? Jak już rzucił przynętę to nie odpuszczę – poprosiłem o numer faksu i godzinkę czasu – potrzebowałem jej na sporządzenie pisma, przesłanie go mailem do biura Atlas Tours (gdzie kiedyś pracowaliśmy), a magiczna moc podpisów, pieczątek i papieru firmowego stwarzała pozory oficjalnego pisma z naszego wymyślonego stowarzyszenia. Faks w końcu przyszedł i konsul nie mógł się już wycofać, a my z radością odebraliśmy wizy – ale mieliśmy szczęście! Potwierdza się opinia, iż z działem konsularnym nie ma reguły.

Gwinea Równikowa to malutkie, aczkolwiek obecnie bogate państewko (ropa), z półmilionowa społecznością, mające w swojej blisko 50-letniej historii zaledwie dwóch prezydentów (dyktatorów), przez co też sporo krwi się przelało i prześladowań represyjnych nie unikniono (włącznie z zamknięciem wszystkich szkół i kościołów w latach 70-tych). Kraj składa się z wsypek (w tym główna wyspa Bi oko ze stolicą w Malabo) oraz z lądu na stałym kontynencie. No i jakie było moje zdziwienie kiedy zorientowałem się, ze w Gwinei Równikowej równika nie przekroczymy, gdyż na stałym lądzie tutaj nie przebiega (dopiero niżej w sąsiednim Gabonie).

Wkraczamy do kraju i pierwszy szok – nagle stwierdzam, iż nie potrafię już mówić po hiszpańsku, gdyż przez kilka ostatnich miesięcy prawie codziennej nauki francuskiego, w głowie pozostała nieskładna mieszanka tych obu języków. Jakoś się jednak dogadujemy i przesuwamy w stronę wybrzeża. Wiemy z przewodnika, że aby zwiedzić kraj niezbędne jest zezwolenie „tra vel and Geographic termit” (na podroż i zdjęcia), który można otrzymać tylko w Malabo lub w Bata, największym mieście interioru. Była akurat sobota, wiec szkoda czasu czekać do poniedziałku na otwarcie urzędów biurokracji – kierujemy się wiec bez odpowiednich papierów prosto do Parku Narodowego Monte Alę, szczęśliwie przechodząc przez liczne policyjne kontrole. Kraj słynie zresztą z wyciągania łapówek od turystów – stresujące próby tego procederu były, ale bez większych nadużyć ze strony mundurowych. Po czasie naszą ambicja zostało przejechać przez cały kraj bez nieoficjalnych opłat, co udało się nam z nawiązka – kontrolujący bardzo długo i dokładnie nasz bagaż policjanci, kiedy znaleźli pamiątkowe monety z innych krajów, żartobliwie dorzucili mi kilka swoich monet (na koniec zdębieli, jak odmówiliśmy im dotacji na piwo).


Przejścia przez Dżunglę nie wytrzymały nawet spodnie


W parku Monte Alę wynajmujemy przewodnika o imieniu Timote i ruszamy razem w dżungle w poszukiwaniu goryli i słoni leśnych. Tym razem szczęście nam nie dopisało, bo „przewodnik” okazał się nie mieć pojęcia o tropieniu zwierzyny, był nieco zagubiony, a w dodatku zupełnie nie posiadał świadomości ekologicznej – śmiecił i zastawiał sidła na dziczyznę (kłosownik!). Także poza mrówkami, pszczołami i komarami innych żywych istot nie ujrzeliśmy, ale Timote dostarczył nam innych „atrakcji”, takich jak zupełnie straconą ścieżkę (przedzieranie się z maczeta po gęstych chaszczach) i orientację (szukanie drogi powrotnej w przeciwnym kierunku, przydał się mój kompas i latarka). Ostatniego dnia wracaliśmy przez 13 godzin ciągłego marszu, mokrzy od deszczu i przekraczania rzek, pokaleczeni przez kolczaste krzewy i liany, pogryzieni przez owady – ale te trzy dni trekingu w dzikim buszu i tak były cudowne.

Potem zwiedzaliśmy Batce – ładne, czyste, tętniące życiem miasto. Trochę drogo, więc na drugi dzień ewakuujemy się i jedziemy autostopem w kierunku Gabonu. Granicę przekraczaliśmy rzeką, 1,5 godzinnym rejsem motorówką i tym przyjemnym akcentem żegnamy się z Gwinea Równikowa.

Informacje praktyczne:

Gwinea Równikowa – wjazd 26 maj 2007, pobyt przez 5 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 119 € na osobę, wliczając:
Wiza – 59 €, otrzymana w Youande w dniu składania wniosku (normalnie czeka się 1 dzień), ważna na 7 dni
Jedzenie – 20 €, średnio na dzień płaciliśmy 4 €
Transport – 19 € (w tym większość bezpłatnym autostopem), przejechaliśmy 504 km
Nocleg – w mieście ceny po targowaniu zatrzymały się na 12 € za pokój, na prowincji zapłaciliśmy 6 €
Wstępy – 24 € za 2 osoby, 3 dni trekingu w dżungli, wliczając przewodnika i jego wyżywienie
Inne – 1 € (internet za 0.8 € na godzinę)

Afryka całościowo:
Odwiedziwszy 17 krajów w 139 dni, przejechaliśmy
19,943 km




Gabon



Gabon wyróżnia się w Afryce – przychód narodowy na jednego mieszkańca jest wyższy niż w RPA czy w Polsce, a na kontynencie ustępuje nieznacznie tylko Libii. Spowodowane jest to sporymi zasobami ropy naftowej, którą kraj umiejętnie gospodaruje. Także można tu spotkać emigrantów niemal z całej Afryki, którzy przyjechali za praca. Co prawda tutejszy prezydent Bongo rządzi niepodzielnie przez ostatnie 40 lat, to jednak potrafił otrzymać dobra ekonomie i pokój w tak niestabilnej części Afryki.

W Europie wizę turystyczna do Gabonu ciężko uzyskać bez rezerwacji hoteli, biletu lotniczego, wyciągów bankowych itp, ale w krajach ościennych ta procedura okazała się bez najmniejszych problemów. Wpływamy do miasteczka o egzotycznej nazwie Cocobeach i udajemy się na rekonesans. Trochę szokują nas ceny, ale wciąż są do zaakceptowania. W głąb kraju decydujemy się jednak na jazdę autostopem. Już druga okazja podwozi nas prosto pod diecezje, gdzie pod swoja opiekę biorą nas Polscy misjonarze. Gościna obfitowała w pyszne jedzenie, pokój z prysznicem, dobre towarzystwo i pakiet ciekawych informacji z pierwszej ręki o kraju i życiu codziennym (wraz z niezła kolekcja masek i innych pogańskich rekwizytów).

Kolekcja masek, niegdyś siedziba diabła


Czasami ciężko nam pojąć tutejsze animistyczne wierzenia, które zdaje się są głęboko zakorzenione w przekonaniach Afrykańczyków. Z własnych doświadczeń kontaktów z lokalnym, jak i z opowieści polskich księżny (spotkanych nie tylko tu w Gabonie, ale i później w Kongach i Angoli), poznaliśmy kilkanaście najrozmaitszych niewiarygodnych historii. Także nie zaskakuje nas już fakt, ze Murzyni nie spacerują w nocy – po ciemku tylko złe duchy chodzą. W przypadku choroby najpierw leczą się u czarownika (przyparafialną przychodnia często jest ostatecznością, nie rzadko już za późną) i animistycznymi sposobami probują kuracji np. dziewczyna złamała nogę – łapią więc koguta, łamią mu nogę i przywiązanego kładą koło łoża poszkodowanej, wierząc, że to pomorze jej w prawidłowym zrośnięciu kości.

Dla mnie jednak najbardziej przerażający jest fakt, iż w przypadku choroby lub śmierci, nie szuka się powodu dlaczego do tego doszło, tylko KTO zesłał to nieszczęście na nas lub na naszych najbliższych. Jeśli czarownik wskaże winnego na kogoś z żywych, wtedy rodzina bierze odwet. No właśnie, rodzina i znajomi potrafią zmienić swe oblicze, w mgnieniu oka
przeistoczyć się w oprawców, jeśli tylko wskaże się im winowajce. Misjonarze opowiadali nam o pobiciach, kamieniowaniach, spaleniach, pogoniach itp, nawet grzebią żywcem noworodka, które „zjadło dusze matki”, jeśli ta zmarła przy porodzie. Obawialiśmy się, iż podczas gościny w wioskach to my możemy pozostać osądzeni o czyjaś śmierć. Wygląda jednak na to, iż taki jasnowidz to sprytny kombinator i biznesmen – porady kosztują, a on też jest przekupny, wiec jeśli ktoś ma z kimś problem (np. chore dziecko w rodzinie lub niezdolnego do pracy starca, tu nie ma socjalnej pomocy, a zdobycie pożywienia kosztuje) to możne poprosić fetysz era o wskazanie tejże osoby. W bardziej rozwiniętych częściach Afryki musi już uważać na prawo rządowe, które w pewnym stopniu musi walczyć z prawem tradycyjnym, jeśli te przekracza pewne granice moralne. W Gabonie na dwa tygodnie przed wyborami dzieci nie puszcza się do szkół, a to dlatego, iż kandydaci na rządowe stołki, aby zapewnić sobie sukces podczas elekcji, zamawiają sobie ofiary z ludzi! Jak policja znajdzie ciało z okrojonymi genitaliami, uszami i nosem – umorzą dochodzenie, bo można by dojść wysoko do polityków, a to zbyt niebezpieczne. Animizm wydaje się nam tutaj religia zastraszania i złych mocy – ciężka jest praca tutejszych księżny.

Ja podczas przygotowywań do wyprawy obawiałem się żmii gabońskiej i plującej (do 3 metrów zasięgu), w końcu w planach były noclegi na dziko. W praktyce okazało się jednak, iż te jadowite gady raczej unikają spotkania z człowiekiem, czego nie można natomiast powiedzieć o agresywnej czarnej mambie. Ta raczej nie wyczuje wibracji ziemi od nadchodzących kroków, gdyż zwykle wisi sobie na drzewku, a zbliżającego się intruza atakuje z zaskoczenia, broniąc swego terytorium. Jeśli miejscowi wypatrzą czarna mambę, obowiązkowo trzeba ja zabić i spalić lub wrzucić pod samochód, gdyż w niej siedzi wampir (a jakże) i możne po ciebie wrócić i zabić. Spokojna zielona mamba kojarzona jest natomiast jako dobry zwiastun. Na szczęście żadnych spotkań pierwszego stopnia z wężami nie mieliśmy.

Kontynuujemy jazdę na wschód kraju, gdzie czym dalej, tym gorzej z transportem. Pewnego dnia w okolicach Tocqueville przeszliśmy droga pieszo 38 kilometrowy (bo nic nie przejeżdżało), a na dodatek odwiedzony most z lian nie był imponujący, płatny i zrekonstruowany. Warty wysiłku okazał się natomiast treking do Kanionu Lekoni, gdzie wąskie wertykalne skały potrafiły zaspokoić oczekiwania turysty.

Kanion Lekoni


Potem szliśmy do granicy z Kongo (bo znowu jak na złość nic nie jechało), gdzie na szczęście uroku marszowi dodawały piękne, zielone, trawiaste, pagórkowate sawanny oraz mili i gościnni Gabończycy. Do granicy doszliśmy już po zmroku, gdzie zgarnął nas komendant policji – poczęstował winem, porobił sobie z nami zdjęcia, a kierowcy zatrzymanej tego wieczoru jedynej ciężarówki, po prostu oznajmił (czytaj rozkazał), aby znalazł dla nas miejsce w swojej szoferce i wziął nas do Kongo. Do tego sam ustalił cenę - nie oponowaliśmy, gdyż była dla nas bardzo korzystna. Szofer pozostał bez wyboru, a my dzięki rozentuzjazmowanemu komendantowi mieliśmy całonocny transport.

Informacje praktyczne:

Gabon – wjazd 31 maj 2007, pobyt przez 6 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 109 € na osobę, wliczając:
Wiza – 55 €, otrzymana w Quandoque w ciągu 24 godzin, ważna na 30 dni
Jedzenie – 24 €, średnio na dzień płaciliśmy4 €
Transport – 12 €, płaciliśmy tylko za jeden przejazd, reszta autostopem, przejechaliśmy 1,012 km
Nocleg – ceny zaczynały się od 8 € za pokój
Inne – 4 €

Afryka całościowo:
Odwiedziwszy 18 krajów w 145 dni, pokonaliśmy 20,955 km




Kongo Brazzaville


Dżungla, sawanna, gaje palmowe, laki, pagórki – zielony zmieniający się krajobraz za oknem samochodu. Tak zaczyna się nasza przygoda z tym obcym dla przeciętnego Polaka krajem. W Afryce rzadko dochodzi do zbrojnych starć miedzy państwami, ale nader często wszczynane są wojny domowe – walka o władze i „koryto”. Ale te potyczki nie są łakomym kąskiem dla mediów, wiec informacje o sytuacji na tych frontach prawie do Europy nie dochodzą. A tutaj w Kongo Brazzaville, tłukli się często i długo, dzieląc kraj nieformalnie na Północ – Południe. Atrakcji turystycznych prawie nie ma, a w jedynym parku narodowym zwierzyna została prawie doszczętnie wybita (wojna – koszmar głodu).

Nasze nastawienie koncentrowało się wiec głownie na ludziach, a z pomocą przyszedł nam ksiądz Tomasz (znowu jak kierowcy autostopu usłyszeli, ze jesteśmy z Polski, to podwieźli nas prosto na parafie), samotnie urzędujący w wiosce Gamboma. Okazał się on dla nas przepustka, mediatorem i informatorem w ciekawych kontaktach z miejscowa społecznością, po wioskach których z entuzjazmem nas obwoził. W porównaniu z wcześniejszymi krajami zauważyliśmy spora różnice (na plus), w czystości, organizacji i urządzeniu tych małych wiosek zaginionych w buszu.


W wioskach witano nas miło


Struktura wsi afrykańskiej jest w większości plemion bardzo podobna – mężczyzna zdobywa pożywienie lub pieniądze, a kobieta dba o dom, dzieci (maleństwa fantastycznie nosi, przywiązane są chustka do pleców matki), prace w polu lub handel, transport drzewa na opal, wody, jedzenia (towar przenosi na głowie – niesamowite jaki ciężar kobieta jest w stanie unieść i zręcznie balansować z nim po wyboistej drodze), a na koniec dnia musi przyrządzić posiłek, który najpierw spożywa zmęczony leżeniem w cieniu pan domu, a dopiero jak się już naje, reszta jest dla żony i licznych dziatek. W większości kultur powszechnie stosowana jest również poligamia, gdzie kobiety na pytanie „gdzie jest mąż?” – otwarcie odpowiadają – „u drugiej żony”. I tak chłop skacze z gniazdka na gniazdko, a znudzony którąś z małżonek, zostawia je wraz z dziećmi (a jest ich często kilkanaście) na pastwę losu. Tak rozprzestrzenia się AIDS, a z bieda niedożywienie, czyli słabsza odporność na malarie (do tej pory ta choroba zabija najwięcej ludzi na czarnym ladzie) i inne choroby. Brak środków finansowych na leczenie przyczynia się do wzrostu statystyk, gdzie umieralność dzieci do 5 roku życia często przekracza 50% - przeżywają tylko najsilniejsze organizmy. Ciekawe również, że o przyszłości dziecka decyduje najstarszy brat matki (ma on więcej do powiedzenia niż rodzice). Trafiliśmy tez do wioski Pigmejów – najniższych ludzi świata. Jednak Ci odwiedzeni przez nas korzystali już z dobrodziejstw cywilizacji, chociaż jeszcze nie tak dawno opuścili lasy, które niegdyś były ich domem.

Lekcja matematyki


Mieszkańcy obu państw Kongo przywiązują nadmierna wagę do wyglądu zewnętrznego. Ubierają się w firmowe ciuchy, a kobiety noszą peruki i stosują kremy wybielające do skory. Można ich tez zobaczyć z telefonem komórkowym w ręce, chociaż akurat nie ma tam zasięgu. Często w domu nie maja co do garnka włożyć, ale w pogoni za nowymi trendami mody wydatki na ubrania i perfumy staja się priorytetem.

Kraj pławi się też w aferach gospodarczych, pieniądze znikają bezpowrotnie. Polskie skandale nie wydaja mi się już jedyne w swoim rodzaju. Podobało nam się jedno małe polowe lotnisko, na ogrodzenie którego przeznaczono pewną niemałą kwotę – postawiono tylko nieużyteczną bramę, którą można obejść – reszta pieniędzy na plot zniknęła. Gdzie indziej znowu duża firma zaproponowała władzom miasta, że za darmo położy asfalt na drodze dojazdowej do ich posesji, a przy okazji skorzystają na tym wszyscy pozostał publiczni użytkownicy tej podziurawionej ulicy. Urzędnicy zażądali za zezwolenie na budowę niezły procencik do swojej kieszeni, wiec droga nadal straszy zła jakością. Skandali nasłuchałem się w obu Kongach mnóstwo, a te większego kalibru aż bolą, że kraje z takimi bogactwami naturalnymi są po prostu rozkradane.


To jedyne miejsce na świecie gdzie dwie stolice państw są położone zaraz obok siebie. Francuzi Brazzaville i Belgowie Kinszase założyli po przeciwnych stronach wody nie przypadkiem – rzeka Kongo (druga po Amazonce największa rzeka świata) przestaje być spławna i w tym miejscu następuje przeładunek ze statków na ciężarówki towarów sprowadzanych z głębi kraju (głownie drewno i minerały). Jak tak spokojna rzeka może nie być żeglowna – pojechałem wiec kilka kilometrów za miasto zobaczyć katarakty – i rzeczywiście robią groźne wrażenie, kiedy rzeka nabiera prędkości, impetu i turbulencji, wyrzucając wodę kilka metrów do góry. Wracamy do centrum stolicy i brodzimy w stertach śmieci porozrzucanych na ulicy – w końcu według statystyk, po Bagdadzie, Brazzaville to miasto o najniższym standardzie życia na świecie.

Dzieci chłodzą się w rzece


Kończy się strefa postkolonialnej francuskiej uni monetarnej (CFA), będącej w stałej relacji 665:1 z Euro. Przez kilka miesięcy ułatwiało nam to życie – nie musieliśmy martwić się o wymianę waluty przy każdym przekraczaniu granicy, jak i łatwiej orientowaliśmy się w sytuacji cenowej w nowym kraju. Franka zachodnioafrykańskiego używaliśmy w 8 krajach (Senegal, Gwinea Bissau, Mali, Burkina Faso Wybrzeże Kości Słoniowej, Togo, Benin i Niger), a będący w relacji praktycznie 1:1 z frankiem środkowoafrykańskim, używanym w 6 krajach (Czad, Kamerun, Gwinea Równikowa, Gabon, Kongo Brazzaville i Republika Środkowo-Afrykańska). Musieliśmy więc skorzystać z usług ulicznych cinkciarzy, którzy wymienili nam nadmiar lokalnej waluty. Przyszło nam opuścić Kongo Francuskie promem przez rzekę, w jej spokojnym nurcie rzecz jasna.

Informacje praktyczne:

Kongo – wjazd 6 czerwiec 2007, pobyt przez 4 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 134 € na osobę, wliczając:
Wiza – 79 €, otrzymana w Youande w dniu składania aplikacji, ważna na deklarowana datę i długość pobytu; przy wyjeździe promem dochodzi podatek wyjazdowy za 2 €
Jedzenie – 16 €
Transport – 31 €, pokonaliśmy 871 km
Nocleg – jedyny płatny hotelik kosztował 6 € za pokój
Inne – 3 €

Afryka całościowo:
Odwiedziwszy 19 krajów w 5 miesięcy, przemierzyliśmy 21,826 km




Demokratyczna Republika Konga


Kongo Demokratyczne jako jedyna kolonia na świecie była własnością tylko jednego człowieka – ówczesnego króla Belgii, Leopolda II (który nawet raz nie kwapił się odwiedzić swojej ziemi). Grabił w sposób wyjątkowo okrutny i brutalny – głównie niewolników, kauczuk i kość słoniową. Rząd Belgii po odkupieniu ziemi od króla tylko zwiększał listę bogactw naturalnych wywożonych do Europy, gdzie drewno, ropa naftowa i diamenty były priorytetem.

Kinszasą, tego 7-milionowego molocha obawiałem się najbardziej, gdyż od miesięcy byłem karmiony o niej strasznymi opowieściami i prasowymi przekazami o powojennych zamieszkach. O porady zwróciłem się więc do polskiej ambasady, która w emaliowej korespondencji nieco mnie uspokoiła – ponoć po zeszłorocznych wyborach bezpieczeństwo uległo znacznej poprawie. Co prawda zdjęć w miejscu publicznym lepiej nie robić (rabusie i zakazy, groźba konfiskaty aparatu fotograficznego), wciąż należało zachować zwiększoną czujność podczas spacerów (a po zmroku lepiej zostać w domu) i unikać policji w każdej sytuacji. Także pierwsze kroki po zejściu z promu skierowaliśmy prosto do naszej placówki dyplomatycznej, aby uzyskać najświeższe informacje. Państwo Ambasadorowie przyjęli nas bardzo serdecznie, poczęstowali obiadem (ziemniaki!), porozmawiali i zawieźli na nocleg do misji, gdzie do służby przygotowują się Księża Zakonu Werbistów.

Jednak już drugiego dnia pobytu trafiliśmy do więzienia, do kilkudziesięcioosobowych cel. A wszystko to za sprawka sióstr zakonnych, które zaoferowały nam możliwość pracy przy dokarmianiu więźniów. Nasza pomoc była niewielka, a doświadczenie ciekawe, aczkolwiek nieco przygnębiające. Zobaczyliśmy bowiem koszmarne warunki przetrzymywania tutejszych „kryminalistów”, z których cześć wyglądała na niezłe przestraszonych (niektórzy trafili tu choćby za kradzieże z głodu czy drobne przestępstwa). Więźnia dokarmia rodzina, a siostry troszczą się o tych głodujących, których nikt nie odwiedza. Podskoczyła nam też adrenalina jak dowiedzieliśmy się, że strzegąca więźniów policja jest tylko na zewnątrz zakładu – w środku rządzą miedzy sobą sami „wolno biegający” skazańcy (jedynie sala z gruźlikami była pod kluczem). Na koniec jeden z nich (polityczny) zaprosił nas do swojej dwuosobowej celi, gdzie miał właściwie wszystko czego potrzeba do życia w zamknięciu. Sam przejazd do wiezienia też był interesujący, gdyż wiódł przez zaśmiecone, zaniedbane i zatłoczone dzielnice slamsów, w które sami byśmy się nie zapuścili. Podobne ciężkie wrażenie pozostawiła wizyta w sierocińcu z małymi, porzuconymi, chorymi dziećmi (często z HIV/AIDS). Dobrze że jest ktoś, kto się nimi opiekuje.


Samotne i chore dzieci zawsze znajda dom u sióstr


Nie chciałbym z relacji podróżniczej robić opowieści katolickiej, ale grzechem byłoby nie przybliżyć pokrótce misyjnej działalności kościoła, w końcu miał też spory impakt na nasza wyprawę. I nie chodzi mi tutaj o nader życzliwe i otwarte przyjecie jakim byliśmy obdarzeni, o ciekawe pogawędki i pokazanie codziennego życia miejscowych, dach nad głowa i strawę do spożycia, ale przede wszystkim zobaczyłem czym tak naprawdę zajmują się Misje (księża, bracia i siostry). Legł w gruzach mój stereotypowy niezbyt pozytywny wizerunek księdza. „Dobro nie jest krzykliwe”, wiec krzyknę nieco, bo misjonarze nie tylko stoją na ambonie i przemawiają (apolitycznie), ale przede wszystkim działają dla lokalnej społeczności. Nieodłączna częścią parafii są szkoły, warsztaty przyuczania do zawodu, szpitale (przychodnie) lub sierocińce. Poziom edukacji w prowadzonej przez nich szkołach katolickich (uczniowie innych wyznań również są przyjmowani) jest zwykle o niebo lepszy, niż w chaotycznej publicznej placówce - młodzież tak wykształcona ma szanse na lepsza przyszłość. Ksiądz musi posiadać wiele predyspozycji, takich jak: kierownicze, koordynacyjne, organizacyjne itp, musi znaleźć odpowiedni personel i możliwości wsparcia finansowego (inaczej by tego nie otrzymał), załatwia biurokrację, rachunkowość, odpowiada za sprawiedliwą dystrybucję darów itd. Poza tym zwykle musi znać lokalny język, podstawy mechaniki i budownictwa (naprawić samochód, dach, zbudować szkole itp), a wieczorem możne przygotować się do jutrzejszego kazania. Parafia zwykle obejmuje też odlegle wioski, do których trzeba dojechać bądź dopłynąć na msze. Oczywiście nie wszędzie wymagana jest aż taka zaradność, sporo zależny od tego, w jakim aktualnie stadium rozwoju znajduje się misja. A cała ta działalność jest na własne życzenie, chęć niesienia pomocy innym kosztem rozłąki z najbliższymi, często samotności, z narażaniem zdrowia i życia (zwalające z nóg choroby tropikalne i niebezpieczeństwa podczas wojen). A tak jeszcze od siebie – to równi faceci, można z nimi pograć w siatkówkę, ciekawie pogadać i pożartować przy piwku.

Pociąg z kapsli i puszek po sardynkach


Niestety w przemieszczaniu się po kraju przeszkadza policja, która na widok białego probuje wielu sztuczek, aby wyłudzić trochę kasy. Nas wyciągnęli z odjeżdżającego minibusu, zaprowadzili na komisariat i rozpoczęli próbę przetrzymania. Dobrą miną do złej gry, ale dopóki nie zagrożą mi siłą lub agresją to spokojnie z nimi współpracuję, a przy braku zrozumienia proszę o możliwość kontaktu z nasza ambasada (choć to tylko słowne potyczki). Udało się – wyszliśmy z opresji jeszcze dwukrotnie, chociaż niektórzy mundurowi delikatnie mówiąc – nie wzbudzali sympatii. Na prowincji było już dużo lepiej, zarówno w kontaktach z miejscowymi, jak i z władzą (z wyjątkami). Szczególnie podobało nam się Matadi, malownicze miasto zbudowane tarasowo na górskich zboczach. Tu odetchnęliśmy i pożegnaliśmy się z nieco stresującym, ale zapewne oryginalnym dla zwiedzającego państwem.

Informacje praktyczne:

Demokratyczna Republika Konga – wjazd 11 czerwiec 2007, pobyt przez 4 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 111 € na osobę, wliczając:
Wiza – 79 €, załatwiana w Warszawie (grudzień 2006), otrzymana w ciągu godziny, ważna od deklarowanej daty wjazdu przez 30 dni
Jedzenie – 9 € (sporo korzystaliśmy z gościny)
Transport – 4 €, częściowo autostopem, przejechaliśmy 362 km
Nocleg – jedyny płatny hotelik kosztował 15 € za pokój (po targowaniu)
Stepy – 0.5 €, studencki bilet do ogrodu botanicznego
Inne – 12 €

Afryka całościowo:
Odwiedziwszy 20 krajów w 5 miesięcy, przemierzyliśmy 22,188 km




Angola


Przekroczyliśmy granicę od strony Konga Demokratycznego i zaczęliśmy szukać transportu do stolicy. Pogłoski o zabójczych cenach okazały się niestety prawdziwe (70$ za 530km). Co gorsza, ówczesnego dnia żaden z właścicieli lokalnego transportu nigdzie się nie wybierał. Cóż było robić - wyszliśmy za miasteczko w nadziei na autostop. Nie przypuszczaliśmy, iż nadzieją tą będziemy się karmić przez następne 4 dni - tyle bowiem czasu zajął nam marsz do pierwszej większej miejscowości. Podczas tej wędrówki minęły nas tylko 4 bardzo krótkodystansowe samochody i mimo, iż każdy z nich nas podwiózł, to pozostałe 110 km przeszliśmy z pełnym ładunkiem na plecach. A skoro treking ten nie był planowany – woda i żywność skończyły sie nader szybko, zjedliśmy nawet zapasy cukru i kostek rosołowych na sucho. Byliśmy zmuszeni pić wodę z rzeki, a w mijanych wioskach prosiliśmy o owoce, gdyż z reguły był to jedyny dostępny asortyment (brak sklepików). Przeszkadzały nam też malaryczne komary, musieliśmy również uważać na roznoszące śpiączkę muchy tse-tse. Jednak urokowi marszu dodawali miejscowi, ich otwartość i przyjazne nastawienie. Prośba o możliwość noclegu pod moskitierą obok domku zawsze spotykała sie z entuzjazmem i serdecznością gospodarza. Dopiero w Tomboco dnia 5-go znaleźliśmy transport, ale odtąd nasze tempo podróży wcale radykalnie nie wzrosło. Koszmar wyboistej, niemożliwie podziurawionej, pofałdowanej, tragicznej drogi ciągnął się setkami kilometrów, a kilkukrotnie nasze ciężarówki nie były w stanie osiągnąć wyższej średniej prędkości niż 10km/h - mijały nas nawet slalomujące rowery (np. 12 godzin ciągłej jazdy – pokonaliśmy dystans 115km!).


Mijane wioski podczas marszu


Wiele regionów kraju wciąż nadziane jest minami – o zejściu z głównej drogi w poszukiwaniu noclegu na dziko czy nawet o skorzystaniu z toalety nie było mowy. Nie dziwi wiec fakt, ze wieśniacy zbyt wiele ziemi nie uprawiają - podczas orania pola można wylecieć w powietrze. Odpowiedzi na istniejący stan rzeczy należy szukać w niedalekiej przeszłości – to ponad 30-letnia wojna zakończona w 2002 roku zniszczyła kraj (a w szczególności szlaki komunikacyjne). Najpierw przepędzono portugalskiego kolonizatora, a następnie Angola stała się nieoficjalna arena potyczek zimnej wojny - to głównie ZSRR, Kuba oraz USA testowały swoją najnowszą broń i zbroiły w nią walczące przeciwko sobie wojskowe armie.

Wszędzie w Afryce widać kontrast biedy i bogactwa, ale tutaj wydawał mi się on największy. Szczególnie w stolicy kraju, gdzie dominują eleganckie sklepy, drogie restauracje i ekskluzywne samochody - a po drugiej stronie wegetują Ci, którzy nie wzbogacili się na wojnie. Najbardziej zaszokował mnie obrazek osiedla z blachy i kartonu zbudowany dosłownie na wysypisku śmieci, zaraz za nowoczesnym centrum handlowym. Mimo wszystko dobrze usytuowana Luanda jest ładna, posiada nadmorską promenadę, kolonialne budynki, śliczne dziewczyny itp. Jest też uważana za jedno z najdroższych miast na świecie (po Londynie, Tokio i Oslo), o hoteliku poniżej 100$ za noc nawet nie słyszeliśmy. Zresztą większość cen i usług były poza naszymi możliwościami finansowymi (czasami schronienie i gościnę oferowały nam misje).


Baobab – król drzew


Natomiast w Lubango podobała nam się ogromna statua Chrystusa, (ta na podobieństwo tej z Rio de Janeiro, są 4 na świecie na 4 kontynentach), jak i zaciekawiło jedno z lokalnych plemion, które nie używa żadnego odzienia. Chcieliśmy coś więcej pozwiedzać w Angoli, ale w parkach narodowych dzikie zwierzęta zostały zjedzone, brak tez transportu, dróg, czasu itp, kierowaliśmy się więc na południe, dalej łatwym i bezpłatnym, aczkolwiek powolnym autostopem.

pa
Michał Kozok

Informacje praktyczne:

Angola, wjazd 15.06.2007, pobyt przez 14 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 81 € na osobę, wliczając:
Wiza – 34 €, trudno ja otrzymać poza krajem zamieszkania. Wyrabiałem w Warszawie (grudzień 2006), otrzymana w ciągu 2 tygodni, ważna od deklarowanej daty wjazdu przez 30 dni
Jedzenie – 32 €
Transport – 6 € za 82 km, (drogo, wiec reszta autostopem), przejechaliśmy i przeszliśmy łącznie 1819 km
Nocleg – wszystkie na dziko lub w gościnie
Inne – 9 €

Afryka całościowo:
Odwiedziwszy 21 państw w 5,5 miesiąca, przemierzyliśmy 24,007 km



Namibia


Przekroczenie granicy z Angoli do Namibii było jakby przejściem do innego świata – w mgnieniu pieczątki paszportowej zniknęła cała afrykańska spontaniczność, do której przyzwyczajałem się dzień w dzień przez ostatnie pół roku. Na przywitanie policjant upomniał mnie, że stoję na jezdni –O co mu chodzi?! – myślę – wcześniej nikomu to nie przeszkadzało. Rozglądam się wokół – wszystko jest poukładane, są tu supermarkety, bankomaty, przejście dla pieszych, kosze na śmieci itp, jak w Europie. Tutaj też zażyliśmy ciepły prysznic, pierwszy od 3 miesięcy.

Szybko autostopem dojechaliśmy do uroczego Windhoek, gdzie byliśmy umówieni z koleżanką na dalszą wspólną podróż. Niestety dopiero tam przeczytaliśmy e-maila, że Magda spóźniła się na samolot z Polski. No cóż, czekaliśmy tydzień, ale jeszcze bardziej zmartwił nas fakt, iż nie udało się jej w Kapsztadzie kupić samochodu, którym mieliśmy kontynuować ostatnią część wyprawy. Zmęczeni już podróżą przez Afrykę Środkową nastawiliśmy się na długo oczekiwany komfort. Ale stosując się do stwierdzenia: “Jak chcesz rozśmieszyć Boga to powiedz mu o swoich planach” – musieliśmy zmodyfikować zamiary – wypożyczyliśmy więc samochód i przynajmniej Namibię zwiedziliśmy sobie łatwo i wygodnie.

Kraj ten od samego początku rzucił nas na kolana – tak cudownych i malowniczych krajobrazów dawno nie widzieliśmy. Mknąc tymi pustymi szutrowymi drogami co chwilę zaskakiwał nas jakiś widoczek, a spotykając tak niewielu podróżnych mieliśmy wrażenie, że ta bajeczna sceneria jest tylko dla nas. Zobaczyliśmy region Spitzkoppe i Brandberg, gdzie kaniony, łuki i formacje skalne przypominały Arizonę i Utah, swobodnie biegające strusie i porywisty wiatr Patagonię, a ogromna niezamieszkana przestrzeń z czerwoną ziemią, była niejako odzwierciedleniem Australii. Następnie dotarliśmy nad ocean, gdzie rozbawiły nas foczki. Wśród niezbyt przyjemnego zapachu setki z nich siedziało sobie na skałach i piasku, ryczały, bawiły się, a najkomiczniej wyglądało jak cała grupa popędziła swoim ruchem posuwisto-pełzającym do wody, aby tam znowu dać pokaz sztuki pływania i skoków. Wzdłuż Atlantyku jechaliśmy jeszcze kilkaset kilometrów, aż trafiliśmy na kolejny cud natury – gdzie pustynia wpada wprost w morska otchłań. To dzikie spotkanie dwóch “żywiołów” wydało się nam idealnym miejscem dla nas, gdyż Ewelina kocha ocean, a mnie pasjonują pustynie. Kolejnym krokiem był wjazd w głąb tej dziczy, daleko, tak że otaczał nas tylko bezkres piasku. Postanowiliśmy wybrać się na pieszą eksplorację Pustyni Namib, jednego z najsuchszych miejsc na ziemi. Szczególnie zachwyciła nas “Dolina Śmierci”, gdzie niesamowita kompozycja białej, spękanej z pragnienia ziemi z wyrastającymi z niej czarnymi pniami uschniętych drzew kontrastuje z otaczającymi dolinę pomarańczowymi wydmami na tle błękitnego nieba. Musiałem wspiąć się na szczyt wydmy, aby zobaczyć to z góry – widok wart był wysiłku, tym bardziej, ze miałem szczęście spotkać węża podczas wspinaczki (trzeba było go obejść szerokim łukiem). Wydmy Pustyni Namib są ogromne, piękne, czerwone, nieskażone wegetującą roślinnością. Wiatr z dnia na dzień przenosi piasek i tworzy niepowtarzalne układy wydm o nieregularnych kształtach, wijących się niczym rzucone serpentyny. Na parking postanowiłem wrócić okrężną trasa z pomocą kompasu, godzinami wędrując po kwarcowych bezdrożach, rozkoszując się samotnością w labiryncie piaszczystych wzniesień.


Dolina Śmierci na Pustyni Namib


Nie zawiódł również górski trekking w Naukluft, a świadkami czasów prehistorycznych zostaliśmy w Pettrrified Forrest, czyli w datującym się na 260 milionów lat skamieniałym lesie, jak i w Twyflontein, gdzie z kolei oglądaliśmy ryty naskalne ludu San. Następnie wodospady Epupa wraz z otaczającą je bajkową scenerią po raz kolejny w Namibii wprowadziły nas w stan zachwytu.

Własny pojazd dawał nam możliwość biwaku na dziko, wożenia zapasów jedzenia i jego przyrządzania na kuchence gazowej lub ognisku, co finansowo rekompensowało nam wynajęcie samochodu. W regionie Damarland spotkaliśmy dzikie żyrafy i słonie, także podczas kempingu bacznie nasłuchiwaliśmy, czy aby żaden słonik nie zbliżał się do naszych namiotów swoim masywnym cielskiem. Natomiast z lokalna ludnością utrzymywaliśmy kontakt głównie poprzez zabieranie ich na stopa.


Formacje skalne Damaralandu


Największe wrażenie wywarło na nas plemię Himba, wyróżniające się przede wszystkim tym, iż pokrywają całe ciało ochrą, która poza walorami atrakcyjności chroni ich również od palącego słońca. Ponad to są to ludzie bardzo wysocy, szczupli, uśmiechnięci, noszą oryginalną biżuterię, włosy sklejają gliną, a kobiety z jędrnym jak na Afrykę biustem są wprost śliczne. Odwiedziliśmy ich dwie wioski – jedną na własną rękę, a do następnej wzięliśmy lokalnego przewodnika. Nie ma to jednak nic wspólnego z “żywym skansenem” – tutaj jesteśmy gośćmi w ich prawdziwym i naturalnym środowisku. Nie przebierają się dla turystów i tolerują ich wizyty (wiosek dużo, turystów nie) jeśli nie ma żadnej uroczystości. Zaimponowała mi ich pogoda ducha, oryginalność i silna więź z tradycją, nie pozwalająca w pełni wtragnąć cywilizacji w ich plemienne struktury. Nawet w miejskim supermarkecie można spotkać wiele z nich – dumne, bose, owinięte kozią skórą kobiety z obnażonymi piersiami, wesoło dyskutujące nad półkami z chińską plastikową tandetą. Natomiast plemię Herero to zupełne przeciwieństwo – to pulchne, odziane w długie wiktoriańskie dostojne suknie damy, z charakterystycznym poprzecznym zwojem materiału na czole. Herero było niegdyś Himba, ale misjonarze nawrócili je na chrześcijaństwo i zmienili im styl życia (co widać głównie po ubiorze i otyłości) – zupełnie nie pasuje to do afrykańskiej rzeczywistości.



Przedstawicielka Plemienia Himba


Na zakończenie odwiedziliśmy Park Narodowy Etosha, gdzie od razu przywitały nas stada zebr, antylop gnu, impala, kudu i innych. Nie brakło też guźców, żyraf czy słoni, zwierzęta te przyzwyczajone są do samochodów, wiec właściwie można do nich podjechać całkiem blisko. Natomiast na kempingu znajduje się platforma, z której turyści mogą obserwować znajdujący się za płotem oświetlony w nocy wodopój, do którego przychodzi dziczyzna. Kotów ani nosorożca nie widzieliśmy, ale cała sceneria nowej dla mnie flory i fauny zaspokoiła moje oczekiwania.

Definitywnie Namibia została dla nas najpiękniejszym krajem afrykańskim pod względem krajobrazowym.

Trzymajcie się,
Kozi


Informacje praktyczne:

Namibia – wjazd 29 czerwiec 2007, pobyt przez 24 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 497 € na osobę, wliczając:
Wiza – 22 €, otrzymana w Luandzie, 2 dni oczekiwania, ważna na 2 miesiące
Jedzenie – 100 €, co daje 4 € dziennie. Większość posiłków przyrządzana była samemu na kuchence turystycznej.
Transport – 212 € (wynajęcie samochodu na 2 tygodnie z paliwem i naprawami), pokonaliśmy 6,036 km
Nocleg – 12 nocy spędziliśmy na oficjalnych kempingach w cenie od 3 do 8 € od osoby za noc, pozostałe na
dziko.
Wstępy – 60 €, wjazd do parku narodowego wynosił od 4 do 9 € od osoby za dzień, dodatkowo 1 € dziennie od grupy za samochód .
Inne – 36 € (drogi internet – zwykle 2 € za godzinę)

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 22 państwa w 6,5 miesiąca, przemierzyliśmy 30,043 km




Botswana


Od dawna wielkie wrażenie wywierały na mnie filmy przyrodnicze National Geographic kręcone w Delcie Okawango. Nic dziwnego, to wciąż jeden z terenów nieskażonych cywilizacją, pozostający areną wielkiej migracji zwierząt. To największa na świecie delta śródlądowa – rzeka, która nie ma ujścia w żadnym morzu czy jeziorze, po prostu wchłania ją głodna ziemia i suche spragnione powietrze.

Jedyną możliwością dostania się w tą dzicz to wyprawa samolotem lub łódką – wybraliśmy drugą opcję i wpłynęliśmy w ten przyrodniczy raj. Kierujący naszymi dwiema 2-osobowymi łódkami (zwanymi "mokoro") przewoźnicy nie używali wiosła, tylko długim dragiem odpychali się od dna płytkiego rozlewiska. Przedzieraliśmy się przez szuwary, rozkoszując się idealną ciszą jak i kolorystyką otaczającej roślinności, tej nad, jak i pod lustrem krystalicznie czystej wody. Wypływając z wysokiej trawy ujrzeliśmy w oddali słonie, które stojąc w cieniu drzew chroniły się od przypiekającego słońca. Płynęliśmy dalej, aż tu nagle rozległ się w pobliżu ryk hipopotama – nasz sternik zastygnął, zatrzymał łódkę i nasłuchiwał. Zarośla uniemożliwiały łatwą lokalizację zwierzaka, więc aby zachować bezpieczeństwo zjechaliśmy z kanału i obraliśmy drogę okrężną przez chaszcze – czułem się, jakbyśmy poruszali się w mokoro po łące, a nie po wodzie – aż ponownie dotarliśmy na otwarte rozlewisko. Od tej pory stada rozkosznych hipci towarzyszyły nam często. Musieliśmy jednak zachować odpowiedni dystans, gdyż w Afryce najwięcej ludzi ginie nie od drapieżnych lwów czy krokodyli, lecz właśnie od tych roślinożernych stworzeń – hipopotamy są bardzo terytorialne i szczególnie niebezpieczne w bliskim kontakcie w wodzie.


Mokoro na Delcie Okawango


Spaliśmy na wyspach, a wybór miejsca pod namiot pozostawiliśmy przewodnikowi, który sprawdzał po śladach, czy aby nie kempingujemy na ścieżce słoni. Zaskoczył nas z decyzją, rozbicia się na ścieżce hipopotamów, które ponoć nie przyjdą czując człowieka, a w razie czego namiot obejdą?! Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i po polowym posiłku (świeżo złapane rybki) w relaksacyjnym nastroju obserwowaliśmy z drzewa, jak dziesiątki hipci pluskało się w wodzie, zbierając się do wyjścia na nocne żerowisko. Rano przewodnik pokazał nam ślady łap lamparta, który przechadzał się po naszym obozowisku, kiedy my smacznie spaliśmy. Później poszliśmy na spacer po wyspie, gdzie tylko z daleka widzieliśmy uciekające przed nami stada zebr i żyraf – to właśnie dzicz i naturalna reakcja zwierząt, nie jak w popularnych parkach narodowych, gdzie zwierzęta są przyzwyczajone do obecności człowieka I można je podejść z bliska. I znowu przyszedł czas, aby usiąść w łódeczce i powoli, w beztroskim nastroju podziwiać ten odizolowany cud natury – spędziliśmy tutaj niepowtarzalne 3 dni i 2 noce.

kwiatki na Okwango


W okolicy Nata zobaczyliśmy słone panwie, będące dnem wyschniętego jeziora. Same w sobie imponujące nie były, ale atrakcyjności dodawały im setki tysięcy różowych flamingów, które o tej porze roku migrowały tutaj z różnych części Afryki.

I pomyśleć, że niespełna 50 lat temu był to jeden z najbiedniejszych krajów kontynentu. Ponieważ nie było czego wywozić, Anglicy w latach 60-tych chętnie oddali mu niepodległość, koncentrując się na grabieży w krajach ościennych. Botswana jednak wygrała swój szczęśliwy los na “loterii” – odkryto tu bogate złoża diamentów. Dzięki temu iż Rząd podzielił się dochodami z większością obywateli, gospodarka kraju uważana jest za najbardziej postępową na świecie w przeciągu ostatnich 10 lat. Niestety każdy medal ma dwie strony – w celu eksploatacji surowca z regionu Pustyni Kalahari przymusowo przesiedlono stamtąd ich pierwotnych mieszkańców – Buszmenów. Przez lata piętnowane przez władze i pozbawione własnych domów plemię walczyło o przetrwanie. Dopiero w tym roku sąd najwyższy zezwolił Buszmenom na powrót na ziemie przodków.


PN Chobe, hipcie w kąpieli


A my szybkim i bezpłatnym autostopem pomknęliśmy na północ do Parku Narodowego Chobe. Ponieważ nie posiadaliśmy własnego pojazdu, skorzystaliśmy z organizowanego safari, rankiem jeepem po buszu, a o zmierzchu łodzią po rzece. Dzikiej zwierzyny dużo, z bliska – poza (dla nas powszednimi) parzystokopytnymi, na uwagę zasługiwały ogromne stada słoni oraz wielkie krokodyle. A do swojej kolekcji zwierząt spotkanych na wolności dołączyć mogłem hieny o żelaznym ścisku szczęk oraz nieposkromione bawoły.

To na tyle, pa
Michał Kozok

Zdjęcia Ewelina Adamus i Magda Budzińska

Informacje praktyczne:

Botswana – wjazd 23 lipiec 2007, pobyt przez 8 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 198 € na osobę, wliczając:
Wiza – 63 €, wielokrotnego wjazdu, otrzymana w Windhoek od ręki, ważna na 3 miesiące
Jedzenie – 38 €
Transport – 10 € (większość bezpłatnym autostopem), pokonaliśmy 1,199 km
Nocleg – wszystkie w namiocie, oficjalny kemping w cenie od 4,5 do 7 € od osoby
Wstępy – Delta Okawango z Serunga, 26 € za łódkę 2-osobowa na dzień. PN Chobe – 17 € od osoby za 3-godzinne safari jeepem lub łódką

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 23 państwa w 6 miesięcy i 3 tygodnie, przemierzyliśmy 31,242 km



Zimbabwe


Rozpoczęliśmy zwiedzanie kraju od wodospadów Wiktorii – rzeka Zambezi tworzy niepowtarzalne przedstawienie, gdzie dziesiątki kaskad o wysokości około 100 metrów rozciągają się na 1,5 kilometrowym odcinku. Widok jest imponujący, a jeśli tylko jest słońce, to możemy zobaczyć również kilka rzeczy na raz. Dnia następnego odwiedziliśmy również wodospady od strony Zambii, gdzie jest nieco inny punkt widzenia, a przede wszystkim jest się bliżej kaskad i ich grzmot wywiera mocniejsze wrażenie. Maszeruje się ścieżkami tuż na krawędzi przepaści, a rozprysk jaki tworzy taka masa wody (nawet teraz w porze suchej), wymaga założenia kurtki przeciwdeszczowej. Jest tu kilka różnych ścieżek – w dol, dalej, poza wodospady – po prostu aby zobaczyć ten cud natury z różnej perspektywy, warto sobie trochę pobłądzić.


Wodospady Wiktorii


Ponieważ dochodziły do nas same kiepskie wiadomości dotyczące sytuacji polityczno-gospodarczej w Zimbabwe, rozważaliśmy czy wjeżdżać w głąb kraju. Dopiero miejscowi uspokajali, że co prawda jest problem z paliwem i żywnością, ale jest bezpiecznie i działa “czarny rynek”, więc droga jest dla nas otwarta.

Najpierw musieliśmy zaopatrzyć się w miejscową walutę, ale przeraziła nas informacja na banknocie “ważny do 31.07.2007”, a akurat wtedy był ostatni dzień lipca. Okazało się jednak, ze Rząd przedłużył ważność banknotów o kolejny rok. Mimo to wymiana waluty nie była taka łatwa – za dewizowe transakcje na ulicy można trafić do więzienia, a w banku oficjalna cena dolara amerykańskiego ($) jest nieprzyzwoicie zaniżona (1$ = 250 ZIM, dolarów Zimbabwe). Nam ostatecznie udało się znaleźć bezpieczna osobę do wymiany i za tego samego dolara amerykańskiego dostaliśmy bagatela… 180 000 ZIM, czyli jakieś 720 razy więcej niż w państwowej placówce. Bardzo współczuję tym turystom, którzy dali się nabrać i skorzystali z bankomatów.

W sklepach wszystko wydaje się nam zbyt tanie np. Coca cola 0.11$, 1 kg pomarańczy 0.13$. Problem polega jednak na tym, że sklepy ogólnie są puste, czasami dosłownie puste. Taki widok gołych półek jak i długich kolejek po dostawę czegokolwiek pamiętam jeszcze z Polski z czasów komuny. Skąd tak trudna sytuacja państwa, które jeszcze nie tak dawno było przykładem dobrobytu? Pokrótce zrozumieliśmy, iż pan prezydent Mugabe po roku 2000 przegnał białych farmerów z Zimbabwe i rozdał ziemie pomiędzy swoich ministrów. Na efekty nie trzeba było czekań zbyt długo – ministrowie nie znali się na uprawie ziemi, także zamiast ją kultywować, stawiali sobie wille. Pole leżało odłogiem, a tysiące ludzi straciło pracę. Kraj stopniowo zamiast eksportować zmuszony został do importu, wszystko podupadło, a inflacja zaczęła nabierać zawrotnego tempa. Kiedy ceny w sklepach podnoszono już dosłownie co kilka godzin, prezydent ogłosił w lipcu tzw. ”zamrożenie cen”, czyli nakaz sprzedaży wszystkich artykułów po cenie z dnia 18 czerwca 2007 (w praktyce połowa ceny) z obowiązkowym wywieszaniem cen i zakazu ich zmian do odwołania – nieposłusznych karano. Dla przedsiębiorców był to cios, bo w rzeczywistości to nie zatrzymało inflacji i towar z dnia na dzień tracił na wartości. Zresztą Mugabe ma na swoim sumieniu wiele czynów przeciw swojemu ludowi.

Kupiliśmy bilet na nocny pociąg – cena absurdalnie niska, w przeliczeniu 0.60$ za 500 km odcinek. Jazda pociągiem klasy ekonomicznej jest wolna i tłoczna, ale najważniejsze że kursuje i można poruszać się po kraju. Także dotarliśmy do “Wielkiego Zimbabwe” – ruin niegdyś znaczącego królestwa. Te budowle są w Afryce najlepiej zachowanymi kamiennymi strukturami na południe od Piramid, no i moim zdaniem warte są odwiedzin. Jedynie oficjalne ceny wstępu i kempingu dla obcokrajowców są wygórowane, kilkanaście razy wyższe niż dla miejscowych. Także długo walczyliśmy i w końcu udało nam się to, czego zawsze unikamy w pozostałych krajach – usługa bez pokwitowania, czyli aby pieniądze nie trafiły do rąk tyrańskiej władzy.

Następnie trzeba było podróżować dalej tam, gdzie pociągi już nie docierały. No i był problem, bo paliwa prawie nie było, więc pasażerów było znacznie więcej niż przewoźników. To oznaczało dla nas autostop, ale konkurencja była mocna w postaci kilkuset miejscowych. Także stawaliśmy daleko w odosobnieniu i w końcu zawsze zabierał nas jakiś pusty przedsiębiorca. Jesteśmy pełni podziwu i uznania dla Zimbabwańczyków, którzy mimo krytycznej sytuacji pozostają niepoprawnymi optymistami, czasami narzekają, ale żartują, uśmiechają się i wierzą w koniec ery Mugabe. Dodatkowo nikt nie poprosił nas o żaden datek, prezent, wsparcie, wizę do Europy itp, co było nie do uniknięcia w poprzednich krajach. I mimo że nas nawet trochę okradziono, nie mamy żalu, bo źli ludzie zdarzają się wszędzie, a tych miłych i uprzejmych spotykaliśmy często, prawie na każdym kroku, wliczając w to nawet policje.

Dotarliśmy do Parku Antelope, który zajmuje się rehabilitacją zwierząt i przystosowaniem ich (lub ich dzieci) do życia na wolności. Miałem kaprys – tak jak Eryk z Monty Phytona chciałem walczyć z lwem – tutaj mogłem tego dokonać, spisaliśmy kontrakt. Kazano mi zostawić plecaczek, ściągnąć polar i wpuszczono do klatki z dwoma kotami. Od razu zszedłem do parteru i jedna ręką chwyciłem lwa za gardło, druga przytrzymałem łapę – na odpowiedź nie czekałem długo – bestia rzuciła się na mnie wywracając do tyłu, dopadła i ugryzła w klatkę piersiową objąwszy równocześnie łapą wbiła pazury w me plecy. Lekko zaszokowany próbowałem się ewakuować, tym bardziej ze drugi podekscytowany samiec zachodził mnie już od tyłu – nagle z tarapatów uwolnił mnie nadzorca i zdzielił małe 6-miesięczne lwiątka w łeb. Kurcze, chciałem się zabawić z maleństwem tak jak ze swoim psem, ale te potwory zrobiły użytek ze swoich kłów i pazurów, tak że pozostało mi na pamiątkę parę zakrwawionych szram i potargane spodnie. Te oswojone z ludźmi lwiątka oczywiście na wolność już nie wyjdą, ale ich potomstwo może mieć tą szansę.

Unikatowa, prawdziwą i poważniejszą atrakcją parku jest możliwość spaceru razem z lwami. To było ekscytujące doświadczenie – nasza trójka, 3 ochroniarzy i wolontariuszy oraz 4 lwy (już dużo większe, do 1 roku). W tym oto składzie spacerowaliśmy sobie po buszu, śledziliśmy zachowanie kociaków, ich zabawy, bieg przez trawę, szelmowskie spojrzenie i ogólne rozleniwienie. Musieliśmy tylko uważać, aby lew nie zaszedł nas od tyłu, bo cos mogłoby obudzić jego łowiecki instynkt. Kiedy odpoczywały mogliśmy pod eskortą podejść do kociaka, klęknąć z boku i przytrzymać drapieżnika. Mimo iż nie jest to "prawdziwa przygoda" – było ciekawie.


Spacer z lwami


Potem już tylko stopowaliśmy do granicy z Zambią, wykorzystując po drodze najtańszy na naszej trasie internet (0.10$ za godzinę), połączenie telefoniczne z Polską (3 godziny za 1$), pokupowaliśmy trochę ubrań lub reperowaliśmy stare ciuchy, buty, zamki, zegarki itp. Z żalem opuszczaliśmy tak serdeczny naród – trzymamy za nich kciuki.

pozdrawiam
Kozi

Zdjęcia Ewelina Adamus

Informacje praktyczne:

Zimbabwe – wjazd 31 lipiec 2007, pobyt przez 8 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 135 € na osobę, wliczając:
Wiza – 22 €, otrzymana na granicy od ręki, nie zaznaczone do kiedy pobyt, pieczątki wjazdu nieczytelne.
Jedzenie – 21 €
Transport – 7 €, pociąg kosztuje około 0.10 € za 100km, przejazd drogowy 1 € za 100km, pokonaliśmy 1,646 km
Nocleg – namiot na kempingu turystycznym w cenie od 3 do 7 € od osoby, ale z dala od popularnego szlaku można dostać domek za 2 € (na 3 osoby)
Wstępy – Wodospady Wiktorii 15 €, Wielkie Zimbabwe oficjalnie 11 €, zabawa z lwiątkami 7 € za 15 min,
spacer z lwami 33 € za 2 godziny.
Inne – kradzież, straty około 8 € wartości

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 24 państwa w 208 dni, przemierzyliśmy 32 888 km


Malawi


Malawi nie było w planie na naszej trasie, ale plany są po to, aby je spontanicznie zmieniać. Nie byłem więc przygotowany do tego kraju, nie za bardzo wiedziałem co zobaczyć I gdzie warto pojechać. Pierwszy problem pojawił się już na granicy, kiedy to po seryjnej wymianie uśmiechów z celnikiem oświadczono nam, iż Polacy do Malawi potrzebują wizę (chociaż ponad 40 innych narodowości NIE). Zupełnie nie na żarty nam było, kiedy dowiedzieliśmy się, iż nie można jej otrzymać nawet na granicy. Zrobiło się trochę nieprzyjemnie i wściekli w nieprzyjaznej atmosferze skierowaliśmy się już z powrotem do posterunku Zambii – jednak podczas marszu zawrócono nas i oficer graniczny w akcie łaski wystawił nam zaświadczenie z prawem wjazdu do Malawi, gdzie w ciągu 5 dni mieliśmy obowiązek stawić się w biurze imigracyjnym w celu zakupienia wizy. Także znowu udało się nam i mimo przeciwności biurokratycznych wjechaliśmy do kraju.

W Lilongwe trochę odreagowałem, spędzając ciekawą sobotnią noc z lokalnymi w jednym z muzycznych klubów. Ucieszył nas również widok restauracyjek różnych kuchni świata, gdzie tanio i smacznie odmieniliśmy nasza nieco już nużącą codzienną afrykańską dietę. Następnie po załatwieniu wizy skierowaliśmy się w kierunku Jeziora Malawi – głównej atrakcji kraju.




Jezioro? – kto by pomyślał – jest tak duże, że wygląda jak morze, tyle że ze słodka woda. Płynącym raz w tygodniu promem postanowiliśmy dostać się na jedną z odległych wysp. Jeszcze w porcie zabawną sytuację wprowadził kasjer, który to nie chciał nam sprzedać biletów na klasę ekonomiczną, dopóki nie pójdziemy na pokład i nie zobaczymy warunków podróży na własne oczy – zwykle wtedy turyści zmieniają zdanie i przenoszą się do wyższej klasy. Nas jednak tłok nie przeraził I jako jedyni biali zostaliśmy na dolnym pokładzie statku. A wcale nie było aż tak źle, bo udało nam się w tym tłumie tuż za składem towarowym na wolnym powietrzu znaleźć kawałek podłogi – trochę nas w nocy podeptano, ale zdrzemnąć się udało. Ciekawy również był rozładunek i zejście na stały ląd – pływające bagaże towarowe (beczki z paliwem, drewno, słomiane maty itd) wrzucano prosto do jeziora, które kilkaset metrów dryfowały w stronę wyspy. O podróżnych natomiast walczyły łódeczki podpływające w rywalizacyjnym szale do burty, skąd zabierały klientów na plażę (statek nie mógł podpłynąć przy płytkim dnie).




Na wyspie Likome zaznaliśmy trochę relaksu – kemping znajdował się z dala od wrzasku cywilizacji, otoczony wzgórzami porośniętymi majestatycznymi baobabami wśród palm i intensywnych w kolorze kwiatów bugenwilli. Z namiotu wystarczyło parę kroków po piaszczystej plaży, aby zanurzyć się w ciepłej i przejrzystej wodzie jeziora.

Informacje praktyczne:

Malawi – wjazd 11 sierpień 2007, pobyt przez 4 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 61 € na osobę, wliczając:
Wiza – 15 €, obowiązek wcześniejszego ubiegania się o wizę w ambasadzie.
Jedzenie – 11€
Transport – 13 €, przejazd drogowy 1.2 € za 100km, pokonaliśmy 647 km
Nocleg – namiot od 1.5 do 2 € od osoby
Inne – 18 €

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 26 państw w 31 tygodni, przemierzyliśmy 34,653 km


Zambia


Naszym pierwotnym planem było przejechać z Zimbabwe do Mozambiku, ale postanowiliśmy nadrobić trochę drogi i zahaczyć jeszcze o Zambię i Malawi. Nie chodziło oczywiście o “zaliczenie” kraju, bowiem wodospady Wiktorii oglądaliśmy już tydzień wcześniej również od strony Zambijskiej. Nasz powód nazywał się “Park narodowy Południowa Luangwa”. Trochę frustrował mnie fakt, iż wcześniejsze wizyty w parkach Namibii i Botswany nie zaowocowały widokiem lwa, geparda czy lamparta w ich naturalnym środowisku. Z opowieści innych plecakowiczów słyszałem, ze tutaj mam większe szanse zobaczyć dzikiego kota – intuicja mówiła, że warto spróbować.

Szybko dotarliśmy do Mfuwe – bazy wypadowej do South Luangwa. Chcieliśmy dojść pieszo do kempingu znajdującego się kilka kilometrów za miasteczkiem (lecz wciąż jeszcze nie na terenie rezerwatu). Miejscowi i przewodnik Lonely Planet zdecydowanie odradzali piesze wycieczki – myśleliśmy, że to przestrogi jak wszędzie wcześniej, boją się puszczać turystów, bo ci mogą prowokować dzikie zwierzęta. Posłuchaliśmy jednak i poczekaliśmy na transport – ależ było nasze zdziwienie jak po drodze mijaliśmy słonie, hipopotamy i bawoły.

O 6 rano wstawiliśmy się gotowi na pieszą wycieczkę – podekscytowani czekaliśmy, aż przewodnik załaduje strzelbę ostrą amunicją – to był dobry znak. Wywieźli nas w głąb parku i tam ruszyliśmy na spacer w poszukiwaniu dzikiej zwierzyny. Nasz przewodnik zaczął opowiadać o śladach, odchodach, gatunkach, sposobie zachowania zwierząt, o drzewach, liściach, pasożytach itp. Informacje były ciekawe, ale nas raczej interesowało zobaczyć zwierzaki, aniżeli ich ślady (takie informacje powinny być dodatkiem do zwierząt a nie odwrotnie). Wtedy przewodnik pokazał nam z daleka antylopę i zebry oraz oznajmił, że na spacerze innych zwierząt raczej nie zobaczymy, a już na pewno nie z bliska. Nawet nie próbował tropić, tylko pokazywał jakieś owady – byliśmy źli. Po 2 godzinach podjechał jeep z turystami i zaistniała możliwość zabrania się z nimi – od razu wskoczyliśmy do samochodu. Po 3 minutach jazdy przewodnik kierowca coś zobaczył w krzakach i podjechał bliżej – naszym oczom ukazał się cudowny lampart! Szukał czegoś w trawie po czym podniósł głowę i spojrzał na nas w swojej całej dostojności. już wtedy zwariowałem z radości, a kierowca dobił mnie jeszcze chwilę później, jak znalazł lwicę z trójką rozkosznych baraszkujących lwiątek. Nie potrafiłem oderwać oczu jak matka dba o małe, a następnie ucieka w krzaki a trzy kociaki niezdarnie próbowały podążać jej śladem.


Dostojny Król zwierząt


Wieczorem wybraliśmy się na jeszcze jedną przejażdżkę, gdyż była do wyboru wersja “nocnego safari”. Ruszyliśmy jeszcze przed zmierzchem i trafiliśmy na spore stado słoni maszerujące nad rzekę. To było cudowne, nigdy nie siedziałem w otwartym samochodzie, zupełnie bez zabezpieczeń, w tak bliskim sąsiedztwie tych masywnych ssaków. Oglądaliśmy jak posypują się piaskiem, wyrywają trąbą kępki trawy przytrzymując resztę łapą, wstają na dwóch tylnych nogach aby sięgnąć liście z wyższych partii drzew, małe trzymają się trąbką ogona matki, a samce demonstrują swoją siłę przepychając się nawzajem. Krążyliśmy wśród nich przez jakiś czas, a jak chcieliśmy już odjeżdżać, naszą dróżkę zastąpił nam słoń. Jak tylko się zbliżaliśmy, ostrzegawczo wachlował uszami i unosił trąbę, dając nam do zrozumienia, abyśmy się nie zbliżali. Po dłuższym czasie inne bawiące się “walczące” słonie zaszły nam drogę od tyłu, odcinając drogę ucieczki. Z boku krzaki, z drugiej strony około 15 samic z małymi, również zwrócone do nas “en face” – byliśmy w szachu. Co robić? Kierowca próbował ruszać, zbliżył się na odległość kilku metrów, lecz niestety samiec z przodu wyraźnie dawał nam znać, iż ten pomysł mu się nie podoba. Ruszył w naszym kierunku – adrenalina szalała, w końcu byliśmy na pace otwartego niskiego jeepa - przewodnik szybko musiał się wycofać, ale tylko kilka metrów, bo z tyłu nadal popisywały się siłą pozostałe samce. Sytuacja stawała się napięta, kierowca gazował próbując przepędzić tego z przodu, znaleźć lukę miedzy nim a samicami, które szybko przedarłyby się. Ostatecznie słonik zszedł trochę z naszej drogi, a przewodnik w pełnym gazie wykorzystał ten moment, wprawiając stado w małą panikę. To było niezłe doświadczenie.


Słoń


Mało tego, gdyż natknęliśmy się jeszcze na 2 lwice z małym, dosłownie kilkudniowym lwiątkiem. Zrobiliśmy krótką przerwę i ruszyliśmy ponownie, tym razem już w pełni czarnej afrykańskiej nocy z przeraźliwie mocnym reflektorem obsługiwanym ręcznie przez pomocnika przewodnika. śmigał on smugą światła po krzakach i drzewach wypatrując ślepi drapieżników. Nagle kierowca dojrzał reflektor innego pojazdu wpatrującego się w drzewo – podjechaliśmy do nich i na gałęziach ujrzeliśmy zjadającego antylopę lamparta! Drapieżnik nic nie robił sobie z obecności ludzi i skierowanych na niego świateł – był w transie rozszarpywania ofiary. My również – obiektywy skradały jego prywatność. Nie potrafiłem nasycić oczu tak niesamowitym widokiem – to jeden z takich momentów, w którym właśnie spełniają się marzenia. Ja chciałem chociaż z daleka zobaczyć dzikiego kota, a tutaj przez 25 minut miałem niepowtarzalny spektakl. Tym bardziej iż kot zmieniał co jakiś czas pozycje lub przechodził na inną gałąź. Na zakończenie spadła mu resztka mięska – z jak niesamowitą gracją lampart zszedł po drzewie. Dopiero jak był na ziemi wyglądał na zaskoczonego obecnością tylu pojazdów, nie wziął mięsa tylko uciekł w krzaki. Sekundy później przybiegły czające się nieopodal hieny.


Lampart


Także tak jak rankiem widzieliśmy 4 zwierzęta z wielkiej piątki afrykańskiej – lew, leopard, słoń i bawół (nosorożec nie występuje w tym parku). Poza tym oczywiście nie brakło antylop, zebr, krokodyli, żyraf, hipopotamów, krokodyli itd. Zastanawiałem się też dlaczego akurat taki skład "Wielkiej Piątki"? - okazuje się, ze myśliwi w XIX w. określili te zwierzęta jako najtrudniejsze do upolowania. Biorąc to pod uwagę należy pamiętać, że chodzi o nosorożca czarnego (agresywniejszy i kryjący się w zaroślach), a nie łagodnego, większego, łatwo wytrapianego nosorożca białego.

Także wizyta w parku okazała się strzałem w dziesiątkę, mieliśmy szczęście i to wielkie.

Hejki,
Michał

Zdjęcia Ewelina Adamus i Magda Budzińska

Informacje praktyczne:

Zambia – wjazd dwukrotny, 1 i 8 sierpień 2007, pobyt przez 3 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 148 € na osobę, wliczając:
Wiza – 18 €, otrzymana na granicy od reki, deklarowany czas pobytu. Przy wodospadach istnieje tez możliwość przyjazdu z Zimbabwe, wiza 1-dniowa za 7 €.
Jedzenie – 9 €
Transport – 33 €, przejazd drogowy 3 € za 100km, pokonaliśmy 1,118 km
Nocleg – pokój za 7 € na 3 osoby
Wstępy – Wodospady Wiktorii 7 €, PN Południowa Luangwa 19 €, safari po parku 4 godziny 26 € od osoby

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 25 państw w 7 miesięcy, przemierzyliśmy 34,006 km


Lampart




Mozambik


Do Mozambiku dostaliśmy się w nietypowy sposób - wraz z rybakami przepłynęliśmy na pełnym żaglu przez Jezioro Niassa (Malawi), gdzie wysadzono nas na dzikiej plaży. Bez kontroli paszportowej rozpoczęliśmy 3-godzinny marsz przez sympatyczne wioski i odludne wybrzeże jeziora do miasteczka, gdzie w końcu załatwiliśmy formalności graniczne.


Żaglówką przez jezioro


Podróż w głąb kraju też nie była zbyt łatwa, gdyż ciężarówka męczyła się z pokonywaniem rzecznych brodów i prowizorycznych mostków - pasażerowie musieli wysiadać na wypadek wywrotki, a potem pomagać w wyciąganiu pojazdu, kiedy ten ugrzązł już na dobre. Tak dostaliśmy się do Cuamba, gdzie rozpoczyna się trakcja kolejowa - aby jednak zająć miejsce siedzące w pociągu, kolejka formowała się już od 2 w nocy. Ci którzy przyszli tuz przed odjazdem (5 rano), musieli walczyć o w miarę dobre miejsce stojąco-wiszące.

Zauważyłem też pewną różnicę między odwiedzonymi koloniami portugalskimi a pozostałymi, głównie francuskimi i angielskimi. Potomkowie Vasco da Gama byli być może okrutni i stanowczy, ale wydaje mi się, iż pozostawili w mentalności lokalnych jakąś specyficzną otwartość i swobodę, bo tak jak w Angoli i Gwinei Bissau ludzie wyraźnie wyróżniali się przyjaznym i luźnym nastawieniem do nas. Nawet w popularnej wśród turystów Ihla de Mocambique czuliśmy się dobrze, także spacer po tej wyspie z dobrze zachowanymi kolonialnymi budynkami nie został zakłócony przez nachalność sprzedawców i cwaniaków. Jedynym poważnym zastrzeżeniem do mieszkańców Ihla jest to, że tolerują życie w tak zaniedbanym środowisku - wyspa, ulice, plaże itp. po prostu toną w śmieciach. Można to jedynie usprawiedliwić brakiem świadomości ekologicznej oraz faktem, iż w Afryce przez stulecia wysypywano śmieci za płot, a one 100% organiczne rozkładały się i niknęły bez śladu parę dni później - sprawa jednak wygląda zupełnie inaczej jeśli operujemy plastikiem czy metalem.


Targowisko za oknem pociągu


Płatnym autostopem w miarę szybko dotarliśmy do Villanculos, gdzie szeroka czysta biała plaża aż kusiła do odpoczynku, natomiast turkusowa woda zachęcała do aktywności. Turystyczne wycieczki są tu drogie, więc dogadaliśmy się na rejs z rybakami - stara łajba nie wyglądała na bezpieczną, tym bardziej iż trochę dziwna i lekko podpita obsługa założyła żagiel na odwrót, a przy próbie poprawienia błędu upuściła drewniany bom wprost na moją głowę - skończyło się tylko na guzie. Potem było już lepiej i pożeglowaliśmy na Archipelag Bazzaruto, gdzie uprawialiśmy snorkeling w cieplutkiej wodzie, a następnie spożywaliśmy smażone barrakudy. Po kilku godzinach wracaliśmy, lecz tym razem morze było już na tyle wzburzone, że sielankowy rejs zamienił się na "prysznic przy wstrząsach całej lodzi" - była zabawa.

Tofo trafiło na mapy świata dzięki swoim idealnym warunkom do nurkowania - cieple tropikalne wody Oceanu Indyjskiego, kolorowa rafa koralowa i różnorodne życie zwierzęce. Moim celem było zobaczyć "manta ray" (największą z płaszczek), ale aby zwiększyć szanse takiego spotkania trzeba było zanurkować nieco głębiej. Cóż, na to nie miałem uprawnień, więc musiałem pouczyć się teorii i odbyć przynajmniej jedno płytsze zejście - zanurzyłem się w morską otchłań i penetrując jej magiczne zakamarki rozkoszowałem się podwodnym światem. Następnego dnia zezwolono mi już na zejście do 24 metrów, gdzie groty, wąwozy, rafa oraz szereg bogatej fauny morskiej wprawił mnie w osłupienie. Nie znam nawet polskich nazw tych ryb, takich jak: scorpionfish, tigerfish, lionfish, butterflyfish, stonefish, clownfish, rodzai węgorzy, meduz oraz dziesiątek innych kolorowych bajkowych potworków. Płaszczki też się zjawiły, lecz tylko te mniejsze (sting ray).

Po wielu nocach spędzonych w małych, ciasnych i dusznych hotelowych klitkach, przyszedł czas na odmianę - zrobiliśmy sobie wakacje od podróży i w Tofo zatrzymaliśmy się w budżetowym kompleksie turystycznym (backpackers Fatima”s Nest) z prawdziwego zdarzenia - wzniesiony na wydmie tuz przy szerokiej plaży, posiadał bar, tanią i smaczną restaurację, muzykę, informację, zadbane łazienki, kuchnię do użytku własnego, drewniane bungalowy, czy idealne dla nas pole namiotowe. Wieczorem posilaliśmy się owocami morza i relaksowaliśmy się przy winku z widokiem szumiącego oceanu oświetlonego pełnią księżyca. Było dobrze, a jeszcze nie wiedzieliśmy, że najlepsze dopiero przed nami. Rano wskoczyliśmy z maską, rurką i płetwami do pontonu, który wywiózł nas za rafę. Tutaj popisy dały wieloryby, ale to nie one były naszym celem. Szukamy dalej, aż w końcu pada komenda - "wskakiwać do wody, szybko" - no to wskoczyłem pierwszy, spojrzałem w dół i aż podkurczyłem nogi aby się nie zderzyć - parę metrów pode mną właśnie przepływał gigantyczny, ponad 10-metrowy rekin wielorybi. Swoją dostojnością z rozłożonymi płetwami przypominał statek kosmiczny, który z gracją szybuje w przestworzach. Natychmiast odwróciłem się i podążyłem za tą największą rybą świata, dogoniłem ja i trzymałem się parę metrów z boku. Nie potrafię opisać uczucia tej chwili, bo było to cos więcej niż tylko cudowne przeżycie. Przez ponad 10 minut machałem płetwami tuz przy tym niegroźnym rekinie, moglem zajrzeć mu w oczy lub w 2-metrowa paszczę, gdzie chowały się jakieś rybki. Jak tylko schodził nieco głębiej, przepływałem nad nim podziwiając jego szare ciało pokryte białymi paskami i plamkami, to znowu zwalniałem, aby napatrzyć się jak pracuje ogonem, a następnie znajdowałem się z jego drugiej strony i znowu razem mknęliśmy przez bezkres oceanu. Dołączyli też pozostali członkowie pontonu, a kiedy rekin znudził się już nasza obecnością, po prostu zanurzył się powoli, a my pozostaliśmy na powierzchni wciąż nie mogąc uwierzyć w piękno właśnie mijającej chwili. Tego dnia takich wejść do wody mieliśmy jeszcze kilka.


Tak wygląda pływanie z rekinem wielorybim (pocztówka)


Do Maputo dojechaliśmy padnięci po nocy spędzonej na plecakach w wąskim przejściu autobusu. Tutaj przyszło pożegnać się nam z Magdą, która spieszyła na samolot do Polski. Także dziękujemy za towarzystwo i ponownie sami ruszamy dalej, do coraz bliższego celu - południowego krańca Afryki.

pa, Kozi

Zdjęcia Ewelina Adamus oraz pocztówka z wielorybem

Informacje praktyczne:

Mozambik: wjazd 15 sierpień 2007, pobyt przez 16 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 301 euro na osobę, wliczając:
Wiza: 19 euro + 2 euro podatek wjazdowy, otrzymana na granicy od ręki, ważna na 30 dni
Jedzenie: 55 euro, czyli 3.5 euro dziennie
Transport: przejazd drogowy 2 euro za 100km, pokonaliśmy 3,459 km
Nocleg: pokój klitka od 3 euro na 3 osoby, namiot na turystycznych kempingach od 2 do 5 euro od osoby
Wstępy: Rejs z rybakami na Archipelag Bazzaruto od 4 osób; pływanie z rekinem wielorybim czyli 2-godzinny ocean safari za 30 euro od osoby; nurkowanie open water 38 euro, nurkowanie głębokie 44 euro

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 27 państw w 231 dni, przemierzyliśmy 38,112 km






Swaziland


Zewsząd dochodziły nas opinie - Swaziland? - przecież tam nie ma po co jechać, nic tam nie ma. Ale zobaczyć kraj to nie tylko "zaliczyć" atrakcje turystyczne - to przede wszystkim poznać ludzi. A ci okazali sie interesujący - spacer po ulicy czy podróż autostopem okazała sie czysta przyjemnością. Mieliśmy tez ogromne szczęście trafić akurat na coroczny festiwal Umhlanga, jeden z dwóch ważnych w tym kraju. Ogólnie chodzi o to, ze podczas imprezy król wybiera sobie kolejna żonę z tłumu tańczących dziewic.


Dziewczyny przygotowują się do składania trzciny


Tysiące ludzi zjechało z całego Swazilandu oraz z państw sąsiednich, aby zaprezentować sie przed monarcha. Także spacerując w królewskiej dolinie mieliśmy okazje podpatrzeć przygotowania - dziewczęta pracowały nad swoja pięknością, czesały fryzury, stroiły sie w tradycyjne ubrania, a także dbały o ogólną czystość - nieraz zupełnie nagie dziewczyny zażywając kąpieli przy studni pozdrawiały mnie żwawo niczym nie skrępowane. Znacznie mniej przyjemnym doświadczeniem było zostać świadkiem rzezi krówek na wieczorna ucztę - służba z duma niosła rozkrwawione głowy byczków.


Głowa zabitego byka


W końcu nadszedł dzień kulminacyjny - "reed dance", czyli kobiety w hołdzie królowi składały symboliczne wiązki trzciny. Niesamowity widok jak ponad 100,000 kobiet z obnażonym biustem w zwartej kolumnie tanecznego kroku z trzcina w garści ruszyły z pełnym entuzjazmem. Sympatyczny bosy król przepasany zwierzęcą skora stal z boku i przyglądał sie przedstawieniu, tak jak i cala gwardia oraz grupka turystów. Tance trwały godzinami, ale nie nużyły - co jakiś czas podekscytowani wojownicy wyskakiwali ze swoimi włóczniami i tarczami przyłączając sie do rozbawionego, niezmiernie kolorowego korowodu. Widać było w tym festiwalu braki organizacyjne, dzięki czemu spontaniczność często brała gore i wszystko odbywało sie z naturalnym dzikim afrykańskim temperamentem - z uśmiechem, entuzjazmem i swoboda. Podobał nam sie cały ten niekomercyjny spektakl.
Zdjęcia Ewelina Adamus


Tańce trwają


Informacje praktyczne:

Swaziland – wjazd 31 sierpień 2007, pobyt przez 3 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 38 € na osobę, wliczając:
Ruch bezwizowy
Jedzenie – 18 €
Transport – 4 €, pokonaliśmy 287 km
Nocleg – namiot 5 € od osoby
Wstępy – festiwal "reed dance" bez opłat

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 28 państw w 234 dni, przemierzyliśmy 38,399 km



RPA cz. I


Biorąc pod uwagę opowieści związane z przestępczością w RPA, wjechaliśmy do kraju mając się na baczności. Jednak szybko zostaliśmy postawieni w sytuacji, gdzie trzeba było użyć autostopu. Tak zaczęła się nasza przygoda i nastąpiła szybka weryfikacja zasłyszanych przerażających historii z rzeczywistością - "nie taki wilk straszny jak go malują". Trzeba było tylko uważać na niektóre dzielnice wielkich miast oraz unikać podróżowania nocą - poza tym było relatywnie bezpiecznie.

Biali mieszkańcy kraju chętnie nas zabierali na stopa i w pierwszym kontakcie z obcą osobą okazali się niezmiernie mili i uczynni, zdecydowanie jedni z najbardziej otwartych i pomocnych ludzi na świecie. Byliśmy zapraszani w gościnę i na nocleg do domu, gdzie przy smacznym "braai" (grill) ciekawie sobie gawędziliśmy, starając się zrozumieć tutejszą sytuację.


Ach te widoki...


Bo niestety jeśli spojrzeć w niedaleką przeszłość, można by się przerazić. Władzę nad krajem sprawował Rząd Apartheidu, który przez lata prześladował czarna społeczność. Po jego upadku w latach 90-tych tylko dzięki godnej podziwu postawie Nelsona Mandeli nie doszło do krwawego odwetu. Mimo to wciąż widać tutaj i wyraźnie można odczuć wzajemne czarno - białe napięcie. Tyle że teraz holenderscy i brytyjscy potomkowie są przez władze dyskryminowani i większość wszelkich pozycji w urzędach, szkołach, służbie zdrowia itd. przyznaje się w pierwszej kolejności Murzynom. W efekcie więc z kraju emigrują inżynierowie, profesorowie, farmerzy itd. zostawiając swoje pozycje dla mniej wyedukowanych i nie przygotowanych do tej roli czarnych Afrykanów. Mam nadzieję, że nie powtórzy się tutaj scenariusz z Zimbabwe i ekonomia kraju nie zawali się. Temat ten jest bardzo głęboki i skomplikowany i potrzeba będzie pewnie paru pokoleń, aby konflikt rasowy popadł w zapomnienie. Ja na szczęście nie generalizuję i mogę do każdej osoby podejść indywidualnie, nie mniej staram się zrozumieć racje i powody zarówno białych jak i czarnych, nie mam też za złe, kiedy niektórzy Murzyni dają mi odczuć, iż widok białego nie napełnia ich entuzjazmem.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od ataku na PN Huhluwe, gdzie pragnęliśmy zobaczyć nosorożca. Były kłusownik, obecnie strażnik parku, umiejętnie czytał tropy zwierząt i wkrótce zawiózł nas blisko tych niedowidzących olbrzymów. Tym oto akcentem zakończyliśmy oglądanie dzikiej zwierzyny w Afryce - z głównych gatunków lądowych nie zobaczyliśmy tylko geparda i goryli - także będziemy musieli tu jeszcze wrócić.

Durban przypominał nam swoją architekturą i atmosferą miasta australijskie, także od razu przypadł nam do gustu. Po relaksacyjnej gościnie w domu u nowo poznanych otwartych ludzi, przyszedł czas na długo oczekiwane góry.


Trekking w Górach smoczych


Wybraliśmy część środkową Gór Smoczych i wkrótce ruszyliśmy na 5-dniowy treking. W dolnych partiach ścieżki były wyraźne i dobrze oznaczone, jednak już wyżej bez mapy topograficznej i kompasu ciężko byłoby znaleźć właściwą drogę. Przy wspinaczce z ciężkim plecakiem (zapasy wody) na wysoką przełęcz serce zabiło nie tylko z wysiłku, lecz również z zachwytu, ponieważ trudy wędrówki wynagradzały malownicze krajobrazy. Większość naszego marszu odbywała się na wysokości powyżej 3000 metrów, gdzie za dnia towarzyszyły nam po obu stronach grani głębokie kaniony rzek, a w nocy nasz namiot walczył z wiatrem o przetrwanie (raz udało nam się znaleźć jaskinię na biwak). Po minięciu spektakularnego szczytu Monks Cowl ruszyliśmy w kierunku północnym wzdłuż granicy z Lesotho. Nie zawsze szliśmy granią, gdyż czasami odnajdowaliśmy dróżki trawersujące szczyt. Niestety popełniłem błąd, gdyż ścieżki te okazały się nie być turystycznym szlakiem lecz pasterskimi drogami, a usypane z kamieni kopczyki na grani wcale nie wyznaczały granicy państw - nieopatrznie zeszliśmy wiec z planowanej trasy. Dopiero wieczorem wiedziałem już bez wątpliwości, że topografia terenu nie zgadza się z mapą - oznaczało to, że musieliśmy nielegalnie zboczyć z drogi wgłąb Lesotho. Następnego dnia zawróciliśmy i uparcie szukaliśmy zaginionej przełęczy, lecz niestety nawet napotkani pasterze Basotho nie potrafili nam wskazać właściwego kierunku (bariera językowa i brak znajomości mapy). Także ruszyliśmy bezdrożami teoretycznie odpowiednim azymutem ciesząc się z otaczającej scenerii. Improwizacja nowej drogi przyniosła w końcu efekt i odnaleźliśmy "zaginioną przełęcz", a wraz z nią wodę. Jak już potrafiliśmy się umiejscowić na mapie, minął stres i z radością w sercu kontynuowaliśmy odkrywanie innych, magicznych zakamarków Drakensbergu. Zdążyliśmy zejść z pionowego klifu jeszcze przy dobrej pogodzie, gdyż ostatniego 5-go dnia gęsta mgła zalała doliny. Tutaj nieoznakowane szlaki tworzyły nieczytelną sieć skrzyżowań i rozwidleń, także tylko dzięki kompasowi dotarliśmy do parkingu przy Cathedral Peak, skąd autostopem powróciliśmy do naszego hostelu na należyty odpoczynek i ciepły prysznic.


Chmury zalewają okolice


W północnej części Gór Smoczych odwiedziliśmy również Amphitheatre z drugim najwyższym wodospadem na świecie (5-kaskadowym, 948 metrowym Tugela Falls). Niestety tegoroczna ekstremalna susza pozbawiła nas widoku - wodospad nie zawierał wody?!

Żegnamy się na razie z RPA, wjeżdżamy bowiem do Królestwa Lesotho.

Informacje praktyczne znajdą się w relacji RPA cz.II


Lesotho


W pewnym momencie naszej podróży przez Afrykę Zachodnią powstała w nas ambicja przejechania przez kontynent bez łapówki - nie było to łatwe, ale udawało się do tej pory. Do Lesotho Polacy jako jeden z nielicznych narodów Unii Europejskiej wciąż potrzebują wizę, a co gorsza, w konsulacie w Durban kosztuje ona 50 Euro. Wybraliśmy więc malutkie przejście graniczne i próbowaliśmy szczęścia z naszymi nowymi unijnymi paszportami (tak jak w Gambii) lub z zakupem wizy wewnątrz kraju (tak jak w Malawi). Niestety ku naszemu zdziwieniu strażnik zobaczywszy napisane na dokumencie "Polska" od razu zakwiczał i pokręcając głową skwitował: "problem". Wyjaśnienia nie pomagały - oficer wyraźnie zaznaczył gestem ocierających palców i słownie: "jak na całym świecie urzędnicy muszą z czegoś żyć. Wyjścia mieliśmy dwa - wracać autostopem na jakieś inne przejście i tam nie wiadomo co dalej, albo.... no właśnie wskutek ogólnego zmęczenia podróżą autostopem, zdecydowaliśmy sie włożyć w paszport banknot po 5 Euro każdy. Przeszło, dostaliśmy pieczątki wjazdu, aczkolwiek jest mi wstyd za to co zrobiłem - proszę nie naśladować.


Trzy Basutho


Dzielne konie wiozły nas na swoim grzbiecie, pędząc wąskimi górskimi ścieżkami na wysokościach bliskich 3000 metrów. Trasa momentami była tak stroma (zarówno w górę jak i w dół), że tylko zaparłem się w siodle i ze strachem czekałem, kiedy koń w końcu się przewróci. Mimo iż kopyta ślizgały się na gładkich kamieniach lub w sypkim żwirze, zwierzę pewnie przesuwało się do przodu - jestem dla nich pełen respektu. Tylko raz mój konik trochę nawalił, bowiem przekraczając rzekę po zwyczajowym ugaszeniu pragnienia, zdecydował ulżyć sobie i ruszył w głębszą wodę, po czym runął całym cielskiem zażywając chłodnej kąpieli. Na szczęście aparat znajdował sie w sakwach konia, na którym jechała Ewelina, a ja zdążyłem wyskoczyć ze strzemion na czas.


Na konnej wyprawie


Tereny przez które przemierzaliśmy były cudowne - dzika i jałowa otwarta przestrzeń, pasma górskie przecinane głębokimi dolinami, kaniony, wąwozy, wodospady. Na nocleg zatrzymaliśmy sie w małej lokalnej wiosce, gdzie życie nadal toczy się w swoim dawnym prymitywnym stylu. Okrągłe kamienne domki, słomiane strzechy, podłogi wylane mieszanką ziemi i zwierzęcych odchodów. Niepowtarzalną atmosferę nadają również świeczki, ognisko, stado pasących się kózek, bose dzieciaczki, starcy owinięci kocami oraz poranny szron i przeraźliwe nocne zimno. Wszystko było w porządku poza pierwszymi godzinami jazdy drugiego dnia, gdzie we znaki dały się odczuć obolałe pośladki i niektóre partie mięśni nóg - przesadziliśmy z kłusowaniem dzień wcześniej. Na szczęście nie potwierdziły się nasze obawy - nie wyczuliśmy w tej wycieczce komercji, głównie za sprawą przyjaznego nienachalnego nastawienia lokalnych.


Mgła wkrada się do wioski


Po wędrówce na naszych rumakach powróciliśmy na niziny, gdzie popis znowu dali miejscowi ludzie, którzy przygarniali nas prosto z ulicy na serdeczna gościnę. Po kilku dniach przyszło nam znowu powrócić w wyższe partie "Górskiego Królestwa" lecz tym razem na własnym grzbiecie nosiliśmy swoje bagaże. Dotarliśmy do Sani Pass, gdzie istnieje jedyne na zachodzie kraju połączenie drogowe z RPA (tylko samochody 4x4). Zanim jednak wyjechaliśmy z Lesotho, wybrałem sie na całodniowa wędrówkę na najwyższą górę Afryki Południowej - Thabana Ntlenyana, 3482 m n.p.m. Jedynymi osobami które miałem przyjemność spotkać podczas trekingu to pojedynczy pasterze, którzy z gromada psów pasali na hali swoje owce. Opatuleni kocami wyglądali dziko i dostojnie, zawsze jednak uśmiechnięci i otwarci nawet na krótką wesołą konwersację, zwykle opartą na gestykulacji.

Informacje praktyczne:

Lesotho: wjazd 17 wrzesień 2007, pobyt przez 10 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 171 € na osobę, wliczając:

Wiza: w Durban 55 € (nasza łapówka 5 €), można otrzymać od ręki, ważna na 14 dni, na granicy zależy od urzędnika.
Jedzenie: 35 € czyli 3.5 €; dziennie
Transport: 17 €;, przejazd drogowy 3 €; za 100 km, pokonaliśmy 775 km
Nocleg: namiot od 4.5 € od osoby
Wstępy: Konny 2-dniowy treking "pony treks" w Semonkong, wliczając nocleg, przewodnika, koń – 65

Afryka całościowo:
Odwiedziliśmy 29 państw w 257 dni, przemierzyliśmy 40,798 km





RPA cz. II


Znowu niestety muszę zacząć od problemów wizowych. Mam jednak nadzieję, że ktoś planując wyjazd na moim przykładzie uniknie podobnych błędów. Zaczęło się dobrze, bowiem Polacy nie potrzebują wizy do RPA! Jednak nie wszystko jest takie piękne – cały rozwinięty świat ma prawo pobytu do 90 dni, my do 30. Co gorsza, nawet po 9-dniowym pobycie w Lesotho nie otrzymaliśmy kolejnych 30 dni, tylko kontynuujemy pobyt na starej pieczątce! (taka procedura dotyczy także powracających z Swazilandu, ale przy wjeździe z pozostałych krajów sąsiednich już dostaniemy nową wizę). W każdym razie nam po ponownym wjeździe do RPA pozostało prawo pobytu tylko przez 6 dni. Także pierwsze kroki skierowaliśmy do biura imigracyjnego. No i kłopoty – m.in. na wydanie przedłużenia wizy czeka się 2 tygodnie i niezbędny jest bilet lotniczy. Po długich pertraktacjach poszedłem do cafe internet i spreparowałem bilet, a po kolejnych naciskach dostaliśmy w końcu wizę po 3 dniach. Niestety znowu tylko miesięczną, mimo że na wydruku biletu wylot mieliśmy kilka dni po dacie utraty ważności wizy – biurokraci!

Zacznę teraz może nieco przyjemniejszy temat – podróż. Po przyjemnych aczkolwiek męczących górach, jak i po frustrujacych wizytach w urzędach, przyszedł czas na odpoczynek na Wild Coast (Dzikie Wybrzeże). Tutaj relaksowaliśmy się spożywając owoce morza, spacerowaliśmy pomiędzy klifami, odkrywając dzikie zakątki i plaże tego pięknego i na szczęście słabo rozwiniętego turystycznie fragmentu kraju. Pomiędzy nadmorskimi miejscowościami poruszaliśmy się autostopem lub pomoc często oferowali nam inni plecakowicze dysponujący wolnym miejscem w samochodzie. Natomiast poznani na trasie miejscowi często po zabraniu nas do domu na nocleg i posiłek, obwozili nas po odizolowanych miejscach, gdzie Murzyńskie wioski niewiele różniły się swoim prymitywizmem i otwartością ludzi od tych wcześniej widzianych w innych częściach Afryki. Nawet nocna wizyta w „township” (Murzyńska dzielnica biedy, powstała w czasach Apartheidu) wielkiego miasta nie przyniosła żadnego negatywnego wrażenia.

Osławiona Garden Route – tutaj turystyka rozwinięta jest już na wyższym poziomie, ale i to nie przeszkadza w poznawaniu pięknego wybrzeża. W Plettenberg Bay polecam wybrać się na Robben Penisula, która oprócz cudownych zmieniających się piaszczysto, klifowo, roślinnych krajobrazów, oferuje również niezłe widoki na kolonie fok, grupy ścigających się delfinów, a przy odrobinie szczęścia także i wielorybów.

Pożegnaliśmy się chwilowo z oceanem i przecinając pasmo górskie wjechaliśmy do półpustynnej strefy klimatycznej Little Karroo. Sucho rzeczywiście było, ale powalił nas zaskakujący widok ośnieżonych górskich szczytów królujących nad miasteczkiem Oudtshoorn, obrazek tak jakby z Nowej Zelandii. Miasto to ma dwie główne atrakcje – pierwsza to ciekawe jaskinie, a druga to strusie farmy. Także po czołganiu się w wąskich podziemnych tunelach (zaciski do 28cm) przyszedł czas na farmę i poznanie z bliska tych cudownych nielotów. Było to ciekawe i zabawne, bo nie wiedziałem, że na strusim jajku można stanąć – nie pęknie, że ma objętość 24 kurzych jaj, że skóra ptaka jest drugą najmocniejszą na swiecie (po kangurzej), że to drugie najszybsze zwierze na lądzie (po gepardzie), równie bardzo wytrzymałe, gdyż może biec z prędkością 80km/h przez 3 km. Spotkany w dziczy nie chowa głowy w piasek, raczej ucieka, ale może także zaatakować i z łatwością potrafi rozerwać człowieka swoimi pazurami. Strusie są też bardzo zabawne – jak tylko stanąłem przy płocie to uszczypliwie dziobały w głowę, ramię lub ucho, mając jak zwykle głupi wyraz twarzy, a ich długą szyję można wyginać jak łodygę roślinki. Postanowiłem też przejechać się na jednym z nich – jazda była przednia mimo iż spadłem dwukrotnie.


Strusie rodeo


Z Oudtshoornu drogą winnic (znzna route 62) dotarliśmy na sam koniuszek Afryki – południowy Przylądek Igielny (Cape Agulhas). Tutaj wybraliśmy się pontonem podglądać wieloryby (Right Southern Whale), które baraszkowały kilkadziesiąt metrów od nas – maluchy dając popisy chlastania ogonem, a starsze niczym nie zgorszone zajmowały się prokreacją. Wycieczka tak nam się spodobała, że dnia następnego wypłynęliśmy kajakiem w ocean z nadzieją na ponowne spotkanie. Właściciel kajaka zachęcał nas do tego, mimo iż morze było wzburzone. Przełamując fale woda oblewała nas, wiosłowaliśmy zdrowo, bo przybój spychał nas w kierunku brzegu. Jednak po godzinie pracy siły zaczęły nas opuszczać, a poza jedynym zaginionym delfinkiem więcej wodnych istot nie ukazało się nam, postanowiliśmy więc wracać. Jednak płynięcie z falą okazało się trudniejsze technicznie i mieliśmy problem w utrzymaniu balansu. W końcu wywróciło nas – luźne kamizelki ratunkowe zachodziły prawie na twarz, a siła wody nie pozwolała na spokojne wejście z powrotem. Trzymałem kajak kiedy Ewelina wdrapała się na niego, lecz próba usadzenia skończyła się kolejną wywrotką – śrubujący plastikowy kadłub wyrwał mi z ręki wiosła – musiałem po nie płynąć. W tym czasie Ewelina walczyła z kajakiem, lecz kolejne potężne fale wyrwały jej naszą deskę ratunku – zgubiłem kajak z oczu. Nie było wyboru – jedną ręką przytrzymując kamizelkę zapobiegając jej ześlizgnięciu, drugą kurczowo ściskając dwa wyrywające się wiosła, ruchem nóg przyśpieszałem dryfowanie w kierunku jeszcze niewidocznej plaży, mając parę fal przed sobą to samo czyniącą dziewczynę. Po ponad 20 minutach walki z żywiołem ocean wyrzucił nas na brzeg, gdzie odetchnęliśmy z ulgą, lecz byliśmy wymarznięci i wciąż jeszcze w szoku. Ewelina pobiegła po pomoc a ja barłaczyłem wzdłuż plaży odnaleziony kajak, nie potrafiąc logicznie myśląc ani ocenić odległości. Męczarni jednak nadszedł kres, a my siedzieliśmy pod ciepłym natryskiem ponad 30 minut. Zdawałem sobie sprawę że popełniłem chyba największą głupotę podczas tej podróży – bez doświadczenia przy niesprzyjających warunkach wypłynąłem w morze. Mieliśmy szczęście że wyszliśmy cało z tej opresji – przypłaciłem to 40-stopniową wieczorną gorączką.


Dzikie wybrzeże


Hermanus – światowa stolica jeśli chodzi o oglądanie wielorybów ze stałego lądu. Jest ich mnóstwo, przypływają bardzo blisko brzegu dając pokaz kilkutysięcznej zgromadzonej publiczności. Naszym jednak głównym celem było zobaczyć tutaj inne morskie olbrzymy – a mianowicie rekina Żarłacza Białego. Mało tego, znaleźliśmy się z nim razem w wodzie, tyle że chroniła nas stalowa klatka. Niesamowite uczucie – staliśmy z maską pod wodą i przyglądaliśmy się z paru metrów temu blisko 4-metrowemu drapieżnikowi jak atakuje rzuconą mu rybią przynętę. Wycieczka droga, ale z pewnością warta tej adrenaliny.


Pływanie z rekinem ludojadem


Parę dni później znaleźliśmy się po drugiej stronie półwyspu, co w praktyce oznacza zamianę cieplejszego Oceanu Indyjskiego na lodowaty Atlantyk. Tam zanurkowałem wśród bajecznego „lasu” powstałego z łodyg jakiegoś pływającego morskiego zielska. Ale aby było jeszcze piękniej – chwilę potem pływaliśmy razem z fokami, które ciekawskie nurkowały do nas, przyglądały się, wykonywały podwodne akrobacje i ogólnie wyglądały rozkosznie. Nie trzeba być nurkiem, gdyż Ewelina wybrała wersję snorkelingu i całe to cudowne widowisko mogła oglądać z tafli morza.

Przyszedł czas na Kapsztad, znany ze swojej znakomitej reputacji – oczekiwania mieliśmy wysokie. I nie zawiedliśmy się – myślę że Cape Town to jedno z najpiękniejszych miast świata – położony na pięknym półwyspie z górami w części centralnej. Góra Stołowa (Table Mountain) jest niezwykle fotogeniczna i robi spore wrażenie. Oczywiście nie odbyło się bez wspinaczki na nią, a ku mojemu zaskoczeniu na samej górze byłem zupełnie sam – kolejka linowa została zamknięta z powodu silnego wiatru. Widok na miasto piękny, ale wolę jednak krajobraz z dołu, z górą w tle. Jeden z ładniejszych widoków jest z wody, a my mieliśmy okazję go podziwiać podczas wycieczki na Wyspę Roben, która przez wiele lat była więzieniem politycznym dla czarnych przeciwników Aparthaidu. To właśnie tutaj zobaczyliśmy celę w której kilkanaście lat przesiedział Nelson Mandela, późniejszy prezydent RPA. W Kapsztadzie zatrzymaliśmy się u wcześniej poznanych ludzi (autostop), którzy dosyć nietypowo jak na bogaczy zaprosili nas do swojej willi. Mieszkaliśmy więc w jednej z luksusowych i bezpiecznych dzielnic miasta – mieliśmy uspokajający widok oceanu z pokoju. Dzięki naszym miłym gospodarzom poznaliśmy ciekawe zakątki tego niesamowitego miasta, a także poczuliśmy klimat tutejszego życia. A to wiąże się przede wszystkim z niezmiernie popularnym w RPA „braai”, czyli grillowaniem. Spotyka się rodzina, znajomi, nawet obcy i wspólnie grillują mięso – a przyznać im trzeba, że są w tym mistrzami – jedzenie wyborne! Drugą nieodzowną częścią lokalnej kultury jest rugby, którym interesują się niemal wszyscy. A ponieważ akurat odbywały się mistrzostwa świata śledziliśmy wyniki z zainteresowaniem, aż w końcu RPA doszła do finału. Nie trzeba chyba opisywać co działo się w centrum miasta kiedy Afrykanie wygrali mecz finałowy – mieliśmy okazję świętować razem z nimi ich sukces.

Pojechaliśmy odwiedzić miasteczko Simonstown, a raczej znane tam kolonie pingwinów. I to nie tylko tam gdzie wyznaczone są drewniane kładki dla turystów, również na dzikiej plaży mieliśmy okazję przebywać obok tych małych śmiesznych sympatycznych zwierzątek – są rozkoszne. Po tej atrakcji łapiemy już końcowego autostopa i po chwili jesteśmy już prawie na mecie naszej podróży. Ostatni spacerek z Cape Point do Cape of Good Hope to pożegnanie się z cudownymi afrykańskimi widokami, przyrodą (napotkaliśmy jeszcze sporego węża i strusia wysiadującego jajka), zobaczyliśmy miejsce gdzie Atlantyk spotyka się z Oceanem Indyjskim (to tutaj, a nie jak niektórzy podają na Przylądku Igielnym).

I cóż – 23 września 2007 roku stanęliśmy w końcu na Przylądku Dobrej Nadziei, w miejscu do którego zmierzaliśmy przez ostatnie 283 dni (ponad 9 miesięcy). Świętowaliśmy winem, serem i czekoladą, czyli tym co lubimy najbardziej. Udało się – przemierzyliśmy Afrykę bez obrabowania, bez uszczerbku na zdrowiu, cali, biedniejsi w portfelu ale bogatsi o niesamowite przeżycia. Koniec kolejnej podróży, aż nas w sercu ścisnęło. Ale stojąc tutaj napełniliśmy się dobrą nadzieją na przyszłość, bo to na pewno nie nasza ostatnia podróż, mamy już plany. Teraz jednak trzeba wracać do rzeczywistości – dnia następnego odlecieliśmy do naszego ukochanego Sydney, gdzie znowu podejmiemy naukę i pracę, aby za parę lat móc wyruszyć na kolejną wyprawę – damy znać. Serdecznie dziękujemy, a podsumowującą relację prześlemy w niedługim czasie.


Przylądek Dobrej Nadziei


Na razie dziękujemy za uwagę i pozdrawiamy czytelników Bezdroży.

Michał Kozok i Ewelina Adamus

Informacje praktyczne:

RPA: dwukrotny wjazd, 3 wrzesień 2007 oraz po pobycie w Lesotho, 26 wrzesień 2007, łączny pobyt przez 39 dni

Łączny koszt wizyty wyniósł 666 € na osobę, wliczając:

Wiza: pieczątka na granicy do 30 dni, jednak przedłużenie pobytu kosztowało 46 €

Jedzenie: 170 €, czyli 4.4 € dziennie

Transport: 13 €, ponieważ prawie całość przejechaliśmy autostopem, przejazd publiczny kosztuje blisko 5 € za 100km, pokonaliśmy 3,908 km

Nocleg: świetnie zorganizowane backpackersy, namiot zwykle 5 € od osoby, a łóżko w dormitorium od 8 do 10.5 € (najdroższy nocleg w podróży)

Wstępy na osobę:

3-godzinne safari w Hluhluwe NP – 32 €;
Wstęp do Central Drakensberg 2 €,
zezwolenie za każdy następny dzień trekingu 3 €;
Wstęp do Royal Natal NP (Amphitheatre w Północnym Drakensbergu) 3 €;
Muzeum w East London – 1 €;
Wstęp na Robben Penisula w Plattenberg Bay 3 €;
Zwiedzanie jaskini w Oudtshoorn, wersja zaawansowana 6 €;
1-godzinne zwiedzanie farmy strusi w Oudtshoorn przy zniżce z backpackersa 2 €;
Przylądek Igielny wycieczka pontonem na wieloryby 16 €;
Wynajęcie kajaka na pół dnia 5 € od osoby; Pływanie w klatce z rekinem Białym Żarłaczem 85 €;
Wycieczka na wyspę Roben w Kapsztadzie 16 €;
Nurkowanie z fokami 53 €;
Oglądanie pingwinów w Simonstown 3 €;
Wstęp do NP z Cape Point i Przylądkiem Dobrej Nadziei 6 €

Afryka całościowo:

Odwiedziliśmy 30 państw w 283 dni, przemierzyliśmy 43,082 km







Dzień powszedni w Afryce


Jak wyglądał nasz przeciętny dzień podróży w Afryce? Naszymi nieodłącznymi codziennymi elementami były: jedzenie, transport i nocleg. Pokrótce je opiszę,
aczkolwiek nie wszystkie wymienione poniżej aspekty występowały na raz, w każdym miejscu/ kraju, różniły się też od siebie intensywnością i jakością.

Jedzenie – trzeba zapomnieć o ziemniakach, schabowym i kapuście zasmażanej, serze i czekoladzie. W Afryce to produkty deficytowe (z wyjątkiem wielkich miast), a w naszym codziennym jadłospisie pojawiły się natomiast maniok, „yam”, ryż, spaghetti, smażona ryba, cebula itp. Żywimy sie zwykle na ulicy – najtaniej i łatwo wypatrzyć pulchne „mamuśki”stojące ze swoją przenośną garkuchnią. Witają nas z uśmiechem, po czym po kolei podnoszą pokrywki ukazując poszczególne zawartości kociołków. Jak już wypatrzymy dobrze prezentującą się potrawę, prosimy o możliwość jej skosztowania. Z ceną jest raczej prosto, bo rzadko ją zawyżają, a istnieje też możliwość kupienia mniejszej porcji za daną kwotę – „jak zasmakuje to jutro wezmę drugi talerz” – to powinno wystarczyć do otrzymania wystarczająco dużej ilości.


Uliczne gar kuchnie


Niestety monotonia tych posiłków z czasem odbiera apetyt, afrykańskie specjały lokalne nie będą należały do naszych ulubionych. Najbardziej przejadł nam się sos z ryby. Podczas przejazdów nie musimy się martwić o zapas pożywienia – na punktach kontrolnych, opłat, przy meczetach itp, czyli wszędzie tam gdzie pojazd zatrzyma się choćby na chwilę, do okien podbiegają przydrożni sprzedawcy z miskami na głowach, w których można przebierać. Ja uwielbiam grillowane mięso, a Ewelina gotowaną kukurydzę. Ilość owoców i warzyw sprzedawców nie stać, produkty sprzedaje się na „kupki”, czyli np. 3 duże pomidory za 100 CFA, albo 4 małe za 75 CFA. Przyprawy takie jak sól czy pieprz są na miarki, którą stanowić może na przykład szklanka. O zdatność do picia wody z kranu zwykle pytam jakiś białych, którzy przebywają w danym regionie dłuższy czas – oni wiedzą najlepiej. Jeśli w wiosce widzę zainstalowaną pompę lub studnię głębinową, wtedy używam tabletek uzdatniających. W miastach popularne są tanie wody puryfikowane w zgrzewanych woreczkach, sprzedawane za około 0.08 € za 500ml. Staramy sie odżywiać prawidłowo, ale czasami nie wychodzi. Na przykład po wyjeździe z Angoli mógłbym służyć jako model na lekcji anatomii – niestety nie na zajęciach z układu mięśniowego, lecz kostnego – na tej wyprawie w ciągu 5 miesięcy straciłem 13 kilogramów! (straty szybko odrobiłem)

Koszt wyżywienia wyniósł 1063 € w 283 dni = 3.7 € dziennie

Transport – to najcięższa próba. Afryka jeździ rano, więc to jest najlepsza pora, aby zjawić się na dworcu, który wygląda jak połączenie złomowiska i placu targowego. Teraz rzucają się na nas naganiacze, wykrzykując kosmiczne ceny i czasami szarpią za plecak
w stronę wypatrzonego pojazdu. Jak już odnajdziemy osobę kompetentną do negocjacji kwoty, zaczyna się targowanie. Stawki raczej nie są wypisane, więc warto znać taryfę dla lokalnych, bo dla białego zwykle cena wyjściowa jest znacznie wyższa. Jak już ustalimy
koszty na osobę to zaczyna się walka z opłatą za bagaż. Tylko nie pytaj się o której odjedzie pojazd, bo to automatycznie kwalifikuje cię do grona podróżujących nowicjuszy, których łatwiej naciągnąć. Potem przyjdzie nam czekać, aż pojazd napełni się do nadkompletu pasażerów. Gdyby chociaż postawili mini busa w cieniu, ale po co, to nie zmartwienie kierowcy pilnować dobytku i dobrego miejsca przez kilka godzin w piekielnym słońcu.


Zawsze znajdzie się miejsce


Nadejdzie jednak ta chwila, kiedy zjawi się ostatni brakujący podróżny – jedziemy, huraaa..... Przedwczesna radość, bo tu jeszcze trzeba zatankować, dopompować koła, nakarmić kierowcę, dobrać kilku zabłąkanych pasażerów “last minute” (chociaż nie ma już miejsc), czy zaraz na rogatkach miasta zatrzymać się na policyjnym posterunku kontrolnym, bo trzeba sprawdzić wszystkie dokumenty, bagaże, a mała łapówka od kierowcy też nie zaszkodzi. Jedziemy, ale trochę ciasno i gorąco, cuchnie też kurą pod drewnianą ławką, a kawałek wystającego metalu z siedzenia z czasem coraz bardziej wżyna się w obolałe ciało. Dopiero po czasie zła nawierzchnia drogi uzmysłowi ci, że do celu nie dotrzesz tak szybko jak myślałeś, bo odległości w kilometrach nie przelicza się na czas tak jak w Europie. Najniebezpieczniej jednak jest jeśli się akurat trafi na odcinek dobrego asfaltu – kierowcy jeżdżą tak, jakby nadmierna prędkość i wyprzedzanie na zakręcie było sprawą honoru – idioci!
W mieście korzystamy zwykle z dwóch typów transportu. Pierwszy to taksówka motorowa – szybko i do celu, ale o wypadek nie trudno. Jeden motor potrafi zabrać dwóch pasażerów z dwoma dużymi plecakami i dwoma małymi! Inne rozwiązanie to taksówki zbiorowe – kierowca takiego oznaczonego samochodu jedzie wolno wzdłuż pobocza i słucha nawoływań potencjalnych klientów – jeśli usłyszy nazwę dzielnicy do której akurat już zmierza z innymi pasażerami w środku (tradycyjnie 6 podróżnych to norma), daje sygnał klaksonem i zabiera delikwenta.

Oto przykład dwóch wybranych przejazdów, jakie mieliśmy „przyjemność” doświadczyć:
1 – uff, ostatni podróżny wsiada. Przezornie przesunęliśmy się na środkowe miejsca na tylnym siedzeniu, bo te koło okna mają stalowe nadkola wżynające się w nerki. Jesteśmy w górach, kameruńska droga szutrowa zmoczona deszczem – nie wybraliśmy tego
rupiecio-złoma, po prostu nic innego nie jechało w naszym kierunku. Jedziemy mała dwudrzwiową osobówka, 4 osoby z tyłu, tyle samo z przodu (kierowca siedział z
boku i nie wiem jak sięgał do pedału gazu i lewarka do biegów, który był pomiędzy nogami pasażera), na dokładkę 2 osoby siedziały na dachu, a bagażnik wyładowany był koszami mango, tak że przewyższały pojazd. Najgorzej gdy gasł pod górkę, bo zapalał tylko na rozruch (czyli pchamy razem), poza tym za stacyjki zamiast kluczyków wystawały dwa druciki, które należało ze sobą połączyć. Ale póki samochód się toczy będzie zarabiał na właściciela.
2 – innym razem planowaliśmy krótki przejazd, zaledwie 41 km. Niestety minibus jadący w naszym kierunku czekał pusty, a z doświadczenia wiemy, że napełnienie go może trwać godzinami. Także idziemy na stopa (płatny) i już niedługo siedzimy w prywatnym
samochodzie. Daleko jednak nie ujechaliśmy, bo złapaliśmy gumę. Kierowca leniwie wyciągnął zapasowe koło, po czym stwierdził, iż nie ma lewarka. Szliśmy więc pieszo do następnego skrzyżowania, tam szansa na większy ruch. Doczekaliśmy się i tym razem jechaliśmy małą ciężarówką. Dojechaliśmy na wiejski targ i tu kierowca przez godzinę kupował banany. Po załadowaniu ruszamy, ale nie na długo. Na kolejnym punkcie
kontrolnym szofer wciągnął się w ostrą krzykliwą dyskusję, której efektem była leżąca pod kołami belka najeżona gwoździami, podłożona przez porządkowych. W końcu rozwiązali i ten problem, ale niedaleko kolejny przymusowy postój – brakło paliwa. Kiedy po godzinie pomocnik wrócił z dwiema plastikowymi butelkami benzyny, ruszamy. No ale co to za huk i trzask, jeszcze chwila i do kabiny zaczyna się wtłaczać z
silnika czarny smog. Na szybką ewakuację nie ma szans, bo w tylnych drzwiach szoferki nie zamyka się klamka, tylko związana sznurem zasuwka. Jakoś jednak rozwiązano
węzły i mogliśmy wyskoczyć na zewnątrz. Prawdopodobnie wlali złe paliwo. Po tym maszyna rusza jednak dalej, chociaż nie potrafi wjechać na niewielkie wzniesienia. Także przy większości podjazdów musimy wysiadać, a samochód bierze rozpęd i z niemożliwym warkotem silnika popychany przez pasażerów wpełzuje na szczyt. Jedziemy, jedziemy, już dobre 5 minut bez postoju, chyba rekord. Nagle siedząca obok mnie kobieta z dzieckiem na kolanach chwyta się mnie kurczowo i wrzeszczy – bo wypadły te wiązane drzwi. Reperujemy drzwi, dziecko podano na wszelki wypadek na przednie siedzenie, a kobieta dostała za zadanie trzymać metalowy suwak, aby sytuacja się nie powtórzyła. Kierowca i załoga już dawno przestał się stresować, śmiali się przy każdej okazji, inaczej by chyba tego nie wytrzymali. Co jakiś czas puszczały nerwy któremuś z pasażerów, ale tak szybko jak wybuchał, tak samo szybko wszystko wracało
do normy (a ja już w tym widziałem sytuację wartą opisania, więc też odbierałem nowe wydarzenia jako atrakcję). To jeszcze nie wszystko, bo znowu brakło paliwa – teraz miałem okazję zobaczyć, że pojazd nie posiadał baku, lecz normalny 5-litrowy plastikowy karnister z podłączonymi do niego gumowymi rurkami. Mniejsza już z tym, bo po 6 godzinach pokonaliśmy w końcu dystans niepełnego maratonu, a kierowca trzymał fason do ostatniej chwili – stanął na wysokości zadania i zakończył tą komedię w najlepszym stylu – zahaczył o stragan z warzywami.

Koszt transportu wyniósł 982 € na 43,082 km, czyli 2.3 € za każde 100 km. Gdyby nie autostop byłoby znacznie drożej. Średnio arytmetycznie dziennie pokonywaliśmy 152 km. Pieszo na trekingach (nie wliczając miast) przeszliśmy łącznie 1,013 km.

Noclegi – zasada jest prosta, gdyż nie ważna jest jakość tylko cena (oczywiście w granicach rozsądku z tą jakością). Wieczorem docieramy do kolejnego miasta, pomału orientujemy się w labiryncie uliczek i według przewodnika udajemy się do najtańszego hoteliku. Książka nowa, ale ceny już są nieaktualne. A może to na nasz widok od razu poszły w górę? „Jak to nie ma wolnych tych tańszych pokoi z wentylatorem, przecież
wiszą klucze? Jak tak to nic nie zarobisz, do widzenia”. Trzeba więc było obrać strategię na zasadzie jedno osobowej wizyty, gdzie obowiązkowo trzeba było zaznaczyć, że przyjaciel właśnie pyta się w sąsiednim hoteliku (co też naprawdę robił) i potem zdecydujemy się na korzystniejszą ofertę - „to może jednak znajdzie się jakiś tańszy pokoik?”. Do tego jak jeszcze podróżowaliśmy z Radkiem lub z Magdą, zwykle wchodziliśmy w trójkę do małego pokoju dwuosobowego, często dzieląc jedno łoże matrymonialne. Ale skoro płaci się za pokój, a nie od osoby, to chyba warto, w końcu to tylko na jedną noc. Gorzej jak dojeżdżaliśmy do celu późną nocą i w zależności od bezpieczeństwa dzielnicy pozostał podjazd taksówką lub dojście, a zwykle trzeba było akceptować warunki rozbudzonego w środku nocy właściciela. Ewentualnie próbowaliśmy przespać się na dworcu czy gdziekolwiek na dziko, gdzie byliśmy w miarę bezpieczni od świata ulicy.
Typowe tanie hoteliki (często to te wynajmowane na godziny) wyglądają zwykle podobnie. Małe ciemne pomieszczenie o zaciekających ścianach, lekkiej stęchliźnie, kratach w małym okienku z przerwaną moskitierą. Nawet w większych miastach nie ma gwarancji że światło będzie działało, albo że elektrownia nie wyłączy prądu. Mniejsza ze światłem, przecież są świeczki i latarki, ale gorzej z wentylatorem, bo zaduch i komary nie pozwolą ci usnąć. Można poszukać „auberge” z własnym generatorem, a i te mimo działającej elektryki nie zawsze są gwarancją dobrego snu – bo przecież mogą wynieść z garażu kolumny, które będą dudnić pod twoim oknem do końca dyskoteki o 4 nad ranem. Toalety to odrębna sprawa, a najczęstszy przypadek to dziura w podłodze. Tańsze pokoje mają zwykle wspólną łazienkę na korytarzu, która bywa w rozmaitym stanie – wybaczcie że nie będę opisywał szczegółów. Jeśli chodzi o H2O to jest gorzej niż z prądem – bieżąca woda to rzadki rarytas. Najczęściej dostawaliśmy wiaderko wraz z kubkiem do polewania tzn. „bucket shower”, czyli prysznic wiadrowy. Cena takich ”luksusów” nie jest zwykle adekwatna do afrykańskiej rzeczywistości, ale Murzynek prześpi się na ulicy lub u licznej rodziny, a ty biały – synonim bogacza, zapłacisz bo pozostajesz bez wyboru. Przynajmniej tak myśli część właścicieli.
Trzy razy korzystaliśmy też z gościny internetowych gospodarzy i jest to ciekawe doświadczenie. Chcąc poznać życie właściciela (takie jest założenie tej organizacji), trzeba pójść na kompromis z własnymi planami i zsynchronizować wspólne możliwości czasowe.


Dziki nocleg na plaży


Łatwiej było z nocowaniem w wioskach, gdyż tam ludzie są bardziej otwarci niż w miastach i jeśli poprosiliśmy o możliwość rozłożenia naszych karimat pod zagrodowym drzewkiem, raczej nam nie odmawiano. Były to zwykle bezpłatne gościny, a w rewanżu przed wyjściem nieznacznie dotowaliśmy gospodarza, zwykle podstawowymi artykułami spożywczymi, które dźwigaliśmy na takie okazje. W zależności kiedy i gdzie zastała nas noc, jeśli region był ogólnie bezpieczny, to zdarzało się spać na dziko - na dworcach, budowach, niedaleko od drogi. Podczas trekingów rozbijaliśmy się pod chmurką, z dala od hałasu cywilizacji. Pogoda nam sprzyjała, gdyż tylko od Kamerunu do Gabonu groziły nam deszcze, pozostała część trasy przemierzaliśmy podczas pory suchej.

283 noclegi – łącznie spędziliśmy 94 noce w hotelikach, 50 nocy w namiocie na kempingu, 6 w płatnych gościnach, wydając 597 €, czyli po 4 € za noc.
Na szczęście blisko połowę nocy przespaliśmy bezpłatnie – 60 razy byliśmy zapraszani w bezinteresowną gościnę, 23 noce spędziliśmy w środkach transportu, a 50 razy spaliśmy na dziko.

Wydatki – nie jest wcale drogo jeśli spojrzy się na sprawę globalnie. Na samo jedzenie, transport i noclegi wydałem średnio 280 € na miesiąc, czyli trzeba przyznać, że mieszkając w Polsce wydałbym tylko trochę mniej. Doszły niestety jeszcze koszty wiz (841 €), jak i o wiele chętniej wydane pieniądze na świetne atrakcje i zwiedzanie (1163 €). Pozostałe koszty – internet, prowizje bankowe, naprawa sprzętu, napiwki, piwo, itp (378 €).
Całość – wliczając wszelkie wcześniej wymienione koszty średnia na miesiąc wynosi 530 € + powrotny bilet lotniczy za 690 €.

Ludzie – jedząc, jadąc, szukając noclegu – gdziekolwiek byliśmy zawsze spotykaliśmy miejscowych. Ten niesamowity kontakt z prostymi, radosnymi ludźmi wzbudzał we mnie tak ogromny przypływ energii (fakt że nie zawsze pozytywnej), dodawał tyle kolorytu i emocji, bez którego podróż nie byłaby aż tak ekscytująca. Ludzie byli tak różni, ciekawscy, otwarci, serdeczni, czasami nachalni i nieprzyjemni, ale w znacznej większości uśmiechnięci.



Taka bieda a tyle radości



I nawet jak z czasem po latach zaczną mi się zacierać miejsca i wydarzenia, Afrykę nadal będę kojarzył z grupką roześmianych wesołych biegających boso dzieciaków, ale i z twarzami starszych – tak szczerymi, rozpromienionymi od ucha do ucha, z wypisaną radością w rysach, naiwnymi błyszczącymi oczami i białymi zębami – to widok którego nigdy nie zapomnę. Murzyni kojarzą mi się też z brakiem planowania – żyją dniem dzisiejszym, bez zmartwień i trosk o to co przyniesie jutro. Fakt, że nie potrafię tego i wielu ich zachowań zrozumieć, ale akceptuję je, bo wygląda na to, że lokalnym dobrze w ich własnym świecie, więc po co to zmieniać. Ach, Afryka! Wciąż dzika, wciąż inna – warto pojechać i samemu poznać – polecam.

Dziękujemy

Michał Kozok i Ewelina Adamus


powrót do początku strony