Krym – kraina rozmaitości i kontrastów.

- relacja bardzo subiektywna

 

Wtorek - dzień pierwszy – wyjazd

 

Świebodzin.

Krym – kraina rozmaitości i kontrastów.

- relacja bardzo subiektywna

 

Wtorek - dzień pierwszy – wyjazd

 

Świebodzin. Szósta dwanaście rano. Przed nami ponad 650km jazdy samochodem do Przemyśla, a przynajmniej tak mi się zdawało. Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna… Prawdopodobnie, ze względu na wysoką temperaturę, bo przecieĹź nie przez moją nieudolność patrzenia w mapę (!), droga wydłuĹźyła się do 730km. Aśka (moja prawowita małżonka) twierdziła, Ĺźe 770km – widocznie było jej cieplej i dlatego jej droga była dłuĹźsza. Mimo róĹźnicy w kilometrach, do Przemyśla dojechaliśmy o tej samej porze.

PodróĹź składała się z dwóch wyraĹşnych etapów. Drogę do Krakowa, prawie 500km, pokonaliśmy w pięć godzin, ale za Krakowem skończyły się drogi szybkiego ruchu i autostrady, a wraz z nimi rumakowanie. Następne 250km zrobiliśmy… równieĹź w pięć godzin, do tego w korkach i upale! Żądam autostrad w całym kraju! I nie mam zamiaru czekać do 2012 roku, chcę teraz!

Do Przemyśla doczołgaliśmy się juĹź po szesnastej, ale nim znaleĹşliśmy dworzec PKS, z którego miał odjechać autobus do Lwowa, trochę jeszcze pokluczyliśmy po Przemyślu, ze względu na niezdecydowanie pilota, czyli Aśki, która pilotując mnie po mieście stwierdziła, Ĺźe teraz trzeba skręcić chyba w lewo i chyba to było dobrze, ale ja pojechałem chyba prosto, co oczywiście oznaczało dodatkowe kilometry uliczkami miasta.

Obok dworca PKS (che, che – dworzec!) dziewczyny, Aśka i Ewelina (jej siostra), zakupiły elementarną ilość hrywien (ukraińskich złotówek) oraz bilety na autobus (po 20zł od łebka), a ja odstawiłem samochód na przyhotelowy strzeĹźony parking, który za 2 tygodnie postoju kosztował 140zł.

Z tym autobusem, na który dziewczyny kupiły bilety, to ja troszkę przesadziłem. Pojazd, który w latach 60 – tych był pewnie średniej klasy środkiem masowej komunikacji, miał wyraĹşny zamiar i ochotę przeprawić nas przez granicę do Lwowa. Choć po pobieĹźnych oględzinach pojazdu nasunęło się sporo wątpliwości:

Wątpliwość 1: ha, ha, prych…

Wątpliwość 2: Czy to w ogóle ruszy?

Historia pokazała jak bardzo myliliśmy się w ocenie maszyny. Mimo, Ĺźe firanki nie były prane od zamierzchłych czasów, szyby myte ostatnim deszczem, luki bagaĹźowe otwierane łomem, a przegląd śmieci świadczył o gatunku pasaĹźerów podróĹźujących przez ostatni miesiąc; to autobus, po ręcznym zatrzaśnięciu pneumatycznych drzwi, jednak ruszył.

Do granicy dotoczył się bez Ĺźadnych przeszkód. Przeszkodą, natomiast, była sama granica. Jako autobus rejsowy minęliśmy długą kolejkę wszelkiej maści samochodów od osobowych, przez rozklekotane busy po tiry. Nasz „autobus” stanął przed szlabanem, polskiej kontroli granicznej i chociaĹź nikogo przed nami nie było stał. Po odczekaniu, przydziałowego czasu, zostaliśmy dopuszczeni do kontroli. Celnik zebrał paszporty od wszystkich pasaĹźerów i zniknął. Gdy po 40 minutach polski (bo to był nasz!) celnik powrócił z paszportami, nie mógł ich rozdać, gdyĹź trójka naszych dzieci: Ewelina (lat 28), Kuba (lat 17) i Krzysiu (lat 5 i pół) poszli siusiu. Celnik pewnie się obraził, bo się schował i pojawił powtórnie dopiero po 10 minutach by w końcu rozdać paszporty.

Ruszyliśmy na część ukraińską. Tu odprawa przebiegła sprawniej, choć jedna z pasaĹźerek straszyła, Ĺźe będzie trwać długo, bo akurat około ósmej wieczorem Ukraińcy mają zmianę. Na szczęście się myliła, stara zmiana zdążyła nas obsłuĹźyć i po 19.30 byliśmy juĹź odprawieni i opieczątkowani w paszportach.

Postój autobusu za kontrolą graniczną postanowiłem wykorzystać na sesję zdjęciową. Błysk flesza w aparacie wywołał gwałtowną reakcję celników „Nie moĹźna! Nie lzja!”. Zostałem wyprowadzony z autobusu.. Widząc na zdjęciach roześmiane twarze mojej rodziny, celnik utwierdził się w przekonaniu, Ĺźe fotki te zagraĹźają integralności terytorialnej Ukrainy i kazał je wykasować. Nie lzja, to nie lzja! I tak, bohaterscy celnicy ustrzegli państwo Ukraina przed moją szpiegowską działalnością!

Ruszyliśmy dalej w 90 kilometrową drogę do Lwowa, która była tak dziurawa i wyboista, Ĺźe byłoby przestępstwem dawać na trasę lepszy pojazd. Nasz „autobus” był wszak „zdjełany w CCCP”, gdzie obowiązywała zasada „gniotsja nie łamiotsja”. No i sprawdził się. Dowiózł nas na miejsce i o czasie wysadził na dworcu kolejowym we Lwowie.

Wysiadając z autobusu zostaliśmy otoczeni przez gromadę ludzi o szemranym autoramencie, którzy za wszelką cenę chcieli nam „niedrogo” ponieść bagaĹźe, jak mówili. Ale nie skorzystaliśmy, gdyĹź przed dworcem stała juĹź pani z czerwoną, dla rozpoznania, książką. Pani ta miała nas zabrać na kwaterę.

Obok dworca czekała „marszrutka”, czyli mały busik nr 67. Weszliśmy. Nasza przewodniczka, kazała zapłacić kierowcy po 1,5 hrywny z wyjątkiem dziecka. Zapłaciłem, więc za cztery osoby a kierowca wydał resztę, ale biletu nie. Pewnie wziął do kieszeni, pomyślałem, bo zauwaĹźył, Ĺźe jesteśmy zagraniczni. Nasza opiekunka – Weronika powiedziała póĹşniej, Ĺźe tu biletów nie ma. Rzeczywiście tak było. Na kaĹźdym następnym przystanku pasaĹźerowie wchodzili, płacili 1,5 hrywny i siadali. Nie rozumiem, jak kierowca rozlicza się z kursów albo jak udowodnić, Ĺźe się zapłaciło za przejazd w razie nieporozumienia? Widać jednak, Ĺźe to funkcjonuje i to całkiem nieĹşle. Szofer musi mieć sporą część z tych pieniędzy, bo zatrzymywał się, by zabierać i wysadzać pasaĹźerów nie tylko na przystankach, ale i w kaĹźdym innym wskazanym miejscu. Kursuje jak taksówka, wystarczy machnąć na ulicy ręką i juĹź się marszrutka zatrzymuje.

Po 40 minutach i okrążeniu prawie połowy Lwowa, dotarliśmy na miejsce do dzielnicy Sichow. Weszliśmy w osiedle. Bloki jak betonowe głazy, obskurne lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Ciemno, ledwo widoczną asfaltowa dróĹźką, ciągnęliśmy się z tobołami za gospodynią. Spod wiaty stojącej naprzeciwko ogromnego, wieloklatkowego wieĹźowca wydobywał się charakterystyczny brzęk butelek i gwar intensywnych rozmów o czymś na pewno waĹźnym. Ĺšródłem zaopatrzenia była lekko oświetlona buda bogato zaopatrzona we wszelkiego rodzaju alkohole.

Nasz pokój był typowy dla bloku, wyposaĹźony w meblościankę i mały kolorowy telewizor. Prawie całą wolną powierzchnię zajmowało 6 łóĹźek. Przez szeroko otwarte okno dobiegał nas gwar i brzęk lokalu pod wiatą oraz chóralny rechot Ĺźab z pobliskiego jeziora.

Pierwszy kontakt z łazienką był trochę deprymujący. Ledwo wisząca umywalka, odpadające kafelki i popękana, zĹźółkła wanna ze startą emalią. Dopełniał to brak ciepłej wody, którą dla potrzeb sanitarnych gospodyni grzała na gazie w kuchni. Ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, Ĺźe moĹźna się całkowicie umyć w jednej, góra dwóch miskach wody. Od razu zaczął mi krążyć po głowie program oszczędnościowy, jaki wprowadzę w domu po powrocie. Po co komu wanny wody, czy dziesiątki litrów wylewane pod prysznicem, jeśli moĹźna się umyć w pół wiadrze ciepłej wody i jeszcze zostanie!

Węzeł sanitarny uzupełniała osobna ubikacja z całkiem nowym kompaktem i straszącymi za nim pordzewiałymi rurami wodnymi i kanalizacyjnymi. W przedpokoju, natomiast, stały rzędami pięcio - i dziesięciolitrowe pojemniki z wodą, na wypadek częstych tu, niestety, przerw w dostawie wody.

 

 

 

 

Środa - dzień drugi - Lwów

 

Skoro świt, około dziewiątej wstaliśmy całkiem wyspani. Ewelina z Krzysiem poszli po bułki na śniadanie. Byłyby bardzo dobre, gdyby nie były maślane – słodkie. Trochę nie pasują do kiełbasy i sera Ĺźółtego. Ewelina, posługując się międzynarodowym językiem migowym, wskazała w sklepie ręką na bułki. Wynik takiej komunikacji właśnie poznaliśmy.

Po śniadaniu poszliśmy na róg osiedlowej ulicy, krzyĹźującej się z szeroką czteropasmową drogą. Było to miejsce nieoznaczone jako przystanek, ale zwyczajowo przyjęte, jako punkt łapania marszrutek. Poinstruowani przez gospodynię machnęliśmy ręką na busik z odpowiednim numerem, na który wcale nie trzeba było długo czekać. Wsiedliśmy, zapłaciliśmy sześć hrywien, biletu jak zwykle nie dostaliśmy i jazda!

Trasa busa nie wiodła prosto do centrum, ale prowadziła okrężną drogą przez wiele sektorów, dzielnic i osiedli Lwowa. Zapewne chodziło o to, by jednym kursem obsłuĹźyć moĹźliwie jak największą liczbę pasaĹźerów. Jednak, dzięki tak wydłuĹźonej trasie, mieliśmy okazję poznać Lwów z mniej oficjalnej strony.

Obok przestronnych, ale zaniedbanych osiedli, szerokich, ale nierównych, dwu- trzy pasmowych przelotówek, spotykaliśmy zrujnowane fabryki, bogate filie zachodnich koncernów, małe i przysadziste, nierówno otynkowane i pobiałkowane, chatynki oraz kłujące w oczy bogactwem nowoczesne dacze, a nawet pałace. Obok ledwo Ĺźyjących, ale nadal jeĹźdżących, starych wołg, Ĺźiguli, ziłów, ład, panoszyły się najnowsze modele audi, BMW, toyot i innych najnowszych wypustów zachodniej cywilizacji. A nad tym wszystkim, jak róĹźyczki z kremu na torcie, świeciły się złotem nowiutkie kopuły świeĹźo wybudowanych cerkwi, co moĹźna zrozumieć potrzebę zmian duchowych w społeczeństwie ukraińskim. MoĹźna zaryzykować tezę, Ĺźe Ukraińcy wraz z odnową dumy narodowej, przechodzą renesans, jeśli nie religijności, to na pewno duchowości.

Szofer nasz, widać zaprawiony w bojach kierowca lwowski, prowadził busa w sposób zdecydowany i aktywny. Na machających, przy drodze, ręką reagował natychmiast, co powodowało gwałtowne zwiększenie się gęstości pasaĹźerów z przodu busa. Ruszał równieĹź bardzo gwałtownie, co powodowało odwrotną zmianę gęstości rozkładu pasaĹźerów w pojeĹşdzie. Zakręty, mijanki, wyprzedzanie, wykonywał na tyle zdecydowanie, Ĺźe worki kartofli na wozie ciężarowym, mogły się czuć bardziej komfortowo niĹź pasaĹźerowie. Jeśli do tego dodamy upał, pełny, wręcz nabity, pasaĹźerami busik oraz brak reakcji kierowcy na znaki drogowe i światła na skrzyĹźowaniach, to naleĹźy uznać 45 minut podróĹźy z osiedla Sichow do centrum za wysoce atrakcyjne, a wręcz ekscytujące.

Lwów, miasto wielu narodów: Polaków, Ormian, Ukraińców, Ĺťydów i wielu innych; nie koniecznie w tej kolejności. Miasto o bogatych tradycjach intelektualnych i kulturowych. A dziś? Dziś miasto z resztkami świetności, kilkoma pięknie odrestaurowanymi uliczkami i kamienicami, jako tako utrzymanymi kościołami i cerkwiami, restauracjami i to wszystko. Reszta tonie w zapuszczeniu, zapomnieniu, zaniedbaniu i biedzie. Większość ulic, parków, domów, poza ścisłym centrum, sprawia wraĹźenie, jakby od wojny nie zrobiono nic. Straszą piękne secesyjne kamienice z obrywającymi się i przerdzewiałymi balkonami, odpadającymi tynkami, o dachach pokrytych połataną papą lub blachą, a nawet eternitem. Ĺťal patrzeć. Ale trzeba uczciwie sięgnąć pamięcią do polskich miast sprzed 20 – 30 lat, gdzie w centrach autentycznie wiekowych i zabytkowych, prędzej spotkaliśmy odpadający tynk, wywalony śmietnik, obskurne wystawy, niĹź odremontowaną kamieniczkę. Miejmy nadzieję, Ĺźe dla Lwowa, najbliĹźsze dziesięciolecie to będzie ogromny, nie krok, ale skok do przodu, skok cywilizacyjny, choć poziom niedoinwestowania, zaszłości, wydaje się jednak większy niĹź u nas.

Z marszrutki wysiedliśmy na słynnym placu Mickiewicza. DĹźungla! Potoki samochodów wolno płynące we wszystkich kierunkach na raz i krzyĹźujące się ze sobą, trąbiące i zniecierpliwione. W tym wszystkim, między samochodami pojedyncze osoby lub grupy przechodniów próbujące przecisnąć się na drugą stronę ulicy.

Po pozdrowieniu Mickiewicza i pamiątkowej fotce, przedarliśmy się, z duszą na ramieniu, przez sznur samochodów w kierunku katedry. Katedra, ślad historii polskości, zachwyca, ale i rozczarowuje. Wejście 2hr, a do tego większa część katedry zamknięta dla turystów. Do zwiedzania tylko nawa główna – smutne. Ale tak samo było w cerkwi i świątyni ormiańskiej, tylko, Ĺźe bezpłatnie.

Cały dzień chodziliśmy po mieście, schodziliśmy z utartych szlaków, zwiedzaliśmy ulice, zabytki, place. Mogłoby to być piękne, urocze miasto, niestety dziesiątek lat zaniedbań, nie da się tak szybko nadrobić. Chciałbym móc za 20 lat odwiedzić Lwów i zachwycić się nim, tak jak na to zasługuje.

Innym maleńkim dejavu, poza stanem zaniedbania miasta, była obsługa w sklepach czy lokalach. We Lwowie było tak samo jak u nas 20 lat temu. Kupując w sklepie, a nawet na bazarze, czy zamawiając piwo w ogródku przy ratuszu, miałem wraĹźenie, Ĺźe sprzedawcy są tu za karę i po prostu im się przeszkadza. Miałem nieodparte wraĹźenie, Ĺźe obsługa wymaga od nich najwyĹźszego trudu. Dziwne skoro turyści, nawet tacy jak my, to skarb i Ĺşródło powaĹźnych dochodów nie tylko miasta, ale i sklepikarzy oraz restauratorów. Zastanawiałem się nawet, czy oni nie są po prostu wszyscy zmęczeni, przepracowani pogonią za mamoną i uciekającą zachodnią cywilizacją?

Wracając po całym dniu łaĹźenia, zrobiliśmy zakupy w supermarkecie. Strasznie drogo! Szczególnie wędliny – od 20 do 50zł za kg przyzwoitej wędliny. DroĹźsze równieĹź były mleko i nabiał. Jak oni Ĺźyją, jeśli pensje mają kilkakrotnie niĹźsze, a ceny, jeśli nie wyĹźsze, to porównywalne jak w Polsce! Tanie, i to bardzo, są piwa, wina, wódki i koniaki. A moĹźe jednak da się tu Ĺźyć? J

 

Czwartek - dzień trzeci (najdłuĹźszy) – pociągiem na Krym

 

Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, by o 9.45 wsiąść do pociągu na Krym do Symferopola.

Po kolejnej wyjątkowej podróĹźy marszrutką w upale, w niebywałym ścisku i duchocie, gdy ciężki pot spływał po plecach i nogach, czasami nie wiedząc, czy jest on jeszcze mój, czy jednak sąsiada; dotarliśmy wreszcie, po prawie godzinie jazdy, do dworca. Podziw mój, po raz kolejny, wzbudzał kierowca, który busem pełnym ludĹşmi, potrafił wcisnąć się miedzy sznury samochodów, jadąc na czołowe i wykorzystując kaĹźde wolne miejsce. Taktyka ta sprawdziła się szczególnie w okolicy dworca, gdzie praktycznie przestały obowiązywać wszelkie zasady ruchu i kaĹźdy jeĹşdził jak pionek w warcabach – na wolne pole i byle do przodu, w obranym kierunku!

Na lwowskim dworcu (wakzalie) wsiedliśmy do wagonu wyznaczonego na bilecie i zajęliśmy miejsca, na szczęście, leżące. Na Ukrainie, na dalekich tarasach, są tylko wagony z miejscami leżącymi. Wystrój i poziom to nasze lata osiemdziesiąte, tyle, Ĺźe w toalecie była woda i papier, co u nas 20 lat temu byłoby szczytem marzeń!

PodróĹź przebiegła w sumie jednostajnie. Poświęcaliśmy trochę uwagi widokom, trochę graliśmy w karty, oddawaliśmy się teĹź szaleństwom, gdyĹź tak długi pobyt w nagrzanej puszce musi skończyć się głupawką. Za oknem pociągu przeraĹźały mnie skutki powszechnego tu wypalania traw i ściernisk. Przez wieledziesiątek, jak nie setek kilometrów ciągnęły się pasy wypalonych pól i łąk. Często widać było teĹź oboczne skutki takiego procederu. Spotykaliśmy spalone uĹźytki, zarośla, lasy a nawet budynki!

Miałem równieĹź duĹźe problemy z wytłumaczeniem konwojentce (pani obsługującej wagon i jego pasaĹźerów), jaką chcę kawę. Wszak dawali w wagonie tylko rozpuszczalną, a ja chciałem sypaną. W końcu, na hasło „z fusami” uzyskałem oczekiwaną reakcję i po właściwej chwili oczekiwania dostałem pół szklanki parzonej kawy. Lura, bo lura, ale jednak była!

Wizyta w wagonie restauracyjnym, też nie przysporzyła wielu wrażeń, aczkolwiek ceny były sympatyczne:

·         Dobre zimne piwo 4 hr (2 zł)

·         50ml koniaczku 10 hr (5zł)

Powoli, wraz z nieubłaganym upływem czasu i kilometrów, aktywność nasza zaczęła maleć. W toalecie zabrakło wody, klimatyzację wyłączyli – trzeba było iść spać. Pociąg skrzypiąc, tupiąc i gruchocząc powoli ukołysał nas do snu. Posnęliśmy między 1- 2.

Kiedy juĹź śniliśmy o chłodnej kąpieli w Morzu Czarnym, lub innych osobistych rozkoszach, rozległ się nagle przeraĹşliwy krzyk, który wszystkich, w naszym przedziale, a pewnie i w sąsiednich, poderwał na nogi, „Mysz!!!” – krzyczała, równocześnie piszcząc Ewelina. Choć nie wiem jak moĹźna równocześnie artykułować słowa i piszczeć, ale ona to zrobiła. Po kilku nawrotach histerii, zaczęła powoli opowiadać, co się wydarzyło.

- LeĹźałam, patrzyłam na butelkę od wody leżącą na podłodze – chlipała smutno – patrzę, a tu takie szare z ogonkiem i ma ruszające wąsy! –Ja nie chcę, zaraz na mnie wejdzie!

- Daj spokój – rzucił z piętra rozespany Grzesiek, czyli ja.

- Cicho bądĹş – rzucił, z zamkniętymi oczami, Kuba

- Nie bój się myszy, ona jest malutka, mniejsza od ciebie – rzucił Krzysiu.

Asia przeniosła jedzenie piętro wyĹźej i powoli atmosfera uspokajała się, oddechy wyrównały. Przy okazji, dojrzeliśmy przez okno monumentalny most przerzucany nad ogromną rzeką. – Pewnie Dniepr – powiedzieliśmy myśląc, albo pomyśleliśmy mówiąc i ponownie pochłonął nas czarodziejski, rytmiczny stukot kół i niedaleki jazgot ocierających się o siebie grubych blach przejścia w łączniku między wagonami.

Około 7 – 8 wróciliśmy z krain marzeń, a mając duĹźo czasu dokonywaliśmy cudów sanitarnych. Aśka nawet twierdziła, Ĺźe wymyła się w pół kubeczku wody mineralnej. MoĹźe trochę przesadziła, Ĺźe cała , ale na pewno dużą część ciała moĹźna umyć jednym kubkiem wody. Wiem, bo sam tak zrobiłem!

Gapiąc się z zaciekawieniem w okno, raptem dostrzegliśmy, wyschnięte łachy solne, płytkie zatoki, w dali duĹźy obszar wody – Morze Azowskie. Wiedzieliśmy, Ĺźe to juĹź tuĹź tuĹź. Nasza podróĹź zbliĹźała się do końca. Minęliśmy zaorane stepy i wypalone łąki wraz z zaroślami i nim się obejrzeliśmy, byliśmy w Symferopolu – węźle komunikacyjnym Krymu, z którego rozchodzą się promieniście kolejowe i samochodowe trasy do Sewastopola, Bakczysaraju, Jałty i Auszty, Teodozji, Sudaku, a nawet do Kerczu i na półwysep Tarchankut, zaliczając po drodze kurort Saki i Eupatorię. Pięknie i egzotycznie brzmią te nazwy, nieprawdaĹź?

Wysiedliśmy na dworcu w Symferopolu, przepchaliśmy się tunelem do wyjścia na miasto i od razu  zaplątaliśmy się w sieć połączeń międzymiasteczkowych.

Dla kierowców i naganiaczy, nasza pięcioosobowa grupa była łakomym kąskiem. Dlatego teĹź, ledwo wyszliśmy z dworca, zostaliśmy zapoznani w nachalny, lub konfidencjonalny sposób, z głównymi miejscowościami Krymu. „Choczetie jechat w: Jewpatoriu, Jałtu, Saku, Fieodozju?” – Słyszeliśmy ponętne szepty do ucha. Ale my nic, ostrzeĹźeni wcześniej, Ĺźe najtaniej i najbezpieczniej jest marszrutką, twardo kroczyliśmy na „Awtowakzał”, by znaleźć marszrutkę do Rybaczje, gdzie mieliśmy umówione spotkanie z Polakiem, który załatwiał nam kwaterę.

Dotarliśmy na dworzec marszrutkowy. Ale młyn i ścisk! Na małym placu stało kilkadziesiąt mikrobusów, z których część akurat odjeĹźdĹźała, a część właśnie parkowała, czyli zajmowała stanowisko. Korek nie z tej ziemi! Ale mimo to, przepychając się z naraĹźeniem Ĺźycia między pojazdami, znaleĹşliśmy właściwą marszrutkę z napisem Rybaczje. Kierowca pojazdu skierował nas do kasy po bilety. Kas ze sześć, ludzi masa. Rozstawiam, więc członków wycieczki po róĹźnych kolejkach, a sam udaję się na zwiad, gdzie kupić bilety. Wyszło na jaw, Ĺźe nie ma kas uprofilowanych, Ĺźe w kaĹźdej moĹźna kupić dowolny bilet. Okazało się równieĹź, Ĺźe ludzie, zwyczajowym odruchem stadnym, ustawili się w ogromnych kolejkach przy kasach połoĹźonych z brzegu. Do kas połoĹźonych głębiej, praktycznie nie było nikogo. Kupiłem, więc bilety od ręki, zwolniłem moich staczy kolejkowych i pobiegliśmy do naszej marszrutki.

W mikrobusie usiedliśmy koło pani z córką, która od razu zaprzyjaĹşniła się z nami i na samym początku poradziła zaopatrzyć się w woreczki, bo droga z Symferopola nad morze prowadzi przez wysokie pasmo górskie, a więc zjazdy, podjazdy i serpentyny, które wszak nie zawsze sprzyjają zachowaniu zawartości Ĺźołądków. W dalszej rozmowie okazało się, Ĺźe 1,5 roku kobieta mieszkała w Polsce z synem, który obecnie jest w ESESZA (USA po naszemu). Tę ostatnią informację uzyskaliśmy szeptem. Widać, Ĺźe znajomości w USA, nie są tu mile widziane. A juĹź w osłupienie wprawił mnie fakt, gdy zapytała mnie prawie na ucho, czy to prawda, Ĺźe Polska po wejściu do Unii ma lepiej i Ĺźe Ukraina teĹź moĹźe mieć lepiej. Oczywiście potwierdziłem, a cała nasza rozmowa, na te niebezpieczne tematy odbyła się półgłosem na wyraĹşną sugestię współtowarzyszki podróĹźy. Wydaje mi się, Ĺźe jest problem w swobodzie wyraĹźania poglądów prozachodnich w tej rosyjskojęzycznej części Ukrainy.

Ruszyliśmy. Po nudnym i śmierdzącym przebijaniu się przez zatłoczony Symferopol, rozpostarło się przed nami skąpo porośnięte, stepowe pasmo gór, które wraz ze wznoszeniem się nad poziom morza stawało się, co raz bardziej strome i urwiste. Przestrogi sąsiadki o woreczkach nie były bezzasadne. Bo jeśli do gwałtownych zjazdów i podjazdów, zakrętów ostrych 180º, dodamy tradycyjną juĹź ułańską fantazję kierowców marszrutek, to zawartości Ĺźołądków nie mogły się czuć bezpiecznie, a zwroty były wysoce prawdopodobne. Na szczęście obyło się bez ekscesów, aczkolwiek kilkakrotnie mieliśmy przysłowiową duszę na ramieniu, gdy nasz bus na ostrym zjeĹşdzie i zakręcie odwaĹźnie wyprzedzał inne samochody zakładając z dziecięcą ufnością, ze z przeciwka nic, przynajmniej tak szybko jak my, nie jedzie.

NaleĹźy przyznać, Ĺźe dech w piersiach zatykała nie tylko jazda marszrutką, ale i przepiękne widoki z gór na zatoki wybrzeĹźa Morza Czarnego, malowniczo połoĹźone przybrzeĹźne miejscowości oraz rozsiane po stokach winnice. Dzięki opatrzności, jakoś dojechaliśmy do Rybaczje

Umówiony Polak, rzeczywiście czekał na nas i przygotował nam całkiem przyzwoite (jak na warunki ukraińskie) lokum. Mieszkanie w bloku, samodzielne, 2 pokoje, kuchnia, łazienka, toaleta, ciepła i zimna woda, telewizor. Fakt, Ĺźe estetyka i funkcjonalność to wczesne lata osiemdziesiąte z uszkodzeniami, ale nie jesteśmy wymagający. Zresztą cena była przystępna – porównywalna, jeśli nie mniejsza, jak pokoje nad naszym morzem. Za całe mieszkanie, w którym Ĺźyło pięć osób płaciliśmy 160zł za dobę.

Po dokonaniu z rozkoszą pierwszych, od ponad 24 godzin, pełnych aktów ablucji z moĹźliwością obfitego uĹźycia ciepłej wody, poszliśmy szukać obiadu.

Trafiliśmy do pobliskiego baru – kawiarni. Jednak, przy zamawianiu, okazało się, Ĺźe bariera językowa jest duĹźym problemem. Chcieliśmy dziecku zamówić najnormalniejsze w świecie frytki, ale nie potrafiliśmy się dogadać. Podjęliśmy więc decyzję, Ĺźe zjemy kotlety z ziemniakami. Musieliśmy tylko wybrać, czy chcemy „kartoszki piure”, czy „fri”. Sądząc, Ĺźe ziemniaki „fri” to, z angielska, wolne, czyli bez niczego, zamówiliśmy je, gdyĹź piure nikt nie lubił. JakieĹź było nasze zdziwienie, gdy otrzymaliśmy kotlety z … frytkami! CóĹź człowiek uczy się przez całe Ĺźycie, a na wyjazdach szczególnie. PrzecieĹź mówią, Ĺźe podróĹźe kształcą.

 Po obiedzie poszliśmy w końcu nad morze, zanurzyć się w chłodnych falach Morza Czarnego, do którego tyle jechaliśmy. Po drodze z ciekawością przyglądaliśmy się specyfice krymskich przymorskich straganów. Wiele z nich nie róĹźniło się zasadniczo niczym od tych w Międzyzdrojach, nad naszym morzem – ta sama chińska tandeta. Ale wiele punktów było niepowtarzalnych. MoĹźna na przykład, na ulicy, od przekupki, kupić wino domowej roboty, do własnego naczynia lub plastikowego kubeczka, zjeść dziwne bułki z dziwnymi nadzieniami, róĹźne rodzaje orzechów, niektóre same, inne w miodzie. Wszystko to wyglądało ciekawie i egzotycznie. Na pewno trzeba będzie zaryzykować Ĺźołądek i popróbować! Ale nade wszystko przebijały się na straganach kulinarnych świeĹźo pieczone na głębokim oleju duĹźe pierogi z przeróĹźnymi nadzieniami, czyli cziburieki. Ponoć wyśmienite.

Dotarliśmy na plażę. Nie była to piękna, złota, piaszczysta plaĹźa jak nad Bałtykiem, ale szare i kamieniste wybrzeĹźe złoĹźone z przeuroczych maleńkich, 1-3 centymetrowych otoczaków, czyli kamyczków wyszlifowanych przez wodę przez miliony lat. Okazało się teĹź, Ĺźe leĹźenie na takich otoczakach jest nawet wygodniejsze niĹź na piasku, gdyĹź gorące, sypkie i gładkie kamienie, przy drobnym ruchu ciała, doskonale dopasowują się do niego, nigdzie nie uwierając. Problem jest tylko z budowaniem zamków, ale cóĹź nie moĹźna mieć przecieĹź wszystkiego.

Morze ciepłe, bo 26ºC, nie ma problemów z zanurzeniem, akuratna fala, z którą moĹźna się pobawić. Pogodnie, lekki wiaterek od morza, temp. 30 ºC. Ogólnie cudnie. Jedyne, co przeszkadzało to brud na plaĹźy, czyli odpadki, śmieci, butelki, pety. Niestety wygląda na to, Ĺźe nikt tu nie sprząta, ale myślę, Ĺźe dorosną do tego, jak i u nas dorośli.

Wracając zrobiliśmy jeszcze podstawowe zakupy: pomidory, arbuz, masło, piwo i oczywiście pięcioletni koniak Koktebel z pobliskiej wytwórni – trzeba będzie popróbować.

Po całym worku wrażeń, wszyscy szybko zasnęli, tylko ja pracowicie, na bieżąco, spisywałem wrażenia dnia.

 

Piątek – dzień czwarty – plaĹźowanie.

 

Drugi dzień na Krymie upłynął nam głównie na plaĹźowaniu. Zachowywaliśmy się jak typowi kuracjusze nad morzem. Wchodząc na plażę, nie szukaliśmy lepszego miejsca, nie rozglądaliśmy się gdzie mniej ludzi, tylko zalegaliśmy w moĹźliwie najbliĹźszym miejscu, przy jak najmniejszym wysiłku. Zachowaliśmy się jak foka, która aby się wygrzać czy odpocząć, wyskakuje z morza na lód, lub krę, natychmiast zalega i nawet nie obraca się z boku na bok. Na swoje usprawiedliwienie moĹźna tylko powiedzieć, Ĺźe to odruch stadny. Najgęściej jest zawsze przy zejściach, natomiast najmniejsze stężenie leżących jest mniej więcej w połowie drogi między sąsiednimi wejściami na plażę.

Myśmy, aĹź tak do końca jak foka nie byli. Intensywnie korzystaliśmy z morza i jego fal; oraz czasami, podczas leĹźenia, obracaliśmy się z boku na bok, by w miarę równo opiekać się krymskim słoneczkiem. Najpiękniej na raczka, ale za to równiuteńko, opiekł się Kuba, który twardo opierał się mamie, która chciała smarować go filtrami. Będzie miał za swoje. Będzie jutro piszczał. Patrząc na opieczonego syna i mając w pamięci jego upór, by nie uĹźywać filtrów słonecznych przypomniała mi się piosenka Starego Dobrego Małżeństwa, której refren bardzo pasował do sytuacji i którego nie omieszkałem synkowi zaśpiewać:

„Wciąż uczę się Ĺźyć na własnej skórze

I płacę jak umiem ten dziwny rachunek…”

Ale morze rzeczywiście było cudne. Zazwyczaj, będąc nad morzem, w Polsce, błyskawicznie się nudzę i marudzę, tu nie miałem co narzekać. Fantastyczne fale, spienione grzywacze, zapewniły wszystkim kąpiącym wspaniałą zabawę. Czekanie na ogromną falę, która cię porwie, wywróci, wytarmosi, przeciągnie brzuchem po podłoĹźu i jeszcze rzuci na plecy garść kamieni to wyśmienita rozrywka. Inną zabawą było rzucanie się fali naprzeciw, tak by ją przebić, by nie zdołała porwać i wytarmosić. Szczytem perwersji w kontakcie z grzywaczami, było połoĹźenie się na brzegu i udawanie kłody drewna wyrzuconej przez morze, którą nadchodzące i powracające fale popychają, kręcą obracają, wciągają z powrotem w głębiny, czy ponownie wyrzucają na brzeg.

Zmęczeni walką z morzem, zrobiliśmy sobie przerwę na odpoczynek od słońca i wody oraz na obiadek. Postanowiłem zaryzykować własnym systemem trawiennym i spróbować niektórych wyrobów tutejszej kuchni, oferowanej w róĹźnego rodzaju budkach i straganach przy głównych trasach komunikacyjnych. Na samym początku spróbowałem samsy (a moĹźe samsę?). Jest to rodzaj pieroga wielkości i kształtu 1/6 średniej pizzy, zrobionego z ciasta troszeczkę a’la francuskiego z mięsem i cebulką, choć oczywiście nadzienia mogą się zmieniać. MoĹźna to jeść na zimno lub na ciepło. Ja wyczekałem moment, by zobaczyć jak jest robiony, i by spróbować go na ciepło. Był naprawdę całkiem smaczny i niedrogi, kosztował zaledwie 7hr (3,5zł). Stwierdziłem, Ĺźe jeszcze dwie takie porcje i spokojnie mógłbym uwaĹźać, Ĺźe jestem po obiedzie.

Następne danie, kilka budek dalej, na które się zdecydowałem, to chaczapury. Porcja wielkości duĹźego kawałka droĹźdĹźowca zbudowana jakby z płatków ciasta makaronowego (trochę jak na lazanie), ale przekładana serem. Było to na zimno i średnio smaczne. Trochę gniot, którym się zapchałem. Rezygnuję.

Ostatnie były czeburieki. DuĹźy pieróg wielkości ½ małej pizzy z róĹźnymi nadzieniami  mięsem, mięsem i serem, grzybami i wieloma innymi kombinacjami, smaĹźony obustronnie w głębokim oleju. Rewelacja! Najlepsze były z mięsem i serem. To trzeba będzie koniecznie powtórzyć, stwierdziliśmy z Kubą, bo on najwierniej towarzyszył mi w tej kulinarnej wycieczce. 

Po obiedzie i niezbędnym piwku, udaliśmy się na daleki spacer za Rybaczje, w kierunku widocznego na wschodzie skalistego cypla.

Marsz wzdłuĹź morza dostarczył nam wielu niezapomnianych wraĹźeń. Od strony stromego urwiska, pobudowane są domy, budynki, budy i rudery najróĹźniejszych klas i kategorii. Od nowiutkich, ekskluzywnych pensjonatów po blaszane i pordzewiałe garaĹźe. Ale Ĺźadna z bud nie była pusta. Wszędzie wypoczywali Ukraińcy i Rosjanie. Całe Ĺźycie praktycznie na dworze, na drodze, na parkingu, na plaĹźy, bo trzeba zauwaĹźyć, Ĺźe między budynkami a morzem, czyli po naszemu na plaĹźy, zmieściła się jeszcze droga dojazdowa do tych posesji oraz parking dla samochodów. Niesamowite wraĹźenie. Parking na plaĹźy! Do tego wszędzie walające się śmieci, śmieci, śmieci. W tym wszystkim, na starych sofach, zdekompletowanych krzesłach, przy piwie lub(i) połówce wypoczywają ludzie. Nam było jakoś nieswojo, ale im to nie przeszkadzało. Wyglądało, Ĺźe czują się i bawią świetnie.

Dalej, plaĹźa powoli zaczynała się wyludniać. Coraz mniej regularnych plaĹźowiczów, a co raz więcej rozbitych na plaĹźy namiotów, w których koczują miłośnicy kontaktu z przyrodą – widać u nich tak wolno. Tu piękne morze, urocza kamienista plaĹźa, nad nami fascynujący, kilkudziesięciometrowy skalny klif, pokazujący przekrój góry i ślady fałdowań, a pod nim butelki, folie papiery, złom – ŚMIECI.

Poszliśmy dalej. Po drodze natknęliśmy się na dwa osiedla namiotowe, które sprawiały wraĹźenie, Ĺźe mieszkańcy koczują w tym miejscu juĹź od dłuĹźszego czasu. I tu był porządek. Widać było, Ĺźe zajęty przez siebie skrawek plaĹźy uporządkowali i o niego dbają. MoĹźna im było tego sposobu spędzania urlopu pozazdrościć. Piękny, upalny dzień, szumiące morze, urokliwy klif i namiot. ZbliĹźający się wieczór, ognisko, kocher na dwóch kamieniach i wschodzący księżyc w pełni, który swą poświatą wytyczył szlak między brzegiem morza a horyzontem. Cudo.

Stanęliśmy w ustronnym miejscu, zapadał juĹź zmrok. Słońce schowało się juĹź za górami Krymu, tylko słaba łuna nad skałami i księżyc w pełni pozwalały rozróĹźniać jeszcze szczegóły otoczenia. Morze pod wieczór uspokoiło się, tworząc dość jednolitą, aksamitną taflę. I w to morze, póĹşnym wieczorem, wskoczyliśmy płynąc w kierunku światła księżyca. Co za cisza, co za spokój, co za rozkosz chłodnej wody po całym skwarnym, zapylonym i upalnym dniu.

Tak nam się spodobał ten wieczór nad brzegiem, Ĺźe postanowiliśmy spróbować zorganizować sobie grilla o zmroku nad morzem. Ciekawe, czy nam się uda?

 

Sobota – dzień piąty – wodospad DĹźur – dĹźur

 

A dziś mieliśmy jechać do Ałuszty. Dzień zaczęliśmy, oczywiście od kąpieli w morzu. Oczerwieniony Kuba dał się nawet posmarować filtrami. Po kąpieli i krótkim wylegiwaniu zakupiliśmy bilety mikrobusowe…, wróć! Ĺťadnych biletów – zapłaciliśmy kierowcy i wsiedliśmy.

Cele wyprawy do Ałuszty były dwa:

1.                  Ewelina chciała wybrać pieniądze z bankomatu, bo w Rybaczje nie ma takich moĹźliwości

2.                 My, przy okazji, mieliśmy pozwiedzać kurort, muzea i ogród botaniczny.

Wsiedliśmy do nagrzanego autobusu, płacąc po 13hr za łebka, z wyjątkiem Krzysia pięciolatka, który jechał za darmo. Na Ukrainie dzieci do pięciu lat mają wszystkie wejścia i przejazdy za darmo, o ile są na kolanach u mamy. MoĹźe to jest objaw polityki prorodzinnej, który moĹźna by u nas zaszczepić? Przejazd przez miejscowości nadmorskie, turystyczne, takie jak nasze Rybaczje czy sąsiednie Sołniecznogorskoje jest wyczynem nie lada. Droga, przez te miejscowości, jest co prawda, dwupasmowa, ale bez pobocza i właściwie chodnika teĹź. Po obu stronach drogi parkują sznury samochodów, tak, Ĺźe środkiem, mimo linii ciągłej, jest przejazd tylko dla jednego pojazdu. W ten sposób, przez kurort, tworzy się naturalny ruch wahadłowy i cudownie długie korki. „Najfajniej” jest gdy na tak wąskim przejeĹşdzie spotka się dwóch zdecydowanych kierowców z przeciwnych kierunków, z których Ĺźaden nie chce ustąpić, czy się wycofać. Wymiana klaksonów i wyzwisk murowana. W takim korku utknęliśmy jakieś 5km za Rybaczje. Gadając o wszystkim i o niczym pojawił się temat pieniędzy i bankomatów. Padło w końcu zasadnicze pytanie:

- Ewelina, a ty wzięłaś kartę?

- Oczywiście! – Ĺźachnęła się Ewelina, lecz po chwili szukania po plecaku mina jej zrzedła

- Jeju – westchnęła – zostawiłam ją w torebce!

Od tej chwili wyprawa do Ałuszty zaczynała być bez sensu. Biorąc pod uwagę, Ĺźe nadal staliśmy w korku, to wyjście z busa i powrót, byłby jak najbardziej moĹźliwy, tylko szkoda pieniędzy wydanych na bilety. Ratując sytuację zwróciłem się do kierowcy, Ĺźe zapomnieliśmy dokumentów i musimy wracać.

- To wysiadajcie – rzekł

- Ale zapłaciliśmy za przejazd do Ałuszty, a wysiadamy na pierwszym przystanku – zaoponowałem.

Po chwili przekomarzania, rzucił nam na odczepnego 30hr i wysiedliśmy. NaleĹźy zauwaĹźyć, Ĺźe akcja była moĹźliwa tylko dlatego, Ĺźe nie kupowaliśmy biletów w kasie, tylko płaciliśmy kierowcy do ręki. Jakby były bilety, to by pieniążki przepadły!

Zostaliśmy więc, mimo upału „na lodzie”. Co teraz będziemy robić? Wracać na kwaterę po dokumenty i jechać znowu nie ma sensu, bo za póĹşno. Ale przecieĹź, z Sołniecznogorskoje, gdzie właśnie utknęliśmy, prowadzi droga na słynny wodospad DĹźur – DĹźur!

Aśka dogadała się z kierowcą jakiegoś busa, że zawiezie nas za 35hr od osoby na wodospad, poczeka i przywiezie z powrotem.

Jechaliśmy krętą, wąską drogą, wśród suchych łąk, winnic, nieuĹźytków i przepaśc,. wśród wspaniałych widoków na wyłaniające się na północy pasma krymskich gór i cudowne zakola oraz cyple wybrzeĹźa Morza Czarnego na południu (odwrotnie niĹź u nas!). Tradycyjnie kierowca musiał pokazać swój kunszt utrzymując prędkość 90km/h nawet przy zakrętach 90º - wyprzedzając pod górkę i na zakręcie, obficie przy tym uĹźywając klaksonu. Mimo kilku zjeĹźeń włosów na głowie, jakoś, po raz kolejny, dojechaliśmy na miejsce, na parking. Dalej trzeba było iść pieszo, pod górkę, wśród wszechobecnego kurzu. Wszak, jak mówili miejscowi, od dwóch miesięcy na Krymie nie spadła kropla deszczu! Po 30 minutach szybkiego marszu dotarliśmy nad wodospad DĹźur – DĹźur. Niezbyt wielki to wodospad, ale całkiem urokliwy. PołoĹźony wśród lasów, nie spada jedną zdecydowaną strugą, ale rozdziela się na kilka tryśnięć, tak jak gdyby na górze załoĹźyli mu grube sito od konewki.

Po kilku fotkach, udaliśmy się wyĹźej nad wodospad, gdzie, jak mówili miejscowi, czekać miał na nas strumień i wanny(?) do kąpieli.

Po krótkiej wędrówce znaleĹşliśmy strumień poprzecinany drobnymi progami skalnymi z wodospadami i… wanny, czyli zagłębienia – małe jeziorka ukształtowane przez spadającą wodę, które mogłyby się wspaniale nadawać do cudownych kąpieli, gdyby nie zimna, a wręcz lodowata woda. Mimo to, postanowiliśmy z Kubą dokonać dziś bohaterskich czynów i wykąpać się w rzeczonych wannach.  Najpierw spróbowaliśmy się z natryskiem przy progu skalnym – ileĹź było krzyku i prychania oraz niekłamanego podziwu gapiów. Jakby tego było jeszcze mało, Kuba poszedł nurkować do głębszej wanny. Okazało się jednak, Ĺźe delikatnie mówiąc, mój nierozsądny syn, podczas nurkowania zgubił okulary. W ten sposób, mimo, Ĺźe nie miałem najmniejszego zamiaru, musiałem podjąć to ekstremalne wyzwanie i nurkować w górskim strumieniu w poszukiwaniu okularów. Wszak dla ślepaka, jakim jestem ja i mój syn, nie ma chyba nic gorszego, jak utrata dodatkowych „oczków” (ros.).

Poświęcenie nie było daremne. Po wielu nurkowaniach, macaniach, pełzaniach  okulary zaplątały się koło mojej nogi i znalazły się! Po tym spektakularnym sukcesie, musieliśmy szybko zwijać się z powrotem, gdyĹź czas wycieczki nam się kończył i trzeba było wracać do busa, a przez poszukiwania okularów, byliśmy sporo spóĹşnieni.

Na miejsce, do Rybaczje, wróciliśmy jeszcze w pełni dnia. W związku z tym, zaplanowaliśmy na obiad gotowaną kukurydzę, którą kupiliśmy na straganie (surową) po 2hr za sztukę, której oczywiście w całości nie daliśmy rady zjeść, gdyĹź wcześniej, w ramach turystyki kulinarnej, napchaliśmy się kupionym na straganie świeĹźutkim łabaszem (ławaszem). Zresztą przy takiej pogodzie, jaką mamy od przyjazdu, czyli 34-36ºC w dzień i 22 ºC w nocy, nie ma się zbyt wielkiego apetytu, a jedynie nieustające pragnienie. Łabasz,  to ciasto chlebowe okrągłe jak średnia pizza i grube na 2-3cm. Kupiliśmy je świeĹźutkie, cieplutkie, pachnące dlatego po drodze całe zeĹźarliśmy.

Wieczorem, po kolejnej kąpieli, spróbowaliśmy jeszcze czurczcheła, czegoś w rodzaju batona w kształcie grubego strąka fasoli Jasiek, wypełnionego zagęszczoną soko – dĹźemo – marmoladą określonego owocu, w której, dla okrasy, rozmieszczone były orzechy. Ponoć, dziewczyny mówiły, Ĺźe smaczne, ja jednak poprzestałem na jednym, dwóch gryzach. Bez zachwytów.

W ramach nocnych degustacji próbowaliśmy jeszcze pięcioletniego krymskiego koniaku Koktebel i powoli rozeszliśmy się do łóĹźek. Przypalono – róĹźowy Kuba został jeszcze obsmarowany środkiem przeciw oparzeniowym, co by jego „opalenizna” dała mu Ĺźyć.

 

Niedziela – dzień szósty - Czatyrdah

 

Być na Krymie i nie spojrzeć na niego z perspektywy wieszcza, byłoby zbrodnią niesłychaną. Dlatego teĹź, w planie naszej wycieczki znalazł się, opiewany przez Mickiewicza,  najwyĹźszy z masywów Krymu, czyli Czatyrdah. Ewelina pojechała w końcu do Ałuszty, po pieniądze, z resztą powiedziała, Ĺźe z małym (znaczy z Krzysiem) nie ma się co pchać w góry, a Kuba został z definicji w domu, gdyĹź juĹź mocno cierpiał na nadmiar opalenizny. Wybrałem się więc tylko z Ĺźoną, na romantyczną wyprawę w góry szlakiem Mickiewicza.

Około dziesiątej wsiedliśmy do marszrutki do Symferopola, gdyż na tej trasie położony był punkt startowy naszej wyprawy, czyli przełęcz Angorska.

Charakterystyczną cechą, podróĹźy po Ukrainie, był brak biletów. Dziś zdarzyła się sytuacja wyjątkowa. Czwórka młodych ludzi, płacąc za przejazd zażądała jednak, kierowca najwyraĹşniej oburzony taką postawą pasaĹźerów, zatrzymał się w najbliĹźszej miejscowości, poszedł do kasy i pobrał bilety. Niestety okazały się 4 hrywny droĹźsze, niĹź wcześniej zapłacili. Władca busa zdenerwował się, wysiadł z autobusu i powiedział, Ĺźe dalej nie jedzie, dopóki nie dopłacą. Wszyscy pasaĹźerowie siedzą grzecznie, pocą się w dzikim upale autobusu, a ten nic, stosuje odpowiedzialność zbiorową. W końcu, po pewnym czasie, polubownie, przyszła pani z kasy, wręczyła bilety turystom, ci dopłacili 4hr i szczęśliwie pojechaliśmy dalej. Jednak w głowie do dziś mi się nie mieści poziom złośliwości kierowcy wobec pasaĹźerów, którzy nie pozwolili mu ukraść pieniędzy za przejazd.

W tym samym mikrobusie spotkaliśmy bardzo ciekawego człowieka. Był nim profesor medycyny, wykładowca Akademii Medycznej w Mińsku, narodowości polskiej, ale stale pracujący na kontraktach w Gwinei. Człowiek ten, oprócz tego, Ĺźe jest Polakiem z Białorusi i Gwinei, kaĹźdy urlop od 20 lat spędza na Krymie koczując na plaĹźy, na wcześniej opisanych przeze mnie obozowiskach. DuĹźo opowiadał o marionetce KGB – Łukaszence i jego prostocie, jeśli nawet nie prostactwie, o pracy w Gwinei, Ĺźe jest lepiej i bardziej cywilizowanie niĹź w Mińsku, a takĹźe o Ĺźyciu w wiosce namiotowej na plaĹźy w Rybaczje. Opowiadał, Ĺźe spotykają się w tym samym miejscu juĹź od wielu lat, i Ĺźe ma w tej chwili więcej znajomych i przyjaciół w Rybaczje niĹź w Mińsku, do którego wpada tylko na krótko i jak musi. Twierdził teĹź, Ĺźe na to „prywatne” pole namiotowe pod klifem przyjeĹźdĹźa juĹź drugie pokolenie obozowiczów, a ostatnio przyjechał nawet stały bywalec z wnuczką, a więc pokolenie trzecie. Ĺťyją jak w rodzinie i chcą tak spędzać urlopy jak długo się da, choć zdają sobie sprawę, Ĺźe cywilizacja i zakazy niedługo do nich dotrą.

Gdy dojechaliśmy do przełęczy Angorskiej, z Ĺźalem rozstaliśmy się z naszym oryginalnym znajomym i udaliśmy się na szlak…(?). No właśnie, udaliśmy się chyba w dobrym kierunku, ale Ĺźadnego szlaku, drogowskazu, choćby znaczka, numerka nie było! Jak trafić na właściwą drogę lub ścieĹźkę prowadzącą na Czatyrdah? Na szczęście miałem polski przewodnik po Krymie, a w nim opisaną drogę na szczyt oraz nabytą na Krymie mapę topograficzną tutejszych gór. Dzięki nim udało się jakoś zacząć wędrówkę we właściwym miejscu. Idąc pod górę, co chwilę mieliśmy dylematy w lewo, czy w prawo? W końcu złapaliśmy języka, który poradził nam trzymać się „krasnych” znaczków. Okazało się, Ĺźe róĹźowe, ledwo widoczne, kropki na drzewach, to właśnie czerwony szlak. Upewniło to nas, Ĺźe jesteśmy na dobrej drodze. Po jakimś czasie, na róĹźowych kropkach pojawiły się nawet numerki i to zgodne z mapą, choć nie do końca, bo raz było napisane 115, a raz 116. Śmialiśmy się, Ĺźe malarzowi czasami z 6 wychodziła 5, gdy mu się nie udało zamknąć pędzelkiem dolnego kółka. Innym wytłumaczeniem było niechlujne przerabianie szlaku 115 na 116, stąd naprzemienne pojawianie się obu numerków.

Sama trasa przebiegała przez piękny bukowy las, prawie jak w Łagowie i nawet w cieniu bukowych liści nie było tak gorąco, chociaĹź zakupiona wcześniej woda schodziła jak przysłowiowa woda. Wszak termometry w cieniu wskazywały ponad 30ºC. Potem zaczęły się strome podejścia, które niejednokrotnie trzeba było pokonywać nawet na czworaka. Bukowy, strzelisty las przeobraził się, w las baśniowy o dziwnie powyginanych i wieloramiennych konarach, które sprawiały wraĹźenie, jakby chciały coś chwycić, pójść dalej, pochylić się, a w najlepszym razie zastygły w dramatycznej pozie na wiele lat.

Wyszliśmy w końcu ponad granicę lasu, zaczął się suchy stok – step i obficie występujące wapienne krawędzie skał. Podejście nadal ostre, słońce praĹźy, Ĺźadnego drzewka, upał niemiłosierny. A my twardo, niczym konie w kieracie – na Czatyrdah! Gorzej, Ĺźe jak zabrakło drzew, to skończyły się teĹź róĹźowe znaki wyznaczające nam drogę. Jak więc mamy iść dalej, skoro przed nami tylko wzgórza i step. Jaki kierunek jest właściwy? Na szczęście dokładna mapa i właściwa orientacja w stronach świata pozwoliły nam wybrać właściwą drogę i po około 2 godzinach, uciążliwego marszu, osiągnąć masyw Czatyrdah. W tym miejscu warto zauwaĹźyć, Ĺźe nie ma góry o tej nazwie. Czatyrdah to masyw górski z wieloma wypiętrzeniami, z których najwyĹźsze ma nazwę Eklizi Burun i wznosi się na wysokość aĹź 1527m n.p.m! A przecieĹź nadal jesteśmy nad morzem!

Będąc juĹź na Czatyr – Dachu, zafundowaliśmy  sobie długi odpoczynek, gdyĹź droga i upał mocno przetrzebiły nasze siły. Chłodny, na tej wysokości, wiatr koił i owiewał nasze spocone ciała, a ja stanąłem dumnie ze zbiorem poezji Mickiewicza, który w tym celu przytaszczyłem aĹź z Polski i na głos, z pełnym przejęciem wyrecytowałem sonet:

„(…) Maszcie krymskiego statku, wielki Czatyrdahu!

O minarecie świat! O gór padyszachu!

Ty nad skały poziomu uciekłszy w obłoki,

Siedzisz sobie pod bramą niebios, jak wysoki

Gabryel pilnujący edeńskiego gmachu; (…)”

Powrót na dół był juĹź tylko formalnością, choć ostre zejścia przysporzyły jeszcze trochę kłopotów.

Z przełęczy Angorskiej, pojechaliśmy trolejbusem kursującym z Symferopola do Ałuszty (30km), by w tym większym kurorcie odnaleźć bankomat i wybrać pieniążki, których zapas powoli zaczynał się kurczyć. Trolejbus, którym jechaliśmy, w cywilizowanym kraju stałby juĹź pewnie od lat w muzeum, gdyĹź jego produkcja to prawdopodobnie lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, ale mimo to, powoli i bezpiecznie, mimo statecznego wieku, za zaledwie 3hr, dowiózł nas do miasta.

Przy dworcu autobusowym w Ałuszcie były 3 bankomaty: jeden nieczynny, drugi, mimo posiadania właściwych typów kart, nie chciał dać pieniędzy, a trzeci połknął stojącej przede mną Rosjance kartę, więc wolałem nie ryzykować. Ruszyliśmy w miasto, by znaleźć bankomat przy banku, by w razie problemów było z kim rozmawiać. OstroĹźność ta, na szczęście była zbyteczna, czwarty bankomat zrobił to do czego jest stworzony i co od niego oczekiwałem, nawet się nie zająknął. W domu sprawdziłem, Ĺźe przyjemność ta kosztowała mnie 15zł, ale przelicznik złotówek na hrywny był całkiem przyzwoity.

Zmęczeni zaszyliśmy się w eleganckiej (jak na Ukrainę) knajpce. Kelner posadził nas na podwyĹźszeniu z niziutką ławą. Buty zostawiliśmy przed i… rozprostowaliśmy zmęczone nogi i plecy półleżąc po turecku przy stole. Gdy po niedługim czasie, kelner przyniósł, dla mnie zimne piwo, a dla Ĺźony ciekawą sałatkę oraz herbatkę z cytryną i włączył wiatraczek, to tak nam było dobrze, Ĺźe do autobusu wpadliśmy w ostatniej chwili.

Oczywiście miejsc do Rybaczje juĹź nie było, ale znalazłem autobus do Sudaku, który jedzie przez naszą miejscowość i na szczęście miał dwa wolne miejsca.

Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście do morza. Kąpiel postawiła nas na nogi na tyle, Ĺźe mogliśmy dojść do domu, chwilę pogadać, coś zjeść i… pójść spać. Dała się nam we znaki wyprawa na Czatyrdah. Wyprawa ciężka w dwojaki sposób. Nie dość, Ĺźe trzeba było się wspiąć na 1500m n.p.m., to jeszcze słońce i upał wyssały resztki sił.

 

Poniedziałek – dzień siódmy – z przymusu na plaĹźy

 

Na dzisiaj zaplanowaliśmy wyjazd do Sudaku, do zrekonstruowanej twierdzy genueńskiej z XIV – XVw. W drodze powrotnej chcieliśmy teĹź zobaczyć Nowy Świat z wytwórnią win i szampanów oraz z rezerwatem przyrody, bo jak mówi autor przewodnika, jak ktoś chce zobaczyć prawdziwą przyrodę dawnego Krymu to tylko w rezerwatach. Rosja Radziecka pozwoliła na budowę blokowisk i budowli sanatoryjnych na terenach o wysokich walorach przyrodniczo – geograficznych. Wiele kiedyś urokliwych miejsc, straciło swój unikalny charakter. Patrząc na Rybaczje, gdzie mieszkamy, naleĹźy uznać tendencje za trwałą, gdyĹź rozwój tej miejscowości wydaje się odbywać bez Ĺźadnych ograniczeń, wbijając się nawet pensjonatami w nadmorski klif.

O 11-ej byliśmy na przystanku autobusowym, by złapać przelotowy mikrobus do Sudaku. Na tę samą porę i kurs, zebrała się całkiem spora grupa chętnych. Po pół godzinie zaczęliśmy się niecierpliwić, ale byliśmy w mniejszości. Jedna z młodych dziewcząt, oczekująca w grupie równieĹź na autobus do Sudaku, pocieszyła nas, widząc nasze zniecierpliwienie, słowami: przyjedzie, przyjedzie. Wielka jest wiara w ludziach, ale nie zawsze wiara czyni cuda. Po 12-ej straciliśmy cierpliwość, z resztą było juĹź na tyle póĹşno, Ĺźe nie było juĹź sensu jechać tak daleko, szczególnie, Ĺźe podróĹź zajęłaby nam co najmniej 1,5 godz., a mogło by się okazać, Ĺźe z Sudaku brakuje wieczornych autobusów powrotnych.

CóĹź było robić? Poszliśmy na plażę. Lepiej, przecieĹź, moczyć się w ciepłym Morzu Czarnym, niĹź czekać w słońcu na łaskawy autobus, który nadejdzie albo nie. Około drugiej przechodziłem obok dworca autobusowego. Ci, co czekali razem z nami, nadal czekali pokornie i bez szemrania. Godna podziwu determinacja!

IleĹź moĹźna leĹźeć na plaĹźy! IleĹź moĹźna pluskać się w wodzie! Namówiłem Ĺźonę na spacer wzdłuĹź morza, tym razem w kierunku zachodnim.

PlaĹźa jest rzeczywiście cudna, zbudowana z kilkucentymetrowych otoczaków. Jednak chodzenie po nich bez obuwia jest praktycznie niemoĹźliwe. Nie dość, Ĺźe stanowią trochę zbyt intensywny masaĹź stóp, to jeszcze ich temperatura, przy krymskim nasłonecznieniu, przekracza na pewno 50 ºC i po prostu parzą!

Na plaĹźy, w zachodniej części miejscowości, znajduje się regularne pole namiotowe i parking. Tak, tak, nie pomyliłem się – parking na plaĹźy. Choć, z drugiej strony, moĹźna tylko pozazdrościć noclegu w namiocie, na brzegu morza, gdy jego szum kołysze do snu. Gotowanie posiłków, granie w karty, drzemanie, przekomarzanie, śpiewanie i wszystkie inne czynności Ĺźyciowe odbywają się z widokiem na morze i przy jego nieustawicznym szumie w tle. I nie dziwota, Ĺźe mimo południowej pory, duĹźa część obozowiczów, spała, drzemała lub leniwie grała w karty, bądĹş patrzyła z rozkoszą i bezmyślnie w bezkres fal – pozazdrościć.

Wracając z plaĹźy udaliśmy się na obiad. Mnie trafił się chłodnik bez buraczków, zwany okroszką, całkiem niezły oraz ziemniaki po rybacku, czyli podsmaĹźane z cebulką, grzybkami i tłuszczem. Reszta trafiła gorzej, na przykład na rozgotowany w śmietanie kotlet z piersi drobiowej. Myślę jednak, Ĺźe eksperymentowanie i próbowanie obcych potraw, to jedna z głównych atrakcji wyjazdów zagranicznych. Nigdy nie zapomnę zamawiania potraw na Węgrzech, gdzie menu było tylko po węgiersku. Był to zwykły, ale zarazem ekscytujący totolotek. Ja wtedy trafiłem nawet przyzwoicie, bo na dziwny rosół, Ĺźona na zupę rybną, która jej nawet smakowała, syn natomiast trafił w coś na słodko, czego nie mógł zmęczyć. Ale cóĹź, podróĹźe przecieĹź kształcą.

W ramach dalszego podróĹźniczego kształcenia kulinarnego, wracając na kwaterę zakupiliśmy próbki koniaków krymskich oraz dwie śliczne firmowe koniakówki, jako niezbędny atrybut do degustacji. Wszak trzeba spróbować, który z licznie występujących w sklepach gatunków, nadaje się do zabrania do Polski, przy uwzględnieniu oczywistego parytetu jakości do ceny.

Degustując koniaczki, obejrzeliśmy w telewizji jak nasi siatkarze pobili Rosjan na olimpiadzie 3:2 i tak podbudowani poszliśmy szybko spać. Jutro wstajemy skoro świt, gdyż wykupiliśmy całodniową wycieczkę statkiem po Morzu Czarnym.

 

Wtorek – dzień ósmy – WybrzeĹźe Morza Czarnego

 

Program dzisiejszej wyprawy został wykupiony w miejscowej firmie turystycznej, oferującej zwiedzanie Krymu, drogą morska lub autobusami w najrozmaitsze miejsca półwyspu. Wybraliśmy całodniową wycieczkę morską, wzdłuĹź południowego wybrzeĹźa Krymu z kilkoma atrakcyjnymi przystankami. Mimo, Ĺźe koszt wycieczki nie był mały – 185hr (ok. 90zł) na osobę, to czekaliśmy na tę podróĹź z utęsknieniem, wszak całodniowa wycieczka wzdłuĹź wybrzeĹźa Morza Czarnego, to jest jednak coś. Jedno tylko spędzało nam sen z oczu. W jaki sposób wsiądziemy na statek w naszym Rybaczje? PrzecieĹź nie ma tu ani Ĺźadnego portu, ani nawet marnego nabrzeĹźa czy molo. Okazało się, Ĺźe nam po prostu wiary brakowało!

Około 7.50, z dwudziesto minutowym opóĹşnieniem, na obszar zatoki w Rybaczje wpłynął statek wycieczkowy i jednoznacznie skierował się dziobem w stronę plaĹźy. Po kilku minutach, między pływającymi i wylegującymi się plaĹźowiczami (a o tej porze plaĹźa była juĹź prawie pełna) statek wbił się dziobem w kamienisty brzeg morza, ledwo nie najeĹźdĹźając na ręczniki i leĹźaki. Nim ustały zgrzyty i hałasy ocierającej się blachy o kamienie, z dziobu wysunął się wąziutki trap w celu przyjęcia pasaĹźerów na pokład. Weszliśmy po chwiejących się schodkach na statek, trap podniesiono i na wstecznym biegu statek wysunął się z kamienistej plaĹźy. Cofając się w głąb morza, zabrał równieĹź ze sobą kilku pasaĹźerów na gapę. Do umocowania trapu dziobowego, podwiesiło się kilkoro dzieci bawiących się wcześniej na plaĹźy, wykorzystując odpływający statek, jako darmowy transport na kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt metrów w głąb morza.

Myślę, Ĺźe tego typu ekstremalny sport polskich 10-ciolatków nad naszym morzem, byłby nie do wyobraĹźenia, a tym bardziej cumujący statek wśród pływających na materacach ludzi, rozgarniający leżących plaĹźowiczów. Ale cóĹź, co kraj to obyczaj!

Ale nic to, jak mawiał Wołodyjowski do Baśki. Zajęliśmy miejsca na pokładzie dolnym, bo okazało się, Ĺźe pokład górny jest za dopłatą i zamykany na kłódkę, Ĺźeby nikt niepowołany nie wszedł! Ale na dole teĹź nie było Ĺşle, przynajmniej słońce nie praĹźyło. Jeszcze kilkakrotnie wbijaliśmy się w kolejne plaĹźe, lub cumowaliśmy do najczęściej bardzo steranych Ĺźyciem mól (D. l. mn. od molo), by zabierać kolejnych pasaĹźerów, z kolejnych miejscowości. AĹź wreszcie, od Ałuszty zaczęliśmy prawdziwy rejs na zachód wzdłuĹź południowego wybrzeĹźa Krymu.

Jeśli ktoś kiedyś powiedział, Ĺźe urzekło go południowe wybrzeĹźe Krymu, to się nie dziwię. Cały ten obszar, to wąska granica miedzy górami a morzem, gdzie miejsca dla osadnictwa jest bardzo niewiele. Człowiek więc, dla swoich potrzeb, wykorzystał najmniejsze skrawki w miarę płaskiego lądu by się osiedlić. Nie naleĹźy się więc dziwić, choć dla niektórych moĹźe być to profanacja, Ĺźe buduje się tu domy i pensjonaty nawet na plaĹźy. Jest to, poza oczywistymi walorami marketingowymi, często jedyne wolne miejsce między górami a morzem.

I wszystko byłoby fajnie, gdyby tutejsza architektura miała jakikolwiek pomysł, ład porządek i urodę. Współcześnie budowane obiekty nadmorskie, to 2-4 piętrowe eleganckie pensjonaty, ale budownictwo z poprzedniego okresu, w którym dominował szary beton, aĹź jeĹźy włos na głowie. Na plaĹźy, na pięknych wzgórzach i zielonych dolinach, powyrastały, 30 lat temu, szare betonowe kolosy - wieĹźowce, będące czasami pojedynczymi potworkami krajobrazu, a czasami jak w Ałuszcie czy Partenicie, tworzące ponure i obrzydliwe blokowiska. Przykre, jak estetyka poprzedniego systemu, estetyka stali i szarego betony, skutecznie zeszpeciła ten piękny krajobraz.

Wędrując wzdłuĹź wybrzeĹźa, po bliĹźszym przyjrzeniu się, okazało się, choć trudno w to uwierzyć, Ĺźe większość wybrzeĹźa od Ałuszty do Jałty została wybetonowana, zostawiając tylko niewielkie skrawki plaĹźy, z których i tak wyrastają betonowe mola, o urodzie falochronów. Moja najlepsza z Ĺźon, w przypływie natchnienia poetyckiego, określiła ten fragment krymskiego krajobrazu, jako skrzyĹźowanie kamieniołomu z nabrzeĹźem portowym. Uroczo, nie? Jest to oczywiście złośliwe, ale w duĹźym stopniu oddające ducha wybrzeĹźa między Ałusztą i Jałtą.

Pierwszy turystyczny postój mieliśmy w miejscowości Nikita pod Jałtą, gdzie znajduje się bogaty i bardzo stary, bo załoĹźony w 1812 roku, ogród botaniczny. Zwiedzaliśmy go przez dwie godziny, podziwiając rosnące na dworze (!) bambusy, róĹźne palmy, oleandry, rododendrony, cisy, sekwoje i wiele, wiele innych fascynujących roślin. Były strefy kaktusów i orchidei, obszary gajów oliwnych i drzew laurowych, a nawet korkowych. Było ciekawie i egzotycznie, tylko Ĺźe w środku ogrodu, wśród pięknych drzew i krzewów, wyrósł kanciasty, szary, obdrapany budynek dyrekcji. Niedaleko, tego niegodnego dalszej uwagi budynku, był ładny skwer, na który zwrócił nam uwagę przewodnik, gdyĹź na jego środku stał „biust pierwszego dyrektora ogrodu”. Rozbawiło nas to serdecznie, gdyĹź nie wiedzieliśmy wcześniej, Ĺźe po rosyjsku zwykłe popiersie to jakĹźe niezwykły biust!

Punktualnie o wyznaczonym czasie, statek nasz odpłynął w dalszy rejs, a gdyby ktoś się spóĹşnił, to by został. A moĹźe i został, nikt tak naprawdę nie panował nad liczbą pasaĹźerów na pokładzie. Mieliśmy tylko pilnować biletów, by za kaĹźdym razem, przy wejściu na statek, móc je okazać. Gdyby statek zatonął, to organizatorzy mieliby problem z określeniem liczby ofiar, a juĹź szczególnie narodowości.

Następnym punktem programu był Pałac Woroncowa, notabla carskiej Rosji, który w połowie XIX wieku, na stoku góry, 200m od morza, przy Ałupce, pod 1000 metrową górą Ai-Petri, zbudował sobie i dla potomności, pałac wraz z wielohektarowym parkiem w stylu angielskim z poplątanymi ścieĹźkami, strumykami, jeziorkami i wodospadami. Zamek ten zbudowany został z drogich i trwałych materiałów, gdyĹź Woroncow twierdził, Ĺźe ma być drogo i na zawsze. Zamek ten w zawierusze wojennej miał duĹźo szczęścia. Hitler, zajmując Krym, darował go „we wieczyste władanie” jednemu ze swoich feldmarszałków. Dzięki temu, pałac w swej istocie nie został zrujnowany, najwyĹźej ograbiony, ale i tak nie do końca, bo nie zdążono przed szybko postępującą Armią Radziecką. Był on równieĹź rezydencją Churchila, podczas słynnej konferencji Jałtańskiej w 1944r., w której podobno czuł się jak u siebie, gdyĹź cały pałac i park zostały zaplanowane w stylu angielskim, imitując styl architektury anglosaskiej w poszczególnych fragmentach budowli od XII do XVIII wieku.

Do innych ciekawostek turystyczno – krajoznawczych zaliczyłbym próbę zamówienia w parkowej kawiarni zimnej fanty, coli, piwa oraz kawy mroĹźonej. Otrzymaliśmy tylko zimne piwo i fantę, colę musieliśmy odmówić, bo była ciepła. Najśmieszniej miała Ewelina, gdyĹź zamiast kawy mroĹźonej dostała kawę i „maroĹźenoje” czyli lody! CóĹź, albo byliśmy niekomunikatywni, albo pojęcie kawy mroĹźonej jest tu, po prostu, jeszcze nieznane. Ale kawa został wypita, lody zjedzone i na jedno, w brzuchu wyszło!

Od Woroncowa ruszyliśmy z powrotem w kierunku Jałty. Po drodze, na krótko, zatrzymując się przy słynnym Jaskółczym GnieĹşdzie. Jest to malutki domek stylizowany na średniowieczny zameczek, zawieszony na pionowej, 100 metrowej skale, zbudowany w 1912 roku. Z daleka, z morza, budowla wygląda niezmiernie imponująco, jak jaskółcze gniazdo przylepione śliną ptasią do skały. Cały romantyzm zameczku i otoczenia odbiera w duĹźym stopniu droga przez męką, jaką jest kilkunastominutowe podejście od strony morza, przez dziesiątki straganów, które aĹź parzyły, obsypane zwałami tandety, brzydziły stadami naganiaczy do punktów fotograficznych w strojach rycerskich, ludowych i książęcych, z małpką, krokodylem, wężem, kameleonem, pawiem, sokołem, orłem i Bóg jeden wie, z czym jeszcze – obłęd! Do tego niekończący się tłum turystów, nieustannie wchodzących i schodzących po schodach. Jednak panorama z Jaskółczego Gniazda na skaliste wybrzeĹźe Morza Czarnego, sowicie wynagrodziła tę drogę.

Jałta, najsłynniejszy kurort na Krymie, miejsce równie słynnej i brzemiennej dla nas w skutki konferencji. Niestety mieliśmy tylko 1,5 godz. czasu, z czego większość zmitrężyliśmy na szukanie jadłodajni o ludzkich cenach. Okazało się, Ĺźe w Jałcie ceny w restauracjach są co najmniej dwa razy wyĹźsze niĹź w naszym Rybaczje. W końcu zjedliśmy w barze szybkiej obsługi (choć trwało to bardzo długo) i w trójkę za 150hr(75zł), co, jak na warunki ukraińskie, było sporo.

Główny pasaĹź nadmorskiej Jałty, to piękny deptak z ciekawymi drzewami, drogimi sklepami i restauracjami. Niestety niemiłosiernie kontrastują z nim poobłamywane betonowe nabrzeĹźa, z których jedne służą do parkowania statków, a drugie, w formie mola zostały zabudowane dyskotekami i kawiarniami. Przy jednym z szarych, betonowych mól, turyści urządzili sobie nawet kąpielisko, mimo ogromnego czerwonego napisu „kąpiel zabroniona”. Mieliśmy ze sobą kąpielówki, nawet ochota do kąpania teĹź była, ale obraz kąpieliska wśród betonów i stali, zdecydowanie nas zniechęcił.

Drogę powrotną z Jałty do Rybaczje uprzyjemniał nam pięknie i czerwono wschodzący księżyc w pełni oraz ślicznie rozświetlone wybrzeĹźe Krymu, z uroczo odbijającymi się w wodzie promieniami nadbrzeĹźnych latarni i romantycznie rozrzuconymi po górach pojedynczymi światełkami osad ludzkich.

 

 

 

Środa – dzień dziewiąty – Sudak - Twierdza Genueńska

 

Dziś, juĹź po raz drugi, przymierzyliśmy się do wyprawy do Sudaku. Poprzednia, sprzed kilku dni nie doszła do skutku, z bardzo prozaicznego powodu – autobus nie przyjechał. Dzisiaj wybraliśmy się wcześniej, gdyĹź około dziewiątej były aĹź dwa autobusy w tym kierunku, a w związku z tym była większa szansa powodzenia. Jednak i tym razem niewiele brakowało, by wycieczka nie doszła do skutku, gdyĹź jeden z pojazdów „połamałsja” – jak rzekła pani w kasie. Na szczęście (?) biletów w kasie nie udało nam się kupić. Kierowca drugiego autobusu, który jechał tą samą trasą, co „połamany”, odmówił zabrania nieszczęśników z wykupionymi biletami na popsuty autobus, każąc im czekać na zapasowy. Nas natomiast, bez biletów, zabrał bez problemu na miejsca stojące, inkasując do kieszeni 45hr.

Droga autobusem do Sudaku przysporzyła kolejnych niezapomnianych wraĹźeń. Tym razem twórcą atrakcji nie był szalony kierowca, lecz stwórca, fałdowanie alpejskie i morze. Przejazd przez wielokrotnie pozwijane serpentyny, poobwijane wokół stromych wzgórz, pod którymi leniwie rozpościera się morze, skąd rozpościerały przepastne widoki na doliny o stromych zboczach, konsekwentnie dążące do morza i ostatecznie zanurzające się w nim. Z drugiej strony towarzyszyły nam piękne i spokojne winnice porozkładane na łagodnych, południowych zboczach. Poezja!

Na dworcu w Sudaku, nauczeni doświadczeniem, od razu kupiliśmy bilet powrotny, mając jednak nadzieję, Ĺźe autobus się nie popsuje. Chcieliśmy udać się do centrum, lecz okazało się, Ĺźe z dworca do śródmieścia to prawie 30 minut pieszo! Jedynym rozwiązaniem była marszrutka. Pierwsza, która przyjechała, była tak nabita, ze z przystanku weszło tylko kilka osób, z drugą było podobnie. Postanowiliśmy więc skorzystać z usług prywatnego przewoĹşnika, który rozklekotaną ładą za 30hr (15zł) zawiózł nas do samej Twierdzy Genueńskiej, która była podstawowym celem naszej podróĹźy, omijając zbędne nam, w tej chwili, centrum.

Twierdza ta została zbudowana w XIV – XV wieku przez konsulów genueńskich i zajmuje przeszło 30hektarów powierzchni! Ponoć od prawie 40 lat jest teĹź rekonstruowana, jednak wiele elementów murów, baszt, budynków są oryginalne, średniowieczne. Twierdza robi duĹźe wraĹźenie na zwiedzających z dwóch powodów. Jest rzeczywiście ogromna, zajmuje tak wielki obszar, Ĺźe stojąc w środku i patrząc na ciąg murów obronnych, ma się wraĹźenie jak byś się dopiero zbliĹźało do twierdzy, z tym, Ĺźe mury są dookoła! Największe jednak wraĹźenie, robi jej połoĹźenie. Jest ona połoĹźona na ogromnej górze, częściowo skalistej, która ostrym, kilkusetmetrowym obrywem spada do morza. W te urwiska, wypiętrzenia, pagórki, wkomponowane są, grube na 6metrów, mury i baszty. W najwyĹźszym punkcie góry, tuĹź nad urwiskiem znajduje się WieĹźa Panieńska, z której roztacza się, zapierający dech, widok na zatoki, góry morze i osiedla Sudaku. Wydaje się, Ĺźe gdyby przyszło, nie daj BoĹźe, spadać z tej skały, to nie starczyło by oddechu, by krzyczeć aaaaaaaaaa…, trzeba by było ze dwa razy wziąć oddech nim sięgnęło by się dna. Widok ten, choć powodował drĹźenie łydek, wart był trudu jazdy i wspinaczki, a wejście na szczyt po wyślizganej skale, nad przepaścią, wymagało duĹźego skupienia, uwagi i odwagi. Ale było warto.

Niedaleko od Sudaku znajduje się kurort Nowy Świat, znamy teĹź z produkcji win i win musujących zwanych tu bez Ĺźenady szampanami. Z resztą mało kto zaprząta sobie tu głowę europejskimi regulacjami prawnymi. Nie dość, Ĺźe moĹźna tu kupić szampan z Krymu (a nie z Szampanii), koniak z Koktebela czy z Jałty (a nie z prowincji Cognac), to jeszcze moĹźna bez problemów kupić ordynarne pirackie CD ze stolika na ulicy, opisane odręcznie pisakiem, nawet niepróbujące upodobnić się do oryginałów.

Zatłoczoną marszrutką przejechaliśmy 6km z twierdzy do Nowego Świata i… wysiedliśmy w zupełnie nowym świecie. Park, ławeczki, oryginalna, zadbana roślinność, kwiaty, krzewy, czysto i kolorowo. Jakoś tak inaczej – ładnie. Wyszliśmy nad zatokę. Piękna promenada wzdłuĹź morza i plaĹźy, kwitnące drzewa, kwiaty, ławeczki obok restauracji, kawiarnie, ale ceny juĹź solidne – piwo nawet 12hr (6zł). PlaĹźa zadbana, ale niestety płatna – 10hr. Głupio tyle płacić, skoro chcemy tylko chwilę tyłki pomoczyć. Targowałem się zawzięcie, ale się nie udało. Poszliśmy 200m dalej na dziką. JuĹź nie było tak pięknie, ale jak na warunki krymskie, całkiem znośnie. Straszyła tylko stara, pordzewiała siatka, oddzielająca część płatną od bezpłatnej. Ogólnie Nowy Świat zrobił na nas pozytywne wraĹźenie, choć nie znamy szczegółów jakości pobytu w tym kurorcie. MoĹźna przypuszczać, Ĺźe jak na całej Ukrainie, tak i tu jest problem z systematycznym dostarczaniem wody, gdyĹź przed domkami letniskowymi, widać było przygotowane na zapas duĹźe bukłaki z wodą.

ZnaleĹşliśmy równieĹź wytwórnię win, niestety nie starczyło nam czasu na jej zwiedzenie. Odwiedziliśmy więc tylko sklep firmowy, ale bez zakupów, gdyĹź ceny były turystyczno – pamiątkarskie. Zresztą popróbowałem trochę „wina na rozliw", nalewanego tak jak u nas piwo – z przysłowiowego „kija”. Nic szczególnego, właściwie tanie, jednoroczne wino. Bez Ĺźalu więc, odeszliśmy bez zakupów, bo czas naglił.

Na przystanku autobusowym (marszrutkowym) w Nowym Świecie przywitał nas tłum ludzi czekających na to samo co my, czyli autobus do Sudaku. Nie było szans, by w krótkim czasie dostać się do mikrobusa. Musieliśmy więc ponownie skorzystać z prywatnego środka transportu. Po krótkim targowaniu, ustaliliśmy cenę i trasę. Kierowca miał nas zawieźć na dworzec autobusowy, a po drodze zatrzymać się przy duĹźym sklepie w Sudaku, byśmy mogli zrobić zakupy. Za ustalone 50hr nie było Ĺźadnego problemu.

Kierowca nasz okazał się Azerem o ciekawych poglądach i doświadczeniach Ĺźyciowych. Na pytanie, które wynikło w trakcie rozmowy o problemach kaukazkich, „Czy wy teĹź nie lubicie Ruskich?” A dlaczego mamy ich nie lubić? – odpowiedział pytaniem na pytanie – My się tylko z nimi bijemy! Zresztą bijemy się ze wszystkimi: z Ormianami, Ruskimi, Gruzinami i wszystko wygrywamy! – chwalił się.

Na moje uwagi, Ĺźe wojna jest straszna, Ĺźe niesie niepotrzebne cierpienia, odpowiedział, Ĺźe jak do wszystkiego, tak i do wojny moĹźna się przyzwyczaić. Sam teĹź byłem 5 lat na wojnie i nic w tym okropnego – opowiadał – ot jeden z kolejnych sposobów na Ĺźycie.

Byłem pod dużym wrażeniem opowieści Azera i jego stosunku do wojny. Dowodzi to tylko jednego. Nasze europejskie myślenie, nasz system wartości i wrażliwości, może być zupełnie niekompatybilny z kulturami w innych częściach świata. I może usilne zaszczepianie naszego myślenia innym kulturom jest zwykłą kolonizacją kulturową? Wszak nasze systemy wartości wcale nie muszą wartością dla innych kulturach. I wcale nie znaczy to, że ich wartości, czy systemy są lepsze albo gorsze! Są może tylko inne?

Jednak, nasz przewoźnik, serdecznie zapraszał na Kaukaz opowiadając, że tam dopiero jest pięknie!

Tak, na pewno – pomyślałem i przypomniał mi się białoruski Polak, profesor medycyny, który na moje uwagi o szaleńczych wyczynach tutejszych kierowców powiedział, Ĺźe to pieszczoszki w porównaniu do Gruzinów na Kaukazie, którzy gorszym sprzętem, na jeszcze gorszych drogach jeĹźdżą jeszcze bardziej brawurowo. Roztoczył tu wizję rozklekotanego autobusu z lat 60-ych, wypełnionego po brzegi pasaĹźerami,  z piskiem łysych opon jadącego po dzikich, szutrowo – asfaltowych serpentynach nad przepastnymi przepaściami, nad którymi nie ma Ĺźadnych zabezpieczeń. Brr…

Mając w kieszeni wykupiony wcześniej bilet, bezpiecznie wsiedliśmy i dotarliśmy do domu, w ogóle nie przeĹźywając faktu, iĹź jeden ze współpasaĹźerów włoĹźył na półkę nad nami torbę z otwartym piwem, które oczywiście zaczęło się wylewać na nas. To szczegół! Z resztą było zimne, co w tym upale nie było, tak zupełnie, bez znaczenia.

 

Czwartek – dzień dziesiąty – W góry

 

Dziś z rana wybrałem się z Kubą w pobliskie góry. Według mapy, od Rybaczje odchodzi prosty szlak o numerze 167 na Górny Kras Krymu, rozciągający się na wysokości 1000m n.p.m. Wyzwaniem miał być ponad trzydziestostopniowy upał i wysokość. Wszak zaczynaliśmy wycieczkę od poziomu zero.

Po krótkim spacerze stwierdziliśmy, Ĺźe nie ma tu Ĺźadnych oznaczeń tras turystycznych. Korzystając więc z nieocenionej mapy topograficznej, ustaliliśmy trasę wzdłuĹź wysychającego strumyka, uznając ją arbitralnie za właściwą. Niestety doprowadziła nas do Ĺźółto – rdzawego szlabanu z napisem „wchoda niet”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy przejścia nie ma. Na dodatek w budce stał wartownik, który widząc nas idących w jego kierunku, sympatycznie zapytał „A wy kuda?” – czytać nie umiecie? Wtedy pokazałem mu mapę, według której szlak prowadzi dokładnie przez winnicę, której tak odwaĹźnie strzeĹźe. Na początku kazał nam wrócić i gdzieś w biurze starać się o przepustki. Po naszych protestach, Ĺźe szkoda czasu, Ĺźe my turyści i im winogron nie wyĹźremy, łaskawie nas przepuścił. Pierwsze kilka kilometrów wiodło piaszczystą pylącą drogą wśród winnic. Po półtorej godzinie marszu w spiekocie i wśród uroczych winorośli, które jednak nie dawały cienia, dotarliśmy na rozstaje dróg i stanęliśmy by podjąć decyzję o wyborze trasy po konsultacji z mapą. Wtedy zza wiekowego autobusu, którego urok moĹźna jeszcze pamiętać ze starych radzieckich filmów, który pewnie słuĹźył juĹź tylko za pomieszczenie socjalne, wynurzył się pracownik winnicy i zawołał do nas:

- Maładcy, turisty, ja wam pamagu!

Wyjaśniliśmy uczynnemu Rosjaninowi, gdzie chcemy się dostać, a on skrupulatnie nam wyłuszczył, jak najłatwiej przez winnicę dotrzeć na właściwą „trapinkę”  - pewnie ścieĹźkę – pomyślałem. Rzeczywiście za winnicą, jak nam wytłumaczono, znaleĹşliśmy za smukłymi topolami małe sztuczne jeziorko, służące do nawadniania winnicy. Wchodząc na jego brzeg, wypłoszyliśmy ogromne ilości Ĺźab, z których jedna, leżąc rozkraczona w wodzie, z uporem przez cały postój wpatrywała się w nas. MoĹźe to była księżniczka i trzeba było ją pocałować? Ale jakoś nie było chętnych.

Po krótkim odpoczynku, uzupełnieniu płynów, poszliśmy dalej, rzeczoną wcześniej „trapinką". ZnaleĹşliśmy się na wąskiej kamienistej dróĹźce, wystawieni pod idealnym kątem, jak winogrono, na działanie niemiłosiernych promieni słonecznych. Szliśmy wzdłuĹź grubej stalowej rury (około 3 calowej), którą, gdzieś z góry dostarczana jest woda do miniętego, dopiero co, zbiornika. Wokół nas rosły, a właściwie wysychały skarłowaciałe jabłonie, śliwki, róĹźe, dęby oraz inne drzewa i krzewy, które niestety nie potrafiły dać choć odrobiny cienia. Mimo to, miejsce, w jakim się znaleĹşliśmy, na tym etapie naszej wyprawy, było przecudne. Nad nami cel naszej wędrówki – pionowe wapienne wypiętrzenia Górnego Krasu Krymu, w dole ścielące się hektary równych zielonych połaci winnic. Wszędzie cicho, spokojnie i bezludnie. W ciągu 5 godzin całej wyprawy, tylko raz spotkaliśmy trójkę turystów schodzących z gór.

Niestety nie osiągnęliśmy celu naszej wyprawy. Zabrakło nam czasu. Tak upalna pogoda, nasłonecznione strome podejścia, wymagały częstych postojów, odpoczynków, a Kuba musiał o 17-ej być z powrotem, poniewaĹź jechał z Eweliną i Krzysiem na wycieczkę do delfinarium.

Widząc, Ĺźe nie damy rady dojść do celu, zrobiliśmy sobie dłuĹźszy postój pod rosochatym drzewem na pięknym tarasie, z którego rozciągał się wyśmienity widok na góry, winnice, jeziorka, a w dali, niknące we mgle, Morze Czarne.

Ślady pozostawione przez turystów, świadczyły o tym, Ĺźe miejsce to niejednokrotnie słuĹźyło jako baza noclegowa. Zresztą moje obserwacje tutejszego górskiego ruchu turystycznego, wskazują, Ĺźe w krymskich górach, jak i na krymskich plaĹźach, moĹźna obozować, gdzie się komu podoba. Skoro jest obozowisko, musi być teĹź i gdzieś woda. Po krótkim rekonesansie znalazłem obetonowane Ĺşródło zasilające 3 calową rurę, która z kolei zasila jeziorko do nawadniania winnicy oraz wcinkę w rurze, która słuĹźy turystom, za obfite Ĺşródło wody. Spragnieni, spoceni i przegrzani, postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw Ĺşródlanej wody. Najpierw nabraliśmy jej pełną butelkę… pyszna, zimna, aĹź zęby trzeszczą. Potem… zdjęliśmy koszulki i czapki i namoczyliśmy je w Ĺşródlanej wodzie. Ubieranie się w mokrą, lodowatą koszulkę powodowało głęboki szok termiczny, ale było warto, korzyść była bezapelacyjna – wreszcie było chłodniej. Chłodu koszulkowego starczyło na około godzinę drogi powrotnej, potem czapki i koszulki wyschły. Musieliśmy więc powtórzyć czynność przechodząc powtórnie koło zbiornika wody do podlewania winnicy. Tym razem jednak, nawet nie wykręcaliśmy koszulek, tyko ubieraliśmy ociekające, a czapki zakładaliśmy pełne wody! IleĹź było z tym zabawy. Oczywiście ponownie pomogło to w walce z dzikim i niemiłosiernym skwarem, ale nim doszliśmy do domu, byliśmy ponownie całkiem suchutcy.

Zdążyliśmy na obiad, dzieci pojechały do delfinarium, a mi pozostał niedosyt. Coś czuję, Ĺźe w sobotę jeszcze raz zaatakuję Górny Kras Krymu, bo jutro nie. Jutro bogata w atrakcje wycieczka do Bakczysaraju, do skalnych miast i do Wielkiego Kanionu, ale nie Colorado.

 

Piątek – dzień jedenasty – Bakczysaraj i okolice.

 

Pobudka o szóstej rano. O siódmej miał podjechać samochód osobowy z kierowcą, który miał nas zabrać na całodniową wycieczkę do Pałacu Chanów (nie chamów) w Bakczysaraju, Uspieńskiego Monastyru, skalnego miasta Karaimów Czufut – Kale oraz na Krymski Wielki Kanion.

Przewoźnik był, wydawać by się mogło, dość drogi, bo życzył sobie za całodniową usługę 700hr (350zł), ale i tak wychodziło taniej, niż gdyby wykupić wycieczkę w biurze turystycznym. Poza tym posiadanie własnego samochodu z kierowcą pozwalało zachować własne tempo zwiedzania bez zbędnego pośpiechu, czy spieszenia na spotykanie o wyznaczonej godzinie. Rzeczywiście program dzisiejszego dnia był realizowany w spokojnym, wręcz dostojnym tempie, a mimo to zobaczyliśmy bardzo dużo.

W pierwszym rzędzie skierowaliśmy się do Bakczysaraju, by skoro świt około 9-ej, zawitać do pałacu chanów krymskich, którego historia sięga ponad 500lat wstecz. W drodze do pałacu, nasz kierowca, a zarazem trochę przewodnik, Rosjanin, pokazywał nam dowody wracania Tatarów na Krym. Zwrócił naszą uwagę na dziwne osiedla połoĹźone na pustkowiu zabudowane malutkimi domkami, wielkości altanek ogrodowych. Okazało się, Ĺźe Tatarzy nie mając dokąd wracać, zajmują nieuĹźytki i wykorzystując, bliĹźej nie sprecyzowane, uwarunkowania prawne, zabudowują je domeczkami 2x2m. Ponoć prawo, nie moĹźe im tego zakazać. Po „uprawomocnieniu’” się „osiedla”, łączą działeczki w większe, a na miejsce altanek budują normalne porządne domy. Na moje pytanie, czy Rosjanie nie obawiają się ich powrotu, odpowiedział, Ĺźe na razie nie, choć w przyszłości mogą być problemy, gdyĹź w rodzinie rosyjskiej rodzi się jedno, góra dwójka dzieci, a u Tatarów nawet piątka, czy szóstka.

Ale wróćmy do pałacu. Zwiedziłem w Ĺźyciu wiele zamków, pałaców, warowni, ale ten był inny. Niby teĹź bramy, podwórze, sale gościnne, audiencyjne, bawialne…, ale wszystko jednak odmienne, w innym klimacie. Niby sale duĹźe, podwórze obszerne, ale wszystko jakby niĹźsze, bardziej zwarte, przesiąknięte duchem wschodu. Oryginalne barwy, ornamentyka i oczywiście wyjątkowa architektura łącząca przepych ze smakiem i rozmach z przytulnością. Bo gdy się tak bliĹźej przyjrzało siedzibie chanów, to tak naprawdę wszystko było inne: okna wprawdzie z witraĹźami, ale małe i wysoko pod samym stropem, niskie siedziska, pokryte kapami i poduchami, kamienne podłogi, ale inkrustowane, drewniane bogato i niepowtarzalnie zdobione ościeĹźa i podpory. Dopełnieniem oryginalności pałacu i całego kompleksu pałacowego były dwa rodzynki: meczet i harem. Okrasą, kruszonką tego ciasteczka były niezmiernie oryginalne fontanny: dwie na dziedzińcu, słynna fontanna łez i fontanna złota, jedna w altanie letniej i ostatnia w ogrodzie. KaĹźda inna, w innym otoczeniu, tworząca inny nastrój, spełniająca inną rolę.

Po wyjściu z pałacu chana, zapoznaliśmy się z całym kompleksem budowli, czyli: cmentarzem chanów, mauzoleum Dilary Bikecz, wieżą, parkiem oraz oczywiście straganami.

Meczet, niestety był zamknięty, cmentarz prawie teĹź, gdyĹź pisało „Wchoda niet”, Ale skoro krata była uchylona, to stwierdziliśmy, Ĺźe czytać po rosyjsku nie musimy umieć i wleĹşliśmy.

Między białymi ścianami wiekowych murów, na niewielkiej, w sumie, przestrzeni, wśród białych kamienistych ścieĹźek, pod drzewami i wysokimi krzewami, rozrzucone były, bez widocznego planu,  nie zawsze prostokątne, sarkofagi. To tutaj leĹźy pięćsetletnia historia Chanatu Krymskiego, najwięksi wodzowie, największe miłości i mądrości tatarskiego państwa. Spoczywa tu 16 chanów krymskich.

Większość z sarkofagów, mimo oczywistej wiekowości, była w całkiem dobrym stanie. Pięknie rzeĹşbione z wyrytymi cytatami z Koranu. Na wielu z nich zachowały się nawet, charakterystyczne kamienne turbany zwieńczające pomnik. W takich nekropoliach moĹźna przez chwilę poczuć ducha czasów, które dawno minęły, a takĹźe oddać się filozoficznym refleksjom na temat trwania i przemijania, rozwaĹźając sens walki o dobra i sławę doczesną. Wszak kaĹźdy z leżących tu władców był kiedyś waĹźny, wielki i dumny. Wielu gięło przed nimi kark. Budowali, niszczyli, kochali, nienawidzili i co z tego zostało? Pamiątka, pomnik? Gdzie ich wielkość i duma? Zostali tylko śladem w historii i dziwowiskiem dla turystów. Chanów juĹź nie ma i pewno nie będzie, choć głowy nie ma co dawać. Wszak osiedla tatarskie rosną, a samych Tatarów co raz liczniej widać w barach i restauracjach, które prowadzą.

Szczególnie duĹźo Tatarów jest w okolicach Bakczysaraju, który uwaĹźają za swoją duchową stolicę. Jest to oczywiście związane z obecnością dowodów ich historii, a więc meczetem, pałacem i cmentarzem historycznych władców.

Po atrakcjach kultury tatarskiej, zostaliśmy przewiezieni w pobliĹźe prawosławnego klasztoru, Monastyru Uspienskiego, którego początki sięgają prawdopodobnie nawet IX wieku. Ten wykuty w skale prawosławny klasztor, działał praktycznie bez przerwy nawet pod dominacją tatarską. Popadł w ruinę dopiero po 1920 roku, pod „panowaniem” władzy radzieckiej. Obecnie, od 1993 roku klasztor odbudowuje się, a nawet rozbudowuje. Poza walorami religijnymi, gdyĹź miejsce to jest celem pielgrzymek wyznawców prawosławia, monastyr ten zachwyca połoĹźeniem i architekturą. Wykuty i wkomponowany w ogromną skałę, górę, typu naszych Gór Stołowych. Główna sala cerkwi (klasztoru), cele mnichów, są wykute we wnętrzu góry. Niewiele pozwolono nam zwiedzać, ale tam, gdzie nas wpuszczono (bezpłatnie) wystarczyło, aby poczuć urok i klimat prawosławnego monastyru.

Rzesze ludzi w chustach i przepaskach (głównie kobiety), modlące się przed ikonami i relikwiami, palące długie, cienkie wotywne świece, czyniące przed czołem i piersiami, charakterystyczny dla prawosławia wielokrotny znak krzyĹźa. Wszyscy odwiedzający klasztor musieli być odpowiednio ubrani, dlatego ja i moja rodzinka, która miała zbyt krótkie spodenki musiała przebrać się w przewiązywaną w pasie spódnicą, by nie uraĹźać, zbyt lekkim strojem, powagi miejsca świętego.

Zupełnie co innego, niĹź w pałacu chana. Inna kultura, zwyczaje, ludzie, architektura, klimat. Wszystko. A przecieĹź przez setki lat kultury te Ĺźyły obok siebie, funkcjonowały i to nawet blisko siebie. Wszak w ciągu zaledwie pół godziny podróĹźy dokonaliśmy galaktycznego skoku kulturowego. Od muzułmańskiego chanatu po głębokie i surowe prawosławie.

Ale to nie koniec doznań na dziś. Za klasztorem czekała nas górska droga do skalnego miasta Karaimów Czufut – Kale, którego historia jest równieĹź bardzo bogata, bo obejmująca panowanie Karaimów (odłam Judaizmu), tatarów, chrześcijan, a takĹźe ich wspólne Ĺźycie w mieście – twierdzy przez wiele wieków. Ostatni Karaimowie Ĺźyli tu, w Czufut – Kale, jeszcze w połowie XIX wieku, a pierwsze ślady osadnictwa  to nawet X wiek.

Najciekawszym jest jednak to, Ĺźe miasto to połoĹźone na masywie skalnym ok. 500m n.p.m., otoczone murami i urwiskami, w części mieszkalnej zostało fizycznie wykute w skale! Mimo, Ĺźe miasto wygląda na mocno sponiewierane przez historię, ale zakres i rozmiar budowli zarówno zewnętrznych jak i podziemnych, robi kolosalne wraĹźenie. Oprócz typowych gdzie indziej murów i kamiennych budowli, szokują rozmieszczone na brzegach przepastnych urwisk, wykute w litej skale, korytarze, pomieszczenia i mieszkania. DuĹźe przestronne sale, z oknami w urwisku skalnym, często wielo izbowe, a nawet wielokondygnacyjne! Nawet teraz, po tylu wiekach, mogłyby stanowić bezpieczne schronienie, chociaĹźby dla turystów. Wspaniała akustyka kamiennych sal, doskonale nadaje się do prezentacji klimatycznych i nastrojowych utworów. Własność tą wykorzystywał, w jednej z grot, młody człowiek, grając raz na gitarze, raz na flecie godnie i uczciwie pracując, na  licznie spływające od turystów,  drobniaki. Piękne wnętrze, wyśmienicie komponuje się z muzyką klasyczną, dlatego i ja nie Ĺźałowałem grubszych drobniaków grajkowi.

Warto jeszcze zaznaczyć, Ĺźe północna krawędĹş miasta, to obłędna przepaść, z której rozciąga się przepyszny widok na pobliskie góry, urwiska, a przede wszystkim na wąwóz w dole pod nami – prawie jak w Kanionie Colorado! Niezapomniane chwile. Jeszcze teraz pisząc, jak przymknę oczy, widzę białą skałę urwiska oraz czuję mrowienie w nogach, na myśl, Ĺźe stoję na jego krawędzi.

Po ostrym marszu w dół, wróciliśmy do naszego kierowcy, który czekał na nas pod monastyrem i skierowaliśmy się z powrotem do Bakczysaraju, gdzie postanowiliśmy zjeść obiad.

Wcześniej, przed pałacem chana, otrzymałem reklamówkę restauracji z kuchnią tatarską. Po krótkiej analizie ulotki, postanowiliśmy zaryzykować i spróbować innego jedzenia.

Restauracja była połoĹźona na werandzie domu lub pensjonatu, dokładnie zadaszona i wyposaĹźona w miejsca dla klientów do siedzenia „po turecku”. Zdjęliśmy więc buty i wygodnie rozparliśmy się na licznych poduchach. Po trudach wspinaczki na Czufut – Kale, zwiedzania monastyru i pałacu chanów, było to miłe ukojenie dla naszych pleców i nóg przy delikatnie wiejącym wietrzyku. Zaczęliśmy studiować kartę, ale jufak asz, łagman, szurpa, jazma (to zupy) czy dołma lub sarma (drugie dania) nic nam nie mówiły i musieliśmy poprosić kelnerkę o pomoc. Z dużą Ĺźyczliwością i cierpliwością przybliĹźała nam, ta miła pani, proponowane dania. W końcu zamówiliśmy:

Ja – zamówiłem jufak asz, czyli rosół z malutkimi pieroĹźkami z mięsem, klejonymi tak jak u nas uszka – pycha! Zamówiłem teĹź Tatar asz Dołma, czyli małe faszerowane papryczki.

Dziewczyny zamówiły jazmę, czyli chłodnik na kefirze z ogórkami, zieleniną, czosnkiem i drobiowym mięsem, trochę podobny do ukraińskiej okroszki. Twierdziły, Ĺźe ta gęsta kefirowa zupa była świetna, ale mi bardziej odpowiada okroszka z kiełbasą. Z resztą wszyscy próbowali dań wszystkich, wszak jest to ogromnie ciekawe doświadczenie popróbować nowych atrakcyjnych dań i to jeszcze na Krymie w Bakczysaraju!

Chłopaki, czyli Kuba i Krzysiek zamówili sarmę, czyli sześć maluteńkich gołąbków w winogronowych liściach! Dobrze, Ĺźe było ich aĹź tyle, bo łatwiej im było się dzielić z bliĹşnimi. Było to rzeczywiści oryginalne danie. Mięso ciekawie i ostro przyprawione, natomiast liście były w czymś wyraĹşnie marynowane o lekkim kwaskowatym smaku. Kuba spałaszował wszystko ze smakiem, natomiast Krzysiek wyjadał tylko środki, karmiąc liśćmi swoją mamę.

Do tego były jeszcze róĹźne soki i piwo. Tak nam było dobrze i smacznie, Ĺźe po obiadku zaserwowaliśmy sobie jeszcze kawę i ciastka. Kawa w malutkich filiĹźaneczkach parzona – wyśmienita, natomiast ciasta były za słodkie, nawet zostały. Za wszystkie te rozpusty, po ponad godzinie ucztowania, pół siedząc pół leżąc, zapłaciliśmy około 180hr (90zł) – taniocha!

Wróciliśmy do rozleniwionego kierowcy. Przed nami ostatni etap dzisiejszej wyprawy – Wielki Kanion Krymu. Droga do niego była wąska, górzysta i kręta. Nasz „waditiel”, zwyczajem wszystkich tutejszych kierowców, ostrą jazdą próbował wzruszyć zawartość naszych Ĺźołądków, które mimo małych problemów wytrwały.

Pierwsza informacja, jaką zobaczyliśmy przy wejściu na szlak do Wielkiego Kanionu, była taka, ze cała wyprawa zajmie nam około 3 godzin, a my na dodatek nie dość, Ĺźe byliśmy z pięciolatkiem, to jszcze poprzednie atrakcje dały się trochę we znaki; a dzień juĹź powoli się chylił. Ale poszliśmy. DróĹźka prowadziła raz w górę, raz w dół. Raz przez szemrzący strumień, raz nad nim, ale cały czas wiodła nas konsekwentnie w górę i przez las. Dzięki temu wycieczka nie była uciążliwa Ĺźarem słońca, choć na pewno nie naleĹźała do najłatwiejszych, ze względu na, delikatnie mówiąc, ciekawe ukształtowanie terenu.

Droga wiodła co raz głębszym wąwozem, prowadząc nawet środkiem strumienia, po fantastycznie wyrzeĹşbionych, w misy i oczka, głazach i skałach. W końcu po godzinie niespiesznej drogi dotarliśmy na dno wąwozu i wysoki próg skalny, a więc koniec szlaku i oczekiwana Wanna Młodości. Pchani odwiecznym marzeniem wapniaków, by być młodym (to ja) oraz chęcią sprawdzenia siebie i szpanowania (to Kuba), urządziliśmy sobie kąpiel w ogromnej misie skalnej o głębokości nawet 3metrów i temperaturze wody 11ºC.

Po całym dniu zwiedzania, chodzenia, pocenia się pod górkę i w samochodzie, taka kąpiel była wspaniała i zbawiennie orzeĹşwiająca, choć powiem uczciwie, Ĺźe pierwsze zanurzenie, w tak lodowatej wodzie, nie było łatwe. Dziewczyny i Krzysiek zdobyły się tylko na zamoczenie nóg, twierdząc, nie bez racji, Ĺźe chyba trzeba mieć coś z głową, by się w tym kąpać.

Powrót przebiegał bez zakłóceń. Pokonanie całej trasy, wraz z zabawą w wodzie, zajęło nam zaledwie 2,5 godziny, a nie 3, jak straszyli! Powrót samochodem przeszedłby pewnie bez większych wraĹźeń, gdyby nasz kierowca, po otrzymanym telefonie z domu, nie zaczął się nagle spieszyć.

Ciemna była noc, gdy w drodze powrotnej zaczęły się nadmorskie serpentyny. Stary, dwudziestoletni opel, którym jechaliśmy, na podjazdach i na zjazdach, dawał z siebie wszystko. Droga ciemna, Ĺźe oko wykol, zakręt za zakrętem i całkiem jeszcze spory ruch. A nasz „waditiel”, zupełnie niewraĹźliwy na nasze obiekcje, rwał do przodu, wyprzedzał pod górkę i na zakrętach, jeĹşdził lewą stroną, ścinał zakręty. Samochód na wiraĹźach łapał pobocze, cudem nie wpadając w poślizg. Jakimś szóstym zmysłem kierowca wyczuwa pod którą górką i na którym zakręcie moĹźna poszaleć i wyprzedzać, a na którym zwolnić. Lecz nam za kaĹźdym razem, na kaĹźdej górce, na kaĹźdym wiraĹźu i przy kaĹźdym wyprzedzaniu, Ĺźołądek skakał do serca, a serce do gardła. Jadąc tą ekstremalną trasą, w którymś momencie, zobaczyliśmy niebieskie migające światła policji i pogotowia oraz starą ładę po dachowaniu. Mieliśmy nadzieję, Ĺźe ta sytuacja da naszemu kierowcy coś do myślenia, ale on tylko lekko zwolnił, ominął wrak samochodu i pomknął dalej. Na moje nieśmiałe napomknienie, Ĺźe to straszny wypadek, odpowiedział nonszalancko, Ĺźe u nas to normalne i chyba jeszcze przyspieszył, albo tak mi się, po tym wszystkim, zdawało.

DuĹźo nas kosztował ten powrót, a szczególnie mnie, gdyĹź siedziałem w pierwszym rzędzie, po prawej stronie kierowcy. Po jeĹşdzie bolała mnie nie tylko noga od wciskanie wyimaginowanego hamulca, pojawił się takĹźe siniak na ręce od kurczowego trzymania się uchwytu. Ale dzięki Bogu i wielu „zdrowaśkom” dojechaliśmy. Na miejscu, na skołatane nerwy, kojący i rozluĹşniający był kieliszek krymskiego koniaku – pycha! Dopiero po takim lekarstwie, moĹźna było pójść spać nie bojąc się koszmarów, mając nadzieję, na piękne, kolorowe i bogate sny, po tak ciekawym i ekscytującym dniu.

 

Sobota – dzień dwunasty – i ostatni.

 

Ostatni dzień na Krymie. Wszyscy, oprócz mnie, postanowili realizować WLB, czyli Wielkie LeĹźenie Bykiem. Mi chciało się w góry.

Wybrałem się więc ponownie do Wielkiego Krymskiego Krasu. Ochota była wielka, sił zabrałem teĹź wiele, ale juĹź na starcie mina mi zrzedła. StraĹźnik przy wejściu na winnicę, tym razem nie robił kłopotów z wejściem, tylko beznamiętnie poinformował mnie, Ĺźe dzisiaj, na teren winnicy, zostały wypuszczone psy. Spytałem czy to groĹşne psy, a on enigmatycznie mi odpowiedział „sabaka kak sabaka”. Poszedłem więc dalej, ale im dale szedłem, tym więcej myślałem. Wszak jestem sam jeden, a tam psy, moĹźe nawet kilka i pewnie duĹźe. Powoli traciłem wigor i chęć do maszerowania. Jak jeszcze zobaczyłem, na drodze, ogromne odciski psich łap, które sugerowały powaĹźny wzrost tych zwierząt, ochota pójścia dalej, zupełnie mi przeszła.

Skonfrontowałem więc mapę z terenem i doszedłem do wniosku, Ĺźe moĹźna by ominąć winnicę i dojść w góry nie szlakiem, na którym grasują psy, ale innymi dróĹźkami. W związku z tym na najbliĹźszej ścieĹźce w lewo, skręciłem ze szlaku, by wydostać się z feralnej winnicy. Niestety, droga okazała się nie do przejścia, gdyĹź na ten rejon upraw skierowano fragment strumienia, który spowodował powstanie bagna, w które oczywiście, niczego nie świadom, wlazłem. Po wykąpaniu się w strumieniu razem z butami, aby jakoś wyglądać, zawróciłem by trafić w inną dróĹźkę. Tym razem, na przeszkodzie stanął mi pięciometrowy rów. Nie przejdę, nie da rady! Dopiero za trzecim razem udało mi się wyjść z winnicy i dotrzeć na pobliskie wzgórze. Spocony i zziajany postanowiłem pod którymś ze skarłowaciałych drzewek, zrobić odpoczynek. Usiadłem, wyciągnąłem z plecaka jeszcze chłodne napoje, rozglądnąłem się.

Przede mną, na południu, rozciągała się majestatyczna panorama rudych wzgórz, które upstrzone szarozielonymi kępami karłowatych drzew i krzewów, praĹźyły się w niemiłosiernym słońcu. Za nimi rozpościerało się bezkresne, zlewające się na horyzoncie z niebem, Morze Czarne, po którym jak zabawki pływały statki spacerowe, towarowe oraz harcowały liczne łódki i motorówki. Postanowiłem zrobić kilka urokliwych fotek. Wstałem więc, pstryknąłem, poszedłem kawałek dalej i znów fotka. Przeszedłem jeszcze kilka kroków za grzbiet, pojawił się pyszny widok na winnicę i górującą krawędĹş Krymskiego Krasu, gdzie miałem dziś dojść i znów zrobiłem kilka zdjęć. Po wykonaniu zadania wróciłem na miejsce, ale okazało się, pod tym drzewkiem nie było ani plecaka, ani rozłoĹźonych rzeczy. Były dwa wytłumaczenia: albo mnie ktoś okradł, albo nie trafiłem na właściwe miejsce. Pierwsza wersja od razu upadła, gdyĹź było to zupełne odludzie, a wyschnięta ściółka robiła tyle hałasu, Ĺźe na pewno bym kogoś usłyszał. Znaczy się, nie trafiłem pod właściwe drzewko. Rozejrzałem się i z przeraĹźeniem stwierdziłem Ĺźe tak naprawdę to wszystkie karłowate rośliny wyglądają tak samo, na tym samym rudym podłoĹźu. Zacząłem więc, trochę chaotycznie, przemierzać wzgórze wzdłuĹź i wszerz, w lewo i w prawo, przekonując siebie, Ĺźe przecieĹź daleko nie odszedłem. Ale plecaka, jak nie było tak nie ma! Stwierdziłem nawet, po pewnym czasie, Ĺźe zaczynam gubić miejsce na wzgórzu, Ĺźe zaczynam się denerwować i coraz bardziej niespójnie miotać. Stanąłem więc, by obrać jakąś strategię w poszukiwaniu plecaka. Ale jaki punkt zaczepienia znaleźć? Aby go ustalić, skorzystałem z aparatu i zdjęcia, jakie wcześniej zrobiłem na winnicę i Kras. Tak długo krążyłem po północnym stoku wzgórza, aĹź znalazłem to jedyne miejsce, z którego widok pokrywał się z wcześniej zrobioną fotografią, a to znaczyło, Ĺźe muszę być blisko plecaka. Teraz naleĹźało tylko obrać punkt orientacyjny i nie spuszczając go z oka, przeczesać teren w promieniu 30m. Tak teĹź zrobiłem. Wokół jednego z zieleńszych krzaczków zacząłem zakreślać rozszerzającą się spiralę. Poskutkowało! Po zaledwie pięciu minutach zobaczyłem plecak i wszystkie szpargały, które grzecznie leĹźały pod drzewkiem identycznym jak wszystkie dookoła. Cała zabawa zajęła mi około 40 minut. Strachu teĹź się trochę najadłem. Jestem teraz, jak najbardziej w stanie zrozumieć, Ĺźe ludzie na pustkowiu, przy braku punktów orientacyjnych, mogą krążyć w kółko nie mając szans znaleźć właściwej drogi.

Po tych przygodach, psach, bagnie, rowie i szukaniu plecaka, cała ochota na wyprawę zupełnie mi przeszła. Poza tym minęły juĹź ponad 2 godziny odkąd ruszyłem na trasę, a właściwie nigdzie nie doszedłem. Postanowiłem więc się poddać i wrócić, dołączyć do reszty wycieczki i razem z nimi realizować WLB.

Okazało się, ku mojemu zaskoczeniu, że nasycanie się do woli słońcem, kamienistą plażą oraz kąpielami w mocno słonym morzu, też może być po prostu fajne.

Po paru godzinach spędzonych na plaĹźy, udaliśmy się na obiad, by po raz ostatni popróbować tutejszej kuchni. Krzychu, jak zwykle, zamówił frytki, Ewelina okroszkę (zupę kefirową), Asia garnuszek z mieszanką ziemniaczano – mięsno - warzywną, Kuba zupę kartoflaną z frikadelkami (takie kluseczki mięsne-pulpeciki), a ja zaordynowałem szarmę, czyli kapuśniak ze słodkiej kapusty z baraniną. Wszystkie dania były oryginalne i warte próbowania a więc na swój sposób ciekawe. Jako drugie danie, postanowiliśmy z Kubą, zaserwować sobie szaszłyki. Wyczytałem nawet z karty, Ĺźe są baranie, z białego mięsa baraniego. Jednak kelnerka, na moją próbę zamówienia tego dania, lekko się zarumieniła i powiedziała „eto delikates”. JuĹź w tym momencie poczułem, Ĺźe coś jest nie tak z moim baranim szaszłykiem, więc zacząłem dociekać. Na moje nagabywanie, co takiego jest w tym szaszłyku, zarumieniła się jeszcze bardziej i powiedziała, Ĺźe nie powie. Po krótkim przekomarzaniu się, wykrztusiła jednak z siebie „to jajca baranie!” A to takie delikatesy – pomyślałem – być moĹźe to i jest cymes, ale ja tego jeść nie będę. Wdzięcznym uśmiechem podziękowałem kelnerce za uratowanie Ĺźołądka, a moĹźe i Ĺźycia; i razem z Kubą zamówiliśmy normalny szaszłyk „ze swininy". Był wyśmienity.

Mimo wydziwiania, róĹźnych zup, drugich dań, szaszłyków, piwa, napojów, nasz obiad, na naszą piątkę, znów nie przekroczył 200hr, czyli 100zł. Da się Ĺźyć!

Po sutym posiłku, chwila spokoju na kwaterze, dla zawiązania sadełka. Ja w tym czasie oglądałem sukcesy rosyjskich sportowców na olimpiadzie w Pekinie. Naszych nie widać było wcale, chyba, Ĺźe akurat był pojedynek polsko – rosyjski.

Wieczorem poszliśmy się po raz ostatni potaplać w Morzu Czarnym, a potem niestety pakowanie.

Gdy torby i plecaki były juĹź w większości napełnione, wybraliśmy się na obchód nocnego Ĺźycia w Rybaczje. Jest to druga pora szczytu. Tłumy wczasowiczów, wszędzie głośna muzyka, dyskoteki, dancingi, a na ulicy, prawie przy kaĹźdej knajpie, stalowe grilowniki, na których smaĹźone są szaszłyki o aromacie rozprzestrzeniającym się po całej ulicy i wzbudzającym intensywną pracę ślinianek. Zapachy te były winne temu, Ĺźe po raz kolejny dzisiaj, zaszliśmy na szaszłyka. Tym razem, w tej samej knajpce, grała juĹź muzyka, i to nie z MP3, jak w większości lokali, ale grał nawet dwuosobowy zespół. W oczekiwaniu na realizację zamówienia, zatańczyłem z Ĺźoną jeden kawałek. Będziemy mogli się chwalić, Ĺźe nawet na Krymie byliśmy w lokalu z dancingiem i to 10m od plaĹźy! Ale było naprawdę sympatycznie i znów smacznie.

 

Niedziela – dzień trzynasty – wyjazd (dzień pierwszy powrotu)

 

Budzik nastawiłem na piątą rano. By zobaczyć wschód słońca na Krymie. Jednak na moje próby budzenia i porwania pomysłem oglądania uroków wschodzącego słońca, większość ekipy popukała się w głowę, bo kto by wstawał o tej porze na urlopie?! Udało mi się jedynie zmusić wierną Ĺźonkę, wszak gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja.

Nad morze szliśmy wyludnioną ulicą, po której snuły się pojedyncze i powolne osoby z miotłami, próbujące zagarnąć brud poprzedniego dnia i ostatniej nocy, mozolnie gromadzące na luĹşne kupki, papiery, worki, resztki jedzenia, puste i pobite butelki, które stanowiły jedyny ślad po całonocnych imprezach na krawężniku.

Na plaży było jeszcze szarawo, ale mimo to, pojawiło się całkiem sporo ludzi. Podejrzewam nawet, że wielu z nich po prostu tu nocowało. Wielu też wyglądało tak, jakby przyszli na plażę prosto z całonocnej imprezy, choć takich jak my, zapatrzonych w horyzont w wyraźnym oczekiwaniu, było też kilkoro.

W końcu, około 6-ej, znad skalistego cypla zatoki, mglącej się daleko na horyzoncie, wyskoczył pierwszy promień słońca. Za nim pojawił się czerwony fragment tarczy, uzupełniający i łączący dwa skaliste szczyty cypla. Akcja przebiegała szybko. Za chwilę juĹź pół słoneczka wyglądało zza skał. Nim zdążyliśmy się zachwycić urokiem wychylającego się zza cypla słońca, jego tarcza trzymała się juĹź tylko samego czubeczka szczytu góry, aĹź w końcu oderwała się, wykluła i wyruszyła na samodzielną wędrówkę po niebie.

Zawsze mnie fascynuje, jak krótko trwają wschody i zachody słońca. W ciągu dnia, ruch słońca zdaje się być niezauwaĹźalny, a gdy znajdzie się blisko horyzontu, staje się wręcz namacalny.

Obserwując ten uroczy wschód słońca, nie sposób było nie zauwaĹźyć, Ĺźe na Krymie słońce wyłazi tam, gdzie nad Bałtykiem chowa się na nocny spoczynek. Zamiana stron wynika z prostego faktu, iĹź u nas morze jest na północy a na Krymie na południu.

Z mniej uroczych obserwacji o wschodzie słońca, jest to, Ĺźe na krymskich plaĹźach jedynymi ekipami sprzątającymi są mewy i gołębie. Niestety utylizują one jedynie odpady organiczne, a w ogóle nie chcą jeść butelek, torebek foliowych ani nawet bardzo licznych tu petów papierosowych. Choć widziałem, jak jedna mewa by dostać się do frytki połknęła ją wraz z woreczkiem, ale pewnie zdechnie od tego i jako głupsza nie powieli swych genów. Bo były teĹź mądre, które przy pomocy dzioba i łap potrafiły sięgnąć do porzuconego woreczka po pozostawione przez ludzi frykasy. Choć jeśli ta głupsza mewa przeĹźyje, to moĹźe z czasem wykształci się gatunek mew Ĺźywiących się śmieciami, albo chociaĹź petami?

Próbę pomnoĹźenia, natomiast ludzkiego gatunku, podjęła para młodych ludzi, która przy wschodzie słońca, na plaĹźy, pod kusym ręcznikiem, wyprawiała beztroskie i namiętne harce, zupełnie ignorując spacerujące grupy podziwiające wschód słońca.  Sam nie wiem, czy nie byli oni większą atrakcją tego poranka niĹź, w końcu codzienny, wschód słońca. Wszak wschodów i zachodów słońca widziałem juĹź duĹźo, ale kochającej się pary na plaĹźy jeszcze nie! A jednak moĹźna mnie zaszokować.

Gdy trochę po 6-ej wracaliśmy z plaĹźy, większość straganów była juĹź otwarta, a pierwsze tury plaĹźowiczów szły w kierunku brzegu. Ciężką mają pracę tutejsi straganiarze. Gdy wczoraj po 23-ej wracaliśmy, to jeszcze handlowali, jak dziś wstaliśmy wyjątkowo wcześnie, to oni juĹź zaczynali pracę. Wygląda na to, Ĺźe wielu pracuje po 16- 18 albo i więcej godzin na dobę. Wielka jest magia pieniędzy i chęć ich posiadania!

 

Po śniadaniu i dopakowaniu plecaków i toreb, przed 10-tą wsiedliśmy do marszrutki, która miała nas zawieźć do Symferopola na pociąg. Dobrze, Ĺźe kupiliśmy bilety wczoraj,  i dobrze teĹź, Ĺźe przyszliśmy wcześniej, bo to, Ĺźe mamy bilety mogłoby, na kilka minut przed odjazdem, nic nie znaczyć. Nasze miejsca sprzedano by powtórnie. Dziki kraj. Marszrutka była maksymalnie zapchana ludĹşmi i bagaĹźami. Ostatnia pasaĹźerka, z trzema torbami, która chciała się wbić do busika teĹź miała wykupiony wcześniej bilet. Kierowca, okrzyczał babę, Ĺźe gdzie się pcha z tymi torbami. Wymyślił nawet, na poczekaniu regułę „adin czeławiek – adna sumka”. Ona natomiast, wyraĹşnie postawiła się kierowcy i powiedziała, Ĺźe z trzema torbami przyjechała i z trzema wyjedzie, poza tym ma bilet. O dziwo, po krótkiej, acz intensywnej wymianie uprzejmości i dopłacie 10hr, kierowca ustąpił i kobieta, bez większych problemów upchała siebie i swój bagaĹź w pojeĹşdzie. Zachowanie kierowcy było bardzo charakterystyczne dla tutejszych zwyczajów. Mam władzę i nie zawaham się jej uĹźyć.

Ĺťegnając się z wybrzeĹźem Morza Czarnego, górami i urwiskami, dotarliśmy po 2 godzinach do Symferopola. Do odjazdu pociągu do Lwowa pozostały nam następne 2 godziny, rozbiliśmy więc obozowisko na obrzeĹźach dworca, w cieniu rozłoĹźystego drzewa. Zrobiliśmy, zresztą, tak jak uczyniła większość, czekających tu, podróĹźnych. Aby rozpoznać teren oraz zapoznać się z sytuacją, udałem się do holu dworcowego, aby sprawdzić pociąg, czy się wszystko zgadza oraz z którego peronu odjeĹźdĹźa. Na tablicy informacyjnej dość szybko odnalazłem nasz pociąg, dowiedziałem się godziny odjazdu, Ĺźe ma wagony sypialne i wagon restauracyjny, ale nie było cyferki określającej, z którego peronu odjeĹźdĹźa. Udałem się więc do informacji. Pani w okienku powiedziała, Ĺźe jest jeszcze za wcześnie, Ĺźeby wiedzieć z którego peronu pociąg odjedzie!. Zdziwiłem się, dwie godziny do odjazdu i za wcześnie? Ale potem na szybie okienka informacji kolejowej, doczytałem się obwieszczenia, Ĺźe numer peronu i tor na którym będzie podstawiony pociąg podaje się na pół godziny przed odjazdem. CóĹź, co kraj, to obyczaj. Jednak juĹź zupełnie niezrozumiałym obyczajem, było naliczanie opłaty za udzielanie informacji. Mnie nie skasowała, bo mi nic nie powiedziała. Ale innych jak najbardziej. Para młodych ludzi, która się pytała na kiedy są wolne bilety do jakiegoś miasta, za informację chyba nawet 3hr! To tak jak bym w supermarkecie spytał się obsługi gdzie leĹźy masło, a za informację Ĺźe w trzecim rzędzie za kosiarkami pobrano opłatę 2zł! MoĹźe oni zaczęli juĹź prywatyzację  kolei, rozpoczynając od budki informacji kolejowej?

Więcej tam juĹź nie chodziłem, wolałem wydać 1hr na toaletę – była nawet czysta! Coraz częściej na dworcach, w restauracjach czy w mieście, moĹźna spotkać przyzwoitą toaletę – widać idzie jednak ku dobremu na Ukrainie.

Gdy na wyświetlnej tablicy informacyjnej pojawił się nasz pociąg z numerem peronu, udaliśmy się, wraz z tłumem, na peron, pokonując rząd torów, nad którymi górował napis „Przejście wzbronione, strzeĹź się pociągu!”. ToĹź to identycznie jak u nas w Świebodzinie! Poczuliśmy się jak w domu.

Było jak zwykle gorąco i duszno. Gdy wsiedliśmy do wagonu, okazało się, Ĺźe w nim jest jeszcze gorzej, bo nie ma klimatyzacji, a na dodatek w moim przedziale okno ani się nie otwierało ani nie zamykało, tylko miało stałą 2cm szparę. Upał i zaduch był niemiłosierny! Wejście na górną pryczę wiązało się z natychmiastowym oblaniem się potem, dlatego teĹź, większość czasu, do wieczora, spędziłem na korytarzu, przy otwartym oknie. Dopiero wieczorem, gdy juĹź solidnie się ochłodziło, moĹźna było zalec w przedziale na pryczy i pospać. W nocy przykryłem się nawet prześcieradłem i spokojnie przespałem całą noc.

 

Poniedziałek – dzień czternasty – w drodze do domu (dzień drugi).

 

Przebudziłem się około 8-ej. Pociąg turkotał, szarpał i stukał tak samo, jak w chwili, gdy zasypiałem, tylko, że teraz było jasno! Jak miło było pomyśleć, że jesteśmy już prawie 20 godzin do przodu; i że z 25 godzin jady z Symferopola do Lwowa, zostało nam już tylko kilka godzin.

Akurat po ósmej, trafił się dłuĹźszy, kilkunastominutowy postój na jednej ze stacji. Jak zwykle, wyjścia z wagonów zostały opanowane przez miejscowych handlarzy wszelkiego rodzaju dobrami. PasaĹźerom próbowano sprzedać: jabłka, gruszki, śliwki, brzoskwinie, lody, zimne napoje, w tym wodę, piwo oraz wódkę, wszelkiego rodzaju wędzone ryby oraz róĹźnego autoramentu „wareniki”, czyli pierogi z ziemniakami, kapustą lub z serem. W przypływie odwagi, skusiliśmy się z synkiem na popróbowanie pierogów z kapustą i ziemniakami. Kosztowało to aĹź (!) 10hr, a wareników wytargowaliśmy prawie trzydzieści. Były całkiem przyzwoite, a co najwaĹźniejsze, nie było po nich Ĺźadnych rewelacji Ĺźołądkowych!

Po dokonaniu niezbędnych zabiegów sanitarnych, czyli umyciu się w pociągowej toalecie w kubku wody, zjedliśmy kanapkowe śniadanie. W wagonie restauracyjnym zamówiliśmy poranną kawę i to nawet bez problemów, choć obaw trochę mieliśmy. Wczoraj, gdy Asia, po raz drugi, wybrała się na „czaj z limoj”, pani obsługująca bar, z wyrzutem zapytała się, czy nie mogłaby brać herbaty u konwojenta. A dziś, juĹź na wstępie naszej wizyty w barze pociągowym padło oświadczenie barmanki, Ĺźe herbata z cytryną się skończyła. Dlatego teĹź, pozostały nam do wyboru tylko kawy.

Długo zastanawialiśmy się o co tu chodzi. Być moĹźe istota problemu tkwi w tym, Ĺźe  restauracja jest państwowa, a konwojentka w wagonie przygotowuje napoje na własny rachunek. Dlatego teĹź, przyzwoity pasaĹźer, powinien dać zarobić zwykłym ludziom, a nie państwu lub kolei.

Asia miała w plecaku, kupiony wcześniej, mały koniaczek! Kawy po irlandzku w wagonie restauracyjnym w głębi Ukrainy jeszcze nie piłem! Co za atrakcja! Co za smak!

Wreszcie, po kolejnych godzinach jazdy, dotarliśmy, całkiem punktualnie do Lwowa. Po krótkiej wędrówce peronami  i przejściami podziemnymi, znaleĹşliśmy się pod głównym budynkiem dworca. NajbliĹźszy rejsowy autobus do Przemyśla będzie dopiero o 20-ej. Pozostał więc pociąg, albo wariant kombinowany, czyli kurs marszrutką do Szegenie (do granicy), przejście granicy pieszo i dalej busem do Przemyśla, gdzie, miejmy nadzieję, czeka na nas pozostawiony na parkingu samochód.

W celu wysondowania sytuacji udałem się z powrotem na dworzec kolejowy, a Asia poszukać marszrutki. Na dworcu uzyskałem jednoznaczną odpowiedĹş, Ĺźe pociągów do Przemyśla nie ma! Zresztą stało się tak, jak się spodziewałem, bo chyba w 2006 roku połączenia zostały zawieszone, ze względu na dewastowanie składów przez przemytników, którzy masowo szmuglowali alkohol i papierosy. Ale miałem nadzieję, Ĺźe coś się w tej sprawie zmieniło, nawet gdzieś w internecie wyczytałem, Ĺźe połączenia miały być wznowione, ale widać nic z tego. Na szczęście, niemal w tym samym momencie, wpadła na mnie Aśka informując, Ĺźe marszrutka za 15hr od osoby, właśnie odjeĹźdĹźa w kierunku granicy. Nie zwlekając więc, wróciliśmy po torby i resztę grupy, łapiąc po drodze, odjeĹźdĹźającą właśnie, marszrutkę. W kraju jesteśmy przyzwyczajeni, Ĺźe autobusy i tramwaje stają na przystankach. Tu nie ma takich dziwnych zwyczajów. Środek transportu staje jak taksówka. Wystarczy machnąć ręką i jeśli są miejsca w środku, to busik na pewno się zatrzyma. W Polsce, w Ĺźyciu! Myślę, Ĺźe Ĺźyczliwość kierowców w stosunku do pasaĹźerów jest związana z tym, Ĺźe nie ma tu instytucji biletów, w związku z czym, kierowca jest Ĺźywo zainteresowany jak największą liczbą pasaĹźerów, gdyĹź opłata za kurs zostaje w jego kieszeni.

Dlatego też, bez żadnych ceregieli, ani żenady, kierowca busa zatrzymał się na kilka minut poza przystankiem, aby zabrać nas i nasze imponujące bagaże.

Do granicy jechaliśmy ponad 1,5 godziny, choć gdyby odjąć róĹźnicę czasu między Ukrainą i Polską (w Polsce jest o 1 godz. wcześniej), to wyjeĹźdĹźając z Lwowa o 14.30, bylibyśmy na granicy około 15-ej czasu polskiego. Jechalibyśmy więc tylko pół godziny!

Wysiedliśmy w Szeginie, tuĹź przed granicą. Policzyliśmy wszystkie zrywny, jakie jeszcze mieliśmy i za nie kupiliśmy trochę słodyczy, w tym oczywiście smaczną i tanią chałwę dla Asi. Okazało się równieĹź, Ĺźe bez problemów moĹźemy kupować w tutejszym sklepie za złotówki. Dzięki temu wszedłem w posiadanie dwóch butelek wódki ukraińskiej, jednej czystą, drugiej z miodem i papryką. Zresztą grzech byłoby nie kupić, skoro za dwie butelki 0,7litra zapłaciłem 16zł!!! Nie dziwię się teraz, dlaczego ludzie, jak mrówki chodzą między Ukrainą i Polską, przenosząc lub przemycając wódkę i papierosy.

Po udanych zakupach pomaszerowaliśmy wąską zasiatkowaną ścieĹźką w kierunku pieszego przejścia granicznego. Po chwili okazało się, Ĺźe pokonanie granicy moĹźe nie być takie łatwe. Przed budynkiem kontroli granicznej znajdowało się ponad sto osób, tak zwanych mrówek, przenoszących wódkę i papierosy przez granicę.

Nie uśmiechało się nam stać z nimi i czekać kilka godzin. Nie dość, Ĺźe towarzystwo dosyć szemrane, to przecieĹź nie mamy czasu – przed nami jeszcze 740km z Przemyśla do domu!

W przypływie odwagi, zagadnąłem spacerujących za ogrodzeniem celników, czy nie ma tu jakiegoś przejścia turystycznego, czy nie moĹźna by tej kolejki jakoś ominąć. Po chwilowej naradzie, bocznym przejściem, przepuścili nas do budynku odpraw. Ale o zgrozo! W środku sytuacja wcale nie była lepsza, a nawet moĹźe i gorsza. W holu odpraw czekało kolejnych sto mrówek! Nauczony doświadczeniem, powtórzyłem manewr, przedostając się bezpośrednio do celnika odprawiającego. Powołując się na małe dziecko (Krzysia), długą drogę za nami i przed nami, udało się i tym razem przedrzeć poza kolejnością, choć słów kierowanych pod naszym adresem ze strony oczekujących na odprawę mrówek, ze względu na szacunek dla czytelnika, nie powtórzę. Przy okazji, z wydeptanej przez nas ścieĹźki, skorzystała grupa studentów wracających z Moskwy, która zaraz po nas pokonała bezawaryjnie granicę. Choć opowiadali potem, Ĺźe jadąc do Moskwy, pokonywali granicę polsko – ukraińską równieĹź na pieszo, jednak ukraińscy celnicy nie byli tacy mili, i musieli odstać kilka godzin.

Ślicznie podziękowaliśmy celnikom, nawet nie mieliśmy im za złe kontroli bagaĹźu, ale wyglądało na to, Ĺźe robią to na złość mrówkom, by dłuĹźej musiały czekać na odprawę.

Zaraz za obiektami granicznymi, stał bus, który nas i wycieczkę z Moskwy błyskawicznie zawiózł do Przemyśla za 2 złote od łebka.

W Przemyślu samochód czekał na parkingu bardzo grzecznie. Nawet lekko zapiszczał i pomachał błotnikiem, jak mnie zobaczył. Zjedliśmy wreszcie polski obiad: Ĺźurek, schabowy z ziemniakami, placki ziemniaczane, barszcz, pierogi. Na deser były najlepsze na świecie lody. W Przemyślu na Starym Mieście, znajduje się lodziarnia, która wytwarza fantastyczne lody kulkowe w kilkudziesięciu smakach, codziennie ponad 20 do wyboru. Były lody herbaciane, winogronowe, śliwkowe lub pomarańczowe w czekoladzie, brzoskwiniowe, jagodowe i wiele wiele innych, równieĹź typowych. Ale przede wszystkim smak deklarowany w nazwie wyśmienicie odpowiadał doznaniom podniebienia.

Nasyceni, a wręcz przejedzeni, ruszyliśmy do domu. Po 9 godzinach, około 3 w nocy byliśmy w domu.

Podsumowując, podróĹź powrotna z Symferopola do Świebodzina trwała od 10-ej rano w niedzielę, do 3-ej w nocy z poniedziałku na wtorek. Razem daje to 41 godzin w podróĹźy, a gdyby doliczyć zgubioną godzinę przy zmianie czasu na granicy, to nawet 42.

Długo, oj długo, ale dało się. A skoro my mogliśmy to i Wy możecie. A warto.

 

Gorąco polecam

Grzegorz Klimek

Spis treści:

Wtorek - dzień pierwszy – wyjazd. 1

Środa - dzień drugi - Lwów.. 3

Czwartek - dzień trzeci – pociągiem na Krym.. 4

Piątek – dzień czwarty – plaĹźowanie. 7

Sobota – dzień piąty – wodospad DĹźur – dĹźur. 9

Niedziela – dzień szósty - Czatyr Dach. 10

Poniedziałek – dzień siódmy – z przymusu na plaĹźy. 12

Wtorek – dzień ósmy – WybrzeĹźe Morza Czarnego. 14

Środa – dzień dziewiąty – Sudak - Twierdza Genueńska. 16

Czwartek – dzień dziesiąty – W góry. 18

Piątek – dzień jedenasty – Bakczysaraj i okolice. 19

Sobota – dzień dwunasty – i ostatni. 23

Niedziela – dzień trzynasty – wyjazd (dzień pierwszy powrotu) 25

Poniedziałek – dzień czternasty – w drodze do domu (dzień drugi). 27