Krym – kraina rozmaitoĹci i kontrastów.
- relacja bardzo subiektywna
Wtorek - dzieĹ pierwszy – wyjazd
Ĺwiebodzin.
Krym – kraina rozmaitoĹci i kontrastów.
- relacja bardzo subiektywna
Wtorek - dzieĹ pierwszy – wyjazd
Ĺwiebodzin. Szósta dwanaĹcie rano. Przed nami ponad 650km jazdy samochodem do PrzemyĹla, a przynajmniej tak mi siÄ zdawaĹo. RzeczywistoĹÄ okazaĹa siÄ bardziej brutalna… Prawdopodobnie, ze wzglÄdu na wysokÄ temperaturÄ, bo przecieĹź nie przez mojÄ nieudolnoĹÄ patrzenia w mapÄ (!), droga wydĹuĹźyĹa siÄ do 730km. AĹka (moja prawowita maĹĹźonka) twierdziĹa, Ĺźe 770km – widocznie byĹo jej cieplej i dlatego jej droga byĹa dĹuĹźsza. Mimo róĹźnicy w kilometrach, do PrzemyĹla dojechaliĹmy o tej samej porze.
PodróĹź skĹadaĹa siÄ z dwóch wyraĹşnych etapów. DrogÄ do Krakowa, prawie 500km, pokonaliĹmy w piÄÄ godzin, ale za Krakowem skoĹczyĹy siÄ drogi szybkiego ruchu i autostrady, a wraz z nimi rumakowanie. NastÄpne 250km zrobiliĹmy… równieĹź w piÄÄ godzin, do tego w korkach i upale! ĹťÄ dam autostrad w caĹym kraju! I nie mam zamiaru czekaÄ do 2012 roku, chcÄ teraz!
Do PrzemyĹla doczoĹgaliĹmy siÄ juĹź po szesnastej, ale nim znaleĹşliĹmy dworzec PKS, z którego miaĹ odjechaÄ autobus do Lwowa, trochÄ jeszcze pokluczyliĹmy po PrzemyĹlu, ze wzglÄdu na niezdecydowanie pilota, czyli AĹki, która pilotujÄ c mnie po mieĹcie stwierdziĹa, Ĺźe teraz trzeba skrÄciÄ chyba w lewo i chyba to byĹo dobrze, ale ja pojechaĹem chyba prosto, co oczywiĹcie oznaczaĹo dodatkowe kilometry uliczkami miasta.
Obok dworca PKS (che, che – dworzec!) dziewczyny, AĹka i Ewelina (jej siostra), zakupiĹy elementarnÄ iloĹÄ hrywien (ukraiĹskich zĹotówek) oraz bilety na autobus (po 20zĹ od Ĺebka), a ja odstawiĹem samochód na przyhotelowy strzeĹźony parking, który za 2 tygodnie postoju kosztowaĹ 140zĹ.
Z tym autobusem, na który dziewczyny kupiĹy bilety, to ja troszkÄ przesadziĹem. Pojazd, który w latach 60 – tych byĹ pewnie Ĺredniej klasy Ĺrodkiem masowej komunikacji, miaĹ wyraĹşny zamiar i ochotÄ przeprawiÄ nas przez granicÄ do Lwowa. ChoÄ po pobieĹźnych oglÄdzinach pojazdu nasunÄĹo siÄ sporo wÄ tpliwoĹci:
WÄ tpliwoĹÄ 1: ha, ha, prych…
WÄ tpliwoĹÄ 2: Czy to w ogóle ruszy?
Historia pokazaĹa jak bardzo myliliĹmy siÄ w ocenie maszyny. Mimo, Ĺźe firanki nie byĹy prane od zamierzchĹych czasów, szyby myte ostatnim deszczem, luki bagaĹźowe otwierane Ĺomem, a przeglÄ d Ĺmieci ĹwiadczyĹ o gatunku pasaĹźerów podróĹźujÄ cych przez ostatni miesiÄ c; to autobus, po rÄcznym zatrzaĹniÄciu pneumatycznych drzwi, jednak ruszyĹ.
Do granicy dotoczyĹ siÄ bez Ĺźadnych przeszkód. PrzeszkodÄ , natomiast, byĹa sama granica. Jako autobus rejsowy minÄliĹmy dĹugÄ kolejkÄ wszelkiej maĹci samochodów od osobowych, przez rozklekotane busy po tiry. Nasz „autobus” stanÄ Ĺ przed szlabanem, polskiej kontroli granicznej i chociaĹź nikogo przed nami nie byĹo staĹ. Po odczekaniu, przydziaĹowego czasu, zostaliĹmy dopuszczeni do kontroli. Celnik zebraĹ paszporty od wszystkich pasaĹźerów i zniknÄ Ĺ. Gdy po 40 minutach polski (bo to byĹ nasz!) celnik powróciĹ z paszportami, nie mógĹ ich rozdaÄ, gdyĹź trójka naszych dzieci: Ewelina (lat 28), Kuba (lat 17) i Krzysiu (lat 5 i póĹ) poszli siusiu. Celnik pewnie siÄ obraziĹ, bo siÄ schowaĹ i pojawiĹ powtórnie dopiero po 10 minutach by w koĹcu rozdaÄ paszporty.
RuszyliĹmy na czÄĹÄ ukraiĹskÄ . Tu odprawa przebiegĹa sprawniej, choÄ jedna z pasaĹźerek straszyĹa, Ĺźe bÄdzie trwaÄ dĹugo, bo akurat okoĹo ósmej wieczorem UkraiĹcy majÄ zmianÄ. Na szczÄĹcie siÄ myliĹa, stara zmiana zdÄ ĹźyĹa nas obsĹuĹźyÄ i po 19.30 byliĹmy juĹź odprawieni i opieczÄ tkowani w paszportach.
Postój autobusu za kontrolÄ granicznÄ postanowiĹem wykorzystaÄ na sesjÄ zdjÄciowÄ . BĹysk flesza w aparacie wywoĹaĹ gwaĹtownÄ reakcjÄ celników „Nie moĹźna! Nie lzja!”. ZostaĹem wyprowadzony z autobusu.. WidzÄ c na zdjÄciach rozeĹmiane twarze mojej rodziny, celnik utwierdziĹ siÄ w przekonaniu, Ĺźe fotki te zagraĹźajÄ integralnoĹci terytorialnej Ukrainy i kazaĹ je wykasowaÄ. Nie lzja, to nie lzja! I tak, bohaterscy celnicy ustrzegli paĹstwo Ukraina przed mojÄ szpiegowskÄ dziaĹalnoĹciÄ !
RuszyliĹmy dalej w 90 kilometrowÄ drogÄ do Lwowa, która byĹa tak dziurawa i wyboista, Ĺźe byĹoby przestÄpstwem dawaÄ na trasÄ lepszy pojazd. Nasz „autobus” byĹ wszak „zdjeĹany w CCCP”, gdzie obowiÄ zywaĹa zasada „gniotsja nie Ĺamiotsja”. No i sprawdziĹ siÄ. DowiózĹ nas na miejsce i o czasie wysadziĹ na dworcu kolejowym we Lwowie.
WysiadajÄ c z autobusu zostaliĹmy otoczeni przez gromadÄ ludzi o szemranym autoramencie, którzy za wszelkÄ cenÄ chcieli nam „niedrogo” ponieĹÄ bagaĹźe, jak mówili. Ale nie skorzystaliĹmy, gdyĹź przed dworcem staĹa juĹź pani z czerwonÄ , dla rozpoznania, ksiÄ ĹźkÄ . Pani ta miaĹa nas zabraÄ na kwaterÄ.
Obok dworca czekaĹa „marszrutka”, czyli maĹy busik nr 67. WeszliĹmy. Nasza przewodniczka, kazaĹa zapĹaciÄ kierowcy po 1,5 hrywny z wyjÄ tkiem dziecka. ZapĹaciĹem, wiÄc za cztery osoby a kierowca wydaĹ resztÄ, ale biletu nie. Pewnie wziÄ Ĺ do kieszeni, pomyĹlaĹem, bo zauwaĹźyĹ, Ĺźe jesteĹmy zagraniczni. Nasza opiekunka – Weronika powiedziaĹa póĹşniej, Ĺźe tu biletów nie ma. RzeczywiĹcie tak byĹo. Na kaĹźdym nastÄpnym przystanku pasaĹźerowie wchodzili, pĹacili 1,5 hrywny i siadali. Nie rozumiem, jak kierowca rozlicza siÄ z kursów albo jak udowodniÄ, Ĺźe siÄ zapĹaciĹo za przejazd w razie nieporozumienia? WidaÄ jednak, Ĺźe to funkcjonuje i to caĹkiem nieĹşle. Szofer musi mieÄ sporÄ czÄĹÄ z tych pieniÄdzy, bo zatrzymywaĹ siÄ, by zabieraÄ i wysadzaÄ pasaĹźerów nie tylko na przystankach, ale i w kaĹźdym innym wskazanym miejscu. Kursuje jak taksówka, wystarczy machnÄ Ä na ulicy rÄkÄ i juĹź siÄ marszrutka zatrzymuje.
Po 40 minutach i okrÄ Ĺźeniu prawie poĹowy Lwowa, dotarliĹmy na miejsce do dzielnicy Sichow. WeszliĹmy w osiedle. Bloki jak betonowe gĹazy, obskurne lata siedemdziesiÄ te ubiegĹego wieku. Ciemno, ledwo widocznÄ asfaltowa dróĹźkÄ , ciÄ gnÄliĹmy siÄ z toboĹami za gospodyniÄ . Spod wiaty stojÄ cej naprzeciwko ogromnego, wieloklatkowego wieĹźowca wydobywaĹ siÄ charakterystyczny brzÄk butelek i gwar intensywnych rozmów o czymĹ na pewno waĹźnym. ĹšródĹem zaopatrzenia byĹa lekko oĹwietlona buda bogato zaopatrzona we wszelkiego rodzaju alkohole.
Nasz pokój byĹ typowy dla bloku, wyposaĹźony w mebloĹciankÄ i maĹy kolorowy telewizor. Prawie caĹÄ wolnÄ powierzchniÄ zajmowaĹo 6 ĹóĹźek. Przez szeroko otwarte okno dobiegaĹ nas gwar i brzÄk lokalu pod wiatÄ oraz chóralny rechot Ĺźab z pobliskiego jeziora.
Pierwszy kontakt z ĹazienkÄ byĹ trochÄ deprymujÄ cy. Ledwo wiszÄ ca umywalka, odpadajÄ ce kafelki i popÄkana, zĹźóĹkĹa wanna ze startÄ emaliÄ . DopeĹniaĹ to brak ciepĹej wody, którÄ dla potrzeb sanitarnych gospodyni grzaĹa na gazie w kuchni. Ku naszemu zaskoczeniu, okazaĹo siÄ, Ĺźe moĹźna siÄ caĹkowicie umyÄ w jednej, góra dwóch miskach wody. Od razu zaczÄ Ĺ mi krÄ ĹźyÄ po gĹowie program oszczÄdnoĹciowy, jaki wprowadzÄ w domu po powrocie. Po co komu wanny wody, czy dziesiÄ tki litrów wylewane pod prysznicem, jeĹli moĹźna siÄ umyÄ w póĹ wiadrze ciepĹej wody i jeszcze zostanie!
WÄzeĹ sanitarny uzupeĹniaĹa osobna ubikacja z caĹkiem nowym kompaktem i straszÄ cymi za nim pordzewiaĹymi rurami wodnymi i kanalizacyjnymi. W przedpokoju, natomiast, staĹy rzÄdami piÄcio - i dziesiÄciolitrowe pojemniki z wodÄ , na wypadek czÄstych tu, niestety, przerw w dostawie wody.
Ĺroda - dzieĹ drugi - Lwów
Skoro Ĺwit, okoĹo dziewiÄ tej wstaliĹmy caĹkiem wyspani. Ewelina z Krzysiem poszli po buĹki na Ĺniadanie. ByĹyby bardzo dobre, gdyby nie byĹy maĹlane – sĹodkie. TrochÄ nie pasujÄ do kieĹbasy i sera ĹźóĹtego. Ewelina, posĹugujÄ c siÄ miÄdzynarodowym jÄzykiem migowym, wskazaĹa w sklepie rÄkÄ na buĹki. Wynik takiej komunikacji wĹaĹnie poznaliĹmy.

Po Ĺniadaniu poszliĹmy na róg osiedlowej ulicy, krzyĹźujÄ cej siÄ z szerokÄ czteropasmowÄ drogÄ . ByĹo to miejsce nieoznaczone jako przystanek, ale zwyczajowo przyjÄte, jako punkt Ĺapania marszrutek. Poinstruowani przez gospodyniÄ machnÄliĹmy rÄkÄ na busik z odpowiednim numerem, na który wcale nie trzeba byĹo dĹugo czekaÄ. WsiedliĹmy, zapĹaciliĹmy szeĹÄ hrywien, biletu jak zwykle nie dostaliĹmy i jazda!
Trasa busa nie wiodĹa prosto do centrum, ale prowadziĹa okrÄĹźnÄ drogÄ przez wiele sektorów, dzielnic i osiedli Lwowa. Zapewne chodziĹo o to, by jednym kursem obsĹuĹźyÄ moĹźliwie jak najwiÄkszÄ liczbÄ pasaĹźerów. Jednak, dziÄki tak wydĹuĹźonej trasie, mieliĹmy okazjÄ poznaÄ Lwów z mniej oficjalnej strony.
Obok przestronnych, ale zaniedbanych osiedli, szerokich, ale nierównych, dwu- trzy pasmowych przelotówek, spotykaliĹmy zrujnowane fabryki, bogate filie zachodnich koncernów, maĹe i przysadziste, nierówno otynkowane i pobiaĹkowane, chatynki oraz kĹujÄ ce w oczy bogactwem nowoczesne dacze, a nawet paĹace. Obok ledwo ĹźyjÄ cych, ale nadal jeĹźdĹźÄ cych, starych woĹg, Ĺźiguli, ziĹów, Ĺad, panoszyĹy siÄ najnowsze modele audi, BMW, toyot i innych najnowszych wypustów zachodniej cywilizacji. A nad tym wszystkim, jak róĹźyczki z kremu na torcie, ĹwieciĹy siÄ zĹotem nowiutkie kopuĹy ĹwieĹźo wybudowanych cerkwi, co moĹźna zrozumieÄ potrzebÄ zmian duchowych w spoĹeczeĹstwie ukraiĹskim. MoĹźna zaryzykowaÄ tezÄ, Ĺźe UkraiĹcy wraz z odnowÄ dumy narodowej, przechodzÄ renesans, jeĹli nie religijnoĹci, to na pewno duchowoĹci.
Szofer nasz, widaÄ zaprawiony w bojach kierowca lwowski, prowadziĹ busa w sposób zdecydowany i aktywny. Na machajÄ cych, przy drodze, rÄkÄ reagowaĹ natychmiast, co powodowaĹo gwaĹtowne zwiÄkszenie siÄ gÄstoĹci pasaĹźerów z przodu busa. RuszaĹ równieĹź bardzo gwaĹtownie, co powodowaĹo odwrotnÄ zmianÄ gÄstoĹci rozkĹadu pasaĹźerów w pojeĹşdzie. ZakrÄty, mijanki, wyprzedzanie, wykonywaĹ na tyle zdecydowanie, Ĺźe worki kartofli na wozie ciÄĹźarowym, mogĹy siÄ czuÄ bardziej komfortowo niĹź pasaĹźerowie. JeĹli do tego dodamy upaĹ, peĹny, wrÄcz nabity, pasaĹźerami busik oraz brak reakcji kierowcy na znaki drogowe i ĹwiatĹa na skrzyĹźowaniach, to naleĹźy uznaÄ 45 minut podróĹźy z osiedla Sichow do centrum za wysoce atrakcyjne, a wrÄcz ekscytujÄ ce.
Lwów, miasto wielu narodów: Polaków, Ormian, UkraiĹców, Ĺťydów i wielu innych; nie koniecznie w tej kolejnoĹci. Miasto o bogatych tradycjach intelektualnych i kulturowych. A dziĹ? DziĹ miasto z resztkami ĹwietnoĹci, kilkoma piÄknie odrestaurowanymi uliczkami i kamienicami, jako tako utrzymanymi koĹcioĹami i cerkwiami, restauracjami i to wszystko. Reszta tonie w zapuszczeniu, zapomnieniu, zaniedbaniu i biedzie. WiÄkszoĹÄ ulic, parków, domów, poza ĹcisĹym centrum, sprawia wraĹźenie, jakby od wojny nie zrobiono nic. StraszÄ piÄkne secesyjne kamienice z obrywajÄ cymi siÄ i przerdzewiaĹymi balkonami, odpadajÄ cymi tynkami, o dachach pokrytych poĹatanÄ papÄ lub blachÄ , a nawet eternitem. Ĺťal patrzeÄ. Ale trzeba uczciwie siÄgnÄ Ä pamiÄciÄ do polskich miast sprzed 20 – 30 lat, gdzie w centrach autentycznie wiekowych i zabytkowych, prÄdzej spotkaliĹmy odpadajÄ cy tynk, wywalony Ĺmietnik, obskurne wystawy, niĹź odremontowanÄ kamieniczkÄ. Miejmy nadziejÄ, Ĺźe dla Lwowa, najbliĹźsze dziesiÄciolecie to bÄdzie ogromny, nie krok, ale skok do przodu, skok cywilizacyjny, choÄ poziom niedoinwestowania, zaszĹoĹci, wydaje siÄ jednak wiÄkszy niĹź u nas.
Z marszrutki wysiedliĹmy na sĹynnym placu Mickiewicza. DĹźungla! Potoki samochodów wolno pĹynÄ ce we wszystkich kierunkach na raz i krzyĹźujÄ ce siÄ ze sobÄ , trÄ biÄ ce i zniecierpliwione. W tym wszystkim, miÄdzy samochodami pojedyncze osoby lub grupy przechodniów próbujÄ ce przecisnÄ Ä siÄ na drugÄ stronÄ ulicy.
Po pozdrowieniu Mickiewicza i pamiÄ tkowej fotce, przedarliĹmy siÄ, z duszÄ na ramieniu, przez sznur samochodów w kierunku katedry. Katedra, Ĺlad historii polskoĹci, zachwyca, ale i rozczarowuje. WejĹcie 2hr, a do tego wiÄksza czÄĹÄ katedry zamkniÄta dla turystów. Do zwiedzania tylko nawa gĹówna – smutne. Ale tak samo byĹo w cerkwi i ĹwiÄ tyni ormiaĹskiej, tylko, Ĺźe bezpĹatnie.
CaĹy dzieĹ chodziliĹmy po mieĹcie, schodziliĹmy z utartych szlaków, zwiedzaliĹmy ulice, zabytki, place. MogĹoby to byÄ piÄkne, urocze miasto, niestety dziesiÄ tek lat zaniedbaĹ, nie da siÄ tak szybko nadrobiÄ. ChciaĹbym móc za 20 lat odwiedziÄ Lwów i zachwyciÄ siÄ nim, tak jak na to zasĹuguje.
Innym maleĹkim dejavu, poza stanem zaniedbania miasta, byĹa obsĹuga w sklepach czy lokalach. We Lwowie byĹo tak samo jak u nas 20 lat temu. KupujÄ c w sklepie, a nawet na bazarze, czy zamawiajÄ c piwo w ogródku przy ratuszu, miaĹem wraĹźenie, Ĺźe sprzedawcy sÄ tu za karÄ i po prostu im siÄ przeszkadza. MiaĹem nieodparte wraĹźenie, Ĺźe obsĹuga wymaga od nich najwyĹźszego trudu. Dziwne skoro turyĹci, nawet tacy jak my, to skarb i ĹşródĹo powaĹźnych dochodów nie tylko miasta, ale i sklepikarzy oraz restauratorów. ZastanawiaĹem siÄ nawet, czy oni nie sÄ po prostu wszyscy zmÄczeni, przepracowani pogoniÄ za mamonÄ i uciekajÄ cÄ zachodniÄ cywilizacjÄ ?

WracajÄ c po caĹym dniu ĹaĹźenia, zrobiliĹmy zakupy w supermarkecie. Strasznie drogo! Szczególnie wÄdliny – od 20 do 50zĹ za kg przyzwoitej wÄdliny. DroĹźsze równieĹź byĹy mleko i nabiaĹ. Jak oni ĹźyjÄ , jeĹli pensje majÄ kilkakrotnie niĹźsze, a ceny, jeĹli nie wyĹźsze, to porównywalne jak w Polsce! Tanie, i to bardzo, sÄ piwa, wina, wódki i koniaki. A moĹźe jednak da siÄ tu ĹźyÄ? J
Czwartek - dzieĹ trzeci (najdĹuĹźszy) – pociÄ giem na Krym
NastÄpnego dnia wstaliĹmy bardzo wczeĹnie, by o 9.45 wsiÄ ĹÄ do pociÄ gu na Krym do Symferopola.
Po kolejnej wyjÄ tkowej podróĹźy marszrutkÄ w upale, w niebywaĹym Ĺcisku i duchocie, gdy ciÄĹźki pot spĹywaĹ po plecach i nogach, czasami nie wiedzÄ c, czy jest on jeszcze mój, czy jednak sÄ siada; dotarliĹmy wreszcie, po prawie godzinie jazdy, do dworca. Podziw mój, po raz kolejny, wzbudzaĹ kierowca, który busem peĹnym ludĹşmi, potrafiĹ wcisnÄ Ä siÄ miedzy sznury samochodów, jadÄ c na czoĹowe i wykorzystujÄ c kaĹźde wolne miejsce. Taktyka ta sprawdziĹa siÄ szczególnie w okolicy dworca, gdzie praktycznie przestaĹy obowiÄ zywaÄ wszelkie zasady ruchu i kaĹźdy jeĹşdziĹ jak pionek w warcabach – na wolne pole i byle do przodu, w obranym kierunku!
Na lwowskim dworcu (wakzalie) wsiedliĹmy do wagonu wyznaczonego na bilecie i zajÄliĹmy miejsca, na szczÄĹcie, leĹźÄ ce. Na Ukrainie, na dalekich tarasach, sÄ tylko wagony z miejscami leĹźÄ cymi. Wystrój i poziom to nasze lata osiemdziesiÄ te, tyle, Ĺźe w toalecie byĹa woda i papier, co u nas 20 lat temu byĹoby szczytem marzeĹ!

PodróĹź przebiegĹa w sumie jednostajnie. PoĹwiÄcaliĹmy trochÄ uwagi widokom, trochÄ graliĹmy w karty, oddawaliĹmy siÄ teĹź szaleĹstwom, gdyĹź tak dĹugi pobyt w nagrzanej puszce musi skoĹczyÄ siÄ gĹupawkÄ . Za oknem pociÄ gu przeraĹźaĹy mnie skutki powszechnego tu wypalania traw i Ĺciernisk. Przez wieledziesiÄ tek, jak nie setek kilometrów ciÄ gnÄĹy siÄ pasy wypalonych pól i ĹÄ k. CzÄsto widaÄ byĹo teĹź oboczne skutki takiego procederu. SpotykaliĹmy spalone uĹźytki, zaroĹla, lasy a nawet budynki!
MiaĹem równieĹź duĹźe problemy z wytĹumaczeniem konwojentce (pani obsĹugujÄ cej wagon i jego pasaĹźerów), jakÄ chcÄ kawÄ. Wszak dawali w wagonie tylko rozpuszczalnÄ , a ja chciaĹem sypanÄ . W koĹcu, na hasĹo „z fusami” uzyskaĹem oczekiwanÄ reakcjÄ i po wĹaĹciwej chwili oczekiwania dostaĹem póĹ szklanki parzonej kawy. Lura, bo lura, ale jednak byĹa!
Wizyta w wagonie restauracyjnym, teĹź nie przysporzyĹa wielu wraĹźeĹ, aczkolwiek ceny byĹy sympatyczne:
· Dobre zimne piwo 4 hr (2 zĹ)
· 50ml koniaczku 10 hr (5zĹ)
Powoli, wraz z nieubĹaganym upĹywem czasu i kilometrów, aktywnoĹÄ nasza zaczÄĹa maleÄ. W toalecie zabrakĹo wody, klimatyzacjÄ wyĹÄ czyli – trzeba byĹo iĹÄ spaÄ. PociÄ g skrzypiÄ c, tupiÄ c i gruchoczÄ c powoli ukoĹysaĹ nas do snu. PosnÄliĹmy miÄdzy 1- 2.
Kiedy juĹź ĹniliĹmy o chĹodnej kÄ pieli w Morzu Czarnym, lub innych osobistych rozkoszach, rozlegĹ siÄ nagle przeraĹşliwy krzyk, który wszystkich, w naszym przedziale, a pewnie i w sÄ siednich, poderwaĹ na nogi, „Mysz!!!” – krzyczaĹa, równoczeĹnie piszczÄ c Ewelina. ChoÄ nie wiem jak moĹźna równoczeĹnie artykuĹowaÄ sĹowa i piszczeÄ, ale ona to zrobiĹa. Po kilku nawrotach histerii, zaczÄĹa powoli opowiadaÄ, co siÄ wydarzyĹo.
- LeĹźaĹam, patrzyĹam na butelkÄ od wody leĹźÄ cÄ na podĹodze – chlipaĹa smutno – patrzÄ, a tu takie szare z ogonkiem i ma ruszajÄ ce wÄ sy! –Ja nie chcÄ, zaraz na mnie wejdzie!
- Daj spokój – rzuciĹ z piÄtra rozespany Grzesiek, czyli ja.
- Cicho bÄ dĹş – rzuciĹ, z zamkniÄtymi oczami, Kuba
- Nie bój siÄ myszy, ona jest malutka, mniejsza od ciebie – rzuciĹ Krzysiu.
Asia przeniosĹa jedzenie piÄtro wyĹźej i powoli atmosfera uspokajaĹa siÄ, oddechy wyrównaĹy. Przy okazji, dojrzeliĹmy przez okno monumentalny most przerzucany nad ogromnÄ rzekÄ . – Pewnie Dniepr – powiedzieliĹmy myĹlÄ c, albo pomyĹleliĹmy mówiÄ c i ponownie pochĹonÄ Ĺ nas czarodziejski, rytmiczny stukot kóĹ i niedaleki jazgot ocierajÄ cych siÄ o siebie grubych blach przejĹcia w ĹÄ czniku miÄdzy wagonami.
OkoĹo 7 – 8 wróciliĹmy z krain marzeĹ, a majÄ c duĹźo czasu dokonywaliĹmy cudów sanitarnych. AĹka nawet twierdziĹa, Ĺźe wymyĹa siÄ w póĹ kubeczku wody mineralnej. MoĹźe trochÄ przesadziĹa, Ĺźe caĹa , ale na pewno duĹźÄ czÄĹÄ ciaĹa moĹźna umyÄ jednym kubkiem wody. Wiem, bo sam tak zrobiĹem!

GapiÄ c siÄ z zaciekawieniem w okno, raptem dostrzegliĹmy, wyschniÄte Ĺachy solne, pĹytkie zatoki, w dali duĹźy obszar wody – Morze Azowskie. WiedzieliĹmy, Ĺźe to juĹź tuĹź tuĹź. Nasza podróĹź zbliĹźaĹa siÄ do koĹca. MinÄliĹmy zaorane stepy i wypalone ĹÄ ki wraz z zaroĹlami i nim siÄ obejrzeliĹmy, byliĹmy w Symferopolu – wÄĹşle komunikacyjnym Krymu, z którego rozchodzÄ siÄ promieniĹcie kolejowe i samochodowe trasy do Sewastopola, Bakczysaraju, JaĹty i Auszty, Teodozji, Sudaku, a nawet do Kerczu i na póĹwysep Tarchankut, zaliczajÄ c po drodze kurort Saki i EupatoriÄ. PiÄknie i egzotycznie brzmiÄ te nazwy, nieprawdaĹź?

WysiedliĹmy na dworcu w Symferopolu, przepchaliĹmy siÄ tunelem do wyjĹcia na miasto i od razu zaplÄ taliĹmy siÄ w sieÄ poĹÄ czeĹ miÄdzymiasteczkowych.
Dla kierowców i naganiaczy, nasza piÄcioosobowa grupa byĹa Ĺakomym kÄ skiem. Dlatego teĹź, ledwo wyszliĹmy z dworca, zostaliĹmy zapoznani w nachalny, lub konfidencjonalny sposób, z gĹównymi miejscowoĹciami Krymu. „Choczetie jechat w: Jewpatoriu, JaĹtu, Saku, Fieodozju?” – SĹyszeliĹmy ponÄtne szepty do ucha. Ale my nic, ostrzeĹźeni wczeĹniej, Ĺźe najtaniej i najbezpieczniej jest marszrutkÄ , twardo kroczyliĹmy na „AwtowakzaĹ”, by znaleĹşÄ marszrutkÄ do Rybaczje, gdzie mieliĹmy umówione spotkanie z Polakiem, który zaĹatwiaĹ nam kwaterÄ.
DotarliĹmy na dworzec marszrutkowy. Ale mĹyn i Ĺcisk! Na maĹym placu staĹo kilkadziesiÄ t mikrobusów, z których czÄĹÄ akurat odjeĹźdĹźaĹa, a czÄĹÄ wĹaĹnie parkowaĹa, czyli zajmowaĹa stanowisko. Korek nie z tej ziemi! Ale mimo to, przepychajÄ c siÄ z naraĹźeniem Ĺźycia miÄdzy pojazdami, znaleĹşliĹmy wĹaĹciwÄ marszrutkÄ z napisem Rybaczje. Kierowca pojazdu skierowaĹ nas do kasy po bilety. Kas ze szeĹÄ, ludzi masa. Rozstawiam, wiÄc czĹonków wycieczki po róĹźnych kolejkach, a sam udajÄ siÄ na zwiad, gdzie kupiÄ bilety. WyszĹo na jaw, Ĺźe nie ma kas uprofilowanych, Ĺźe w kaĹźdej moĹźna kupiÄ dowolny bilet. OkazaĹo siÄ równieĹź, Ĺźe ludzie, zwyczajowym odruchem stadnym, ustawili siÄ w ogromnych kolejkach przy kasach poĹoĹźonych z brzegu. Do kas poĹoĹźonych gĹÄbiej, praktycznie nie byĹo nikogo. KupiĹem, wiÄc bilety od rÄki, zwolniĹem moich staczy kolejkowych i pobiegliĹmy do naszej marszrutki.
W mikrobusie usiedliĹmy koĹo pani z córkÄ , która od razu zaprzyjaĹşniĹa siÄ z nami i na samym poczÄ tku poradziĹa zaopatrzyÄ siÄ w woreczki, bo droga z Symferopola nad morze prowadzi przez wysokie pasmo górskie, a wiÄc zjazdy, podjazdy i serpentyny, które wszak nie zawsze sprzyjajÄ zachowaniu zawartoĹci ĹźoĹÄ dków. W dalszej rozmowie okazaĹo siÄ, Ĺźe 1,5 roku kobieta mieszkaĹa w Polsce z synem, który obecnie jest w ESESZA (USA po naszemu). TÄ ostatniÄ informacjÄ uzyskaliĹmy szeptem. WidaÄ, Ĺźe znajomoĹci w USA, nie sÄ tu mile widziane. A juĹź w osĹupienie wprawiĹ mnie fakt, gdy zapytaĹa mnie prawie na ucho, czy to prawda, Ĺźe Polska po wejĹciu do Unii ma lepiej i Ĺźe Ukraina teĹź moĹźe mieÄ lepiej. OczywiĹcie potwierdziĹem, a caĹa nasza rozmowa, na te niebezpieczne tematy odbyĹa siÄ póĹgĹosem na wyraĹşnÄ sugestiÄ wspóĹtowarzyszki podróĹźy. Wydaje mi siÄ, Ĺźe jest problem w swobodzie wyraĹźania poglÄ dów prozachodnich w tej rosyjskojÄzycznej czÄĹci Ukrainy.
RuszyliĹmy. Po nudnym i ĹmierdzÄ cym przebijaniu siÄ przez zatĹoczony Symferopol, rozpostarĹo siÄ przed nami skÄ po poroĹniÄte, stepowe pasmo gór, które wraz ze wznoszeniem siÄ nad poziom morza stawaĹo siÄ, co raz bardziej strome i urwiste. Przestrogi sÄ siadki o woreczkach nie byĹy bezzasadne. Bo jeĹli do gwaĹtownych zjazdów i podjazdów, zakrÄtów ostrych 180º, dodamy tradycyjnÄ juĹź uĹaĹskÄ fantazjÄ kierowców marszrutek, to zawartoĹci ĹźoĹÄ dków nie mogĹy siÄ czuÄ bezpiecznie, a zwroty byĹy wysoce prawdopodobne. Na szczÄĹcie obyĹo siÄ bez ekscesów, aczkolwiek kilkakrotnie mieliĹmy przysĹowiowÄ duszÄ na ramieniu, gdy nasz bus na ostrym zjeĹşdzie i zakrÄcie odwaĹźnie wyprzedzaĹ inne samochody zakĹadajÄ c z dzieciÄcÄ ufnoĹciÄ , ze z przeciwka nic, przynajmniej tak szybko jak my, nie jedzie.
NaleĹźy przyznaÄ, Ĺźe dech w piersiach zatykaĹa nie tylko jazda marszrutkÄ , ale i przepiÄkne widoki z gór na zatoki wybrzeĹźa Morza Czarnego, malowniczo poĹoĹźone przybrzeĹźne miejscowoĹci oraz rozsiane po stokach winnice. DziÄki opatrznoĹci, jakoĹ dojechaliĹmy do Rybaczje
Umówiony Polak, rzeczywiĹcie czekaĹ na nas i przygotowaĹ nam caĹkiem przyzwoite (jak na warunki ukraiĹskie) lokum. Mieszkanie w bloku, samodzielne, 2 pokoje, kuchnia, Ĺazienka, toaleta, ciepĹa i zimna woda, telewizor. Fakt, Ĺźe estetyka i funkcjonalnoĹÄ to wczesne lata osiemdziesiÄ te z uszkodzeniami, ale nie jesteĹmy wymagajÄ cy. ZresztÄ cena byĹa przystÄpna – porównywalna, jeĹli nie mniejsza, jak pokoje nad naszym morzem. Za caĹe mieszkanie, w którym ĹźyĹo piÄÄ osób pĹaciliĹmy 160zĹ za dobÄ.
Po dokonaniu z rozkoszÄ pierwszych, od ponad 24 godzin, peĹnych aktów ablucji z moĹźliwoĹciÄ obfitego uĹźycia ciepĹej wody, poszliĹmy szukaÄ obiadu.
TrafiliĹmy do pobliskiego baru – kawiarni. Jednak, przy zamawianiu, okazaĹo siÄ, Ĺźe bariera jÄzykowa jest duĹźym problemem. ChcieliĹmy dziecku zamówiÄ najnormalniejsze w Ĺwiecie frytki, ale nie potrafiliĹmy siÄ dogadaÄ. PodjÄliĹmy wiÄc decyzjÄ, Ĺźe zjemy kotlety z ziemniakami. MusieliĹmy tylko wybraÄ, czy chcemy „kartoszki piure”, czy „fri”. SÄ dzÄ c, Ĺźe ziemniaki „fri” to, z angielska, wolne, czyli bez niczego, zamówiliĹmy je, gdyĹź piure nikt nie lubiĹ. JakieĹź byĹo nasze zdziwienie, gdy otrzymaliĹmy kotlety z … frytkami! CóĹź czĹowiek uczy siÄ przez caĹe Ĺźycie, a na wyjazdach szczególnie. PrzecieĹź mówiÄ , Ĺźe podróĹźe ksztaĹcÄ .
Po obiedzie poszliĹmy w koĹcu nad morze, zanurzyÄ siÄ w chĹodnych falach Morza Czarnego, do którego tyle jechaliĹmy. Po drodze z ciekawoĹciÄ przyglÄ daliĹmy siÄ specyfice krymskich przymorskich straganów. Wiele z nich nie róĹźniĹo siÄ zasadniczo niczym od tych w MiÄdzyzdrojach, nad naszym morzem – ta sama chiĹska tandeta. Ale wiele punktów byĹo niepowtarzalnych. MoĹźna na przykĹad, na ulicy, od przekupki, kupiÄ wino domowej roboty, do wĹasnego naczynia lub plastikowego kubeczka, zjeĹÄ dziwne buĹki z dziwnymi nadzieniami, róĹźne rodzaje orzechów, niektóre same, inne w miodzie. Wszystko to wyglÄ daĹo ciekawie i egzotycznie. Na pewno trzeba bÄdzie zaryzykowaÄ ĹźoĹÄ dek i popróbowaÄ! Ale nade wszystko przebijaĹy siÄ na straganach kulinarnych ĹwieĹźo pieczone na gĹÄbokim oleju duĹźe pierogi z przeróĹźnymi nadzieniami, czyli cziburieki. PonoÄ wyĹmienite.
DotarliĹmy na plaĹźÄ. Nie byĹa to piÄkna, zĹota, piaszczysta plaĹźa jak nad BaĹtykiem, ale szare i kamieniste wybrzeĹźe zĹoĹźone z przeuroczych maleĹkich, 1-3 centymetrowych otoczaków, czyli kamyczków wyszlifowanych przez wodÄ przez miliony lat. OkazaĹo siÄ teĹź, Ĺźe leĹźenie na takich otoczakach jest nawet wygodniejsze niĹź na piasku, gdyĹź gorÄ ce, sypkie i gĹadkie kamienie, przy drobnym ruchu ciaĹa, doskonale dopasowujÄ siÄ do niego, nigdzie nie uwierajÄ c. Problem jest tylko z budowaniem zamków, ale cóĹź nie moĹźna mieÄ przecieĹź wszystkiego.
Morze ciepĹe, bo 26ºC, nie ma problemów z zanurzeniem, akuratna fala, z którÄ moĹźna siÄ pobawiÄ. Pogodnie, lekki wiaterek od morza, temp. 30 ºC. Ogólnie cudnie. Jedyne, co przeszkadzaĹo to brud na plaĹźy, czyli odpadki, Ĺmieci, butelki, pety. Niestety wyglÄ da na to, Ĺźe nikt tu nie sprzÄ ta, ale myĹlÄ, Ĺźe dorosnÄ do tego, jak i u nas doroĹli.
WracajÄ c zrobiliĹmy jeszcze podstawowe zakupy: pomidory, arbuz, masĹo, piwo i oczywiĹcie piÄcioletni koniak Koktebel z pobliskiej wytwórni – trzeba bÄdzie popróbowaÄ.
Po caĹym worku wraĹźeĹ, wszyscy szybko zasnÄli, tylko ja pracowicie, na bieĹźÄ co, spisywaĹem wraĹźenia dnia.
PiÄ tek – dzieĹ czwarty – plaĹźowanie.
Drugi dzieĹ na Krymie upĹynÄ Ĺ nam gĹównie na plaĹźowaniu. ZachowywaliĹmy siÄ jak typowi kuracjusze nad morzem. WchodzÄ c na plaĹźÄ, nie szukaliĹmy lepszego miejsca, nie rozglÄ daliĹmy siÄ gdzie mniej ludzi, tylko zalegaliĹmy w moĹźliwie najbliĹźszym miejscu, przy jak najmniejszym wysiĹku. ZachowaliĹmy siÄ jak foka, która aby siÄ wygrzaÄ czy odpoczÄ Ä, wyskakuje z morza na lód, lub krÄ, natychmiast zalega i nawet nie obraca siÄ z boku na bok. Na swoje usprawiedliwienie moĹźna tylko powiedzieÄ, Ĺźe to odruch stadny. NajgÄĹciej jest zawsze przy zejĹciach, natomiast najmniejsze stÄĹźenie leĹźÄ cych jest mniej wiÄcej w poĹowie drogi miÄdzy sÄ siednimi wejĹciami na plaĹźÄ.
MyĹmy, aĹź tak do koĹca jak foka nie byli. Intensywnie korzystaliĹmy z morza i jego fal; oraz czasami, podczas leĹźenia, obracaliĹmy siÄ z boku na bok, by w miarÄ równo opiekaÄ siÄ krymskim sĹoneczkiem. NajpiÄkniej na raczka, ale za to równiuteĹko, opiekĹ siÄ Kuba, który twardo opieraĹ siÄ mamie, która chciaĹa smarowaÄ go filtrami. BÄdzie miaĹ za swoje. BÄdzie jutro piszczaĹ. PatrzÄ c na opieczonego syna i majÄ c w pamiÄci jego upór, by nie uĹźywaÄ filtrów sĹonecznych przypomniaĹa mi siÄ piosenka Starego Dobrego MaĹĹźeĹstwa, której refren bardzo pasowaĹ do sytuacji i którego nie omieszkaĹem synkowi zaĹpiewaÄ:
„WciÄ Ĺź uczÄ siÄ ĹźyÄ na wĹasnej skórze
I pĹacÄ jak umiem ten dziwny rachunek…”
Ale morze rzeczywiĹcie byĹo cudne. Zazwyczaj, bÄdÄ c nad morzem, w Polsce, bĹyskawicznie siÄ nudzÄ i marudzÄ, tu nie miaĹem co narzekaÄ. Fantastyczne fale, spienione grzywacze, zapewniĹy wszystkim kÄ piÄ cym wspaniaĹÄ zabawÄ. Czekanie na ogromnÄ falÄ, która ciÄ porwie, wywróci, wytarmosi, przeciÄ gnie brzuchem po podĹoĹźu i jeszcze rzuci na plecy garĹÄ kamieni to wyĹmienita rozrywka. InnÄ zabawÄ byĹo rzucanie siÄ fali naprzeciw, tak by jÄ przebiÄ, by nie zdoĹaĹa porwaÄ i wytarmosiÄ. Szczytem perwersji w kontakcie z grzywaczami, byĹo poĹoĹźenie siÄ na brzegu i udawanie kĹody drewna wyrzuconej przez morze, którÄ nadchodzÄ ce i powracajÄ ce fale popychajÄ , krÄcÄ obracajÄ , wciÄ gajÄ z powrotem w gĹÄbiny, czy ponownie wyrzucajÄ na brzeg.
ZmÄczeni walkÄ z morzem, zrobiliĹmy sobie przerwÄ na odpoczynek od sĹoĹca i wody oraz na obiadek. PostanowiĹem zaryzykowaÄ wĹasnym systemem trawiennym i spróbowaÄ niektórych wyrobów tutejszej kuchni, oferowanej w róĹźnego rodzaju budkach i straganach przy gĹównych trasach komunikacyjnych. Na samym poczÄ tku spróbowaĹem samsy (a moĹźe samsÄ?). Jest to rodzaj pieroga wielkoĹci i ksztaĹtu 1/6 Ĺredniej pizzy, zrobionego z ciasta troszeczkÄ a’la francuskiego z miÄsem i cebulkÄ , choÄ oczywiĹcie nadzienia mogÄ siÄ zmieniaÄ. MoĹźna to jeĹÄ na zimno lub na ciepĹo. Ja wyczekaĹem moment, by zobaczyÄ jak jest robiony, i by spróbowaÄ go na ciepĹo. ByĹ naprawdÄ caĹkiem smaczny i niedrogi, kosztowaĹ zaledwie 7hr (3,5zĹ). StwierdziĹem, Ĺźe jeszcze dwie takie porcje i spokojnie mógĹbym uwaĹźaÄ, Ĺźe jestem po obiedzie.
NastÄpne danie, kilka budek dalej, na które siÄ zdecydowaĹem, to chaczapury. Porcja wielkoĹci duĹźego kawaĹka droĹźdĹźowca zbudowana jakby z pĹatków ciasta makaronowego (trochÄ jak na lazanie), ale przekĹadana serem. ByĹo to na zimno i Ĺrednio smaczne. TrochÄ gniot, którym siÄ zapchaĹem. RezygnujÄ.
Ostatnie byĹy czeburieki. DuĹźy pieróg wielkoĹci ½ maĹej pizzy z róĹźnymi nadzieniami miÄsem, miÄsem i serem, grzybami i wieloma innymi kombinacjami, smaĹźony obustronnie w gĹÄbokim oleju. Rewelacja! Najlepsze byĹy z miÄsem i serem. To trzeba bÄdzie koniecznie powtórzyÄ, stwierdziliĹmy z KubÄ , bo on najwierniej towarzyszyĹ mi w tej kulinarnej wycieczce.
Po obiedzie i niezbÄdnym piwku, udaliĹmy siÄ na daleki spacer za Rybaczje, w kierunku widocznego na wschodzie skalistego cypla.
Marsz wzdĹuĹź morza dostarczyĹ nam wielu niezapomnianych wraĹźeĹ. Od strony stromego urwiska, pobudowane sÄ domy, budynki, budy i rudery najróĹźniejszych klas i kategorii. Od nowiutkich, ekskluzywnych pensjonatów po blaszane i pordzewiaĹe garaĹźe. Ale Ĺźadna z bud nie byĹa pusta. WszÄdzie wypoczywali UkraiĹcy i Rosjanie. CaĹe Ĺźycie praktycznie na dworze, na drodze, na parkingu, na plaĹźy, bo trzeba zauwaĹźyÄ, Ĺźe miÄdzy budynkami a morzem, czyli po naszemu na plaĹźy, zmieĹciĹa siÄ jeszcze droga dojazdowa do tych posesji oraz parking dla samochodów. Niesamowite wraĹźenie. Parking na plaĹźy! Do tego wszÄdzie walajÄ ce siÄ Ĺmieci, Ĺmieci, Ĺmieci. W tym wszystkim, na starych sofach, zdekompletowanych krzesĹach, przy piwie lub(i) poĹówce wypoczywajÄ ludzie. Nam byĹo jakoĹ nieswojo, ale im to nie przeszkadzaĹo. WyglÄ daĹo, Ĺźe czujÄ siÄ i bawiÄ Ĺwietnie.
Dalej, plaĹźa powoli zaczynaĹa siÄ wyludniaÄ. Coraz mniej regularnych plaĹźowiczów, a co raz wiÄcej rozbitych na plaĹźy namiotów, w których koczujÄ miĹoĹnicy kontaktu z przyrodÄ – widaÄ u nich tak wolno. Tu piÄkne morze, urocza kamienista plaĹźa, nad nami fascynujÄ cy, kilkudziesiÄciometrowy skalny klif, pokazujÄ cy przekrój góry i Ĺlady faĹdowaĹ, a pod nim butelki, folie papiery, zĹom – ĹMIECI.
PoszliĹmy dalej. Po drodze natknÄliĹmy siÄ na dwa osiedla namiotowe, które sprawiaĹy wraĹźenie, Ĺźe mieszkaĹcy koczujÄ w tym miejscu juĹź od dĹuĹźszego czasu. I tu byĹ porzÄ dek. WidaÄ byĹo, Ĺźe zajÄty przez siebie skrawek plaĹźy uporzÄ dkowali i o niego dbajÄ . MoĹźna im byĹo tego sposobu spÄdzania urlopu pozazdroĹciÄ. PiÄkny, upalny dzieĹ, szumiÄ ce morze, urokliwy klif i namiot. ZbliĹźajÄ cy siÄ wieczór, ognisko, kocher na dwóch kamieniach i wschodzÄ cy ksiÄĹźyc w peĹni, który swÄ poĹwiatÄ wytyczyĹ szlak miÄdzy brzegiem morza a horyzontem. Cudo.
StanÄliĹmy w ustronnym miejscu, zapadaĹ juĹź zmrok. SĹoĹce schowaĹo siÄ juĹź za górami Krymu, tylko sĹaba Ĺuna nad skaĹami i ksiÄĹźyc w peĹni pozwalaĹy rozróĹźniaÄ jeszcze szczegóĹy otoczenia. Morze pod wieczór uspokoiĹo siÄ, tworzÄ c doĹÄ jednolitÄ , aksamitnÄ taflÄ. I w to morze, póĹşnym wieczorem, wskoczyliĹmy pĹynÄ c w kierunku ĹwiatĹa ksiÄĹźyca. Co za cisza, co za spokój, co za rozkosz chĹodnej wody po caĹym skwarnym, zapylonym i upalnym dniu.
Tak nam siÄ spodobaĹ ten wieczór nad brzegiem, Ĺźe postanowiliĹmy spróbowaÄ zorganizowaÄ sobie grilla o zmroku nad morzem. Ciekawe, czy nam siÄ uda?
Sobota – dzieĹ piÄ ty – wodospad DĹźur – dĹźur
A dziĹ mieliĹmy jechaÄ do AĹuszty. DzieĹ zaczÄliĹmy, oczywiĹcie od kÄ pieli w morzu. Oczerwieniony Kuba daĹ siÄ nawet posmarowaÄ filtrami. Po kÄ pieli i krótkim wylegiwaniu zakupiliĹmy bilety mikrobusowe…, wróÄ! Ĺťadnych biletów – zapĹaciliĹmy kierowcy i wsiedliĹmy.
Cele wyprawy do AĹuszty byĹy dwa:
1. Ewelina chciaĹa wybraÄ pieniÄ dze z bankomatu, bo w Rybaczje nie ma takich moĹźliwoĹci
2. My, przy okazji, mieliĹmy pozwiedzaÄ kurort, muzea i ogród botaniczny.
WsiedliĹmy do nagrzanego autobusu, pĹacÄ c po 13hr za Ĺebka, z wyjÄ tkiem Krzysia piÄciolatka, który jechaĹ za darmo. Na Ukrainie dzieci do piÄciu lat majÄ wszystkie wejĹcia i przejazdy za darmo, o ile sÄ na kolanach u mamy. MoĹźe to jest objaw polityki prorodzinnej, który moĹźna by u nas zaszczepiÄ? Przejazd przez miejscowoĹci nadmorskie, turystyczne, takie jak nasze Rybaczje czy sÄ siednie SoĹniecznogorskoje jest wyczynem nie lada. Droga, przez te miejscowoĹci, jest co prawda, dwupasmowa, ale bez pobocza i wĹaĹciwie chodnika teĹź. Po obu stronach drogi parkujÄ sznury samochodów, tak, Ĺźe Ĺrodkiem, mimo linii ciÄ gĹej, jest przejazd tylko dla jednego pojazdu. W ten sposób, przez kurort, tworzy siÄ naturalny ruch wahadĹowy i cudownie dĹugie korki. „Najfajniej” jest gdy na tak wÄ skim przejeĹşdzie spotka siÄ dwóch zdecydowanych kierowców z przeciwnych kierunków, z których Ĺźaden nie chce ustÄ piÄ, czy siÄ wycofaÄ. Wymiana klaksonów i wyzwisk murowana. W takim korku utknÄliĹmy jakieĹ 5km za Rybaczje. GadajÄ c o wszystkim i o niczym pojawiĹ siÄ temat pieniÄdzy i bankomatów. PadĹo w koĹcu zasadnicze pytanie:
- Ewelina, a ty wziÄĹaĹ kartÄ?
- OczywiĹcie! – ĹźachnÄĹa siÄ Ewelina, lecz po chwili szukania po plecaku mina jej zrzedĹa
- Jeju – westchnÄĹa – zostawiĹam jÄ w torebce!
Od tej chwili wyprawa do AĹuszty zaczynaĹa byÄ bez sensu. BiorÄ c pod uwagÄ, Ĺźe nadal staliĹmy w korku, to wyjĹcie z busa i powrót, byĹby jak najbardziej moĹźliwy, tylko szkoda pieniÄdzy wydanych na bilety. RatujÄ c sytuacjÄ zwróciĹem siÄ do kierowcy, Ĺźe zapomnieliĹmy dokumentów i musimy wracaÄ.
- To wysiadajcie – rzekĹ
- Ale zapĹaciliĹmy za przejazd do AĹuszty, a wysiadamy na pierwszym przystanku – zaoponowaĹem.
Po chwili przekomarzania, rzuciĹ nam na odczepnego 30hr i wysiedliĹmy. NaleĹźy zauwaĹźyÄ, Ĺźe akcja byĹa moĹźliwa tylko dlatego, Ĺźe nie kupowaliĹmy biletów w kasie, tylko pĹaciliĹmy kierowcy do rÄki. Jakby byĹy bilety, to by pieniÄ Ĺźki przepadĹy!
ZostaliĹmy wiÄc, mimo upaĹu „na lodzie”. Co teraz bÄdziemy robiÄ? WracaÄ na kwaterÄ po dokumenty i jechaÄ znowu nie ma sensu, bo za póĹşno. Ale przecieĹź, z SoĹniecznogorskoje, gdzie wĹaĹnie utknÄliĹmy, prowadzi droga na sĹynny wodospad DĹźur – DĹźur!
AĹka dogadaĹa siÄ z kierowcÄ jakiegoĹ busa, Ĺźe zawiezie nas za 35hr od osoby na wodospad, poczeka i przywiezie z powrotem.
JechaliĹmy krÄtÄ , wÄ skÄ drogÄ , wĹród suchych ĹÄ k, winnic, nieuĹźytków i przepaĹc,. wĹród wspaniaĹych widoków na wyĹaniajÄ ce siÄ na póĹnocy pasma krymskich gór i cudowne zakola oraz cyple wybrzeĹźa Morza Czarnego na poĹudniu (odwrotnie niĹź u nas!). Tradycyjnie kierowca musiaĹ pokazaÄ swój kunszt utrzymujÄ c prÄdkoĹÄ 90km/h nawet przy zakrÄtach 90º - wyprzedzajÄ c pod górkÄ i na zakrÄcie, obficie przy tym uĹźywajÄ c klaksonu. Mimo kilku zjeĹźeĹ wĹosów na gĹowie, jakoĹ, po raz kolejny, dojechaliĹmy na miejsce, na parking. Dalej trzeba byĹo iĹÄ pieszo, pod górkÄ, wĹród wszechobecnego kurzu. Wszak, jak mówili miejscowi, od dwóch miesiÄcy na Krymie nie spadĹa kropla deszczu! Po 30 minutach szybkiego marszu dotarliĹmy nad wodospad DĹźur – DĹźur. Niezbyt wielki to wodospad, ale caĹkiem urokliwy. PoĹoĹźony wĹród lasów, nie spada jednÄ zdecydowanÄ strugÄ , ale rozdziela siÄ na kilka tryĹniÄÄ, tak jak gdyby na górze zaĹoĹźyli mu grube sito od konewki.
Po kilku fotkach, udaliĹmy siÄ wyĹźej nad wodospad, gdzie, jak mówili miejscowi, czekaÄ miaĹ na nas strumieĹ i wanny(?) do kÄ pieli.
Po krótkiej wÄdrówce znaleĹşliĹmy strumieĹ poprzecinany drobnymi progami skalnymi z wodospadami i… wanny, czyli zagĹÄbienia – maĹe jeziorka uksztaĹtowane przez spadajÄ cÄ wodÄ, które mogĹyby siÄ wspaniale nadawaÄ do cudownych kÄ pieli, gdyby nie zimna, a wrÄcz lodowata woda. Mimo to, postanowiliĹmy z KubÄ dokonaÄ dziĹ bohaterskich czynów i wykÄ paÄ siÄ w rzeczonych wannach. Najpierw spróbowaliĹmy siÄ z natryskiem przy progu skalnym – ileĹź byĹo krzyku i prychania oraz niekĹamanego podziwu gapiów. Jakby tego byĹo jeszcze maĹo, Kuba poszedĹ nurkowaÄ do gĹÄbszej wanny. OkazaĹo siÄ jednak, Ĺźe delikatnie mówiÄ c, mój nierozsÄ dny syn, podczas nurkowania zgubiĹ okulary. W ten sposób, mimo, Ĺźe nie miaĹem najmniejszego zamiaru, musiaĹem podjÄ Ä to ekstremalne wyzwanie i nurkowaÄ w górskim strumieniu w poszukiwaniu okularów. Wszak dla Ĺlepaka, jakim jestem ja i mój syn, nie ma chyba nic gorszego, jak utrata dodatkowych „oczków” (ros.).
PoĹwiÄcenie nie byĹo daremne. Po wielu nurkowaniach, macaniach, peĹzaniach okulary zaplÄ taĹy siÄ koĹo mojej nogi i znalazĹy siÄ! Po tym spektakularnym sukcesie, musieliĹmy szybko zwijaÄ siÄ z powrotem, gdyĹź czas wycieczki nam siÄ koĹczyĹ i trzeba byĹo wracaÄ do busa, a przez poszukiwania okularów, byliĹmy sporo spóĹşnieni.
Na miejsce, do Rybaczje, wróciliĹmy jeszcze w peĹni dnia. W zwiÄ zku z tym, zaplanowaliĹmy na obiad gotowanÄ kukurydzÄ, którÄ kupiliĹmy na straganie (surowÄ ) po 2hr za sztukÄ, której oczywiĹcie w caĹoĹci nie daliĹmy rady zjeĹÄ, gdyĹź wczeĹniej, w ramach turystyki kulinarnej, napchaliĹmy siÄ kupionym na straganie ĹwieĹźutkim Ĺabaszem (Ĺawaszem). ZresztÄ przy takiej pogodzie, jakÄ mamy od przyjazdu, czyli 34-36ºC w dzieĹ i 22 ºC w nocy, nie ma siÄ zbyt wielkiego apetytu, a jedynie nieustajÄ ce pragnienie. Ĺabasz, to ciasto chlebowe okrÄ gĹe jak Ĺrednia pizza i grube na 2-3cm. KupiliĹmy je ĹwieĹźutkie, cieplutkie, pachnÄ ce dlatego po drodze caĹe zeĹźarliĹmy.
Wieczorem, po kolejnej kÄ pieli, spróbowaliĹmy jeszcze czurczcheĹa, czegoĹ w rodzaju batona w ksztaĹcie grubego strÄ ka fasoli Jasiek, wypeĹnionego zagÄszczonÄ soko – dĹźemo – marmoladÄ okreĹlonego owocu, w której, dla okrasy, rozmieszczone byĹy orzechy. PonoÄ, dziewczyny mówiĹy, Ĺźe smaczne, ja jednak poprzestaĹem na jednym, dwóch gryzach. Bez zachwytów.
W ramach nocnych degustacji próbowaliĹmy jeszcze piÄcioletniego krymskiego koniaku Koktebel i powoli rozeszliĹmy siÄ do ĹóĹźek. Przypalono – róĹźowy Kuba zostaĹ jeszcze obsmarowany Ĺrodkiem przeciw oparzeniowym, co by jego „opalenizna” daĹa mu ĹźyÄ.
Niedziela – dzieĹ szósty - Czatyrdah
ByÄ na Krymie i nie spojrzeÄ na niego z perspektywy wieszcza, byĹoby zbrodniÄ niesĹychanÄ . Dlatego teĹź, w planie naszej wycieczki znalazĹ siÄ, opiewany przez Mickiewicza, najwyĹźszy z masywów Krymu, czyli Czatyrdah. Ewelina pojechaĹa w koĹcu do AĹuszty, po pieniÄ dze, z resztÄ powiedziaĹa, Ĺźe z maĹym (znaczy z Krzysiem) nie ma siÄ co pchaÄ w góry, a Kuba zostaĹ z definicji w domu, gdyĹź juĹź mocno cierpiaĹ na nadmiar opalenizny. WybraĹem siÄ wiÄc tylko z ĹźonÄ , na romantycznÄ wyprawÄ w góry szlakiem Mickiewicza.
OkoĹo dziesiÄ tej wsiedliĹmy do marszrutki do Symferopola, gdyĹź na tej trasie poĹoĹźony byĹ punkt startowy naszej wyprawy, czyli przeĹÄcz Angorska.
CharakterystycznÄ cechÄ , podróĹźy po Ukrainie, byĹ brak biletów. DziĹ zdarzyĹa siÄ sytuacja wyjÄ tkowa. Czwórka mĹodych ludzi, pĹacÄ c za przejazd zaĹźÄ daĹa jednak, kierowca najwyraĹşniej oburzony takÄ postawÄ pasaĹźerów, zatrzymaĹ siÄ w najbliĹźszej miejscowoĹci, poszedĹ do kasy i pobraĹ bilety. Niestety okazaĹy siÄ 4 hrywny droĹźsze, niĹź wczeĹniej zapĹacili. WĹadca busa zdenerwowaĹ siÄ, wysiadĹ z autobusu i powiedziaĹ, Ĺźe dalej nie jedzie, dopóki nie dopĹacÄ . Wszyscy pasaĹźerowie siedzÄ grzecznie, pocÄ siÄ w dzikim upale autobusu, a ten nic, stosuje odpowiedzialnoĹÄ zbiorowÄ . W koĹcu, po pewnym czasie, polubownie, przyszĹa pani z kasy, wrÄczyĹa bilety turystom, ci dopĹacili 4hr i szczÄĹliwie pojechaliĹmy dalej. Jednak w gĹowie do dziĹ mi siÄ nie mieĹci poziom zĹoĹliwoĹci kierowcy wobec pasaĹźerów, którzy nie pozwolili mu ukraĹÄ pieniÄdzy za przejazd.
W tym samym mikrobusie spotkaliĹmy bardzo ciekawego czĹowieka. ByĹ nim profesor medycyny, wykĹadowca Akademii Medycznej w MiĹsku, narodowoĹci polskiej, ale stale pracujÄ cy na kontraktach w Gwinei. CzĹowiek ten, oprócz tego, Ĺźe jest Polakiem z BiaĹorusi i Gwinei, kaĹźdy urlop od 20 lat spÄdza na Krymie koczujÄ c na plaĹźy, na wczeĹniej opisanych przeze mnie obozowiskach. DuĹźo opowiadaĹ o marionetce KGB – Ĺukaszence i jego prostocie, jeĹli nawet nie prostactwie, o pracy w Gwinei, Ĺźe jest lepiej i bardziej cywilizowanie niĹź w MiĹsku, a takĹźe o Ĺźyciu w wiosce namiotowej na plaĹźy w Rybaczje. OpowiadaĹ, Ĺźe spotykajÄ siÄ w tym samym miejscu juĹź od wielu lat, i Ĺźe ma w tej chwili wiÄcej znajomych i przyjacióĹ w Rybaczje niĹź w MiĹsku, do którego wpada tylko na krótko i jak musi. TwierdziĹ teĹź, Ĺźe na to „prywatne” pole namiotowe pod klifem przyjeĹźdĹźa juĹź drugie pokolenie obozowiczów, a ostatnio przyjechaĹ nawet staĹy bywalec z wnuczkÄ , a wiÄc pokolenie trzecie. ĹťyjÄ jak w rodzinie i chcÄ tak spÄdzaÄ urlopy jak dĹugo siÄ da, choÄ zdajÄ sobie sprawÄ, Ĺźe cywilizacja i zakazy niedĹugo do nich dotrÄ .
Gdy dojechaliĹmy do przeĹÄczy Angorskiej, z Ĺźalem rozstaliĹmy siÄ z naszym oryginalnym znajomym i udaliĹmy siÄ na szlak…(?). No wĹaĹnie, udaliĹmy siÄ chyba w dobrym kierunku, ale Ĺźadnego szlaku, drogowskazu, choÄby znaczka, numerka nie byĹo! Jak trafiÄ na wĹaĹciwÄ drogÄ lub ĹcieĹźkÄ prowadzÄ cÄ na Czatyrdah? Na szczÄĹcie miaĹem polski przewodnik po Krymie, a w nim opisanÄ drogÄ na szczyt oraz nabytÄ na Krymie mapÄ topograficznÄ tutejszych gór. DziÄki nim udaĹo siÄ jakoĹ zaczÄ Ä wÄdrówkÄ we wĹaĹciwym miejscu. IdÄ c pod górÄ, co chwilÄ mieliĹmy dylematy w lewo, czy w prawo? W koĹcu zĹapaliĹmy jÄzyka, który poradziĹ nam trzymaÄ siÄ „krasnych” znaczków. OkazaĹo siÄ, Ĺźe róĹźowe, ledwo widoczne, kropki na drzewach, to wĹaĹnie czerwony szlak. UpewniĹo to nas, Ĺźe jesteĹmy na dobrej drodze. Po jakimĹ czasie, na róĹźowych kropkach pojawiĹy siÄ nawet numerki i to zgodne z mapÄ , choÄ nie do koĹca, bo raz byĹo napisane 115, a raz 116. ĹmialiĹmy siÄ, Ĺźe malarzowi czasami z 6 wychodziĹa 5, gdy mu siÄ nie udaĹo zamknÄ Ä pÄdzelkiem dolnego kóĹka. Innym wytĹumaczeniem byĹo niechlujne przerabianie szlaku 115 na 116, stÄ d naprzemienne pojawianie siÄ obu numerków.
Sama trasa przebiegaĹa przez piÄkny bukowy las, prawie jak w Ĺagowie i nawet w cieniu bukowych liĹci nie byĹo tak gorÄ co, chociaĹź zakupiona wczeĹniej woda schodziĹa jak przysĹowiowa woda. Wszak termometry w cieniu wskazywaĹy ponad 30ºC. Potem zaczÄĹy siÄ strome podejĹcia, które niejednokrotnie trzeba byĹo pokonywaÄ nawet na czworaka. Bukowy, strzelisty las przeobraziĹ siÄ, w las baĹniowy o dziwnie powyginanych i wieloramiennych konarach, które sprawiaĹy wraĹźenie, jakby chciaĹy coĹ chwyciÄ, pójĹÄ dalej, pochyliÄ siÄ, a w najlepszym razie zastygĹy w dramatycznej pozie na wiele lat.
WyszliĹmy w koĹcu ponad granicÄ lasu, zaczÄ Ĺ siÄ suchy stok – step i obficie wystÄpujÄ ce wapienne krawÄdzie skaĹ. PodejĹcie nadal ostre, sĹoĹce praĹźy, Ĺźadnego drzewka, upaĹ niemiĹosierny. A my twardo, niczym konie w kieracie – na Czatyrdah! Gorzej, Ĺźe jak zabrakĹo drzew, to skoĹczyĹy siÄ teĹź róĹźowe znaki wyznaczajÄ ce nam drogÄ. Jak wiÄc mamy iĹÄ dalej, skoro przed nami tylko wzgórza i step. Jaki kierunek jest wĹaĹciwy? Na szczÄĹcie dokĹadna mapa i wĹaĹciwa orientacja w stronach Ĺwiata pozwoliĹy nam wybraÄ wĹaĹciwÄ drogÄ i po okoĹo 2 godzinach, uciÄ Ĺźliwego marszu, osiÄ gnÄ Ä masyw Czatyrdah. W tym miejscu warto zauwaĹźyÄ, Ĺźe nie ma góry o tej nazwie. Czatyrdah to masyw górski z wieloma wypiÄtrzeniami, z których najwyĹźsze ma nazwÄ Eklizi Burun i wznosi siÄ na wysokoĹÄ aĹź 1527m n.p.m! A przecieĹź nadal jesteĹmy nad morzem!
BÄdÄ c juĹź na Czatyr – Dachu, zafundowaliĹmy sobie dĹugi odpoczynek, gdyĹź droga i upaĹ mocno przetrzebiĹy nasze siĹy. ChĹodny, na tej wysokoĹci, wiatr koiĹ i owiewaĹ nasze spocone ciaĹa, a ja stanÄ Ĺem dumnie ze zbiorem poezji Mickiewicza, który w tym celu przytaszczyĹem aĹź z Polski i na gĹos, z peĹnym przejÄciem wyrecytowaĹem sonet:
„(…) Maszcie krymskiego statku, wielki Czatyrdahu!
O minarecie Ĺwiat! O gór padyszachu!
Ty nad skaĹy poziomu uciekĹszy w obĹoki,
Siedzisz sobie pod bramÄ niebios, jak wysoki
Gabryel pilnujÄ cy edeĹskiego gmachu; (…)”
Powrót na dóĹ byĹ juĹź tylko formalnoĹciÄ , choÄ ostre zejĹcia przysporzyĹy jeszcze trochÄ kĹopotów.
Z przeĹÄczy Angorskiej, pojechaliĹmy trolejbusem kursujÄ cym z Symferopola do AĹuszty (30km), by w tym wiÄkszym kurorcie odnaleĹşÄ bankomat i wybraÄ pieniÄ Ĺźki, których zapas powoli zaczynaĹ siÄ kurczyÄ. Trolejbus, którym jechaliĹmy, w cywilizowanym kraju staĹby juĹź pewnie od lat w muzeum, gdyĹź jego produkcja to prawdopodobnie lata szeĹÄdziesiÄ te ubiegĹego wieku, ale mimo to, powoli i bezpiecznie, mimo statecznego wieku, za zaledwie 3hr, dowiózĹ nas do miasta.
Przy dworcu autobusowym w AĹuszcie byĹy 3 bankomaty: jeden nieczynny, drugi, mimo posiadania wĹaĹciwych typów kart, nie chciaĹ daÄ pieniÄdzy, a trzeci poĹknÄ Ĺ stojÄ cej przede mnÄ Rosjance kartÄ, wiÄc wolaĹem nie ryzykowaÄ. RuszyliĹmy w miasto, by znaleĹşÄ bankomat przy banku, by w razie problemów byĹo z kim rozmawiaÄ. OstroĹźnoĹÄ ta, na szczÄĹcie byĹa zbyteczna, czwarty bankomat zrobiĹ to do czego jest stworzony i co od niego oczekiwaĹem, nawet siÄ nie zajÄ knÄ Ĺ. W domu sprawdziĹem, Ĺźe przyjemnoĹÄ ta kosztowaĹa mnie 15zĹ, ale przelicznik zĹotówek na hrywny byĹ caĹkiem przyzwoity.
ZmÄczeni zaszyliĹmy siÄ w eleganckiej (jak na UkrainÄ) knajpce. Kelner posadziĹ nas na podwyĹźszeniu z niziutkÄ ĹawÄ . Buty zostawiliĹmy przed i… rozprostowaliĹmy zmÄczone nogi i plecy póĹleĹźÄ c po turecku przy stole. Gdy po niedĹugim czasie, kelner przyniósĹ, dla mnie zimne piwo, a dla Ĺźony ciekawÄ saĹatkÄ oraz herbatkÄ z cytrynÄ i wĹÄ czyĹ wiatraczek, to tak nam byĹo dobrze, Ĺźe do autobusu wpadliĹmy w ostatniej chwili.

OczywiĹcie miejsc do Rybaczje juĹź nie byĹo, ale znalazĹem autobus do Sudaku, który jedzie przez naszÄ miejscowoĹÄ i na szczÄĹcie miaĹ dwa wolne miejsca.
Pierwsze kroki skierowaliĹmy oczywiĹcie do morza. KÄ piel postawiĹa nas na nogi na tyle, Ĺźe mogliĹmy dojĹÄ do domu, chwilÄ pogadaÄ, coĹ zjeĹÄ i… pójĹÄ spaÄ. DaĹa siÄ nam we znaki wyprawa na Czatyrdah. Wyprawa ciÄĹźka w dwojaki sposób. Nie doĹÄ, Ĺźe trzeba byĹo siÄ wspiÄ Ä na 1500m n.p.m., to jeszcze sĹoĹce i upaĹ wyssaĹy resztki siĹ.
PoniedziaĹek – dzieĹ siódmy – z przymusu na plaĹźy
Na dzisiaj zaplanowaliĹmy wyjazd do Sudaku, do zrekonstruowanej twierdzy genueĹskiej z XIV – XVw. W drodze powrotnej chcieliĹmy teĹź zobaczyÄ Nowy Ĺwiat z wytwórniÄ win i szampanów oraz z rezerwatem przyrody, bo jak mówi autor przewodnika, jak ktoĹ chce zobaczyÄ prawdziwÄ przyrodÄ dawnego Krymu to tylko w rezerwatach. Rosja Radziecka pozwoliĹa na budowÄ blokowisk i budowli sanatoryjnych na terenach o wysokich walorach przyrodniczo – geograficznych. Wiele kiedyĹ urokliwych miejsc, straciĹo swój unikalny charakter. PatrzÄ c na Rybaczje, gdzie mieszkamy, naleĹźy uznaÄ tendencje za trwaĹÄ , gdyĹź rozwój tej miejscowoĹci wydaje siÄ odbywaÄ bez Ĺźadnych ograniczeĹ, wbijajÄ c siÄ nawet pensjonatami w nadmorski klif.
O 11-ej byliĹmy na przystanku autobusowym, by zĹapaÄ przelotowy mikrobus do Sudaku. Na tÄ samÄ porÄ i kurs, zebraĹa siÄ caĹkiem spora grupa chÄtnych. Po póĹ godzinie zaczÄliĹmy siÄ niecierpliwiÄ, ale byliĹmy w mniejszoĹci. Jedna z mĹodych dziewczÄ t, oczekujÄ ca w grupie równieĹź na autobus do Sudaku, pocieszyĹa nas, widzÄ c nasze zniecierpliwienie, sĹowami: przyjedzie, przyjedzie. Wielka jest wiara w ludziach, ale nie zawsze wiara czyni cuda. Po 12-ej straciliĹmy cierpliwoĹÄ, z resztÄ byĹo juĹź na tyle póĹşno, Ĺźe nie byĹo juĹź sensu jechaÄ tak daleko, szczególnie, Ĺźe podróĹź zajÄĹaby nam co najmniej 1,5 godz., a mogĹo by siÄ okazaÄ, Ĺźe z Sudaku brakuje wieczornych autobusów powrotnych.
CóĹź byĹo robiÄ? PoszliĹmy na plaĹźÄ. Lepiej, przecieĹź, moczyÄ siÄ w ciepĹym Morzu Czarnym, niĹź czekaÄ w sĹoĹcu na Ĺaskawy autobus, który nadejdzie albo nie. OkoĹo drugiej przechodziĹem obok dworca autobusowego. Ci, co czekali razem z nami, nadal czekali pokornie i bez szemrania. Godna podziwu determinacja!
IleĹź moĹźna leĹźeÄ na plaĹźy! IleĹź moĹźna pluskaÄ siÄ w wodzie! NamówiĹem ĹźonÄ na spacer wzdĹuĹź morza, tym razem w kierunku zachodnim.
PlaĹźa jest rzeczywiĹcie cudna, zbudowana z kilkucentymetrowych otoczaków. Jednak chodzenie po nich bez obuwia jest praktycznie niemoĹźliwe. Nie doĹÄ, Ĺźe stanowiÄ trochÄ zbyt intensywny masaĹź stóp, to jeszcze ich temperatura, przy krymskim nasĹonecznieniu, przekracza na pewno 50 ºC i po prostu parzÄ !
Na plaĹźy, w zachodniej czÄĹci miejscowoĹci, znajduje siÄ regularne pole namiotowe i parking. Tak, tak, nie pomyliĹem siÄ – parking na plaĹźy. ChoÄ, z drugiej strony, moĹźna tylko pozazdroĹciÄ noclegu w namiocie, na brzegu morza, gdy jego szum koĹysze do snu. Gotowanie posiĹków, granie w karty, drzemanie, przekomarzanie, Ĺpiewanie i wszystkie inne czynnoĹci Ĺźyciowe odbywajÄ siÄ z widokiem na morze i przy jego nieustawicznym szumie w tle. I nie dziwota, Ĺźe mimo poĹudniowej pory, duĹźa czÄĹÄ obozowiczów, spaĹa, drzemaĹa lub leniwie graĹa w karty, bÄ dĹş patrzyĹa z rozkoszÄ i bezmyĹlnie w bezkres fal – pozazdroĹciÄ.
WracajÄ c z plaĹźy udaliĹmy siÄ na obiad. Mnie trafiĹ siÄ chĹodnik bez buraczków, zwany okroszkÄ , caĹkiem niezĹy oraz ziemniaki po rybacku, czyli podsmaĹźane z cebulkÄ , grzybkami i tĹuszczem. Reszta trafiĹa gorzej, na przykĹad na rozgotowany w Ĺmietanie kotlet z piersi drobiowej. MyĹlÄ jednak, Ĺźe eksperymentowanie i próbowanie obcych potraw, to jedna z gĹównych atrakcji wyjazdów zagranicznych. Nigdy nie zapomnÄ zamawiania potraw na WÄgrzech, gdzie menu byĹo tylko po wÄgiersku. ByĹ to zwykĹy, ale zarazem ekscytujÄ cy totolotek. Ja wtedy trafiĹem nawet przyzwoicie, bo na dziwny rosóĹ, Ĺźona na zupÄ rybnÄ , która jej nawet smakowaĹa, syn natomiast trafiĹ w coĹ na sĹodko, czego nie mógĹ zmÄczyÄ. Ale cóĹź, podróĹźe przecieĹź ksztaĹcÄ .
W ramach dalszego podróĹźniczego ksztaĹcenia kulinarnego, wracajÄ c na kwaterÄ zakupiliĹmy próbki koniaków krymskich oraz dwie Ĺliczne firmowe koniakówki, jako niezbÄdny atrybut do degustacji. Wszak trzeba spróbowaÄ, który z licznie wystÄpujÄ cych w sklepach gatunków, nadaje siÄ do zabrania do Polski, przy uwzglÄdnieniu oczywistego parytetu jakoĹci do ceny.
DegustujÄ c koniaczki, obejrzeliĹmy w telewizji jak nasi siatkarze pobili Rosjan na olimpiadzie 3:2 i tak podbudowani poszliĹmy szybko spaÄ. Jutro wstajemy skoro Ĺwit, gdyĹź wykupiliĹmy caĹodniowÄ wycieczkÄ statkiem po Morzu Czarnym.
Wtorek – dzieĹ ósmy – WybrzeĹźe Morza Czarnego
Program dzisiejszej wyprawy zostaĹ wykupiony w miejscowej firmie turystycznej, oferujÄ cej zwiedzanie Krymu, drogÄ morska lub autobusami w najrozmaitsze miejsca póĹwyspu. WybraliĹmy caĹodniowÄ wycieczkÄ morskÄ , wzdĹuĹź poĹudniowego wybrzeĹźa Krymu z kilkoma atrakcyjnymi przystankami. Mimo, Ĺźe koszt wycieczki nie byĹ maĹy – 185hr (ok. 90zĹ) na osobÄ, to czekaliĹmy na tÄ podróĹź z utÄsknieniem, wszak caĹodniowa wycieczka wzdĹuĹź wybrzeĹźa Morza Czarnego, to jest jednak coĹ. Jedno tylko spÄdzaĹo nam sen z oczu. W jaki sposób wsiÄ dziemy na statek w naszym Rybaczje? PrzecieĹź nie ma tu ani Ĺźadnego portu, ani nawet marnego nabrzeĹźa czy molo. OkazaĹo siÄ, Ĺźe nam po prostu wiary brakowaĹo!
OkoĹo 7.50, z dwudziesto minutowym opóĹşnieniem, na obszar zatoki w Rybaczje wpĹynÄ Ĺ statek wycieczkowy i jednoznacznie skierowaĹ siÄ dziobem w stronÄ plaĹźy. Po kilku minutach, miÄdzy pĹywajÄ cymi i wylegujÄ cymi siÄ plaĹźowiczami (a o tej porze plaĹźa byĹa juĹź prawie peĹna) statek wbiĹ siÄ dziobem w kamienisty brzeg morza, ledwo nie najeĹźdĹźajÄ c na rÄczniki i leĹźaki. Nim ustaĹy zgrzyty i haĹasy ocierajÄ cej siÄ blachy o kamienie, z dziobu wysunÄ Ĺ siÄ wÄ ziutki trap w celu przyjÄcia pasaĹźerów na pokĹad. WeszliĹmy po chwiejÄ cych siÄ schodkach na statek, trap podniesiono i na wstecznym biegu statek wysunÄ Ĺ siÄ z kamienistej plaĹźy. CofajÄ c siÄ w gĹÄ b morza, zabraĹ równieĹź ze sobÄ kilku pasaĹźerów na gapÄ. Do umocowania trapu dziobowego, podwiesiĹo siÄ kilkoro dzieci bawiÄ cych siÄ wczeĹniej na plaĹźy, wykorzystujÄ c odpĹywajÄ cy statek, jako darmowy transport na kilkanaĹcie, albo nawet kilkadziesiÄ t metrów w gĹÄ b morza.
MyĹlÄ, Ĺźe tego typu ekstremalny sport polskich 10-ciolatków nad naszym morzem, byĹby nie do wyobraĹźenia, a tym bardziej cumujÄ cy statek wĹród pĹywajÄ cych na materacach ludzi, rozgarniajÄ cy leĹźÄ cych plaĹźowiczów. Ale cóĹź, co kraj to obyczaj!
Ale nic to, jak mawiaĹ WoĹodyjowski do BaĹki. ZajÄliĹmy miejsca na pokĹadzie dolnym, bo okazaĹo siÄ, Ĺźe pokĹad górny jest za dopĹatÄ i zamykany na kĹódkÄ, Ĺźeby nikt niepowoĹany nie wszedĹ! Ale na dole teĹź nie byĹo Ĺşle, przynajmniej sĹoĹce nie praĹźyĹo. Jeszcze kilkakrotnie wbijaliĹmy siÄ w kolejne plaĹźe, lub cumowaliĹmy do najczÄĹciej bardzo steranych Ĺźyciem mól (D. l. mn. od molo), by zabieraÄ kolejnych pasaĹźerów, z kolejnych miejscowoĹci. AĹź wreszcie, od AĹuszty zaczÄliĹmy prawdziwy rejs na zachód wzdĹuĹź poĹudniowego wybrzeĹźa Krymu.
JeĹli ktoĹ kiedyĹ powiedziaĹ, Ĺźe urzekĹo go poĹudniowe wybrzeĹźe Krymu, to siÄ nie dziwiÄ. CaĹy ten obszar, to wÄ ska granica miedzy górami a morzem, gdzie miejsca dla osadnictwa jest bardzo niewiele. CzĹowiek wiÄc, dla swoich potrzeb, wykorzystaĹ najmniejsze skrawki w miarÄ pĹaskiego lÄ du by siÄ osiedliÄ. Nie naleĹźy siÄ wiÄc dziwiÄ, choÄ dla niektórych moĹźe byÄ to profanacja, Ĺźe buduje siÄ tu domy i pensjonaty nawet na plaĹźy. Jest to, poza oczywistymi walorami marketingowymi, czÄsto jedyne wolne miejsce miÄdzy górami a morzem.
I wszystko byĹoby fajnie, gdyby tutejsza architektura miaĹa jakikolwiek pomysĹ, Ĺad porzÄ dek i urodÄ. WspóĹczeĹnie budowane obiekty nadmorskie, to 2-4 piÄtrowe eleganckie pensjonaty, ale budownictwo z poprzedniego okresu, w którym dominowaĹ szary beton, aĹź jeĹźy wĹos na gĹowie. Na plaĹźy, na piÄknych wzgórzach i zielonych dolinach, powyrastaĹy, 30 lat temu, szare betonowe kolosy - wieĹźowce, bÄdÄ ce czasami pojedynczymi potworkami krajobrazu, a czasami jak w AĹuszcie czy Partenicie, tworzÄ ce ponure i obrzydliwe blokowiska. Przykre, jak estetyka poprzedniego systemu, estetyka stali i szarego betony, skutecznie zeszpeciĹa ten piÄkny krajobraz.
WÄdrujÄ c wzdĹuĹź wybrzeĹźa, po bliĹźszym przyjrzeniu siÄ, okazaĹo siÄ, choÄ trudno w to uwierzyÄ, Ĺźe wiÄkszoĹÄ wybrzeĹźa od AĹuszty do JaĹty zostaĹa wybetonowana, zostawiajÄ c tylko niewielkie skrawki plaĹźy, z których i tak wyrastajÄ betonowe mola, o urodzie falochronów. Moja najlepsza z Ĺźon, w przypĹywie natchnienia poetyckiego, okreĹliĹa ten fragment krymskiego krajobrazu, jako skrzyĹźowanie kamienioĹomu z nabrzeĹźem portowym. Uroczo, nie? Jest to oczywiĹcie zĹoĹliwe, ale w duĹźym stopniu oddajÄ ce ducha wybrzeĹźa miÄdzy AĹusztÄ i JaĹtÄ .
Pierwszy turystyczny postój mieliĹmy w miejscowoĹci Nikita pod JaĹtÄ , gdzie znajduje siÄ bogaty i bardzo stary, bo zaĹoĹźony w 1812 roku, ogród botaniczny. ZwiedzaliĹmy go przez dwie godziny, podziwiajÄ c rosnÄ ce na dworze (!) bambusy, róĹźne palmy, oleandry, rododendrony, cisy, sekwoje i wiele, wiele innych fascynujÄ cych roĹlin. ByĹy strefy kaktusów i orchidei, obszary gajów oliwnych i drzew laurowych, a nawet korkowych. ByĹo ciekawie i egzotycznie, tylko Ĺźe w Ĺrodku ogrodu, wĹród piÄknych drzew i krzewów, wyrósĹ kanciasty, szary, obdrapany budynek dyrekcji. Niedaleko, tego niegodnego dalszej uwagi budynku, byĹ Ĺadny skwer, na który zwróciĹ nam uwagÄ przewodnik, gdyĹź na jego Ĺrodku staĹ „biust pierwszego dyrektora ogrodu”. RozbawiĹo nas to serdecznie, gdyĹź nie wiedzieliĹmy wczeĹniej, Ĺźe po rosyjsku zwykĹe popiersie to jakĹźe niezwykĹy biust!
Punktualnie o wyznaczonym czasie, statek nasz odpĹynÄ Ĺ w dalszy rejs, a gdyby ktoĹ siÄ spóĹşniĹ, to by zostaĹ. A moĹźe i zostaĹ, nikt tak naprawdÄ nie panowaĹ nad liczbÄ pasaĹźerów na pokĹadzie. MieliĹmy tylko pilnowaÄ biletów, by za kaĹźdym razem, przy wejĹciu na statek, móc je okazaÄ. Gdyby statek zatonÄ Ĺ, to organizatorzy mieliby problem z okreĹleniem liczby ofiar, a juĹź szczególnie narodowoĹci.
NastÄpnym punktem programu byĹ PaĹac Woroncowa, notabla carskiej Rosji, który w poĹowie XIX wieku, na stoku góry, 200m od morza, przy AĹupce, pod 1000 metrowÄ górÄ Ai-Petri, zbudowaĹ sobie i dla potomnoĹci, paĹac wraz z wielohektarowym parkiem w stylu angielskim z poplÄ tanymi ĹcieĹźkami, strumykami, jeziorkami i wodospadami. Zamek ten zbudowany zostaĹ z drogich i trwaĹych materiaĹów, gdyĹź Woroncow twierdziĹ, Ĺźe ma byÄ drogo i na zawsze. Zamek ten w zawierusze wojennej miaĹ duĹźo szczÄĹcia. Hitler, zajmujÄ c Krym, darowaĹ go „we wieczyste wĹadanie” jednemu ze swoich feldmarszaĹków. DziÄki temu, paĹac w swej istocie nie zostaĹ zrujnowany, najwyĹźej ograbiony, ale i tak nie do koĹca, bo nie zdÄ Ĺźono przed szybko postÄpujÄ cÄ ArmiÄ RadzieckÄ . ByĹ on równieĹź rezydencjÄ Churchila, podczas sĹynnej konferencji JaĹtaĹskiej w 1944r., w której podobno czuĹ siÄ jak u siebie, gdyĹź caĹy paĹac i park zostaĹy zaplanowane w stylu angielskim, imitujÄ c styl architektury anglosaskiej w poszczególnych fragmentach budowli od XII do XVIII wieku.
Do innych ciekawostek turystyczno – krajoznawczych zaliczyĹbym próbÄ zamówienia w parkowej kawiarni zimnej fanty, coli, piwa oraz kawy mroĹźonej. OtrzymaliĹmy tylko zimne piwo i fantÄ, colÄ musieliĹmy odmówiÄ, bo byĹa ciepĹa. NajĹmieszniej miaĹa Ewelina, gdyĹź zamiast kawy mroĹźonej dostaĹa kawÄ i „maroĹźenoje” czyli lody! CóĹź, albo byliĹmy niekomunikatywni, albo pojÄcie kawy mroĹźonej jest tu, po prostu, jeszcze nieznane. Ale kawa zostaĹ wypita, lody zjedzone i na jedno, w brzuchu wyszĹo!
Od Woroncowa ruszyliĹmy z powrotem w kierunku JaĹty. Po drodze, na krótko, zatrzymujÄ c siÄ przy sĹynnym JaskóĹczym GnieĹşdzie. Jest to malutki domek stylizowany na Ĺredniowieczny zameczek, zawieszony na pionowej, 100 metrowej skale, zbudowany w 1912 roku. Z daleka, z morza, budowla wyglÄ da niezmiernie imponujÄ co, jak jaskóĹcze gniazdo przylepione ĹlinÄ ptasiÄ do skaĹy. CaĹy romantyzm zameczku i otoczenia odbiera w duĹźym stopniu droga przez mÄkÄ , jakÄ jest kilkunastominutowe podejĹcie od strony morza, przez dziesiÄ tki straganów, które aĹź parzyĹy, obsypane zwaĹami tandety, brzydziĹy stadami naganiaczy do punktów fotograficznych w strojach rycerskich, ludowych i ksiÄ ĹźÄcych, z maĹpkÄ , krokodylem, wÄĹźem, kameleonem, pawiem, sokoĹem, orĹem i Bóg jeden wie, z czym jeszcze – obĹÄd! Do tego niekoĹczÄ cy siÄ tĹum turystów, nieustannie wchodzÄ cych i schodzÄ cych po schodach. Jednak panorama z JaskóĹczego Gniazda na skaliste wybrzeĹźe Morza Czarnego, sowicie wynagrodziĹa tÄ drogÄ.
JaĹta, najsĹynniejszy kurort na Krymie, miejsce równie sĹynnej i brzemiennej dla nas w skutki konferencji. Niestety mieliĹmy tylko 1,5 godz. czasu, z czego wiÄkszoĹÄ zmitrÄĹźyliĹmy na szukanie jadĹodajni o ludzkich cenach. OkazaĹo siÄ, Ĺźe w JaĹcie ceny w restauracjach sÄ co najmniej dwa razy wyĹźsze niĹź w naszym Rybaczje. W koĹcu zjedliĹmy w barze szybkiej obsĹugi (choÄ trwaĹo to bardzo dĹugo) i w trójkÄ za 150hr(75zĹ), co, jak na warunki ukraiĹskie, byĹo sporo.
GĹówny pasaĹź nadmorskiej JaĹty, to piÄkny deptak z ciekawymi drzewami, drogimi sklepami i restauracjami. Niestety niemiĹosiernie kontrastujÄ z nim poobĹamywane betonowe nabrzeĹźa, z których jedne sĹuĹźÄ do parkowania statków, a drugie, w formie mola zostaĹy zabudowane dyskotekami i kawiarniami. Przy jednym z szarych, betonowych mól, turyĹci urzÄ dzili sobie nawet kÄ pielisko, mimo ogromnego czerwonego napisu „kÄ piel zabroniona”. MieliĹmy ze sobÄ kÄ pielówki, nawet ochota do kÄ pania teĹź byĹa, ale obraz kÄ pieliska wĹród betonów i stali, zdecydowanie nas zniechÄciĹ.

DrogÄ powrotnÄ z JaĹty do Rybaczje uprzyjemniaĹ nam piÄknie i czerwono wschodzÄ cy ksiÄĹźyc w peĹni oraz Ĺlicznie rozĹwietlone wybrzeĹźe Krymu, z uroczo odbijajÄ cymi siÄ w wodzie promieniami nadbrzeĹźnych latarni i romantycznie rozrzuconymi po górach pojedynczymi ĹwiateĹkami osad ludzkich.
Ĺroda – dzieĹ dziewiÄ ty – Sudak - Twierdza GenueĹska
DziĹ, juĹź po raz drugi, przymierzyliĹmy siÄ do wyprawy do Sudaku. Poprzednia, sprzed kilku dni nie doszĹa do skutku, z bardzo prozaicznego powodu – autobus nie przyjechaĹ. Dzisiaj wybraliĹmy siÄ wczeĹniej, gdyĹź okoĹo dziewiÄ tej byĹy aĹź dwa autobusy w tym kierunku, a w zwiÄ zku z tym byĹa wiÄksza szansa powodzenia. Jednak i tym razem niewiele brakowaĹo, by wycieczka nie doszĹa do skutku, gdyĹź jeden z pojazdów „poĹamaĹsja” – jak rzekĹa pani w kasie. Na szczÄĹcie (?) biletów w kasie nie udaĹo nam siÄ kupiÄ. Kierowca drugiego autobusu, który jechaĹ tÄ samÄ trasÄ , co „poĹamany”, odmówiĹ zabrania nieszczÄĹników z wykupionymi biletami na popsuty autobus, kaĹźÄ c im czekaÄ na zapasowy. Nas natomiast, bez biletów, zabraĹ bez problemu na miejsca stojÄ ce, inkasujÄ c do kieszeni 45hr.
Droga autobusem do Sudaku przysporzyĹa kolejnych niezapomnianych wraĹźeĹ. Tym razem twórcÄ atrakcji nie byĹ szalony kierowca, lecz stwórca, faĹdowanie alpejskie i morze. Przejazd przez wielokrotnie pozwijane serpentyny, poobwijane wokóĹ stromych wzgórz, pod którymi leniwie rozpoĹciera siÄ morze, skÄ d rozpoĹcieraĹy przepastne widoki na doliny o stromych zboczach, konsekwentnie dÄ ĹźÄ ce do morza i ostatecznie zanurzajÄ ce siÄ w nim. Z drugiej strony towarzyszyĹy nam piÄkne i spokojne winnice porozkĹadane na Ĺagodnych, poĹudniowych zboczach. Poezja!
Na dworcu w Sudaku, nauczeni doĹwiadczeniem, od razu kupiliĹmy bilet powrotny, majÄ c jednak nadziejÄ, Ĺźe autobus siÄ nie popsuje. ChcieliĹmy udaÄ siÄ do centrum, lecz okazaĹo siÄ, Ĺźe z dworca do ĹródmieĹcia to prawie 30 minut pieszo! Jedynym rozwiÄ zaniem byĹa marszrutka. Pierwsza, która przyjechaĹa, byĹa tak nabita, ze z przystanku weszĹo tylko kilka osób, z drugÄ byĹo podobnie. PostanowiliĹmy wiÄc skorzystaÄ z usĹug prywatnego przewoĹşnika, który rozklekotanÄ ĹadÄ za 30hr (15zĹ) zawiózĹ nas do samej Twierdzy GenueĹskiej, która byĹa podstawowym celem naszej podróĹźy, omijajÄ c zbÄdne nam, w tej chwili, centrum.

Twierdza ta zostaĹa zbudowana w XIV – XV wieku przez konsulów genueĹskich i zajmuje przeszĹo 30hektarów powierzchni! PonoÄ od prawie 40 lat jest teĹź rekonstruowana, jednak wiele elementów murów, baszt, budynków sÄ oryginalne, Ĺredniowieczne. Twierdza robi duĹźe wraĹźenie na zwiedzajÄ cych z dwóch powodów. Jest rzeczywiĹcie ogromna, zajmuje tak wielki obszar, Ĺźe stojÄ c w Ĺrodku i patrzÄ c na ciÄ g murów obronnych, ma siÄ wraĹźenie jak byĹ siÄ dopiero zbliĹźaĹo do twierdzy, z tym, Ĺźe mury sÄ dookoĹa! NajwiÄksze jednak wraĹźenie, robi jej poĹoĹźenie. Jest ona poĹoĹźona na ogromnej górze, czÄĹciowo skalistej, która ostrym, kilkusetmetrowym obrywem spada do morza. W te urwiska, wypiÄtrzenia, pagórki, wkomponowane sÄ , grube na 6metrów, mury i baszty. W najwyĹźszym punkcie góry, tuĹź nad urwiskiem znajduje siÄ WieĹźa PanieĹska, z której roztacza siÄ, zapierajÄ cy dech, widok na zatoki, góry morze i osiedla Sudaku. Wydaje siÄ, Ĺźe gdyby przyszĹo, nie daj BoĹźe, spadaÄ z tej skaĹy, to nie starczyĹo by oddechu, by krzyczeÄ aaaaaaaaaa…, trzeba by byĹo ze dwa razy wziÄ Ä oddech nim siÄgnÄĹo by siÄ dna. Widok ten, choÄ powodowaĹ drĹźenie Ĺydek, wart byĹ trudu jazdy i wspinaczki, a wejĹcie na szczyt po wyĹlizganej skale, nad przepaĹciÄ , wymagaĹo duĹźego skupienia, uwagi i odwagi. Ale byĹo warto.

Niedaleko od Sudaku znajduje siÄ kurort Nowy Ĺwiat, znamy teĹź z produkcji win i win musujÄ cych zwanych tu bez Ĺźenady szampanami. Z resztÄ maĹo kto zaprzÄ ta sobie tu gĹowÄ europejskimi regulacjami prawnymi. Nie doĹÄ, Ĺźe moĹźna tu kupiÄ szampan z Krymu (a nie z Szampanii), koniak z Koktebela czy z JaĹty (a nie z prowincji Cognac), to jeszcze moĹźna bez problemów kupiÄ ordynarne pirackie CD ze stolika na ulicy, opisane odrÄcznie pisakiem, nawet niepróbujÄ ce upodobniÄ siÄ do oryginaĹów.
ZatĹoczonÄ marszrutkÄ przejechaliĹmy 6km z twierdzy do Nowego Ĺwiata i… wysiedliĹmy w zupeĹnie nowym Ĺwiecie. Park, Ĺaweczki, oryginalna, zadbana roĹlinnoĹÄ, kwiaty, krzewy, czysto i kolorowo. JakoĹ tak inaczej – Ĺadnie. WyszliĹmy nad zatokÄ. PiÄkna promenada wzdĹuĹź morza i plaĹźy, kwitnÄ ce drzewa, kwiaty, Ĺaweczki obok restauracji, kawiarnie, ale ceny juĹź solidne – piwo nawet 12hr (6zĹ). PlaĹźa zadbana, ale niestety pĹatna – 10hr. GĹupio tyle pĹaciÄ, skoro chcemy tylko chwilÄ tyĹki pomoczyÄ. TargowaĹem siÄ zawziÄcie, ale siÄ nie udaĹo. PoszliĹmy 200m dalej na dzikÄ . JuĹź nie byĹo tak piÄknie, ale jak na warunki krymskie, caĹkiem znoĹnie. StraszyĹa tylko stara, pordzewiaĹa siatka, oddzielajÄ ca czÄĹÄ pĹatnÄ od bezpĹatnej. Ogólnie Nowy Ĺwiat zrobiĹ na nas pozytywne wraĹźenie, choÄ nie znamy szczegóĹów jakoĹci pobytu w tym kurorcie. MoĹźna przypuszczaÄ, Ĺźe jak na caĹej Ukrainie, tak i tu jest problem z systematycznym dostarczaniem wody, gdyĹź przed domkami letniskowymi, widaÄ byĹo przygotowane na zapas duĹźe bukĹaki z wodÄ .
ZnaleĹşliĹmy równieĹź wytwórniÄ win, niestety nie starczyĹo nam czasu na jej zwiedzenie. OdwiedziliĹmy wiÄc tylko sklep firmowy, ale bez zakupów, gdyĹź ceny byĹy turystyczno – pamiÄ tkarskie. ZresztÄ popróbowaĹem trochÄ „wina na rozliw", nalewanego tak jak u nas piwo – z przysĹowiowego „kija”. Nic szczególnego, wĹaĹciwie tanie, jednoroczne wino. Bez Ĺźalu wiÄc, odeszliĹmy bez zakupów, bo czas nagliĹ.
Na przystanku autobusowym (marszrutkowym) w Nowym Ĺwiecie przywitaĹ nas tĹum ludzi czekajÄ cych na to samo co my, czyli autobus do Sudaku. Nie byĹo szans, by w krótkim czasie dostaÄ siÄ do mikrobusa. MusieliĹmy wiÄc ponownie skorzystaÄ z prywatnego Ĺrodka transportu. Po krótkim targowaniu, ustaliliĹmy cenÄ i trasÄ. Kierowca miaĹ nas zawieĹşÄ na dworzec autobusowy, a po drodze zatrzymaÄ siÄ przy duĹźym sklepie w Sudaku, byĹmy mogli zrobiÄ zakupy. Za ustalone 50hr nie byĹo Ĺźadnego problemu.
Kierowca nasz okazaĹ siÄ Azerem o ciekawych poglÄ dach i doĹwiadczeniach Ĺźyciowych. Na pytanie, które wynikĹo w trakcie rozmowy o problemach kaukazkich, „Czy wy teĹź nie lubicie Ruskich?” A dlaczego mamy ich nie lubiÄ? – odpowiedziaĹ pytaniem na pytanie – My siÄ tylko z nimi bijemy! ZresztÄ bijemy siÄ ze wszystkimi: z Ormianami, Ruskimi, Gruzinami i wszystko wygrywamy! – chwaliĹ siÄ.
Na moje uwagi, Ĺźe wojna jest straszna, Ĺźe niesie niepotrzebne cierpienia, odpowiedziaĹ, Ĺźe jak do wszystkiego, tak i do wojny moĹźna siÄ przyzwyczaiÄ. Sam teĹź byĹem 5 lat na wojnie i nic w tym okropnego – opowiadaĹ – ot jeden z kolejnych sposobów na Ĺźycie.
ByĹem pod duĹźym wraĹźeniem opowieĹci Azera i jego stosunku do wojny. Dowodzi to tylko jednego. Nasze europejskie myĹlenie, nasz system wartoĹci i wraĹźliwoĹci, moĹźe byÄ zupeĹnie niekompatybilny z kulturami w innych czÄĹciach Ĺwiata. I moĹźe usilne zaszczepianie naszego myĹlenia innym kulturom jest zwykĹÄ kolonizacjÄ kulturowÄ ? Wszak nasze systemy wartoĹci wcale nie muszÄ wartoĹciÄ dla innych kulturach. I wcale nie znaczy to, Ĺźe ich wartoĹci, czy systemy sÄ lepsze albo gorsze! SÄ moĹźe tylko inne?
Jednak, nasz przewoĹşnik, serdecznie zapraszaĹ na Kaukaz opowiadajÄ c, Ĺźe tam dopiero jest piÄknie!
Tak, na pewno – pomyĹlaĹem i przypomniaĹ mi siÄ biaĹoruski Polak, profesor medycyny, który na moje uwagi o szaleĹczych wyczynach tutejszych kierowców powiedziaĹ, Ĺźe to pieszczoszki w porównaniu do Gruzinów na Kaukazie, którzy gorszym sprzÄtem, na jeszcze gorszych drogach jeĹźdĹźÄ jeszcze bardziej brawurowo. RoztoczyĹ tu wizjÄ rozklekotanego autobusu z lat 60-ych, wypeĹnionego po brzegi pasaĹźerami, z piskiem Ĺysych opon jadÄ cego po dzikich, szutrowo – asfaltowych serpentynach nad przepastnymi przepaĹciami, nad którymi nie ma Ĺźadnych zabezpieczeĹ. Brr…
MajÄ c w kieszeni wykupiony wczeĹniej bilet, bezpiecznie wsiedliĹmy i dotarliĹmy do domu, w ogóle nie przeĹźywajÄ c faktu, iĹź jeden ze wspóĹpasaĹźerów wĹoĹźyĹ na póĹkÄ nad nami torbÄ z otwartym piwem, które oczywiĹcie zaczÄĹo siÄ wylewaÄ na nas. To szczegóĹ! Z resztÄ byĹo zimne, co w tym upale nie byĹo, tak zupeĹnie, bez znaczenia.
Czwartek – dzieĹ dziesiÄ ty – W góry
DziĹ z rana wybraĹem siÄ z KubÄ w pobliskie góry. WedĹug mapy, od Rybaczje odchodzi prosty szlak o numerze 167 na Górny Kras Krymu, rozciÄ gajÄ cy siÄ na wysokoĹci 1000m n.p.m. Wyzwaniem miaĹ byÄ ponad trzydziestostopniowy upaĹ i wysokoĹÄ. Wszak zaczynaliĹmy wycieczkÄ od poziomu zero.
Po krótkim spacerze stwierdziliĹmy, Ĺźe nie ma tu Ĺźadnych oznaczeĹ tras turystycznych. KorzystajÄ c wiÄc z nieocenionej mapy topograficznej, ustaliliĹmy trasÄ wzdĹuĹź wysychajÄ cego strumyka, uznajÄ c jÄ arbitralnie za wĹaĹciwÄ . Niestety doprowadziĹa nas do ĹźóĹto – rdzawego szlabanu z napisem „wchoda niet”, co w wolnym tĹumaczeniu znaczy przejĹcia nie ma. Na dodatek w budce staĹ wartownik, który widzÄ c nas idÄ cych w jego kierunku, sympatycznie zapytaĹ „A wy kuda?” – czytaÄ nie umiecie? Wtedy pokazaĹem mu mapÄ, wedĹug której szlak prowadzi dokĹadnie przez winnicÄ, której tak odwaĹźnie strzeĹźe. Na poczÄ tku kazaĹ nam wróciÄ i gdzieĹ w biurze staraÄ siÄ o przepustki. Po naszych protestach, Ĺźe szkoda czasu, Ĺźe my turyĹci i im winogron nie wyĹźremy, Ĺaskawie nas przepuĹciĹ. Pierwsze kilka kilometrów wiodĹo piaszczystÄ pylÄ cÄ drogÄ wĹród winnic. Po póĹtorej godzinie marszu w spiekocie i wĹród uroczych winoroĹli, które jednak nie dawaĹy cienia, dotarliĹmy na rozstaje dróg i stanÄliĹmy by podjÄ Ä decyzjÄ o wyborze trasy po konsultacji z mapÄ . Wtedy zza wiekowego autobusu, którego urok moĹźna jeszcze pamiÄtaÄ ze starych radzieckich filmów, który pewnie sĹuĹźyĹ juĹź tylko za pomieszczenie socjalne, wynurzyĹ siÄ pracownik winnicy i zawoĹaĹ do nas:
- MaĹadcy, turisty, ja wam pamagu!
WyjaĹniliĹmy uczynnemu Rosjaninowi, gdzie chcemy siÄ dostaÄ, a on skrupulatnie nam wyĹuszczyĹ, jak najĹatwiej przez winnicÄ dotrzeÄ na wĹaĹciwÄ „trapinkÄ” - pewnie ĹcieĹźkÄ – pomyĹlaĹem. RzeczywiĹcie za winnicÄ , jak nam wytĹumaczono, znaleĹşliĹmy za smukĹymi topolami maĹe sztuczne jeziorko, sĹuĹźÄ ce do nawadniania winnicy. WchodzÄ c na jego brzeg, wypĹoszyliĹmy ogromne iloĹci Ĺźab, z których jedna, leĹźÄ c rozkraczona w wodzie, z uporem przez caĹy postój wpatrywaĹa siÄ w nas. MoĹźe to byĹa ksiÄĹźniczka i trzeba byĹo jÄ pocaĹowaÄ? Ale jakoĹ nie byĹo chÄtnych.
Po krótkim odpoczynku, uzupeĹnieniu pĹynów, poszliĹmy dalej, rzeczonÄ wczeĹniej „trapinkÄ ". ZnaleĹşliĹmy siÄ na wÄ skiej kamienistej dróĹźce, wystawieni pod idealnym kÄ tem, jak winogrono, na dziaĹanie niemiĹosiernych promieni sĹonecznych. SzliĹmy wzdĹuĹź grubej stalowej rury (okoĹo 3 calowej), którÄ , gdzieĹ z góry dostarczana jest woda do miniÄtego, dopiero co, zbiornika. WokóĹ nas rosĹy, a wĹaĹciwie wysychaĹy skarĹowaciaĹe jabĹonie, Ĺliwki, róĹźe, dÄby oraz inne drzewa i krzewy, które niestety nie potrafiĹy daÄ choÄ odrobiny cienia. Mimo to, miejsce, w jakim siÄ znaleĹşliĹmy, na tym etapie naszej wyprawy, byĹo przecudne. Nad nami cel naszej wÄdrówki – pionowe wapienne wypiÄtrzenia Górnego Krasu Krymu, w dole ĹcielÄ ce siÄ hektary równych zielonych poĹaci winnic. WszÄdzie cicho, spokojnie i bezludnie. W ciÄ gu 5 godzin caĹej wyprawy, tylko raz spotkaliĹmy trójkÄ turystów schodzÄ cych z gór.
Niestety nie osiÄ gnÄliĹmy celu naszej wyprawy. ZabrakĹo nam czasu. Tak upalna pogoda, nasĹonecznione strome podejĹcia, wymagaĹy czÄstych postojów, odpoczynków, a Kuba musiaĹ o 17-ej byÄ z powrotem, poniewaĹź jechaĹ z EwelinÄ i Krzysiem na wycieczkÄ do delfinarium.
WidzÄ c, Ĺźe nie damy rady dojĹÄ do celu, zrobiliĹmy sobie dĹuĹźszy postój pod rosochatym drzewem na piÄknym tarasie, z którego rozciÄ gaĹ siÄ wyĹmienity widok na góry, winnice, jeziorka, a w dali, niknÄ ce we mgle, Morze Czarne.
Ĺlady pozostawione przez turystów, ĹwiadczyĹy o tym, Ĺźe miejsce to niejednokrotnie sĹuĹźyĹo jako baza noclegowa. ZresztÄ moje obserwacje tutejszego górskiego ruchu turystycznego, wskazujÄ , Ĺźe w krymskich górach, jak i na krymskich plaĹźach, moĹźna obozowaÄ, gdzie siÄ komu podoba. Skoro jest obozowisko, musi byÄ teĹź i gdzieĹ woda. Po krótkim rekonesansie znalazĹem obetonowane ĹşródĹo zasilajÄ ce 3 calowÄ rurÄ, która z kolei zasila jeziorko do nawadniania winnicy oraz wcinkÄ w rurze, która sĹuĹźy turystom, za obfite ĹşródĹo wody. Spragnieni, spoceni i przegrzani, postanowiliĹmy skorzystaÄ z dobrodziejstw Ĺşródlanej wody. Najpierw nabraliĹmy jej peĹnÄ butelkÄ… pyszna, zimna, aĹź zÄby trzeszczÄ . Potem… zdjÄliĹmy koszulki i czapki i namoczyliĹmy je w Ĺşródlanej wodzie. Ubieranie siÄ w mokrÄ , lodowatÄ koszulkÄ powodowaĹo gĹÄboki szok termiczny, ale byĹo warto, korzyĹÄ byĹa bezapelacyjna – wreszcie byĹo chĹodniej. ChĹodu koszulkowego starczyĹo na okoĹo godzinÄ drogi powrotnej, potem czapki i koszulki wyschĹy. MusieliĹmy wiÄc powtórzyÄ czynnoĹÄ przechodzÄ c powtórnie koĹo zbiornika wody do podlewania winnicy. Tym razem jednak, nawet nie wykrÄcaliĹmy koszulek, tyko ubieraliĹmy ociekajÄ ce, a czapki zakĹadaliĹmy peĹne wody! IleĹź byĹo z tym zabawy. OczywiĹcie ponownie pomogĹo to w walce z dzikim i niemiĹosiernym skwarem, ale nim doszliĹmy do domu, byliĹmy ponownie caĹkiem suchutcy.
ZdÄ ĹźyliĹmy na obiad, dzieci pojechaĹy do delfinarium, a mi pozostaĹ niedosyt. CoĹ czujÄ, Ĺźe w sobotÄ jeszcze raz zaatakujÄ Górny Kras Krymu, bo jutro nie. Jutro bogata w atrakcje wycieczka do Bakczysaraju, do skalnych miast i do Wielkiego Kanionu, ale nie Colorado.
PiÄ tek – dzieĹ jedenasty – Bakczysaraj i okolice.
Pobudka o szóstej rano. O siódmej miaĹ podjechaÄ samochód osobowy z kierowcÄ , który miaĹ nas zabraÄ na caĹodniowÄ wycieczkÄ do PaĹacu Chanów (nie chamów) w Bakczysaraju, UspieĹskiego Monastyru, skalnego miasta Karaimów Czufut – Kale oraz na Krymski Wielki Kanion.
PrzewoĹşnik byĹ, wydawaÄ by siÄ mogĹo, doĹÄ drogi, bo ĹźyczyĹ sobie za caĹodniowÄ usĹugÄ 700hr (350zĹ), ale i tak wychodziĹo taniej, niĹź gdyby wykupiÄ wycieczkÄ w biurze turystycznym. Poza tym posiadanie wĹasnego samochodu z kierowcÄ pozwalaĹo zachowaÄ wĹasne tempo zwiedzania bez zbÄdnego poĹpiechu, czy spieszenia na spotykanie o wyznaczonej godzinie. RzeczywiĹcie program dzisiejszego dnia byĹ realizowany w spokojnym, wrÄcz dostojnym tempie, a mimo to zobaczyliĹmy bardzo duĹźo.
W pierwszym rzÄdzie skierowaliĹmy siÄ do Bakczysaraju, by skoro Ĺwit okoĹo 9-ej, zawitaÄ do paĹacu chanów krymskich, którego historia siÄga ponad 500lat wstecz. W drodze do paĹacu, nasz kierowca, a zarazem trochÄ przewodnik, Rosjanin, pokazywaĹ nam dowody wracania Tatarów na Krym. ZwróciĹ naszÄ uwagÄ na dziwne osiedla poĹoĹźone na pustkowiu zabudowane malutkimi domkami, wielkoĹci altanek ogrodowych. OkazaĹo siÄ, Ĺźe Tatarzy nie majÄ c dokÄ d wracaÄ, zajmujÄ nieuĹźytki i wykorzystujÄ c, bliĹźej nie sprecyzowane, uwarunkowania prawne, zabudowujÄ je domeczkami 2x2m. PonoÄ prawo, nie moĹźe im tego zakazaÄ. Po „uprawomocnieniu’” siÄ „osiedla”, ĹÄ czÄ dziaĹeczki w wiÄksze, a na miejsce altanek budujÄ normalne porzÄ dne domy. Na moje pytanie, czy Rosjanie nie obawiajÄ siÄ ich powrotu, odpowiedziaĹ, Ĺźe na razie nie, choÄ w przyszĹoĹci mogÄ byÄ problemy, gdyĹź w rodzinie rosyjskiej rodzi siÄ jedno, góra dwójka dzieci, a u Tatarów nawet piÄ tka, czy szóstka.
Ale wróÄmy do paĹacu. ZwiedziĹem w Ĺźyciu wiele zamków, paĹaców, warowni, ale ten byĹ inny. Niby teĹź bramy, podwórze, sale goĹcinne, audiencyjne, bawialne…, ale wszystko jednak odmienne, w innym klimacie. Niby sale duĹźe, podwórze obszerne, ale wszystko jakby niĹźsze, bardziej zwarte, przesiÄ kniÄte duchem wschodu. Oryginalne barwy, ornamentyka i oczywiĹcie wyjÄ tkowa architektura ĹÄ czÄ ca przepych ze smakiem i rozmach z przytulnoĹciÄ . Bo gdy siÄ tak bliĹźej przyjrzaĹo siedzibie chanów, to tak naprawdÄ wszystko byĹo inne: okna wprawdzie z witraĹźami, ale maĹe i wysoko pod samym stropem, niskie siedziska, pokryte kapami i poduchami, kamienne podĹogi, ale inkrustowane, drewniane bogato i niepowtarzalnie zdobione oĹcieĹźa i podpory. DopeĹnieniem oryginalnoĹci paĹacu i caĹego kompleksu paĹacowego byĹy dwa rodzynki: meczet i harem. OkrasÄ , kruszonkÄ tego ciasteczka byĹy niezmiernie oryginalne fontanny: dwie na dziedziĹcu, sĹynna fontanna Ĺez i fontanna zĹota, jedna w altanie letniej i ostatnia w ogrodzie. KaĹźda inna, w innym otoczeniu, tworzÄ ca inny nastrój, speĹniajÄ ca innÄ rolÄ.

Po wyjĹciu z paĹacu chana, zapoznaliĹmy siÄ z caĹym kompleksem budowli, czyli: cmentarzem chanów, mauzoleum Dilary Bikecz, wieĹźÄ , parkiem oraz oczywiĹcie straganami.
Meczet, niestety byĹ zamkniÄty, cmentarz prawie teĹź, gdyĹź pisaĹo „Wchoda niet”, Ale skoro krata byĹa uchylona, to stwierdziliĹmy, Ĺźe czytaÄ po rosyjsku nie musimy umieÄ i wleĹşliĹmy.
MiÄdzy biaĹymi Ĺcianami wiekowych murów, na niewielkiej, w sumie, przestrzeni, wĹród biaĹych kamienistych ĹcieĹźek, pod drzewami i wysokimi krzewami, rozrzucone byĹy, bez widocznego planu, nie zawsze prostokÄ tne, sarkofagi. To tutaj leĹźy piÄÄsetletnia historia Chanatu Krymskiego, najwiÄksi wodzowie, najwiÄksze miĹoĹci i mÄ droĹci tatarskiego paĹstwa. Spoczywa tu 16 chanów krymskich.
WiÄkszoĹÄ z sarkofagów, mimo oczywistej wiekowoĹci, byĹa w caĹkiem dobrym stanie. PiÄknie rzeĹşbione z wyrytymi cytatami z Koranu. Na wielu z nich zachowaĹy siÄ nawet, charakterystyczne kamienne turbany zwieĹczajÄ ce pomnik. W takich nekropoliach moĹźna przez chwilÄ poczuÄ ducha czasów, które dawno minÄĹy, a takĹźe oddaÄ siÄ filozoficznym refleksjom na temat trwania i przemijania, rozwaĹźajÄ c sens walki o dobra i sĹawÄ doczesnÄ . Wszak kaĹźdy z leĹźÄ cych tu wĹadców byĹ kiedyĹ waĹźny, wielki i dumny. Wielu giÄĹo przed nimi kark. Budowali, niszczyli, kochali, nienawidzili i co z tego zostaĹo? PamiÄ tka, pomnik? Gdzie ich wielkoĹÄ i duma? Zostali tylko Ĺladem w historii i dziwowiskiem dla turystów. Chanów juĹź nie ma i pewno nie bÄdzie, choÄ gĹowy nie ma co dawaÄ. Wszak osiedla tatarskie rosnÄ , a samych Tatarów co raz liczniej widaÄ w barach i restauracjach, które prowadzÄ .
Szczególnie duĹźo Tatarów jest w okolicach Bakczysaraju, który uwaĹźajÄ za swojÄ duchowÄ stolicÄ. Jest to oczywiĹcie zwiÄ zane z obecnoĹciÄ dowodów ich historii, a wiÄc meczetem, paĹacem i cmentarzem historycznych wĹadców.
Po atrakcjach kultury tatarskiej, zostaliĹmy przewiezieni w pobliĹźe prawosĹawnego klasztoru, Monastyru Uspienskiego, którego poczÄ tki siÄgajÄ prawdopodobnie nawet IX wieku. Ten wykuty w skale prawosĹawny klasztor, dziaĹaĹ praktycznie bez przerwy nawet pod dominacjÄ tatarskÄ . PopadĹ w ruinÄ dopiero po 1920 roku, pod „panowaniem” wĹadzy radzieckiej. Obecnie, od 1993 roku klasztor odbudowuje siÄ, a nawet rozbudowuje. Poza walorami religijnymi, gdyĹź miejsce to jest celem pielgrzymek wyznawców prawosĹawia, monastyr ten zachwyca poĹoĹźeniem i architekturÄ . Wykuty i wkomponowany w ogromnÄ skaĹÄ, górÄ, typu naszych Gór StoĹowych. GĹówna sala cerkwi (klasztoru), cele mnichów, sÄ wykute we wnÄtrzu góry. Niewiele pozwolono nam zwiedzaÄ, ale tam, gdzie nas wpuszczono (bezpĹatnie) wystarczyĹo, aby poczuÄ urok i klimat prawosĹawnego monastyru.
Rzesze ludzi w chustach i przepaskach (gĹównie kobiety), modlÄ ce siÄ przed ikonami i relikwiami, palÄ ce dĹugie, cienkie wotywne Ĺwiece, czyniÄ ce przed czoĹem i piersiami, charakterystyczny dla prawosĹawia wielokrotny znak krzyĹźa. Wszyscy odwiedzajÄ cy klasztor musieli byÄ odpowiednio ubrani, dlatego ja i moja rodzinka, która miaĹa zbyt krótkie spodenki musiaĹa przebraÄ siÄ w przewiÄ zywanÄ w pasie spódnicÄ , by nie uraĹźaÄ, zbyt lekkim strojem, powagi miejsca ĹwiÄtego.
ZupeĹnie co innego, niĹź w paĹacu chana. Inna kultura, zwyczaje, ludzie, architektura, klimat. Wszystko. A przecieĹź przez setki lat kultury te ĹźyĹy obok siebie, funkcjonowaĹy i to nawet blisko siebie. Wszak w ciÄ gu zaledwie póĹ godziny podróĹźy dokonaliĹmy galaktycznego skoku kulturowego. Od muzuĹmaĹskiego chanatu po gĹÄbokie i surowe prawosĹawie.
Ale to nie koniec doznaĹ na dziĹ. Za klasztorem czekaĹa nas górska droga do skalnego miasta Karaimów Czufut – Kale, którego historia jest równieĹź bardzo bogata, bo obejmujÄ ca panowanie Karaimów (odĹam Judaizmu), tatarów, chrzeĹcijan, a takĹźe ich wspólne Ĺźycie w mieĹcie – twierdzy przez wiele wieków. Ostatni Karaimowie Ĺźyli tu, w Czufut – Kale, jeszcze w poĹowie XIX wieku, a pierwsze Ĺlady osadnictwa to nawet X wiek.
Najciekawszym jest jednak to, Ĺźe miasto to poĹoĹźone na masywie skalnym ok. 500m n.p.m., otoczone murami i urwiskami, w czÄĹci mieszkalnej zostaĹo fizycznie wykute w skale! Mimo, Ĺźe miasto wyglÄ da na mocno sponiewierane przez historiÄ, ale zakres i rozmiar budowli zarówno zewnÄtrznych jak i podziemnych, robi kolosalne wraĹźenie. Oprócz typowych gdzie indziej murów i kamiennych budowli, szokujÄ rozmieszczone na brzegach przepastnych urwisk, wykute w litej skale, korytarze, pomieszczenia i mieszkania. DuĹźe przestronne sale, z oknami w urwisku skalnym, czÄsto wielo izbowe, a nawet wielokondygnacyjne! Nawet teraz, po tylu wiekach, mogĹyby stanowiÄ bezpieczne schronienie, chociaĹźby dla turystów. WspaniaĹa akustyka kamiennych sal, doskonale nadaje siÄ do prezentacji klimatycznych i nastrojowych utworów. WĹasnoĹÄ tÄ wykorzystywaĹ, w jednej z grot, mĹody czĹowiek, grajÄ c raz na gitarze, raz na flecie godnie i uczciwie pracujÄ c, na licznie spĹywajÄ ce od turystów, drobniaki. PiÄkne wnÄtrze, wyĹmienicie komponuje siÄ z muzykÄ klasycznÄ , dlatego i ja nie ĹźaĹowaĹem grubszych drobniaków grajkowi.
Warto jeszcze zaznaczyÄ, Ĺźe póĹnocna krawÄdĹş miasta, to obĹÄdna przepaĹÄ, z której rozciÄ ga siÄ przepyszny widok na pobliskie góry, urwiska, a przede wszystkim na wÄ wóz w dole pod nami – prawie jak w Kanionie Colorado! Niezapomniane chwile. Jeszcze teraz piszÄ c, jak przymknÄ oczy, widzÄ biaĹÄ skaĹÄ urwiska oraz czujÄ mrowienie w nogach, na myĹl, Ĺźe stojÄ na jego krawÄdzi.
Po ostrym marszu w dóĹ, wróciliĹmy do naszego kierowcy, który czekaĹ na nas pod monastyrem i skierowaliĹmy siÄ z powrotem do Bakczysaraju, gdzie postanowiliĹmy zjeĹÄ obiad.
WczeĹniej, przed paĹacem chana, otrzymaĹem reklamówkÄ restauracji z kuchniÄ tatarskÄ . Po krótkiej analizie ulotki, postanowiliĹmy zaryzykowaÄ i spróbowaÄ innego jedzenia.
Restauracja byĹa poĹoĹźona na werandzie domu lub pensjonatu, dokĹadnie zadaszona i wyposaĹźona w miejsca dla klientów do siedzenia „po turecku”. ZdjÄliĹmy wiÄc buty i wygodnie rozparliĹmy siÄ na licznych poduchach. Po trudach wspinaczki na Czufut – Kale, zwiedzania monastyru i paĹacu chanów, byĹo to miĹe ukojenie dla naszych pleców i nóg przy delikatnie wiejÄ cym wietrzyku. ZaczÄliĹmy studiowaÄ kartÄ, ale jufak asz, Ĺagman, szurpa, jazma (to zupy) czy doĹma lub sarma (drugie dania) nic nam nie mówiĹy i musieliĹmy poprosiÄ kelnerkÄ o pomoc. Z duĹźÄ ĹźyczliwoĹciÄ i cierpliwoĹciÄ przybliĹźaĹa nam, ta miĹa pani, proponowane dania. W koĹcu zamówiliĹmy:
Ja – zamówiĹem jufak asz, czyli rosóĹ z malutkimi pieroĹźkami z miÄsem, klejonymi tak jak u nas uszka – pycha! ZamówiĹem teĹź Tatar asz DoĹma, czyli maĹe faszerowane papryczki.
Dziewczyny zamówiĹy jazmÄ, czyli chĹodnik na kefirze z ogórkami, zieleninÄ , czosnkiem i drobiowym miÄsem, trochÄ podobny do ukraiĹskiej okroszki. TwierdziĹy, Ĺźe ta gÄsta kefirowa zupa byĹa Ĺwietna, ale mi bardziej odpowiada okroszka z kieĹbasÄ . Z resztÄ wszyscy próbowali daĹ wszystkich, wszak jest to ogromnie ciekawe doĹwiadczenie popróbowaÄ nowych atrakcyjnych daĹ i to jeszcze na Krymie w Bakczysaraju!
ChĹopaki, czyli Kuba i Krzysiek zamówili sarmÄ, czyli szeĹÄ maluteĹkich goĹÄ bków w winogronowych liĹciach! Dobrze, Ĺźe byĹo ich aĹź tyle, bo Ĺatwiej im byĹo siÄ dzieliÄ z bliĹşnimi. ByĹo to rzeczywiĹci oryginalne danie. MiÄso ciekawie i ostro przyprawione, natomiast liĹcie byĹy w czymĹ wyraĹşnie marynowane o lekkim kwaskowatym smaku. Kuba spaĹaszowaĹ wszystko ze smakiem, natomiast Krzysiek wyjadaĹ tylko Ĺrodki, karmiÄ c liĹÄmi swojÄ mamÄ.
Do tego byĹy jeszcze róĹźne soki i piwo. Tak nam byĹo dobrze i smacznie, Ĺźe po obiadku zaserwowaliĹmy sobie jeszcze kawÄ i ciastka. Kawa w malutkich filiĹźaneczkach parzona – wyĹmienita, natomiast ciasta byĹy za sĹodkie, nawet zostaĹy. Za wszystkie te rozpusty, po ponad godzinie ucztowania, póĹ siedzÄ c póĹ leĹźÄ c, zapĹaciliĹmy okoĹo 180hr (90zĹ) – taniocha!
WróciliĹmy do rozleniwionego kierowcy. Przed nami ostatni etap dzisiejszej wyprawy – Wielki Kanion Krymu. Droga do niego byĹa wÄ ska, górzysta i krÄta. Nasz „waditiel”, zwyczajem wszystkich tutejszych kierowców, ostrÄ jazdÄ próbowaĹ wzruszyÄ zawartoĹÄ naszych ĹźoĹÄ dków, które mimo maĹych problemów wytrwaĹy.
Pierwsza informacja, jakÄ zobaczyliĹmy przy wejĹciu na szlak do Wielkiego Kanionu, byĹa taka, ze caĹa wyprawa zajmie nam okoĹo 3 godzin, a my na dodatek nie doĹÄ, Ĺźe byliĹmy z piÄciolatkiem, to jszcze poprzednie atrakcje daĹy siÄ trochÄ we znaki; a dzieĹ juĹź powoli siÄ chyliĹ. Ale poszliĹmy. DróĹźka prowadziĹa raz w górÄ, raz w dóĹ. Raz przez szemrzÄ cy strumieĹ, raz nad nim, ale caĹy czas wiodĹa nas konsekwentnie w górÄ i przez las. DziÄki temu wycieczka nie byĹa uciÄ Ĺźliwa Ĺźarem sĹoĹca, choÄ na pewno nie naleĹźaĹa do najĹatwiejszych, ze wzglÄdu na, delikatnie mówiÄ c, ciekawe uksztaĹtowanie terenu.

Droga wiodĹa co raz gĹÄbszym wÄ wozem, prowadzÄ c nawet Ĺrodkiem strumienia, po fantastycznie wyrzeĹşbionych, w misy i oczka, gĹazach i skaĹach. W koĹcu po godzinie niespiesznej drogi dotarliĹmy na dno wÄ wozu i wysoki próg skalny, a wiÄc koniec szlaku i oczekiwana Wanna MĹodoĹci. Pchani odwiecznym marzeniem wapniaków, by byÄ mĹodym (to ja) oraz chÄciÄ sprawdzenia siebie i szpanowania (to Kuba), urzÄ dziliĹmy sobie kÄ piel w ogromnej misie skalnej o gĹÄbokoĹci nawet 3metrów i temperaturze wody 11ºC.

Po caĹym dniu zwiedzania, chodzenia, pocenia siÄ pod górkÄ i w samochodzie, taka kÄ piel byĹa wspaniaĹa i zbawiennie orzeĹşwiajÄ ca, choÄ powiem uczciwie, Ĺźe pierwsze zanurzenie, w tak lodowatej wodzie, nie byĹo Ĺatwe. Dziewczyny i Krzysiek zdobyĹy siÄ tylko na zamoczenie nóg, twierdzÄ c, nie bez racji, Ĺźe chyba trzeba mieÄ coĹ z gĹowÄ , by siÄ w tym kÄ paÄ.
Powrót przebiegaĹ bez zakĹóceĹ. Pokonanie caĹej trasy, wraz z zabawÄ w wodzie, zajÄĹo nam zaledwie 2,5 godziny, a nie 3, jak straszyli! Powrót samochodem przeszedĹby pewnie bez wiÄkszych wraĹźeĹ, gdyby nasz kierowca, po otrzymanym telefonie z domu, nie zaczÄ Ĺ siÄ nagle spieszyÄ.
Ciemna byĹa noc, gdy w drodze powrotnej zaczÄĹy siÄ nadmorskie serpentyny. Stary, dwudziestoletni opel, którym jechaliĹmy, na podjazdach i na zjazdach, dawaĹ z siebie wszystko. Droga ciemna, Ĺźe oko wykol, zakrÄt za zakrÄtem i caĹkiem jeszcze spory ruch. A nasz „waditiel”, zupeĹnie niewraĹźliwy na nasze obiekcje, rwaĹ do przodu, wyprzedzaĹ pod górkÄ i na zakrÄtach, jeĹşdziĹ lewÄ stronÄ , ĹcinaĹ zakrÄty. Samochód na wiraĹźach ĹapaĹ pobocze, cudem nie wpadajÄ c w poĹlizg. JakimĹ szóstym zmysĹem kierowca wyczuwa pod którÄ górkÄ i na którym zakrÄcie moĹźna poszaleÄ i wyprzedzaÄ, a na którym zwolniÄ. Lecz nam za kaĹźdym razem, na kaĹźdej górce, na kaĹźdym wiraĹźu i przy kaĹźdym wyprzedzaniu, ĹźoĹÄ dek skakaĹ do serca, a serce do gardĹa. JadÄ c tÄ ekstremalnÄ trasÄ , w którymĹ momencie, zobaczyliĹmy niebieskie migajÄ ce ĹwiatĹa policji i pogotowia oraz starÄ ĹadÄ po dachowaniu. MieliĹmy nadziejÄ, Ĺźe ta sytuacja da naszemu kierowcy coĹ do myĹlenia, ale on tylko lekko zwolniĹ, ominÄ Ĺ wrak samochodu i pomknÄ Ĺ dalej. Na moje nieĹmiaĹe napomknienie, Ĺźe to straszny wypadek, odpowiedziaĹ nonszalancko, Ĺźe u nas to normalne i chyba jeszcze przyspieszyĹ, albo tak mi siÄ, po tym wszystkim, zdawaĹo.
DuĹźo nas kosztowaĹ ten powrót, a szczególnie mnie, gdyĹź siedziaĹem w pierwszym rzÄdzie, po prawej stronie kierowcy. Po jeĹşdzie bolaĹa mnie nie tylko noga od wciskanie wyimaginowanego hamulca, pojawiĹ siÄ takĹźe siniak na rÄce od kurczowego trzymania siÄ uchwytu. Ale dziÄki Bogu i wielu „zdrowaĹkom” dojechaliĹmy. Na miejscu, na skoĹatane nerwy, kojÄ cy i rozluĹşniajÄ cy byĹ kieliszek krymskiego koniaku – pycha! Dopiero po takim lekarstwie, moĹźna byĹo pójĹÄ spaÄ nie bojÄ c siÄ koszmarów, majÄ c nadziejÄ, na piÄkne, kolorowe i bogate sny, po tak ciekawym i ekscytujÄ cym dniu.
Sobota – dzieĹ dwunasty – i ostatni.
Ostatni dzieĹ na Krymie. Wszyscy, oprócz mnie, postanowili realizowaÄ WLB, czyli Wielkie LeĹźenie Bykiem. Mi chciaĹo siÄ w góry.
WybraĹem siÄ wiÄc ponownie do Wielkiego Krymskiego Krasu. Ochota byĹa wielka, siĹ zabraĹem teĹź wiele, ale juĹź na starcie mina mi zrzedĹa. StraĹźnik przy wejĹciu na winnicÄ, tym razem nie robiĹ kĹopotów z wejĹciem, tylko beznamiÄtnie poinformowaĹ mnie, Ĺźe dzisiaj, na teren winnicy, zostaĹy wypuszczone psy. SpytaĹem czy to groĹşne psy, a on enigmatycznie mi odpowiedziaĹ „sabaka kak sabaka”. PoszedĹem wiÄc dalej, ale im dale szedĹem, tym wiÄcej myĹlaĹem. Wszak jestem sam jeden, a tam psy, moĹźe nawet kilka i pewnie duĹźe. Powoli traciĹem wigor i chÄÄ do maszerowania. Jak jeszcze zobaczyĹem, na drodze, ogromne odciski psich Ĺap, które sugerowaĹy powaĹźny wzrost tych zwierzÄ t, ochota pójĹcia dalej, zupeĹnie mi przeszĹa.
SkonfrontowaĹem wiÄc mapÄ z terenem i doszedĹem do wniosku, Ĺźe moĹźna by ominÄ Ä winnicÄ i dojĹÄ w góry nie szlakiem, na którym grasujÄ psy, ale innymi dróĹźkami. W zwiÄ zku z tym na najbliĹźszej ĹcieĹźce w lewo, skrÄciĹem ze szlaku, by wydostaÄ siÄ z feralnej winnicy. Niestety, droga okazaĹa siÄ nie do przejĹcia, gdyĹź na ten rejon upraw skierowano fragment strumienia, który spowodowaĹ powstanie bagna, w które oczywiĹcie, niczego nie Ĺwiadom, wlazĹem. Po wykÄ paniu siÄ w strumieniu razem z butami, aby jakoĹ wyglÄ daÄ, zawróciĹem by trafiÄ w innÄ dróĹźkÄ. Tym razem, na przeszkodzie stanÄ Ĺ mi piÄciometrowy rów. Nie przejdÄ, nie da rady! Dopiero za trzecim razem udaĹo mi siÄ wyjĹÄ z winnicy i dotrzeÄ na pobliskie wzgórze. Spocony i zziajany postanowiĹem pod którymĹ ze skarĹowaciaĹych drzewek, zrobiÄ odpoczynek. UsiadĹem, wyciÄ gnÄ Ĺem z plecaka jeszcze chĹodne napoje, rozglÄ dnÄ Ĺem siÄ.

Przede mnÄ , na poĹudniu, rozciÄ gaĹa siÄ majestatyczna panorama rudych wzgórz, które upstrzone szarozielonymi kÄpami karĹowatych drzew i krzewów, praĹźyĹy siÄ w niemiĹosiernym sĹoĹcu. Za nimi rozpoĹcieraĹo siÄ bezkresne, zlewajÄ ce siÄ na horyzoncie z niebem, Morze Czarne, po którym jak zabawki pĹywaĹy statki spacerowe, towarowe oraz harcowaĹy liczne Ĺódki i motorówki. PostanowiĹem zrobiÄ kilka urokliwych fotek. WstaĹem wiÄc, pstryknÄ Ĺem, poszedĹem kawaĹek dalej i znów fotka. PrzeszedĹem jeszcze kilka kroków za grzbiet, pojawiĹ siÄ pyszny widok na winnicÄ i górujÄ cÄ krawÄdĹş Krymskiego Krasu, gdzie miaĹem dziĹ dojĹÄ i znów zrobiĹem kilka zdjÄÄ. Po wykonaniu zadania wróciĹem na miejsce, ale okazaĹo siÄ, pod tym drzewkiem nie byĹo ani plecaka, ani rozĹoĹźonych rzeczy. ByĹy dwa wytĹumaczenia: albo mnie ktoĹ okradĹ, albo nie trafiĹem na wĹaĹciwe miejsce. Pierwsza wersja od razu upadĹa, gdyĹź byĹo to zupeĹne odludzie, a wyschniÄta ĹcióĹka robiĹa tyle haĹasu, Ĺźe na pewno bym kogoĹ usĹyszaĹ. Znaczy siÄ, nie trafiĹem pod wĹaĹciwe drzewko. RozejrzaĹem siÄ i z przeraĹźeniem stwierdziĹem Ĺźe tak naprawdÄ to wszystkie karĹowate roĹliny wyglÄ dajÄ tak samo, na tym samym rudym podĹoĹźu. ZaczÄ Ĺem wiÄc, trochÄ chaotycznie, przemierzaÄ wzgórze wzdĹuĹź i wszerz, w lewo i w prawo, przekonujÄ c siebie, Ĺźe przecieĹź daleko nie odszedĹem. Ale plecaka, jak nie byĹo tak nie ma! StwierdziĹem nawet, po pewnym czasie, Ĺźe zaczynam gubiÄ miejsce na wzgórzu, Ĺźe zaczynam siÄ denerwowaÄ i coraz bardziej niespójnie miotaÄ. StanÄ Ĺem wiÄc, by obraÄ jakÄ Ĺ strategiÄ w poszukiwaniu plecaka. Ale jaki punkt zaczepienia znaleĹşÄ? Aby go ustaliÄ, skorzystaĹem z aparatu i zdjÄcia, jakie wczeĹniej zrobiĹem na winnicÄ i Kras. Tak dĹugo krÄ ĹźyĹem po póĹnocnym stoku wzgórza, aĹź znalazĹem to jedyne miejsce, z którego widok pokrywaĹ siÄ z wczeĹniej zrobionÄ fotografiÄ , a to znaczyĹo, Ĺźe muszÄ byÄ blisko plecaka. Teraz naleĹźaĹo tylko obraÄ punkt orientacyjny i nie spuszczajÄ c go z oka, przeczesaÄ teren w promieniu 30m. Tak teĹź zrobiĹem. WokóĹ jednego z zieleĹszych krzaczków zaczÄ Ĺem zakreĹlaÄ rozszerzajÄ cÄ siÄ spiralÄ. PoskutkowaĹo! Po zaledwie piÄciu minutach zobaczyĹem plecak i wszystkie szpargaĹy, które grzecznie leĹźaĹy pod drzewkiem identycznym jak wszystkie dookoĹa. CaĹa zabawa zajÄĹa mi okoĹo 40 minut. Strachu teĹź siÄ trochÄ najadĹem. Jestem teraz, jak najbardziej w stanie zrozumieÄ, Ĺźe ludzie na pustkowiu, przy braku punktów orientacyjnych, mogÄ krÄ ĹźyÄ w kóĹko nie majÄ c szans znaleĹşÄ wĹaĹciwej drogi.
Po tych przygodach, psach, bagnie, rowie i szukaniu plecaka, caĹa ochota na wyprawÄ zupeĹnie mi przeszĹa. Poza tym minÄĹy juĹź ponad 2 godziny odkÄ d ruszyĹem na trasÄ, a wĹaĹciwie nigdzie nie doszedĹem. PostanowiĹem wiÄc siÄ poddaÄ i wróciÄ, doĹÄ czyÄ do reszty wycieczki i razem z nimi realizowaÄ WLB.
OkazaĹo siÄ, ku mojemu zaskoczeniu, Ĺźe nasycanie siÄ do woli sĹoĹcem, kamienistÄ plaĹźÄ oraz kÄ pielami w mocno sĹonym morzu, teĹź moĹźe byÄ po prostu fajne.
Po paru godzinach spÄdzonych na plaĹźy, udaliĹmy siÄ na obiad, by po raz ostatni popróbowaÄ tutejszej kuchni. Krzychu, jak zwykle, zamówiĹ frytki, Ewelina okroszkÄ (zupÄ kefirowÄ ), Asia garnuszek z mieszankÄ ziemniaczano – miÄsno - warzywnÄ , Kuba zupÄ kartoflanÄ z frikadelkami (takie kluseczki miÄsne-pulpeciki), a ja zaordynowaĹem szarmÄ, czyli kapuĹniak ze sĹodkiej kapusty z baraninÄ . Wszystkie dania byĹy oryginalne i warte próbowania a wiÄc na swój sposób ciekawe. Jako drugie danie, postanowiliĹmy z KubÄ , zaserwowaÄ sobie szaszĹyki. WyczytaĹem nawet z karty, Ĺźe sÄ baranie, z biaĹego miÄsa baraniego. Jednak kelnerka, na mojÄ próbÄ zamówienia tego dania, lekko siÄ zarumieniĹa i powiedziaĹa „eto delikates”. JuĹź w tym momencie poczuĹem, Ĺźe coĹ jest nie tak z moim baranim szaszĹykiem, wiÄc zaczÄ Ĺem dociekaÄ. Na moje nagabywanie, co takiego jest w tym szaszĹyku, zarumieniĹa siÄ jeszcze bardziej i powiedziaĹa, Ĺźe nie powie. Po krótkim przekomarzaniu siÄ, wykrztusiĹa jednak z siebie „to jajca baranie!” A to takie delikatesy – pomyĹlaĹem – byÄ moĹźe to i jest cymes, ale ja tego jeĹÄ nie bÄdÄ. WdziÄcznym uĹmiechem podziÄkowaĹem kelnerce za uratowanie ĹźoĹÄ dka, a moĹźe i Ĺźycia; i razem z KubÄ zamówiliĹmy normalny szaszĹyk „ze swininy". ByĹ wyĹmienity.
Mimo wydziwiania, róĹźnych zup, drugich daĹ, szaszĹyków, piwa, napojów, nasz obiad, na naszÄ piÄ tkÄ, znów nie przekroczyĹ 200hr, czyli 100zĹ. Da siÄ ĹźyÄ!
Po sutym posiĹku, chwila spokoju na kwaterze, dla zawiÄ zania sadeĹka. Ja w tym czasie oglÄ daĹem sukcesy rosyjskich sportowców na olimpiadzie w Pekinie. Naszych nie widaÄ byĹo wcale, chyba, Ĺźe akurat byĹ pojedynek polsko – rosyjski.
Wieczorem poszliĹmy siÄ po raz ostatni potaplaÄ w Morzu Czarnym, a potem niestety pakowanie.
Gdy torby i plecaki byĹy juĹź w wiÄkszoĹci napeĹnione, wybraliĹmy siÄ na obchód nocnego Ĺźycia w Rybaczje. Jest to druga pora szczytu. TĹumy wczasowiczów, wszÄdzie gĹoĹna muzyka, dyskoteki, dancingi, a na ulicy, prawie przy kaĹźdej knajpie, stalowe grilowniki, na których smaĹźone sÄ szaszĹyki o aromacie rozprzestrzeniajÄ cym siÄ po caĹej ulicy i wzbudzajÄ cym intensywnÄ pracÄ Ĺlinianek. Zapachy te byĹy winne temu, Ĺźe po raz kolejny dzisiaj, zaszliĹmy na szaszĹyka. Tym razem, w tej samej knajpce, graĹa juĹź muzyka, i to nie z MP3, jak w wiÄkszoĹci lokali, ale graĹ nawet dwuosobowy zespóĹ. W oczekiwaniu na realizacjÄ zamówienia, zataĹczyĹem z ĹźonÄ jeden kawaĹek. BÄdziemy mogli siÄ chwaliÄ, Ĺźe nawet na Krymie byliĹmy w lokalu z dancingiem i to 10m od plaĹźy! Ale byĹo naprawdÄ sympatycznie i znów smacznie.
Niedziela – dzieĹ trzynasty – wyjazd (dzieĹ pierwszy powrotu)
Budzik nastawiĹem na piÄ tÄ rano. By zobaczyÄ wschód sĹoĹca na Krymie. Jednak na moje próby budzenia i porwania pomysĹem oglÄ dania uroków wschodzÄ cego sĹoĹca, wiÄkszoĹÄ ekipy popukaĹa siÄ w gĹowÄ, bo kto by wstawaĹ o tej porze na urlopie?! UdaĹo mi siÄ jedynie zmusiÄ wiernÄ ĹźonkÄ, wszak gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja.
Nad morze szliĹmy wyludnionÄ ulicÄ , po której snuĹy siÄ pojedyncze i powolne osoby z miotĹami, próbujÄ ce zagarnÄ Ä brud poprzedniego dnia i ostatniej nocy, mozolnie gromadzÄ ce na luĹşne kupki, papiery, worki, resztki jedzenia, puste i pobite butelki, które stanowiĹy jedyny Ĺlad po caĹonocnych imprezach na krawÄĹźniku.
Na plaĹźy byĹo jeszcze szarawo, ale mimo to, pojawiĹo siÄ caĹkiem sporo ludzi. Podejrzewam nawet, Ĺźe wielu z nich po prostu tu nocowaĹo. Wielu teĹź wyglÄ daĹo tak, jakby przyszli na plaĹźÄ prosto z caĹonocnej imprezy, choÄ takich jak my, zapatrzonych w horyzont w wyraĹşnym oczekiwaniu, byĹo teĹź kilkoro.
W koĹcu, okoĹo 6-ej, znad skalistego cypla zatoki, mglÄ cej siÄ daleko na horyzoncie, wyskoczyĹ pierwszy promieĹ sĹoĹca. Za nim pojawiĹ siÄ czerwony fragment tarczy, uzupeĹniajÄ cy i ĹÄ czÄ cy dwa skaliste szczyty cypla. Akcja przebiegaĹa szybko. Za chwilÄ juĹź póĹ sĹoneczka wyglÄ daĹo zza skaĹ. Nim zdÄ ĹźyliĹmy siÄ zachwyciÄ urokiem wychylajÄ cego siÄ zza cypla sĹoĹca, jego tarcza trzymaĹa siÄ juĹź tylko samego czubeczka szczytu góry, aĹź w koĹcu oderwaĹa siÄ, wykluĹa i wyruszyĹa na samodzielnÄ wÄdrówkÄ po niebie.
Zawsze mnie fascynuje, jak krótko trwajÄ wschody i zachody sĹoĹca. W ciÄ gu dnia, ruch sĹoĹca zdaje siÄ byÄ niezauwaĹźalny, a gdy znajdzie siÄ blisko horyzontu, staje siÄ wrÄcz namacalny.
ObserwujÄ c ten uroczy wschód sĹoĹca, nie sposób byĹo nie zauwaĹźyÄ, Ĺźe na Krymie sĹoĹce wyĹazi tam, gdzie nad BaĹtykiem chowa siÄ na nocny spoczynek. Zamiana stron wynika z prostego faktu, iĹź u nas morze jest na póĹnocy a na Krymie na poĹudniu.
Z mniej uroczych obserwacji o wschodzie sĹoĹca, jest to, Ĺźe na krymskich plaĹźach jedynymi ekipami sprzÄ tajÄ cymi sÄ mewy i goĹÄbie. Niestety utylizujÄ one jedynie odpady organiczne, a w ogóle nie chcÄ jeĹÄ butelek, torebek foliowych ani nawet bardzo licznych tu petów papierosowych. ChoÄ widziaĹem, jak jedna mewa by dostaÄ siÄ do frytki poĹknÄĹa jÄ wraz z woreczkiem, ale pewnie zdechnie od tego i jako gĹupsza nie powieli swych genów. Bo byĹy teĹź mÄ dre, które przy pomocy dzioba i Ĺap potrafiĹy siÄgnÄ Ä do porzuconego woreczka po pozostawione przez ludzi frykasy. ChoÄ jeĹli ta gĹupsza mewa przeĹźyje, to moĹźe z czasem wyksztaĹci siÄ gatunek mew ĹźywiÄ cych siÄ Ĺmieciami, albo chociaĹź petami?
PróbÄ pomnoĹźenia, natomiast ludzkiego gatunku, podjÄĹa para mĹodych ludzi, która przy wschodzie sĹoĹca, na plaĹźy, pod kusym rÄcznikiem, wyprawiaĹa beztroskie i namiÄtne harce, zupeĹnie ignorujÄ c spacerujÄ ce grupy podziwiajÄ ce wschód sĹoĹca. Sam nie wiem, czy nie byli oni wiÄkszÄ atrakcjÄ tego poranka niĹź, w koĹcu codzienny, wschód sĹoĹca. Wszak wschodów i zachodów sĹoĹca widziaĹem juĹź duĹźo, ale kochajÄ cej siÄ pary na plaĹźy jeszcze nie! A jednak moĹźna mnie zaszokowaÄ.
Gdy trochÄ po 6-ej wracaliĹmy z plaĹźy, wiÄkszoĹÄ straganów byĹa juĹź otwarta, a pierwsze tury plaĹźowiczów szĹy w kierunku brzegu. CiÄĹźkÄ majÄ pracÄ tutejsi straganiarze. Gdy wczoraj po 23-ej wracaliĹmy, to jeszcze handlowali, jak dziĹ wstaliĹmy wyjÄ tkowo wczeĹnie, to oni juĹź zaczynali pracÄ. WyglÄ da na to, Ĺźe wielu pracuje po 16- 18 albo i wiÄcej godzin na dobÄ. Wielka jest magia pieniÄdzy i chÄÄ ich posiadania!

Po Ĺniadaniu i dopakowaniu plecaków i toreb, przed 10-tÄ wsiedliĹmy do marszrutki, która miaĹa nas zawieĹşÄ do Symferopola na pociÄ g. Dobrze, Ĺźe kupiliĹmy bilety wczoraj, i dobrze teĹź, Ĺźe przyszliĹmy wczeĹniej, bo to, Ĺźe mamy bilety mogĹoby, na kilka minut przed odjazdem, nic nie znaczyÄ. Nasze miejsca sprzedano by powtórnie. Dziki kraj. Marszrutka byĹa maksymalnie zapchana ludĹşmi i bagaĹźami. Ostatnia pasaĹźerka, z trzema torbami, która chciaĹa siÄ wbiÄ do busika teĹź miaĹa wykupiony wczeĹniej bilet. Kierowca, okrzyczaĹ babÄ, Ĺźe gdzie siÄ pcha z tymi torbami. WymyĹliĹ nawet, na poczekaniu reguĹÄ „adin czeĹawiek – adna sumka”. Ona natomiast, wyraĹşnie postawiĹa siÄ kierowcy i powiedziaĹa, Ĺźe z trzema torbami przyjechaĹa i z trzema wyjedzie, poza tym ma bilet. O dziwo, po krótkiej, acz intensywnej wymianie uprzejmoĹci i dopĹacie 10hr, kierowca ustÄ piĹ i kobieta, bez wiÄkszych problemów upchaĹa siebie i swój bagaĹź w pojeĹşdzie. Zachowanie kierowcy byĹo bardzo charakterystyczne dla tutejszych zwyczajów. Mam wĹadzÄ i nie zawaham siÄ jej uĹźyÄ.
ĹťegnajÄ c siÄ z wybrzeĹźem Morza Czarnego, górami i urwiskami, dotarliĹmy po 2 godzinach do Symferopola. Do odjazdu pociÄ gu do Lwowa pozostaĹy nam nastÄpne 2 godziny, rozbiliĹmy wiÄc obozowisko na obrzeĹźach dworca, w cieniu rozĹoĹźystego drzewa. ZrobiliĹmy, zresztÄ , tak jak uczyniĹa wiÄkszoĹÄ, czekajÄ cych tu, podróĹźnych. Aby rozpoznaÄ teren oraz zapoznaÄ siÄ z sytuacjÄ , udaĹem siÄ do holu dworcowego, aby sprawdziÄ pociÄ g, czy siÄ wszystko zgadza oraz z którego peronu odjeĹźdĹźa. Na tablicy informacyjnej doĹÄ szybko odnalazĹem nasz pociÄ g, dowiedziaĹem siÄ godziny odjazdu, Ĺźe ma wagony sypialne i wagon restauracyjny, ale nie byĹo cyferki okreĹlajÄ cej, z którego peronu odjeĹźdĹźa. UdaĹem siÄ wiÄc do informacji. Pani w okienku powiedziaĹa, Ĺźe jest jeszcze za wczeĹnie, Ĺźeby wiedzieÄ z którego peronu pociÄ g odjedzie!. ZdziwiĹem siÄ, dwie godziny do odjazdu i za wczeĹnie? Ale potem na szybie okienka informacji kolejowej, doczytaĹem siÄ obwieszczenia, Ĺźe numer peronu i tor na którym bÄdzie podstawiony pociÄ g podaje siÄ na póĹ godziny przed odjazdem. CóĹź, co kraj, to obyczaj. Jednak juĹź zupeĹnie niezrozumiaĹym obyczajem, byĹo naliczanie opĹaty za udzielanie informacji. Mnie nie skasowaĹa, bo mi nic nie powiedziaĹa. Ale innych jak najbardziej. Para mĹodych ludzi, która siÄ pytaĹa na kiedy sÄ wolne bilety do jakiegoĹ miasta, za informacjÄ chyba nawet 3hr! To tak jak bym w supermarkecie spytaĹ siÄ obsĹugi gdzie leĹźy masĹo, a za informacjÄ Ĺźe w trzecim rzÄdzie za kosiarkami pobrano opĹatÄ 2zĹ! MoĹźe oni zaczÄli juĹź prywatyzacjÄ kolei, rozpoczynajÄ c od budki informacji kolejowej?
WiÄcej tam juĹź nie chodziĹem, wolaĹem wydaÄ 1hr na toaletÄ – byĹa nawet czysta! Coraz czÄĹciej na dworcach, w restauracjach czy w mieĹcie, moĹźna spotkaÄ przyzwoitÄ toaletÄ – widaÄ idzie jednak ku dobremu na Ukrainie.
Gdy na wyĹwietlnej tablicy informacyjnej pojawiĹ siÄ nasz pociÄ g z numerem peronu, udaliĹmy siÄ, wraz z tĹumem, na peron, pokonujÄ c rzÄ d torów, nad którymi górowaĹ napis „PrzejĹcie wzbronione, strzeĹź siÄ pociÄ gu!”. ToĹź to identycznie jak u nas w Ĺwiebodzinie! PoczuliĹmy siÄ jak w domu.
ByĹo jak zwykle gorÄ co i duszno. Gdy wsiedliĹmy do wagonu, okazaĹo siÄ, Ĺźe w nim jest jeszcze gorzej, bo nie ma klimatyzacji, a na dodatek w moim przedziale okno ani siÄ nie otwieraĹo ani nie zamykaĹo, tylko miaĹo staĹÄ 2cm szparÄ. UpaĹ i zaduch byĹ niemiĹosierny! WejĹcie na górnÄ pryczÄ wiÄ zaĹo siÄ z natychmiastowym oblaniem siÄ potem, dlatego teĹź, wiÄkszoĹÄ czasu, do wieczora, spÄdziĹem na korytarzu, przy otwartym oknie. Dopiero wieczorem, gdy juĹź solidnie siÄ ochĹodziĹo, moĹźna byĹo zalec w przedziale na pryczy i pospaÄ. W nocy przykryĹem siÄ nawet przeĹcieradĹem i spokojnie przespaĹem caĹÄ noc.
PoniedziaĹek – dzieĹ czternasty – w drodze do domu (dzieĹ drugi).
PrzebudziĹem siÄ okoĹo 8-ej. PociÄ g turkotaĹ, szarpaĹ i stukaĹ tak samo, jak w chwili, gdy zasypiaĹem, tylko, Ĺźe teraz byĹo jasno! Jak miĹo byĹo pomyĹleÄ, Ĺźe jesteĹmy juĹź prawie 20 godzin do przodu; i Ĺźe z 25 godzin jady z Symferopola do Lwowa, zostaĹo nam juĹź tylko kilka godzin.
Akurat po ósmej, trafiĹ siÄ dĹuĹźszy, kilkunastominutowy postój na jednej ze stacji. Jak zwykle, wyjĹcia z wagonów zostaĹy opanowane przez miejscowych handlarzy wszelkiego rodzaju dobrami. PasaĹźerom próbowano sprzedaÄ: jabĹka, gruszki, Ĺliwki, brzoskwinie, lody, zimne napoje, w tym wodÄ, piwo oraz wódkÄ, wszelkiego rodzaju wÄdzone ryby oraz róĹźnego autoramentu „wareniki”, czyli pierogi z ziemniakami, kapustÄ lub z serem. W przypĹywie odwagi, skusiliĹmy siÄ z synkiem na popróbowanie pierogów z kapustÄ i ziemniakami. KosztowaĹo to aĹź (!) 10hr, a wareników wytargowaliĹmy prawie trzydzieĹci. ByĹy caĹkiem przyzwoite, a co najwaĹźniejsze, nie byĹo po nich Ĺźadnych rewelacji ĹźoĹÄ dkowych!
Po dokonaniu niezbÄdnych zabiegów sanitarnych, czyli umyciu siÄ w pociÄ gowej toalecie w kubku wody, zjedliĹmy kanapkowe Ĺniadanie. W wagonie restauracyjnym zamówiliĹmy porannÄ kawÄ i to nawet bez problemów, choÄ obaw trochÄ mieliĹmy. Wczoraj, gdy Asia, po raz drugi, wybraĹa siÄ na „czaj z limoj”, pani obsĹugujÄ ca bar, z wyrzutem zapytaĹa siÄ, czy nie mogĹaby braÄ herbaty u konwojenta. A dziĹ, juĹź na wstÄpie naszej wizyty w barze pociÄ gowym padĹo oĹwiadczenie barmanki, Ĺźe herbata z cytrynÄ siÄ skoĹczyĹa. Dlatego teĹź, pozostaĹy nam do wyboru tylko kawy.
DĹugo zastanawialiĹmy siÄ o co tu chodzi. ByÄ moĹźe istota problemu tkwi w tym, Ĺźe restauracja jest paĹstwowa, a konwojentka w wagonie przygotowuje napoje na wĹasny rachunek. Dlatego teĹź, przyzwoity pasaĹźer, powinien daÄ zarobiÄ zwykĹym ludziom, a nie paĹstwu lub kolei.
Asia miaĹa w plecaku, kupiony wczeĹniej, maĹy koniaczek! Kawy po irlandzku w wagonie restauracyjnym w gĹÄbi Ukrainy jeszcze nie piĹem! Co za atrakcja! Co za smak!
Wreszcie, po kolejnych godzinach jazdy, dotarliĹmy, caĹkiem punktualnie do Lwowa. Po krótkiej wÄdrówce peronami i przejĹciami podziemnymi, znaleĹşliĹmy siÄ pod gĹównym budynkiem dworca. NajbliĹźszy rejsowy autobus do PrzemyĹla bÄdzie dopiero o 20-ej. PozostaĹ wiÄc pociÄ g, albo wariant kombinowany, czyli kurs marszrutkÄ do Szegenie (do granicy), przejĹcie granicy pieszo i dalej busem do PrzemyĹla, gdzie, miejmy nadziejÄ, czeka na nas pozostawiony na parkingu samochód.
W celu wysondowania sytuacji udaĹem siÄ z powrotem na dworzec kolejowy, a Asia poszukaÄ marszrutki. Na dworcu uzyskaĹem jednoznacznÄ odpowiedĹş, Ĺźe pociÄ gów do PrzemyĹla nie ma! ZresztÄ staĹo siÄ tak, jak siÄ spodziewaĹem, bo chyba w 2006 roku poĹÄ czenia zostaĹy zawieszone, ze wzglÄdu na dewastowanie skĹadów przez przemytników, którzy masowo szmuglowali alkohol i papierosy. Ale miaĹem nadziejÄ, Ĺźe coĹ siÄ w tej sprawie zmieniĹo, nawet gdzieĹ w internecie wyczytaĹem, Ĺźe poĹÄ czenia miaĹy byÄ wznowione, ale widaÄ nic z tego. Na szczÄĹcie, niemal w tym samym momencie, wpadĹa na mnie AĹka informujÄ c, Ĺźe marszrutka za 15hr od osoby, wĹaĹnie odjeĹźdĹźa w kierunku granicy. Nie zwlekajÄ c wiÄc, wróciliĹmy po torby i resztÄ grupy, ĹapiÄ c po drodze, odjeĹźdĹźajÄ cÄ wĹaĹnie, marszrutkÄ. W kraju jesteĹmy przyzwyczajeni, Ĺźe autobusy i tramwaje stajÄ na przystankach. Tu nie ma takich dziwnych zwyczajów. Ĺrodek transportu staje jak taksówka. Wystarczy machnÄ Ä rÄkÄ i jeĹli sÄ miejsca w Ĺrodku, to busik na pewno siÄ zatrzyma. W Polsce, w Ĺźyciu! MyĹlÄ, Ĺźe ĹźyczliwoĹÄ kierowców w stosunku do pasaĹźerów jest zwiÄ zana z tym, Ĺźe nie ma tu instytucji biletów, w zwiÄ zku z czym, kierowca jest Ĺźywo zainteresowany jak najwiÄkszÄ liczbÄ pasaĹźerów, gdyĹź opĹata za kurs zostaje w jego kieszeni.
Dlatego teĹź, bez Ĺźadnych ceregieli, ani Ĺźenady, kierowca busa zatrzymaĹ siÄ na kilka minut poza przystankiem, aby zabraÄ nas i nasze imponujÄ ce bagaĹźe.
Do granicy jechaliĹmy ponad 1,5 godziny, choÄ gdyby odjÄ Ä róĹźnicÄ czasu miÄdzy UkrainÄ i PolskÄ (w Polsce jest o 1 godz. wczeĹniej), to wyjeĹźdĹźajÄ c z Lwowa o 14.30, bylibyĹmy na granicy okoĹo 15-ej czasu polskiego. JechalibyĹmy wiÄc tylko póĹ godziny!
WysiedliĹmy w Szeginie, tuĹź przed granicÄ . PoliczyliĹmy wszystkie zrywny, jakie jeszcze mieliĹmy i za nie kupiliĹmy trochÄ sĹodyczy, w tym oczywiĹcie smacznÄ i taniÄ chaĹwÄ dla Asi. OkazaĹo siÄ równieĹź, Ĺźe bez problemów moĹźemy kupowaÄ w tutejszym sklepie za zĹotówki. DziÄki temu wszedĹem w posiadanie dwóch butelek wódki ukraiĹskiej, jednej czystÄ , drugiej z miodem i paprykÄ . ZresztÄ grzech byĹoby nie kupiÄ, skoro za dwie butelki 0,7litra zapĹaciĹem 16zĹ!!! Nie dziwiÄ siÄ teraz, dlaczego ludzie, jak mrówki chodzÄ miÄdzy UkrainÄ i PolskÄ , przenoszÄ c lub przemycajÄ c wódkÄ i papierosy.
Po udanych zakupach pomaszerowaliĹmy wÄ skÄ zasiatkowanÄ ĹcieĹźkÄ w kierunku pieszego przejĹcia granicznego. Po chwili okazaĹo siÄ, Ĺźe pokonanie granicy moĹźe nie byÄ takie Ĺatwe. Przed budynkiem kontroli granicznej znajdowaĹo siÄ ponad sto osób, tak zwanych mrówek, przenoszÄ cych wódkÄ i papierosy przez granicÄ.
Nie uĹmiechaĹo siÄ nam staÄ z nimi i czekaÄ kilka godzin. Nie doĹÄ, Ĺźe towarzystwo dosyÄ szemrane, to przecieĹź nie mamy czasu – przed nami jeszcze 740km z PrzemyĹla do domu!
W przypĹywie odwagi, zagadnÄ Ĺem spacerujÄ cych za ogrodzeniem celników, czy nie ma tu jakiegoĹ przejĹcia turystycznego, czy nie moĹźna by tej kolejki jakoĹ ominÄ Ä. Po chwilowej naradzie, bocznym przejĹciem, przepuĹcili nas do budynku odpraw. Ale o zgrozo! W Ĺrodku sytuacja wcale nie byĹa lepsza, a nawet moĹźe i gorsza. W holu odpraw czekaĹo kolejnych sto mrówek! Nauczony doĹwiadczeniem, powtórzyĹem manewr, przedostajÄ c siÄ bezpoĹrednio do celnika odprawiajÄ cego. PowoĹujÄ c siÄ na maĹe dziecko (Krzysia), dĹugÄ drogÄ za nami i przed nami, udaĹo siÄ i tym razem przedrzeÄ poza kolejnoĹciÄ , choÄ sĹów kierowanych pod naszym adresem ze strony oczekujÄ cych na odprawÄ mrówek, ze wzglÄdu na szacunek dla czytelnika, nie powtórzÄ. Przy okazji, z wydeptanej przez nas ĹcieĹźki, skorzystaĹa grupa studentów wracajÄ cych z Moskwy, która zaraz po nas pokonaĹa bezawaryjnie granicÄ. ChoÄ opowiadali potem, Ĺźe jadÄ c do Moskwy, pokonywali granicÄ polsko – ukraiĹskÄ równieĹź na pieszo, jednak ukraiĹscy celnicy nie byli tacy mili, i musieli odstaÄ kilka godzin.
Ĺlicznie podziÄkowaliĹmy celnikom, nawet nie mieliĹmy im za zĹe kontroli bagaĹźu, ale wyglÄ daĹo na to, Ĺźe robiÄ to na zĹoĹÄ mrówkom, by dĹuĹźej musiaĹy czekaÄ na odprawÄ.
Zaraz za obiektami granicznymi, staĹ bus, który nas i wycieczkÄ z Moskwy bĹyskawicznie zawiózĹ do PrzemyĹla za 2 zĹote od Ĺebka.
W PrzemyĹlu samochód czekaĹ na parkingu bardzo grzecznie. Nawet lekko zapiszczaĹ i pomachaĹ bĹotnikiem, jak mnie zobaczyĹ. ZjedliĹmy wreszcie polski obiad: Ĺźurek, schabowy z ziemniakami, placki ziemniaczane, barszcz, pierogi. Na deser byĹy najlepsze na Ĺwiecie lody. W PrzemyĹlu na Starym MieĹcie, znajduje siÄ lodziarnia, która wytwarza fantastyczne lody kulkowe w kilkudziesiÄciu smakach, codziennie ponad 20 do wyboru. ByĹy lody herbaciane, winogronowe, Ĺliwkowe lub pomaraĹczowe w czekoladzie, brzoskwiniowe, jagodowe i wiele wiele innych, równieĹź typowych. Ale przede wszystkim smak deklarowany w nazwie wyĹmienicie odpowiadaĹ doznaniom podniebienia.
Nasyceni, a wrÄcz przejedzeni, ruszyliĹmy do domu. Po 9 godzinach, okoĹo 3 w nocy byliĹmy w domu.
PodsumowujÄ c, podróĹź powrotna z Symferopola do Ĺwiebodzina trwaĹa od 10-ej rano w niedzielÄ, do 3-ej w nocy z poniedziaĹku na wtorek. Razem daje to 41 godzin w podróĹźy, a gdyby doliczyÄ zgubionÄ godzinÄ przy zmianie czasu na granicy, to nawet 42.
DĹugo, oj dĹugo, ale daĹo siÄ. A skoro my mogliĹmy to i Wy moĹźecie. A warto.
GorÄ co polecam
Grzegorz Klimek
Spis treĹci:
Wtorek - dzieĹ pierwszy – wyjazd
Ĺroda - dzieĹ drugi - Lwów
Czwartek - dzieĹ trzeci – pociÄ giem na Krym
PiÄ tek – dzieĹ czwarty – plaĹźowanie.
Sobota – dzieĹ piÄ ty – wodospad DĹźur – dĹźur
Niedziela – dzieĹ szósty - Czatyr Dach
PoniedziaĹek – dzieĹ siódmy – z przymusu na plaĹźy
Wtorek – dzieĹ ósmy – WybrzeĹźe Morza Czarnego
Ĺroda – dzieĹ dziewiÄ ty – Sudak - Twierdza GenueĹska
Czwartek – dzieĹ dziesiÄ ty – W góry
PiÄ tek – dzieĹ jedenasty – Bakczysaraj i okolice.
Sobota – dzieĹ dwunasty – i ostatni.
Niedziela – dzieĹ trzynasty – wyjazd (dzieĹ pierwszy powrotu)
PoniedziaĹek – dzieĹ czternasty – w drodze do domu (dzieĹ drugi).
Zobacz nasze propozycje
-
-
książka
-
ebook
(7,90 zł najniższa cena z 30 dni)
7.90 zł
26.90 zł (-71%) -
-
-
książka
-
ebook
(41,40 zł najniższa cena z 30 dni)
44.16 zł
69.00 zł (-36%) -
-
-
książka
-
ebook
(6,90 zł najniższa cena z 30 dni)
6.90 zł
26.90 zł (-74%) -
-
-
ebook
(2,00 zł najniższa cena z 30 dni)
2.15 zł
3.99 zł (-46%) -
-
-
ebook
(2,00 zł najniższa cena z 30 dni)
2.15 zł
3.99 zł (-46%) -
-
-
ebook
(2,00 zł najniższa cena z 30 dni)
2.15 zł
3.99 zł (-46%) -
-
-
książka
-
ebook
(16,68 zł najniższa cena z 30 dni)
17.22 zł
26.90 zł (-36%) -
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
(8,90 zł najniższa cena z 30 dni)
8.90 zł
26.90 zł (-67%) -
-
-
książka
-
ebook
(24,74 zł najniższa cena z 30 dni)
25.54 zł
39.90 zł (-36%) -
-
-
książka
-
ebook
Czasowo niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
-
-
książka
-
ebook
Niedostępna
-
