RELACJE Z PODRÓŻY

Jedząc rybę w Trondelag ...



Autor: Wiesław Karliński
Data dodania do serwisu: 2012-02-07
Relacja obejmuje następujące kraje: Norwegia

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
10.00 24
Jedząc rybę w Trřndelag         Kilkanaście lat temu w Norwegii przeprowadzono ciekawy sondaż. Mieszkańcom jednego z najbogatszych krajów świata zadano pytanie: Czy byłbyś skłonny zapłacić za produkt więcej tylko dlatego, że jest rodzimej produkcji? Zdecydowana większość społeczeństwa odpowiedziała twierdząco. W Oslo, Bergen i Trondheim nie ma inwazji obcych supermarketów, krajowy mleczarski koncern „Tine” kwitnie a chodzące po wiejskich drogach owce nikomu nie przeszkadzają. Et lite styke Norge – Kawałeczek Norwegii, to jeden ze sloganów symbolizujących umiłowanie dla rodzimych tradycji kulinarnych. Jego smacznym przykładem jest Kvikk Lusj, produkowany od 1937. roku kultowy wafelek oblany mleczną czekoladą. Tylko podczas Świąt Wielkanocnych średnio na mieszkańca kraju przypadają trzy skonsumowane wafelki firmy „Freia”. Ale to nie słodycze charakteryzują kuchnię tego kraju. Od tysięcy lat królują tu dania z tego, co żyje w wodzie. Zwiedzanie Norwegii warto urozmaicić zajmującą przygodą przy stole. Okazji jest coraz więcej.Msza za siejęSzkockim naukowcom udało się niedawno zrekonstruować wizerunek chłopca, który żył w okolicach norweskiego Stavanger siedem i pół tysiąca lat temu. Jego szkielet znaleziono na początku ubiegłego stulecia ale dopiero obecne metody badawcze pozwoliły na wiarygodną rekonstrukcję. Nastolatek żył w niewielkiej grupie łowieckiej, był dobrze odżywiony i umięśniony. Jadał najpewniej ryby, ostrygi, małże i kormorany a także łosie oraz dziki. Jego dietę uzupełniały owoce runa leśnego – brusznica, żurawina i multe, czyli malina moroszka. Nie wiem, czy w krainie fiordów nadal jada się kormorany natomiast na dziki myśliwi ze Skandynawii przyjeżdżają do Polski. Mięso łosia, renifera, pardwy a nade wszystko fauna morska i słodkowodna to wciąż ważny składnik codziennej diety potomków wikingów, Griega i Ibsena. Pieczeń z rena, befsztyk z wieloryba albo rybne puddingi wielu Norwegów pamięta już od przedszkola. Wody przybrzeżne, fiordy, norweskie jeziora i rzeki zasiedla ponad 200 gatunków wodnych stworzeń. Prawie wszystkie nadają się do spożycia. Samych ryb łowi się więc prawie 500 kilogramów na głowę mieszkańca rocznie. Największe porty rybackie znajdują się w Bergen i Stavanger a przystani rybackich nie sposób policzyć. Oprócz tego zachodnie wybrzeże Półwyspu Skandynawskiego pokryte jest gęstą siecią farm hodujących łososie i inne ryby. Nieodłącznym elementem krajobrazu Lofotów, Trřndelagu czy okolic Tromsř są suszarnie sztokfisza, wędzarnie ryb i tradycyjne, drewniane przechowalnie żywności - stabbur. Ryby figurują w herbach wielu tutejszych miast, śpiewa się o nich pieśni, poświęca dzieła sztuki. Kiedyś uczestniczyłem nawet w mszy luterańskiej w plenerze poświęconej siei. Sikmesse otwierała Femundfestivalen w Elgĺ, maleńkiej osadzie rybackiej nad jeziorem Femund. W wielu miastach wybrzeża a także interioru ważnym miejscem jest targ rybny. Ten w Stavanger jest wręcz wizytówką miasta. Fisketorget to często plac w pobliżu portu, przetwórni lub ciągu wędzarni. Wszyscy mają do niego blisko bo norweskie miasta są niewielkie, usytuowane głównie nad kameralnymi zatokami lub u ujścia fiordu. W Trondheim, stolicy okręgu Sřr-Trřndelag, co tydzień można kupić świeże ryby i owoce morza na jarmarku spożywczym. Odbywa się on w centrum miasta tuż obok pomnika jego założyciela Olafa I Tryggvasona. Ubiegłej jesieni byłem tam dwukrotnie. Stoiska prowadzone są głównie przez okolicznych farmerów, hodowców, rybaków i właścicieli lasów. Obok suszonych na wietrze szynek, salami z łosia, domowego piwa, dżemów, powideł czy świeżych kurek można tam kupić złowione rano flądry, dorsze albo śledzie.Ucha po norwesku         Siedzę na tarasie kameralnej restauracji „Baklandet Skydsstation” w Trondheim i  jem jons fiskesuppe. To podawana na gorąco pikantna zupa rybna z warzywami. Obok kawałków dorsza i łososia pływają w niej cząstki krewetek, jakaś gruba ikra i drobiny kilku gatunków warzyw. W zupie jest też sporo ziół. Oprócz smaku marchwi, czosnku i selera z łatwością wyczuwam kmin rzymski, cząber górski i kolendrę. Pogryzam razowe pieczywo z wiejskim solonym masłem i piję wodę ze źródła znajdującego się na posiadłościach farmy Moen Gĺrd w niedalekim Klćbu. Lunch podsumowuję lodami o smaku czarnych borówek z wytwórni Gangstad, filiżanką kawy i kardamonowym ciasteczkiem. Właścicielka restauracji na pożegnanie częstuje mnie jeszcze kieliszeczkiem słynnej wódki Linie Aquavit. To kultowy trunek rybaków, marynarzy i wszystkich Norwegów. Kminkówka, która przed podaniem dwukrotnie przekroczyła równik. Najczęściej ułożona w beczkach w ładowni jakiegoś statku pokonuje rejs ze Skandynawii do Nowej Zelandii i z powrotem. Na wewnętrznej stronie etykietki można nawet przeczytać daty morskiej podróży zawartości każdej butelki okowity. Te magiczne zabiegi zapewniają wódce niepowtarzalny charakter i wyjątkowe walory. Coś w tym musi być bo wierzy w to nawet 75% amerykańskich turystów.          Lokal serwujący jons fiskesuppe mieści się w skromnym drewnianym domku usytuowanym tuż obok Gamle Bybro, najstarszego mostu w Trondheim. Budynek powstał w 1791. roku i wcześniej pełnił wiele rozmaitych funkcji. Były w nim między innymi stolarnia, pralnia i prasowalnia, pracownia i sklepik krawca oraz mieszkanie szkutnika pobliskiej stoczni. Framugi i szyby okienne pozostają te same od końca XVIII. stulecia. Parę kroków od lokalu znajduje się stacyjka jedynego na świecie wyciągu dla rowerów. Zmyślne urządzenie pomaga cyklistom pokonać stromy odcinek szlaku wiodącego to twierdzy miejskiej i innych historycznych obiektów. Nieopodal jest też Starówka, którą stanowi drewniana zabudowa brzegów rzeki Nidelva, mieszcząca kiedyś wytwórnie dziegciu, powrozownie, wędzarnie ryb czy warsztaty szkutnicze. Blisko stąd do największej wysuniętej na północ kontynentu gotyckiej świątyni, tradycyjnego miejsca koronacji królów norweskich. Katedra św. Olafa to ważny obiekt na szlaku pielgrzymek czczących tego wikinga, króla i męczennika za wiarę chrześcijańską. Tylko kilka minut piechotą zajmie nam stąd spacer do Domu Pielgrzyma, do jedynego w Norwegii Muzeum Żydowskiego albo na tereny starej stoczni. Nieco dalej usytuowano Muzeum Norweskiego Rocka z polskimi akcentami, przystań dla wielkich statków wycieczkowych i Muzeum Sztuki. Więcej czasu trzeba poświecić by dotrzeć na wyspę Munkholmen z historyczną warownią i klasztorem albo na skocznię narciarską znaną m.in. z wyczynów Adama Małysza. Rybka przy Złotej Drodze          Jadąc z Trondheim do centrum regionu Innherred w Steinkjer można wiele zobaczyć, odczuć, posłuchać i posmakować. W miasteczku kwiatów Levanger trzeba zwiedzić drewnianą zabudowę starego centrum, kurhan z początków naszej ery i średniowieczny kościółek. Na przełomie sierpnia i września odbywają się tu inscenizacje artystyczne poświęcone epoce wikingów. Kilka dni przed moim pobytem w Levanger gościł król Norwegii Harald V. W parku w Straumen nad fiordem Borgen warto pospacerować wśród miniaturowych rzeźb Nilsa Aasa kończąc trasę przy intrygującej artystycznej instalacji. To pomnik ważnej dla Norwegów ryby, flądry. Elementy filigranowej konstrukcji wydają ciche dźwięki – melodie inspirowane twórczością Edwarda Griega. Straumen okalają wielokilometrowe aleje brzóz, między którymi biegną szlaki rowerowe. Den Gyldne Omvei (Złota Droga) to malownicza trasa łącząca 18 kooperujących z sobą farm, galerii, wytwórni ekologicznej żywności i pensjonatów. W kameralnych zatoczkach fiordów, w rybackich przystaniach i na górskich zboczach trafimy do sadyb pamiętających XVIII. wiek. Ich właściciele prowadzą wspólne turystyczne projekty, wymieniają się produktami i informują na temat potrzeb gości. W Gulburet kosztuję zupy z kurek, wędzonej siei, piwa z lokalnego browaru Řlutsalg, i podpłomyków lefse nadzianych pastą z tuńczyka. Na farmie Gangstad zajadam się dojrzewającymi serami domowej produkcji i słucham opowieści o przodkach właścicielki. Astrid od niedawna produkuje też lody i to w 12. gatunkach. Oprócz popularnych smaków jej wyroby pachną melisą, kminem i brusznicą. Gdy na targach żywności w Niemczech poproszono ją o nową recepturę wymyśliła lody o nazwie „król kniei” inspirowane smakami norweskiego lasu. Z okien częściowo schowanej w ziemi restauracji Řyna Parken oglądam panoramę kilku gmin Innherred położonych nad odnogami trzeciego co do długości norweskiego fiordu. Na talerzu mam halibuta z wiórkami smażonej szynki, łyżką grubej ikry, kurkami z cebulką i listkiem świeżej bazylii. Nieopodal stoi biały, długi na 18 metrów, drewniany budynek farmerski przeniesiony tu w całości z innej wsi specjalnym transportem. Obecnie to pensjonat Husfrua a podawane tam matiesy z czerwoną cebulką, placki ziemniaczane i befsztyki skuszą mnie następnego dnia. Wtedy też sfotografuję położony nieco niżej na stoku kamienny kościół. Świątynię w Sakshaug wybudowano w połowie XII. wieku a w jednym z portali umieszczono płaskorzeźbę (maska diabła) wcześniejszego pochodzenia.            Norwegia to druga po Islandii potęga w dziedzinie rybołówstwa. Jej flota rybacka przekroczyła wyporność 300. tysięcy BRT. Łowi się przede wszystkim dorsze, śledzie i makrele. Jeszcze niedawno łowiono także wieloryby. Połowy maleją m.in. ze względu na ochronę gatunków ryb zagrożonych wyginięciem. Europejscy ekolodzy coraz częściej ostrzegają przed dewastacją mórz i oceanów. W połowie obecnego stulecia może wyginąć nawet 80% z około 200. łowionych na świecie gatunków. Dotyczy to między innymi halibuta atlantyckiego, karmazyna, niektórych podgatunków łososia czy tuńczyka. Bez obaw można natomiast łowić makrelę, halibuta mniejszego, flądrę, homara i omułka jadalnego.

powrót do początku strony