RELACJE Z PODRÓŻY

Indie - Hampi - hinduski Bagan



Autor: Grzegorz Bielewicz
Data dodania do serwisu: 2014-03-17
Relacja obejmuje następujące kraje:

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
0.00 0

Wczesne i blade słońce nie zdążyło nagrzać jeszcze powietrza. Jego pęd nieprzyjemnie chłodzi nasze nogi oraz ramiona i uporczywie szczypie nas w policzki. Na szczęście po kilkunastu minutach jazdy Tuk Tukiem docieramy do małej wioski, położonej w niewielkiej dolinie.

Hampi pełne jest hoteli i innych różnorodnych form zakwaterowania. Bliskość Goa - najpopularniejszego turystycznego miasta na wybrzeżu Indii, odciska swoje piętno na wiosce, w postaci wywindowanych cen, oraz niezliczonej rzeszy turystów. Sporo jest też tutaj restauracji oferujących europejskie potrawy. Niestety Hindusi w znakomitej większości nie mają zielonego pojęcia o prawidłowym sposobie ich przyrządzania. Nawet jeśli któryś z nich, nauczyłby się gotować będąc w Europie, za pewne na pobliskim bazarze, nie mógłby znaleźć europejskich przypraw. Co z kolei czyni przyrządzanie ich bezsensownym.

Ta turystyczna wioska, otoczona jest małymi lecz niezwykle wyglądającymi górami. Patrząc na tworzące je skały, wydawać by się mogło iż ogromna ręka, któregoś z hinduskich bóstw wyłoniła się z pośród chmur i wysypała skały, niczym beztroskie dziecko bawiące się drewnianymi klockami. Już za czasów, kiedy to Hampi było stolicą hinduskiego państwa Widźajana, ludzie wierzyli, że owe głazy nie są pochodzenia naturalnego. Zostały tu ponoć rozrzucone, przez armię Hanumana - małpiego króla, na znak jego potęgi. Porozrzucane zupełnie chaotycznie, sprawiają wrażenie, że najmniejszy podmuch wiatru mógłby wywołać ich lawinę. U stóp tych niezwykłych gór, wije się mała lecz niezwykle wartka rzeczka. Z wdziękiem omijając wielkie głazy, dzieli Hampi na dwie części.

Nagrzane głazy idelanie nadają się na suszenie prania. fot. Jakub Kibler

 

Nad wioską góruje ogromna , ponad 50 metrowa świątynia z XVw.- Wirupaksza.

Świątynia Wirupaksza fot. Jakub Kibler

Zbudowana z cegieł imitujących granit i piaskowiec, nie przedstawia jednak specjalnych walorów artystycznych. Nie jest, ku naszej uldze, pomalowana w tradycyjny hinduski sposób w pastelowe kolory, olejną farbą. Jej zakurzenie oraz zatarte przez wiatr gzymsy nadają jej uroku i powodują, że ogromna ilość rekonstrukcji i wypełnień ubytków, jest praktycznie niewidoczna. Dzięki temu świątynia sprawia wrażenie jeszcze starszej niż jest w rzeczywistości. Na jej dziedzińcu spotykamy wesołą słonicę, która za drobną opłatą, włożoną jej w trąbę, pobłogosławi darczyńcę głaszcząc jego głowę swoją trąbą, oraz elegancko zapozuje do zdjęcia.

Po pobieżnych oględzinach płaskorzeźb umieszczonych na głównej bramie, wielkiej świątyni, czujemy się nieco zakłopotani. Najniższy rząd z nich przedstawia niezwykle odważne sceny z Kamasutry. Wszystkie akty są oczywiście niezwykle kreatywne, a proporcje ciała niesłychanie zaburzone. Sceny te są niemałą atrakcją dla młodych hinduskich pielgrzymów, którzy wychowani w ściśle purytańskim społeczeństwie, nieczęsto mają okazję do oglądania tak odważnej sztuki. Jest to tym zabawniejsze, iż w sytuacji gdyby hinduski mężczyzna, pocałował kobietę w miejscu publicznym wiązałoby się to z poniesieniem ogromnych kosztów mandatu, za wykroczenie, w europie nazywanym obrazą moralności publicznej.

Następnego dnia po przybyciu do wioski, wychodzimy na leniwy spacer po wzgórzach, wśród których kryją się zapomniane świątynie i starodawne pałace.

Jedna z setek zapomnianych światyń. fot. Jakub Kibler

Po mimo bliskości rzeki krajobraz wygląda na półpustynny. Skąpa i wysuszona roślinność występuje sporadycznie. Jedynie widoczne w oddali plantacje bananów mile odcinają się zielenią od wysuszonego krajobrazu. Wszędzie kręcą się tutaj europejscy turyści, których dostrzec można z odległości kilkuset metrów, gdyż ich mlecznobiała skóra odbija promienie słońca niczym tafla wody, na pobliskiej rzece w samo południe. Po kilkudziesięciu minutach leniwego spaceru docieramy do jednej z najsłynniejszych starych świątyń- Vitalli. Przy wejściu do osławionej świątyni, w której znajduje się rzeźba ogromnego czterokołowego rydwanu zaprzęgniętego w dwa słonie, po raz kolejny spotykamy się z dyskryminacją obcokrajowców. Za wejście w jej obręb musimy zapłacić 25 razy więcej niż Hindusi. Zapytany o powód tej niesprawiedliwości, sprzedawca biletów, uśmiecha się zmieszany i wykręca się od wyjaśnień mówiąc nam, iż jest to decyzja głównego rządu Indii. Dziesięciominutowy spacer po świątyni nie jest wart ponoszenia kosztów dyskryminacji. Ponadto osławiony rydwan, widać doskonale bez konieczności wchodzenia w obręb murów świątyni. Wobec tak jawnej niesprawiedliwości, promowanej dodatkowo przez rząd, udajemy się na poszukiwanie innych antycznych budowli.

Słońce nagrzewa granitowe skały tak bardzo, że parzą mnie one w stopy. Doskonałe do chodzenia po płaskim terenie japonki nie gwarantują mi odpowiedniej stabilności i ześlizgują się z rozsypanych wszędzie głazów. Skaczę więc pomiędzy nimi na bosaka, czując się jak za czasów swojego dzieciństwa i mając z tego niemałą zabawę. Dziesiątki opuszczonych i zniszczonych przez warunki atmosferyczne świątyń, rozrzuconych na dużej powierzchni robią na nas ogromne wrażenie. Wracając brzegiem rzeki skaczemy po skałach, a czasem przechodzimy pod nimi, by dostać się do małych świątyń nad jej brzegiem. Mroczne, ukryte i niemal zawsze na wpół zawalone lub zasypane świątynie z płaskorzeźbami bóstw, tworzą niesamowita atmosferę. Potęguje ją dodatkowo wszechobecna cisza. W południe, nagrzane od promieni słonecznych i głazów, powietrze jest aż gęste. Nawet ptaki nie chcą zburzyć tej magicznej ciszy, a wystraszone naszą obecnością uciekają z pobliskich wysuszonych zarośli, nie wydając najmniejszego dźwięku. Ustaje gwizdanie wszechobecnych wiewiórek. Kryjemy się w cieniu jednej ze świątyń, chłonąc spokój płynący z jej ogromnych i masywnych ścian oraz stropów. Jedno z jej małych wyjść jest otwarte bezpośrednio na rzekę, a wąskie stopnie schodzące w dół obmywa woda. Jej szmer przynosi niezwykłe ukojenie i odprężenie. Choć podobno świątynie te są już od dawna opuszczone z racji trudności dostania się do nich oraz znacznych uszkodzeń, w każdej odnaleźć możemy ślady modlitw. Kadzidła, świeczki czy pomazane kolorowym proszkiem płaskorzeźby świadczą o tym, iż są one jednak ciągle żywe. Paradoksalnie, dla nas, miejsce to tchnie, niezwykła energią i pokojem, jaki spotkać można czasem w monumentalnych budynkach, niemalże przytłaczających swoją wielkością. Dla lokalnych dzieciaków jest to miejsce idealne na połów sumów za pomocą żyłki i haczyka, lub po prostu kąpieli w ustronnym miejscu. Na szczęście pośród skał nie spotykamy nawet jednego turysty. Widać wysiłek wymagany do skakania pomiędzy skałami lub przeciskania się pod nimi jest dla nich zbyt wielki.

Wszechobecna cisza niesie ze sobą energię spokoju. Majestatyczne choć zniszczone przez wojny i czas, świątynie oraz pałace czynią to miejsce na prawdę magicznym. Większość turystów nie wychyla nosa poza europejskie restauracje i dwie główne świątynie, dzięki czemu po mimo ogromnej komercjalizacji Hampi, każdy może znaleźć w dolinie, odrobinę własnej przestrzeni. Wystarczy tylko wyrzucić opasły przewodnik i do rzeki (polecam zrobić też tak z hindusami, podającymi się za profesjonalnych przewodników) i dać się ponieść nogom pomiędzy ogromne skały, myszkując tam tak jak robiliśmy to za czasów naszego dzieciństwa w ogrodzie dziadków.

powrót do początku strony