Nie sposób opisać tego, co można poczuć o świcie na moście Karola, jeśli jeszcze jest się tam we dwoje to cały świat traci na znaczeniu a pytanie: -być czy mieć?

Nie sposób opisać tego, co można poczuć o świcie na moście Karola, jeśli jeszcze jest się tam we dwoje to cały świat traci na znaczeniu a pytanie: -być czy mieć? ma tylko jedną odpowiedź.

To miasto pełne turystów trudno jest zastać tak jak zastaliśmy je tej majowej nocy, słychać odwieczny szept pustych uliczek Starego Miasta, zagłuszany w dzień językami całej Europy. Nie ma żywej duszy na rynku głównym, a duchy trudno zliczyć, z każdego zakątka wyłaniają się cienie i zaraz umykają przed lampkami naszych rowerów. Na moście spędzamy długi czas, robimy w ciemnościach kawę i czekamy na dzień, słyszymy jak zbliża się od wschodu, ponad wieżyczkami wyłania się purpurowy zegarmistrz światła, niby dosłownie znad zegara Orloj, powoli oświetla nasze twarze zdumione i szczęśliwe.

Ośmieleni tym światłem wspinamy się wyżej, w stronę Hradczan, aby mogło nas pochłonąć całych.. Pustą ulicą Mostecką aż na zamek Hradczański gdzie zastajemy tylko wartę honorową i parę fotografów, których poranne wstawanie nagrodzą miliony turystów kupujących pocztówki z widokiem Pragi o świcie. Przejeżdżamy przez cały kompleks zamkowy aż do złotej uliczki. To niesamowite miejsce, a jeśli dodamy do tego brak turystów i budzący się dzień to dostaniemy coś, czego nie zapomnimy do końca życia, jedyny minus to fakt, że już nigdy nie będę mógł tutaj być w ciągu dnia. Tak właśnie zadziałali alchemicy, którzy ponoć kiedyś tutaj mieszkali, zaczarowali nas mieszanką dnia i nocy, smaku światła i zapachu bruku, dotyku czasu i dźwięku własnej duszy.



Kolejna część Pragi którą oglądamy to tzw. Praska Wenecja i Mala Strana. Zachwycają budzące się do życia kafejki i knajpki, wszędzie wokół ostatnie przygotowania do przyjęcia tłumów gości, ostatnie pociągnięcia mioteł nocnych stróżów niczym ostatnie pociągnięcia pędzla przed pokazaniem gotowego obrazu ciekawskiemu światu. Wśród budzącego się do życia miasta jedziemy na południe, cały czas wzdłuż Wełtawy aby dojechać do znajdującego się na wyspie Cisarska Louka kempingu gdzie za 140 koron od osoby stawiamy obóz.

Mamy zamiar odespać podróż i znów ruszyć na zwiedzanie miasta. Po południu jedziemy na Vysehrad ,czyli wzgórze nad Wełtawą gdzie pierwotnie znajdował się królewski zamek. Oglądamy tam kościół romański św. Marcina i zaglądamy na wyszechradzki cmentarz który dla Czechów jest tym samym czym dla nas warszawskie Powązki czyli miejscem spoczynku największych sław narodu i twórców narodowej kultury. Po spacerze jedziemy na Nove Mesto do jednej z największych atrakcji kulinarnych Pragi.
Mówię tutaj o browarze U Fleku gdzie mamy jedyną okazję spróbowania, przez wielu uważanych za najlepsze piwo świata, flekovskiego ciemnego stauta. Trudno znaleźć słowa do opisania smaku, ale dwa ciemne kufle świetnie zastępują przyciemniane okulary, za którymi chowa się wielu praskich turystów a rozjaśnione nieco pivnim syrem nabierają z pewnością na resztę dnia, odcienia różowego. Po tych pysznościach oglądamy jeszcze ?tańczący dom?, który nie wygląda tak zapewne od flekovskiego piwa, ale za sprawą zdolnych architektów: Franka O. Gehry'ego i Vlado Mulunca, a który staje się symbolem nowoczesnej Pragi. Na dziś wystarczy, sporo emocji jak na pierwszy dzień, który przecież zaczął się dla nas bardzo wcześnie. Koniec dnia spędzamy na lenistwie pod namiotem, przy morawskim winie, z widokiem na srebrzysta Wełtawę.