RELACJE Z PODRÓŻY

Dookoła Ameryki Południowej



Autor: Ewa Andrzejewska i Michal Wasik
Data dodania do serwisu: 2008-08-04
Relacja obejmuje następujące kraje: Salwador, Argentyna, Boliwia, Brazylia, Chile, Ekwador, Peru

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
5.77 275
Początek - 25 listopada 2007
Bilety kupione! Najpierw do Girony RyanAirem za 1 PLN (+oplaty = 790% wiecej ;)), zaś z Madrytu do Salvador de Bahia AirEuropa - tylko 300 EUR! :)

Bilet jest - teraz transport i nocleg! - 19 grudnia 2007
Korzystajac z odrobiny czasu wolnego zapewnionego przez male niedomaganie fizyczne knujemy jak sie najtaniej dostac z Girony do Barcelony, a pozniej do Madrytu.

Ze wstepnego rekonesansu wyglada na to, ze samolotem jest taniej z Bacelony do Madrytu niz pociagiem (Air Europe 30 EUR vs. pociag ok. ” Single adult 60.50 euros”)… Moze ktos ma inne informacje, he ;)?!

Drugim koncem podrozniczego kija jest nocleg: jak dobijemy do Salvadoru, to ucelujemy akurat w srodek karnawalu = kosmiczne ceny dla estadounidenses (”Amerykanejrow”), czyli upraszczajac dla “bialych”, do ktorych chcac nie chcac sie zaliczamy - moze wcale nie tak najgorzej ;)…

Liczymy, ze z odsiecza noclegowa zarowno w Hiszpanii, jak i w Brazylii przyjda nam osoby z Hospitality Club, Coach Surfing, badz Servas (jak juz bedziemy czlonkami tej organizacji ;)).

Jak na dobrym egzaminie musza byc zawsze przynajmniej trzy pytania - a oto i trzeci znak zapytania: czy zwazajac na to, ze Brazylia jest jednym z najdrozszych krajow w Am. Pld. warto zwiedzac ja szczegolowo = jezdzic autobusem, czy smyknac jak najszybciej w kierunku Patagonii (Argentyna)? Chcemy tam jeszcze sie znalezc przed mrozami w ichniej zimie zaczynajacej sie - jak wiem z niezawodnych ;) zrodel - w kwietniu… Moze lepiej poznac klimat Brazylii w Salvadorze, nie tracac zbyt duzo przemienionych magicznie zlociszy w zlociste reale na transport, tylko wsysnac jak przez slomke cala sztuke capoeiry, karnawalu i zas smignac samolocikiem jak najdalej sie da na poludnie??

Pewnie na takich wlasnie rozmyslaniach mina radosne i jakze specyficzne w Polsce Swieta…

Aha, z przygotowan do wyprawy jeszcze - jesli dobrze pojdzie - wkrotce stane sie radosnym posiadaczem magicznego pudelka uwieczniajacego obrazki! :) Maurycy - go 4 it! :))

Marszruta - 26 grudnia 2007
Decydujac sie ze wzgledow ekonomicznych na przylot do Salwadoru w Brazylii liczylismy sie z tym, ze bedziemy musieli sie nieco wysilic, by dotrzec na poludnie, do Patagonii. Chcielibysmy tam wyladowac na poczatku marca, poniewaz od mniej wiecej polowy kwietnia zaczyna sie tam zima (a spiwor mam poki co z supermarketu na 49 PLN, stuletni, bez darmowej reklamy - nie napisze z jakiego sklepu;), ale wazy 1 kg! ;))! Z powyzszego wynika, ze mamy okolo trzech tygodni z Salvadoru, by tam dotrzec (i bardzo dobrze, ze tyle, bo nie bedzie trzeba sie dluzej meczyc z portugalskim, ktorego nie znamy - trzeba widziec pozytywne strony ;): btw: hiszpanski tylko “un poco”, ale pracujemy nad tym! ;)). W gre wchodzi samolot, ale z tego, co udaje sie znalezc na sieci wychodzi raczej zbyt drogo (np. Salvador - Buenos ca. 1.100 PLN, GOL)… Mamy nadzieje, ze na miejscu uda nam sie wynegocjowac lepsze ceny, albo po prostu znalezc jakies promocyjne loty w granicach 200 USD - zobaczymy. Po rodze jest jeszce kilka miejsc, ktorych naprawde zal by bylo nie odwiedzic: Foz do Iguacu i Buenos… Z Pantanal od razu rezygnujemy ze wzgledu na czas…Chcielibysmy jak najwiecej zaczerpnac Brazylii w samym Salvadorze, nie tracac pieniedzy na transporty: copoeira, karnawal (samba, salsa), a takze bjj (brasilian jiu jutsu).Widzac Salvador oraz zwazajac na to, ze czas goni, a takze na opinie innych podroznikow o Rio zastanawiamy sie, czy tam w ogole - juz naprawde w srodku karnawalu - zawitac… Na razie sceptycznie jestem ku temu nastawiony… ;)Pewnym “must’em” - jak wczesniej wspomnialem - sa jednak Foz do Iguacu (najblizsze duze miasto - Asuncion (dosl.: Wniebowziecie ;)), Paragwaj) oraz Buenos Aires (muzyka pana Piazzoli - kompozytora, guru tanga znalazla sie wsrod gwiazdorkowych podarkow ;))! Idealnie by bylo sie dostac z Salvadoru bezposrednio do Foz do Iguacu (275 wodospadow, spadajacych z wysokosci do 80m!), a stamtad do Buenos. Porownamy ceny biletow lotniczych na miejscu i autobusow oraz czasy jazdy i zadecydujemy :)! Moze uda sie cos na forum wyszukac! :) Wiemy, ze zycie jest sztuka kompromisow i moze lepiej bedzie zrezygnowac z bardzo turystycznych atrakcji na rzecz bardziej “rootsowych” doswiadczen np. w Kolumbii ;)!A dalsza czesc trasy w zarysie ksztaltuje sie tak:W Patagonii okolo 1,5 m-ca! Z tego, co pisza w przewodniku absolutna rewelacja! :) Nie mozemy sie juz doczekac! Stopik, namiocik, zero ludkow i cudowna natura!!! Park Narodowy Tierra del Fuego, jedno z najbardziej wysunietych na poludnie miast - Ushuaia, a takze Park Narodowy Los Glaciares. Argentyna oprocz powyzszego ma takze do zaoferowania pasmo Fitz Roy wraz z Cerro Torre - nie jestsmy jednak “freakami” wspinaczki i dlatego nawet nie bedziemy myslec o probie zdobycia tego jednego z pieci najbardziej wymagajacych na swiecie szczytow do wspinaczki ;).Nastepnie Chile, Park Narodowy Torres del Paine, Santiago de Chile, Valparaiso, Pustynia Atacama.Pozniej Bolivia, Salar de Uyuni (najwieksze solnisko swiata), Jezioro Titicaca (3821 m npm. Długosc ponad 230 km i szerokosc okolo 97 km), La Paz (stolica, 4014m nmp), Park Narodowy Madidi (jako kompensata, badz zacheta wzgledem Amazonki). Chcemy zrobic zjazd rowerami najbardziej niebezpieczna droga (dla samochodow) swiata! :) Bolivia jest ponoc stosunkowo tania - moze jakis szybki kurs hiszpanskiego nalezaloby tam zrobic? :)Stamtad do Peru, Lima. Machu Picchu stawiam pod znakiem zapytania - mnostwo ludzi, drogo dojazd (ponoc a krotko ponad godzinna jazde z Aguas Calientes do Ollantaytambo trzeba zaplacic blisko 50$) i wejscia… Zastanawiam sie, czy nie lepiej np. w Kolumbii Zaginione Miasto (Ciudad Perdida) - zabawa Indiane Jones’a (my hero! ;)). Oprocz tego smak Karaibow i reagge :)… Wracajac jednak do Peru planujemy tez zwiedzic Arequipe oraz Cuzco, Kanion Colca, Nazca, a takze odbyc trekking w okolicach Huaraz (Cordillieras Blancas), przemknac sladami Inkow po starych andyjskich szlakach! :)Opcja minimalna bedzie konczyc sie pewnie w Ekwadorze, Quito (stolica, 2811m npm), Park Narodowy Mochalilla.Wersja przedluzona obejmie Kolumbie: Cartagena (architektoniczny skarb kontynentu), a takze Ciudad Perdida.W Wenezueli chcemy zawitac do Merida - centrum aktywnego wypoczynku, zobaczyc Salto Angel (najwyzszy wodospad na swiecie, woda rozpedza sie z 320m), zdobyc szczyt Roraima (2810m npm). Jesli czyta to jakis potencjalny sponsor, to uwaga: wszystko zalezy od Ciebie! ;)Wariant “extreme” podroz Amazonka przez Brazylie! :) j.w. ;)Paragwaj i Urugwaj pozostawiamy, ze tak sie wyraze “wynikowo” ;)!Zasadniczo powyzej jest plan, a jesli nie dojedziemy gdzies - jak mow serdeczny znajomy mawia “tragedii nie bedzie” ;)! Chcemy cieszyc sie (bez zbyt osobistych watkow) czasem, sama podroza, spotkanymi ludzmi, natura… :)Gdy po drodze spodoba nam sie gdzies wyjatkowo lub spotkamy jakis charyzmatycznych ludzi, nie bedziemy sie wzbraniac, by tam spedzic nieco czasu: moze pracujac np. uczac angielskiego (lecz bardziej by wsiaknac w miejsce, niz w celach zarobkowych sensu sticte), moze pomogajac wolontariako np. na misjach :)…Naszym marzeniem jest splyw w Peru, badz Argentynie lub Ekwadorze rzeka - rafting :)!Narty i snowboard miedzy czerwcem a wrzesniem to tez ciekawa opcja w Chile, badz Argentynie :)!A jesli sponsorzy naprawde sie postaraja to zawitamy takze na Rapa Nui (Wyspy Wielkanocne - moze na Wielanoc?! ;)) oraz Wyspy Galapagos! :) No coz - pomarzyc kazdy moze! ;)

Poznań - 31 stycznia 2008
Zaczelismy nasza podroz ostatniego dnia stycznia lotem z Poznania do Girony, niedaleko Barcelony (ok. 100 km) ze sloganem “Do Girony za 2 batony” ;). Gryps wzial sie stad, ze lot kosztowal nas 1 PLN + oplaty (okolo 790% ;)). Liczac sie z wygorowanymi cenami artykulow spozywczych w Uni, stwierdzilismy, ze +- wlasnie dokladnie dwa batony kosztuje lot czlonka Uni z Poznania do Girony (Katalonia) ;).

GIRONA przywitala nas cieplo - doslownie :). Z temperatur w okolicach zero w Poznaniu wyladowalismy w okolo 15 stopni :) - goraca Hiszpania! ;) Zauroczylo nas to miasteczko swoja sredniowieczna architektura i totalnym brakiem turystow. Zwiedzielismy stare miasto, poblakalismy sie po waskich uliczkach i zladowalismy u doskonale gotujacej zupe dyniowa i tortille gospodyni z Hospotality Club.

To tak w gigantycznym skrocie! Postaramy sie czesciej dawac znac, ale dzieje sie mnostwo i nie zawsze mamy mozliwosc i czas na Internet… Pozdrawiamy goraco - jestesmy cali i zdrowi! :)

GIRONA. Montserrat - 1 lutego 2008
W drodze na dworzec autobusowy przeszlismy sie po sredniowiecznych murach zegnajac z gory Girone. Kolejne dwa batony kosztowal nas przelot do Madrytu (okazal sie najbardziej ekonomiczna opcja z rozpatrywanych: autobus, pociag) - do czego to teraz doszlo, zeby najtaniej latac samolotem?! ;)

W MADRYCIE przyjeto nas w Couch Surfing i tego samego wieczoru bylismy na imprezie tej organizacji w mieszkaniu jednego z czlonkow. Okazalo sie, ze w Madrycie wiecej obcokrajowcow nalezy do tej organizacji, niz autochtonow ;). Spotkalismy ludka z Gwatemali, Tajwanu, Wloch, Kanady (Quebeck), ale najciekawszym wydarzeniem bylo, gdzy dziewcze wygladajace na Hinduske uraczylo nas bezbledna polszczyna - jak sie okazalo mam Polka, tata Hindus! ;)

MADRID. Loli&Paolo - 2 lutego 2008
Tego dnia zafundowalismy spbie spacer po Madrycie i tu niespodzianka: z tak cieplego przyjecia zrobilo sie nagle naprawde zimno! Brr…

Z ciekawostek ku przestrodze: wcale nie jest wyolbrzymiona opinia, ze w Hiszpanii kradna - robe tego procederu przeprowadzono w Katedrze obok Polacu Krolewskiego na plecaku Ewy. Dzieki jej niebywalej czujnosci (;)) na szczescie proba pozostala nieudana ;)!

Ponadto zwiedzilismy sobie czesc Centro de Arte Reina Sofia oraz czesc Prado (Goya, El Greco).

MADRID. Loli&Paolo - 3 lutego 2008
Czesc dalsza zwiedzania Madrytu: Reina Sofia, Prado. Bylismy tez na ,szy po hiszpansku w ramach nauki ;)! Niby ta globalizacja i standaryzacja to taki wielkie halo w ostatnich latach, a Kosciol juz od wiekow wiele rzeczy ustandaryzowal ;) - liturgia wszedzie na swiecie podobna…

Na ulicach Madrytu mozna spotkac przebierancow z okazji karnawalu!

Wieczorem nasi gospodarze uraczyli nas fotografiami z Patagonii… Taaak… Bardzo zachecajace ;)!

MADRID. Loli&Paolo - 4 lutego 2008
Przechadzek po Madrycie czesc dalsza, a takze spotkanie ze znajomym Ewy Juan - bardzo wesolo! :)

Przenosimy sie do kolejnej osoby, z ktora spedzamy milusi czas przy przezabawnej tortilli ;), winku, gitarze i muzyce swiata! :)

MADRYT. Jose Miguel - 5 lutego 2008
Dzis do Brazylii! Tak naprawde to walsnie dzis sie zaczni nasza podroz. Hiszpania to takie preludium, choc bardzo mile.

Do Salwadoru przylatujemy pozno, jestesmy zmeczeni, nie mamy noclegow i w mysl zasady: “wszystko wyglada lepiej, jak sie czlowiek porzadnie wyspi” czynimy to na lotnisku :)! Nieco zalujemy, ze wlasnie dzis ostatni dzien karnawalu, a nas tam nie ma, ale moze uda sie w nadrobic! :)



Część I - Salwador, Brazylia




STELA MARIS. Namiot 12 BRL/os. - 6 lutego 2008

Rano witają nas palmy :)
Ceny w karnawale sa zabojcze w Salwadorze, ale mamy namiot i udajemy sie na przeurocze pole namiotowe zaraz przy morzu! Jak sie pozniej okazuje jest to jedna z najpiekniejszych plaz w okolicach
Salwadoru, pozbawiona turystow i komerchy - mamy szczescie! :)

Dzien +- wyglada tak: okolo 7:00 nie da sie wysiedziec w namiocie wiec pobudka. Pytajac o to jak Brzylijczycy w takim upale pracuja. odpowiedz brzmi: maja przerwe od 10-16 ;)! Okolo 17.30 zachodzi slonce, czyli idziemy spac z kurami (upragniony chlod).

Ogolnie rozkoszujemy sie morzem, plaza, palmami i cieszymy sie zasluzonym odpoczynkiem.


STELA MARIS - 7 lutego 2008

Udajemy sie na wycieczke do Salwadoru, dzielnica Pelourinho (pregierz). Jak na miasto 2,4 mln calkiem malutka, ale za to slicznikutka. Widac, ze na karnawal ulice byly przystrojoine, ale na ulicy widac tez spiacych ludzi i biede… Wszyscy ostrzegaja, ze niebezpiecznie po zmroku i lepiej sie nie afiszowac z luksusami typu aparat, zegarek, bizuteria…

Odwiedzmy sszkole capoeiry Meste Bimba, obecnie w niej rezyduje Mestre Bemba, z ktorym pokonwesowaim i grabuche uscislim ;)! Zaraz za dzielnica turystyczna, a nawet w niej oferuja rozne wyskokowe specyfiki…


STELA MARIS - 8 lutego 2008

Widok z namiotu mamy powalajacy - wschod slonca nad morzem (ze wzgledu na polkule zachod nasd morzem na razie nie mozliwy)… Lezac an karimatce przed namiotem w gorze palmy… A jak spadnie akurat kokos - to darmowa woda z kokosa (agua do coco) - raj… :)

Przenosimy sie kolo Itapoa, do obecnego serwasowego hosta :)!


Salvador - 10 lutego 2008

Wybralismy sie do Barra - dzielnicy polozonej wzdluz morza, pelna plazowiczy, straganow. z ciekawostek widzielismy stary fort calkiem maly, jak na obecny Salwador, lecz pewnie na owczesne czasy dosc wystawny. Calkiem niedaleko znajduje sie warowna latarnia morska wraz z muzeum zeglarstwa. Generalnie wiekszosc atrakcji to plaza i rozne jej odmiany. Choc i tak najbardziej poszukiwany jest cien!

Calkiem sprawnie nam tam poszlo i majac jeszcze nieco czasu pojechalismy ponownie do Pelourinho - dzielnica turystyczno-historyczna. Coz za mila niespodzianka - bardzo malo ludzi! Poprzednio musielismy sie przebijac z dworaca autobusowego LAPA wraz z tlumami ludkow, a teraz - pustki! Niedziela, manana… Ukazalo nam sie zupelnie nowe oblicze tej okolicy. Pozwiedzalismy boczne uliczki (a jest tu tak, ze ulica rownolegla do deptaku turystycznego, to juz mega slumsy), zachwycalismy sie pieknymi, malymi domeczka o bajecznych kolorach, najwiekszym konwentem Karmelu na swiecie, klimatem ludzi spedzajacych swoje zycie na ulicy z przyjaciolmi - pelna sielana (musimy tam jeszcze raz wrocic z aparatem). Tak przy okazji to sami Brazylijczycy bardzo nas przestrzegali przed niebezpieczenstwami czekajacymi na Bogu ducha winnych turystow: napady, kradzieze… Oto kilka rad: nie nosic nza dizo pieniedzy przy sobie, nie wspominajac o kartach i paszporcie, ew. pieniadze nalezy rozlokowac w roznych miejscach (np. w butach - ale jak tu siano w sandala schowac?! ;)), zadnych ozdob, zegarkow i aparatow (my sie nieco pewniej poczulismy przynajmniej w niedziele) ;)!

Nie zdazylismy niestety zobaczyc brazylijskiej mszy i bylismy zbyt padniecie, po calym dni chodzenia na koncert zespolu z karnawalu…


SALVADOR - 11 lutego 2008

Autobusem do AREMBEPE (2,75 BRL z Sao Cristovao). Super spokojne, urokliwe miasteczko. bardzo mili ludzie. Na srodku ryneczku akademia Capoeiry (jak sie zas okazalo, to mozna rzec standard). Spotykamy pierwszych bialych turystow, z ktorymi rozmawamy - Anglicy - parka.

Kierujemy sie do wioski hipisow (Aldeia Hippie) i istalujemy sie na Janis Joplin Rancho. wita na sobowtor Bob Marleya i od razu jest przyjemnie! ;) Namiock w cieniu babusowego gaju, toaleta “natural” i woda z siarko-wodorem, ale jest git (10 BRL / 2 os. + 10 BRL bonus). Idziemy ogladac Porjecto Tamar dot. zolwii ladowych i morskich - ktoz by sie spodziewal, ze zolwie moga byc takie ogrome?! ;)

Cieszymy sie spokojna plaza pozbawiona ludzi, cwiczymy nieco capo, bo ponoc wieczorem “ma sie dziac” w akademii :). W oczekiwaniu na capo zwiedzamy miasto i wciagamy jego sielankowy klimat - ludzie graja sobie na ryneczku w pilke (dziewczeta), w siatke, siedza na ganku, w kosciolku cwiczy jakis szalony perkusista! :) Capoeiry sie nie doczekalim, ale to nic! Wracamy na nasz hippie camping i spedzamy milusi wieczor grajac na gitarze w autochtonami przy akompaniamencie bebnow…

W nocy xxx kogut nie daje spac,a na dodatek cwana bestia: chcac go ukatrtupic wyszedlem z namiotu, a ten schowal sie w bambusach i tak zakamuflowal, ze nie bylo go widac. Nawet salwy piasku nie wyploszyly go z ukrycie ;)…


AREMBEPE. Janis Joplin Rancho 10 BRL/2 os. - 12 lutego 2008

Pieknie polozona ta osoda hipisow: palmy, domy ze strzecha, powiewajace flagi, klimatyczni ludkowie.

Jedziemy do IMBASSAI na Linha Verde. Przprowadzamy operacje “kokos” ;). Spotykamy ta sama parke Anglikow, co w Arembepe poprzedniego dnia i byczymy sie na plazy.

Na obiadek feijiaolada - typowe brazylijskie danie niewolnikow skladajace sie z wedzonego miesa, ryzu, fasoli oraz ew. banana i maki (farinha).

Przy plazach turystycznych sa prysznice do zmycia slonej wody. My sie rozbilismy pod daszkiem opuszczonego domku na plazy. Wialo w nocy na maxa, ale rano…


IMBASSAI. Namiot na plazy - 13 lutego 2008

Budzimy sie na wschod slonca widziany z namiotu :).

Kawka u Szkota, ktory wlasnie otworzyl knajpke w Imbassai.

Jedziemy do PRAIA DO FORTE. Bagaze zostawiamy w hostelu (HI). Urocze, turystyczne miasteczko, pelne straganow, rekodziel, bardzo bezpiecznie i sielankowo. Jest tam Project TAMAR, latarnia morska (nieodlaczny element krajobrazu) oraz nawet szkielet dinozaura (?).

Z Praia do Forte jedziemy do Salvadoru (Expresso) 7 BRL/os..

Z Salvadoru do Cachoeira / Sao Felix (14 BRL/os.). Ladujemy juz pozno. Szukajac miejsca do spania trafiamy na trening capoeira dla dzieci. Ewa gra w roda :). Himishi (maly capoerista) proponuje nam, bysmy sie rozbili przed jego domem. Tak wlasnie trafiamy na nocleg do faweli! Warunki w domu bardzo podstawowe, mnostwo ludkow w domu, po wode trzeba chodzic z wiadrami po stromiznach do sasiada. “Oficina” ojca jest za domem dosc prowizoryczna. Zajmuja sie wyrobem koralikow i ich sprzedaza. W calym domu rozbrzmiewa reggae! Ciekawa jest lazienka z toaleta ;).


SAO FELIX. Fawela przy domu Hishimi - 14 lutego 2008

Udajemy sie na druga strone rzeki do CACHOEIRA. Znajdujemy super camping i szwedamy sie po sennym miasteczku.


CACHOEIRA. Namiot 10 BRL/os. - 15 lutego 2008

Ten camping jest bajeczny: mamy do dyspozycji basen 25m, 2 male baseniki, prysznice, toalety, darmo mango (po portugalsku “manga” - nie myslic z kreskowkami), ktore rosnie nam nad glowa :). Samo miasto jest urocze - spokojne, polozone nad szeroka rzeka (po przeciwnej stronie Sao Felix), staromodne, z mnostwem starych sprzetow (np. fotele fryzjerskie maja chyba z 50 lat, jak kszeslo dentystyczne mojego Taty ;)), osiolki i konie biegaja po ulicach.Obejrzelismy ratusz (nie warto) i konwent Karmelitow (hotel) - bardzo uroczy. Wszystkie do tej pory widziane klasztory maja w srodku plac z kruzgankami (chyba po to, by slonce z zenitu nie dawalo po czaszce).


CACHOEIRA. Namiot 10 BRL/os.. - 16 lutego 2008

Minibusik do Salvadoru, Rodoviaria (dworzec autobusow dalekobieznych) 10 BRL/os. Cena “normalnego” autobusu bez ubezpieczenia 11,90BRL/os., z ubezpieczeniem ok. 14 BRL.


SALVADOR. Martha - 16 lutego 2008

Zeby zoptymalizowac sie Ewa wyrusza na podboj miasta, ja po bazage do Salvadora (osoba), gdzie spotykam jego znajomego o polskich korzeniach, a nastepnie na lotnisko. Po porownaniu cen niestety okazuje sie, ze sa takie jak w Internecie (nie klamal ;)) i najtaniej wychodzi lecic Webjet za ok. 380 BRL/os. do Porto Alegre. Zaraz po przyjezdzie bilet ten kosztowal ok. 320 BRL, ale nie znalismy daty wylotu… Z samym kupnem biletu bylo nieco stresu, bo karty nie dzialaly, limity na kartach ledwo pozwolily na wyplate odpowiedniej ilosci gotowki, co trzeba bylo wspomoc wymiana dewiz. “Suma sumarow” udalo sie i jest git! :)Wieczorem na Pelourinho na Bale Folclorico (25BRL/os.). Przedstawienie mega turystyczne (a niech im bedzie raz;)) obrazujace orixe, candomble (nieco), capoeire i samba roda.


SALVADOR. Matha - 17 lutego 2008

Super sniadanko z widokiem z 14-ego pietra na morze u Marthy. Lunch z Martha i Lisa (akurat miala urodzinki!) - tak wystawny jak nasz bozonarodzeniowy posilek ;). Zaczelismy tradydyjnie brazylijsko od caipirinhi. A robi sie ja tak: najpierw 2 lyzki cukru do szklanki, zas pokroic limonke (ugniesc patykiem), do tego cechaca (rodzja rumu brazylijskiego 4,50 BRl za 0,5l), dolac wode i mnostwo lodu - super orzezwiajace! Jako glowne dania miesko z grilla, kus-kus, rucola i salata (przechowywana nieco w wodzie z octem). do tego super winko Gato Negro z Chile.Na deser czekodadki i pyszny likier cytrynowy produkcji wloskiej! :)Do tego oczywiscie bardzo ciekawe rozmowy, ale moze zbyt osobiste to sprawy, by w tym miejscu je przytaczac ;)…Po poludniu pojechalismy na Riberia, do kosciola slynacego z cudow Bonfim (Pan szczesliwego Zakonczenia - tego tez sobie zyczymy w tej wyprawie). Ludzie zanosza tam zdjecia i odlewy konczyn, jako swiadectwa wysluchanych modlitw, cudow. Zas spacer wieczorkeim do fortu i kosciolka polozonego zaraz przy morzu. Taki spokojny zakatek dla brazylijskich lowelasow ;)… Przy okazji Zatoka Wszystkich Swietych, nad ktora lezy Salwador jest przepiekan i nie dziwota, ze tu wlasnie Portugalczycy zalozyli miasto. W kazdym strategicznym miejscu jest fort. Do tej pory zaliczylismy chyba cztery z nich.


SALVADOR. Martha - 18 lutego 2008

Pelourinho. Muzeum Sztuki Sakralnej - jedno z najbogatszych w Ameryce Poludniowej. Faktycznie warto. Miesci sie w klasztorze Sw. Teresy. Ciekawe byly popiersia swietych z otworami na relikwie, a takze postaci swietych uzywane na procesjach ubierane w stroje, z “mobilnymi” rekoma. W bibliotece klasztoru (!) znalezlismy ciekawy album ze zdjeciami z candomble: kroili koguty, kazly, siwnie i pryskali sie ich krwia i pierzem koguta… Po poludniu przeprowadzka do Marthy.


SALVADOR - 19 lutego 2008

Ponowna wizyta na Pelourinho, ktore zawsze nas czyms zaskakuje! Informacja o wymianie pieniedzy: na lotnisku sa bankomaty “miedzynarodowe” - prowizja 8 BRL. Kurs oficjalny w kantorach ok. 1,64 BRL za 1 USD. Z naszego doswiadczenia lepiej wymieniac pieniadze na Pelourinho w sklepikach - lepszy kurs ok. 1, 70 BRL. Sa klopoty z akceptacja kart platniczych VISA Elektron i nawet VISA Classic, wiec lepiej jak zawsze sie zaopatrzyc w nieco dewiz i rozne rodzaje kart (problem przy platnosci za bilety lotnicze Webjet).Na Pelourinho zwiedzilismy Trzeci Zakon Sw. Fransiszka z bajecznymi portugalskimi bialo-niebieskimi kaflami (azulejos) oraz muzeum. Musielismy wrocic do “Centro Historico”, poniewaz poprzednim razem nie bralismy aparatu, a jest co fotografowac: kolorowe, urokliwe kamieniczki, sypiace sie, ale pelne wdzieku koscioly i przede wszystkim ludziska, badz lepiej rzec postaci, bo pewnie kazda z nich ma ciekawa historie do opowiedzenia (nieco sie jeszcze krepujemy)… Na placu Terreiro de Jesus mozna obejrzec capoeira (jesli ma sie dosc cierpliwosci, bo dlugo czasem kaza na siebie czekac). Przez znawcow ;) oceniane dwuznacznie, choc jak dla mnie bomba! Ogolnie murzaje super sie ruszaja, sa dobrze zbudowani w wiekszosci i sprawni jak 150! :) Zajrzelismy do jednego z najstarszych klasztorow Karmelickich obecnie przerobionego na niezgorszy hotel… Niby burzujstwo, ale na chwilke mozna by sie zatrzymac ;)! Zachwalane Muzeum Afro-brazylijskie nie powalilo nas na kolana. Jest dosc male, do reki dostaje sie ksero z opisami po angielsku w koszulkach, ekspozycja uboga… Ciekawe sa jednak opisy bostw Orixa - jedno nawet nosi imie Ewa! ;) Wieczorem Elisabeth zaprosila nas na trzy wystawy w jednej galerii. Najbardziej jednak ciekawe bylo ogladanie bohemy salwadorskiej. Kulinarny przysmak - shake goiaba: zamrozone owoce wraz z woda (mlekiem) potraktowac mikserem i dodac cukru - mniam! :)


Salvador - 20 lutego 2008

Dzis mielismy super sniadanko w towarzystwie przeuroczej Elizabeth. Troche sie przeliczylismy, ze plaza bedzie blisko i po dlugim marszu ostatecznie wzielismy autobus, ktory zahaczajac o punkt naszego wyjscia dowiozl nas na plaze Barra. Slonce jest tutaj bardzo ostre (polecamy na dzien dobry filtr 50). Po plazy krazy mnostwo sprzedawcow roznosci: od napojow, przez lody, do materialow i wisiorkow. W przerwie niektorzy graja sobie np. w pilke zostawiajac kram na pozniej :).


Salvador. Elizabeth - 21 lutego 2008

Kupilismy bilety na samolot do POA (Porto Alegre) 758 BRL/2os linii Webjet. Samolot mial wyleciec o 16.30. Zas byl przesuniety na 18, zas na 18.30, a jeszcze pozniej na 20.00.
Okazalo sie, ze mamy miedzyladowania w Rio i Kurytybie = bylismy tam ;)!



PORTO ALEGRE. Angela - 22-24 lutego 2008

Kochana Angela odebrała nas o 2 w nocy z lotniska.

PORTO ALEGRE to zupenie inna Brazylia, niz ta w Bahia. Miasto wyglada po prostu na europejskie, ludnosc praktycznie biala, malo turystow (bo nie ma po co za bardzo).

W piatek bylismy na piwie, ale bylo tak sobie - po prostu bez klimatu i drogo. W Porto Alegre jest mnostwo nalecialosci niemickich.

Spotykamy pierwsza w naszym zyciu osobe z Parawaju (Francisco), ktory przybyl w odwiedziny z mam Angeli, ktora to poznala osobiscie dwoch Beatelsow! Otoz na 15 urodziny urzadza sie bale. Mama Angeli sobie zazyczyla poznac Beatlesow.
Dziadek Angeli wzial tedy mala mame Angeli, swoja zone i wujka i polecieli do Liverpoolu. Tam (skracajac nieco historie) udalo sie spotkac chyba (?) George Harrisona, ktory uraczyl mame Angeli kurtwa swa i Johna Lennona, ktory dal autograf.
Wspomniec nalezy, ze zarowno Angela, jak i jej maz, Rafael sa fanami Paula Macarthneya (?) i The Beatles.

W tym rejonie jada sie churasco w churascariach, co tez uczynilismy. Jest to grillowane miesko, bardzo smaczne! :)

W ramach rewanzu Ewa zrobila pyszne golabki na niedzielny obiad! :)

Msza jak w przecietnej parafii w Polsce…


COLON - BUENOS AIRES (50 arg. pesos) - 26 lutego 2008

Santana do Livraneto (Brasylia) / Rivery (Urugwaj). Bus z Porto Alegre.

Jesli wam sie wydaje, ze to takie jest oczywiste, ze pieczatki w paszporcie po dwoch stronach granicy daje sie prawie w jednym miejscu, to pewnie w wiekszosci przypadkow macie racje. Tym razem jednak byscie jej nie mieli ;)!

Chcac otrzymac pieczatke rownoznaczna z wiza do Urugwaju (juz po przekroczeniu granicy) dralujemy chyba z 1/2 h, by sie dowiedziec, ze najpierw musimy miec piecztke wyjazdowa z Brazylii, czyli butujemy to samo 1/2h co w ta strone + kolejne 1/2, gdzies w zupelnie innej czesci miasta…
Granicy w ogole nie widac. W pewnym momencie samochody maja inna rejestracje i tyle. Zdobywajac upragniona pieczec wyjazdowa z Brazylii udajemy sie ponownie do urzedu po stronie urugwajskiej… Ufff…

Autobus na szczescie akurat odjezdza do TACUAREMBO.
W Urugwaju ludki pijaja yerba mate, dzierzac w jednej rece cos a la kupeczek ze srebrna slomka,a w drugiej termos.
Nie wiem, jak bysmy mieli przejac ten zwyczaj w plecakami z przodu i z tylu ;)!
Bardzo pokojowo i mnostwo starych gruchotow na ulicach - super klimat.
Ceny nieco nizsze niz w Brazylii.

Zwiedzamy muzeum gauchos (ichni kowboje) i indian - male, ale warto!

Nasz pierwszy stop w czasie podrozy. Najpierw do jakiej fabryki tylko kawalek, a zas z murzynem (!) gaucho w pantalonach za kolana i czerwonych (!) paputach az do VILLA EDEN (rajska dolina ;)!
W Urugwaju nie tylko auta sa stare - na jednej z bocznic w VILLA EDEN udalo sie namierzyc totalnie zdezelowane dwa wagony - rdzawe.
25.02.2008 (pon.)
Porto Alegre. Angela.

Wystawa sztuki multimedialnej.

22.00 autobus Porto Alegre - Santana do Livramento (50 BRL/os.)




Część II - Urugwaj, Argentyna


Ville Eden. Urugwaj - 27 lutego 2008

Urugwaj = gauchos (ichni kowboje) = krowy = srajdy krowie = kiepsko z miejscem na namiot na polach ;)

6.30 autobus lapany z drogi do Paysandu. Pogoda kiepska - pada i po drodze nic, ale to nic nie ma, wiec kima w busie.

W Paysandu wtrazalamy Parille - grillowane rozne rodzaje mies - tradycyjnie.
PAYSANDU do COLON (Argentyna) 58 urugw. pesos.

Jestesmy w Argentynie!!!

Jemy pyszne lody (10 arg. pesos za 1/2 kg) i kupuje karte do tel. kom.


Buenos Aires. Bus - 28 lutego 2008

Udajemy sie do Lary. Szybo spada z domu i tyle ja widzielismy, ale mama jest bardzo symaptyczna i pomocna.

Buenos wita nas burza od dawna nie spotykana! Ponoc w zeszlym roku po raz pierwszy do 80 lat padal snieg tu - dziwy natury ;)!

Lunch jada sie tak: salata z cebulka, oliwa; zas miedzynarowy makaron ze szpinakiem i posypany serem, do tego nieco grochu i gotowanej marchewki - mniam! ;) Winko zas - wiadomix! :)

Buenos oprocz pogody bardzo mile nas zaskakuje: czujemy sie bezpiecznie, brak zebrakow i wymuszczo-naciagaczy. Ludkowie ucinaja sobie pogawedki spokojnie.


Buenos Aires. Lara / Estela - 29 lutego 2008

Casa Rosada - na Plaza de Mayo. Muzeum powiedzialbym polityczne. Z ciekawostek: nie wszyscy sa fanami Evity, a poznac to mozna po uszkodzonym obrazie - oczeta podrapane, szyja, jakby ktos chcial podciac ;)…

Podazamy na La Boca - dzielnice wloskich imigrantow, ktorzy resztkami farby ze statkow malowali swe domy, co dalo efekt bajecznie kolorowy (Caminito). Teraz to chyba najbardziej turystyczne miejsce (ble!) w BA, jakie odwiedzilismy i mieszkaja tu emigranci z Peru i Boliwii.

W wielkim pospiechu, rzutem na tasme udaje nam sie zdazyc na trening capoeira z Damianem. Tym razem cwiczymy obydwoje w tym co mamy ;)!

Ludzie sa w Buenos bardzo przyjacielscy i sympatyczni: idac z birimbauem ulica starsza pani zaczepila o nazwe instrumentu, ziomki przyjacielsko pytaja gdzie sa treningi capo, innym razem rozpracowujac mape podeszla do nas kobieta i po angielsku zapytala, czy moze pomoc, innym razem pol autobusu pomagalo nam znalezc cel naszej podrozy, ktorego sami nie bylismy pewni ;)!

Pyszna milanese (taki schnitzel) wciagamy na kolacje, a zas na domowke z Damianem. Po drodze jedno pranko wodzimy, co nas zaskakuje, bo mamy wrazenie, ze Argentyna jest wiele bardziej bezpieczna od Brazylii.


Buenos Aires. Lara / Estela - 1 marca 2008

Przenosimy sie do Jorge.

Muzeum Sztuk Pieknych - ciekawe zywe kolory malarstwa argentynskiego.

Fajna rzecza w Buenos jest, ze mozna sobie zakupic w supermercado np. jakas miesna potrawke i na miejscu ja podgrzac w mikrofali. na dodatek daja jeszcze darmowe sztucce! ;) Ogolnie ceny podobnie jak w Polsce. Rewelacja jest dulce de leche (cos jak nasze mleczko w tubce): za 450 g dajesz 2 peso (1 peso arg. = 0.8 PLN)! Mieso jest tansze niz u nas, wino i lody!

Musimy przyciac komara, bo troche zarwalismy poprzednia noc i ta sie niezle zapowiada.

W koncu o 2 dostajemy info, gdzie sie spotykamy z Damianem i jego znajomymi: Pop City, San Martin 600 (15 pesos i drink w cenie: Cuba libre, Gracie Batizo). Mnostwo ludzi, muza hiciarska, ale w rockowych klimatach, zadne dicho, ale ziomki raczej stoja niemrawo podrygujac, a o tancach w parach nie wspomne… Troche rozczarowanie jak na latino goraca krew i mieszczan miasta tanga… My tam bawimy sie po swojemu, z wykretasami i jest git! Tylko pozno… Imprezy zaczynaja sie po polnocy czesto domowka (biforka), zas ok. 2 do rana do knajpy - taki styl.


Buenos Aires. Jorge - 2 marca 2008

Dzis pobudka pozno, bo szlismy spac ok. 6 rano po argentynskiej party! ;)
Poprzedniego dnia zamkneli nam Recolte (cmentarz), wiec dzis poprawka! Cmentarz mozna porownac do takich jak: cmentarz na Rossie w Wilnie (ten nie jest tak zielony), Cmentarz Lyczakowski w Lwowie (ten nie jest tak duzy), cmentarz Perlechoise (?) w Paryzu - wiecej fajnych nie pamietam ;)…
Recoleta jest stosunkowo kompaktowa i podobnie jak ulice w Buenos posiada prostopadle uliczki. Nie jestem pewien jak to nazwac: sarkofagi, mauzolea sa wysokosci malych, czsem dwupietrowych domow, odzobione figurami aniolow, swietych - robi niesamowite wrazenie. Udaje nam sie tez znalezc grob Evity.
Obok cmentarza sa targowiska artystow.
Jedziemy na 17.00 na z dawna czekany kurs tanga argentynskiego (jednak jest na 8! ;)). W centrum kulturalnym tancza sobie raczej starsi panstwo, ale za to z jaka klasa! :) Bardzo sympatycznie, tylko male problemy z interpretacja, co do nas mowia ;)!
W poblizu na San Telmo w niedziele sa targi antykow, a jak zawsze przy takiej okazji duzo dzieje sie na ulicach: zespoly muzyczne, lalkarz, artysci roznej masci, nawet Charlie Chaplin sie trafil i uliczna parada bebnowa! :)
Nie udaje nam sie znalezc w poblizu iglesii i znow autobusem (0,90-1 peso) na Recolete do Nuestra Senora de Pilar - sliczny kosciol sam w sobie. Msza mlodziezowa wbrew obiegowej opinii calkiem pelna. Po drodze spotyklamy dwie Argentynki, ktore poznalismy w Brazylii, Stela Mariz. Coz za zbieg okolicznosci! W 13 milionowym miescie! ;)


Buenos Aires. Jorge - 3 marca 2008

Dzis mamy dzien organizacyjny: wlaczanie roamingu w komorce argentynskiej (numer +54 9 11 6569 1210), kupno gazu do kuchenki (0.35l za 49 pesos), ksera, gotowanie, pranie, wyplata pieniazkow z bankomatu no i siec - proza zycia :)!
O 19.40 jedziemy pociagiem do Bahia Blanca (35 pesos / os.).

Starter komorki Personal kosztuje 20 pesos. Doladowania po 12 i 20 pesos.


Bahia Blanca. Pociag - 4 marca 2008

Dojechalismy szczesliwie ok. 9.00 do Bahia Blanca (z Buenos prawie 700 km).

Pociag z serii wrakowatych srodkow transportowych (podobnie jak statek po Jangcy w Chinach ;)): niezidentyfikoway system oswietlenia - raz gasnie, raz sie zapala, wiekowy sprzet, ale z pozytywow bardzo duze wygodne fotele, a co ciekawsze mozna ja obracac o 180 stopni w zaleznosci od kierunku jazdy!
Niezapomnianym przezyciem jest tez wizyta w toalecie, calej wylazonej stala nierdzewna, lecz zupenie bez swiatla! :) Zarty na temat uzywania czolowki w kibelku, okazaly sie calkiem trafne w rzeczywistosci do wykorzystania ;)!

Spotykamy na dworcu autobusowym parke Szwajcarow, ktora robi podobna trase jak my.

Wyjezdzamy nieco za miasto (w kierunku skrzyzowania drog 3 i 22), by lapac stopa (bus 5.70 pesos/os.).

W Argentynie sa punkty kontrolne na drogach, ale nie doszedlem do tego, co dokladnie tam sprawdzaja ;) (jedzenie?).

Zaraz po opuszczeniu autobusu pytamy kierowce tira, ktory zaparkowal niedaleko o droge i oferuje nam podwozke 2km do skrzyzowania. Po chwili sie okazuje sie, ze jedzie do Puerto Madryn i mozemy sie zabrac. Tego wlasnie nam bylo trzeba, ale niespodziewanie latwo i szybko nam poszlo!
Daniel jest super: uczy sie jezyka polskiego, a my pekamy ze smiechu z jego wymowy ;)!
Pijemy pyszna yerba mate (”ziolowa trawe”) jadac ciezarowa.
Podroz zajmuje nam caly dzien, praktycznie z 2 malymi przerwikami. Wciaz tylko sepy / pustynia po obu stronach drogi.
Daniel jedzie do fabryki aluminium. Jest tak kochany, ze podwozi nas tak daleko jak tylko moze dojechac ciezarowka do miasta. Miasto ze wzgorz, noca, wyglada cudownie!
Mamy za soba kolejne 700km i jest ok. 23.
Dlugo nie szukamy miejsca na namiot ;) (inzynierowie z Petrobudowy) ;)!


Puero Madryn - 5 marca 2008

Lockersy 5 pesos za 1 dzien. Zostawiamy bagaz na 4 dni.
Zwiedzamy Muzeum Oceanograficzne - fajne stwory. Wtedy nawet nie marzylismy o tym, co sie stanie, ale nie uprzedzajmy faktow ;)!

Jedziemy do Puerto Piramides (12 pesos/os.). Wstep do parku (uwaga! ) 40 pesos i zlodziejska praktyka, ze Argentynczycy placa polowe…

Robimy spacer po miescie i wyglada naprawde jak miasteczko Cicily z Przystanku Alaska: zupelny spokoj, trzy ulice, praktycznie kilka firm turystycznych, bary , kilka sklepow z pamiatkami, malo ludzi i super mila i wyluzowana atmosfera. Nieco drozej, ale kompensuje to cudowna sceneria nadmorska wraz z klifami.

Udajemy sie na nocny “treking” do Punta Piramides 5km od miasteczka.

Przed granica parku rozstawiamy swoj namiot, ale czujmy straznik zdaje egzamin i nas namierza ;). Mysle, ze taka sytuacje w Polsce wiazala by sie z wieksza iloscia nerwow, a tu po upewnieniu sie, ze nie palimy ognia, mozemy zostac do rana i jeszcze wskazuje nam, gdzie sa kibelki ;)!


Punta Piramides - 6 marca 2008

Udalismy sie tu, by obejrzec kolonie lwow morskich (lobos/leones marinos) i naprawde sa! Cale mnostwo! Zaledwie kilkadziesiat metrow pod nami, pod klifem!
Jemy sobie sniadanko w ich towarzystwie (cala noc je slyszelismy ;)), brak ludzisk i piekne widoki!

Butujemy spowrotem do drogi asfaltowej. Po drodze widzimy guanaco! A tu nagle sie zatrzymuje auto i ofertuje podwozke! Nawet jeszcze nie machalismy!
Jedziemy! W informacji turystycznej pytalismy o wycieczki. Odleglosci to ok. 75km w jedna strone, koszt 150-220 pesos… Poza naszymi mozliwosciami finansowymi.
W ten wlasnie sposob z super sympatycznymi ojcem i synem na wakacjach zwiedzamy Polwysep Valdez (Peninsula Valdez).
Najpierw jedziemy ogladac slonie morskie (elefantes marinos) oraz pingwiny (pinguinos). Sa ich cale setki. Na wycieczce krajoznawczej obczjamy padlo pingwina i znajdujemy siersc slonia morskiego, ktora ma wlochy z dwoch stron (!).
Nastepnie dajemy do pingwiniarni, gdzie jeden przedstawiciel jest wrecz na wyciagniecie reki od nas!
Po drodze widzimy jeszcze anandu (rodzaj strusia), pancerniki, mnostwo owiec i kroliki/pieski patagonskie (mara), a to wszystko w naturalnych warunkach! :)

Wracamy do Puerto Piramides.
O 22 jest w Centrum Kultury film za darmoche! A akurat rozmawialismy, ze fajnie by bylo cos wciagnac! Amelia! A na dodatek zupelnie gratis drineczek na dobry wieczor! Bomba! :)


Puerto Piramides - 7 marca 2008

Jest tu tak przyjemnie i zasadniczo zobaczylismy wicej, niz oczekiwalismy, ze postanawiamy zrobic sobie wakacje w tej jakze pracowitej podrozy! :)
Plaza, morze, kompanie, cwiczonka, ksiazeczki - cill out! Cala plaza jest pokryta mnostwe malych i duzychg muszelek, co swiadczy o bagactwie naturalnym tego regionu. Kiedys caly polwysep byl pod woda.

O 19.00 (autobus jest jeszcze o 11.00) jedziemy do Puerto Madryn (12 pesos/os.).
O 21.00 bus do Trelew (7.50 pesos/os.)
O 23.00 ladujemy u Juliana!


Trelew. Julian - 8 marca 2008

Przepraszamy, ze tak dlugo nie dawalismy znaku zycia. W momencie, gdy mielisy nadrabiac zaleglosci na sieci w Buenos, wysiadl net :(…

Wszystkim kobietom zyczymy wszystkiego najlepszego z okazji dzisiejszego Dnia Kobiet!:)

Jestesmy w Trelew i mamy komputer do dyspozycji!


Comodoro Rivadavia - 9 marca 2008

Mieszkanko Juliana w Trelew opuscilismy o 8:00 i podreptalismy na trase wylotowa w poszukiwaniu kogos chetnego do podwiezienia nas do Comodoro Rivadavia. Mielismy szczescie, gdyz pierwszy zapytany przez nas kierowca tira (camionero) tam wlasnie jechal.

W Comodoro wyladowalismy o 15, a o 17 bylismy w domu Omara. Jego rodzina przywitala nas bardzo serdecznie (szczegolnie brat - Leonardo oraz matka Edith). Pokazano nam miasto i opowiedziano o skamienialosciach, jakie mozna znalezc tutaj na kazdym kroku, a w kosciele przedstawieni zostalismy biskupowi :)!

Wieczorkiem czekala na nas pyszniutka kolacyjka. Jagnie z rusztu z sosem, ktory podbil nasze serca! A robi sie go latwo i przyjemnie, a mianowicie tak: mieszamy czosnek suszony i swiezy, oregano, piertruszke, oliwe, ocet i sok z cytryny.. i gotowe. Polana takim sosikiem owieczka z rusztu smakuje znakomicie.

Przy kolacji mielismy okazje wypic winko wprost z gauchoskiego buklaka, obejrzec skamienialosc bedaca zebem dinozaura, jak i piecsetletni garnuszek i 1000 letni pojemnik na prochy (przynajmniej takich informacji nam udzielono)…


Rio Gallegos - 10 marca 2008

O 11 wyspani i najedzeni ruszylismy lapac stopa do Rio Gallegos. Znowu szczescie nam dopisalo i jedna ciezarowka dotarlismy do miejsca przeznaczenia. Byla juz niestety godzina 24, dlatego jedyne co nam pozostalo to rozbic gdzies namiot. Niedaleko parkingu ciezarowek znalezlismy kawalek pola i tam postawilismy nasz dom. BYLO ZIMNO. Mysle, ze temperatura nie przekraczala 2 stopni Celsjusza. Dla wtajemniczonych noc ta mozna okreslic jako powtorke z Chatki Elektrykow :)!


Rio Gallegos - 11 marca 2008

Zwinelismy sie wczesnie rano. Na stacji benzynowej zjedlismy sniadanie i oporzadzilismy sie, po czym ruszylismy obejrzec miasto. Pogoda nam nie dopisywala.

Pani z informacji turystycznej bardzo kocha swoja prace, opowiedziala nam wszystko o wszystkim ze szczegolami nawet, gdy nie pytalismy. Autobus do Ushuaia mial kosztowac 125 pesos.

Obejrzelismy Muzeum Pionierow, i szwedalismy sie po miescie. Postanowilismy poszukac tutaj jakiegos miejsca, w ktorym moglibysmy popracowac w ramach wolontariatu i otrzymac za to cieple lozko na Wielkanoc. Uderzylismy do Colegio Selesiano, tam odeslali nas do obispado. I tutaj po raz kolejny szczescie nam dopisalo. Pojawilismy sie we wlasciwym miejscu, o wlasciwim czasie. Przy wejsciu spotkalismy Lucio - milego 20-letniego chlopaka, zajmujacego sie przygotowaniem Via Crucis we wczesniej wspomnianym kolegium. Udalo sie zalatwic, ze w zamian za pomoc w przygotowaniach Misterium Meki Panskiej i wziecie udzialu w przedstawieniu, dostalismy pokoj w obispado na 7 nocy! Alleluja!

Z lekkim sercem ruszylismy lapac stopa w kierunku Ushuaia. Bylo juz kolo 18-ej, dlatego marzylismy jedynie o wydostaniu sie gdzies za miasto w miejsce przyjane naszemu namiotowi :)!

Szczescie, szczescie, szczescie! Kierowca zawiozl nas wprost do Rio Grande.

Dokladnie o 23:20, 11 marca 2008 roku przekroczylismy ciesnine Magellana i znalezlismy sie na Tierra del Fuego (Ziemi Ognistej)!


Ushuaia. Daniel - 12 marca 2008

Ok. 3.30 nad ranem znalezlismy sie przy zamknietej stacji benzynowej w Rio Grande. Tuz obok rozbilismy nasz namiot. Wialo jak nie powiem co! Nauczeni doswiadczeniem zalozylismy na siebie wszystkie ubrania, jakie mielismy i wkulilismy sie w spiwory. Tym razem bylo dobrze :)!

Rano wyruszylismy w kierunku Ushuaia. Pierwszy stop zawiozl nas do Tolhuin, a stamtad nastepny do naszego Ushuaia! Miasta najbardziej na swiecie wysunietego na poludnie! Fin del Mundo! Widoki obserwowane po drodzie po prostu zapieraly dech w piersiach. Ogromne jezioro Fagnano otoczone pieknymi gorami, stumienie wijace sie posrod dolin. Jechalismy delektujac sie widokami!

O 16 wyladowalimy w Ushuaia. Przywitala nas deszczowa pogoda. O 18 bylismy juz w przytulnym domku Daniela. I znowu cieplo :)!

Tego dnia zrobilismy juz tylko zakupy :). Trzeba powiedziec, ze Ushuaia jest typowo turystycznym miastem, a co za tym idzie - drogim.


Ushuaia. Daniel - 13 marca 2008

Dzisiaj poszlismy na rekonesans miasta. Informacje turystyczne i dyrekcja Narodowego Parku Tierra del Fuego. Tam zasiegnelismy informacji o trakach, jakie mozna zdrobic w okolicy. Konieczne bylo rowniez wypelnienie formularzy o dacie wejscia i czasie pozostania w parku narodowym.

Ushuaia - jak juz wspomnialam - to bardzo turystyczne miejsce. Na kazdym rogu sklepy z pamiatkami, gadzetami z napisem Fin del Mundo (koniec swiata). Mnostwo turystow i biur podrozy oferujacych wycieczki o cenach bardzo wygorowanych.

Informuje rowniez, ze wstep do parku narodowego dla zagranicznych turystow kosztuje 30 pesos (dla Argentynczykow 4!), a jedynym publicznym srodkiem transportu jakim mozna dostac sie do parku jest autobus w cenie 35 peso (w dwie strony), lub taksowka w cenie od 100 peso (a to tylko 12 km!).


Ushuaia. Daniel - 14 marca 2008

Dzisiaj wybralismy sie na szlak Paso de la oveja (czyli szlak owcy, badz “pasek oblecha” ;)). Autobusem B dostalismy sie za miasto (w poblizu drogi na Turbere), skad do szlaku bylo kolejne 4 km. Zlapalismy stopa :)!

Pieknie, cicho i spokojnie. Szlak ma dlugosc 20 km. Na poczatku cignie sie lasami, ktore tworza najczesciej wystepujace tutaj drzewa o nazwie lenga. W lesie widzielismy stado ok. 10 koni (nadal bede sie upierala, ze dzikich). Dalej odbija sie do jeziora lodowcowego (ok. 4h), o niesamowitym blekitno zielonym kolorze. Stamtad szlak prowadzi pod gore do przeleczy. Tutaj zaczynaja sie juz kamloty ;). Z gory wszystko wyglada pieknie, spokojnie, nieruszone reka ludzka. Na przeleczy spotkalismy samotnego konia, ktory w przeciwienstwie do tych spotkanych w lesie nie bal sie ludzi (sesja zdjeciowa).

Nazwa Tierra del Fuego wydaje nam sie bardzo odpowiednia, jesli wziac po uwage skaly w kolorze rdzy i brazu, z ktorych zbudowane sa tutejsze gory.

Wedrowka zajela nam 8 godzin, tak ze ok. 20 bylismy w domu - slodko zmeczeni. Okazalo sie, ze Daniel dnia nastepnego jedzie do Parku Narodowego Tierra del Fuego i nas zabierze! Czyli 70 pesos w kieszeni ;)!


Park Narodowy Tierra del Fuego - 15 marca 2008

Z rana opuscilismy domek. Planowalismy spedzic w parku narodowym 2 dni. Wjechalismy do parku jako argetynczycy (!;)). Czesc bagazy zostawilismy w administracji tutejszego campingu i ruszylismy na Szczyt Guanaco. Po drodze mnostwo krolikow, skaczacych na swoich mieciutkich lapkach i swiecacych swoimi bialymi ogonkami! Przeurocze. Ale zlapac sie nie dawaly ;)!

Daniel mowil nam wczesniej, ze ze szczytu Guanaco roztacza sie wedlug niego najpiekniejszy widok. Nie klamal. Z kazdej ze stron ogladac mozna gory, jeziora, rozlewiska. Z dala widac osniezone szczyty chilijskiej czesci Tierra Del Fuego. Jakies wielkie ptaszyska szybuja nam nad glowa (jak dla mnie to giganty!), a spotkany przez nas zorro plateado (srebrny lis) dawal sie ogladac i fotografowac z odlegosci jednego metra (z pewnoscia liczac na jedzenie).

Zeszlismy ok. 19. Wypozyczylismy dodatkowy spiwor za 6 pesos bojac sie zimna. Na darmowym campingu znalezlismy idealne miejsce na nasz namiot. Podgrzanie ryzyku tez bylo gratis ;)! Nad spokojnym, strumieniem, na mieciutkiej trawce, z miejscem na ognisko, pusto. Czego chciec wiecej?


Ushuaia, Tierra del Fuego - 16 marca 2008

Rano zebralismy sie wczesnie i zrobilismy kilka krotkich trekow wokol miejsca, w ktorym mielismy namiot. W miejscu, gdzie konczy sie miedzynarodowa trasa nr 3, a roztacza sie jezioro otoczone gorami, przywitalismy wschod slonca. Przy okazji napilismy sie cieplej, darmowej herbaty i zjedlismy conieco. Tego bowiem dnia, z tego wlasnie miejsca ruszal miedzynarodowy maraton. Bral w nim zreszta udzial nasz kolega z pokoju, Amerykanin - Francisco.

Napawajac sie widokami zwinelismy namiot i ruszylismy przyjeziormym szlakiem (ok. 8km) w strone Ushuaia. Do miasteczka po raz kolejny stopem :)


W podrozy, Tierra del Fuego - 17 marca 2008

Rano stanelismy na trasie wylotowej z Ushuaia, aby tego samego dnia - jak wczesniej zaplanowalismy - pojawic sie w obispado w Rio Gallegos. Szczescie jednak nam nie dopisywalo, a dodatkowo utworzylo sie cos, co mozna nazwac korkiem autostopowiczow. Dopiero po 2 godzinach, kiedy chwycilismy plecaki i pomaszerowalismy wzdluz szosy, zatrzymal sie pierwszy samochod. Posowalismy sie po kilkadziesiat kilometrow, bardzo powoli. Na granicy argentynsko-chilijskiej utknelismy… Juz przyzwyczajalismy sie do mysli, ze te noc spedzimy w tamtejszej poczekalni. Nawet nie bylo tak zle: piecyk, ciepla woda i kuchenka gazowa, na ktorej nie omieszkalismy przygotowac sobie cieplutkiego posilku! Byla juz godzina 19:30, gdy udalo nam sie zlapac samochod, ktory zgodzil sie nas zabrac do Rio Gallegos! Co za ulga! Ciesnina Magellana okazala sie jednak tym razem niemozliwa do przekroczenia. Na promie, ktory tutaj kursuje ¨rozpadla¨ sie ciezarowka i trwala akcja jej usuwania. Po polnocy nasi kierowcy zdecydowali, ze jada do pobliskiego hotelu spedzic tam noc. A my z nimi. Rozbilismy namiot tuz obok hotelu (co by nam nie wialo!) i nikt nawet uwagi nam nie zwrocil! A rano fruuuuuuu, jak wiatr do Rio Gallegos!


Rio Gallegos - 18 marca 2008

Do obispado dotarlismy ok. 12. Pokoik nasz cieplutki az milo, w obispado mamy do dyspozycji kuchnie i znowu powiem: czego chciec wiecej???

Dzien wolny, chodzenie po miescie, zakupy itp. Ustalilismy z Lucio, ze w colegio musimy stawic sie na caly dzien w czwartek i piatek, a w srode tylko wieczorna proba.


Rio Gallegos - 19 marca 2008

Kolejny spokojny dzien. Wieczorem o 20:00 w teatrze w obispado odbyla sie proba Via Crucis. Przedstawienie przygotowuje tutejsza mlodziez. Ok 40-u osob. Widac jak bardzo cieszy ich branie udzialu w tym przedsiewzieciu. Wszyscy otwaci i serdeczni. Bez skrepowania wypytywali nas o wszystko. Michal dostal role Rzymianina, a ja dziewki z ludu :) (a muzyka podkaladana do przedstawienia jest z filmu Kill Bill ;))


Rio Gallegos - 20 marca 2008

Dzisiaj od 9.00 do 23.00 trwaly przygotowania Drogi Krzyzowej. Scenografia i proby. 30 osob na sali gimnastycznej, ale na palcach jednej reki mozna policzyc tych, ktorzy naprawde cos robia. Reszta jest tutaj z czysto towarzyskich powodow. Mate i ploteczki. Troche meczy nas brak organizacji. Rozklejamy plakaty informujace o przedstawieniu po miescie, ukladamy rusztowania, malujemy atrapy kamieni.

Wszystko przebiega w naprawde przemilej atmosferze. Ludzie tutaj zainteresowani sa naszym krajem i jego kultura. Wieczorem gitarki i spiewanie. My tez dwa polskie kawalki ¨odgrywamy-odspiewujemy¨.


Rio Gallegos - 21 marca 2008

Wielki dzien. Dzien w ktorym odbywa sie w koncu Via Crucis. Podobnie jak w czwartek przygotowania zaczynaja sie o 9.00. Przedstawienie przewidziane jest na 21.

o 20:30 stoimy juz w strojach (hihihi) i czekamy niektorzy z wiekszym inni z mniejszym przejeciem. Przedstawienie w koncu sie zaczyna. Nastrojowo.

Calosc trwa ok. 2 godzin. Udalo sie pieknie. Oczywiscie, ze bylo kilka nieprzewidzianych gaf, ale dla widzow chyba niezauwaalnych. Widownia wstaje z krzesel i klaszcze glosno. A na scenie wydarza sie cos niesamowitego, kazdy zapala swieczke i spiewamy. Potem chwytamy sie za rece, klaniamy, zaczynamy tanczyc i skakac w rytm muzyki! Tyle spontanicznej radosci! Oczywiscie widownia do nas dolacza! Wspaniale przezycie!


Rio Gallegos - 22 marca 2008

Rano robimy zakupy na swieta. Odwiedzamy przy okazji jarmark rekodziel, a po poludniu biegniemy jeszcze pomoc przy sprzataniu.

Wieczorem natomiast o 21 idziemy na Vigilia Pascual. Msza trwa 2,5 godziny.


Rio Gallegos - 23 marca 2008

Na wstepie zyczymy wszystkim zdrowych i spokojnych Swiat Wielkanocnych!

Dzis rano zrobilismy sobie w naszej swojskiej kuchni piekne, swiateczne sniadanie. Nie zabraklo niczego.

A po poludniu zostalismy zaproszeni przez dwoch chlopakow na probe ich rockowego zespolu. Hihi .. odbywal sie w kuchni 3×3 metry kwadratowe :), ale baaardzo symatycznie.

I widzielismy artykul w gazecie o Via Crucis!

Po dwutygodniowej przerwie spieszymy poinformowac co sie dzialo… a dzialo sie duzo :)


Rio Gallegos - 24 marca 2008

Poniedzialek Wielkanocny.

Pierwszy raz spedzam na obczyznie Swieta Wielkiej Nocy i jest to bardzo ciekawe doswiadczenie. W porownaniu z Polska, wiele wiecej odczuwa sie Swieta przez udzial w nobozenstwach, ktorych tutaj tez nie zabraklo, ale w Polsce wszystko odbywa sie w wieksza “para”! ;)

Przygotowalismy super sniadanie wielkanocne oraz obiadek (no coz, tak to jest, ze jedzonko tez jest nieodzownym elementem Swiat) ;)!

Caly dzien zlecial nam bardzo szybko na przygotowywaniu sie do wyjazdu, luksusowym moczeniu nozek, dogladaniu prania i innych prozaicznych czynnosciach.

Wieczorem jednak zaskoczylo nas, ze okolo 20 osob, ktore braly udzial w Via Crucis chcialo sie z nami pozegnac! Wszyscy przyszli do obispado i zjedlismy kolacje (pizze), nieco pospiewalismy (nauczylismy sie nowej piosnki mego wpadajacej w ucho “en el medio de la noche…”) i bylo bardzo cieplo i simpatico! :) A zaraz za oknem rozbrzmiewaal koncert metalowy! ;)


Rio Gallegos - 25 marca 2008

Tak naprawde w Rio Gallegos nie ma nic ciekawego do ogladania…

Dzis wyruszamy stad wreszcie do Puerto Natales w Chile!

Udajemy sie na dworzec autobusow i czekamy na autobus do Gyer Aike (ok. 20 km za Rio Gallegos). Nie ma ceny u przewoznika na to miejsce, bo to tylko posterunek policji, ale proponuja nam, bysmy sie dogadali z kierowca. Po ustaleniach, ze jedziemy tam za 4 peso / os. ladujemy sie do autobusu i w mig jestesmy w Gyer Aike. Kilkakrotnie probuje placic kierowcy za nasz transport, a on wciaz, ze “despues” (pozniej). Okazuje sie, ze przy wysiadce wcale nie chce od nas pieniazkow i zyczy nam szczesliwej podrozy! :)

Dralujemy ok. 45 min. malo uczeszczana droga, na ktorej odbywaja sie akurat jakies roboty i generalnie to nic nie jezdzi… W koncu cos sie zatrzymuje, ale jedzie tylko kilka km dalej, a zas nas informuja, ze tu to w ogole kiepsko jezdza i trzeba isc na inna droge. Co robic… dralujemy z powrotem :)!

Znow posterunek policji, gdzie usluzny policjant sam pyta ludzi, czy nas nie zabiora! Miluuusio!

Przyjezdza w koncu o 11.00 autobus liniowy do Puerto Natales i placac 30 peso / os. podazamy do miejsca docelowego. Granice jak zwykle oddalone od siebie a na dodatek do Chile nie mozna wwozic jedzenia (swierzych produktow jak owocow czy miesa). A my ze soba mamy ryze, fasole, ser itd. W rezultacie kasuja nam cebulke i chca porwac salami!!! Ale zjadamy je szybko na miejscu :P

17.00. W PUERTO NATALES akcja bankomat (jestesmy bez chilijskich srodkow fin.) oraz palnik. Butle 450 gramow wozimy juz ze soba od Buenos, ale okazalo sie, ze palnik nie dziala (wieziony az z Polski!). W Rio Gallegos kazdy mowil, ze do wyrzucenia, a tutaj prosze! Niespodzianka! Wystarczy wlozyc kawalek materialu w pokretlo i palnik jak nowy (za 1.500 peso chilijskich, czyli rownowartosc kleju kropelka)!

Przy tej okazji polecam sklep, gdzie tak mili ludzie nam naprawili palnik: Alex Aguilar, Bulnes 495 - Prat No 297!

CONAF zmienil swoja siedzibe. Nie jest juz na O’Higgins 584. Jest tam teraz hostel Yagan. Pytajcie, gdzie jest siedziba CONAFu.

W Puerto Natales decydujemy sie na kemping, bo jest juz pozno (2.500 na 2.000 peso ch. / os.)


Puerto Natales - 26 marca 2008

Puerto Natales. Kemping (fajny, jest toaleta, lazienka, mozna korzystac z wnetrza, restauracja i hostel).

Raniutko o 7.30 wyrusza autobus do Torres del Paine - ponoc najlepszego parku narodowego w calej Ameryce Poludniowej!

Kupujemy bilety na autobus w dwie strony (10.000 na 8.000 peso / os.) i po godzinnym krazeniu po miescie (autobus podjezdza pod miejsca noclegowe, jesli sie wczesniej zaanonsuje, ze chce sie byc odebranym) okolo 11.00 docieramy do parku. wstep kosztuje 15.000 peso ch. (okolo 75 PLN).

Postanawiamy wysiasc w Lago Amarga i zrobic “W”, co ma nam zajac okolo 5 dni.

Uwaga: na kempingach sa myszy i przegryzaja namioty. Nalezy wieszac jedzenie na sznurku w bezpiecznej odleglosci od ziemi, scian i wszystkim innym po czym gryzon ewentualnie moglby sie wdrapac. nie trzymac go w namiocie!

W niektorych miejscach mozna kupic produkty do jedzenia, oczywiscie nieco drozej, ale bez tragedii. Wiadomo zapas trzeba wziac z Puerto Natales.

Wchodzi w gre opcja tylko namiotowa, bo naclegi sa strasznie drogi i gotowe jedzenie tez.

Najlepszy czas to przelom marca i kwietnia: malo ludzi, ceny nizsze, pogoda nam dopisala, czesc kempingow jest juz zamknieta = nie trzeba za nie placic (3.500 peso ch. / os.)

Wezcie malo rzeczy. Naprawde malo :)!

Na bezczela mozna sie wykapac w niektorych hostelach (polecam Pahoe);)!

Miedzy Dicksonem a Seron jest wiele miejsc, gdzie mozna sie rozbic, jak Guardaparque nie zauwaza! ;)

Bierzemy busik za 1.000 peso ch. do Hosteria Las Torres. Tam spotykamy drugich Polakow w czasie naszej prawie dwunmiesiecznej wyprawy: Lukasza i Asie - wyjadaczy: podrozuja juz 15 miesiecy!!

Udajemy sie do Campamento Torres (Chileno zamkniete) w wchodzimy na mirador (punkt widokowy), gdzie podziwiamy Torres del Paine (Wierze Torres) - najwieksza atrakcja parku! Trzy pionowe (z daleka wygladajace jak gladkie) gory, wznoszace sie nad malym jeziorkiem. Atrakcja jest obserwowanie wschodu slonca zza wiez. My jednak sie na to nie decydujemy. Na kempingu spotykamy Chilijczyka, ktory mowi po polsku, bo gral w rugby w Szczecinie! ;)


Torres del Paine - 27 marca 2008 - 01 kwietnia 2008

Ach! Co Wam bede pisal jakie trasy w ile czasu przeszlismy! :) Park jest piekny! W skrocie: mielismy zrobic tylko “W” (5 dni), ale obeszlismy caly parku (okolo 120 km) w 7 dni! Jest to polaczenie wszystkich gor jakie do tej pory znam, z dodatkiem lodowcow! Widoki sa cudowne! Noclegi mega klimatyczne! Ludzie spotkani przesympatyczni! Czasem troche sie trzeba wysilic, ale dobrze planujac jest w stanie sie ze spokojem przejsc calosc! Mnostwo zwierzat: paskudne myszy, co przegryzaja namioty, kondory, jakis orly czy sokoly, lisy co kradna buty (nie zostawiac przed namiotem!), sowy! Dzicz, natura, spokoj, majestat gor! Widoki sa powalajace: na przyklad wiatr podwiewajacy wode, co wyglada, jakby sie Nazgule budzily do lowow, panoramy 360 stopni na gory, lodowce niebiesciutkie (a z nazwy szare - Grey), ptaszyska ogromne szukajace jedzenia zaraz przy namiotach, mozliwosc wspinaczki po lodowcu (za 75.000 / 90.000 peso ch.). Najwiekszym prezentem jednak byla dla nas pogoda - ani razu nie zmoklismy mocno, a 2 dni mielismy pelnie lata! Koniec lodowca Grey wyglada jak siedziba Krolowej Sniegu! Super klimatyczne jest schronisko Dickson - na rozleglej polanie , a na dzien dobry rozbrzemiwal moj ulubiony Gentleman!

Na sam koniec kolejna niespodzianka: zalapalismy sie na autobus wycieczkowy do Administracion i mielismy 3h objazdowki po Parku na do widzenia! :)

Tak wlasnie zladowalismy w zasluzonych luksusach hostelowych 5.000 na 3.500 peso ch. bez sniadania w Puerto Natales…

Spalismy w:

Campamento Torres (toalety, strumyk, wiata, male zakupy tez mozliwe do zrobienia, nie wieje :)

2x Italiano (toalety, umywalka, wiata, guardaparque, strumyk, nie wieje, ale myyyyszy) ;)

Los Guardas (dziura w ziemi jako toaleta, dzicz totalna, piekny mirador na Glaciar Grey)

Los Perros (toalety, prysznice, wiata z ¨koza¨, schronisko)

Coiron (…trawa, drzewa) ;)


Puerto Natales. Chile - 2 kwietnia 2008

Puerto Natales (po zrobieniu petli 7 dni w Parku Narodowym Torres del Paine). Hostel przy kempingu dormitorium 5.000 => 4.000 => 3.500 peso ch. / os., bez sniadania.Ok. godziny 13 zebralismy sie z hostelu (serdecznie polecamy, zaraz obok kempingu; 2.500 => 2.000 CLP/os.) i o 14 stanelismy na drodze do Rio Turbio, gdzie znajduje sie granica chilijsko-argentynska (Paso Dorothea). Cos niestety kiepsko nam szlo tego dnia lapanie stopa. W ciagu `pierwszych czterech godzin udalo nam sie posunac zaledwie o 30 km (ale w tym przekroczylismy dwie granice)! Starczylo na dostanie sie do Rio Turbio. Tam, gdy juz zaczynalismy watpic, czy tego dnia dojedziemy do El Calafate, szczescie sie do nas usmiechnelo! Zatrzymal sie samochod, ktory zawiozl nas wprost do celu - El Calafate. Znalezlismy camping (ciepla woda, brak oslonietej budki, ale sa sliweczki za darmo ;)) i po krotkich negocjacjach ceny stanelo na 10 peso za osobe (z 12 ARS/os.) - przy hostel Jorgito :). Kemping miejski byl juz zamkniety (pocztek kwietnia).

Perito Moreno - 03.04.2008

Mielismy plan, aby dotrzec tego dnia do Parku Narodowego Los Glaciares, gdzie oglada sie lodowiec Perito Moreno. Po raz kolejny nie spieszylo nam sie ze wczesnym wstawaniem. Przy sniadanku porozmawialismy bardzo milo z poznana Polka (pozdrowienia dla Magdy!), dowiadujac sie roznych nowych ciekawostek :)! Chcielismy dojechac do Los Glaciares do wieczora, spedzic tam noc na jakim campingu, a rano zachwycic sie z bliska tym gigantycznym lodem. Mielismy zamiar zachwycic sie naprawde baaardzo rano. Wskazowka zaslyszana od Francuza w Peurto Natales: do 7 i po 21 mozna wejsc za darmo do parku :) (inaczej trzeba placic 40 ARS, co jest rowne 28 PLN).
Spakowalismy namiot, spiwory, kilka podstawowych rzeczy i ruszylismy lapac stopa. Oficjalny transport to 60 ARS/os. w dwie strony (limitowany czas pobytu). Zatrzymala sie bardzo mila trojka ludzi (Ugne - Litwa, Martin - Hiszpania i jego mama - Arg.)
i razem z nimi pojechalismy do parku. Pogoda byla deszczowa i wietrzna, a do tego zimno, dlatego zaniechalismy nocowania w parku. W okolicach slynnego Perito Moreno spedzilismy ok. 4 godzin, mimo niepogody (deszcz, wiatr i zimno). Jest to lodowiec caly czas pracujacy, slychac co jakis czas cos niczym grzmotniecia i zobaczyc mozna jak do wody wpadaja odlamujace sie od scian wielkie kawaly lodu. Perito ma ok. 55-60 metrow wysokosci i rzeka lodu ciagnie sie 14 km. Dziennie przyrasta ok 20cm. Kiedy dobija do brzegu, nie mogac dalej przyrastac, przybrzezny jego fragment, peka. Ostatni raz zdarzylo sie to w 2006 roku i teraz oczekuje sie tego zdarzenia ponownie. Milo bylo stac w odleglosci ok. 50 metrow od takiego kolosa!

Zaskakujace bylo to, ze lodowiec naprawde jest niebieski! Jak na zlosc w ta mrozna pogode popsulo sie ogrzewanie w aucie (6,5 stopnia), a na kempingu brrr… Wieczorem wrocilismy na camping, aby dnia nastepnego ruszyc do El Chalten.

El Calafate. Camping Jorgito (12=>10 ARS/os.)- 04.04.2008

El Chalten znajduje sie o 220 km na polnoc od El Calafate i znana jest jako narodowa stolica trekingu. Autobusy sa tam drogie (60-70 ARS w jedna strone). Maly ruch. Z El Chalten bardzo drogo droga krajowa nr 40 dostac sie na polnoc (do Bariloche ok. 270-300 ARS). Czesc drogi to tylko zwir i brak asfaltu. Stopa udalo nam sie zlapac po ok. dwugodzinnym czekaniu z punktu kontrolnego policji. Smieciarka sie zatrzymala (!) i kierowca zabral nas tam gdzie zmierzalismy jechac, bagaze wrzucajac na pake ;)! Jadac do El Chalten juz z daleka mozna podziwiac przecudowny masyw gorski Parku Narodowego Los Glaciares, zawierajacy takie szczyty jak Cerro Torre czy Fitz Roy. Widocznosc byla bardzo dobra, dlatego przez ostatnia godzine jazdy chlonelismy widoki. Misteczko polozone jest w dolinie gorskiej. Jest malenkie i dopiero co powstaje (liczy sobie zaledwie 25 lat?!). Jak slusznie zauwazono wyglada jak jeden wielki plac budowy. Buduje sie tutaj sklepy, poczte, hotele, pensjonaty, drogi. Czasem stoi juz szyld hostelu, za ktorym jednak dzielni robotnicy remontuja jakas rudere ;)! Nie mozna jednak zaprzeczyc, ze polozenie El Chalten jest cudowne. Poniewaz bylo zimno bardzo :) zdecydowalam, ze ide do hostelu. Ceny wahaly sie od 30-40 peso za noc (21-28 PLN) w cztero- i wiecej osobowym pokoju. Ze znizka Hosteling International (HI) zaplacilam za noc 27 peso = 20 PLN (hostel nazywa sie Condor de los Andes i polecam bardzo). Michal twardo zostal na darmowym campingu. W El Chalten sa takie dwa, jeden przy wjezdzie do miasta, a drugi przy wyjezdzie.

El Chalten. Hostel Condor de los Andes / Darmowy kemping Confluencia - 05.04.2008

Pogoda ladna. Zrobilismy sobie krotkie treki w okolicy, planujac nastepnego dnia zapakowac sie w male plecaki i zrobic dwudniowy trek z noclegiem. Wieczor spedzilismy w hostelu cieplo, milo i przyjemnie. Znow spotykamy Lukasza&Asie i pospolu ;) obalamy Pina Colade (8 ARS)! Po wyjsciu z hostelu w drodze do namiotu okazuje sie, ze pada snieg (ups!)!

El Chalten. Hostel Condor de los Andes / Darmowy kemping Confluencia - 06.04.2008

Deszcz, wiatr i zimno :(. Z planow nici. Spora czesc dnia przesiedzielismy w hostelu, podobnie jak reszta jego mieszkancow. Odwiedzilismy Centrum Informacyjne o Parku (codziennie 9-17), ktore serdecznie polecam. Duzo ciekawej ekspozycji (historia zdobywania Fitz Roy i Cerro Torre, duzo o faunie i florze oraz wsinaczce ogolnie), o 15.00 wyswietlane sa filmy o tematyce regionalnej, bardzo mila obsluga (zgodzili sie puszczac dla nas filmy poza kolejnoscia ;)). Zdecydowalismy, ze jezeli pogoda sie nie polepszy, to w poniedzialek opuszczamy ta nieprzyjazna nam kraine i docelowo kierujemy sie do Bariloche, ale droga narodowa nr 3 (wiecej aut i szybciej). Jako tlo tej zlej pogody dodam, ze tylko 300 dni w roku szczyty nie sa zasloniete chmurami, a my nie wiedzielismy ktore 300-dni sie zaczelo ;)…
Takie niespodziewane przerwy maja nastepujaca zalete, ze czesto w podrozy nie ma czasu na rozne sprawy i odklada sie na pozniej, a tego “pozniej” nigdy nie ma. Akurat wtedy znalazl sie czas, by poczytac, pouczyc sie hiszpana, pogotowac - czyli tak czy owak - bomba ;)!

Klamia, ze w Zaffarancho sa filmy angielskojezyczne codziennie o 22.30 - bullshit! ;)
A ze wskazoweczek, to maja niezly burdel w Rancho Grande, wiec prysznic zaprasza ;)!

Nawet jest kosciol w El Chalten, tylko padre jeszcze nie wyswiecili ;)!

El Chalten. Darmowy kemping Confluencia - 07.04.2008

Pogoda bez zmian. Nie tym razem dla nas narodowa stolica trekingu. Rano tak zwana akcja blysk lapania smieciarki ;)! Wiedzielismy, ze wyjedza ok. 9 z El Chalten. Spakowalismy sie w miare mozliwosci szybko i kiedy Michal konczyl skladanie namiotu, ja czatowalam na drodze na naszego pana ze smieciami. Przyjechal!!! Tym razem jednak byl pelen smieci, ktore przytrzymywala siatka (El Chalten lezy w obrebie Parku Narodowego. Cale smieci wywozi sie do El Calafate). To nic! Przyczepilismy do niej jakos prowizorycznie plecaki i jazda :)! Pogoda niestety kiepska. Wysiedlismy na rozwidleniu drog, chcac lapac stopa w kierunku Rio Gallegos (stamtad bowiem najlatwiej jest lapac dalej na polnoc - do slonca i ciepla!). Deszcz, wiatr i szczere pole. Przypomnialy nam sie wtedy slowa Juliana z Trelew ¨cokolwiek bedzie sie dzialo, cieszcie sie tym, ze podrozujecie¨. Pomoglo :)! Po godzinie czekania, totanie przemoknieci i zziebnieci, zdecydowalismy sie zlapac stopa do El Calafate i stamtad wziac autobus do Guer Aike (ok. 20 km przed Rio Gallegos). Tak tez zrobilismy. Jak przyjemnie bylo usiasc w cieplym autobusie (40 ARS, o 5.30 za 30 ARS. Maja dziwny zwyczaj proszenia o paszporty przy kupowaniu biletu autobusowego wewnatrz kraju…), wywiesic mokre rzeczy na grzejnik, popijac darmowa kawusie-slodziusie i ogladac film z Willem Smithem (I am legend) :)! Sie docenia ;)! Do Guer Aike dostarlismy przed 19. Zapytany przez nas pan kierowca (”Frodo”) zgodzil sie zabrac nas swoja ciezarowka do oddalonego o 330 km Puerto San Julian. Tam za stacja benzynowa postawilismy nasz domek (ogolnie bardzo polecamy ta stacje uslugowa - prysznic 3 ARS, Internet 2 ARS za 15 min., wrzatek 0.50 ARS ;)).

W pon., sr. i pt. o 5.30 rano jezdzi busik do Piedra Buena (90 ARS/os., 360 km).

Autobus TAQSA jezdzi o 00.15 w nocy do Perito Moreno (110 ARS), Los Antiguos (120 ARS), Esques (230 ARS), El Bolson (255 ARS), Bariloche (270 ARS).
ChaltenTravel jest drozszy (Bariloche - 300 ARS).

Trelew. Julian - 08.04.2008

Rano skoro swit (a nawet jeszcze przed - tataj slonce wstaje ok. 8.00, wiec nie trzeba zarywac nocy, by sobie go obaczyc ;)!), wstalismy, spakowalismy co nasze, posililismy sie i ok. 8 rano udalo nam sie zlapac ciezarowke do Comodoro Rivadavia (400 km na polnoc od Puerto San Julian). Tutaj wiele miejscowosci zwie sie np. gubernator, komodor, komendant itd. ;) Bardzo sympatyczny pan kierowca (”Bilbo”) zabral nas jednak az do samego Trelew, 800 km!! Przyznac trzeba, ze mnie juz nosilo po 13 godzinach w ciezarowce, caly dzien prawie na krakersach ;)! Na “trojce” miasta sa paskudne. Glownie zwiazane z przemyslem naftowym (wiedzielismcie, ze Argentyna ma rope?!) i gazowym. Wciaz pustynia, tylkoi przed Caleta Olivia pojawia sie morze. Tam zrobilismy sobie spacerek w czasie odplywu po dnie morza! W Trelew ladujemy ok.19 - temperatura w okolicach 20 stopni! A tutaj Julian, u ktorego goscilismy dokladnie miesiac wczesniej zgodzil sie nas przyjac i tym razem! Muchas Gracias!

Julian. Trelew - 09.04.2008

Nadrabiamy zaleglosci wirtualne. Zapraszamy do galerii (raw jeszcze do obrobki - najlepsze na koniec, byscie sie skusili na pokaz jakowy po przyjezdzie, a nie, ze juz wszystko widzialem na sieci ;))!
Wcinamy pyszna kolacyjke z Julianem (tunczyk + pomidorki = pycha polaczenie)!

Trelew. Julian - 11.04.2008

Wybylismy na autobus do pobliskiej miejscowosci Gaiman, ktora slyni ze swoich tradycji walijskich. Dotarcie na dworzec autobusowy zajelo nam okolo poltora godziny… A byl to tak: najpierw chcilismy ulzyc sobie i pojechac autobusem miejskim na dworzec autobusowy. Nalezy zaznaczyc, ze w naszej okolicy przystanek autobusowy byl nieoznaczony, co znaczy, z mogl sie znajdowac gdziekolwiek na drodze ;). Po jak dla nas dostatecznym oczekiwaniu na autobus, stwierdzilismy, ze moze to jednak nie tu i poszlismy na glowna ulice, gdzie przynajmniej widzielismy, ze owe autobusy (jakowes) tamtedy jezdza. Po drodze oczywiscie minal nas spisany na straty miejski krazownik publiczny ;)… Po dojsciu na ulice glowna, okazuje sie, ze autobusy maja trasy nieco zakrecone i wcale tak popularne miejsce jak dworzec autobusowy nie jest popularnym miejscem ich postoju. Nalezy dodac, ze linii autobusowych nie jest wiele - ok. 5-u… Po raz kolejny uciekl nam autobus - po prostu nie zatrzymal sie na przystanku! ;) Zasada jest, ze sie macha na autobus, prawie jak na stopa, ale i to nie pomoglo… Nastepnie okazalo sie, ze musimy isc na inny przystanek, co tez uczynilismy. Po kolejnym oczekiwaniu przyjechal nasz upragniony srodek transportu (1.25 ARS/os.) ! :) Przewozl nas przez wszystkie mozliwe chechy w Trelew i dowiozl jakimis podziemiami do dworca. Uff… Informacja praktyczna: nie ma rozklau jazdy, ani tras autobusow na przystankach, a na dodatek trzeba miec odliczone monety, ktorych nie chca wymieniac czesto… Wniosek: jednak but, nie wazne z jakim plecakiem - najlepszy! ;)

Bierzemy autobusik do Gaiman (localsi sie smieja, ze to miejscowosc gejow - gay-man ;)) (2.60 ARS/os.).

W GAIMAN sa tzw. casas de te (domy herbaty), gdzie sie kasuje 35 ARS/os. i mozna dudlac herbe i wtranzalac ciacha do oporu (otwarte od ok. 14 do 20). Miasteczko jest malutkie, ale urocze: jest najstarszy dom w miescie do obejrzenia (T-ksztalt), capilla vieja (stara kaplica), colegio Camwy (pierwsza wyzsza szkola w Patagonii) - niby nic specjalnego, ale przyjemnie ogolnie - spokoj, cisza (moze przez przerwe sjestowa ;)). Z bonusow mozna tez obejrzec zarejestrowane w Ksiedze Rekordow Guinessa El Desafio Park (pseudo muzeum z odpadkow) za 10 ARS, ale czulismy sie w foyer, jak w smietniku i zrezygnowalim… ;)

Chcielismy sie nieco dalej przedostac od Trelew, niz tylko 20 km, ale nie mielismy tyle szczescia . Podjechalismy jedynie kolejne 20km do DOLAVON, na stacje benzynowa.

Dolavon - 12.04.08.

Na stacjach jest pewne przydatne urzadzonko, do pobierania wody do mate (80 st. Celsjusza) w ksztalcie mate (naczynia do picia mate, swego rodzaju kubek, badz filizanka).

Zlapalismy mega wykonczonego kierowce ciezarowki, ktory dowiezl nas az do Esquel, czyli tam gdzie chcielismy, ale z mala przygopda, mianowicie zasnelo mu sie na sekundke za kierownica… Nalezy wspomniec, ze w Argentynie kierowcy ciezarowek naprawde ciezko pracuja… Nie ma tu, a przynajmniej nie sa przestrzegane normy czasu pracy kierowcow, mimo, ze auta posiadaja tachometry… Z powodu przemeczenia kierowcow oraz monotonii na drogach (pamietacie 700km od jednej miejscowowsci do innej na Ruta Numero 3?! ;)), zdarza sie bardzo duzo wypadkow drogowych… Bardzo sie cieszymy, ze nie uczestniczylismy w takowych… Jah bless! :)

Po drodze z Gaiman do Esquel mozna ogladac tame - Dique Florentino Ameghino. Widoki w poprzeg Patagonii tez sa niczego sobie! ;)

Dowiedzielismy sie m.in., ze w Misiones - prowincji na polnocy Argentyny - Polacy calkiem niezle sobie radza produkujac mate np. Pipore, Rosaonte - pamietajcie, jak bedziecie w Argentynie, by wspierac potomkow naszych ziomkow! ;)

W deszczu i zimnie dobijamy do Esquel, do Omara :) !

Esquel. Omar - 13.04.08

Nasz sympatyczny lesnik bierze nas do Parku Narodowego Los Alerces, gdzie ma swa hacjende przeurocza (cala w drewnie, na samym jezirem Futaleufquen, ktore to na Peninsula Valdez okreslone bylo najpiekniejszym jeziorem w Argentynie - wiadomo - opinia subiektywna, jak kazda opinia). Pogoda dadaje checi do zycia: z deszczu i sniegu wczoraj, dzis slonce az trzeba oczy mruzyc! :)

Udajemy sie na maly spacerek do wodospadu, podziwiamy szczyty w sniegu (mielismy na polnocy szukac slonca, ale przy Kordylierze jednak jest zimno… ;)), wcinamy miesko z kominka i delektujemy sie leniwa niedziela. Po sytym obiadku kolejny spacerek wzdluz wybrzeza jeziora, by spalic co nieco ;)!

Jakbyscie chcieli dojechac po sezonie do Parku Narodowego Los Alerces (takie drzewo), to nalezy pamietac, ze autobusy podmiejskie jezdza jedynie w weekend oraz srode. Sa tam darmowe miejsca kempingowe, ale dla nas bylo za zimno, a park i tak odwiedzilismy :).

Generalnie polecamy po przyjezdzie do jakiejkolwie miejscowowsci udac sie do informacji turystycznej, ktora naprawde super dziala w Argentynie.

Po powrocie do Esquel wybralismy sie na milonge, ktora zwyczajem poludniowcow miala sie zaczac o 21, a zaczela ok. 22-23, ale w tym czasie rozkoszowalismy sie winkiem- pycha za 15 ARS w lokalu (Killarney). Fantastyczne sa te argentynskie potancowki - widac, ze ludzi naprawde cieszy sam taniec, sa dobrzy niesamowicie do tego, przyjazni i nie smieja sie za bardzo, jak my stawiamy swoje pierwsze kroki na tym nielatwym gruncie (choc idzie nam coraz lepiej, proporcjonalnie do wypitego wina ;))

Esquel. Omar - 14.04.2008

Troszke sie grzebiemy, ale ostatecznie ok. 13 wybywamy na szlak zobaczyc Laguna La Zeta (prosze, jak nasza waluta jest popularna w Argentynie ;)!). Szlak ma ok. 4km i idzie sie ok. 1 h. Jeziorko jest bajeczne, szczyty gor w sniegu, cieplutko, choc rzesko, a na dodatek w tle nadziera sie bez skrepowania, w rytm muzyki folclore, mieszkaniec pobliskiej chatki! ;)

Udajemy sie tez na pobliskie wzgorze (ok. 2h) skad pieknie widac Esquel polozone w dolinie, osloniete w czterech stron gorami (gdzie sie nie spojrzy - gory ;)) - Canadon de Borquez.

Raczymy naszego gospodarza podrozniczym posilkiem i ny-ny :)!

Esquel - 16.04.2008

YouTube sluzy nam za nauczyciela tango i ok. 13 wybywamy na autobus dalekobiezny, ktory nas zostawia przy drodze na El Bolson (5 ARS/os.). W try miga (?) lapiemy stopa z przemilym panem, ktory zajmuje sie sprzedaza glogu (ponoc ma wicej witaminy C , niz cytryna) i za dwie godziny jestesmy w El Bolson.

Jesli dziwi Was tytul tego posta, to dodam, ze bolsa znaczy po hiszpansku worek, koncowke -on dodaje sie, by podkreslic, ze cos jest duze, a kot mial byc na zdjeciu ;)…

Pomiedzy Esquel, a El Bolson kikadziesiat km ziemi nalezy do firmy United Colours of Benetton, ktora to hoduje tu swoje owce na material do produkcji odziezy ;)!

W El Bolson we wtorki, czwartki oraz niedziele odbywaja sie targi wyrobow lokalnych artystow(feria artesanal) : bizuteria, dzemy, browarki (nieco drozyzna).

Udajemy sie do Federico, ktory pozwolil nam rozbic namiotu siebie w ogrodku :)!

El Bolson. Federico - 16.04.2008

Dzis wspinamy sie do schroniska (refugio) pod Piltiquitron, ktore znajduje sie 13km od drogi asfaltowej (taxi 50-60 ARS) , nastepnie trzeba dojsc jeszcze ok. 1h. Po drodze mija sie rzec mozna galerie w srodku lasu - niesmowite rzezby w drewnie w naturalnym srodowisku (Bosque Tallado). Schronisko jest mega klimatyczne (SeTKowicze widza o czym pisze, ktorych to przy okazji serdecznie pozdrawiamy i zapewniamy o pamieci przy kazdym treku ;)) - wszystko jest bardzo prymitywne, ale sa samowystarczalni, produkuja swoje przetwory, zyja z turystyki, ale nie ma takiej komerchy ohydnej i zdzierstwa, jak potrafi sie zdarzyc w rodzimym kraju… I caly rok sobie tam siedza… :)

U Federico zatrzymala sie tez Montserrat, ktora to informuje nas, ze w El Bolson istnieje komuna zyjaca wg tradycji Majow (comuna maya z Lee Mayer). Dla chetnych za 20 ARS spanie i wyzywienie.

Wieczorem udajemy sie obejrzec trening Pa Kua, stylu kung-fu. Ogolnie bardzo ciekawy trenin: podzielony za bloki 10 min., w sumie trwa 1h, ale jest bardzo intensywny. Uczniowie swieca dyscyplina, sa elementy uderzane, ale tez samoobrona, dzwignie, forma tai chi. Ogolnie bomba! ;) Okazuje sie jednak, ze ostatni autobus (urbano) do miejsca gdzie mieszkamy jest o 20 :/ (w niedziele w ogole nie jezdzi!), wiec skazani jestesmy na remis (tutejsza nazwa taksowki).

El Bolson. Federico - 17.04.2008

Po bojach wlasnych jedziemy z Federico do Wharton remisem za 23 ARS.

W El Bolson trudno dostac sie do podnoza szlaku, raczej trzeba korzystac z uslug taxi…

Zaczynamy treking o 9:00 i za godzinke jestemy juz za dwoma mostami rodem z filmow z Indiana Jonesem (10:00). Stamtad juz tylko 1,5h do super slicznego kempingu La Playita (wraz z otwarta chata, pelna wszelkiego rodzaju sprzetow - klimat pionierski - refugio), a za kolejne 0.5h odbijamy do Cajon del Azul - dla mnie najbardziej zadbanego i bijacego pozytywna energia schroniska (refugio) w calym rejonie El Bolson. Mieszka tam przez caly rok, od chyba 28 lat pan, ktory wybudowal refugo, posadzil sad, uprawia ogrod i jest bosko - sielana. No coz, ambitnie jednak po posilku dajemy znow, do najdalej polozonego schroniska Los Laguitos (5:45 z Cajon). Po drodze jest Puesto Horqueta (oboz pasterski) oraz paskudne dla moich Conversow morkadla… ;) W schronisku ok. 18:30 wita nas Sergio, znajomy naszego gospodarza i zostajemy na noc za 25 ARS/os. Spotykamy tez Christiana ze Szwajcarii, ktory pomaga 3-em gaucho budowac nowe schronisko. Ogolnie mozna sie na wolontariusza zahaczyc i ogolnie wszedzie buduja nowe schroniska ;) (prawie ;)).

Schroniska sa super! Moze dlatego, ze po sezonie i jestesmy tylko my i para piechurow z Bariloche, plus obsluga i ciesle. Spi sie na poddaszu (cieplo idzie do gory), grzeje sie piecem (trzeba uwazac, by ogien nie zgasl), w piecu pieka chleby, nad nim susza sie smierdzace syrki wedrowcow, a na suficie podynduje kawal krowy zlapanej i ubitej przez gauchosow (a nalezacej do innego hombre ;)). Jasnym jest, ze latrynka nieco oddalona. Mimo tych wszystkich “basicow” mozna np. wziac prysznic cieply i posluchac radia (maja akumulator ;)! Wieczorem Sergio meczy gitare i raczy nas smutami po “castellano” (taki dziad brodaty ;)).

Los Laguitos (25 ARS/os.)- 18.04.2008

Poniewaz padalo postanowilismy nie isc do lodowca i jedzior (ok. 2h w jedna strone do kazdego) i o 10:30 zaczelismy schodzic ta sama droga, ktora przyszlismy (nie ma innej ;)). Za 6h godzin (ok. 16:30) bylismy w Retamal, gdzie spotkalismy wolontariusza Kanadyjczyka pomagajacego przy budowie schroniska (de javu (?), co?!). Schronisko klimacik, az milo. Zapomnialem dodac, ze w wielu z tych schronisk goszcza Cie darmowa (nie tak jak w Polszy za 5 PLn) herbatka, badz mate na dzien dobry - jakie to mile po wyczerpujacej wedrowce! :) Zabawilismy tam nieco, bo bylo milusio (do 18:15). Stamtad juz tylko pol godzinki (18:45) do Cajon del Azul, gdzie po zobaczeniu po raz pierwszy wiedzielismy, ze koniecznie trzeba sie tam zatrzymac! Wlasnie wrocil z dolu Tilio - wlasciciel, na koniu,w poncho, z ekwipunkiem niesionym przez osla :)… W schronisku poza localsami bylismy tylko my! :) Spi sie pokotem, w sali wieloosobowej. Dzis bylo pieknie - nie bylo paskudnych chrapaczy (zmora schronisk) ;)!

Btw: mozna dojsc z Los Laguitos do Encanto Blano - sama przecinka ponoc zajmuje 7h…

Cajon del Azul (27 ARS/os. + 3 ARS/prysznic) - 19.04.08.

Z Cajona ruszylismy na szlak o 10:30 i przez ponad godzine szukalismy zejscia na Natacion… Okazalo sie, ze wystarczylo isc ok. 300 za szeroka droge, gdzie kiedys chyba byl most (tak bylo na mapie) i skrecic w sciezke oznaczona HA i strzalka (Hielo Azul). Wszystko by bylo ok, gdyby nie fakt, ze zejscie bylo zaznaczonoe przy innym moscie… Rada: nie ufajcie zbytnio darmowym mapkom ;)! Droga do Natacion miala zajac ok. 5h, 400m podejscia ostrego i jakies strumienie, a bylismy na miejscu o 15:15 (3h+bladzenie) i strumienia ani widu, ani sluchu ;)! Natacion jak zapowiadano, tak bylo - puste! To dobrze: nie trzeba placic! ;) I jaka mila niespodzianka schronisko rzec mozna w pelni wyposazone: drewno jest, woda w strumyku, przypraw bez liku, a na gorze bonusy! ;) Zawital do nas Gabriel, Argentynczyk, ktory podrozuje juz cztery miesiace, a zaczynal za 600 ARS w kieszeni. Stwierdzil, ze nie chce juz studiowac informy (super mu nie szlo - 1,5 roku w trzy lata) i do konca zycia chce podrozowac ;)! W kazdym razie pomogl nam rozpalic ogien i zaczelo sie wielkie gotowanie: chleb, papas i tortas fritas i co popadnie! :) Ale bylo zabawy! No i nieco oparzen… W nocy wialo tak, ze myslelismy, ze schronisko przewroci (w oknach zamiast szyb - folie)… ale cieplo. A na dworze ksiezyc w pelni. Gdy wychodzil zza chmur, mielismy wrazenie, ze ktos swiatlo zapala :).

Natacion - 20.04.2008

Wybylismy palaszujac resztki z dnia poprzedniego ok. 10:00 i za 45 min. bylismy w Hielo Azul. Musi tam byc super latem, przy ogniskach, w cieple wieczory - teraz deszcz i pusto, ale i tak czuc rootsowy klimat! W 2.5h docieramy do rzeki Rio Azul, ktora naprawde jest niebiesciutka! Stamtad juz tylko 45 min. do drogi (ripio - droga szutrowa), gdzie i tak nie ma transportu, wiec dralujemy. Nasz przyjaciel od remisa ma wylaczona komore, ale za to jezyn po drodze mnostwo! ;) Ludzie sa tu tak sympatyczni, ze nawet nie chcieli by im cos placic za mozliwosc zadzwonienia po taksowke - dzieki! :)

Nasz trek konczymy jadac na stopa przyklejeni do tylu jeepa, z plecarami! :)

Tak w ogole, to gorki sa tu piekne, ale przyznam szczerze, ze jak sie trafi pogoda i nie ma rzeszy turystow (innych niz my, oczywiscie), to nasze rodzime gorki tez sa niczego sobie! :) Ok, nie ma lodowcow, ale plat sniegu tafi sie od czasu do czasu ;). Roznica jest tu taka, ze praktycznie wszystkie rodzaje polskich gorek da sie zaliczyc na jednym treku! ;)

Te sliczne dni zakonczylismy msza w kosciolku, gdzie potwierdzilo sie, ze pobliskie miejscowosci okupuja polscy ksieza :)!

Miejcie oczy szeroko otwarte w panaderiach - sa po prostu boskie! Tyle smakolykow i to za calkiem rozsadne pieniadze! A jak sie trafi jakas okazja, to mozna wyjsc z siata lakoci za jakies 4 ARS! Mniam! I popitka na stacji - darmoszka ;)!

El Bolson. Federico - 21.04.2008

Dzien odpoczynku, komputerka, chill outu i ogolnej laby :)!

El Bolson. Federico - 22.04.2008

Wycieczka do Lago Puelo oddalonego o ok. 15km od El Bolson.
Miejscowosc jest cudowna: nie jest jeszcze tak turystyczna jak El Bolson, ale ma gigantyczny potencjal: takze otoczona gorami, ma jezioro, czego brakuje w El Bolson, podobnie jak w El Chalten wlasnie sie buduje (droga glowna - avenida principal juz jest, boczne drogi w budowie).
Odwiedzamy Mirador de las Lechuzas. Zasadniczo proponowane w informacji parku szlaki mozna zrobic ponoc w 3h, wiec nie jest to jakies specjalne wyzwanie, ale widoczki i lasy (z jednego korzenia wychodzi kilka konarow tworzacych jedno drzewo) sa bomba!
Od Rio Gallegos poszukujemy polskich ksiezy. Slyszelismy, ze w tej okolicy (Lago Puelo, El Hoyo, Epuyen, Esquel) sa! Ponoc wielu!! Znajdujemy kaplice, ale niestety nikogo nie zastajemy… Czekamy nieco, zostawiamy karteczke i do El Bolson.
Pierwszy raz poza granicami naszego pieknego kraju udaje sie (emergency) do stomatologa i na przekor moim obawom jest bezbolesnie i bez rwania nerwow (raz juz mialem - aua… ;)). Za plombeczke dosc skaplikowana w moim mniemaniu place 90 ARS i licze, ze ubezpieczenie pokryje.
Tak jak nigdy nikt do mnie prawie nie dzwoni na komorke argentynska, tak wlasnie w czasie wizyty u dentysty dzwoni o. Jacek.
Umawiamy sie na nastepny dzien w Lago Puelo.
Probujemy robic pranie w argentynskiej “Frani”, zimna woda - nie polecamy - pachnie pieknie, ale ubrania wygladaja gorzej niz przed praniem: do blotnych plam po treku dolaczyly biale - od proszku ;)!

El Bolson. Federico - 23.04.2008

Pakujemy sie i z bagazami podazamy do Lago Puelo. Przed 12 udaje nam sie tam dotrzec (ach, jakie fajne stopy mielismy ostatnio! na pace, na pick-upach, open-air).
Spotykamy dwoch PRZEsymaptycznych ksiezy Redemptorystow (a mialo byc z poprzednich informacji ok. osmiu - oktolokacja lub podwojna kwadrolokacja?! ;)) - ojciec Jacek oraz Marcin.
Podejmuja nas prezentujac pierwsza do zdobycia zdolnosc misjonarza opanowana w perfekcji - gotowanie: pyszny rodzimy rosolek, kurczak z frytkami, suroweczka, ciacha, kawa - pycha! Dzieki! :)
Cudownie jest porozmawiac z rodakami! Wymieniamy nasze doswiadczenia podroznicze i ostatnich miesiecy.
Ojcowie zaczynaja pionierska prace. Maja jej duzo, ale tez ogromny potencjal i mam wrazenie, ze duze poczucie bycia potrzebnym! Trzymamy kciuki!
Mieszkaja w uroczym domku, a docelowa placowka w budowie (oby przed zima skonczyli).
Po uczcie dla ciala, przyszla kolej na ducha - DZIEKI!
Podziwiamy, troszke zazdroscimy, choc wiemy, jak wielkie to wyzwanie! Mega pozytyw!
Stopujemy z “jefe gordo” do Bariloche i po zalogowaniu sie w hostelu (ale wielkie to Bariloche, kempingi zamkniete, albo za siodma gora i rzeka ;)) Ruca Huenet odwiedzja nas Losie (znajomi z Torres del Paine). Spedzamy wesoly wieczor ku braku jakiegokolwiek aprobaty ze strony obslugi (jakies malo elastyczni byli ;)).
Boski dzien!!!

Bariloche. Hostel Ruca Huenet 25 ARS/os. (inkl. sniadanie)- 24.04.2008

Bariloche jest nieco za duze dla nas, ale spedzmay mile poludnie z Losiami przy nalesnikach i winku, a do tego powidelka i mikstura z kasztanow - mniam! :)





Część III - Chile


Villa La Angostura - 24.04.2008

Tego dnia po wspomnianym w poprzenim wpisie spotkaniu z Losiami, ruszylismy do miejscowosci Villa La Angostura, polozonej ok. 100 km na polnoc od Bariloche. Wzielismy miejski autobus, ktory wywiozl nas 15 km za miasto i tam zlapalismy stopa do tej malej, ale jak sie pozniej okazalo, uroczej miejscowosci. Wyladowalismy tam ok. 19, kiedy zaczynalo byc juz naprawde ciemno. Przez ok. 3 godziny wloczylismy sie po miescie zachwycajac sie malowniczymi drewnianymi domkami, zajadajac slodkosci z pobliskich czekoladeri (:D). Ok. 22:00 wzielismy autobus jadacy w poblize campingu. Dotarlismy tam juz zupelnie po ciemku. W poblizu zatoki, z widokiem na oswietlone miasto. Poniewaz wlasciecieli campingu ni widu ni slychu, uznalismy, ze jest on zamkniety. Rozbilismy namiocik i zakladajac nasze kaplety nocne (dwie pary spodni, polar, kurtka, czapka i spiwory) udalismy sie na zasluzony spoczynek ;).

Neuquen. Ines - 24.04.08

Rano - jeszcze po ciemku - zlozylismy namiot i po krotkiej toalecie w jeziorku stanelismy na drodze lapiac stopa do Neuquen. Slonce dopiero wschodzilo oswietlajac szczyty gor, a powietrze bylo przesaczone zapachem ziemi :) . Udalo nam sie bardzo szybko zatrzymac samochod jadacy do Neuquen. Po drodze jechalismy wzdluz rzeki, ktora pokryta byla niesamowicie gesta mgla, a w miejscach, gdzie dolina sie rozszerzala, mgla kumulowala sie tak bardzo, ze ledwo bylo widac slonce! Oj! Jak cudnie! Przwdziwy Ravenloft (dla fanow RPG ;)).

Poniewaz zakladalismy caly dzien na dostanie sie do Neuquen, postanowolismy zatrzymac sie w miejscowosci El Chocon, oddalonej o godzine drogi od tego miasta. Znajduje sie tutaj muzeum dinozaurow, z najwiekszym znalezionym do tej pory szkieletem miesozernego stwora - Gigantosaurus Carolinii (wiekszy od T-rexa!). Poszwedalismy sie po okolicy, ktora kiedys goscila budowniczych tamy, a teraz nieco przypomina miasto duchow, zjedlismy cos w towarzystwie czerwonawych gor i niebiesciutkiego jeziorka i ok. 17 zlapalismy stopa z panem rzemieslnikiem do Neuquen.

W centrum, po zrobieniu zakupow i wrabaniu przed sklepem wszechobecnego, niesamowicie smacznego, uzalezniajacego Dulce de Leche (toffi) z bagietka (przebija wiekszosc oferty w panaderiach), zostalismy odebrani przez Ines i zawiezieni do jej mieszkanka. Tam spotkalismy sie z jej niezwykle sympatycznymi znajomymi :), niesamowicie zainteresowanymi Polska oraz wtrazolilismy najlepsze do tej pory empanady :)!

Neuquen. Ines - 26.04.2008

W sobote pojechalismy z Ines do klubu zeglarskiego, w ktorym trzyma ona swoja zaglowke klasy Snipe (dla wilkow szuwarowo-przybrzeznych info). Mielismy zamiar troche poszalec po jeziorku, ale wiatr byl tak silny, ze tylko nieliczni decydowali sie na wyplyniecie, a nasz hoscina do nich nie nalezala (bo my to spoko, bysmy poszli jak w dym! ;)). Spedzilismy tam czas do wieczora, naprawiajac zaglowke i gawedzac milusio. A w domku obiadek i film wieczorem. Godzine albo dwie zjelo nam szukanie i konfigurowanie napisow hiszpanskich do polskiego filmu Symetria, az w koncu zaniechalismy tego pomyslu (bo synchroizacja nie stykala) i obejrzelismy wyjatkowo nieudany triller ¨Pulse¨ :).

Neuquen. Ines - 27.04.2008

Tego dnia ok. poludnia wyruszylismy na zwiedzanie kolejnego muzeum dinozaurow - Lago Barreales. Ceny - jak to czesto w Argentynie bywa - zroznicowane byly w zaleznosci od narodowosci. Ostatecznie chyba 15 ARS “ponieslismy”. Idac za przewodnictwem Argentynki (?) i popijajac yerba mate, zaplacilismy jak mieszkaniec tegoz kraju (:)). Tutaj z kolei znajduja sie szczatki najwiekszego (40 metrow dlugosci!!!!!!) roslinozernego stwora epoki prehistorycznej. Pani przewodnik oprowadzila nas po pobliskim terenie, opowiadala o rodzajach skal, o procesie wydobywania i zabezpieczania szczatkow. Na koniec zaopatrzyla nasz termos w goraca wode (80ºC jak sie nalezy do mate:)).

Po dinozaurach przyszedl czas na winko :)! Pojechalismy na wizyte do pobliskiej bodegi (winnicy) - SAURUS, wlascicielami ktorej jest niemiecka rodzina Schroeder. Jest to jedna z nowoczesniejszych winiarni. Opowiedziano nam o procesie produkcji wina i oczywiscie na koniec poczestowano kieliszkiem wysmienitego wina musujacego, a takze Chardonnay i Malbec. Smakowalo, a jak!

San Rafael. Maria Julia & Leo - 28.04.2008

Skoro swit wyruszylismy do San Rafael. Mielismy tego dnia do zrobienia ok. 600 km. Zupelnie nam nie szlo ze stopem. W jednym miejscu prawie in the middle of nowhere przeczekalismy ok. 2 godzin, az zatrzymal sie w koncu wesoly pan camionero - “podaj winko” i zawiozl nas do miejscowosci Gral. Alvear polozonej 60 km od San Rafael. Jest tam ponoc jakas kolonia Polakow, ale sie po fakcie dowiedzielim… Stamtad kolejny kierowca (strasznie nas ostrzegajacy przed stopem, lecz bardzo sympatyczny, nawet nas “poczestowal” swoim numerem i zapraszal do sie) zawiozl nas wprost po drzwi domu Marii Julii i Leo.

Niezwykle zmeczeni, porozmawialismy chwilke z naszymi gospodarzami i kima!

San Rafael. Maria Julia & Leo - 28.04.2008

Dzien relaksu i kolejnych bodeg (winiarni). Do poludnia pochodzilismy sobie po San Rafael, cieszac sie sloncem i ciepelkiem. Miasto dosyc male, z niska zabudowa, ale przyjemne choc nic specjalnego.

Po lunchu zostalismy zabrani przez naszych gospodarzy nad jezioro, obok tamy Los Reyunos, a pozniej zostawieni przy jedynej w okolicy “szampanieri” o nazwie Bianchi. W Argentynie, w przeciwienstwie do Chile zwiedzanie winnic jest darmowe. Znawcami nie jestesmy (choc sie wyrabiamy), ale wlasciwie nie zachwycilo nas to wino, ktore nam zaserwowano. Wracajac do domu zahaczylismy o jeszcze jedna bodege - Jean Rivier (Szwajcar). Tym razem oprowadzajcy opowiadal niezwykle ciekawie o sposobie rozpoznawania wieku win, zawartosci alkoholu, bukietu, smaku itp. Samo wino tez zrobilo na nas wieksze wrazenie :), niz serwowane w poprzedniej winnicy.

Z kolei wieczorem, po raz kolejny w ciagu naszej podrozy, zaserwowalismy hostom polskie golabki :)!

San Rafael. Maria Julia & Leo - 30.04.2008

Obudzilismy sie o 6.00, zeby zdarzyc na pierwszy autobus do najwiekszej w okolicy atrakcji Valle Grande (Wielka Dolina). Bylismy tam kolo 8:30. Slonce wschodzi tutaj pozno, bo o ok. 8 i dzieki temu prawie codziennie mozna podziwiac piekne wschody, bez konieczosci zrywania sie w srodku nocy! Prawie tak, jak na planecie u Malego Ksiecia :)! Tak wiec po raz kolejny usadowilismy sie na tamie i zawinieci w kurtki, czekalismy na pierwsze promienie slonca, ktore wychyla sie zza gor i daje nam troche ciepla. Gdy juz Slonce pojawilo sie na niebie w calej okazalosci, zrobilim upragniony trenindzek i pomaszerowalismy kilka kilometrow w dol doliny, znalezlismy odpowiednie miejsce na piknik i zostalismy tam az do 14 :)!

Stopem wrocilismy do San Rafael, zatrzymujac sie po drodze w co ladniejszych miejscach. Byla dopiero 16, tak wiec postanowilismy odwiedzic jeszcze kilka winnic w okolicy. Najpierw najbardziej znana w okolicy SUTER - jedna ze starszych. Zaskoczylo nas jednak to, ze wizyta przebiegla tak szybko i jakos bez entuzjazmu - po prostu odklepane… Za to wina kosztowaly od 4.7 peso! Skusilismy sie na jakas promocje win z 1985 roku (10 ARS), ale smak pozostawial jednak duzo do zyczenia… Trzeba bylo otworzyc je 5 godzin przed spozyciem, ale i to niewiele dalo ;)…

Kolejna winnica nazywala sie La Abeja. Nie wiem, czy to jakas tendencja spadkowa czy co, ale tutaj wina smakowaly chyba najgorzej ze wszystkich przez nas probowanych.

Reszte wieczoru spedzilismy w kafejce internetowej czekajac na powrot naszych hostow.

San Rafael. Maria Julia & Leo - 01.05.2008

Jaka tutaj w San Rafael piekna pogoda! Cieplutkie slonce, liscie w kolorach jakie mozna sobie tylko wymarzyc: zolte (ale take baaardzo zolte!), czerwone, rozowe, purpurowe, karminowe, krwiste, bordo (nie wiem jakie jeszcze inne odcienie czerwieni istenieja ;) ). Miedzynarodowy dzien pracy, czyli laba :)! Hosci nasi zaprosili znajomych i raczylismy sie parilla (wolowina, wieprzowina i inne frykasy z rusztu). O 17-ej ruszylismy lapac stopa do Mendozy (220 km na polnoc).

Zatrzymal sie kierowca ciezarowki i jego towarzyszka gotowi nas podwiesc do Mendozy. Ucieszylismy sie bardzo, ale juz po chwili zorientowalismy sie, ze ciezarowka nie jedzie szybciej niz 45 km na godzine. Troche nam to bylo nie w smak. Jakos w polowie drogi poprosilismy wiec, aby wysadzic nas. Zatrzymalismy sie na stacji, w sasiedztwie jakiegos autobusu. Kierowca zapytany, czy jedzie do Mendozy na poczatku sie opieral, ale pozniej zgodzil sie nas zabrac. I to za free! Okazalo sie bowiem, ze jest to jakis autobus zorganizowanej wycieczki. Dla nas bomba: skorzane fotele, film :)!

W Mendozie bylismy ok. 20.30. Do 23 szukalismy adresu, gdzie mielismy ustawiony nocleg. W koncu Mendoza to duze miasto!

Mendoza. Lea - 02.05.2008

Po raz kolejny pobudka skoro swit i przemy do Santiago w Chile. Gdzies za miastem (Andy widziane w calej okazalosci!) lapiemy pana z ciezarowka, ktory jedzie do stolicy Chile. Razem z nim przekraczamy Andy. Niesamowicie mily ten Chilijczyk, zaprawde.. Droga wije sie na wysokosci 3,5 tysiaca metrow. Tam tez mniej wiecej znajduje sie granica argentynsko-chilijska - w srodku tunelu. Widoki takie ze zabiera dech w piersiach. Serpentyny drogi w gore i w dol. Po drodze wiedzie droga na najwyzszy szczyt w obu Amerykach - Aconcague. Mijamy tez Punta del Inca, gdzie sto lat temu lawina “zamiotla” hotel, a oszczedzila kosciol stojacy obok - cud niby takowy… Zabawna (?) rzecz: na granicy, jeszcze po stronie Argentyny znajduja sie toalety, platne. Przy stoliku Starszego Sedesowego wisi kartka z cenami: Argentynczycy 1 ARS, Chilijczycy 1,50 ARS. Okazal sie bradzo laskawy, bo od Polakow skasowal tylko 1 peso arg.!

Przekroczylismy granice, ale nasz kierowca mial jeszcze do zalatwienia jakies papierkowe sprawy - clo - w okolicach miejscowosci Los Andes (90 km przed Santiago). Powiedzial, ze potrwa to ok. 1 h. Zdecydowalismy sie poczekac wraz z nim. O 21 (po ok. 4 godzinach oczekiwan) okazalo sie, ze tej nocy juz nie pojedziemy. Na szczescie straznicy parkingowi nie mieli nic przeciwko rozbiciu namiotu. Poza tym parking zaopatrzony byl w piekne lazieneczki z cieplutka woda, tak wiec postawilismy nasz dom tuz obok ciezarowki i wszystko gra ;)! Taka niespodziewana przerwa zawsze sluzy nauce hiszpana i studiowaniu przepastnego przewodnika ;)!

Santiago de Chile. Claudio - 03.05.2008

Rano zostalismy poinformowani, ze nadal trzeba nam czekac. Nie czekajac (:) zebralismy plecaki i poszlismy na droge czekajac na innego kierowce, ktory wezmie nas do Santiago. W dwie godziny (w przerwie na kawke w niezwykle sympatycznej przydroznej luncharni), bylismy w stolicy. Oczywiscie od razu uderzyl nas jej ogrom i nowoczesnosc. Z daleka widac, jak nad miastem unosi sie chmura smogu, tak mocnego, ze naprawde ogranicza widocznosc. Santiago de Chile jest bowiem polozone w dolinie otoczone wysokimi gorami, ktore utrudnia znacznie cyrkulacje powietrza.

Po przedarciu sie przez miasto (ok. 2h), zalogowaniu sie u hostow, prysznicu i obiadku, poszlismy na spotkanie z Mateuszem, ktory obecnie podrozuje sobie z gory na dol Ameryki Poludniowej. Gadu-gGadu w parku, potem w pubie i do wieczorka zlecialo :)!

By moc korzystac z autobusow miejskichw Santiago, nalzy kupic karte magnetyczna za 1.200 CLP (ok. 6 PLN). Moze ona tez sluzyc do poruszania sie metrem. Doladowuje sie ja. W autobusach nie ma mozliwosci placenia monetami…

Santiago de Chile. Claudio - 04.05.2008

Piekny dzien!!!!!! Rano wyruszylismy z Claudio na wyprawe w Andy!!!! Prawdziwe wielkie Andy! Celem naszym byl szczyt El Pintor (malarz, nazwa wywodzi sie od kolorowych zboczy gory), lezacy na wysokosci 4.200 m n.p.m. Niektorzy z nas jeszcze nigdy tak wysoko nie byli. Na wycieczke jechala cala grupa ludzi z miejscowego klubu gorskiego - Malaya. Wszyscy uzbrojeni w najlepsze markowe buty itd ;), tak ze sie przerazilismy co to bedzie.

Na poczatek wjechalismy na wysokosc 3.000 metrow, droga niezwykle kreta. Ostrzezeni zostalismy, ze ma 40 zakretow (z wysokosci 600 na prawie 3.000 metrow). Powiem jedno: ciezko bylo z naszymi zoladkami, kiedy juz mielismy dosc i czekalismy az wysiadziemy z samochodu poinformowano nas ze….. zaraz zacznie sie tych 40 zakretow! A my bylismy przekonani, ze zrobilismy ich juz wlasnie ze 100!! Na szczescie bez wiekszych rewelacji dojechalismy na start naszej wedrowki i tam po jakims czasie nudnosci ustapily. Akurat na zbozu tej samej gory odbywal sie jais puchar w downhillu narodowy.

Wyprawa byla przepiekna! Czasem w sniegu do kolan, wspinalismy sie ok. 4 godzin, by dobic na szczyt. Widoki takie, ze slow brak, a wysokosc daje o sobie znac. Szybko sie meczylismy, serca kolotalo nam jak szalone i okropny bol glowy. Szczyt zdobylismy i to w niezwykle silnym sloncu i bezwietrnej pogodzie, tak wiec lepiej byc nie moglo! Powrot do samochodu zajal nam ok. godzinke, po mokrym sniegu zjezdzalismy jakna nartach. Oczywiscie mialo to swoje konsekwencje: totalnie przemoczone buty, ktorych suszenie zajelo 2 dni :)!

Wracajac samochodem zaliczylismy powtorke z karuzeli zoladkowej i jak tylko dobilismy do domu - wymietoleni, zieloni i poskrecani - uderzylismy w drzemke, badz tez szorowanie paputow :)!

Wieczorem poszlismy do kosciola na 20 i generalnie nie mielismy juz sil tego dnia zrobic nic wiecej :)…

Santiago de Chile. Claudio - 05.05.2008

Na 11 umowieni bylismy z Mateuszem, tym razem na zwiedzanie miasta. Po raz kolejny stracilismy 1,5 godziny na dojechanie w umowione miejsce. Tlok w autobusie, chwila nieuwagi i stalo sie (vide poczatek posta)…

Pospacerowalismy po miescie zgodnie z zaleceniami przewodnika. Zaczynajac od wzgorza Santa Lucia, zataczajac swego rodzaju kolo, ktore przebiegalo przez najbardziej popularne ulice Santiago. Tak szczerze powiedziawszy, to w tym szesciomilionowym miescie nie ma nic ciekawego do obejrzenia, z turystycznego punktu widzenia. Duzo sklepow, duzo ludzi, daleko wszedzie jak cholera… W poniedzialki muzea zamkniete. Tak zeszlo nam do wieczora, kiedy to ze zdumieniem stwierdzilismy, ze nawet w poniedzialki tutaj na ulicach Santiago jest tloczno i glosno po zmroku.

Lo Vicuña. Obispado (znaczy “biskupstwo” - kolejne po Rio Gallegos ;))- 18.05.2008

Dzien zakonczenia kursu. Pobudka wyjatkowo o 4.40am, zamiat tradycyjnie o 4.00am, wiec “zesmy sie wyspalismy” ;)! Nastepnie mycie zabkow i dwugodzinna medytacja na dobry dzien (dzien dobry)! ;) Nastepnie sniadanie gigant - trzeba bylo ze strony organizatorow wrzucic na stol wszystko, co zostalo po kursie (a bylo tego duzo), a ze strony “pozeraczy” “nasycic” sie na… jak najdluzej ;)! Nalezy wspomniec, ze potwierdzilo swe przybycie ok. 70-u uczestnikow, a faktycznie pojawilo sie 53 osoby. Pewnie zarelka nakupili na 70… - dobra nasza ;)! Opieszali dokonuja naprawde dobrowolnych wplat na rzecz przyszlych kursow Vipassany (www.dhamma.com). Wszyscy “charlaja” (czyli gaworza) wesolo, no bo wreszcie mozna (po 9-10 dniach milczenia) ;)! Zegnaja sie wszyscy ze wszystkimi, sciskaja, caluja, jak na poludniowe kraje przystalo i jest milusi na maxa! My jeszcze pomagamy sprzatac nieco i wio do Putaendo (pol godzinki drogi - zebysmy wiedzieli to wczesniej, to bysmy na “micro” (w Chile sie mowi, “colectivo” w Argentynie, czyli autobus) nie czekali poprzednio.

W Putaendo szok komunikacyjny - Internet! A wczesniej smsy! Pamietacie? Noble silencio (szlachetna cisza slowa, ciala i umyslu) :)!

Zaraz po skonczeniu, jak sie okazalo jednak buddyjskiego kursu, udajemy sie do katolickiego kosciola (Panu Bogu swieczke, a diablu ogarek?! ;)),a tam co?… To samo!!! Przeslanie wszystkich religii jest takie samo!!! Buddyzm i medytacja jawi sie mi bardziej indywidualne, Chrzescijanstwo bardziej kolektywne, ale pewnie do pewnego etapu - pozniej juz wszystko jest nienazwane… Mistycyzm, doswiadczenie Boga, nirwana, oswiecenie… Moze to slowa, za ktorymi wydaje nam sie, ze kryje sie nie wiadomo co, a naprawde wszystko jest proste i moze wiele osob do tego doszlo sami, a szukaja czegos wiecej bez potrzeby??… Wybaczcie mala dywagacje - nie moglem sie powstrzymac… Jak to droga mi osoba mawia (pozdro M.P. ;)) “jest wiele drog na szczyt” ;)!

Abstrahujac od egzystencjalnych wynurzen “przez laki, przez pola” zawitalim ponownie do obispado, bo nam sie wysypal host w Valparaio (Valpo) i mielim jeszcze zalegle sprawy. Po drodze bylismy swiadkami barbarzynskiego popisu meczenia jalowek przez macho bydlo-poganiaczy - fuj… W obispado juz sie wszyscy zmyli, wiec mielim spokoj i tu troche przemilcze. Dodam jedynie, ze pogoda niesamowicie wspolgrala z naszymi nastojami…

Lo Vicuña. Obispado, namiot - 19.05.2008

Zapomniawszy cudnego (Ewa pomaga “cuchnacego”, choc wyprany) i bedacego w czestym uzyciu recznika z mikrofibry, jak i owszem galotow oraz super-ekstra “skarpetow” z punktow zebranych za tankowanie na stacji benzynowej udalim sie wyjatkowo nie na stopa do Valparaiso. Autobus obwiozl nas tanio, ale za to po wszystkich przydroznych chechach…

Przykladowe ceny “micro” Putaendo - San Felipe - 400 CLP (2 PLN).

Polecamy wszystkim www.voipdiscout.com - darmowe rozmowy przez ok. 3 m-ce przez 3h z numerami stacjonarnymi, a z komorami taniej niz skype i oczywiscie niz wszelka komunikacja stacjonarna w Polsce! Info od Poznaniaka-dusigrosza! ;)

San Felipe - Valparaiso - 2.300 CLP (11.50 PLN).

W Valparaiso pogoda jak poprzednio, czyli deszczowo i zimnawo “crashujemy” sie u Tatiany.

Valparaiso (potocznie “Valpo”). Tatiana - 20.05.2008

Po Vipassanie bylo ze sto slow-kluczy (pisanych wbrew zakazom po kryjomu w kiblu dlugopisem do wpisywania sie na sprzatanie, albo jak wszyscy spali, albo jak mielismy lux-”charle” (pogawedki) po angielsku ;)), wiec -i tak padalo - wiec zajelismy sie nadrabianiem zaleglosci. Uwierzycie, ze naprawde nie ma czasu na pewne rzeczy?! :) Powiecie: jak to?! Cztery miesiace wakacji!! Nic nie robia!! A wcale nie!!! Mnostwo prozaicznych spraw do zalatwienia, nie wspominajac o “strategicznych” ideach! ;)

Tego dnia, x lat wczesniej swiat mial to szczescie, ze Ewa go nawiedzila! Mnie spotkalo inne szczescie, ze z tej okazji skosztowalem empanady produkcji polskiej - “Made by Ewa”! ;)

Zeby uczcic ten dzien, poszlismy na winko (4.500+500 CLP = 25 PLN) do restauracji, gdzie po raz pierwszy mielismy okazje SLYSZEC tango na zywo, a nie tanczyc! Super klimatyczna knajpa i obsluga tako!

Organizacyjnie: bilety do kina w Valpo - przedpremiera (”Czworka” Indiany jest!!) 2.900 CLP (14.50 PLN), studencki - 2.200 CLP (11 PLN), pon.-czw. - 2.000 CLP (10 PLN).

Valparaiso. Tatiana - 21.05.2008

To ci niespodzianka nam sie trafila! Okazalo sie, ze dzis jest dzien wolny w Chile! Jakis tam “jeneral” przegral bitwe morka badaj z Peru, ale spartaczyl tak bohatersko, ze nawet pani prezydent (tego ponoc konserwatywnego kraju) pofatygowala sie do Valpo, a na przede wszystkim NASZA czesc i przy okazji jej, sciagnely wszelkiej masci regimenta z calego Chile, by sie nam ladnie zaprezentowac, jako spozniony prezent na “Ewowe” urodzinki! ;)

“Za mundurem panny sznurem”, a tu nawet w defilu braly udzial bialoglowy! :) Piechoty, orkiestry, wszystko bylo - ladnie ubrane, maszerujace az milo, tylko nieco zmoczone, ale i tak git!

Valpo to miasto polozone przy morzu, calkiem “importantny” port. Lezy na wzgorzach, ktore przecinaja “ascensory” (windy naziemne jak na Gubalowke). Miasto moze sie pochwalic niezgorszymi grafitti.

Nie mozemy pojac, dlaczego loty z Europy sa wiele tansze, niz z Am. Pld. … Najtaniej na razie udalo nam sie znalezc lot z Limy (Peru) do Madrytu (Hiszpania) za 790 USD…

Valparaiso. Tatiana - 22.05.2008

Spadamy znow autobusikiem (sa znizki dla studentow!) do Santiago de Chile (1.500 CLP - darmozjady, czytaj “studenty” ;), 2.000 CLP - praworzadni “uiszczacze” podatkow budujacy Ojczyne i zwiekszajacy PKB).

Santiago de Chile…
Ale tu tlok! Miasto nowoczesne, ale jakos meczace… Prawda jest, ze przemieszczanie z jednego miejsca w inne zabiera wieki, a na dodatek w godzinach szczytu (czyli prawie zawsze) gniata cie, jak nieszczesna sardynke “puszkowa” ;)…

W Chile nie ma tak swietnie rozwinietej informacji turystycznej, jak w Argentynie… Dadza mape +- centrum i to na tyle…
Zeby sie zorientowac w bardziej odleglych rejonach nalezy szukac gdzie?! … W ksiazce telefonicznej oczywiscie! ;) Na koncu takowej sa mapy bardziej szczegolowe…

Inne przydatne linki to:

www.transantiago.cl - komunikacja miejska

Informacja turytyczna:
www.lun.cl
www.turismoycultura.cl
www.sernatur.cl

Dla maniakow jest choy lee fut, ale akurat nie tego dnia, kiedy mielismy czas nawiedzic nastepcow Bruce Lee…

Naprawiamy za 5.000 CLP (25 PLN) “spadniety” aparat Ewy (serwis w centrum Nueva York 52, oficina 316, na ktorys tam pietrze - jakby sie naszym “nastepcom” cos zlego ze sprzetem stalo).

Kolejna misja to kupno butow… Jedne zostawilem w El Bolson (chyba je wzial znajomy Argentynczyck, bo NAPRAWDE jego byly w gorszym stanie, niz moje - choc nie wiem, jak to mozliwe). Wysluzone “adiki” wolaja jesc i zasadniczo nie przepadaja za deszczem - brzydko im ie odbija i “jedzie” z paszczy ;)!
Tak wiec nawiedzilismy kilka sklepow outdoorowych (a wcale ich nie ma tak wiele, jakby sie mozna spodziewac po siedmio milionowym miescie). Raczej koncentruja sie w okolicach stacji metra linia czerwona “Escuela Militar”. Sa to: “Just climbing”, ” La Cumbre” i “Andes Gear”. Ten ostatni stal sie posiadaczem moich 76.900 CLP (385 PLN) - nie chcial dac znizki, bufon jeden - a ja rozkoszuje sie nowymi Asolo z Gore-texem i podroba podeszwy Vibrama. Czyli chyba wiele taniej (o ile w ogole) niz w Polszy nie jest, ale ponoc w Boliwii i Peru trudno dostac tak luksusowy sprzet, a boje sie, ze “trzypaskowy szpan” moze po drodze zastrajkowac ;)…

W mysl zasady “lepiej pozno niz wcale” Ewa otrzymuje “mikrowloknisty” recznik, koloru “rojo” (czerwony) w miejsce trzech zgubionych ;)! (7.900 CLP = 39.50 PLN).

Ladujemy u Claudio (jaka mila rodzina, naprawde z klimatem mega domowym; Caludio bradzo aktywny fizycznie -kazdego dnia cos, a oprocz tego jeszcze pospiewuja sobie z chorkeim w domu rodzinnie! :) - bomba!).

Santiago de Chile. Caludio - 23.05.2008

Tylko przyjechalismy po rzeczy i jadziem do Los Andes “micro” Ahumeda (jak dla mnie “Ahu-menda”, bo dorga ;)) (2.900 CLP = 14.50 PLN) ze stacji Los Heroes. Pewnie z glownego dworca jest taniej…

Z Los Andes udaje sie do obispado, bo niestety “zaginiatka” mialy przyjechac do Santiago, ale sie miejsce na mala reklamoweczke w aucie nie znalazlo i nie przyjechaly… Czyli jak nie “gora do Mahometa, to Wasal do obispado”… Kosztowalo to chyba z 5h jazdy w ta i spowrotem i ok. 1.500 CLP (7.50 PLN). Warto bylo! Reczniczek Fjorda Nansena i bielizna wyteskniona poworcily na prawowite lono - moje ;)!
Ewa w tym czasie przemierzala siec! :)

W Chile sa przynajmniej dwie fajne rzeczy: tanie winogrona (400 CLP = 2 PLN / 1 kg - w koncu wino jest tez tanie, nie?! Tylko dlaczego tak nie jest w Argentynie?!) oraz malze (400 CLP = 52 PLN). No ok, winko tez ;)!

Dajemy na stopa (czyli tradycyjnie do pewnego momentu) na stopa do Rio Blanco (1.650 m n.p.m.) w Andach, przed przejsciem Libertador. Nalezy zaznaczyc, ze mielismy szczescie: akurat tego dnia otworzyli przejscie przez Andy. Wczesniej padalo (tak, tak - tych butow to w deszczu “szukalim”) i przejscie bylo zamkniete. Prawie jak Walesa “i tak, i nie”, czyli jedak az tak wiele szczescia nie “mielim”, bo jesienia (a tu taka wlasnie pora roku) na noc sie przejscie zamyka…
Nie pozostalo nic, jak czekac do rana, a tu “wykazalim” sie zmyslem “businesowym” i za 8 USD oraz budzik Ewy (z mala usterka) mielismy lozeczka w pokoiku, a nie materace w namiociku ;)! Pamietajta, na jakiej wysokosci jestemy i ze to Andy!!! :) Nalezy dodac, ze mili ludzie nawet nas kawunia poczestowali i bula, a szczegolnie maselkiem gratis :)!

Rio Blanco (8 USD i budzik Ewy ;))- 24.05.2008

Po sowitym wyspaniu sie - dalej na stopa! Slimakiem 30-kilka zakretasow w gore i granica miedzy Chile i Argentyna w srodku tunelu Libertador na wysokosci badaj 3.200 m n.p.m.!
Trasa przez Andy jest meeega malownicza! Piekna dolina, super kolory gor, obok pozostalosci po kolejce waskotorowej wraz z mostami, tunelami, “cobiertami” (ochronami przed sniegiem). Przekraczjac to samo przejscie ok. 3 tyg. wczesniej, daje sie zauwazyc, ze sniegu przybylo! Gdy sa ciezkie warunki, zamykaja przejscie nawet na kilka dni, tygodni! Mielismy szczescie, ze my nie “musielim” czekac tak dlugo! :)

Czekamy z naszym transportowym dobrodziejem okolo 1h na cle (super obskurne “comedory” - jadalnie, ze o toaletach nie wspomne… Przy okazji wiecie, ze sie papior przewaznie wyrzuca do kosza, nie do muszli?! ;)). Po kontynuowaniu drogi jeszcze przez jakas godzinke, kierowca nas informuje, ze jedzie za 4,5h dopiero dalej…

No nic… Jestesmy w Argentynie, po Andach, w Uspallata. Jest ciemno, nie mamy po co jechac do Mendozy, bo jakas nie jasna sytuacja z noclegiem, wiec namiot w polu i do rana! :)

Część IV - Boliwia


Noc w autobusie z Salty do La Quiaca (przygraniczne miasto w Argentynie). 55 ARS (ok. 39 PLN)- 03.06.2008

Zimnica na maxa! :) Na dworcu autobusowym przygranicznym “wieje” Boliwia :)! Dla nas - egzotyczne - kobiety, no i oplata za kibelek ;)! Bagazowy od autobusu tez wymeczyl jakas “monetite” ;)…

W La Quiaca do granicy jest bliziutko i graniczne punkty kontrolne sa obok siebie (nie jak miedzy Brazylia i Urugwajem - vide poprzednie posty :)). Bez zadnych problemow przekraczamy granice i udajemy sie na autobus do Tupiza (10 BOB, ok. 3.30 PLN).

Organizacyjne: tak jak Ewie w Brazylii nie dzialaly karty, tak mi w Boliwii nie dziala VISA Elektron. Pokazuje komunikat, ze niewlasciwy PIN… Nieco wyprzedzajac rzekne, ze w Uyuni, Potosi, Sucre tez nie dziala… :(

W Tupizie polecam kibelek - co za niespodzianka po schludnej - jednak - Argentynie ;)!

Czas nagli, wiec nie zostajemy w Tupizie, choc mozna stad ponoc jechac na salar, ale drozej niz z Uyuni, no i na konikach tez w oklicy pogalopowac mozna! :)

Autobus z Tupizy do Uyuni (50 BOB, ok. 17.50 PLN). W tej czesci Boliwii nie ma szos asfaltowych… Piach, przez pustynie, kurzawa taka, ze koniec. Jest!!! Prawda-li to!!! Zaraz kolo mnie, miejscowke wykupila koza!!! ;) No i podzera mi nogawke od czasu do czasu ;)!

Zmieniamy autobus po drodze, a dojezdzajac jedziemy korytem rzeki… Wyschnietej oczywiscie ;)!

Organizacyjne: bierzcie worki, by w nie wlozyc plecaki. My nasze otrzymalismy w kolorze piaskowym po zaladowaniu ich do “luku bagazowego” (lepiej na dach :))!

Wreszcie dobijamy do Uyuni (14.000 mieszkancow). Jest juz pozno… Mnostwo straganow z naprawde ladnymi rzeczami: glownie czapy (15 BOB, ok. 5 PLN), rekawiczki (10-20 BOB, ok. 3.50-7 PLN), skarpety (15-20 BOB, ok. 3-7PLN), sliczne swetry (55-65 BOB, ok. 18-22 PLN).

Lokujemy sie w Alojamiento za 20 BOB / os. (ok. 7 PLN). Pokoj syfny: 2 wyra, stol, wieszak, no i chyba krzeslo… Zaskakujaco - posciele wydaja sie czyste… Niewazne: i tak spimy w spiworach, bo ziiimnoo!!! ;)

Wczesniej jednak wypytujemy o agencje podrozy, ktore organizuja wycieczki na salar. Jest wiele wariantow. My sie zdecydowalismy na trzy dni. Ceny od 65-90 USD. Nasz koszt to 75 USD. Mysle, ze 80-85 USD to norma. Trudno - nie da sie stopa na salar zlapac ;) - wspieramy przemysl turystyczny Boliwii! Pol placimy tegoz dnia, druga polowe jutro przed wyjazdem o 10.30!

Szybko spac, bo zimno! ;)

Uyuni. Alojamiento 20 BOB (ok. 7 PLN) / os. - 04.06.2008

Przed wycieczka mamy jeszcze kilka spraw do zalatwienia, ale - co wazne - jest tanio! :) Nie klamali ;)!

Sandwich z kurczakiem - 5 BOB (ok. 1.60 PLN)

Woda 2l - 5-6 BOB (ok. 2 PLN - nie tak tanio ;))

Ewa kupuje sliczny sweterek, a ja pozbywajac sie nieco wagi z plecaka za trzy koszulki (dziekuje VWP za darmowki) staje sie posiadaczem czapy, ktora to niby na poczatku miala byc pochodzenia boliwijskiego, zas pani zmienila zdanie, ze jednak z Peru, a po zakupie: “made in china” ;)! Ale z ladna podszewka ;)! Rekawiczki 10=>8 BOB (ok. 3 PLN).

Pod biuro agencji podjezdza jeep, ladujemy plecaki na dach i ruszamy! Jak sie pozniej okazalo, mielismy duzo szczescia, bo bardzo sympatyczni trafili nam sie towarzysze podrozy: starsi panstwo ze Szwajcarii (inz. ;) Alfredo i Helena), Szkot Neil o nazwisku calkiem nie szkockim (inz. ;) - wliczajac Ewe, juz trzeci! Ferguson) oraz - z nazwiska tylko - kolejny reprezentant krajow nordyckich (Osmundsen) - Asher z Wielkiej Brytanii, ktory mial pokrywajace sie z moimi zainteresowania: kung fu (ale tai-chi), gra na gitarze i nagrywanie muzy na kompie! Coz za mily zbieg okolicznosci! A na dodatek Alfredo to mistrz Aikido z 40-letnim doswiadczeniem! ;) A Helena, to nawet Vipassane znala! :)

Que lindo! ;) (”jak ladnie” ;))!

Dioni, nasz szofer i nobilitowany kucharz (bo tak naprawde, to panie gotuja, a nie kierowcy, oni tylko podaja strawe) zabral nas na cmentarzysko lokomotyw. Duzo zardzewialego zelastwa, jak glosil napis: “potrzebujacego mechanika z doswiadczeniem ;)”!

Zasadniczo cenie mocno luksus podrozowania samemu, gdzie nikt nie popedza i mozna “tak your time” :)…

Wiekszosc agencji turystycznych organizuje identyczne trasy wycieczek.

Zwiedzanie jest ekspresowe: 10-15 minut na fotki i wio dalej ;)!

Po rzeczonych 15-u minutach udajemy sie do wiochy, gdzie sie wyrabia duperele z soli, a takze do pobliskiego hotelu z soli & “muzeum” (szumnie nazwane), gdzie wstepnym jest zakup czegos ze sklepu…

No i glowna atrakcja naszej wycieczki, najwieksza Boliwii, jedna z najwazniejszych w calej Ameryce Poludniowej - Salar de Uyuni - najwiekszy na swiecie - 12.000 km2!!! Zaskakujaco wyglada lepiej na zdjeciach niz w rzeczywistosci! ;) Przystanek na Isla Inca Huasi, pelnej kaktusow (15 BOB, ok. 5 PLN), na srodku salara. Mozna sie wspiac na szczyt gorki i podziwiac salar-panoramix 360 stopni :)! Luksus jest: kibelek wliczony w cene biletu ;)! Milutki obiadek z lamy, na kamiennych stolach, na swierzym - milusi! ;)

Standardowym bajerem jest trzaskanie fotek mirazowych - jak sie uda wrzucic - zapraszamy do galerii! :)

Ogolnie warto - naprawde robi wrazenie!

Stamtad jadziem do San Juan de Rosario, gdzie mozna zwiedzic cmentarz za 5 BOB, ale bylo juz pozno i ciemnawo, przestaszylismy sie nie skusilismy sie ;)!

W cene wycieczki wliczony jest transport, spanie i jedzenie.

W oczekiwaniu na kolacje Asher wyciaga szachy i gram… 2h… Bylo blisko, alem zmoczyl… Ciesza mnie jednak slowa uznania ze strony zwyciescy, no i chyba nie wstyd przegrac z kims, kto wozi po calej Ameryce Poludniowej szachy ze soba, co?! ;) A “odwrotna wiktoria” zasluzona dzieki tatowej nauce: “kazda figura musi byc chroniona inna” ;)! Dzieki! :)

Hotelik jest zaskakujacy - prawdziwy z soli! Wyrka, stoly, tylko sedes nie ;)!

San Juan (ok. 3.800 m n.p.m.). Wycieczka - 05.06.2008

Dajemy po sniadanku na Laguna Cañapa i pol-aktywny wulkan Ollague (cos tam sie z niego dymi ;)).

Przy wstepie do Parku Eduardo Avarez (?) wykasowuja nas po 30 BOB (ok. 10 PLN), nie wliczonych w cene wycieczki. Bilet nalezy zatrzymac do dnia kolejnego.

Kolejna atrakcja wycieczki sa flamingi! Po drodze skanujemy kilka jeziorek. Do flamingow daleko, ale czego nie robi dobry zoom ;)!

Wienczy dzien (o ile dobrze pamietam) tzw. Arbol de piedra (”drzewo z kamienia”) - taka skala co to ma wiecej na gorze, niz na dole (w przeciwienstwie do pozostalych ;)).

Dobijamy do “refugio”, ale nie takiego jak w gorach, tylko zwyklej chaty na pustyni. Ma byc w nocy -20 st. Brrr…

Jeszcze przed zachodem slonca Asher prowadzi mini-trening tai-chi i wzajemnie sie nakrecamy, jakie to kug-fu jest bombowe ;)!

Czegoz to nie robi jedna flaszka rumu przezornie - na zimno - zakupiona w Uyuni (25 BOB, ok. 8.50 PLN)! Od razu wszyscy (6 osob!) sie rozgadali, Asher zaczal wszelkie bajery fizyczne demonstrowac, Alfredo jakowes Aikido-obrotasy, Helena - Zrodla Wiecznej Mlodosci, ale najsmieszniejszy byl Neil, gdy “zasnal”, jak mielismy “lewitowac” Helene. Jak sie mowi: “smiechu bylo, co nie miara (?)”! :))

Podsumowujac: 5 na 6 osob mialo cos wspolnego ze sztukami walk (wliczajac nas - sie wie)! :)

“Refugio” (4.110 m n.p.m.). Wycieczka - 06.06.2008

Mialo byc mega zimno, a wcale nie bylo tak zle! :) Nawet sie trzeba bylo z “klamotow”nieco rozplaszczyc! ;)

Mimo to nie spalo sie dobrze… W nocy sie budzimy, juz sie wydaje, ze rano, a tu 2 am… Ciezko zasnac… Pamietac trzeba, ze spalismy na ponad 4.000m!

Pobudka o 5.00-5.20 i bez sniadania, do lodowatego auta i w droge!

Jak bedziecie kupowac wycieczke upewnijcie sie, ze auto ma sprawne ogrzewanie (i najlepiej klime na dzien) :)!

Jedziemy ogladac buchajace gejzery… Wszyscy “kopnieci” po ciezkiej nocy, sniedzi siara i zimno jak cholera! Ludziska skacza przez sztucznie zrobiony gejzer, z ktorego oczywiscie najwieksza para bucha.

Zas do Laguna Verde i kolejnego wulkanu - Licacahur (nie tak malowniczy jak poprzedni). Chyba jednak - moze ze wzgledu na pore roku - nie zachwycily nas tak bardzo…

“Highlightem” tego dnia byla jednak kapiel w wodach termalnych: na dworze ok. zera, a w wodzie cieplutko! No i mozna sie nieco obmyc po spartanskich warunkach w ciagu ostatnich kilku dni ;)! Sniadanko w budyneczku - mniam mniam :)!

Teraz juz tylko 7h do Uyuni…

Po drodze jeszcze jednak atrakcja na pozegnanie: Pustynia Salvadora “Daly” (naprawde tak napisali ;) - kamloty na pustyni ;)!

Podsumowujac: chyba lepiej - ze wzgledu na telepanie sie w jeepie zbyt meczace - wziac wycieczke na 2 dni, a wykapac sie kolo Potosi w cieplych zrodlach, jesli tak akurat marszruta wyda :)!

Powrot do Uyuni. Jestesmy przemeczeni, autobus wlasnie uciekl (powrot ok. 17:30, autobus do Potosi o 18:00), nie chce nam sie siedziec kolejnych godzin w srodku lokomocji, no i ciepla woda pod prysznicem kusi ;). Zostajemy na noc w Uyuni (3.700 m n.p.m.) - cieply prysznic! :)))
07.06.2008 (sob.)

Uyuni. Hotel “Sajama”. 55 BOB / 2 os. (ok. 18 PLN)

Brrr… W lazience lod na umywalce ;!

Udajemy sie autobusem za 15 BOB (ok. 5 PLN) do Potosi. Wyruszamy o 9:50 (mialo byc o 9:30). Podroz trwa ok. 7,5 godzin. Mam juz serdecznie dosc uciskania siedzenia i nie konczacej sie trzesiaczki - droga szutrowa…

W sumie wyjechalismy z Salty o polnocy prawie piec dni temu. Nastepnego dnia dobilismy do Uyuni, po drodze na krotko zatrzymujac sie w La Quiaca (Argentyna) i Villazon (Boliwia). Zas do Tupizy i Uyuni. Nastepnie 3 dni prawie bez przerwy jezdzilismy jeepem po salarze m.in. Dosc… Koka nie pomaga… Czuje sie “a little bit dizzy”…

Mimo to, Potosi wydaje sie czarujace.

Zaczynamy od lokalnego przysmaku: kurczecia z patas (takie nasze “pyry”) ;) (11 BOB, ok. 3.5 PLN).

Zahaczamy tez o informacje turystyczna no i m.in. nas przestrzegaja… Bedziemy miec sie na bacznosci.

Udaje sie tez wejsc do kosciola Sw. Franciszka, bo akurat w soboty sa sluby, no i za darmo ;)!

Umieram… Na dzis koniec… Totalny zmulec… Choroba wysokosciowa. Do lozka i spac… :-I…

Potosi. Alojamiento “La Paz” (Calle Oruro). 20 BOB / os. (ok. 7 PLN)- 08.06.2008

Ojej… Ta noc byla ciezka… Wcale nie przez jakies alkoholowe ekscesy, tylko najprawdopodobniej przez wysokosc i moze jakowes zatrucie… Jak sie zasypialo, bylo zimno. W nocy x razy zmiana garderoby (ogolnie spanie w spiworze pod 2 kocami i narzuta ;)). Raz goraco, raz zimno… To do kibelka, to trzeba sie podniesc na chwile, by sie w brzusiu ulozylo… Wyro trzeszczy za kazdym “sie-przelozeniem”, a bylo ich chyba tysiace… No i niestety… Jeden ostrzegawczy beczek poszedl i zoladek wyrzucil kurcze z patas… Rzadko sie to zdarza, ale co poradzic… W koncu Potosi to najwyzej na swiecie polozone miasto - powyzej 4.000 m n.p.m….

Nie zwazajac zbytnio na niedobory snu (uwazam, ze nie ma sie co poddawac chorobie wysokosciowej, tylko dzialac tyle, ile wlezie - takie podejscie sie sprawdzilo na treku w Andach, w Chile ;)) udajemy sie do Museo de la Moneda (20 BOB, ok. 7 PLN). Wiadomo, ze wstepy do obiektow turystycznych sa zawsze drozsze dla obcokrajowcow, ale coz… Za fotografowanie wnetrz, badz filmowanie zycza sobie jeszce ze 20 BOB (boliwiany sa to ;)). Nawet przewodnika daja, co to czerstwymi tekstami rzuca pewnie przy kazdym oprowadzaniu (np. ze w towarzystwie tak pieknych dam, kiepsko po angielsku posuwa, ale ja i tak nie wierze, ze bez pan lepiej mowi, bo akcent mial zalosny ;)). Samo muzeum jednak calkiem, calkiem, gdyby nie zwarzyc na fakt, ze podobnie jak na salarach wciaz popedzaja… Sa i prasy do robienia siana, monety, nawet kilka obrazow, makabryczne mumie dzieci, troche innego zelastwa :)…

Jak to w takiej metropolii byc moglo, spotkalismy pare Szwajcarow, z ktorymi wycieczkowalim sie z Uyuni :)!

Kolejnym punktem programu sa kopalnie srebra - Cerro Rico, z ktorych slynie / slynelo Potosi. Ponoc swego czasu mialo wiecej mieszkancow, niz Paryz i Londyn (Potosi mialo ok. 160.000 mieszkancow, a pozostale dwa miasta ok. 60.000 i 100.000 mieszkancow). Nie bierzemy wycieczki za ok. 60 BOB (ok. 20 PLN), tylko autobusik za 1,20 BOB. Dowozi nas do kopalni. Dzis niedziela, co oznacza, ze malo gornikow na miejscu. Znajdujmy jednak jakiego weterana z 29-letnim doswiadczeniem, ktory nas oprowadza do wlosciach. Wyglada na duzy balagan… Ciekawe sa tablice informacyjne promujace troske o wspolpracownika, jakby mu sie umrzec mialo… Niestety… Nie wchodzimy do srodka, nie chcac sie umrusac za bardzo. Tio, czyli ichniego diabla, tez sobie darujemy, bo nie dosc, ze trzeba pono dwie msze dralowac, to “zlym” jakowyms czci oddawac nie chcemy ;)! Dziadzio sympatyczny oprowadza nas za 10 BOB (ok. 3 PLN), po drodze robiac flache z pobratyncami na kolejce wozacej surowce. Ogolnie smutno to wyglada… Kobiety z dziecmi gdzie niegdzie (?) przerzucaja… Cos?! Nie wiem, co to: srebro pewnikiem nie… Salwujemy sie busikiem do miasta (3 km).

Czuje sie wieeele lepiej… Serdeczne dzieki Ewie za opieke nade mna podczas nocnych rewolucji :)!

Szwedamy sie po tym slicznym miescie, gdzie naprawde czuc, ze jestesmy w Ameryce Poludniowej. Argentyna przy Boliwii, to zupelna Europa ;)!

Zycie toczy sie na ulicy, kobiety chodza w sukniach, rajstopach, getrach, kocach (mnostwo :) !) i trzewikach (a w nocy meeega zimno bywa), a takze w kapaluszach kultowych! Maja piekne czarne wlosy, zwiazane w dwa warkocze, na koncach ktorych dyndaja ozdobki :)! Maja raczej szerokie tylki (choc moze to od warstw sukni) i chudziutkie nozki ;)! Dzielne sa i troche mi ich zal: popylaja z dzieciaczkami na plerach i siatami wielgachnymi, kolorowymi na maxa :)!

Ludziska zuja liscie koki (my tez, bo pomaga na chorobe wysokosciowa).

Potosi jest naprawde ladne: wiele tu kosciolow z charakterystycznymi dzwonnicami w murach, placow, uroczych uliczek. Niestety nie wiadomo za bardzo, kiedy sa koscioly otwarte, ani kiedy sa msze… Katedra w remoncie… :( Udajemy sie za 15 BOB (ok. 5 PLN) do Sucre. Tym razem droga jest boska - asfalcik i tylko 3 h! :) Nie trzesie - jak blogo… Mniej wiecej godzine przez Sucre napada nas tona przekupek szturmujacych autobus, oferujacych mnostwo przysmakow (np. chicle con queso) po przystepnych cenach (np. 1 BOB, ok. 0.30 PLN).

W Sucre ewakuujemy sie z autobusu przed dworcem, idac za glosem rozsadku i ostrzezeniami Wolfganga, by nie brac taksowek z dworca, bo okradaja. Kilka “kwadr” dalej (jedna ma ok. 124m dlugosci) ladujemy u naszego niemieckiego hosta. Super sympatycznie (prawie jak zawsze) i ny-ny :)! Jak zwykle: Polska przegrala… Tym razem 2:0. I to z Niemcami, czyli rodakami naszego hosta…

Sucre. Wolfgang - 10.06.2008

Czesc dalsza dentysty… Polecam;):
Dr. Alvaro Bravo
Bolivar ·402
Telf. 6421277
odontobrvos@otmail.com

Wolf pokazuje nam 1.200m2 dom… Bajka… Moze kiedys :)… Dawniej domy w kwadrch rozciagly sie od jednej ulicy, do drugiej.
Dom byl podzielony na kilka czesci, kilka tarasow o roznych funkcjach: ubojnia, ogrod, relaks…

Ewa kupuje bilet na 06.08.2008 do Madrytu, z Limy.

W ramach ogolnych protestow, nawet “mercado” nam zamykaja i nie mamy sie gdzie posilic…

W Sucre w zwiazku z ogolnym niezadowoleniem odbywa sie pokojowa demonstracja, ale strajki - blokady drog - trwaja wciaz…
Trudno przewidziec, jaki bedzie rozwoj sytuacji…

Koscioly sa otwarte ok. 7 ranp i ok. 19 na msze…
Naprawde odczuwa sie, ze maja swe lata…
Nieco w hiszpanskim stylu, z mnostwem krwi prezentujac Pasje…

Udajemy sie na przedstawienie folklorystyczno-taneczne: “Origenes” (we wtorki dla studentow dwoch - 85 BOB, ok. 15 PLN / os.).
Glowna “macherka” jest partnerka naszego gospodarza - Ampara.
Super!!! Polecamy! Wszystko mega profesjonalnie: taniec, dzwiek, muzyka, swiatlo, lokal :)))!
Drinki 15 BOB (ok. 5 PLN): pisco saure i chuflay ;)!

Sucre. Wolfgang - 11.06.2008

Kolejny dzien organizacyjny: zalatwianie formalnosci z ubezpieczeniem zabka, poczta, internet (slabo tu chodzi) i nieco zwiedzania!

Sucre. Wolfgang - 12.06.2008

Dzis pobudka o 6.00 i wreszcie sie nieco wyrywamy z miasta!
Udajemy sie na dworzec Yurac Yurac (”bialy bialy”) autobusem nr 1 (1 BOB, ok. 0.30 PLN).
Stamtad mialy jechac - wg info na informacji turyst. - autobusy / “camiones” (ciezarowki) do Chataquila - kaplicy polozonej w poblizu Sucre, z z trasa wypadowa na treki.
Fakt: transport byl, tylko musielim 2,5h czekac na odjazd - pojechalim ok. 10.30 ;) (6 BOB. ok. 2 PLN).

Kaplica taka sobie, obok “schron” dla pielgrzymow.
Nalezy zaznaczyc, ze ze wzgledu na ogolne zlodziejstwo, w Boliwii wszystko zamykaja (a w szczegolnosci koscioly)…
Ciekawym jest, ze na skalach za kaplica sa miejca kultu Indian - male oltarzyki…

Okolica jest natomiast nieprawdopodobna widokowo!!! W ciagu dwoch dni widzielismy skaly kolorow: zielonego, zoltego, brazowego, fioletowego, czerwonego i wiele innych!

Udajemy sie do miejsc, gdzie sa petroglify: Incamachay i Pumamachay. Ciekawe sa tylko Incamachay (malowidla pod swego rodzaju “daszkiem” kamiennym, ponoc 2.500 lat maja).
W Pumamachay pojawil sie nie wiadomo skad autochton i za otwarcie kraty, chcial 10 BOB (ok. 3 PLN).
Nalezy zaznaczyc, ze widac dokladnie tyle samo zza kraty, jak i bedac w srodku. Na dodatkek, bez WLASNEJ latarki nic sie nie zobaczy,a “straznik” takowa nie dysponowal…

W czasie naszych wedrowek napotkalismy tez inne malo przyjemne standardowe zjawisko, ze dzieci bezpardonowa, nawet nie prosza o slodycie (”dame pastilla”), tylko uzywaj trybu rozkazujacego…
Ludnosc wiejska natomiast dorosla, zyczy sobie pieniazki za foto…

Z malowidel poszlismy “skrotem” wzdluz rzeki, oczywiscie gubiac sie nieco i wiszac na prawie pionowych skalach… ;)
No coz, moze taki dowcip “straznika”, ktory nam wskazal ten skrot, za kare, ze nie chcielim dac drobnych i musial dralowac do chalupy po “cambio” (reszte)… ;)

Ale ostatecznie dotarlismy po ciemku do Chuanca, gdzie o dziwo byly swa sklepy i rozbilim sie przy Centrum Turystycznym.

Nalezy pamietac, ze trudno o obiektywny czas trekow… Nasze czasy raczej byly ponizej sredniej - moze przez bladzenie… ;)
Wspomniec tez nalezy, ze dorga w pewnym momencie po prostu sie oberwala…

Chuanaca. Namiot - 12.06.2008 .

Z Chuanaca udajemy sie do MArague, po drodze przechodzac bosymi stopami 20m lodowatej wody.
Wszystko jednakl wynagradzaja przepiekne widoki!
Mijamy wiesniakow, ich proste chaty, zwierzeta… Jest to rejon znany z przedzenia i wyrobow rzemislniczych tekstylnych.
Mozna zawitac do pierwszej lepszej chaty i jak sie zna quechua zagadac, czy nei maja czegos na sprzedaz ;)!

“Camiony” jezdza o nie wiadomo ktorych godzinach, ale raczej ok. 12-14 np. z Quila Quila i takze Chuanaca ponoc…

My po dotarciu do Maraguw i obejsciu calej wiochy, ktora z folderu wygladala bardziej interesujaco niz La Paz, stwierdzilismy, ze nic tu nie ma…
Sklep za 2h MOZE otwieraja i na transport do Sucre musielibysmy do jutra czekac…

Napatoczyl sie jednak jakowys jeep z turystami z Quebecku i dogadalim sie, ze nas zabiora do Sucre! Hurra! :)))
Po drodze fajne “miradory”, wizyta w chacie tkaczki i slady dinozaurow ;)!

W Sucre na mniam-ryneczku tojoria - kleic podobny do ryzowego i api - slodyczy mnostwo, ale poprawilim konkretem ;)!
Czasam nie wie sie, co sie zamawia. Gdy kosztuje to 10 BOB (3 PLN) na dwie osoby, jakos sie czlek nieglowi za bardzo… Najwyzej bedzie na zas! ;)

Sucre. Wolfgang - 14.06.2008

Wizyta na Recolecie, skad sie roztacza piekny widok na miasto.
Dzis chcemy wydostac sie z Sucre do La Paz (70 BOB, ok. 23 PLN), bo blokadami drog bardzo strasza… ;)

Btw: ponoc sa polscy ksieza w kosciele sw. Franciszka!

La Paz. Residencial M…? ;) (ul. Chuquisaca oraz Av. Pando) 40 BOB / 2 os. (ok. 13.50 PLN) - 15.06.2008

La Paz przywital nas jednym z lepszych wschodow slonca, jakie kiedykolwiek mialam okazje ogladac. Niebo na poczatku bylo w paski czerwono, fioletowo, niebieskie, zeby po chwili zaplonac zywym ogniem. Niesamowity widok ognia wylaniajacego sie zza gor. Samo miasto rowniez robi wrazenie. Jako najwyzej na swiecie polozona stolica (3.660 m n.p.m.) znajduje sie wsrod pieknych gor. Domy wznosza sie na ich zboczach i z daleka wyglada to naprawde malowniczo!

Na dworcu przyszedl czas na jedzonko. Dobilismy sie do straganu jednej z licznych bolivianskich kobiet serwujacych swoje sniadanka. Buleczka z mieskiem i gorace cacao, czy kawka - jak kto woli - (5 BOB, ok. 1.70 PLN). Z dworca (ostrzezeni wczesniej przez kobitke z kiosku, zeby z nikim nie rozmawiac tylko isc przez siebie) udalismy sie na poszukiwanie miejsca do spania. A po drodze do kosciolka na express-msze, z radosnymi spiewami o 8:00! J

Znalezlimy bliziutko centrum maly hotelik (Residencial) i udalam sie na godzinna drzemke.Wybylismy sie na miasto o 11. Szwedalismy sie po marketach nie odmawiajac sobie tutejszych specjalow. Polecamy comedory na Placu Alonso de Mendoza! J Weszlislismy tez do tutejszego Muzeum Koki (10 BOB, ok. 3 PLN). Miesci sie w malym lokalu. Mozna kupic rowniec karmelki z koki (polecam) w cenie 1 BOB (ok. 30 gr.) za sztuke. Niewielkie muzeum, ale duzo tresci. Mi sie podobalo!MW: Mercado Negro skusil Ewe spodniami bomba i takaz sama bluza ;)!Wieczorem dobilismy do kina na placu glownym - Indiana Jones IV! (10 BOB za osote, inne kina – nowsze – kosztuja 20-25 BOB). Zalapalismy sie jeszcze na koncowke Ironman. O 23 wracalismy do domu z dusza na ramieniu osiagajac szybkosc, ktora pozazdroscilby nam Korzeniowski. No bo tu niebezpiecznie…

MW: Nalezy pamietac, ze w La Paz zakonczyli swoja wyprawe LosWiaheros, po tym, jak ich brutalnie napdnieto (dlatego w ogole omijalim taksowki)…

La Paz. Residencial M…? ;) (ul. Chuquisaca oraz Av. Pando) 40 BOB / 2 os. (ok. 13.50 PLN) - 16.06.2008

Rano sniadanko w jednym z comedorow. Kawunie, ktora robia mieszajac przygotowana wczesniej esensje kawy, wody i mleka skondensowanego w proporcji 1:2:4, tak ze syci :). Juz nie dziwi nas wcale, ze pani ze straganu naklada szynke brudnymi rekami. Z obiadami robia tak samo. Arroz?? i juz dlon pani zanurza sie w garnku, by wydobyc z niego garsc ryzu, ktory od razu laduje na talerzu, a za nim salatka (tez rekoma) i co tam jeszcze byc moze.

MW: Probujemy odnalezc targ rzeczy uzywanych (Barrio Chino), ale okazuje sie, ze funkcjonuje tylko po poludniu i nasze lazenie na marne…

Odwiedzamy informacje turystyczna, ale pani za biurkiem nie bardzo potrafi udzielic nam informacji na temat tego, co ciekawego mozna zobaczyc w La Paz - troche to smutne… Wspinamy sie wiec na pobliski mirador… Przy koncu okazuje sie, ze przejscia nie ma, bo budowa trwa. Przy budowie kobiety z mezczyznami na rowni, taczki w dlon i zasuwaja (i to w tych swoich spodnicach rozlozystych!).

Wracamy do centrum szukajac mozliwie najtanszej oferty na wycieczke rowerowa na “Najniebezpieczniejszej Drodze Swiata!”. Troche sceptyczni, bo komercja straszliwa, ale jakas adrenalina w koncu! Ceny wahaja sie od 80 dolarow do ok. 40 - w zaleznosci od standardu roweru (260-440 BOB). My tam na rowerach swietnie sobie radzimy, wiec wybieramy opcje najtansza w firmie Astrid :)!

Cena obejmuje rozne cuda nie-widy jak: koszulki, plyty CD ze zdjeciami, obiad w hotelu w Coroico (z basenem) itp. Chcemy wynegocjowac nizsza cene zapewniajac, ze te zbytki nie sa nam potrzebne, ale niestety pakiet to pakiet. Na czyms zarabiac musza. Ale opuszczaja nieco cene (mamy w koncu w naszej ekipie najlepszego negocjatora ;)) i “suma sumarow” kupujemy wycieczke za 260 BOB (87 PLN).

Po takich ciezkich negocjacjach czas oczywiscie na zasluzony obiadek. Ladujemy po raz kolejny w ulubionym comedorze i upolowawszy w koncu wolne krzeselka delektujemy sie dwudaniowym daniem gigantem. I to wsystko za 6 BOB (ok. 2 PLN).

Jakos tak troche nam nudno w tym La Paz. Wchodzimy do Muzeum Instrumentow Muzycznych. Posiada kilka sal i automatyczne swiatla, o czym z duma informuje nas pani od biletow ;). Bogata ekspozycja, ale najwazniejsze, ze na niektorych z instrumentow widnieje napis “Se puede tocar”. No wiec plumkamy ile wlezie! J Nie przeszkadza mi wcale, ze nie potrafie grac na zadnym z nich. Jest bomba! Cymbaly i perkusja i jakies inne stwory :)!Po drodze na rynek natykamy sie na Muzeum Etnograficzne (gratis). Trzeba przyznac, ze naprawde dobrze zrobione. W kilku salach widnieja wystawy tekstylow, strojow do tancow rytualnych, masek, monet, pioropuszy (!), a nawet wystawa zdjec ziemniakow :)! (w Boliwi maja przynajmniej 200 roznych odmian ziemniakow!).MW: Organizacyjnie – ceny (1 BOB = ok. 30 gr.):

Susz – 1 BOB

Ciacha: 1.5-3 BOB

Kawa: 2.5 BOB

Bula: 1-2 BOB

Sok “completo” (¡!): 3 BOB

I-net: 2 BOB

La Paz. Residencial M…? ;) (ul. Chuquisaca oraz Av. Pando) 20 BOB / 2 os. (ok. 7 PLN) – znizka ;)! - 17.06.2008

Death Road ;)!

Pobudka z rana, i o 7:00 jestesmy odbierami przez minibus spod naszego hotelu. Wioza nas na sniadanko, gdzie spotykamy pare Holendrow i goscia z Izraela (duzo ich w calej Ameryce Poludniowej), ktorzy razem z nami beda robic wycieczke rowerowa.

O 8:00 wybywamy z La Paz. Godzine pozniej wysiadamy z busu na wysokosci 4.700 m n.p.m, aby dosiasc naszych rowerow i pognac w dol. Oczywiscie chwile trwa zanim zalozymy stroje, sprawdzimy i dopasujemy rowery i zrobimy zdjecia.

W koncu ruszamy. Przez pierwsze 20 min. droga jest asfaltowa i musze przyznac, ze mozna naprawde bardzo sie rozpedzic, a troche strach, bo hamulcom ufac do konca nie mozna. Kazdy zjezdza w dol wedlug wlasnych mozliwosci, ale nie mozna wyprxzedzac przewdnika L… Dalej zaczyna sie tzw. “ripio”, czyli piasko-zuzel. W miare przyzwyczajania sie do roweru pewnosc siebie rosnie. Smigamy na dol. Po prawej stronie caly czas mamy przepasc, a droga ma szerokosc 3-4 metrow. Widoczki przepiekne, bo juz tutaj zaczyna sie roslinnosc rodem z dzungli. Zielono, wilgotno i cieplo. Kilka przerw po drodze, zeby obejrzec krzyze z nazwiskami ludzi, ktorzy z tej drogi nie wrocili. Mowia ze rocznie ginelo tutaj 100 osob w wypadkach samochodowych. Od kiedy zamknieto ta droge 2 lata temu, srednia oczywiscie zmalala. Jedziemy sobie bardzo przyjemnie w dol. No i oczywiscie bez przygod sie nie obylo, bo napatoczyl sie jakis samochod jadacy powolutku przed nami. Chcialam go wyminac, ale nagle stanal, no a hamulec - jak juz mowilam - kiepski. Wslizgnelam sie pod samochod, robiac fikolka po drodze, w polowie ktorego znajoma dlon podniosla mnie na nogi. Co za refleks! ;) Na szczescie wiecej nerwow, niz szkod. Jedziemy dalej, az droga konczy sie na 1.200 m n.p.m., czyli przejechalismy w pionie mierzac 3.500 metrow :)! Oczywiscie nie jest to najniebezpieczniejsza droga swiata. Ochrzchona zostala tym tytulem z powodu liczby wypadkow jakie mialy tutaj miejsce, a na to z kolei mial wplyw bardzo duzy (niegdys) ruch (tak dla sprostowania ;)).Dowiezli nas do hotelu, gdzie pierwsze co zrobilismy to skok do basenu – brrrr ;)! O dziwo tutaj zaledwie 100 km od La Paz, piekne slonce, palmy, az pomyslelismy, ze normalnie Brazylia! Troche w basenie, a dalej pierwszy od dawna naprawde cieply i dluuuugi prysznic. I woda sie nie konczy! I prad nie kopie! Szalenstwo! Niech to trwa! ;) Mycie, pranie, szorowanie i “nowki-sztuki” zasiadamy do obiadku. Szwedzki stol, tak ze salatek dla innych za duzo nie zostalo ;)!Podroz z powrotem juz mniej ekscytujaca, choc podazamy ta sama droga, tyle ze w aucie. Przynajmniej zdjecia mozna zrobic. Po drodze samochod sie psuje - pasek klinowy peka - cokolwiek to znaczy. Dla mnie - laika samochodowego - tyle tylko, ze ciezko bedzie jechac dalej. Spedzamy ok. 40 minut czekajac, az kierowca upora sie z problemem. Uporal sie. Dojezdzamu ok. 19 do La Paz i jeszcze odbieramy obiecane koszulki i plyty CD.

MW: bede troche niemily oraz nie bede rekomendowal tej agencji turystycznej – Astrid, a to dlatego, ze nie wspomnieli, ze cd i koszulki trzeba odebrac w biurze, najlepiej dnia nastepnego… Moga przeciez wypalic plytki, jak jemy obiad, nie?! ;) Powinni tez nas odwiezc do domu, a po wizycie w biurze firmy, gdzie musielim odebrac nalezne nam klunkry (bo nastepnego dnia wyjezdzalim wczesnie rano), ulotnil sie transport i musielim z buta gnac do residenciala (po drodze bedac swiadkami, jak tubylec obcokrajowcowi wyrywa siate i myk! w nogi…). Podsumowujac – niebezpiecznie sie szwedac po ciemku I glupio by bylo, gdyby nam sie cos stalo wracjac z tak “znakomitej” wycieczki…

La Paz. Residencial M…? ;) (ul. Chuquisaca oraz Av. Pando) 20 BOB / 2 os. (ok. 7 PLN) – znizka ;)!

Raniutko pobudka po raz kolejny. Udalo nam sie zlapac od razu colectivo na Cementerio (cmetrzach w La Paz, w poblizu ktorego odjezdzaja autobusy do roznych miejsc Boliwii) i dalej autobus do Copacabana (15 BOB / os., ok. 3 PLN), tak ze o 7:00 siedzielismy juz spokojnie w swoich siedzeniach w busie. Na miejscu wyladowalismy ok. 10:00. Szybki rekonesans pobliskich residencjali i hoteli, i po zostawieniu czesci bagazy w Hostelu de la Luna w Copacabana udajemy sie pieszo w kierunku Yampupata.

MW: Droga wiedzie przez wies boliwianska i ciekawie obserwowac ludís przy ich codziennych zajeciach. Po drodze mija sie jakies groty i sa tez inne zabytki nie zaznaczone drogowskazami jednak… Najladniejsze sa jednak gipsy na jeziorze. Jedna z nich do zludzenia przypominala jakiegos stwora – vide galeria! ;)

Miejscowosc oddalona od Copacabana o ok. 17 kilometrow. Mielismy zamiar zlapac tam tansza lodke na Isla del Sol, a przy okazji nacieszyc sie “caminata” (droga). Spacerek zajal nam wiecej czasu, niz sie spodziewalismy, bo ok. 5 godzin. Juz przy wejscu na yampupatajska ;) plaze, zaczepil nas tutejszy dziadek proponujac lodke za 40 BOB, ok. 13.50 PLN (napedzana sila jego miesni). Tuz za nim stal kolejny, ktory proponowal motorowke za dwa razy tyle. Nieufni troche poszlismy rozejrzec sie w okolicy, czy przypadkiem nie ma czegos tanszego. Niestety okazalo sie, ze sa to jedyne dostepne transporty. Pozniej dowiedzielismy sie, ze na kazdy dzien inna osoba ma dyzur, czyli prawo do zarobienia 40 czy 80 BOB. Uzgodnilismy z dziadkiem, ze za 35 poplyniemy pod warunkiem, ze Michal bedzie wspomagal swoimi miesniami ;)! I tak po pol godzinie wioslowania znalezlismy sie na plazy Isla del Sol.

Na brzegu czekal juz dziewieciolatek proponujacy nam nocleg w “swoim” hotelu i posilek w “swojej” restauracji. Orientujac sie, ze 80 BOB za noc, to cena nie dla nas, podal nam cala oferte hoteli i hosteli w okolicy, az do 10 BOB za noc, przy okazji eskortujac nas do “centrum”, czyli najblizszych zabudowan. Ze spokojem powedrowalismy do jednej z restauracji z tarasem, z ktorego rozciagal sie wspanialy widok na jezioro Titicaca, z niesamowitym zachodem slonca. Kiedy raczylismy sie pstragiem (20 BOB, ok. 7 PLN) pejzaz zmienil sie prezentujac ksiezyc w peni i srebna tafle jeziora! Kilka fotek i ruszylimsy do hostelu. Znalezlimy jeden za 10 BOB za osote (ok. 3.30 PLN), bez prysznica, ale za to jak cieplo bylo ;)!

MW: probujemy tez ichniego przysmaku w plynie: “Inca Quina” (4 BOB). Tak sobie mysle, ze smieszna gra show: “Inca Cola” (adekwatny przysmak, tylko, ze w Peru) => “Coca Inka” => “kokaina” ;)…

Isla del Sol, Hostel przy kafei internetowej. 20 BOB / 2 os., z lazienka (niedzialajaca ;) - 19.06.2008

Rano ruszylimy zwiedzac ruiny. Za ta przyjemnosc, dwaj dziadkowie skasowali nas po 10 BOB (3.30 PLN).

MW: Smiesznie wygladali na maxa ;)! W srodku niczego, przy drodze, gdzie nic specjanego nie ma, troche niedolezni, dzielnie strzegli dziedzictwa kulturowego Boliwii ;)! Sympatyczni byli, ale juz nie pierwszy raz mamy wrazenie, ze w Boliwii nie wszyscy super szybko rachuja, a z drodnymi zawsze jest problem… Najlepiej, jak zawsze masz dokladnie odliczone, na kazda okazje ;)!

Droga do ruin trwala ok. 2,5-3 h. Po tym czasie przy drodze spotkalismy siedzaca na kamieniu kobiete, ktora sprawdzila nasze bilety i puscila nas dalej. Kilka metrow od niej, przy kamiennym stole siedzial mezczyzna. Na stole rozlozone mial przerozne rzeczy i kiedy podeszlismy zaproponowal, ze odprawi rytual za kilka bioliwianikow (!). Dalej zobaczylismy ruiny. Hmmm, co by tu nie mowic rozczarowaly nas bardzo, gdyz nie odrozniaja sie za bardzo od pozostalych kamlotow w Boliwii i sa to zaledwie ruiny jakis starych kamiennych domow… Ale, ze pogoda byla piekna i natura takowaz, zrobilismy sobie piknik :)! O 13:30 (o dziwo wszystkich, ktorych pytalismy podawali te sama godzine, wiec prawie bylismy pewni ze tak jest!) mielismy prom z pobliskiej plazy spowrotem do Copacabana (15 BOB, ok. 5 PLN). Dobilismy troche wczesniej. Chlopiec sprzedajacy bilety rzucil cene 20 BOB od osoby, na co slyszaca to para zaprzeczyla, ze bilety kosztuja 15 BOB. Tak zostalismy uratowani przed niezamierzonym napiwkiem dla biletera ;). Prom plynie z polnocnej czesci wyspy (Challapampa) o 13:30, ale zatrzymuje sie przy poludniowej plazy na poltora godziny, ladujac w Copacabana ok. 17. Cala podroz trwa wiec ok. 3,5 godziny.

W Copacabana zjawilismy sie w naszym Hostelu de la Luna. Dostalismy nawet pokoj z lazienka (20 BOB za dwie soby), zostawial jednak duzo do zyczenia, dlatego mimo zmeczenia wyszlismy na miasto :). Muzyka na zywo w restauracjach zaczynala sie wedlug afiszow o 8:30, wiec poniewaz bylo jeszcze wczesniej poszlismy na molo uraczyc sie wlasnej roboty Cuba Libre :) (15 BOB rum i 6 BOB Inca Quina).

Uderzylismy pozniej do jednej restauracji z muzyka na zywo na czterodaniowy obiad (salatkowy bufet+zupa+drugie danie+deser za 22 BOB czyli ok. 7.30 PLN :)). Spedzilismy tam troche czasu czekajac na ta muzyke, ale zapytany w koncu przez nas kelner odpowiedzial, ze nie wiadomo, o ktorej zagraja i czy na pewno. Przenieslismy sie wiec do innej knajpki, gdzie trojka facetow dawala rade na gitarze, bebnach, fujarkach i co tam znalezli pod reka :)!

Capacabana, Hostel de la Luna (20 BOB / 2 os., z lazienka, ale syfik) - 20.06.2008

O 6:30 budza nas jakies niesamowite, dzikie - i co by tu nie ukrywac - prostackie krzyki, ryki, trzaskania i bebnienia. Lezymy cierpliwie w lozkach czekajac, az towarzystwo sie uciszy. Myslalam, ze tak wlasnie koncza sobotnie noce Boliwijczycy, ale okazuje sie, ze tak tu niektorzy zaczynaja dzien. Jakos nie zapowiada sie na rychla cisze, wiec Michal nie wytrzymuje i wychodzi do miasta. Ja wtoruje mu po poltorej godziny, kiedy moja nadzieje na dospanie “jeszcze troche” znikaja calkowicie.

Mielismy w zamiarze zostanie w Copacabana do 19-ej, kiedy to odjezdza najtanszy wieczorny autobus do Cusco (80 BOB, czyli 26 PLN), okazuje sie jednak, ze w calej Copacabanie jest tylko jeden bankomat i to boliwijski, reagujacy tylko na odcisk palca. Pieniedzy, wiec nie wyplacimy, a w kieszeni mamy juz tylko kilka boliwianow. Dodatkowo zrazeni porannymi przygodami decydujemy sie na kombinowany sposob dotarcia do Peru.

Bierzemy wiec colectwivo do przygranicznej miejscowosci Kasani (2 BOB, 0.70 PLN), tam niezwykle latwo i przyjemnie przekraczamy granice. W koncu znajdujemy sie w Peru!

MW: nagle troche zaprawiony dziwnym akcentem slyszymy “czyscic buty” ;)! Mlody poliglota pucybut oferuje swoje uslugi ;)!

Jeden dolar to 2,8 sola. Wymieniamy wiec pieniazki (tutaj w Yunguyo bankomatow rowniez brak!), zeby starczylio do Puno i tam tez sie udajemy autobusem za 5 soli (PEN). W Puno szwedamy sie troche po miescie i bierzemy autobus do Cusco o 22:15 (10 PEN, a ceny wahaja sie az do 30!). Na miejscu (noc przebiegla niezwykle szybko z racji zmecznenia) ladujemy o 5 rano.

W rezultacie kombinowanym sposobem dostalismy sie do Cusco za 13 PLN, czyli 13 PLN zaoszczedzone :)!

MW ceny (1 PEN = 0.74 PLN):

I-net: 1 PEN

Kisiel: 0.5 PEN

Chuafe (ryz z miesem kurczecia): 5 PEN (restauracja)

Empanada: 2 PEN (super pychotka)

Sandwich: 1 PEN

Ciacho: 0.5 PEN

Kawa: 0.5 PEN

Część V - Peru


Noc w autobusie - 21.06.2008

W Cuzco bierzemy taksowke (4 sole) na dworzec skad odchodza autobusy do Urubamba – Puente Grau. Ekspresem lapiemy takowy (3,5 sola). Kiedy dobijamy na miejsce miasto dopiero sie budzi. Krecimy sie chwile po uliczkach, zeby zaraz zlapac busa do Ollantaytambo (1 sol). Generalnie chodzi nam o to, zeby jak najtanszym sposobem dostac sie na Machu Picchu. Jak wiadomo niektorym, ze pociag z Cuzco do Aguas Calientes skad wchodzi sie na Machu Picchu nazywany jest najdrozszym na swiecie i kosztuje w jedna strone ok. 40 USD (a to zaledwie troche ponad 100 km), co smieszniejsze z miejscowosci Chilca (82-i km), ktora od Aguas Calientes oddalona jest zaldwie o 30 km, cena jest taka sama…

Wspierajac sie informacjami od wczesniej spotkamych podroznikow oraz z innych blogow wybieramy opcje przejscia pieszo tych 30 km torami :)!

Sobote poswiecamy na zobaczenie Ollantaytambo, poniewaz jest urocze, ale niestety baaardzo turystyczne. Udaje nam sie znalezc Hospedaje za 10 soli na osote. Okazuje sie jednak tuz przed kapiela, ze za cieply prysznic zaplacic trzeba kolejne 3 sole na osobe. Troche gadania i zostaje na 3 solach na dwojke :)!

Lazimy po usytuowanych na stromych zboczach ruinach inkaskich budynkow podziwiajac z gory miasto, a takze po samym miescie. Najwieksza atrakcja Ollantaytambo sa jednak calkiem spore fortyfikacje po drugiej stronie miasma, na zboczu. Peruwianskie cwaniaki wymyslily jednak, ze aby wejsc na nie trzeba kupic specjalny bilet (Boleto Turistico), ktory obejmuje kolejnych kilka innych zabytkow. Bilet ten wazny jest 10 dni. Za “normalny” zaplacic trzeba 70 soli (52 PLN), a za ulgowy 35 (ok. 26 PLN). Na bilet dwudniowy cena jest rowna dla wszystkich i wynosi 40 soli. Bez takiego turystycznego karnetu nie jest sie upowaznionym do wejscia na niektore z zabytkow w okolicach jak i w samym Cuzco! Nie kupujemy na razie :)…

Idziemy wieczorem do kosciola, gdzie Padre Luzak prowadzi msze dla mlodziezy w bardzo oryginalny wyluzowany sposob, a wikary paraduje w kurtce typu raperskiego z wielkim napisem “Jesucristo” na ramieniu! ;)

Ollantaytambo. Hospedaje Las Portadas. 20 PEN / 2 os - 22.06.2008

Wczesnie ranno pobudka (chyba juz nie bedzie nam dane wyspanie sie :)), zeby o 6 rano byc na placu, skad odchodzi warty 2 sole colectivo do tak zwanego 82 kilometra, czyli miejsca, w ktorym zaczyna sie slawetny i mega komercyjny (czyli nie przez nas uczeszczany ;P) Inka Trail. Ludzie do busa zbieraja sie i zbieraja (jest czas na sniadania, a nawet dwa). W koncu o 8:00 ladujemy na 82-im kilometrze. Jacys przewodnicy sie oferuja na Inca Trail, ale ich ignorujemy i mimo zakazow w droge torami (wszyscy “lokalsi” tak chodza). Zapas jedzenia w plecaku i ruszamy do Aguas Calientes. Troche niewygodnie sie idzie po kamlotach, a do tego co chwile (troche tego nie rozumiemy:)) jada pociagi, wiec trzeba byc uwaznym, bo droga kreta.

MW: Droga poza tym ciekawa. Mijamy 3-4 ruiny po dordze. Okazuje sie, ze jedzenia tez nie trzeba bylo brac, bo na stacjach niektorych mozna cos upolowac ;)! Mozna tez na 104-ym kilometrze wejsc na Inca Trail – nie wiem, czy kontroluja – i wyjsc przed Aguas Calientes, albo zajsc Machu Picchu od tylu – do wyprobowania zas ;)!

Robiac przerwy co ok. 10 km docieramy o 15:30 do Aguas Calientes.

Bilety na Machu Picchu podobno trzeba kupic w miasteczku. Normalny to cena 122 soli (100 PLN!), a ulgowy to 61 soli (ok. 50 PLN). Kiedy pojawilismy sie tam o 16-ej, byly problemy z systemem i powiedziano nam, ze bilety mozna kupic tylko na gorze. Ponadto pan w okienku upieral sie, ze moja karta studencka Euro26 nie uprawnia mnie do znizki studenckiej i ze honoruja tylko ISIC. O 19-ej natomiast okienko zostalo otwarte (utworzyla sie gigantyczna kolejka, ktora stala w miejscu). Nie bardzo chcielismy czekac, wiec postanowilismy, ze kupimy bilety na gorze. Pomaszerowalismy, troche na wyrost optymistycznie, poszukac miejsca na dziko na nasz namiot. Dziwne to, ale w poblizach wejscia na Machu Picchu ciezko znalezc 3×3 metry plaskiego terenu… Poniewaz noga odmowila mi posluszenstwa zdecydowalismy sie w koncu na pobliski camping (15 soli za namiot).

MW: pierwszy raz widzielismy w Ameryce Poludniowej pajaka wielkiegojak reka, ktory nam przebiegl droge w czasie spaceru nocnego po torach ;)…

Aguas Calientes. Camping Municipalidad. 15 PEN / namiot - 23.06.2008

4:45 pobudka. Zbieramy sie szybciutko, zeby byc jednymi z pierwszych na gorze. O 5:30 rozpoczynamy wspinaczke na gore. Po drodze mija nas kilka autobusow. Trzeba Wam wiedziec, ze istnieja po raz kolejny dwa sposoby dostania sie z Aguas Calientes na gore, do Machu Picchu. Jeden z nich polega na placeniu grubych pieniedzy za autobus, ktory dowozi Was pod samo wejscie slynnych ruin, drugi natomiast - ktory wybralismy - to wejscie kamiennymi schodami na sama gore. Droga miala trwac wedlug prognoz pani z informacji ok. 1 godziny. Nam natomiast zajela 35-40 minut. Ha! Pracuje sie nad kondycja ;)! Sciezka prowadzi bardzo pod gore, przez bardzo wilgotny i cieply pol-tropikalny las. Troche sie obawialismy, ze widocznosc bedzie beznadziejna, bo w kolo mnostwo mgly. Ale jak sie pozniej okazalo niepotrzebnie sie martwilim, bo mgly ustapily, niebo sie przejasnilo i zrobilo sie bardzo slonecznie.

Tak wiec na gorze bylismy tuz po szostej. Zjedlismy zabrane ze soba sniadanko i rozejrzelismy sie jak wyglada sytuacja z biletami.Oczywiscie, ze mozna bylo je tutaj kupic i oczywiscie, ze uznawali karte Euro26 (jupi!). Kombinowalismy rowniez, jakby to Michal mogl wejsc na ulgowy, ale bilety sa imienne i sprawdzaja je razem z legitymacja dwa razy, tak ze nie wiem jak bardzo trzeba byloby byc sprytnym, aby przechytrzyc kontrolerow.

Pierwsze co zrobilismy jak juz przedrzelismy sie przez bileterie :), to pobieglismy do wejscia na Wayna (Huayna) Picchu. Zebrala sie tam juz spora kolejka. Napis bowiem przy wejsciu informuje, ze dziennie na ten szczyt wejsc moze tylko 400 osob. My bylismy numerkami 121 i 122 :)! Znowu pod gorke. Dobrze, ze liscie koki za pasem :)! Male placebo :)! Na gorze piekny widok! Gdyby tylko mozna wyciac tych wszystkich ludzi ;)! Dlugo tam nie zabawilismy, bo naprawde tlum moze odebrac cala przyjemnosc. Znalezlismy maly spot nieco ponizej i tam zasluzenie odpoczywalismy.

Dalej mozna zejsc po drugiej stronie gory, zeby zobaczyc Gran Caverna i Templo de la Luna. Stamtad spowrotem do glownych ruin Machu Picchu. Brzmi latwo i przyjemnie, ale sie idzie i idzie i wydaje sie, ze caly czas pod gore. Oczywiscie, ze widoki wynagradzaja wszystko. Bez dwoch zdan! Napatrzec sie nie mozna!

Przed zwiedzeniem ruin miasta wyszlismy przed wejscie, zeby cos zjesc (w srodku nie mozna, ale wiekszosc ludzi cos zuje, chrupie i przygryza, tak ze bez przesady). Byla juz 12:00. Po posilku spowrotem. Tak szwendalismy sie po ruinach do 16-ej. Mam wrazenie, ze mozna tutaj spedzic o wiele wiecej czasu, niz nam bylo dane. Balam sie, ze bedzie to przereklamowana przyjemnosc, ale wcale mnie Machu Picchu nie rozczarowalo!

MW: potwierdzam J! Dobrze, ze poszlismy, choc byly inne alternatywy ;)! Mimo wszystko – warto! J

Wrocilismy do Aguas Caliente juz niezle zmeczeni. Rozne mielismy plany na powrot do Ollantaytambo, gdzie zostala czesc naszych rzeczy. W koncu za namowa pana z campingu zdecydowalismy sie uderzyc w druga strone, niz ta, z ktorej przyszlismy, czyli do Hidroelectrica (10 km od Aguas) i dalej przez Santa Terese (z elektrowni 8 km) i Santa Marie autobusami.

Po wizycie w comedorze ruszylismy po torach w strone elektrowni. Bylo juz ciemno. Na szczescie mielismy do przejscia tylko 3 km, poniewaz tam, jak sie dowiedzielismy, w ciemnym lesie (tuz przy torach) jest maly domek, w ktorym mieszka pewna kobita, ktora pozwoli nam rozbic namiot gdzies w poblizu ;). Mandor - domek byl, ale kobitka spala, a jakis chlopak, ktory nam otworzyl, nie czul sie na tyle kompetentny, zeby udzielic nam pozwolenia na rozbicie sie w ogrodku. Rozbilismy sie wiec po drugiej stronie torow, przed brama, ktora wydala nam sie stara i zardzewiala i na pewno 100 lat nikt tedy nie chodzil :). Chodzil - sie okazalo. Rano nawet delikatnym “Good Morning” nas obudzil :)!

Wspomne jeszcze tylko, ze wraz ze zmiana roslinnosci (palmy, banany itp.) pojawily sie roznego rodzaju bardziej i mniej fajne stworzenia.

Okolice Aguas Calientes. Mandor - 24.06.2008

Noc mnie nie rozpieszczala. Mimo, ze bylo bardzo cieplo, to czulam sie niekomfortowo na zoladku. Pewnie wina mojej glupoty, bo bedac naprawde spragniona (jakby to moglo mnie usprawiedliwic;)) wypilam co nieco wody z kranu. Na szczescie bez tragedii :)!

Rano ruszylismy w strone Hidroelectrica. Mijaly nas tabuny ludzi-autochtonow. My ze spokojem: sniadanko na torach, zdjecia przydroznych (czy raczej przytorowych) chat, bananowcow, malp na lancuchu (!), zbieranie avocado i innych takich :). Z elektrowni szlismy jeszcze ok. 4km, dopoki nie zabral nas busik do Santa Teresa (2 PEN, ok. 1.50 PLN). W nim spotkalismy bardzo milego Patricka z Irlandii (Greetings!), i tak nam razem zostalo, az do Santa Maria (10=>7 PEN). Mimo, ze to niedaleko, to podroz zajela nam ladne pare godzin. Trzeba bylo czekac, az uzbiera sie odpowiednia ilosc ludzi, targowac sie itp. W Santa Maria z kolei powiedziano nam, ze autobusy do Cuzco (przez Ollantaytambo, gdzie zmierzalismy) jada o 14, ale do 15 jak tam bylismy zaden sie nie pojawil. Ale pojawila sie ciezarowka. Kierowca sie zgodzil zabrac nas do naszego miasteczka. Oczywiscie nie za darmo, ale za 15 solow za dwie osoby - to polowa tego co autobus. Wrzucilismy plecaki na pake i siebie tez – jedziemy! Tylko, ze paka byla bez dachu. Na poczatku piekne slonce, az za goraco. I kurzawa straszna. Przysypani warstwa piasku jechalismy ukontentowani. Az droga zaczela wznosic sie niebezpiecznie w gore, i w gore, i konca nie widac… A im wyzej tym zimniej. Krotkie spodenki i rekawki zamienilismy na dlugie spodnie i polary. Skuleni czekalismy, az w koncu (przeciez nie mozna tak sie wnosic i wznosic!) zaczniemy zjezdzac w dol. Oczywiscie, ze zaczelismy, ale po drodze jeszcze mignal nam znak “wysokosc 4.316 m n.p.m.”! W ogole sie tego nie spodziewalismy!

W Ollantaytanbo bylismy ok. 19:00. Mala przekaska (zolodek zachowywal sie tak samo bez wzgledu na to czy cos jadlam czy nie) i jedziemy do Urubamba. A tam do naszego hosta, a raczej hosciny. Wiataja nas najpierw trzy wielkie psiaki (podobno jest ich jeszcze 10 malych w ogrodku!), dalej kot i dwie papuki-giganty-mega-zielone. Po takich przezyciach ostatnich dni spi sie wysmienicie :)!

MW: Nalezy wspomniec, ze 24-ego czerwca jest w Peru wielka fiesta. My zalapalismy sie na jej obchody tylko w Urubamba. Ponoc w pobliskim Cuzco odbywa sie ciekawe przedstawienie!

Urubamba. Jorge / Elsa - 25.06.2008

Dzien organizacyjny!

Z ciekawostek sa tu DVD z trzema filmami za 2.5-3.5 PEN (ok. 2.60 PLN).

Jako, ze w naszym apartamencie mamy TV, DVD i kompa, zakupilim “Star Wars” pierwsze trzy czesci ;)!

Urubamba. Jorge / Elsa - 26.06.2008

Kolejny leniwy dzien…

Ewa niestety bezskutecznie od wczoraj poszukuje swego “cuadrno” (notesu).

Urubamba. Jorge - 27.06.2008

Po niezwykle relaksujacych dniach w Urubambie (no moze za wyjatkiem sprawy mojego notesu, ktorego odnalezienie okazalo sie niemozliwe :( ) udajemy sie do Cuzco -wypas busikiem za 5 soli. Oczywiscie zaczynamy od znalezienia jakiegos miejsca do spania. Juz za bardzo sie nie krepujemy i pytajac o wolny pokoj z gory informujemy, ze zainteresowani jestesmy oferta 15 soli za 2 osoby ;). Malo to, ale udaje znalezc nam sie pokoj w jednym z Hospedaje. Co prawda bez okna i bez lazienki (podobno MOZE bedziemy mogli uzyc takowej w jednym z wolnych pokoi, z zalozeniem jednak, ze o wodzie cieplej to raczej nie ma co marzyc, wszystko kwestia przyzwyczajenia ;)), ale dobrze jest.

Udajemy sie na spacer po centrum. 28 czerwca, czyli dnia nastepnego ma sie odbyc w miescie festiwal rockowy Peru Expo Rock. Z ciekawosci o to jak bawia sie peruwianscy indianie kupujemy bilety (15 PEN).

Odwiedzamy informacje turystyczna, gdzie dostajemy mape i wiadomosc o tym, ze zeby dostac sie na pobliskie ruiny (”sexywoman” ;) itp.) jak i niektore z muzeow Cuzco, niezbedny jest slawetny bilet turystyczny. Cena jak juz wspominalismy to 35 PEN dla studentow i 70 PEN normalny.

MW: Wspinamy sie na wzgorze, blisko kosciola San Cristobal, z ktorego roztacza sie sliczny widok na Cuzco i pobliskie zbocza z gory.

Jeszcze zobaczymy myslimy sobie i zmykamy obejrzec Klasztor sw. Dominika i Qoricanche, ktory zbudowany zostal na ruinach swiatynie inkaskiej. Ladnie utrzymany (bilety to: 10 PEN normalny i 5 PEN nienormalny, czyli dla studentow;)) z ekspozycja obrazow sakralnych. Spacerujemy, az do zamkniecia obiektu.

Wieczorkiem jeszcze na internecik i spac wczesniutko :).

MW: Cuzco jest mega turystyczne i przez to meczace… Co chwile zaczepiaja sprzedawcy wszystkiego… Nie zmienia to fakty, ze miasto jest piekne! Samo w sobie, nawet bardziej urocze niz Sucre, choc w podobnym stylu.

Za atrakcje turystyczne slono sobie licza: dla przykladu ayahuasca - 190 USD, a 6′o sniowa wycieczka do dzungli - ok. 1.000 USD…

Z praktycznego punktu widzenia nalezy dodac, ze jest mnostwo agencji turystycznych, ktore wypozyczaja prawie wszystko, lacznie z butami trekingowymi ;). Rower za 15 PEN / dzien.

Cusco. Hospedaje 15 PEN / 2 os.- 28.06.2008

Dzisiaj dzien dobijania interesow zycia ;)!Udajemy sie na bazar kupna-sprzedazy-wymiany rzeczy uzywanych, nowych, kradzonych itp. Oczywiscie wszyscy nas ostrzegaja, zeby nic nie brac cennego ze soba, rece trzymac na kieszeniach, oczy na okolo glowy i w ogole czujnym byc! Staramy sie jak mozemy. Rzeczywiscie tutaj na bazarze zwanym “Baratillo” )Santiago dzielnica) zaopatrzyc mozna sie we wszystko i wszystkiego sie pozbyc (chcac lub nie;)). Sprzedajemy spiwor Michala (MW: 10-o leni za 35 soli, a zas NOWY w Limie za 25 widzielim!!! ;)) , UFO (tak nazwana przez nas aluminiowa poszewka na spiwor - MW: 15 PEN), moja kurtke, spodnie, ladowarke. Ponadto udaje mi sie zamienic stara kosmetyczke na czapke z ogromnym rondem ;). A w centrum miasta “opylamy” jeszcze stuptuty (ochraniacze blotne) Michala (MW: niestety tylko za 10 PEN biora, bo sucha pora…). Generalnie zadowoleni z ubitych transakcji.

Po bazarze ja zmykam do muzeum (kupujac wczesniej bilet turystyczny) Qorikancha (takie se ;)), a Michal na drzemke.

Wieczorkiem na 18 koncert do Jardin de la Cerveza. Na poczatku ludzi malo, ale wszystko przygotowane bardzo profesjonalnie. Naglosnienie super, organizacja tez na piatke i kapele rowniez nas nie zawiodly. Gralo ich dokladnie osiem, z czego na szczegolne rekomendacje zasluguje NOSEQUIEN Y LOS NOSECUANTOS. Muzyka i cala oprawa sceniczna (skecze i kontakt z publicznoscia) bomba!

MW: oprocz tego brzekolily: Berry, Stop, Rubrica, Tremolo, La Sarita, Mar de Copas, Pedro Suarez-Vertiz. Jedno bylo mega gejowe, reszta dosc nieswieza muzycznie, ale publika porzadna - nikt nie lezal spity - i ogolnie dopisala (mnostwo ludu).

Cusco. Hospedaje 15 PEN / 2 os.- 29.06.2008

Rano zmykamy do katedry. Wstep kosztuje 25 PEN (przesada), ale w czasie mszy mozna tez co nieco zobaczyc. Pozniej ogladamy parade na Plaza de Armas i jedziemy do Pisac. Wczesniej jednak Michal musi kupic bilet turystyczny. Ide wiec z moja karta Euro26 i wpisujac na bilecie nazwisko Wasik nabywam studencka wejsciowke ;).

Pisac oddalony jest o ok. 1,5 godziny drogi od Cuzco. M.in. w niedziele odbywa sie tutaj targ. Mnostwo zagranicznych ludkow, brak informacji turystycznej, straganow sto milionow. Wsrod tych ostatnich nasze ulubione comedory (czyli jadlodalnie) na swiezym powietrzu. Kobitka serwuje mi jakas zielenine z ryzem.

Wspinamy sie na pobliskie ruiny Pisac. W goooore. Oboje zle sie czujemy. Brzuszki bola i inne rewelacje. Powolutku wiec. Na gorze jest co zwiedzac. Ruiny roztaczaja sie na kilku wzgorzach. Caly dzien mozna chodzic. Michal idzie zobaczyc wszystko, a ja poleguje na trawce korzystajac ze slonca (drzemka). Przy okazji przysluchuje sie niepozornie co do powiedzenia maja tutaj przesiadujacy przewodnicy. Jeden w przerwie miedzy turystami siedzi w kucki pod murem i gra na fujarce. Milo bardzo.

Z gory pieknie widac caly Pisac i co wazniejsze mozna sobie znalezc miejsce na namiot :)! Rzeka sie wije, a przy niej mnostwo trawy i piasku :)! Schodzimy na dol, gdy juz zaczyna sie sciemniac. Michal naprawde zle sie czuje (slabiutki:(), wiec po szybkiej herbatce zmykamy rozbijac namiot i spac. Znajdujemy miejsce i nie zwazajac na szczekanie pobliskiego psa, rozbijamy sie.

Pisca. Namiot - 30.06.2008

7:00 rano dzien zaczynamy. Jakie piekne miejsce wybralismy sobie na nocleg, az milo! Zawsze, gdy rozbijamy sie po ciemku, rano zaskakuje mnie otoczenie, ktore wieczorem totalnie kryjo sie w ciemnosciach. Zbieramy namiot i w pobliskim barze jemy sniadanko. Dalej bierzemy autobus do ruin Saqsaywaman zwanych popularnie “sexy women”, i innych okolicznych (Tambomachay, Puka Pukara i Q’uenqo).

MW: nie nalezy schodzic z Puka Pukara do Seqsaywaman, bo mija sie Q’enqo i trza zas podlazic pod gore :(…

Jedynie te pierwsze sa naprawde warte zobaczenie. Dosyc duzy kompleks, ktory mozna ogladac to zaledwie 20% tego, co stalo tutaj wczesniej. U podnoza tych klamotow jemy drugie sniadanko :).

MW: Z Tambomachay do Puka Pukara jest 5 min.. Z Puka Pukara do Q’enqo ok. 30-45 min. Z Q’uenqo do Seqseywaman, ok. 15-30 min. Do Cuzco Plaza de Armas ok. 30 min.

W czasie przechadzania sie po ruinkach robie zdjecie jakiejs kobicie. Bardzo dyskretnie i bardzo z daleka. Okazuje sie jednak ze niewystarczajaco, bo juz leci i krzyczy ze moneta sie nalezy. Za wszystko chetnie i gorliwie tutaj kasuja - “propina”. Juz coraz mniej nas to dziwi, a coraz bardziej denerwuje. Za kibelek bez klapy (standard) i wody, w oparach wykrecajacych nochale tez nalezy sie “un sol”.

Dalej kierujemy sie centrum. Z “sexy woman” do miasta to zaledwie 10 min. milego spacerku. W Cuzco zagladamy jeszcze do muzeum sztuki popularnej, gdyz Santa Catalina Convent Muzeum, ktore rowniez obejmuje nasz bilet turystyczny jest zamkniete :/, a pani w informacji-kasie turystycznej, ktorej sie o to skarzymy zaprzecza jakoby o tym wiedziala :/…

Zabieramy reszte rzeczy, ktore zostaly w hospedaje w Cuzco. Wczesniej jeszcze biorac goracy (czytaj: nie zupelnie lodowaty) prysznic za 2,5 PEN od osoby i kierujemy sie na dworzec.

Zamierzamy jechac dzisiaj w nocy do Nazca. Ceny biletow nas oszalamiaja. Ludzie chca za te 12 godzin jazdy nawet 130 PEN (kasuja jak do samej Limy)! Udaje nam sie wytargowac bilety za 65 PEN od osoby, luksusowym autobusem (z jedzeniem!). Podroz ma byc, wiec mila i przyjemna. Ok. 4-ej nad ranem zaczynam sie nudzic, czyli zoladek daje o sobie znac. Zakrety jeden za drugim, przyspieszanie, hamowanie, nieznosne goraco bijace od grzejnika. Patrze po ludziach i widze, ze nie jestem odosobniona z moim problemem. Michal budzi sie nieco pozniej z rownie niewyrazna mina. A zakrety sie nie koncza. Udaje sie jednak dobic do Nazca z pustymi woreczkami pierwszej pomocy (choc nie wszyscy w autobusie mieli to szczescie).

Nazca. Ruben - 01.07.2008

MW: piec miesiecy naszej podrozy! :)))

Ladujemy przed biurem firmy przewozowej Transmar. Wymietoleni, dziekujemy opatrznosci, ze koszmar podrozy dobiegl konca. Nie mamy jednak sily, zeby podrozowac tego dnia dalej. Dzwonimy, wiec do Rubena, czy moglby nas przenocowac. Zgadza sie. Ladujemy u niego w domu, zostawiamy bagaze i na miasto. Nazca to naprawde brzydka miescina, jeden z gorszych Plaza de Armas jakie widzelismy. Udajemy sie jednak do pobliskiego szpitala. Martwia nas bowiem te ciagle gastronomiczne problemy. Kasuja nas 10 PEN. Badaja Michala (ja sie tam na medycynie nie znam, ale jakos nie ufam tutejszej sluzbie zdrowia). Pan doktor mowi jednak, ze to nie salmonella, ktorej sie balismy, ale jedynie jakies zatrucie.

MW: strasznie dorgie sa leki w Peru - za wegielek zycza sobie 1,5 sola (jedna sztuczke ;)).

Robimy falstart na akwedukty, ale za daleko sie okazaly ;)…

Jedziemy na pobliski mirador zobaczyc slynne, gigantyczne rysunki na ziemi (Nazca Lines). Mozna sobie oczywiscie kupic przelot nad pustynia i z wiekszej wysokosci podziwiac te cuda sprzed 500 lat, ale mirador nam starczy (2 PEN autobus w jedna strone +1 PEN wejscie na mirador). Zasnelam w autobusie i to co zobaczylam po wysiadce rozbawilo mnie do lez. Plaskie pole, a przy drodze wiezyczka taka jaka dysponuja nadbaltyccy ratownicy. I to jest ten mirador! :) Oczywiscie wspielismy sie na niego, zrobilismy zdjecia. Jezuuu - jakie te pustynie smutne jakies… Na dole smieszny pan probuje przekazac nam informacje o rysunkach, w jezyku polskiem. Niestety brakuje mu slownictwa, wiec udzielamy mu krotkiej lekcji jezyka polskiego (pochwala dla szybkosci uczenia i checi!). Jesli jacys Polacy sie tu pojawia i slysza slowa “reka”, “drzewo”, “przeciety” itp. - to nasza szkola ;)!

Wracamy do Nazca. Pozostaje posiedzenie chwilke na plaza de Armas, internecik i do domku. A w domku zbiera sie kilku znajomych Rubena i pojawia sie pisco na stole. Taki likier bardzo smaczny, 42 procentowy. Alkohol-specjalnosc Peru. Na przyjemnych pogawedkach i po troszku tancach uplywa nam wieczor.

MW: ktos tam jeszce brzeka na gitarze ;)…

Nazca. Ruben - 02.07.2008

Budzimy sie o 11. Pisco daje znac w glowach niektorych z naszego teamu. Zbieramy sie powoli do wykonania wczoraj powzietych planow. Mianowicie mielismy w zamiarze wypozyczenie desek do sandboardingu, maszerowanie z nimi do aguas calientes (od 12-ego km za miastem to godzinka, 2 godzinki, 15-20 kilometrow drogi)… Zdania byly bardzo podzielone. Tam - wykapanie sie (zbawienna ciepla woda!!) i nastepnego dnia chcielismy ruszyc na Cerro Blanco - ponoc najwyzsza wydma na swiecie (2.078 m n.p.m.), gdzie w koncu uzyc naszych desek! Ale deski drogie nam sie wydaly zwazywszy, ze trzeba by bylo na 3 dni wziac. Na poczatku pani zaspiewala nam cene 20 PEN za dzien, po czym zjechala do 10. Zrezygnowalismy.

Taksowka do 12-ego kilometra to koszt 10 PEN (MW: sa ponoc camiony i busy, ale nie chcielismy czekac dluzej - pozno juz bylo…). Gdy zaczynalismy spacer byla godzina 15-a. Z mysla ze jeszcze 3 godz. drogi przed nami - ruszylismy. Na miejscu bylismy o 20! Juz ciemno bylo o 18, a drogi nie bylo konca. Latarka w ruch wiec! Ponad to nic nie widac, zero ludzi i zmeczenie dawalo o sobie dac. Dwa razy slyszac szczekanie psow zapuscilismy sie na jakies gospodarstwa pytajac bardzo uprzejmych miejscowych o droge. W jednej chacie natknelam sie na cala rodzine siedzaca przy swietle ogniska… Brak elektrycznosci w tej uroczej skad inad dolinie i wiosce Ronquillo…

W koncu jak juz mowilam wyladowalismy na koncu drogi (doslownie). Obok stala chatka, w ktorej jakas kobiecina powinna dac znac sasiadowi, by przyniosl klucze do Cieplych Wod (aguas termales / calientes). Pukamy, stukamy, psy przekrzykujemy, ale nikogo nie widac. Zapuscilismy sie nawet w gore pobliskiego strumienia i jeszce jedna sciezke prowadzaca w dol, ale to nic nie dalo…. Pozostalo nam rozbic namiot i poczekac z kapiela do rana :(…

A w nocy cos nas oboje obudzilo. Zatrzesla sie ziemia! Po raz pierwszy odczulismy prawdziwe trzesienie ziemi!!! Podobno takowe bylo tez w czasie kursu Vipassany, ale ani ja ani Michal nic nie pamietamy (moc guru;)).

MW: niebo i spadajace gwiazdeczki tez sa godne zauwazenia! :)


Noc w autobusie z Limy do Huaraz - 11.07.2008

Wczesnym rankeim przybylem do Huaraz i zaraz sie udalem do Victora. Niestety trzeba Wam wiedziec, ze w Ameryce Poludniowej wszystko sie zaczyna “tarde” - “pozno” ;)…

Zastalem jednak jego siostre Lali i kuzynke Gabi, ktora pozwolila mi przeczekac zimno poranne w jej pokoju.

Zaraz pozniej trzeba bylo wspomoc budzet domowy (stalo sie to codziennym zwyczajem) i spalaszowalem sniadanko w rodzinnej restauracji (3.50 PEN).

Typowo: wizyta w informacji turystycznej - naprawde dobrej (kolorowe pisaczki na mapie itp ;)).

Zostawiajac rzeczy u Gabi, nie bylo co czekac na Victora, bo wiadomo, ze nie wiadomo ;) kiedy przyjdzie, udalem sie autobusem do CHAVIN DE HUANTAR (10 PEN, 3h).

Droga przez Cordillera Blanca jest bardzo malownicza: mija sie gory, jeziora, ale szczegolne wrazenie robi bialy, Zmartwychwstaly Chrystus na tle bezkresnych gor, ktory sie wylania, gdy sie pokona tunel w najwyzszym punkcie drogi! :)

CHAVIN DE HUANTAR (11 PEN, 6 PEN stud.) to kompleks kamlotow o charakterze ceremonialnym, gdzie skladano miedzy innymi ofiary z ludzi. Na uwage zasluguja dwa place: jeden kwadratowy, drugi okragly. Pod placem kwadratowym byl system kanalow wodnych, gdzie np. wpuszczano intruzow, a zas zalewano ich woda - jak humanitarnie, co ;)?! Chavin slynny jest takze z rzezbionego kamienia - “lanzon” oraz “cabeza clava” - glowy w murze. Z 52-och ostala sie na murach jedna. Przedstawia twarz kaplana po zazyciu kaktusa halucynogennego San Pedro.

Bus powrotny niestety byl pelen i po nocy poprzedniej w busie, musialem “stojakowac” trzy godziny az do Huaraz (10 PEN) - mimo braku miejsc cena bez zmian ;)…

Szybkie spotkanie z Victorem: wskazowki, jak nie placic 65 PEN za wstep do Parku Huarascan i ny-ny :)!

Huaraz. Victor - 12.07.2008

Po zrobieniu niezbednych zakupow prowiantowych (m.in. tabletka do oczyszczania wody 5l / 2 PEN) udaje sie na trek Santa Cruz (3-5 dni, ale moim zdaniem w 2 tez sie da ;)).

Z Huaraz busikiem udaje sie do Caraz (4.50 PEN), a stamtad “maxi-taxi” do Cashapampa (pierwszy raz taka cene slysze: 6 PEN osoba i 1 PEN plecak… No coz - “gringo-cena”).

W CASHAPAMPA (2.800 m n.p.m.) pobieraja 10 PEN “wspolnotowe” i w droge! :)

Nawet w Cashapampa mozna sie ostatecznie zaopatrzyc w prowiant, wbrew temu, co wszyscy wczesniej mowili.

SANTA CRUZ TREK.

Na poczatku treku trzeba sie nieco wysilic, ale tylko przez ok. 1,5h. O 12:00 wystrtowalem, o 15:00 bylem w obozowisku pierwszym - LLAMACORRAL (3.700 m n.p.m.).

Po drodze pieknie idzie sie w dolince, co ubostwiam, mija sie malownicze wodospady i w ogole sielanka! :)

W sumie chcialem isc do kolejnego, oddalonego o okolo 4 godziny, ale spotkalem dwoch Polakow - m.in. - jednak - “pana” Tomka i chmurzylo sie, po chwili zaczelo padac, wiec zostalem.

Ucinamy sobie pogawedke w suchym namiocie, glownie o gorach, zas pozostalo mi planowanie trasy i jedzonka oraz Vipassanka juz w moim namiocie :)!

Trzeba Wam widziec, ze jest to zmora kazdego treku, ze gdy sie robi wczesnie ciemno, a na dodatek pada, nie za bardzo co robic… :(

Mysle, ze jak sie czlowiek sprezy, to moze w jeden dzien dojsc do drugiego obozu (ok. 7h).

Santa Cruz Trek - 13.07.2008

Boze! Jak zima!! Skorupa lodu na namiocie. Pewnie wczorajszy deszcz w tym nieco pomogl…

O 8:00 bylem spakowany do wyjscia. Odczekalem jeszcze nieco, az sie troche cieplej zrobilo i - fajtlapa - przy porannej toalecie sie nieco butkiem skapalem w strumieniu :)! Tak, tak: omszale kamlotki sliskie sa ;)!

Po drodze mija sie sliczne jeziorka, m.in. Icchicocha.

Z “organizacyjnych” wspomniec nalezy, ze ludzi chodzi mnostwo, wiec nie ma obawy, ze sie czlowiek zgubi. Popularne kampingi sa oblegane (rozumie sie samo przez sie), wiec jest bezpiecznie. Na drodze gringo i lokalsi - przewodnicy (choc nie wiem po co, bo szlak jest dobrze oznaczony, moze do popedzania mulow ;)), a na kazdym kampingu sa “toalety” (”stopy Lenina”).

Niedlugo przed drugim obozem - TAULLIPAMPA - jest odbicie do obozu pod Alpamayo - niektorzy mowia, ze to najladniejsza gora na swiecie ;)! (A przynajmniej jej fotografia zdobyla najwiecej glosow w plebiscycie o takim tytule;))!

O 10:00 bylem na rzeczonym rozdrozu. Do tej pory droga byla prawie zupelnie po plaskim, wiec luzik. Tutaj zaczelo sie ok. 45 min. podejscia. Do obozu jest +- 1.5h.

Widok na ALPAMAYO (mam nadzieje, ze wlasnie ta gore fotografowalem ;)) jest powalajacy, podobnie jak baza…

Stamtad ok. 12:00 wyszedlem do kolejnego obozu - TAULLIPAMPA (4.200 m n.p.m.) - ktory osiagnalem o 14:00. Miejsce jest przepiekne, z widokiem na osniezone prawie szesciotysieczniki :)!

Tradycyjnie po poludniu padalo, ale jeszcze troche wieczornych widokow sie zlapalo ;)!

Santa Cruz Trek - 14.07.2008

Ta noc byla jeszcze zimniejsza od poprzedniej (jesli to w ogole mozliwe ;)). Wspomaga to jednak bardzo pomyslowosc, czyli “jak nie zamarznac” ;)! Mi udalo sie zalozyc plecak na nogi, w spiworze ;)!

Po odlupaniu skorupy lodu z namiotu ok. 7:00 ruszylem na najtrudniejsza czesc treku. Cel: Punta (nie “puta” ;)) Union 4.750 m n.p.m. Tutaj faktycznie - jak sie mozna bylo spodziewac - podejscie, z figlarnie ukrywajacymi sie wyzynami: juz myslisz, ze koniec podejscia, a tu “dzien dobry” - dajemy dalej ;)!

Ten dzien nie byl tak szczodry pogodowo, jak poprzednie cieple przedpoludnia (trek w krotkich galotach), ale i tak widoki zapieraly dech w piersiach. Nie jet nowa rzecza, jesli napisze, ze czlowiek czuje sie w gorach (i to takich)… maluczki ;)!

Ponoc podejscie trwa 4h, mi sie udalo w dwie, ale to bez znaczenia ;)! Po 9:00, po przejciu PUNTA UNION, po “ciemnej stronie gory” zaczelem schodzic do Vaqueria docelowo.

Dwie godziny do kolejnego obozu, a stamtad juz spokojnie, z przerwami (bo za wczesnie w Vaquerii nie ma co byc), okolo dwie godziny do HUARIPAMPA. Nawet zaatakowala mnie “lokalsina” browarem ;)! Obozowisko jednak juz nie tak malownicze, jak Taulipampa…

“Suma sumarow” o 14:00 dobilem do poczatku wioski i tam pewna niespodzianka, bo po “miastowym zmyleniu drogi” (poszedlem do Colcabamba, zamiast do Vaquerii - jednak “co dwie glowy, to nie jedna” ;)), czekalo mnie jeszcze 2.5-godzin dralowania do “przystanku autobusowego” (tez w Vaqueria). Obczaiwszy gdzie jest, od 16:30 do 19:30 spacerowalem sobie po zboczu gory w oczekiwaniu na autobus (za wczesnie nie ma sie co pokazywac na punkcie kontrolnym). W VAQUERII mozna zrobic zakupy (choc drogo).

Jesli ktos bardzo chce zaoszczedzic 65 PEN, prosze pytac - powiem, a na blogu nie opublikuje, jak to ominac. Niektorzy mysla, ze te pieniadze ida na Park, i ze to nieladnie, a od przewodnika zaufanego wiem, ze do kieszeni zarzadu, wiec specjalnie nie zaluje… (a tak w ogole, to nie trudo sie domyslic ;))!

Autobus bylo kilka, ale -jak wspomnialem - za wczesnie nie mozna jechac. Kolejny mial byc o 22:00, 22;30, 23:30, a nawet miedzy 1:00, a 2:00 ;)!

Przy swietle ksiazyca, owiniety w spiwor grzecznie czekalem do 12:00 (w nocy), az me zbawienie sie pojawilo :)!

O 4:00 dobilem do HUARAZ oraz w mieszkaniu Victora spotkalem (pobieznie ;)) Francuza - Jerome :)!

Jakze dobrze zasnac w cieplym lozku :)!!

Oto kilka mysli, ktore powstaly w chwilach skupienia w czasie “trekowania” (takze przy pomocy innych osob):

Trekking:

Rano czlowiek budzi sie z zimna, bo nie mozna dospac…

Ze spiwora nie chce sie wychodzic, bo na zewnatrz zimno…

Dopoki nie wyjdzie slonce, panuje “zima”…

100x trzeba sie przebierac, bo pogoda zmienna (slonce/deszcz, podejscie/zejscie).

Jak tylko sie czlowiek zatrzyma, znow “zima” ;), a na dodatek nie chce sie isc dalej ;)…

Za wczesnie nie ma co dobic do miejsca docelowego, bo nie ma co robic (a czesem mozna nie zdazyc dojsc ;)).

Jak nie ma co robic, to sie wtrazala, a jedzenia w gorach malo i ciezkie! ;)

Zaraz po zajsciu slonca, znow “zima”…

W namiocie nie ma co robic, jest wczesnie, a spac sie nie chce…

O myciu w zimnie nie wspomne ;)…

Ale wszystko oczywiscie rewanzuja widoki i foty, a najbardziej ludzie, jak sie takowych akurat spotka ;)!

Pogoda:

Kiedy jest pelnia ksiezyca, najczesciej jest zimno.

Kiedy sa chmury, w nocy raczej jest cieplej :)!

Las / dzungla:

Kiedy sie idzie, ciagle cos szelesci w buszu i nie wiadomo, co to :)! Wyobraznia szaleje czasem, a tak naprawde pewnie same ptaszki w krzaczkach ;)!

Wysokosc:

Nalezy wchodzic wysoko, ale spac nisko.

Gdy chce sie wyzej wejsc, nalezy wchodzic i spac “zyg-zakiem”.

Nalezy na wysokosci pic min. 2-3l wody, ponoc nawet do osmiu!

Inna szkola mowi, ze mozna wejsc na wysokosc i tam sie przespac, zas zejsc…

Aklimatyzacja trwa kilka dni.

Tak naprawde nie ma reguly, ani co do wysokosci, ani do metod radzenia sobie w jej negatywnymi skutkami, ani co do objawow ;)!

Spiwor puchowy (ktorego nie mam ;)):

Na calym ciele winna byc jedna warstwa np. odziezy termicznej.

Nie nalezy dmuchac do srodka, bo puch wchlania wilgoc, a ta przewodzi zimno!

Glowne potrzeby czlowieka:

Cieplo, schronienie (np. przed deszczem).

Swiatlo, Slonce (cieplo), ew. latareczka w namiocie ;)!

Jedzenie i picie (rowniez cieple).

Czyli podsumowujac: kult Slonca Inkow wcale taki opatrzny nie byl ;)!

Czesc nocy w autobusie z Vaqueria do Huaraz. Reszta nocy Huaraz. Victor - 15.07.2008

Jak dobrze lezec sobie w cieplym lozku, przykryty kocami i w cieplutkim spiworze :)!

Wraz z Jerome, ktory tez wrocil z treku (innego) udajemy sie do pobliskich ruin Willkawain (Willkahuain) (autobus 1 PEN, wstep 5 PEN, dobrowolny zanuzdacz w mlodym wieku 2 PEN / 2 os.).

Postanowilem, ze nieco podstawowych informacji o zabytkach zamieszcze - troche wiecej trudu, ale nalezy sie czytelnikom, szczegolnie niektorym (…:)).

WILLKAWAIN - lezy na wysokosci 3.450 m n.p.m. Stworzony przez kulture Wari, okolo 700-1.100 p.n.e. Kamienny kompleks o charakterze mieszkalnym, rzemieslniczym, lecz glownie ceremonialnym i “pogrzebowym” (chullpas). Glowne ruiny posiadaja trzy poziomy, niskie portale (ponoc, by wchodzac z ofiara przymusowo sie klaniac ;)), wentylacje oraz kanaly komunikacyjne (do gaworzenia miedzy poziomami ;)). Obiekt zostal otwarty niedawno, bo w kwietniu 2006 roku, przy wsparciu kopalni.

Jak dla mnie ruiny podobne do tych z Chavin, lecz zdecydowanie mniejsze, choc wiecej budynkow. Widzielismy ludzi na rowerach - mysle, ze to jest dobra opcja :) (dodatkowo trudniej obrobic ;))!

Poniewaz naprawde kazdy, kogo napotykalismy straszy, ze droga przez las do Monterrey - gdzie sa cieple zrodla (w koncu po treku trzeba sie umyc, a u gospodarza tylko zimna woda ;)) - baaardzo niebezpieczna, udajemy sie sciezynkami miedzywioskowymi - bezpiecznie.

Po drodze trzeba napomknac, ze ludzie zawsze chetnie odpowiadaja i wskazuja droge, nawet, gdy sami nie wiedza, gdzie dokladnie sie znajduje miejsce, do ktorego zmierzamy ;)…

W koncu rzutem na tasme, niedlugo przed zamknieciem dobijamy do cieplutkich basenikow w MONTERREY, sztuk dwie :)! Uff, jak przyjemnie!

Nawet prysznic goracy sie napatoczyl! :) Trzeba zaznaczyc, ze w bez porownania lepsze warunki, niz kolo Nazca, w Ronquillo.

W basenie nawiazujemy konwersacje z lokalsami, bo Jerome 4 lata w Maxico mieszkal i mimo, ze Francuz, to wymiata po “castellano”, jak oryginal :)!

Za 1 PEN wracamy collectivo do Huaraz i Jerome idzie spotkac sie ze swoja znajoma, a ja oddaje sie rozkosznemu ogladaniu teledyskow Guns´n Roses :)! Klasyka! Que lindo! :))

Wszystko by bylo git, gdyby sie nie przyplataly siostra Victora z kolezanka i akurat sobie “uwidzimisialy”, ze sobie obala browce w “naszym” apartamencie… No coz, siostra Victora, wyprosic nie wypada… Ja po przygodach z pisco chyba zostane abstynentem, wiec ani lysia ;)! Zas jeszcze przyszla Gabi nieco mnie podenerwowac i uratowali sytuacje Jerome z Simone, no i bro sie wreszcie skonczyl… ;)

Uff… Po ciezkiej nocy nie marze o niczym innym, jak o CIEPLYM lozeczku (znow)!

Huaraz. Victor - 16.07.2008

Dzis dzien organizacyjny - proza zycia: Internet, telefony, odebranie prania, maszynki do golenia od naprawy (oczywiscie nie ma czesci do naprawy, wiec broda chyba zawita ;), no i lzej w plecaku ;)), proba wyszukania jakis pirackich DVD po angielsku (po 10-u nieudanych probach, juz zrezygnowany pytam w sklepiku - a tam: niespodzianka! Jest Star Wars! - trzeba skorzystac z DVD u gospodarza), suszenie namiotu, butow po treku.

Z przyjemnych przerywnikow wciagnalem koncert unplugged Nirvany z MTV… 15 lat temu chlopaki dawali… ;)

Obrobka kosciola - w niedziele w gorach, wiec dzis wizyta :)!

Wieczorem jeszcze pogaduchy z Victorem i jego nowopoznanym Chilijczykiem.

Huaraz. Victor - 17.07.2008

Dzis zupelny relaks i plany wielce radosne! :)

Po dobrym zaczeciu dnia lomo (wolowina?) za 5 PEN na sniadanie (tutaj sniadania wygladaja, jak nasze obiady) oraz krotkim necie, zabralem sie za bieg dlugodystansowy, czyli ogladanie Star War IV, V, VI! ;) Super! :)

O 21:00 do autobusu do Trujillo (35 PEN). Trzeba wspomniec, ze tu - podobnie jak w Limie- filmuja pasazerow przed odjazdem - moze, w razie napadu, by stwiedzic kto to zrobil (choc inna wersja mowi, ze w celu identyfikacji zwlok…).

Noc w busie Huaraz - Trujillo - 18.07.2008

TRUJILLO. Szybciutko zalatwilim wszystko, co trzeba z nowym gospodarzem, mowiacym po angielsku Abrahanem i w droge!

Najpierw HAUCA DE LA LUNA (12 PEN, 6 PEN stud. ;)), collectivo za 1.30 PEN.

Zaskoczylo mnie, bo nie spodziewalem sie, ze bedzie takie ciekawe! Kompleks z cegiel na pustyni z okresu Machu (100-800 n.e.). Piramida, choc w srodku odwrocona (7 poziomow do tej pory odkopali). Najbardziej podobaly mi sie poziomowe rzezby, ktore w czasach swojej swietnosci - pomalowane - musialy wygladac wystrzalowo! :) Prezentowaly niewolnikow, “pozbawiacza glow” (byly tam ofiary z ludzi skladane, znaleziono 40-70 szkieletow mlodych mezczyzn, standardowo ponoc po San Pedro ;)), pajaka, ptaka, lamparta (?) i inne ;) - wszystki na swoim poziomie identyczne! :)

Pobliskie HUACA DEL SOL jeszcze nie jest udostepnione zwiedzajacy - podobnie jak na poprzedniej huaca - wciaz sa tam prowadzone prace wykopaliskowe.

Sprawnie calkiem poszlo mi przedostanie sie na druga strone Trujillo, by zobaczyc inne oslawione ruiny CHAN CHAN (12 PEN, 6 PEN stud. ;)). Ten kompleks z kolei wywodzi sie od kultury Chimu (X-XV w. n.e.) i rowniez zawiera wiele plaskorzezb, choc sam kompleks jest ciekawszy od huac - jawi sie niby skomplikowany labirynt z ogromnymi piaskowo-blotnymi scianami. Ciekawa rzecza jest kopiec grobowy wraz z 40-oma grobami pobocznymi.

Kolejna przejazdzka busikiem (0.80 PEN) i jestem w HUACA IRCO IRIS (tecza) - zdecydowanie najmniej ciekawa z huac. Konstrukcja piramidalna, z plaskorzezbami, ale slabo zachowanymi…

Pewnie dzis w nocy pojade do Cajamarca, jako, ze Trujillo poslo niespodziewanie sprawnie ;)!

PS: z serii “swiat jest maly” przypomnialo mi sie, ze w La Paz, Boliwia spotkalismy Polke, ktora poznalismy ok. piec miesiecy wczesniej na imprezie CS w Madrycie. …i nic zlego juz nie napisze ;)…

Autobus Trujillo - Cajamarca (20 PEN) - 19.07.2008

Jak zwykle nocny bus zawital wczesniutko do CAJAMARCA (Peruwianczycy, podobnie jak Boliwijczycy wszystko zdrabniaja ;)). Lubie miasta rankiem: nie ma duzo ludzi, jest bezpieczniej, koscioly sa otwarte. Skorzystalem wiec i zawitalem do jednego podziekowac, ze do tej pory jest caly i nie pozbylem sie niczego pod przymusem…

Bardzo mila sytuacja mnie spotkala: podszedl do mnie ksiadz po “cywilu” i po krotkiej rozmowie zaproponowal, ze moge sie tu zatrzymac :)! Mam hosta, wiec podziekowalem, ale bardzo mily gest… Respect!

Przypomnialo mi sie, ze jest sobota i “normalni” ludzie spia, wiec nie chcac budzic mojego dobroczyncy udalem sie wraz z full-plecakiem mikrobusikiem (combi, 0,50 PEN) do VENTANILLAS DE OTUZCO (3 / 1.50 PEN - stud.).

Znajduje sie tam 377 nisz grobowych oraz ponoc jakies gnaty w jednej z nich. Taki skalny cmentarz 1.130 p.n.e. - 1.240 n.e. Jak na latwy dostep mikrusem - warto i ciekawe! :)

Stamtad godzinka spacerku rannego do BANOS DEL INKA (5 PEN za 2h basenu). Bardzo nowoczesny kompleks rekreacyjny, z mozliwoscia wziecia wlasnej “wanienki”, masazu itp. Cieple zrodla ostatnio czesciej niz prysznic sa w uzyciu ;)!

W koncu udaje sie do Juana, mojego gospodarza o twarzy peruwianskiego Buddy (ale nie pogladach) i palaszujemy na ryneczku obiadek (3.50 PEN / os.).

Dziadostwo tu straszne, bo w sobote informacja turystyczna jest po prostu zamknieta…

Dowiaduje sie jednak, ze w niedziele i czwartek sa autobusy z Celendin do Chachapoyas. Postanawiam sie sprezyc i jutro zlapac ten bus, by nie czekac do czwartku.

Wieczorem z Juanem udajemy sie do miasta, by obejrzec tance folklorystyczne, tym razem w Peru (widzielismy z Ewa juz w Brazylii, Argentynie, Boliwii i teraz tu)! Naprawde bardzo sympatycznie, w pieknym miejscu - podobnym nieco do naszego poznanskiego dziedzinca przy “Pod Pretekstem” - Belen (Betlejem). Stroje barwne, jak na indian przystalo, wiele “iujuiii” i “hey!”, ale najciekawszy byl murzyn tanczacy muzyke andyjska ;)!

Zas Juan prezentuje mi nocne zycie Cajamarca, w jednym z barow, ktory rownie dobrze moglby sie znajdowac - pod wzgledem wystroju i nastoju - w Poznaniu… Dosc zmeczeni wracamy kolo 1am do domku.

Cajamarca. Juan - 20.07.2008

Co za dzien! :) Dolina… Ale z pagorkami! ;)

Skoro nawet “nie swit” o 5:45 wstalem, by spokojnie zdazyc na autobus do Celendin o 7:00 (10 PEN). Okolo cztery godziny jazdy i jestem na miejscu.

CELENDIN. O 11-ej, 11:30, w kazdym razie do 13-ej mial byc autobus do Leimebamba, badz Chachapoyas. Pojechal dzis o 7-ej rano, czyli dokladnie wtedy, gdy ja wyruszalem z Cajamarca!!! Tutaj informacja jest wielce niewiarygodna… Alternatywne srodki transportu, czyli ciezarowa (”camion”) tez zawiodly (po trzech godzinach czekania), wiec postanowilem wrocic do Cajamarki (combi, czyli mikrobus 10 PEN). Coz, o 20 PEN lzejszy i caly dzien w plecy… Nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo: poczytalem sobie o Ekwadorze, poznalem pania archeolog i w perspektywie mam msze niedzielna, a dnia nastepnego zwiedzenie muzeum archeologicznego w Cajamarca i Cumbe Mayo! :)

Cajamarca. Juan - 21.07.2008

Dzis z ranca kolejna nieudana proba skontaktowania sie z moim szefem… Chyba nie chce, zebym wrocil ;)…

O 10.00 spotkalismy sie z Juanem na Plaza de Armas z nadzieja zwiedzenia darmowego muzeum archeologicznego z Cajamarce, ale dziadostwo jest tu ogromne i po prostu pani szefowa sobie wyszla… Muzeum zamykaja okolo 15-ej, wiec nie ma szans juz na jego zobaczenie…

W obliczu powyzszego inny plan: Cumbe Mayo - wielce zachwalane przez poznana wczoraj pania archeolog z Francji. Jak zwykle nic nie wiadomo, a szczegolnie ktoredy dojsc… Zaczyna mnie to nieco wkurzac… No nic… Draluje troche na slepo i po dosc ostrym pojejsciu ok. 15 min., zas juz spokojniejsza droga, mimo, ze trzy godziny, do CUMBE MAYO (4.60 / 2 PEN - stud.)! :)

Jest to taki kompleks glownie slynacy z akweduktow i kilku innych kamiennych obrobek! Ma ponoc 1.000 lat i jest na wysokosci 3.555 m n.p.m..

Mi sie najbardziej jednak podobaly mijane po drodze skaly (vide galeria)!

Spowrotem zamiast trzygodzinnego marszu, udalo sie zlapac pierszego - chyba - stopa w Peru! :)

Dzis o 21:00 nocnym busem udaje sie do Chiclayo (18 PEN).

Noc w autobusie Cajamarca - Chiclayo (18 PEN, firma Mendoza - kiepska, ale tania)- 22.07.08

Po zakupieniu w firmie Civa biletu do Chachapoyas i dzieki temu zostawieniu bagazu, udalem sie do MUSEO DE TUMBES REALES DE SIPAN, do Lembayeque (1/2h drogi od Chiclayo).
Jak do tej pory, to chyba najlepsze muzeum, jakie widzialem w czasie wyprawy! :) Sa tam zgromadzone znaleziska z pobliskiej “huaca” (piramidy-grobowca), czyli 14 grobow, miedzy innymi slynny grobowiec Sipana.
Archeolodzy mieli szczescie, bo rabusie nie wiele przed nimi wyniesli i praktycznie mozna podziwiac znaleziska w pelnej krasie! :) Samo muzeum jest dobrze zorganizowane (10 PEN).
Sam Sipan (z “decapitatorem” na glowie) spoczywal w grobowcu nie sam, ale w osiem osob - zeby mu razniej bylo (m.in. dwie kobiety, szef wojska, kaplan), psem i lama z urznietym lbem ;)! Straznik zreszta tez mial urzniete stopy ;)! Odkryto tez 212 naczyn.
Wszystkie znaleziska dotycza epoki Moche / Mochica, I-IV w. n.e., a odkryte zostaly w 1987 r.. Mnostwo zlota, srebra (ta kultura, podobnie jak chinska, rozrozniala dwoistosc: zloto]/srebro, dobro/zlo, dzien/noc itd.), turkusow, bizuterii, nieco tkanin (malo, bo te szybko sie niszcza).
Przedstawiono sposob w jaki dokonano odkrycia, w jaki sposob przeprowadzono prace archeologiczne, poszczegolne warstwy ubran/ozdob - fascynujace!

Nie udalo sie spotkac z “pania archeolog”, choc byla ponoc 5 min. od muzeum ;)!

W oczekiwaniu na autobus udalem sie na Mercado Modelo, gdzie - znow naklamali w Lonely Planet - mozna sklepy szamanow (”brujas”) spotkac… Pytalem kilku sprzedawcow i nic o tym nie wiedzieli. Zas sam znalazlem cos, co bardziej przypominalo sklep indyjski, ktory mozna napotkac w kazdym duzym miescie europejskim i nie przedstawial nic specjalnego…

Na ryneczku - jako, ze nad morzem - uraczylem sie “ceviche” (owoce morza, nawet z muszelkami ;), 4 PEN, ok. 3 PLN)!

O 18:00 autobus do Chachapoyas.

Noc w autobusie Chiclayo - Chachapoyas (35 PEN, 10h) - 23.07.08

W CHACHAPOYAS bylem o 4 rano. Postanowilem przeczekac w autobusie do 6-ej (czasami mozna).
To byl blad ;): jak sie pozniej dowiedzialem o 4-ej rano sa autobusy bezposrednio z “Chachas” do Kuelap, czyli mojej dzisiejszej destynacji ;)!
No nic - przyszle pokolenia beda o ta informacje madrzejsze ;)!
Pierwsza rzecz, to zostawienie bagazu. Myslalem, ze tak wczesnie, to moze koscioly beda otwarte, ale - niestety - pomylka…
Po przechadzce po miescie zawitalem do agencji turystycznej i udalo sie tam zostawic bagaz! :) Pan byl super mily i nawet mnie nie wykasowal (co graniczy z cudem) ;)! Polecam:


Z Chachapoyas “maxi-taxi” (8 PEN) do TINGO, skad ponoc w 3,5-5h mozna dojsc do twierdzy Kuelap.
Przy poczatku szlaku okazalo sie jednak, ze to zaledwie 9.8 km i - mimo, ze pod gore - to udalo sie w dwoch godzinkach i pol zmiescic, choc raczej bez przerw i meczaco.
Pospiech byl potrzebny, bo straszyli, ze ostatnie “maxi-taxi” (colectivo) z Tingo ruszja miedzy 16-17, a nie chcialbym zostac bez sprzetu na wiosce ;)!
Jak sie pozniej okazalo jednak, mozna sie dogadac z kierowcami samochodow, ktore woza turystow z agencji i za 15 PEN powrocic z samego Kuelap do Chachas.

Pogoda wciaz nie dopisuje… Nawet jakas mrzawka sie trafila po drodze. KUELAP jednak jest naprawde czarujacy (12/7 PEN - stud.). Mury siegaja 5-20m. Cala twierdza znajduje sie na szczycie wzgorza, co nieco przypomina twierdze w Bakczysaraju, na Ukrainie.
Polozona jest na wysokosci 3.000 m n.p.m., w “chmurnym lesie” (”cloud forrest”), wilgotno, obejmuje 420 budynkow - co ciekawe - okraglych! W odroznieniu od Machu Picchu, faktycznie - jak zapowiadali - wiele mniej turystow. Swietne jest tez to, ze mnostwo drzew obmurszalych, roslinnosci wsrod ruin.
Zdarzy sie tez natknac na rzeby w kamieniach (szczegolnie przy wejsciu i wyjsciu), a takze na ozdobne elementy ozdobne - kamienne na murach. Prowadzone sa tez wciaz wykopaliska.

Na parkingu spotkalem misjonarke - Irlandke, z ktora sobie ucielismy mila pogawedke (www.ibvm.org).

Zabralem sie z Francuzami ich wynajetym colectivo za rzeczone 15 PEN do Chachas :)!

Zas udalem sie do szkoly jezykowej, do ktorej mnie moj “tajny kontakt” ;) wykierowal. Sorita oraz Willy pomogli mi: moglem zostawic bagaze i przekimac nocke ;)!
24.07.08 (czw.)
Chachapoyos. Willy / Sorita / nieobecny Fidel - szkola jezykow obcych (International Language Collage).

Pobudka o 4.30, zeby zdarzyc na 5:00 na combi (mikrobus) do Pedro Ruiz (7 PEN, 1,5h).
Z Pedro Ruiz do Bagua Grande w colectivo (maxi-taxi) (12 PEN, 2h).
Stamtad pierwszy raz w Ameryce Poludniowej motoryksza (1,50 PEN) na dworzec autobusowy (15 kwadr) i do Jaen (5 PEN, 1,5h).
Z Jaen do San Ignacio (10 PEN, 3h).
Trzeba wspomniec, ze pogoda raczej kiepskawa, wiec nie szkoda mi bylo dnia na podroz.

Dotad szlo niezle i mialem nadzieje, ze faktycznie uda mi sie dzis dobic do Ekwadoru. Tu jednak zwatpilem… Colectivo mialo jechac okolo 15:30, zeby zlapac “ranchero” (taki rodzaj farmerskiej ciezarowki), ktora to ponoc ostatnia o 17-ej odjezdzala z La Balsa…
W koncu, gdy sie zgromadzila odpowiednia ilosc pasaszerow, okolo 16:30 wyruszylismy z San Ignacio do La Balsa (12 PEN, 3,5h).

Krajobraz zmienial sie bardzo w czasie drogi: czasami zupelnie, jak w Chinach - plantacje ryzu, innym razem z kolei - Brazylia - suszaca sie kawa przy drodze na plachtach.
Taka mini “selva” (dzungla) - ludzie chodza w maczetami gigantycznymi, wiec nie usmiechalo mi sie koczowac gdzies pod namiotem (stawiajac w konkury moj - mimo, ze szwajcarski - scyzoryk - bylbym bez szans ;)).
Po drodze tez wiecej wiele owocow: pamarancze na drzewach, kokosy, ananasy i jakies ptaszyska (niby sepy) ;).
Uprzedzili Peruwianczycy nasz (z Krisem wykoncypowany) biznes chinski (w czasie podrozy po tym wlasnie kraju w 2007 r.) - motory Wanxin - jest juz ich tutaj na peczki!
Z branzy motoryzacyjnej wspomne, ze kroluje konkurencja VW - Toyota! Faktycznie podziwiam te auta, bo drogi sa wymagajace… ;)

Dobijamy do La Balsa (przy granicy). Oczywiscie, jako pozegnanie z Peru kierowcy taksowki nie chcialo sie mnie samego juz odwozic do samej granicy i zaproponowal, zebym wzial sobie motoryksze do granicy - phi! Nie wiem, co go jednak sklonilo do odwiezienia mnie, ale spokojnie mu wytlumaczylem, ze nie chce brac motorykszy i ma mnie zawiezc do granicy, tak jak w firmie ustalilismy… Zawiozl! :)

Na granicy smiesznie: trudno w ogole odszukac, gdzie sie miescza “migraciones”, bo wszystko kiepsko oznaczone. Po zawitaniu do jakiejs budy siedzi sobie pamperek, po cywilu, przed Windowsem i w ogole nie jest zainteresowany mna, choc jestem jedyna osoba oprocz niego w pokoju ;)! Po wklepaniu jednym paluchem do Excela moich danych odeslal mnie do Policji Narodowej.
W baraku policji rzna wlasnie w karty, wiec pan policjant miedzy asem a dama cos mi tam nagryzmolil i moglem udac sie z powrotem do “migraciones”.
Wszystko by bylo dobrze, gdyby akurat w momencie, gdy mialem otrzmac upragniona pieczatke wyjazdowa z Peru nie zgaslo swiatlo,a raczej nie nastapil tzw. brak pardu - i znow problem nie do rozwiazania ;)…
Na szczescie szaro bylo na dworze i “bezmundurowiec” wklepal pieczatke na rece na dworze. Zas oczywiscie okazalo sie, ze z data o dzien pozniejsza, niz faktycznie opuszczlem Peru… ;)

Ale to nie koniec zabawy - przeciez jeszcze jest granica Ekwadorska! :)
Tam podobnie trudno odnalezc, w ktorym baraku stacjonuja urzednicy. Budynek sie udalo znalezc, ale nikogo nie bylo - wszystko zostawione na wierzchu: komputer, mundury… Po dlugim poszukiwaniu (a wlazlem wszedzie, bo mi sie na “ranchero” spieszylo ;)), w koncu jakis golas wyskoczyl - akurat bral prysznic…
Niestety, by mnie odprawic nie ten musial byc, tylko jego kolega, ktory wlasnie chyba zaczal oblucje, bo trzeba bylo jeszcze na niego nieco poczekac…

Na granicy mozna placic w solach i dolarach amerykanskich.

W koncu otrzymalem piecztke wjazdowa i za 2 USD udalo mi sie wypasionym 4WD zabrac sie z mega sympatycznym panem z coreczka do Zumba :)! Hurra! Mission accomplished! :) Jestem w Ekwadorze!!!

ZUMBA to straszna wiocha, ale za to mila i bezpieczna. Maja tu zlodziejski Internet za 1USD / h, a komputerow sztuk dwie ;).Co ciekawe maja radio, ktore live transmituje msze z lokalnego, chyba jedynego kosciola! Przezylem szok, gdy wysiadajac z auta udalem sie na msze, a tam ciag dalszy tego, co w eterze! ;)
Pan, ktory mnie zabral z La Balsa prowadzi tez firme przewozowa i zakupilem bilet do Vilcabamba (6.50 USD, h).

0.60 USD - tunczyk
0.05 USD - banan (gineo)
0.10 USD - bula

Część V I- Ekwador



Noc kombinowana: czesc w autobusie z Zumba do Vilcabamba (do 4:00am), zas “squatowanie” w niedokonczonym domu (4-6am) ;) - 25.07.08

VILCABAMBA. Wspomne tylko, ze “mily” pan bagazowy walnal moj plecar na srodke ulicy, a ze akurat padalo, to sie umrusal nieco (plecak)…
Oprocz tego w ogole nie mialem pojecia, gdzie jestem… Ani Plaza de Armas, ani zywej duszy na ulicy… dlatego postanowilem przeczekac w pustostanie ;).

Miasto jest maluskie, ale ladniutkie :)! Jedyny szkopul, to kiepska pogoda… Ciagle mrzy… Zupelnie inaczej sobie wyobrazalem Ekwador… Well, na pogode, panie, nie poradzisz ;)…
Z powyzszego powodu zdecydowalem, ze nie nawiedze pobliskiego Parku Narodowego Podocarpus (w Vilcabamba za darmo, 10 USD w Loja). Lazenie w deszczu, mokniecie i marzniecie - zdecydowanie nie :)! Poza tym park nie jest jakos szczegolnie egzotyczny, wiec nie zaluje za bardzo :)!

Lubie patrzec, jak sie miasteczka budza :)…

Najpierw zwiedzilem “mercado” (ryneczek), ktory prawie przeoczylem, bo jest tyci-tyci :) (przy dworcu autobusowym).
Zas sniadanko (juz sprawdzony patent w Zumba: tuniol (0.60 USD), gineos (banany) (0.05 USD (!!!)) i buleczki (0.10 USD) na laweczce pod daszkiem z widokiem na Plaza de Armas :)!

Nie moge sie skontaktowac z servasowymi DH, ociagaja sie z otwarciem kafei internetowych, pada, wiec postanawiam ruszyc dalej - do LOJA.

Autobus kosztuje 1USD (1h jazdy) i odjezdza naprawde co chwile.

w LOJA pogoda wcale sie nie poprawila…
Po akcji zapomnienia w kafei internetowej dysku zewnetrznego i mega sprintem zdazeniu zanim ktos go sobie przywlaszczyl, okazalo sie, ze Ximena czeka na mnie w Cuenca, wiec zaoferowalem sobie szybki spacer po Loja w deszczyku (kapusniaczku).
LOJA wcale nie wydala mi sie az tak interesujaca, jak przedstawiono w przewodniku, ale moze to kwestia pogody… Nie fascynuja mnie koscioly mlodsze i mnie urocze niz poznanskie oraz bramy miejskie budowane przed kilku laty, a stylizowane na XVIII wiek…

Autobus z Loja do Cuenca (7,50USD, 5-6 h, z obsuwa).
Fajnie by bylo, gdyby w polowie drogi nie przysiadl sie do mnie jakis “siusfol”, z… - nie napisze, co mial nie tak ze spodniami…

Pieknie, bo Ximena (”He-mana” ;) mieszka bardzo blisko terminala autobusowego - nie musialem daleko biegac. Juz sie zdarzylo zrobic szaro, a dobra zasada glosi: “nie popylac z full-plecarem po ciemniaku” ;)!

Akurat tak sie milo zdarzylo, ze Paula - coreczka Esperazy (co za piekne imie! - “Nadzieja”) konczyla dwa latka i bardzo licznie sie rodzina stawila i moglem byc swiatkiem ekwadorskich urodzinek :)!
Jak to sie szybko zapomina, a ile wysilku - zazwyczaj Mamy - to kosztowalo, zeby brzdacom zorganizowac urodzinki - DZIEKUJE! :)

Spanie dawalo we znaki, wiec grzecznie po 23-ej do lozeczka - ach! - jak dobrze ;)! A wczesnie GORACY prysznic (chyba ostatni tak goracy byl w Coroico, w Boliwii ;))!

Cuenca. Ximena - 26.07.08

Jak pieknie sie wyspac w lozku!
Podrozowalem od dnia przedniego - pobudka o 4:30am, do ok. 23-ej wczoraj, czyli 42,5 godzin spiac tylko w busach i na budowie ze swie godziny… ;)

CEUNCA sprawia wrazenie bardzo milego miasta. Ekwador wyglada na kraj wiele bogatszy niz Peru. Ludzi sa jakby “normalniejsi” ;)…
Informacja turystyczna jest chyba na razie lepsza niz w Argentynie - dotychczasowego lidera ;)! Maja prawie do wszystkiego foldery, takze do miejsc bardzo odleglych, od tych, w ktorych chce sie uzyskac informacje!

Trzeba zrobic pranie dzis, a co z tego wynika zakupic “pantalony”, czyli po prostu spodnie, bo do tej pory posiadalem jedne, a zeby wyprac i nie paradowac w samych galotach, potrzeba nowych ;)! Udaje sie zakupic “hippe - pantalony” za 5USD (z 7USD). Dokladnie typ boliwijski, jak Ewa zakupila w La Paz - welcome to the club ;)!

Jesli ktos by potrzebowal naprawic elektronike, to autoryzowany serwis wiekszosci marek jest przy Feria Libre. Firma zwie sie Asitec. Niestety na obejrzenie mojej maszyny do golenia potrzebowali za duzo czasu, wiec nie zostawiam (broda rosnie ;)). Sprobujemy w Quito :)!

O 14-ej Ximena miala robic - od Argentyny nie slyszana “parilla”, czyli grilowanko - z okazji swoich poniedzialkowych urodzin.
Po przybyciu na ustalona godzine, okazalo sie, ze ze wzgledu na kiepska pogode, przesuniete obchody zostaly na dzien jutrzejszy - niedziele.
Nie przeszkodzilo to zupelnie w wetknieciu swince morskiej (”cuy”) - gigantowi - kija (grubasnego) w tylek i pieczeniu jej przez godzine na rozzarzonych wegielkach ;)!
Miala byc tylko “cuy” (swinka morska), a skonczylo sie na podobnie jak danie glownege - obiedzie gigancie: swinka, kurczol, platanos (tu zowie sie “platanos” babany do pieczenia, w przeciwienstwie do “gineo” - babanow, do ktorych jestesmy przyzwyczajemi, sa jeszcze “platanos verde”, do gotowania), ryz i “papatos” - pyrki ;)!
Biesiada sie nieco przedluzyla - trwala bodajze ze trzy godziny…
Po tak obfitym posilku nie pozostalo nic innego do zrobienia, jak po ciezkiej pracy odpoczac minutke (1,5h) ;)!

Pod wieczor wymiana pirackiej muzyki i na miacho - “Saturday night” ;)!

Niesamowitym jest, ze na drugim koncu swiata spotkalem osobe, ktora tez slucha niemieckiej grupy dancehallowej Culcha candela (a gra w niej jeden Polak)! Roy jest cool! ;)

Cuenca. Ximena - 27.07.08

Jak na niedziele przysto, na 9:30am do katedry na msze. Znajduje sie tam ogromny pomnik Jana Pawla II i po raz kolejny z jednej strony poczulem sie dumny, ze jestem rodakiem tak swietnej osoby, a z drugiej strasznie smutno, ze juz jej z nami nie ma…

W Cuenca w niedziele wiekszosc muzeow jest zamknieta. Jedno co sie ostalo i utwierdzilo mnie w przekonaniu, ze ten typ nie dla mnie, to Arte Moderno (darmo).

Pogoda wciaz nie dopisuje, ale tragedii nie ma, wiec zrobilem sobie spacer po miescie, wzdluz rzeki, po drodze ogladajac most, ktory zawinela rzeka, gdy jej akurat wielce wody przybylo ;). W poblizu mozna zobaczyc tez inkaskie ruiny, bo przeciez Cuenca to miejsce urodzin wielkiego wodza inkaskiego Wayna Capac ;)!

Ok. 14-ej zaczely sie montowac przelozone z wczoraj urodziny Ximeny! Stawilo sie nawet kilku ziomkow bialych z Austrii! Z fajniejszych rzeczy, to uczylim sie salsy (a Kolumbia - stolica salsy - juz blisko! ;)), robilim nalesniory i narodowy, badz regionalny drink - Zhumir.



Zhumir przyrzadza sie tak: na cwiartke dodaje sie 1,5l wody (na moze w Polsce nieco mniej ;)). Najpierw owa wode, bez napitku sie gotuje, zas dodaje cynamon i “pomarancze”(naranjillas), a dopiero na koniec dodaje sie woltow ;)! Serwuje sie na goraco.

Tak mi sie niektore piosenki przypominaja i zupelnie iaczej je odbieram podrozujac:
Now, I have got all the time in the world :), albo
I am all alone, like a rolling stone, without a home… ;)
28.07.08 (pon.)
Cuenca. Ximena

Kolejny dzien prob zlapania mega szefa telefonicznie - dzis proba komorkowa udana! Wynik pozytywny - na spokojnie :)!

Zas do Muzeum Banku Narodowego Punapungo - super (3/1.50USD - stud.)! Wystawa archeologiczna, religijna, etnograficzna, numizmatyczna (mniej ciekawa), ale super byly zmniejszone na skutek gotowania 3-4 dni w jakis ziolach ludzkie glowy zmumifikowane - niesamowite… Muzeum jest ladniutkie: ma kilka pieter, porzadeczek, opisy rowniez po angielsku, choc nie wszedzie, jest darmowy Internet (!), park ogromny, a takze klatki z kolorowymi, wielgasnymi papugami! :) Zdarzylo sie tak, ze prawie caly dzien tam spedzilem :)!

Wieczorek spokojny: stuku-puku na komputerku, co wlasnie czytasz, a zas “Symetria” - wspomnienie Ojczyzny (”na ostro sie kreci ;)) ;)!

Cuenca. Ximena - 29.07.08

Dzis do Ingapirca - najciekawszego zabytku archeologicznego Ekwadoru! :)
O 9:00 i 11:00 sa autobusy do INGAPIRCA (2.50USD, 2h). Pogoda im blizej celu, tym paskudniejsza…
Sa to pozostalosci twierdzy Inkow. Trzeba przyznac, ze w porownaniu do Peru, to nic specjalnego, ale w ogole to calkiem ok. Wraz z trasa krajoznawcza oraz muzeum mozna sie zmiescic ze spokojem w godzinke.
Strasznie zimno i mnostwo blota… To chyba na jakis czas dosyc ruinek - kolejne - jak dobrze pojdzie - w Kolumbii!
Powrot jest o 13:00 i 16:00 (2.50USD, 2,5h).

Na wieczor przewidywany jest filmik na laptopie!

Z ciekawostek dodam, ze Ekwador to pierwszy kraj, gdzie zgadzaja sie ceny z tymi z przewodnika LP (bo “sypia zielonymi”).

Jutro kieruje sie do Puerto Lopez - nad morze, ogladac wielkoryby. Zas moze zostane kilka dni w Parku Machalilla. Nastepnie do Baños i do Quito.
Mam nadzieje, do polowy sierpnia dobic do Kolumbii! :)

powrót do początku strony