Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
RELACJE Z PODRÓŻY
Demokratyczna Republika Konga
Autor:
Data dodania do serwisu: 2007-07-19
Relacja obejmuje następujące kraje:
| Oceń relację | Średnia ocena | Ilość ocen |
| 5.56 | 18 | |
Kongo Demokratyczne jako jedyna kolonia na świecie była własnością tylko jednego człowieka – ówczesnego króla Belgii, Leopolda II (który nawet raz nie kwapił się odwiedzić swojej ziemi). Grabił w sposób wyjątkowo okrutny i brutalny – głównie niewolników, kauczuk i kość słoniową. Rząd Belgii po odkupieniu ziemi od króla tylko zwiększał listę bogactw naturalnych wywożonych do Europy, gdzie drewno, ropa naftowa i diamenty były priorytetem.
Kinszasą, tego 7-milionowego molocha obawiałem się najbardziej, gdyż od miesięcy byłem karmiony o niej strasznymi opowieściami i prasowymi przekazami o powojennych zamieszkach. O porady zwróciłem się więc do polskiej ambasady, która w emaliowej korespondencji nieco mnie uspokoiła – ponoć po zeszłorocznych wyborach bezpieczeństwo uległo znacznej poprawie. Co prawda zdjęć w miejscu publicznym lepiej nie robić (rabusie i zakazy, groźba konfiskaty aparatu fotograficznego), wciąż należało zachować zwiększoną czujność podczas spacerów (a po zmroku lepiej zostać w domu) i unikać policji w każdej sytuacji. Także pierwsze kroki po zejściu z promu skierowaliśmy prosto do naszej placówki dyplomatycznej, aby uzyskać najświeższe informacje. Państwo Ambasadorowie przyjęli nas bardzo serdecznie, poczęstowali obiadem (ziemniaki!), porozmawiali i zawieźli na nocleg do misji, gdzie do służby przygotowują się Księża Zakonu Werbistów.
Jednak już drugiego dnia pobytu trafiliśmy do więzienia, do kilkudziesięcioosobowych cel. A wszystko to za sprawka sióstr zakonnych, które zaoferowały nam możliwość pracy przy dokarmianiu więźniów. Nasza pomoc była niewielka, a doświadczenie ciekawe, aczkolwiek nieco przygnębiające. Zobaczyliśmy bowiem koszmarne warunki przetrzymywania tutejszych „kryminalistów”, z których cześć wyglądała na niezłe przestraszonych (niektórzy trafili tu choćby za kradzieże z głodu czy drobne przestępstwa). Więźnia dokarmia rodzina, a siostry troszczą się o tych głodujących, których nikt nie odwiedza. Podskoczyła nam też adrenalina jak dowiedzieliśmy się, że strzegąca więźniów policja jest tylko na zewnątrz zakładu – w środku rządzą miedzy sobą sami „wolno biegający” skazańcy (jedynie sala z gruźlikami była pod kluczem). Na koniec jeden z nich (polityczny) zaprosił nas do swojej dwuosobowej celi, gdzie miał właściwie wszystko czego potrzeba do życia w zamknięciu. Sam przejazd do wiezienia też był interesujący, gdyż wiódł przez zaśmiecone, zaniedbane i zatłoczone dzielnice slamsów, w które sami byśmy się nie zapuścili. Podobne ciężkie wrażenie pozostawiła wizyta w sierocińcu z małymi, porzuconymi, chorymi dziećmi (często z HIV/AIDS). Dobrze że jest ktoś, kto się nimi opiekuje.

Samotne i chore dzieci zawsze znajda dom u sióstr
Nie chciałbym z relacji podróżniczej robić opowieści katolickiej, ale grzechem byłoby nie przybliżyć pokrótce misyjnej działalności kościoła, w końcu miał też spory impakt na nasza wyprawę. I nie chodzi mi tutaj o nader życzliwe i otwarte przyjecie jakim byliśmy obdarzeni, o ciekawe pogawędki i pokazanie codziennego życia miejscowych, dach nad głowa i strawę do spożycia, ale przede wszystkim zobaczyłem czym tak naprawdę zajmują się Misje (księża, bracia i siostry). Legł w gruzach mój stereotypowy niezbyt pozytywny wizerunek księdza. „Dobro nie jest krzykliwe”, wiec krzyknę nieco, bo misjonarze nie tylko stoją na ambonie i przemawiają (apolitycznie), ale przede wszystkim działają dla lokalnej społeczności. Nieodłączna częścią parafii są szkoły, warsztaty przyuczania do zawodu, szpitale (przychodnie) lub sierocińce. Poziom edukacji w prowadzonej przez nich szkołach katolickich (uczniowie innych wyznań również są przyjmowani) jest zwykle o niebo lepszy, niż w chaotycznej publicznej placówce - młodzież tak wykształcona ma szanse na lepsza przyszłość. Ksiądz musi posiadać wiele predyspozycji, takich jak: kierownicze, koordynacyjne, organizacyjne itp, musi znaleźć odpowiedni personel i możliwości wsparcia finansowego (inaczej by tego nie otrzymał), załatwia biurokrację, rachunkowość, odpowiada za sprawiedliwą dystrybucję darów itd. Poza tym zwykle musi znać lokalny język, podstawy mechaniki i budownictwa (naprawić samochód, dach, zbudować szkole itp), a wieczorem możne przygotować się do jutrzejszego kazania. Parafia zwykle obejmuje też odlegle wioski, do których trzeba dojechać bądź dopłynąć na msze. Oczywiście nie wszędzie wymagana jest aż taka zaradność, sporo zależny od tego, w jakim aktualnie stadium rozwoju znajduje się misja. A cała ta działalność jest na własne życzenie, chęć niesienia pomocy innym kosztem rozłąki z najbliższymi, często samotności, z narażaniem zdrowia i życia (zwalające z nóg choroby tropikalne i niebezpieczeństwa podczas wojen). A tak jeszcze od siebie – to równi faceci, można z nimi pograć w siatkówkę, ciekawie pogadać i pożartować przy piwku.
Pociąg z kapsli i puszek po sardynkach
Niestety w przemieszczaniu się po kraju przeszkadza policja, która na widok białego probuje wielu sztuczek, aby wyłudzić trochę kasy. Nas wyciągnęli z odjeżdżającego minibusu, zaprowadzili na komisariat i rozpoczęli próbę przetrzymania. Dobrą miną do złej gry, ale dopóki nie zagrożą mi siłą lub agresją to spokojnie z nimi współpracuję, a przy braku zrozumienia proszę o możliwość kontaktu z nasza ambasada (choć to tylko słowne potyczki). Udało się – wyszliśmy z opresji jeszcze dwukrotnie, chociaż niektórzy mundurowi delikatnie mówiąc – nie wzbudzali sympatii. Na prowincji było już dużo lepiej, zarówno w kontaktach z miejscowymi, jak i z władzą (z wyjątkami). Szczególnie podobało nam się Matadi, malownicze miasto zbudowane tarasowo na górskich zboczach. Tu odetchnęliśmy i pożegnaliśmy się z nieco stresującym, ale zapewne oryginalnym dla zwiedzającego państwem.
Informacje praktyczne:
Demokratyczna Republika Konga – wjazd 11 czerwiec 2007, pobyt przez 4 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 111 € na osobę, wliczając:
Wiza – 79 €, załatwiana w Warszawie (grudzień 2006), otrzymana w ciągu godziny, ważna od deklarowanej daty wjazdu przez 30 dni
Jedzenie – 9 € (sporo korzystaliśmy z gościny)
Transport – 4 €, częściowo autostopem, przejechaliśmy 362 km
Nocleg – jedyny płatny hotelik kosztował 15 € za pokój (po targowaniu)
Stepy – 0.5 €, studencki bilet do ogrodu botanicznego
Inne – 12 €
Afryka całościowo:
Odwiedziwszy 20 krajów w 5 miesięcy, przemierzyliśmy 22,188 km
Kinszasą, tego 7-milionowego molocha obawiałem się najbardziej, gdyż od miesięcy byłem karmiony o niej strasznymi opowieściami i prasowymi przekazami o powojennych zamieszkach. O porady zwróciłem się więc do polskiej ambasady, która w emaliowej korespondencji nieco mnie uspokoiła – ponoć po zeszłorocznych wyborach bezpieczeństwo uległo znacznej poprawie. Co prawda zdjęć w miejscu publicznym lepiej nie robić (rabusie i zakazy, groźba konfiskaty aparatu fotograficznego), wciąż należało zachować zwiększoną czujność podczas spacerów (a po zmroku lepiej zostać w domu) i unikać policji w każdej sytuacji. Także pierwsze kroki po zejściu z promu skierowaliśmy prosto do naszej placówki dyplomatycznej, aby uzyskać najświeższe informacje. Państwo Ambasadorowie przyjęli nas bardzo serdecznie, poczęstowali obiadem (ziemniaki!), porozmawiali i zawieźli na nocleg do misji, gdzie do służby przygotowują się Księża Zakonu Werbistów.
Jednak już drugiego dnia pobytu trafiliśmy do więzienia, do kilkudziesięcioosobowych cel. A wszystko to za sprawka sióstr zakonnych, które zaoferowały nam możliwość pracy przy dokarmianiu więźniów. Nasza pomoc była niewielka, a doświadczenie ciekawe, aczkolwiek nieco przygnębiające. Zobaczyliśmy bowiem koszmarne warunki przetrzymywania tutejszych „kryminalistów”, z których cześć wyglądała na niezłe przestraszonych (niektórzy trafili tu choćby za kradzieże z głodu czy drobne przestępstwa). Więźnia dokarmia rodzina, a siostry troszczą się o tych głodujących, których nikt nie odwiedza. Podskoczyła nam też adrenalina jak dowiedzieliśmy się, że strzegąca więźniów policja jest tylko na zewnątrz zakładu – w środku rządzą miedzy sobą sami „wolno biegający” skazańcy (jedynie sala z gruźlikami była pod kluczem). Na koniec jeden z nich (polityczny) zaprosił nas do swojej dwuosobowej celi, gdzie miał właściwie wszystko czego potrzeba do życia w zamknięciu. Sam przejazd do wiezienia też był interesujący, gdyż wiódł przez zaśmiecone, zaniedbane i zatłoczone dzielnice slamsów, w które sami byśmy się nie zapuścili. Podobne ciężkie wrażenie pozostawiła wizyta w sierocińcu z małymi, porzuconymi, chorymi dziećmi (często z HIV/AIDS). Dobrze że jest ktoś, kto się nimi opiekuje.

Samotne i chore dzieci zawsze znajda dom u sióstr
Nie chciałbym z relacji podróżniczej robić opowieści katolickiej, ale grzechem byłoby nie przybliżyć pokrótce misyjnej działalności kościoła, w końcu miał też spory impakt na nasza wyprawę. I nie chodzi mi tutaj o nader życzliwe i otwarte przyjecie jakim byliśmy obdarzeni, o ciekawe pogawędki i pokazanie codziennego życia miejscowych, dach nad głowa i strawę do spożycia, ale przede wszystkim zobaczyłem czym tak naprawdę zajmują się Misje (księża, bracia i siostry). Legł w gruzach mój stereotypowy niezbyt pozytywny wizerunek księdza. „Dobro nie jest krzykliwe”, wiec krzyknę nieco, bo misjonarze nie tylko stoją na ambonie i przemawiają (apolitycznie), ale przede wszystkim działają dla lokalnej społeczności. Nieodłączna częścią parafii są szkoły, warsztaty przyuczania do zawodu, szpitale (przychodnie) lub sierocińce. Poziom edukacji w prowadzonej przez nich szkołach katolickich (uczniowie innych wyznań również są przyjmowani) jest zwykle o niebo lepszy, niż w chaotycznej publicznej placówce - młodzież tak wykształcona ma szanse na lepsza przyszłość. Ksiądz musi posiadać wiele predyspozycji, takich jak: kierownicze, koordynacyjne, organizacyjne itp, musi znaleźć odpowiedni personel i możliwości wsparcia finansowego (inaczej by tego nie otrzymał), załatwia biurokrację, rachunkowość, odpowiada za sprawiedliwą dystrybucję darów itd. Poza tym zwykle musi znać lokalny język, podstawy mechaniki i budownictwa (naprawić samochód, dach, zbudować szkole itp), a wieczorem możne przygotować się do jutrzejszego kazania. Parafia zwykle obejmuje też odlegle wioski, do których trzeba dojechać bądź dopłynąć na msze. Oczywiście nie wszędzie wymagana jest aż taka zaradność, sporo zależny od tego, w jakim aktualnie stadium rozwoju znajduje się misja. A cała ta działalność jest na własne życzenie, chęć niesienia pomocy innym kosztem rozłąki z najbliższymi, często samotności, z narażaniem zdrowia i życia (zwalające z nóg choroby tropikalne i niebezpieczeństwa podczas wojen). A tak jeszcze od siebie – to równi faceci, można z nimi pograć w siatkówkę, ciekawie pogadać i pożartować przy piwku.
Pociąg z kapsli i puszek po sardynkachNiestety w przemieszczaniu się po kraju przeszkadza policja, która na widok białego probuje wielu sztuczek, aby wyłudzić trochę kasy. Nas wyciągnęli z odjeżdżającego minibusu, zaprowadzili na komisariat i rozpoczęli próbę przetrzymania. Dobrą miną do złej gry, ale dopóki nie zagrożą mi siłą lub agresją to spokojnie z nimi współpracuję, a przy braku zrozumienia proszę o możliwość kontaktu z nasza ambasada (choć to tylko słowne potyczki). Udało się – wyszliśmy z opresji jeszcze dwukrotnie, chociaż niektórzy mundurowi delikatnie mówiąc – nie wzbudzali sympatii. Na prowincji było już dużo lepiej, zarówno w kontaktach z miejscowymi, jak i z władzą (z wyjątkami). Szczególnie podobało nam się Matadi, malownicze miasto zbudowane tarasowo na górskich zboczach. Tu odetchnęliśmy i pożegnaliśmy się z nieco stresującym, ale zapewne oryginalnym dla zwiedzającego państwem.
Informacje praktyczne:
Demokratyczna Republika Konga – wjazd 11 czerwiec 2007, pobyt przez 4 dni
Łączny koszt wizyty wyniósł 111 € na osobę, wliczając:
Wiza – 79 €, załatwiana w Warszawie (grudzień 2006), otrzymana w ciągu godziny, ważna od deklarowanej daty wjazdu przez 30 dni
Jedzenie – 9 € (sporo korzystaliśmy z gościny)
Transport – 4 €, częściowo autostopem, przejechaliśmy 362 km
Nocleg – jedyny płatny hotelik kosztował 15 € za pokój (po targowaniu)
Stepy – 0.5 €, studencki bilet do ogrodu botanicznego
Inne – 12 €
Afryka całościowo:
Odwiedziwszy 20 krajów w 5 miesięcy, przemierzyliśmy 22,188 km
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























