RELACJE Z PODRÓŻY

Część IX. Ghana



Autor:
Data dodania do serwisu: 2006-03-27
Relacja obejmuje następujące kraje:

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
5.10 21
Dzień 51

"FREEMAN needs PATIENCE if he wants to meet his DESTINY" - to motto mojego nowego kolegi, po chrześcijańsku mu Gabriel jest. Drukowanymi literami zaznaczyłem imiona jego trzech psów. Gabriel właśnie skończył studia, specjalizacja "nutrition" i ma food stallsa naprzeciwko mojej misji katolickiej. Przekonał mnie wczoraj, ze powinienem zostać dłużej w Bolgatanga. No i nie żałuję. Gabriel to taki rasta z ideologią, cała ideologia spokojnego życia w Afryce i jeszcze paroma innymi rzeczami. Zabrał mnie samochodem do miejsca, które miało być piękna rzeka, pełna ryb, ze złocistym blaskiem fal, jakimś urwanym mostkiem, tajemniczym wybrzeżem itd. Okazało sie zwykła zapora i takim sobie jeziorkiem. Złotych fal nie było, ryb też nie, nabrzeże było po prostu wałem przeciwpowodziowym, ale było milo. Trzeba mocno pobudzać wyobraźnię, żeby w taki sposób opisać takie zwykłe miejsce. Parę skałek było, z których roztaczał sie piękny widok na leniwie płynące życie okolicy. Gabriel chciał mi wpoić, ze powinniśmy tu hotel dla turystów nad jeziorem wybudować i metalowe schody na szczyt skałek, żeby dzieciaki tez mogły wejść. Uśmiechałem sie pod nosem i patrzyłem jak wyrzuca zużyte woreczki po wodzie prosto na to jego piękne miejsce.

Dzień 52 - Tro-tro

Tro-tro to miejscowe minibusy, w których panuje niesamowity ścisk. Cały dzień spędziłem dzisiaj w takich pojazdach jadąc z Bolgatanga do Kumasi.

Jako, ze nic sie specjalnego dziś nie wydarzyło to parę słów o Ghanie. W porównaniu do reszty Afryki to wygląda niesamowicie bogato. Nie jest przy tym tak tania jak to wynika z Lonely Planet. Żarcie jest tu dobre i w sumie pierwszy raz od opuszczenia Sewilli nie zapełniam po prostu żołądka, a rozkoszuje sie żarciem. Klimat w sierpniu jest bardzo przystępny - takie łagodne polskie lato. No i towarzycho mówi po angielsku co dla mnie jest ważne, bo wreszcie mogę sobie pogadać i dokładnie sie popytać o różne ciekawe rzeczy. No i są lasy wielkie, coś czego już dawno nie widziałem, ogromne drzewa. Jednym słowem Ghana jest przyjemna.

Dzień 53 - Królestwo Ashanti

Kumasi - stolica ludu Ashanti i siedziba ich króla. Jak sie chce spotkać króla, trzeba wnioskować o spotkanie z nim a później zjawić sie z kilkoma skrzynkami Schnapsa. Ashanti zdominowali całą dzisiejsza Ghanę i ich język Twe jest tak samo uniwersalny jak angielski. Co mocno wyróżnia chantilly i spokrewnione z nimi ludy to ich zamiłowanie do pogrzebów. Pogrzeb to najważniejsza uroczystość rodzinna, społeczna, religijna i jeszcze tam jakaś. świętuje sie od piątku do niedzieli i całe Kumasi zaplakatowane jest posterami z zawiadomieniem o przejściu na inny świat tego a tego. Zaprasza na pogrzeb cała rodzina i ich imiona wylistowane sa setkami, a przy każdym jest pozycja jaka dana osoba zajmuje np. córka - businesswoman. Na pogrzeby przychodzi sie w krwistoczarnobordowych szatach i w weekend pełno jest ludzi w tych barwach krążących po mieście. Kumasi to też największy targ zachodniej Afryki i ogromny dworzec autobusowy - Kejetia Motor Park. Wielkie ludzkie mrowisko. Z góry można na to patrzyć i robi duże wrażenie. Problem tylko zawsze mam tak jak i w całej Afryce - wyciągniecie aparatu powoduje zainteresowanie i albo złość albo ciekawość. To jest meczące, wiec niestety pstrykam mało zdjęć.

Nie wiem co u nas tego lata jest na topie, ale cala Ghana kołysze sie w rytmach popowej You are my African Queen. Dwie kasety na okrągło we wszystkich możliwych tro-tro, barach i straganach.

Dzień 54 - Fort Princess Town

Trafiłem do niesamowitego miejsca. Fort Princess Town jest relatywnie trudno dostępny, położony na zachód od Takoradi. Nie bardzo wiedziałem gdzie jadę i to był klucz do sukcesu. Celowo powstrzymałem sie od przeglądnięcia albumu o fortach Ghany, żeby być zaskoczonym. I okazało sie to słusznym ruchem.

Przyjechałem do niewielkiej wioski tro-trosem siedząc na silniku, który parzył mnie w tyłek a szofer jeszcze cały czas dolewał wody bo sie maszyna grzała. Muza we wsi waliła na full <"Bo to wielki pogrzeb w wiosce jest. Umarł gość co 107 lat miał">. Wszedłem na wzgórze i zastałem niewielki fort. Całkowicie pusty. Świstał jedynie wiatr, po korytarzach biegały czerwonogłowe jaszczurki, a z drugiej strony fale z hukiem rozbijały sie o skały. Widok z fortu nieziemski, na zatokę i nieziemsko piękne plaże całe poznaczone wyniosłymi palmami. Nieziemsko jak w raju. Prawdę chyba ktoś napisał na tablicy przy głównej drodze: "Zajrzyj na najpiękniejsze plaże Afryki Zachodniej".

Co do fortu. To wybudowali go Branderburczycy jeszcze i służył generalnie do wywozu niewolników na zachód. W forcie można spać i dodaje to szczypty emocji, ze kimasz na miejscu gdzie kiedyś w nieludzkich warunkach "składowano" pojmanych ludzi. Zresztą miejscowi nie dają o tym zapomnieć. Choć i sami przyznają, ze w tym procederze prym wiedli szefowie murzyńskich klanów.

W tej całej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu. Bezpieczeństwo na plaży. Każdy mi powtarzał, idź na plaże bez niczego, bo inaczej cię oskubią. Tyle, ze głupio też zostawiać wszystko w pokoju, który jest bez żadnego nadzoru. Nadzór jest w wiosce na dole. A pokój też niezły. Wielkie łóżko, pełno starych mebli, przewiew z morskiej bryzy, stylowe zasłonki. I to wszystko za niecałe 10 złotych. Do tego niepowtarzalny prysznic. Najpierw trzeba sobie wyciągnąć wodę ze studni, a później polewać sie kubeczkiem. A to wszystko bez sufitu, jeno prosto pod gwiazdami.

Dzień 55 – PARADAJS

Trafiłem na rajska plaże. Butre, kilkanaście kilometrów na wschód od Takoradi. I co tu dużo gadać, myślę ze to miejsce wypełniło by Wasze wyobrażenie o prawdziwej rajskiej plaży. Palmy, hamaki, żarcie wprost nad oceanem. Choć znów ale... Przyjechałem tu bo polecono mi to miejsce spokoju. Tymczasem była pełna białych twarzy i libańskich "biznesmenów" ze swoimi czarnymi dziewczynkami. No i obsługa też taka sobie. Całością zarządza Szwedka, która znalazła tu swoje szczęście i mieszka ze swoim bachorem i gromadka rasta. Miejsce trafiło już do przewodników, wiec zrobiło się drogie, choć tylko jeśli patrzeć z ghańskiej perspektywy.

Dzień 56 - Cape Coast

Wieczór. Taras. Pode mną cale miasto dudni w rytmie hipolive, czyli takiej miejscowej mieszanki popu i hip-hopu. Wszyscy szykują sie na coroczny festiwal. W sobotę będą zarzynać krowę i ofiarować je bóstwu, które sprawuje opiekę nad Cape Coast.

Dzisiaj poznałem norweski sposób podróżowania. Fajni ludzie, ale płacą ile miejscowi chcą. Nie pytają o cenę przed wejściem, płacą za bagaż juz na stacji końcowej, nie upominają sie o resztę. Po prostu, prosto z mostu psują rynek. Później ja muszę naprawiać :P Jest tak, że jeżeli taxi kosztuje do jakiegoś miejsca powiedzmy 30, to z czarnym pojada za ta cenę, a ze mną nie. Pytam się dlaczego. "Bo dla Ciebie to żadna kasa" - odpowiadają. No i im kalkuluje koszty paliwa <"ceny benzyny poszły ostatnio w górę" - drugi ich argument"> i pokazuje ile będą do przodu jak mnie zawiozą. To nie, wolą kurde nie zarobić i kisić sie na dupie.

Dzień 57- Cape Coast i Elmina – forty

Dzisiaj zwiedziłem fort w Elminie - kilkanaście kilometrów od Cape Coast. Raz, dwa, trzy można sie tam dostać piękną nadmorską droga. Fort ma za sobą kawał historii i kolejno był we władaniu Portugalczyków, Holendrów i Brytyjczyków. To najważniejszy fort jaki został wybudowany na wybrzeżu Zatoki Gwinejskiej. Do dzisiaj takich fortów zachowało sie kilkanaście, a Elmina i Cape Coast trafiły na listę Unesco.

Zwiedzanie z przewodnikiem całkiem przyjemne. Zamykał nas w celach, karcerach i innego tego typu strasznych miejscach. A największe wrażenie robi niewielki otwór w ścianie, przez który czarni niewolnicy na zawsze opuszczali Afrykę. Teraz ich amerykańscy potomkowie gromadnie zwiedzają to miejsce. A ci miejscowi myślą sobie, jacy z nich szczęściarze, że ich przodkowie byli niewolnikami.

W całej tej wyprawie do Elminy padłem ofiara skamu. Skamem jest wszystko co pozwala na pozbawienie turysty z jego pieniędzy. I tak podróżowując przez czas jakiś już po świecie nauczyłem sie unikać tych oczywistych typu recepta w reku niby koleś zbiera na lekarstwa, przeczytaj/napisz mi list do kolegi, bo nie umiem angielskiego, kup ode mnie skarpetki a obrobię cię z portfela. Mnóstwo kolesie maja sposobów by obrobić cię z kasy.

Przed wejściem do fortu, dwóch kolesi-przyjaciół podbiega do mnie z listą darczyńców, że niby zbierają kasę na swoja drużynę piłkarska. To popularny sposób chodzenia z lista, która sprawia wrażenie jakiejś oficjalności bo są na niej różne pieczątki i nazwiska zagranicznych turystów którzy wpłacili duże sumy by pomóc ich drużynie piłkarskiej. Przy okazji kolesie poprosili mnie żebym napisał im moje imię i powiedzieli, ze jak wyjdę to wtedy im cos dorzucę do kasy. Ja zadowolony, bo pewniak ze jak wyjdę to na pewno nic ode mnie nie dostaną. A tu przy wyjściu kolesie stoją z muszla wielka a na niej wygrawerowane cos w stylu "To our Polish friend Kamil, from ....." No i kurde powiedziałem im, ze to nie fair, ale kurde trochę kasy im zostawiłem.

Dzień 58 - Accra

Rano owsianka z kalabasza, takiego naczynia zrobionego z wyjątkowo twardego i wielkiego owocu, a potem jazda w niemiłosiernym ścisku do Accry z bagażem na kolanach, bo znowu miałem przekopy z kierowcami i za bagaż sobie powiedziałem przepłacać nie będę.

W Accrze generalnie załatwiałem sprawy administracyjne: zakupy, internet, wiza. Cały dzień minął mi w biegu i po kolei skreślałem rzeczy, które zostały mi do zrobienia. Przy okazji trochę odetchnąłem w Osu - ekskluzywnej dzielnicy "american-style", gdzie nawet lody czekoladowe sobie zapodałem. Oj podobały mi sie te wszystkie fast-foody.

Dzień 59 - Driven by gospel

Już myślałem, że zaliczę dzień do spokojnych i całkiem udanych, ale zakończyło sie jeszcze lepiej. Rano byłem w Muzeum Narodowym Ghany, gdzie nauczyłem sie sporo o stołkach, drewnianych lalkach i handlu niewolnikami. Po południu oglądałem tamę Akosombo z wypasionego trawnika hotelu Volta. A wieczorem załapałem sie na internacjonalne Central Gospel Chuch (ICGC).

Może zacznę od tego, ze Ghana wygląda jak nie z tego świata. Cała przesycona jest religijnością. "Have faith in God" Beauty Salon, "Allah is the Greateast" Transportation Services, "Only Jesus" Electricians and Hardware - tego typu nazwy ludzie nadają swoim firmom. Ludzie tu po prostu chwalą Boga na okrągło i poprzez różne religie.

Trafiłem wieczorem w malej wiosce na wielkie modły gospelowców. Fanem gospel w życiu nie byłem i do szalu doprowadzała mnie "zakonnica w przebraniu" na każde Boże Narodzenie jako hit Polsatu. Ale co innego telewizja, a co innego na żywo. Jak ci ludzie tu tańczyli i śpiewali. Ciarki po plecach przechodziły. Przyłażą przy kości Murzynki potańczyć chwaląc imię Jezusa. Różne były songi - skoczniejsze i bardziej powolne, nastrojowe, a później był gwóźdź programu. Pastor zapowiedział bossa - "jeden z Top Ten ICGC na świecie". Koleś głosił coś w rodzaju kazania. Zaczął pomału, później przeczytał Mateusza 10.48, no i się rozpędził. Czasem krzyczał, czasem bawił ludzi do rozpuku, udawał bzyczącą muchę, łaził w kółko, gestykulował i wypędzał chyba złe duchy magicznymi zaklęciami. Musiało działać, bo część ludzi osuwała sie na ziemie. Pastor wywoływał ludzi - "czuje ze tu po lewej stronie siedzi ktoś kto pochodzi z Bolga", "tam z tytułu siedzi ktoś o imieniu Tema", "ktoś na sali ma siostrę, która jest wierna w mojej parafii". Jazda była, bo niektórzy wyglądali na autentycznie zdumionych. Przyjdźcie jutro, przyprowadźcie kogoś znajomego, a na zakończenie delikatnie wspomniał o fundraisignu. Typowe - zawsze chodzi o kasę. Tak, to było dla mnie wielkie "wow" uczestniczyć w czymś takim. I jak zwykle podoba mi sie to czego nie można było zaplanować, czego w ogóle sie nie spodziewałem.

W muzeum nauczyłem sie sporo o handlu niewolnikami. Zawsze myślałem, że większość wywieziono do dzisiejszych Stanów. Tymczasem tam zabrano ok. 10% ogółu. Po 40% trafiło na Karaiby i do dzisiejszej Brazylii, a pozostałe 10% do dzisiejszej Argentyny i Urugwaju.

Patrząc na tamę, nauczyłem sie że niektórzy mają manie megalomanii. Tak jak "ojciec" Ghany Nkrumah, który postawił tamę, z której cały profit szedł do Amerykanów, która sprawiła że zalane zostało 7% kraju, dziesiątki tysięcy ludzi zostało przesiedlonych. Czoło tamy od najodleglejszego końca jeziora dzieli 402 kilometry! Powstało, jak twierdzą miejscowi, największe sztuczne jezioro na świecie. Miesiąc po uroczystym otwarciu tamy, przebywający na przyjacielskich tańcach w Hanoi Nkrumah, został obalony.

Opuszczam jutro Ghanę. Po raz pierwszy od wyjazdu z Maroka poczułem sie jak na wakacjach. Tu jest po prostu łatwo, miło i jak na polskie warunki niedrogo. Jeśli wiec chcecie zacząć odkrywać Afrykę - a naprawdę warto - to Ghana jest najlepszym do tego miejscem.

powrót do początku strony