3 miesiące w Azji...

  
  
 

Te 3 miesiące w Azji nauczyły mnie, Ĺźe planowanie nawet minimalne się przydaje, ale waĹźniejsze jest Ĺźeby być otwartym na propozycje losu, spontanicznym, otwartym i niekiedy odejść od planów, poimprowizować co skutkuje niesamowitą przygodą.

 

 3 miesiące w Azji...

  
  
 

Te 3 miesiące w Azji nauczyły mnie, Ĺźe planowanie nawet minimalne się przydaje, ale waĹźniejsze jest Ĺźeby być otwartym na propozycje losu, spontanicznym, otwartym i niekiedy odejść od planów, poimprowizować co skutkuje niesamowitą przygodą.

 

 

 

 Mój plan: zwiedzić Tajlandię (plaĹźe, noc na plaĹźy, snorkellowanie, walczyć w muay tai), Kambodżę (Angkor), Wietnam (Ha Long Bay), Chiny (odwiedzić koleĹźankę, z którą byłem na stypendium w Japonii, zobaczyć Forbidden City, Shoalin, spróbować kungfu, pić herbatę, przespać 1 noc na Murze Chińskim, spróbować akupunktury), powrót transsyberyjską zahaczając o Mongolię (pustynia Gobi), Bajkał (po prostu zobaczyć), Moskwę (odwiedzić znajomą Elenę z byłej pracy).

 

 

Chińczycy nie dali nam wiz w Wietnamie- trochę szkoda, bo nie byłem w stanie wykorzystać bardzo uĹźytecznego przewodnika z BezdroĹźy „Szlak transsyberyjski”, który zabrałem ze sobą z Polski. Zamiast Chin pojechaliśmy do Laosu a potem wymyśliliśmy Nepal i w rezultacie miałem świetną przygodę i wracałem samolotem z Indii.

Jechała nas czwórka przez Tajlandię i część KambodĹźy a potem juĹź trójka: Kasia i Jarek (wracali z Australii do Polski), Grzesiek (wykorzystał cały urlop, jaki mu przysługiwał) i ja (rzuciłem pracę). A było to tak:…

 

 

 

 Tajlandia

Planowo mieliśmy tam spędzić około 3 tygodnie. Wyszło trochę dłuĹźej. Zaczęliśmy od południa od Phuket z pięknymi, wypełnionymi białym piaskiem plaĹźami, lazurowym morzem, sporą ilością turystów i toczącym się swoim szalonym tempem nocnym Ĺźyciem orbitującym wokół plaĹźy Pattong. PóĹşniej przyszedł czas na wyspy Ko Phi Phi i niebiańską plażę rozsławioną przez Leo Di Caprio. Tajski Nowy Rok spędziliśmy w Bangkoku i zdecydowanie polecamy na ten okres Khao San Road- wszystko dzieje się praktycznie tam. PóĹşniej przyszedł czas na dĹźungle i tradycyjne świątynie północnego Chiang Mai, szybki powrót do Bangkoku i podróĹź do KambodĹźy.

 NAJWIĘKSZE ATRAKCJE:

  • PlaĹźe Phuket- piękne, czyste, gdzie kaĹźdy znajdzie coś dla siebie: tanie owocowe koktajle, moĹźliwość nurkowania z rurką bezpośrednio z plaĹźy, zatłoczone morskie resorty lub odludne plaĹźe z palmami kokosowymi.

  • Ko Phi Phi z bambusowymi chatkami i wycieczka łodzią długolufową na Ko Phi Phi Le połączona z nurkowaniem i podziwianiem podwodnego świata.

  • Songkram -Tajski Nowy Rok tajska wersja polskiego Śmigusa Dyngusa, który trwa tydzień i kończy się ogromną parado-imprezą.

  • Bangkok- stolica łącząca nowoczesność z tradycją, wieĹźowce z zacisznymi, tradycyjnymi świątyniami buddyjskimi (plan minimum to przynajmniej Wielki Pałac i Wat Phra Kaeo) my dodatkowo: zobaczyliśmy całą armię buddyjskich świątyń, włóczyliśmy się po Chinatown, poszedłem na trening boksu tajskieg, zobaczyliśmy wielkiego Buddę w Wat Po, zrobiliśmy zakupy na ogromnym targu Chatuchak, poszliśmy na tajski masaĹź.

  • Chiang Mai: zwiedzanie niezliczonej liczby świątyń buddyjskich, poszliśmy na mecz bosku tajskiego, na wypoĹźyczonych skuterach pojechaliśmy do Centrum Przywracania Słoni i Szpitala Słoni, zrobiliśmy 2 dniowy trek przez dĹźunglę ze spaniem u jednego z plemion, jazdą na słoniach, spływem górską rzeką i kąpielą pod wodospadem.

 CENY

 Tanio, tanio, tanio. Dziennie wydawaliśmy średnio około 300 bathów (jakieś 20 zł)

TRANSPORT

Taksówki i tuk-tuki najdroĹźsze, zbiorowe autobusy (na dłuĹźsze dystanse) i moto-taxi- panowie wożący na motorowerach (po mieście) są relatywnie tanie. Dla odwaĹźnych (bo niebezpiecznie i ruch lewostronny) polecam wynajmowanie motorowerów: 150 bathów za dobę plus około 50 bathów za paliwo- adrenalina, niezaleĹźność i przygoda gratis.

Transport między miastami: autobus (tanio i w miarę wygodnie do spania), pociąg (z kuszetkami ale i tak się nie da zasnąć bo buja w kaĹźdym moĹźliwym kierunku), promy (tanio i przyjemnie niestety moĹźliwe tylko na krótkich dystansach).

JEDZENIE

REWELACJA i TANIO. Cała gama smaków od delikatnych koktajli/shaków ze świeĹźych owoców tropikalnych, przez owoce morza, smaĹźony makaron z dodatkami aĹź do palących i stawiających na nogi po najgorszej imprezie zupach. Na śniadanie grillowane szaszłyczki z mielonego mięsa wieprzowego z sałatą warzywną i marynowaną w occie papryką chili na obiad/kolację: Pad Tai (smaĹźony w sosie makaron z warzywami i mięsem posypany gęsto zmielonymi orzeszkami nerkowca), kurczak z owocami nerkowca, zupy: Tom Kha Kai (ostra z trawą cytrynową, kurczakiem, imbirem i mleczkiem kokosowym) i Tom Soi Kai (specjalność Chiang Mai- czerwona, ostra z makaronem, mięsem kurczaka). Posiłek da się zjeść juĹź za jakieś 3 zł w kuchni ulicznej i za jakieś 6 zł w restauracji/barze. Dodatkowo moĹźna popróbować sobie lokalnych snacków jak grillowane/smaĹźone larwy, pająki, świerszcze czy placuszki ze zmielonego robactwa smaĹźone na głębokim tłuszczu.

KULTURA/ZWYCZAJE

Jest 3 waĹźne rzeczy, o których bezwzględnie naleĹźy pamiętać w Tajlandii:

- nie Ĺźartować, nie szpecić czy palić wizerunków króla (krążą historie o obcokrajowcach siedzących w więzieniu za dorysowanie wąsów królowi na plakacie czy spalenie banknotów z jego wizerunkiem)

- najwaĹźniejszą częścią ciała jest głowa, najgorszą stopa, nie wolno dotykać Tajów w głowę rękoma a pokazywanie czegokolwiek nogami/stopami jest uznawane za potwarz

- kobiety absolutnie NIE MOGĄ dotykać buddyjskich mnichów- mogą rozmawiać, robić zdjęcia ale NIE DOTYKAĆ (podobno kasują im się wtedy lata słuĹźby spędzonej w zakonie).

Ĺťycie w Tajlandii toczy się powolnym, leniwym rytmem- sklepiki, bary i restauracje, najczęściej zlokalizowane na parterze domów właścicieli czynne są od 7-23, 6 dni w tygodniu. Wyjątkiem są niedziele, gdzie do południa lub popołudnia większość sklepów i niektóre baro-restauracje są zamknięte (najprawdopodobniej z powodu wizyt w świątyniach buddyjskich).

LUDZIE

Tajowie są mili i uprzejmi dla obcokrajowców, słuĹźa pomocą, nawet jeĹźeli się ich nie prosi to i tak wychodzą z inicjatywą. Spotkaliśmy tylko 2 niezbyt miłych kierowców tuk-tuków w Bangkoku, którzy za śmieszne małe pieniądze obiecali nam rundkę po największych atrakcjach miasta (jak się okazało chodziło głównie o dowoĹźenie turystów do sklepu krawieckiego, za co dostawali pieniądze od właściciela)- ale to juĹź tradycja, którą kaĹźdy turysta powinien „zaliczyć”. Raz dostaliśmy spontaniczne zaproszenie na stypę buddyjską kiedy się zgubiliśmy i próbowaliśmy znaleźć drogę. Nakarmiono nas i napojono za darmo- zupełnie obcych, niespokrewnionych ze zmarłym ludzi.W całej Tajlandii jest duĹźa liczba transseksualistów i operację zmiany płci są popularne i tanie (większość „przerobionych” z chłopców kobiet jest miła, rozmowna i od razu przyznaje się do operacji). Dodatkowo w kraju, głównie na Phuket kwitnie biznes erotyczny (wg. Buddyzmu prostytucja nie jest traktowana jako grzech- liczy się karma i uczynki), naleĹźy się mieć na baczności i zachować zdrowy rozsądek- większość kobiet jest nachalna i szuka sponsorów- całkiem spora liczba obcokrajowców daje się złapać.

NOCLEGI:

Podobnie jak jedzenie i transport- TANIO o ile nie oczekuje się luksusów. Na Phuket spaliśmy w sławnym ON ON Hotel (pojawił się w filmie The Beach) za 180 bathów za pokój z wiatrakiem i wspólną łazienką, w Bangkoku zatrzymaliśmy się w Swasdee Hotel (600 bathów za 4 osobowy pokój: klima, TV, łazienka w środku i śniadania w cenie), Chiang Mai w Royal Guesthouse (250 bathów za 2 os pokój z wiatrakiem i łazienką w środku), Phi Phi- 500 bathów za 2 os. Bambusowy bungalow ze wspólną łązienką), Krabi- 300 bathów za 2 os pokój z wiatrakiem, TV, i łazienką.

RADY:

Warto targować się i zbijać ceny wszędzie oprócz supermarketów i barów i restauracji- Tajowie bardzo często starają się oskubać turystów ile się da. Przydaje się asertywność i zdecydowane mówienie „nie” wszelkiej maści naganiaczom i rezydentkom barów i dyskotek Patongu i Pattaii.

KAMBODĹťA

Zaczęliśmy ją odkrywać w trakcie. Planowo miały być tylko świątynie Angkoru. I znów- plany są do zmieniania. Mi ten kraj od momentu przekroczenia granicy tajsko-kambodĹźańskiej przypadł do gustu- polna autostrada, rozklekotany bus, kurz, zielone równiny dookoła. Spędziliśmy tydzień w Siem Reap, gdzie przez 3 dni prawie od rana do wieczora buszowaliśmy po świątyniach Angkoru- największe wraĹźenie na mnie zrobiła świątynia Bayon- z 54-ro-twarzowymi posągami Buddy i wschód słońca w świątyni Ta- Prohm- sfilmowana w pierwszym Tomb Raiderze, gdzie bardziej niĹź w innych świątyniach widać walkę między naturą a cywilizacją- ogromne drzewa malowniczo porastają budynki świątyni i dĹźungla wdziera się do środka. Z Siem Reap pojechaliśmy autobusem do Phnom Penh- pełnego smutnych pamiątek po reĹźimie Czerwonych Khmerów. Miejsca jak Killing Fields (miejsca egzekucji i masowe groby), Toul Sleng (więzienie, miejsce tortur i kaĹşni)- trzeba zobaczyć, ale według mnie tak jak Oświęcim- raz w Ĺźyciu. MiaĹźdżące wraĹźenie robi „galeria” zdjęć twarzy kaĹźdego z więźniów. Phnom Penh nie zabawiliśmy długo- obejrzeliśmy kilka świątyń, zrobiliśmy zakupy na targowiskach (w KambodĹźy moĹźna kupić dosłownie wszystko, tanio i dodatkowo moĹźna i naleĹźy się targować). Z Phnom Penh autobusem z lokalnymi mieszkańcami, lokalną whisky i kambodĹźańską tv na pokładzie pojechaliśmy na południe do Sihnaoukville. Sihnaoukville to nadmorska wioska- ze świetnymi plaĹźami, bardzo nastawiona na zagranicznych turystów, chociaĹź jeszcze niezbyt wśród nich popularna. Tam wynajęliśmy motorowery i zwiedzaliśmy- polecam Snakebar- właścicielem jest Rosjanin- moĹźna tam zjeść sporo rzeczy z rosyjskiej i lokalnej kuchni lub wypić- i wszystko w otoczeniu terrariów z najbardziej jadowitymi wężami i pająkami na świecie. Dodatkową atrakcją jest ogromne akwarium z krokodylem. Z Shinaoukville postanowiliśmy jechać do Wietnamu. Z racji, Ĺźe autobus turystyczny jechał tylko przez Phnom Penh (chociaĹź do granicy było jakieś 50 km) a my nie chcieliśmy się cofać postanowiliśmy sami sobie zorganizować transport i pojechaliśmy do granicy dwom tzw. lokalnymi taxi po ostrym targowaniu się z właścicielami. Do granicy malowniczo: pola ryĹźowe, chatki i domki w stylu kolonialnym, a na samej granicy obładowane do granic moĹźliwości motorowery z KambodĹźanami jadącymi na handel do pobliskiego Ha Tien w Wietnamie. My przeszliśmy granicę w 15 minut opędzając się od natrętnych panów proponujących podwiezienie na motorowerze.

ATRAKCJE:

- świątynie Angkoru

- tanie restauracyjki i bary z tanim jedzeniem z całego świata i tanimi alkoholami

- Killing Fields i Toul Sleng- smutne pamiątki po Czerwonych Khmerach, które trzeba zobaczyć

- nadmorskie Sihanoukville- piękne plaże, przyjazne turystom bary, restauracje dodatkowo rewelacyjna baza noclegowa

 CENY:

Jeszcze taniej niĹź w Tajlandii- porządny obiad za 2-5 USD (standard 3 USD), oryginalne alkohole za 5-9 USD, autobus między miastami za jakieś 5 USD. NajdroĹźszy był Angkor- za 3 dniową wejściówkę zapłaciliśmy 40 USD od osoby (jednodniowa 20 USD, 7 dniowa- 80 USD). Piwo w sklepie za 0.5 USD, w barze 1 USD, tanie drinki.

TRANSPORT:

Nie ma pociągów takĹźe autobusy między miastami (cena nie więcej niĹź 20 USD). Lokalnie- mototaxi i tuk-tuki (motorowery z przypiętą przyczepką). My wypoĹźyczaliśmy rowery i motorowery (w Siem Reap obcokrajowcom nie wypoĹźyczają z powodu wypadku, w którym obcokrajowiec potrącił i uciekł 2 dziewczynki wracające po zmroku ze szkoły); Rowery za 1 USD za 24 h, motorowery 5 USD za 24 h.

NOCLEGI:

Tanio- w Siem Reap za 4 USD mieliśmy 2 os. pokój/apartament z wiatrakiem, kablówką, łazienką w środku i lodówką. W Hilton Hotel za 6 USD pokój miał dodatkowo klimatyzację (przydaje się). Phom Penh 3 os. pokój z klimatyzacją, kablówką, lodówką i łazienką w środku w Royal Hotel za 12 USD. Sihanoukville- 3 os. bungalow 100 m od plaĹźy z łazienką, TV i wiatrakiem za 6 USD w Sea Sun. Bungalowy na plaĹźy były od 10 USD…

JEDZENIE:

Je się tu wszystko co się rusza- pająki, Ĺźaby itd. W KambodĹźy w kaĹźdym miejscu moĹźna zjeść rybę, to za sprawą słodkowodnego jeziora Tonle Sap z jego dopływami, które jest naturalnym cudem wpisanym na listę UNESCO (więcej na: http://en.wikipedia.org/wiki/Tonle_Sap). Jezioro posiada naturalny system filtracji wody morskiej. Kuchnia Khmerska jest ostra i smaczna, charakteryzuje się dużą ilością świeĹźych składników. Dodatkowo wszędzie moĹźna zjeść coś z kuchni międzynarodowej. Polecam kurczaka z imbirem a z zup Amok, do picia aromatyczne herbata khmerowska lub herbata z trawy cytrynowej. Posiłki za około 3 USD. Dodatkowo wszędzie pełno tropikalnych owoców jak mango, jackfruity, banany, liczi i pełno nieznanych mi (1kg około 1-2 USD).

NaleĹźy pamiętać, Ĺźe w KambodĹźy niektórzy mieszkańcy jedzą raz dziennie, a czasami wcale.

KULTURA/ZWYCZAJE:

Podobnie jak w Tajlandii (Tajlandia, KambodĹźa, Wietnam, Laos, Birma stanowiły kiedyś przecieĹź Indochiny). Ceny dla turystów są wyĹźsze od lokalnych i jak patrzyłem na tą biedę, to nie zaleĹźało mi, Ĺźe zapłacę 5 USD zamiast 4, co ciekawe ceny w miejscach typowo turystycznych są tylko o 0.5 USD wyĹźsze (woda w Angkor 1 USD zamiast 0.5 USD- w supermarkecie).

Biały jest traktowany od razu lepiej i powszechne jest nazywanie turystów „sir-ami” a turystek „madamme”.

Turysta przywozi pieniądze, więc pełno jest naganiaczy i trzeba się opędzać. Nie są jednak zbyt natrętni i natarczywi (dzieciaki są) i bardzo chętnie wdają się w rozmowę, nawet mimo, Ĺźe mówi się „nie kupię” na początku a dzieciaki bardzo chętnie się bawią czy gadają albo się uczą (nauczyliśmy „Polska biało-czerwoni” dziewczynki w jednej ze świątyń Angkoru).

Kambodżańska waluta- Riel jest bardzo słabą walutą, zdarzają się nawet dni kiedy nie jest wymienialna międzynarodowo, stąd też w Kambodży używa się USD do płacenia a reszta poniżej 1 USD wydawana jest w Rielach ze sztywnym kursem 1USD=5000 Rieli

LUDZIE:

Jest róĹźnica między Khmerem a Czerwonym Khmerem. Khmer to mieszkaniec KambodĹźy, a nazwa wywodzi się od staroĹźytnej cywilizacji, która m.in. wybudowała Angkor.

Czerwony Khmer to członek partii, która wprowadziła zbrodniczy reĹźim i stworzyła jedynie miejsca cierpień i kaĹşni.

Mieszkańcy Kambodży cieszą się życiem i mają włączone prawdziwe Carpe Diem. Pomimo biedy są weseli i otwarci jak nie sprzedadzą to sobie przynajmniej pogadają.

Posiłek (często tylko raz dziennie) jest wydarzeniem, ludzie starają się najeść do syta.Wynika to z faktu, Ĺźe reĹźim Czerwonych Khmerów zaszczepił ludziom w mentalności strach przed jutrem bo nie wiadomo czy nie przyjdą, Ĺźeby wtrącić do więzienia politycznego, torturować i zabić, dlatego ludzie starają się cieszyć obecną chwilą. Dzieci pracują, traktowane są jak dorośli i nikogo to nie dziwi. Najczęściej dzieciaki chodzą rano do szkoły, a potem biegną i starają się sprzedać coś turystom z racji bardzo dobrej znajomości angielskiego. W Phnom Penh pełno dzieciaków nie chodzi do szkoły, zbiera śmieci, Ĺźebrze i wącha klej w między czasie- smutne i najgorsza jest bezsilność, bo danie pieniędzy niczego nie rozwiązuje. Wiele dzieciaków w Angkor potrafi liczyć praktycznie w kaĹźdym języku odwiedzających turystów (po polsku nie potrafiły, ale po rosyjsku do 10).

Khmerzy Ĺźyją z dnia na dzień, widać wykorzystywanie wszystkiego co się da na ile się da (co moĹźna naprawić jest naprawiane a nie wyrzucane) i czuć w atmosferze smutne piętno Czerwonych Khmerów. W ciągu 4 lat od 1975 roku reĹźim wymordował 1.5 miliona ludzi, 1/5 populacji KambodĹźy, głównie inteligencję, lekarzy i naukowców. Z KambodĹźy chcieli zrobić państwo rolnicze, więc wysiedlano masowo ludzi do wiejskich obozów pracy, zniesiono pieniądze, lekarstwa były robione z trawy a kraj cofnął się do średniowiecza.

W ludziach zaszczepiono skutecznie strach. Każdy bał się, bo wystarczyło słowne, anonimowe oskarżenie, że ktoś jest wrogiem reżimu, żeby zostać zamkniętym z całą rodziną w więzieniu politycznym, torturowanym i bestialsko zabitym. Każdy bał się swojego cienia, strażnicy i oprawcy bali się swoich towarzyszy bo Czerwoni mordowali nawet siebie.

Amerykanie byli zbyt zajęci sąsiednim Wietnamem, Ĺźeby cokolwiek zrobić i dopiero armia wietnamska zniosła reĹźim, gdy Czerwoni Khmerowie próbowali zająć sąsiadujące prowincje wietnamskie. USA po części przyczyniło się do dojścia Czerwonych Khmerów do władzy bombardując Kambodżę w czasie tzw. Secret War.

RADY:

Targować się, nie dać się nabierać naganiaczom, ale też z umiarem (jak się nam jeden z naganiaczy rozpłakał w momencie, gdy chcieliśmy zmienić hotel to zostaliśmy na 1 noc- no ale mieli tylko wiatraki w pokojach i się nie dało wytrzymać)- czasem lepiej zapłacić 0.5 USD więcej i zobaczyć uśmiech na twarzy sprzedawcy.

Co do świątyń Angkoru- zwiedzanie z samego rana daje: mniejsze tłumy turystów (w tym azjatów fotografujących kaĹźdy szczegół), lepszą atmosferę, a wschód słońca w zarośniętej dĹźunglą świątyni lepiej się ogląda w kameralnym gronie i dodatkowo mniejsze gorąco; minusem jest wczesna pobudka. Zwiedzanie popołudniami owocuje większymi tłumami, ale za to zachód słońca w świątyni Bayon jest nie-do-opisania. Spokojnie moĹźna się wyrobić na 3 dniowej przepustce z obejrzeniem wszystkiego- 7 dniowe są na obejrzenie oddalonych świątyń (jest 3 nawet i 50 km poza kompleksem), chyba, Ĺźe ktoś jest maniakiem-archeologiem. Warto wykupić sobie albo podłączyć się na „krzywy ryjek” do przewodnika. Same przewodniki książkowe są OK.- niekiedy nie mówią wszystkiego albo ciężko się połapać w płaskorzeĹşbach.

 WIETNAM

Wjechaliśmy od strony kambodĹźańskiego południa. Wylądowaliśmy w Hatien, gdzie tylko 2 osoby mówiły po angielsku (mieliśmy spore szczęście) co było straaaaasznie frustrujące (ja nawet zacząłem w desperacji uczyć się wietnamskiego), dodatkowo faceci na motorowerach, proponujący podwózkę, na którą się w końcu zgodziliśmy, śledzili nas od hotelu do hotelu, gadali coś po wietnamsku z właścicielami i cena od razu skakała do 30 USD za noc, albo nie było wolnych pokoi. Niezbyt dobre wraĹźenie jak na początek. Noc przespaliśmy w obskurnym, ciasnym i drogim pokoju. Okazało się, Ĺźe trafiliśmy pechowo na Dzień Niepodległości- ogromne święto narodowe (przegonienie Amerykanów i zjednoczenie kraju), w czasie którego większość Wietnamczyków ściąga do Hatien. Rano wsiedliśmy w busa i przez jakieś 8 godz jechaliśmy w ścisku (ja miałem plecak na kolanach, nogi na worze z suszonymi krewetkami) do Ho Chi Minh City (dawny Sajgon). Na miejscu wymieniliśmy pieniądze, wsiedliśmy w autobus miejski (bo najtaniej), opędzając się od chcących zarobić motorowerzystów i pojechaliśmy do centrum. Większość hotelików i pokojów do wynajęcia a takĹźe zaplecze turystyczne znajduje się w okolicy Phang Nu Lao. Tam teĹź krążą naganiacze, certyfikowani pomocnicy turystów, którzy chętnie pomogą znaleźć zakwaterowanie. My oddaliśmy się (na początku niechętnie i podejrzliwie) w ręce starszej pani pomagającej turystom, korzystaliśmy teĹź trochę z przewodnika i w końcu ani z pomocą jednej ani drugiego (po prostu weszliśmy) znaleĹşliśmy pokoik z łazienką, wiatrakami, 2 łóĹźkami i klimatyzacją na piętrze galerii i sklepu z obrazami za 12 USD. Miasto jest metropolią i subiektywnie- światową stolicą motorowerów. Ogromne wraĹźenie robi wizyta w Independence Palace (warto zapytać o darmowego przewodnika) i sąsiednim War Reminescene Museum. Mi zmieniła się perspektywa i spojrzenie na wojnę w Wietnamie. W przerwach między zwiedzaniem, wieczorami wychodziliśmy do Bia Hoi (uliczne bary piwne z lokalnym piwem po 0.25 USD za szklankę). Wybraliśmy się teĹź na 2 wycieczki: Delta Mekongu i Tunele w Tsu Chi. Delta Mekongu- sporo się pływa po tej ogromnej rzece i jej kanałach. Po drodze pływający targ, prezentacje jak się robi papier ryĹźowy, cukierki kokosowe czy praĹźony ryĹź, obiad w jednej z wiosek, do której da się tylko dopłynąć.

Tunele Tsu Chi były dla mnie o wiele ciekawsze. MoĹźna było na własnej skórze odczuć jak wyglądało Ĺźycie w Vietcongu, zobaczyć pułapki, spróbować manioku i nawet postrzelać z AK 47 czy M 60.

Z Ho Chi Minh City pojechaliśmy nocnym pociągiem do Nha Trang. Spędziliśmy tam około tygodnia, głównie odpoczywając, ciesząc się plażą, morzem i słońcem. Dodatkowo wybraliśmy się do połoĹźonych 20 km wodospadów Ba Ho, po drodze zaliczając monsunową burzę i przedzierając się w deszczu przez dĹźunglę. Po tygodniu, tzw. sleeperbusem przemierzyliśmy prawie 75% Wietnamu w 36 godzin, zahaczając po drodze o Hoian (1,5 godz) i Hue (5 godz). Wysiedliśmy mocno pogięci i obolali (łóĹźka w autobusie były na wymiar około 1.6 m) w Hanoi. ChociaĹź to stolica, lecz wyglądała trochę biedniej od Ho Chi Minh. Zwiedzaliśmy miasto, biegając z rana do ambasady chińskiej, próbując zorganizować wizy do Chin. Po bezskutecznych próbach, kombinowaniu, załatwianiu lewych papierów i całej masie irytacji i nerwów- okazało się, Ĺźe brakuje kaĹźdemu z nas tzw. customs declaration, której nie dali nam pogranicznicy w Hatien. Dodatkowo Chiny przestały wpuszczać obcokrajowców z powodu trzęsień ziemi.

W końcu po potrójnym przekładaniu popłynęliśmy w rejs po zatoce Ha Long. Rejs był magiczny- piękne krajobrazy, skały-wyspy wyrastające prosto z morza, wioski rybackie na pływających domach-barkach i wszechogarniający spokój. 1 noc na łódce, 1 noc w hotelu na wyspie, zwiedzanie jaskiń, wizyta na Małpiej Wyspie, kajaki, pływanie w morzu, pełne wyĹźywienie i niesamowity klimat. Za to wszystko zapłaciliśmy 53 USD od głowy. Wróciliśmy do Hanoi, nasza wietnamska wiza waĹźna była jeszcze 2 dni a po burzy mózgów zdecydowaliśmy na szybką ucieczkę do Laosu, lot na 3 dni do Malezji i lot do Katmandu w Nepalu.

NAJWIĘKSZE ATRAKCJE

- War Reminescence Museum- smutna i wstrząsająca wietnamska wersja historii

- Tunele Tsu Chi- zachowane prawie bez zmian tunele Vietcongu, którymi moĹźna się przepełznąć, dodatkowo strzelnica

- Nha Trang- centrum nurkowe Wietnamu, plaĹźa, morze, słońce, mało turystów

- Imperial City w Hue- kompleks cesarski, wymiarami wzorowany na chińskim Zakazanym Mieście

- Hanoi- i jego miasta w mieście: Old Quarter, Frencz Quarter

- Ha Long Bay- wpisane na listę UNESCO malownicze granitowe skały wyrastające prosto z morza, zachód i wschód słońca na pokładzie łodzi

CENY

Nieco droĹźej niĹź w KambodĹźy. Dodatkowo Wietnamczycy mają zakodowane zdzieranie z obcokrajowców, więc na kaĹźdym niemal kroku trzeba się targować i uĹźerać, po czym potrafią się nawet obrazić, odejść i nie sprzedać po cenie lokalnej. ObraĹźają się nawet jak cena wynosi 150% ceny lokalnej. Posiłek średnio za 2.5- 3.5 USD, pokój trzyosobowy z łazienką, TV i klimatyzacją/wiatrakiem za 12 USD, bus Hatien-Ho Chi Minh City 8 USD, pociąg Ho Chi Minh City-Nha Trang 26 USD, sleeper bus Nha Trang-Hanoi 18 USD, wynajęcie motoroweru- 5 USD/ 24h, paliwo 2l za 1 USD.

TRANSPORT

Pociągi są najbardziej wygodne, ale teĹź najdroĹźsze- warto dla widoków przynajmniej kawałek przejechać pociągiem- między górami a morzem. Sleeperbus- tania alternatywa, w miare wygodny jeĹźeli ktoś ma poniĹźej 1.90 m wzrostu. Lokalnie najtańsze są autobusy miejskie, warto jednak mieć wstępne rozeznanie czym gdzie dojechać. Taksówki 1 USD za 1.5 km. Riksze teĹź są niezłym pomysłem na szybkie zwiedzenie centrum. NaleĹźy ZAWSZE się targować.

NOCLEGI

Dobry poziom i tanio. W Ho Chi Minh City dzielnica Phang Nu Lao- pełno jest pokoików do wynajęcia i hotelików i dodatkowo pomocników turysty i naganiaczy, którzy pomagają znaleźć zakwaterowanie w pożądanym przedziale cenowym. My spaliśmy w pokoiku ponad pracownio-galerio-sklepikiem malarskim. W Nha Trang teĹź nie ma zbytnich problemów, chociaĹź nie ma naganiaczy. Skupisko hotelowo-noclegowe połoĹźone jest 3 minuty piechotą od plaĹźy, oddalone jednak około 3 km od dworca kolejowego ( 2 pokoje z wiatrakami, TV i łazienką za 9 USD). Hanoi- 12 USD za trójkę z TV, łazienką.

Wietnam, a zwłaszcza Hanoi jest mocno dotknięte klątwą „Lonely Planet”- hoteliki i guesthousy, które są rekomendowane od razu podnoszą ceny lub bywają zapchane turystami. Warto pochodzić, popytać, potragować się samemu.

JEDZENIE

Smaczne i tanie. DuĹźo świeĹźych składników i ziół, lekko strawna. Podobnie jak w innych krajach je się wszystko- larwy, pająki, psy itd. Polecam pho-bo (rosół wołowy z makaronem, świeżą kolendrą), świeĹźe sajgonki wegetariańskie (z orzeszkami w środku) dodatkowo moĹźna wybrać sajgonki zrób-to-sam. Warto spróbować jedzenia z tzw. ulicznych kuchnii (w Hanoi jest ich pełno- a dobrą moĹźna rozpoznać po kolejce, która się przed nią ustawia)- jedzenie nie dość, Ĺźe jest tam najtańsze to dodatkowo smaczne. W Ho Chi Minh City pełno jest teĹź stoisk z kanapkami, gdzie za jakieś 0.2 USD dostajemy smaczną kanapkę z mięsem z konserwy i warzywami (tu warto zachować zdrowy rozsądek SANEPID-owski i nie jeść np. kanapek z całodniową wędliną). Koniecznie trzeba spróbować wietnamskiej kawy (mocna, słodzona skondensowanym mlekiem, parzona z fusów w „mini-ekspresie” nakładanym na filiĹźankę) i herbaty w jednej z ulicznych kawiarni chodnikowych i świeĹźego lokalnego piwa z bia-hoi po około 0.25 USD za szklankę albo 1 USD za 1.5 litrowy dzbanek.

KULTURA/ZWYCZAJE

Niesamowity widok można zobaczyć codziennie wczesnym rankiem w większych miastach- ludzie rano razem ze wschodem słońca gimnastykują się, pływają w morzu, biegają czy uprawiają sztuki walki. Potem każdy rozchodzi się do pracy.

Wietnamczycy są towarzyscy. Tradycyjnie w porze śniadaniowej okupują uliczne-chodnikowe kawiarenki. U nas chodnik jest do chodzenia, u nich po to Ĺźeby postawić stoliczek, malutkie krzesełka parzyć kawę, herbatę coś gotować, smarzyć i zarabiać. Wieczorami ludzie gromadzą się w bia hoiach przy lokalnym, świeĹźym i tanim piwie. Spotyka się tam znajomych, a dodatkowo kaĹźdy nieznajomy po kilku piwach, o ile jest otwarty od razu staje się znajomym. Piwo przegryza się orzeszkami, larwami i owocami (kwaśnymi, nie słodkimi). Po ulicach krążą sprzedawcy, którzy zarabiają na turystach sprzedając owoce, książki, przewodniki i ich przedruki, czapki, pamiątki, bagietki.

Wietnamczycy przyzwyczajeni zostali przez swój rząd do zagranicznych turystów płacących wyĹźszą cenę- stało się to juĹź zwyczajem, Ĺźe jeĹźeli ceny nie ma nigdzie napisanej to w 120% turystycznych przypadków jest ona dla nas zawyĹźana- dlatego naleĹźy się TARGOWAĆ. Niestety przyzwyczajenie to jest tak głębokie, Ĺźe gdy próbowaliśmy płacić lokalną cenę a nie 200% wyĹźszą sprzedawczyni się obraĹźała i odchodziła.

LUDZIE

Wietnamczycy są towarzyscy, mili i otwarci. Zagadują i chcą za wszelką cenę pomagać. Niekiedy kłamią, Ĺźeby nie rozczarować turysty i mówią, Ĺźe coś co jest mało prawdopodobne, jest na 100% pewne. Ĺťeby spotkać prawdziwych Wietnamczyków polecam wyjście do bia hoi wieczorem- moĹźna się napić, niekiedy porozmawiać i popróbować np. larw.

Niektórzy Wietnamczycy nie mówią po angielsku, więc nawet nie próbują zrozumieć co do nich się mówi i w jakikolwiek sposób się skomunikować- od razu ucinają rozmowę kręceniem dłonią na wysokości twarzy (coś jakby wkręcali Ĺźarówkę energicznie)- oznacza to „nie, nie wiem, nie rozumiem, nie ma”. Wietnamczycy nie związani w Ĺźaden sposób z turystyką i nie zarabiający na turystach są mili, szczerzy i otwarci. Ci, którzy mogą coś na nas zarobić zawsze będą kombinować, Ĺźeby wyjść na swoje, a zbyt duĹźe obniĹźenie przez nich ceny skutkuje wyrzuceniem niektórych części np. z programu wycieczki. Rzadko kiedy zdarza się Ĺźeby obniĹźali cenę poprzez obniĹźenie swojej marĹźy.

RADY

Generalna zasada- uciekać od mocno turystycznych miejsc, pytać o ceny, targować się.

Uciekać od rekomendacji z Lonely Planet- zwłaszcza, jeĹźeli chcemy być na budĹźecie i nie wydać zbyt duĹźo. NaleĹźy uwaĹźać na salony masaĹźu- prostytucja w Wietnamie jest zakazana, więc domy publiczne zeszły do podziemia i ukrywają się pod nazwą salonów masaĹźu. Ciężko jest rozpoznać róĹźnicę- do momentu jak nie zaczniemy być masowani. Dziewczyny jednak nie są zbyt nachalne, grzecznie pytają i „nie- dzięki” oznacza dla nich „nie”. MasaĹź jest tani, ale trzeba uwaĹźać mocno na swój portfel i mieć go cały czas przy sobie, najlepiej bez duĹźej ilości gotówki, bo niektóre „masaĹźystki” bywają naprawdę sprytne.

Nawet w domu publicznym moĹźna być dobrze i profesjonalnie wymasowanym- Na Kat Ba w Ha Long miałem świetny profesjonalny masaĹź zrobiony przez prostytutkę, bez „usług dodatkowych” za to z miłą rozmową.

LAOS

W Wietnamie kończyła się nam wiza, a Ĺźe chińskiej nie udało się nam zdobyć to musieliśmy gdzieś uciekać. Laos był najbliĹźej, więc na niego padł wybór. Autobusem z Hanoi do Vientianne, przez jakieś 18 godzin za 18 USD w naprawdę kiepskich warunkach- okna ledwo się otwierały w środku, siedziałem przez całą drogę z nogami na pudełku jogurtów i obok przytulającego się i śmierdzącego Wietnamczyka. Nad ranem byliśmy na granicy, którą otwierali dopiero o 8, załatwiliśmy wizy laotańskie, oczywiście zdarli nas przy tym z pieniędzy (10 USD za wyjazd z Wietnamu, kurs wymiany mocno niekorzystny). W końcu wylądowaliśmy w Vientianne. ZnaleĹşliśmy nocleg na 1 noc i następnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy lokalnym autobusem do Vang Vieng, określanego jako raj dla turystów. Ta miejscowość to chyba największe skupienie barów i restauracji w całym Laosie. Na głównej uliczce, przebiegającej przez wioskę w restauracjach od 10 do 22 lecą seriale- Friends i Family Guy. Dodatkowo ludzie są bardzo przyjaĹşni i jest co tam robić: w okolicy są jaskinie, na rzece organizowane są spływy kajakowe i na oponie (tzw. tubing), moĹźna się wspinać po skałkach czy ruszyć w górski trek. My wybraliśmy się na wypoĹźyczonych rowerach do jaskiń. Przy wejściu kto nie ma, a chce dostaje latarkę czołówkę, która bardzo się przydaje w środku. Przez trzecią grotę, pod górą przepływa rzeka i jest moĹźliwość wynajęcia opony i latarki i przeciągnięcia się pod górą. W naszym przypadku poziom wody po opadach był za wysoki i część trasy była zatopiona.

Po jaskiniach dopadła nas tropikalna burza, którą przesiedzieliśmy w wioskowej baro-restauracji, przy najsmaczniejszej zupie (0.75 USD) i suszonej na słońcu wołowinie (1.25 USD), jaką jadłem w Laosie.

Z Vang Vieng ruszyliśmy autobusem do Phonsavan. Przez 1/3 drogi siedzieliśmy na plastikowych stołeczkach na środku autobusu (bo juĹź nie było miejsc) i graliśmy w karty. Droga, mocno kręta, co chwilę zjeĹźdĹźająca z góry by za 2 min ponownie zacząć się wspinać, dodatkowo kierowca z aspiracjami i umiejętnościami kierowcy rajdowego- i po chwili ¾ pasaĹźerów autobusu miało chorobę lokomocyjną i wymiotowało. My z trudem wytrzymaliśmy to, jak to nazwaliśmy „szkolenie rosyjskich kosmonautów”. W Phonsavan zwiedziliśmy Plain of Jars, lao whisky farm (gdzie pokazano nam jak się robi bimber w Laosie i była teĹź degustacja). W Phonsavan ludzie i ich podejście tak nam się spodobało, Ĺźe zostaliśmy 4 dni zamiast jednego. Wieczory spędzaliśmy przy Lao Lao (bimber pędzony z ryĹźu), spróbowaliśmy naszego pierwszego w Ĺźyciu grillowanego psa, a na wypoĹźyczonych motorowerach dojechaliśmy do wioski plemienia górskiego Hmong, po drodze zatrzymując się przy chłopkach grających w kataw. Wróciliśmy na 1 dzień do Vang Vieng, Ĺźeby zaliczyć tzw. tubing rzeką z przystankami na piwo, skoki do wody i darmowy bimber. Tego samego dnia złapaliśmy autobus do Vientianne, spędziliśmy tam 3 dni, zaliczając po drodze zakupy, wizytę w Parku Buddy, browar Lao Beer, świetny masaĹź i naturalną saunę parową w świątyni masaĹźu. Tam teĹź spotkaliśmy Salego- Laotańczyka, który płynnie mówił po polsku, a studiował w Krakowie na politechnice. Ostatnią noc spędziliśmy w towarzystwie Eka (znajomy Kasi- Laotańczyk, który studiował na tej samej uczelni co my), jego Ĺźony i inych Laotańczyków, którzy studiowali w Krakowie.

31.05 polecieliśmy na 3 dni do Kuala Lumpuj w Malezji, a stamtąd do Nepalu.

NAJWIĘKSZE ATRAKCJE

Wat Sok Pa Luang- ziołowa sauna parowa opalana drewnem i rewelacyjny masaż (4 USD)

Jaskinie w Vang Vieng- mroczne, dzikie i bardzo klimatyczne

Tubing w Vang Vieng- spływ rzeką na oponie z kombajnu, z przystankami w nadrzecznych barach na piwo, darmowy bimber, jedzenie czy skoki do rzeki

Plain of Jars- ogromne kamienne słoje- tajemnicza pozostałość po staroĹźytnej cywilizacji porównywana do Stonehenge

CENY

Tanio, a jak się wyjedzie z Vientianne, to jeszcze taniej. Supermarkety widzieliśmy tylko w Vientianne- przykładowe ceny to np. 10 USD za oryginalną podróbkę polo Lauren-a, 1 USD za bagietkę, pepsi za 1.5 USD, piwo Lao za 1.5 USD).

TRANSPORT

Najtaniej i najbardziej przygodowo podróĹźuje się lokalnymi autobusami (cena około 10 USD), które są jedynym dalekobieĹźnym środkiem transportu. Są teĹź autobusy turystyczne, z klimatyzacją, do których zwykłych Laotańczyków nie wpuszczają. Rozwinięta jest równieĹź sieć prywatnych taxi i busów, w cenie mniej więcej autobusów turystycznych.

Wszędzie moĹźna wypoĹźyczyć motorowery, chociaĹź ceny są róĹźne- w Phonsavann zapłaciliśmy bodajĹźe 10 USD za 12 godz, w Vientianne 7 USD za 24 h. WypoĹźyczenie roweru kosztuje około 1-2 USD do końca dnia i jak na niedaleki dystans w Vang Vieng jest idealnym rozwiązaniem.

NOCLEGI

Dobry standard, dobra cena, wiatrak nam wystarczał i obyło się bez klimatyzacji, a Phonsavann bywało nawet wieczorami chłodno (z racji wysokości).

JEDZENIE

W Laosie je się naprawdę wszystko. Widzieliśmy smaĹźone szczury, próbowaliśmy smaĹźonego psa, a na targu kobieta chciała sprzedać ustrzelonego dzikiego kota, który wyglądał na rysia, ale mógłby leopardem śnieĹźnym (gatunek zagroĹźony wyginięciem) i nutrie (teĹź do zjedzenia). Kuchnia laotańska odróĹźnia się od pozostałych z tego regionu- ma zdecydowanie więcej świeĹźych składników i ziół. Warto spróbować laap (sałata ze świeĹźych ziół i smaĹźonego mięsa mielonego), zupy foe, wołowiny suszonej na słońcu. Laos słynie z plantacji kawy połoĹźonych na stromych górskich zboczach- warto spróbować. Dodatkowo w Vang Vieng lokalną specjalnością jest wino i herbata borówkowa. Najtaniej jedliśmy w Phonsavann a najsmaczniej w Vang Vieng.

KULTURA/ZWYCZAJE

Laotański narodowy stan duch da się zamknąć w stwierdzeniu „kaĹźda czynność powinna mieć w sobie coś z zabawy”- widziałem scenkę, która była przykładem: dwóch Laotańczyków rwało śliwki śpiewając na drzewie a trzeci przygrywał im na gitarze, teĹź siedząc na gałęzi razem z nimi.

Kultura się nie zmienia zbytnio- Laotańczycy akceptują środki pomocy od zachodu ale nie dają się łatwo „zglobalizować” i Ĺźyją dalej po swojemu. Sporo ludzi podróĹźuje autobusami, jednak nie są przyzwyczajeni do choroby lokomocyjnej, a kręte górskie drogi raz spadające w dolinę po to Ĺźeby za 10 minut znów piąć się pod sąsiednią górę nie ułatwiają utrzymania ostatniego posiłku w Ĺźołądku.

LUDZIE

Laos był jedynym dla mnie jedynym krajem w Azji Płd.Wsch., w którym turysta nie kojarzył się automatycznie z pieniędzmi. Laotańczycy byli najbardziej miłym i otwartym narodem, jaki spotkałem w tej podróĹźy. Trzeba wyjechać z turystycznych miejsc jak Vientianne i wtedy widzi się szczerze uśmiechniętych ludzi, którzy nie próbują zarabiać na turystach. Nawet naganiacze są inni bo podchodzą do sprawy „przyjdĹş i zobacz za darmo bez przymusu”. W Phonsavan ludzie częstowali nas na ulicy piwem, facet, od którego wypoĹźyczyliśmy motorowery poczęstował kieliszkiem bimbru na odchodne, dzieciaki cieszyły się naszą obecnością a starsi moĹźliwością pogadania sobie i poćwiczenia angielskiego. Ani razu cena, jaką płaciliśmy nie była „turystyczna” i de facto płaciliśmy tam tyle samo co tubylcy (sprawdzałem na targu, przyglądając się transakcjom). W wioskach dalej Ĺźyją w plemieniu, a kobiety jak podróĹźują autobusem zdarza im się podróĹźować z niemowlakami i karmić je piersią przy wszystkich.

RADY

Jak najszybciej wyjechać z Vientianne

Używać lokalnego transportu

Spróbować Lao Lao whisky (mocny ryĹźowy bimber)

Bankomaty są tylko w Vientianne i Vang Vieng, podobno też w Luang Prabang (sami nie sprawdziliśmy bo tam nie dojechaliśmy)

 W Malezji byliśmy tylko 3 dni i to tylko w Kuala Lumpur. Było bardzo intensywnie- wstawaliśmy rano, biegaliśmy po mieście a popołudniem/wieczorem chodziliśmy po centrach handlowych. 6 godz snu i tak przez 3 dni.

Zobaczyliśmy Petronas Towers i weszliśmy na Sky Bridge między nimi, zobaczyliśmy teĹź największy na świecie ogród ornitologiczny i zostawiliśmy trochę pieniędzy w centrach handlowych. Czułem się, po Laosie i KambodĹźy, jakbym nagle wrócił do Tokio- jakbym wrócił do „cywilizacji”.

Po trzech dniach liniami Yeti Airlines o 3 nad ranem polecieliśmy do Katmandu.

 NEPAL

Wylądowaliśmy rano, wiza on-arrival załatwiona w 10 minut i po opędzeniu się od armii natarczywych i upartych naganiaczy dojechaliśmy do centrum i znaleĹşliśmy miły guesthouse w Thamel- dzielnicy turystycznej Katmandu. Miasto jest brudne, ale ma niesamowity klimat, zwłaszcza w popłudniowym słońcu, kiedy lekki wietrzyk powiewa i siedzi się przy filiĹźance aromatycznej herbaty na dachu jednej z thamelskich restauracji. Po 3 dniach przygotowań wyruszyliśmy z Katmandu na 12 dniowy trek dookoła Annapurn. Jechaliśmy zwykłym „kursowym” autobusem, załadowanym do granic moĹźliwości, który najpierw miał problemy z wyjazdem z miasta a potem na trasie złapał gumę. Autobus obsługiwał kierowca i 2 „nawigatorów-mechaników”, z których jeden miał na oko 10 lat, pogwizdywał i bił w karoserię przy wyprzedzaniu, dając znaki kierowcy i potrafił w trakcie jazdy nad stromymi przepaściami wyjść przez okno na dach i wśliznąć się powrotem do środka.

PóĹşniej przez 12 dni szliśmy z Besisahar do Phokary. Po drodze trochę oszukiwaliśmy bo 2 razy podjechaliśmy jeepami (raz jechałem NA jeepie a nie w środku z 16 osobami) i raz mikrobusem (teĹź jechałem przez 30 min NA i to była najstraszniejsza jazda dla mnie jak do tej pory- przypominała rodeo na byku pojonym redbullami). Weszliśmy z 800 m npm na 5416 (Thorong Pass) w tydzień, zaliczając po drodzę aklimatyzację w Manang z pięknymi widokami na Annapurny i lodowiec. Punktem kulminacyjnym był 7 dzień- wejście 900 metrów w górę po czym zejście 1600 w dół. PóĹşniej juĹź przez 5 dni praktycznie schodziliśmy w dół, wieczorami relaksując się przy piwie, lokalnej brandy czy w gorących Ĺşródłach. Po 12 dniach byliśmy w Phokarze, po raz pierwszy od 12 dni zjadłem mięso i ten stek smakował bosko. Do Kathmandu wróciliśmy po 3 dniach, a na miejscu skupiliśmy się na relaksie, rozmowach z lokalnymi dzieciakami, siedząc na skwerku, popijając piwo i słuchając świetnej muzyki na Ĺźywo z okolicznych barów.

Na 3 dni przed wyjazdem wykupiliśmy skok na bungee, w miejscu o nazwie Last Resort, gdzieś koło granicy chińskiej. Dla mnie był to pierwszy raz w Ĺźyciu i od razu ze 169 metrów, z linowego mostku nad kanionem, przez który płynęła rzeka. Adrenalina i strach uderzyły dopiero jak juĹź poczułem powiew powietrza podczas spadania.

 NAJWIĘKSZE ATRAKCJE

Trek i miasta na treku

Durbar Square w Katmandu

Thamel wieczorem

Bungee i swing z mostu nad kanionem na wysokości 169 metrów w Last Resort- zdecydowanie dobre miejsce na pierwszy skok w Ĺźyciu

CENY

Tanio- przygotowując się do treku za 20000 Nepalskich Rupii (36 USD) kupiłem: spodnie northface, spodnie przeciwdeszczowe, koszulkę oddychającą northface, pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak, 2 pary skarpetek górskich i poduszkę nadmuchiwaną.

Na treku- im wyżej się wyjdzie tym wyższe ceny w sklepach, guesthousach i restauracjach. To dlatego, że towar da się dowieźć tylko do pewnej wysokości jeepem, a potem tak już od 2000 m npm ludzie muszą targać rzeczy na plecach.

Za trekking opcja z przewodnikiem, wyżywieniem (bez mięsa) i zakwaterowaniem, pozwoleniami, 2 biletami autobusowymi 10 USD za dzień od osoby.

TRANSPORT

Między miastami i na duĹźe odległości- autobusy. Cen niestety nie poznałem bo mieliśmy bilety w pakiecie wykupując trek. JeĹźeli chodzi o górskie wioski to w niektórych miejscach jedyny transport to własne nogi ewentualnie koń (bardzo droga opcja). Po Kathmandu jeĹźdżą riksze, na dłuĹźsze dystanse jednak lepiej wybrać taksówkę (cena od 100 NR w górę). Thammel czy Durbar Square i generalnie Kathmandu moĹźna spokojnie zwiedzać pieszo.

NOCLEGI

W Kathmandu spaliśmy w Holy Land Guesthouse i za duĹźy pokój z duĹźym 2 osobowym łóĹźkiem, tv, łazienką w środku i ciepłą wodą płaciliśmy 5000 NR. Po drodze na treku spaliśmy jak najtaniej się dało- kaĹźdy jednak miał swoje łóĹźko, pościel i kołdrę, łazienka i prysznice były na zewnątrz, ciepłej wody nie było lub trzeba było niestety nią płacić ekstra a przez 3 dni nie mieliśmy na noclegach prądu. Cen niestety nie widzieliśmy ale z menu wynikało Ĺźe pokój jedynka kosztuje w granicach 1500 NR. W Pokharze zatrzymaliśmy się w Lake View Hotel i za pokój z 3 łóĹźkami, łazienką, tv i ciepłą wodą płaciliśmy 6000 NR.

JEDZENIE

Największy wybór jest w Katmandu- cała masa restauracji, barów, kawiarenek, ze sporym asortymentem, świeĹźo i tanio (posiłek w granicach 2000 NR). Naprawdę warto siąść na dachu, jedząc wśród dĹşwięku poruszanych wiatrem dzwoneczków buddyjskich, obserwować zachodzące słońce, Ĺźyjący swoim Ĺźyciem Thammel. Jedzenie na treku juĹź nie jest tak urozmaicone, w menu jest Dal Bat (ryĹź, warzywa, ziemniaczane curry, ryĹźowy praĹźynek i zupa z soczewicy- nepalskie all you can eat, bo kelner daje niekończące się repety), zupy z makaronem, lasagna, burrito. Tradycyjnie na śniadanie Nepalczycy jedzą tzw. chleb tybetański- smaĹźony na głębokim tłuszczu, polany masłem, popijając słodką mocną herbatą z mlekiem. Tradycyjna kuchnia nepalska jest bardzo smaczna, sporo w niej jarzyn, ryĹźu i curry. Kasta Thakali, oryginalnie kasta kupców, ma podobno specjalizuje się w wyśmienitej kuchni i zdecydowanie naleĹźy spróbować u nich Dal Bat-u. W Thammel, w Katmandu, mają swój lokal, gdzie jest tanio, smacznie i moĹźna spotkać przewodników górskich.

KULTURA/ZWYCZAJE

Nepalczycy są buddystami, sporo teĹź jest hinduistami. Przed wejściem do wioski stoją czy świątyni stoją zazwyczaj młynki modlitewne, które naleĹźy pokręcić prosząc o szczęście- prawą ręką gdy wchodzimy do wioski a lewą gdy z niej wychodzimy. JeĹźeli chodzi o fotografię generalnie naleĹźy zapytać czy moĹźna, równieĹź świętych mężów, którzy dodatkowo pobierają opłaty za fotografię.

LUDZIE

Społeczeństwo do niedawna było podzielone na kasty i system ten nieformalnie funkcjonuje nadal, np. w góry najlepiej wybrać się z Sherpą, dobrze zjeść moĹźna u kasty Thakali itd. Ludzie są otwarci, a na treku im wyĹźej się wyjdzie tym bardziej robią się „oryginalni”- np. brudne, umorusane dzieciaki bawiące się w błocie. Na treku istnieje nieoficjalna zasada, Ĺźe jeść i zakupy robić naleĹźy w miejscu gdzie się śpi, korzystne jest to dla obu stron bo właściciele zazwyczaj dają najniĹźsze moĹźliwe ceny w danej miejscowości.

Po Katmandu kręci się cała masa dzieciaków, które Ĺźebrzą lub próbują coś sprzedać turystom i naleĹźy się uzbroić w cierpliwość bo niektórzy za kaĹźdym razem jak nas zobaczą odprawiają swoją dzienną: „trekking, hasz, marihuana, kokaina” i nocną mantrę: „hasz, marihuana, kokaina, a moĹźe nepalska dziewczyna?”. Wysoko w górach, na treku są wioski i ludzie Ĺźyją nawet na 4000 m npm, do i z wioski prowadzi tylko jedna droga, i da się tylko dojśc pieszo, ewentualnie dojechac konno. Ludzie Ĺźyją w cieniu szczytów, swoim rytmem a niektórzy pewnie nigdy nie byli dalej niĹź 1 czy 2 wioski od swojego domu. Zakupy i towary dostarczane na plecach ludzi lub koni.

RADY

Szukać i dowiadywać się o ceny, targować się i nie dawać sobie narzucać turystycznych cen. W Nepalu jest bieda, przez co funkcjonuje cała masa naciągaczy, naganiaczy i naleĹźy zachować zdrowy rozsądek. Kraj ten słynie głównie z treków górskich, spływów kajakowych i ekspedycji na szczyty. W końcu to jeden z dachów świata.

 

portrety z podróĹźy