Recenzje

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5.  ... 
  1. bedol2

    Dolina Białej Wody. Wydanie II

    Dolina Białej Wody jest osobistą sondą zapuszczoną przez autora w różne warstwy interakcji zaszłych w latach 1980 - 88 między postaciami rzeczywistymi, ściśle związanymi z rozwojem wspinaczki skalnej. Utwór pełen jest niezwykłych (choć może aż za dobrze znanych) zapachów i odgłosów, pokazuje wewnętrzny świat autora ujęty w sposób wybitnie subiektywny. To opowieść o ludziach, drogach przez nich przebytych i odruchach ludzkiej natury... choć nie brak tu także rzeczy, które się śniły... i nie śniły filozofom. Wydanie książki jest częścią akcji charytatywnej dla Ani Starosolskiej, autor przekaże całe należne honorarium na jej leczenie. Ania jest cudownym, wesołym, spontanicznym dzieckiem cierpiącym na zespół Cockayne'a -neurodegeneracyjną chorobę genetyczną, z powodu której lekarze dają jej jeszcze tylko 5 lat życia, o ile nie będzie kontynuować drogiej terapii w Stanach. Już teraz koszt leczenia i rehabilitacji dziewczynki to 200 000 złotych rocznie.

  2. Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean

    Co robi człowiek, gdy przechodzi na emeryturę? Wkłada ciepłe kapcie, uczy się robić na drutach i zajmuje się wnukami. Nie w przypadku Aleksandra Doby, człowieka, który ma więcej werwy niż niejedna młoda osoba, jaką znam, nie wykluczając mnie z tego grona. Ja nie miałabym na tyle odwagi, żeby zrobić to, czego on dokonał. Jeśli to nazwisko nic wam nie mówi, już spieszę z wyjaśnieniami. Aleksander Doba jako pierwszy w historii człowiek przepłynął Atlantyk z kontynentu na kontynent. Zajęło mu to 100 dni. Był zdany tylko na siebie i siłę swoich mięśni. Wiedział, że nikt nie pomoże mu od razu, gdy coś pójdzie nie tak.
     
    Wraz z Aleksandrem przechodzimy przez całą podróż, łącznie z przygotowaniami. Dowiadujemy się, że żona nie była zbyt szczęśliwa, gdy postanowił wyruszyć w siną dal. W sumie trudno jej się dziwić. Gdyby mnie mój ślubny powiedział, że wypływa kajakiem na ocean, oberwałby ode mnie w łeb i skończyłoby się rumakowanie. Na szczęście Gabriela była bardziej wyrozumiała. W trakcie lektury czułam narastający podziw dla tego podróżnika. Umarłabym ze strachu, gdybym miała spać sama pośrodku oceanu w nocy. Pomijając fakt, że zgubiłabym się, bo nawigowanie nie jest moją mocną stroną.
     
    Jestem pod wrażeniem, jeśli chodzi o podejście Aleksandra Doby do całej wyprawy. Powiedział, że nie pokonał oceanu, a jedynie nie pozwolił się pokonać. Miał swoje marzenie i postanowił je spełnić. Wiedział, że samo nic się nie zrobi. Dla tego człowieka nie ma rzeczy niemożliwych. Przestrzegł jednak, by nie brać z niego przykładu. Ja nie zamierzam. Dobrze mi w domu.
     
    Nieco obawiałam się tego, że lektura mnie znuży. Boję się wody, tylko ta w wannie jest cacy. Nie umiem pływać, do żeglowania mnie też nigdy nie ciągnęło. Aleksander Doba wciągnął mnie jednak w swoją opowieść już od początku. Wiele razy w trakcie lektury na mojej twarzy gościł uśmiech. Zwłaszcza wtedy, gdy mówił o rodzinie. Czułam, że nawiązuje się między nami coś w rodzaju nici przyjaźni. Nie znam tego człowieka, ale mam wrażenie, że jest pogodny i swoim optymizmem potrafiłby zarazić największego pesymistę. Niestety niewielu jest takich ludzi, dlatego warto o nich mówić głośno. Jedyne, co mnie nużyło, to techniczne opisy dotyczące sterowania, ale pasjonaci kajakowych wypraw powinni czytać je z zaciekawieniem.
     
    Ubolewam nad jedną rzeczą. W tej publikacji było niewiele zdjęć. Wiem, trudno byłoby ich nacykać w takich warunkach setki, ale nieco brakowało mi tego typu wspomnień z podróży. Tym, które się tam znalazły, nie można niczego zarzucić.
    Czytając o przygodach Aleksandra Doby, miałam wrażenie, że wraz z nim jestem pośrodku oceanu i wiecie co, nawet nie było tam tak strasznie. Z pewnością wrócę tam jeszcze kiedyś. Na suchym lądzie w fotelu mogę to zrobić. Czy polecam tę publikację? Jak najbardziej. To opis niezwykłej wyprawy. Świadectwo odwagi i determinacji. Aleksander Doba stał się moim nowym idolem i na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Bardzo chciałabym go kiedyś poznać osobiście. W końcu nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania. Wystarczy chcieć. Jeśli jesteście pasjonatami morskich wojaży, myślę, że Olo na Atlantyku was zainteresuje. Z tą książką na pewno nie będziecie się nudzić.

  3. Włochy południowe i Rzym. Travelbook. Wydanie 2

    Dzika Italia

    Tytuł jest tylko nieco przesadny, bowiem kto trafił do Kalabrii, z trudem uwierzy, że to ciągle ten sam kraj, z jakim spotkał się w regionie Wenecji Euganejskiej, Lombardii czy Toskanii. Kalabria jest piękna, rzadko zaludniona i nie ma jeszcze znaczącej infrastruktury turystycznej. Rzadko można też rozmówić się tu po angielsku. Króluje dialekt kalabryjski, będący egzotyczną mieszanką włoskiego, greckiego, arabskiego, niemieckiego i francuskiego. Nikogo też nie zaskoczy usłyszany tu język grecki czy albański, ale akurat tu mniejszość albańska jest spora, więc łatwo zauważalna.
    Międzynarodowa nowoczesność dopiero tu nadejdzie, dlatego warto już teraz poznać ten niezwykły, urokliwy region. Z atrakcjami dla niemal każdego. Jak zachwala autorka przewodnika, na terytorium Kalabrii można znaleźć trzy parki narodowe. Tym nie może pochwalić się żaden inny włoski region. To także region kontrastów. Znajdziemy tu tłoczne nadmorskie kurorty, ale w bezludnych i dzikich górach odważny piechur może natrafić na złowieszcze ruiny opuszczonych wiosek.
    Najpiękniejszym miastem Kalabrii zgodnie pozostaje Tropea, popularny kurort z przepiękną starówką usytuowaną na wysokim klifie. Legenda głosi, że Tropea została założona przez Herkulesa. Dla wielu przyjeżdżających tu turystów Tropea pozostanie zapewne w pamięci jako miejsce, w którym jada się czerwone lody cebulowe. Ale niezapomniane pozostają również Santa Maria delTIsola, prastare benedyktyńskie sanktuarium, a także skała Scoglio San Leonardo, zamykająca z jednej strony słynną plażę Spiaggia Della Rotonda, leżąca u stóp wspomnianego klifu. Z Corso Vittorio Emanuele roztacza się niezwykły widok na turkusowe wody Morza Śródziemnego. Tropea ma wiele interesujących miejsc, które każdemu mogą na długo zapaść w pamięć, a tę wzmocnią zapachy lukrecji, fig i bergamotki, z których uprawy słynie Kalabria. Miejsce do odkrycia!

  4. Upały, mango i ropa naftowa

    Wenezuela, 30-milionowy kraj w Ameryce Południowej o powierzchni ponad 882 tys. km², niemal 3 razy większej niż Polska, przeżywa jeden z najczarniejszych okresów swojej burzliwej historii. Szalejąca inflacja – w ub. roku 800-procentowa, rekordowa przestępczość, brak dosłownie wszystkiego, także żywności o którą ludzie toczą boje, i lekarstw, to rezultat przede wszystkim kilkunastoletniej polityki nie żyjącego już od blisko 3 lat komunistycznego przywódcy Hugo Cháveza i jego partii. A także załamania przed kilku laty cen ropy naftowej, która stanowi niemal wyłączny (ponad 96%) artykuł eksportowy kraju i źródło jego dochodów.

    Państwo posiadające największe na świecie (!!!) jej zbadane złoża zamiast stać się, pod względem zamożności, co najmniej równie bogatym jak Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Emiraty Arabskie, doprowadzone zostało, w rezultacie realizowania wytyczonej przez „El Comandante” polityki gospodarczej i społecznej, do bankructwa i upadku. Z których bardzo trudno będzie mu się podnieść. Ciąży bowiem na nim także postkolonialna przeszłość, najgorsze cechy pozostawione narodowi przez hiszpańskich konkwistadorów, niemal cały XIX wiek wojen, rewolucji, zamachów stanu i zmian władzy.

    Ponadto rujnujący wpływ polityki USA robiącej wszystko, aby utrzymać surowcowy charakter całego kontynentu południowoamerykańskiego. Wymieniam tylko główne przyczyny stanu, do którego doprowadzony został ten kraj. Znacznie więcej, w szerokiej palecie tematów historycznych, gospodarczych, społecznych, obyczajowych itd. przedstawia i omawia autor wydanej właśnie przez „Bezdroża” szalenie ciekawej książce pod trochę niefortunnym, moim zdaniem, tytułem. Z upałami, egzotycznymi owocami i ropą naftową kojarzyć się może bowiem wiele regionów naszego globu.

    Dlatego w tytule recenzji tej książki dodałem, że dotyczy ona Wenezueli. Pozostałe trzy jego elementy stanowią, zdaniem autora, Wojciecha Ganczarka i jego wenezuelskich rozmówców, główne przekleństwa tego kraju. Powalające upały, chociaż nie brak ich także w wielu innych regionach naszego globu, rzeczywiście mogą być przekleństwem. Gdyż, jak pisze autor, rozleniwiają, uniemożliwiają ludziom normalne funkcjonowanie. Zacytuję: „ Spędziłem całe miesiące pedałując pod międzyzwrotnikowym słońcem, jestem pełen podziwu dla każdego, kto żyjąc w tym klimacie, pracuje chociażby godzinę dziennie.”

    Chociaż zapytam przekornie, a mam pod tym względem pewne doświadczenie, gdyż bywałem już w regionach świata bardzo gorących, m.in. na kilkunastu pustyniach i w powalającej wilgotności dżungli oraz stref monsunowych. Skoro Europejczycy nie przyzwyczajeni do takich klimatów mogą w nich po wiele godzin dziennie pedałować na rowerze, czy zwiedzać pieszo, chociaż nie zmusza ich do tego głód ani jakieś nakazy, to dlaczego ludzie urodzeni i żyjący tam od pokoleń, mieliby zasługiwać na podziw pracując tylko godzinę dziennie?

    Wielu tubylcom, nie tylko w Wenezueli, gdzie jest obfitość owoców mango, po które wystarczy się tylko schylić, lub zerwać z drzew, aby przeżyć, podobnie jak gdzie indziej dzięki palmom kokosowym czy drzewom daktylowym lub bananowcom, wystarcza to do życia. I może zniechęcać do pracy oraz innej działalności w upale. Ale obfitość ropy naftowej – zapyta czytelnik – jako przekleństwo, a nie źródło bogactwa? Okazuje się jednak, a książka świetnie to przedstawia i dokumentuje, że może ona być także przekleństwem.

    Gdy jest tak eksploatowana, a dochody z niej wydatkowane, jak w kraju, w którym autor spędził sporo czasu i przejechał tysiące kilometrów. Książka ta nie jest jednak tylko relacją z podróży rowerowej, a częściowo, w Andach, także wędrówek pieszych. Chociaż opisy pokonywanych tras i spotykanych na nich ludzi – bo o zabytkach, chociażby z epoki kolonialnej, nie ma praktycznie ani słowa, a i o innych atrakcjach turystycznych niewiele, są ciekawe oraz ładnie napisane, to najcenniejszymi częściami tej książki, przynajmniej dla mnie, są niezliczone fakty, obserwacje, spostrzeżenia, opinie, z których wyłania się obraz kraju.

    Z jego burzliwą przeszłością oraz coraz bardziej dramatyczną współczesnością. Przy czym nie są to powierzchowne stwierdzenia turysty – rowerzysty, ale człowieka znającego język, korzystającego nie tylko z doświadczeń własnych, ale także z wiedzy wielu kompetentnych rozmówców oraz bogatej literatury książkowej i zawartej w różnych publikacjach. Pisząc o faktach, cytując liczby czy opinie, autor w 240 przypisach odsyła do ich źródeł. Swoją, w sumie 9-miesięczną podróż po Wenezueli, z przygodami także na jej granicach, odbył w latach 2014, do wiosny 2015. Zaś przedstawiane fakty aktualizował do końca tegoż roku.

    I chociaż od tamtej pory sytuacja w Wenezueli jeszcze bardziej skomplikowała się, jest to w sumie obraz aktualny i szalenie ciekawy. Przekonać się o tym można czytając tę obszerną książkę. 400 stron sporego formatu, z dosyć drobnym drukiem i 32 kolorowymi zdjęciami. Zacytowanie zaledwie najciekawszych jej fragmentów wymagałoby co najmniej kilkunastu, raczej kilkudziesięciu stron, co w recenzji jest oczywiście niemożliwe. Przy czym uprzedzam czytelników. Kto spodziewa się znaleźć w tej książce tylko rodzaj przewodnika po turystycznych atrakcjach kraju, lub relację z rowerowej wyprawy, niech po nią nie sięga.

    Ale kogo interesuje ten kraj, meandry jego dziejów oraz współczesności przedstawione częściowo na tle losów kontynentu, z ciekawymi, skłaniającymi do refleksji, odniesieniami do gospodarki i polityki światowej, tego zachęcam do lektury. „To jest terytorium skrajności, tędy nie da się przejść obojętnie”, pisze autor na wstępie. Dodając: „Wenezuela lat 2014 i 2015 to kraj pogrążony w kryzysie, stojący na historycznym rozdrożu między kontynuacją socjalistycznych wizji Hugo Cháveza a… no właśnie, nie do końca wiadomo czym”. Blisko 400 stron dalej, w Epilogu, przedstawia to w sposób wręcz dramatyczny:

    „W szpitalu nie ma już nawet opatrunków i alkoholu do przemywania ran. Umierają noworodki, pacjenci czekają na leki, które dawno już przestały docierać.” „Zostają (w kraju) ci, którzy mają rodziny, dom, coś swojego, reszta ucieka hurtem.” A przecież w ciągu roku od napisania tych słów sytuacja w Wenezueli jeszcze bardziej pogorszyła się. I to pomimo wyborów wygranych przez opozycję, ale z posiadającym szerokie pełnomocnictwa prezydentem chavezistą Maduro. Bo około 40% społeczeństwa nadal zaczadzonych jest wizjami „El Comandante”. I uważa, że skoro kraj bogaty jest w ropę, to nie musi pracować, a utrzymywać ich powinno państwo.

    Relacje z podróży autora książki przeplata w niej tematyka gospodarcza, ekonomiczna, polityczna, społeczna oraz kulturalna. Umieścił w tekście również cztery obszerne, do prawie 30 stron druku każdy, rozmowy z miejscowymi znawcami poszczególnej tematyki lub uczestnikami ważnych wydarzeń. O demokracji bezpośredniej po wenezuelsku. Nonsensach ekonomicznych i finansowych oraz ich skutkach. Na temat przebiegu i rezultatów prób przekształcania społeczeństwa konsumpcjonistów w komunistów. Krwawych protestów studenckich w Meridzie w latach 2013-2014. W przypadku nonsensów finansowych, autor odpowiada m.in. na pytanie: „Dlaczego w Wenezueli jest jednocześnie drożej niż w Szwajcarii i najtaniej na świecie”.

    Jednym z przykładów tego jest jego, łącznie ponad 1600 kilometrowa podróż rowerem do sąsiedniej Brazyli. Nie tylko aby przy ponownym wjeździe otrzymać prawo do kolejnego, 90-dniowego pobytu turystycznego. Przede wszystkim w celu podjęcia tam gotówki z bankomatu i zamienienia jej na dolary amerykańskie. A je później sukcesywnie na wenezuelskie boliwary tracące wartość z dnia na dzień. Bo w Wenezueli wypłacono by mu je po urzędowym kursie 6,20 boliwara za 1 $, gdy czarnorynkowy przekraczał wówczas już 800 ! Tamtejsze trzy kursy walut stanowią nie tylko główne źródło korupcji, jednej z najwyższych na świecie.

    „Skrajna korupcja powszechnie uznawana jest za jedyny sposób załatwiania spraw” – pisze autor. Przy czym także korupcja polityczna. Ale również były główną przyczyną upadku gospodarki pod rządami Cháveza. Przy tak zaniżonym kursie oficjalnym boliwara do amerykańskiego dolara i równocześnie ogromnych wpływach dewizowych z eksportu ropy w okresie jej rekordowo wysokich cen, nie opłacało się bowiem niczego produkować i eksportować. Nawet jeden z głównych wcześniej artykułów eksportowych, kawę, zaczęto importować, bo wypadało to taniej, niż uprawianie i zbieranie jej na miejscu. Autor opisuje skalę inflacji.

    Kilkanaście lat temu pewien człowiek włożył do banku 50 tys. boliwarów. Za połowę kupił kawał ziemi, resztę zostawił na koncie. Gdy ją podjął w okresie kryzysu, starczyło na małą kawę w piekarni na rogu. Ciekawe są opisane mechanizmy bogacenia się i życia Wenezuelczyków ponad stan. Uzyskiwania po kursie najniższym, albo i tym wyższym urzędowym, przydziału dolarów np. na import czegoś do produkcji, lub handlu. Przedstawianie na to lipnych faktur, a w rzeczywistości sprowadzania np. o połowę mniej, a resztę wymieniania po kursie czarnorynkowym.

    Co przynosiło ogromne zyski. Podobnie jak system sztywnych cen w sklepach. Do których co jakiś czas „rzucane” są poszukiwane, podstawowe artykuły, po które ustawiają się wielogodzinne kolejki. A szczęśliwi nabywcy przeważnie zaraz sprzedają je na czarnym rynku za kilka, później kilkudziesięciokrotnie wyższe ceny. Doszło do tego, że za równowartość pół kilograma wolnorynkowej cebuli można było sto razy napełnić na stacji benzynowej bak samochodu osobowego. Autor przytacza niezliczone przykłady skutków tego. Dentystka przerywa pracę, chociaż w kolejce czekają pacjenci, bo gdzieś niedaleko „rzucili” mydło. I takie postępowanie uważane jest za coś normalnego i naturalnego.

    Autor pisze zresztą, że „cukru w wenezuelskich sklepach to ja nigdy nie widziałem. Mydła też…”. W ciągu, przypomnę, 9 miesięcy tam pobytu. A w innym miejscu: „…jajka (zniknęły ze sklepów spożywczych po wprowadzeniu cen urzędowych poniżej kosztów hodowli) kupuje się spod lady w sklepie żelaznym, po mleko trzeba wstawać w środku nocy, na proszek do prania urządza się polowanie…”. I obserwuje jak pasażerowie autobusów miejskich, gdy widzą gdzieś kolejkę, to natychmiast wysiadają i ustawiają się w niej, bo prawdopodobnie „coś dają”, chociaż nie wiedzą jeszcze co. Z niezliczonych przykładów nonsensów i różnic cenowych, jakie opisuje autor, przytoczę jeszcze kilka.

    Gdy chciał wysłać do Polski paczkę z ciężkimi rzeczami, m.in. książkami, nie do wożenia na rowerze, którym podróżował, w prywatnej firmie kurierskiej w ciągu 4 dni cena skoczyła 13-krotnie do niebotycznej kwoty 65 tys. boliwarów. Bo cofnięto jej, i innym, możliwość wymiany waluty po kursie urzędowym. Na poczcie państwowej zapłacił tylko 350 boliwarów. Ale musiał „na wolnym rynku” kupić za 180 boliwarów papier i taśmę klejącą, bo poczta ich nie posiadała. I… skserować na własny koszt niezbędny do wysyłki pocztowy formularz. W placówce pozostał już bowiem tylko jeden, wzorcowy”. Na paczkę tę naklejono blisko 200 znaczków pocztowych, bo wyższych nominałów nie było.

    Opisywaną plagą jest także przemyt benzyny i innych artykułów do sąsiedniej Kolumbii. Czy można jednak dziwić się, jeżeli kilogram mleka w proszku w Wenezueli kosztuje, jak się go dostanie, równowartość złotówki, a w Kolumbii 30 zł? Zaś ceny benzyny na stacjach nie pokrywają nawet kosztu wydobycia ropy? Przemyt bardzo opłaca się, chociaż pilnująca granicy Gwardia Narodowa pobiera od niego haracze. W przypadku mleka autor przytacza także inny przykład. Właściciel sporego gospodarstwa ze stadem mlecznych krów używa w domu na co dzień… mleka w proszku. Bo… „pastwisko jest daleko, a mleko (w proszku) władza rozdaje i taniej wychodzi.”

    Dramatyczne są relacje i informacje na temat szalejącej przestępczości, zwłaszcza w miastach. O ogromnej korupcji, także w wojsku. Które „Za czasów Cháveza z pozycji najbardziej szanowanej i godnej zaufania instytucji zamieniło się w upolitycznione siedlisko korupcji i upadku, uważane przez społeczeństwo za jednego z głównych sprawców nieporządków w kraju”. I znowu przytacza konkretne dowody i przykłady. M.in. gdy autor jechał autobusem międzymiastowym, którego pasażerowie wieźli trochę serów i boczku, to przed wjazdem do miasta, aby uniknąć punktu kontrolnego, kierowca skręcił na boczną, trudno przejezdną dróżkę, „bo żołnierze lubią ser i boczek” i podróżni musieli by się z nimi podzielić.

    Ciekawie przedstawiony został w tej książce niechlubny spadek po kolonialnych rządach Hiszpanów, ale i porządkach wcześniejszych. Np. niewolnictwa w Nowym Świecie nie wprowadzili europejscy najeźdźcy. Istniało ono już w czasach Majów, Azteków i Inków. Czy inny bolesny w skutkach problem. Konkwistadorzy mieli mnóstwo dzieci z czarnymi niewolnicami i indiańskimi kobietami. Z czasem sprowadzali z za oceanu swoje rodziny, a „bękarty” zostały bez żadnych praw. Nadal silne są, stwierdza autor, podziały rasowe. Biali to zwykle „gringo” – znienawidzeni, a propaganda chavistów tylko to utrwalała, Amerykanie. Nawet jeżeli są Wenezuelczykami od pokoleń. Najniżej w hierarchii stoją czarni. Im ludzie maja skórę jaśniejszą, tym cenieni są wyżej.

    Resentymenty historyczne są nadal codziennością. Skrót historii kraju na tle pokolumbijskich dziejów kontynentu, stanowi kolejny ważny wątek książki. Hiszpańscy najeźdźcy przenieśli na grunt południowo amerykański nie etos szlachecki hidalgów, lecz cwaniacką zasadę, którą na nim chętnie podchwycili tubylcy: „pracować mają inni, nie my”. Autor pisze wręcz: „Przeciętny Wenezuelczyk chce się wzbogacić nie pracując”. Przytacza szokujące przykłady skutków takiego podejścia do życia. Dzieci na granicy śmierci głodowej w rodzinie, w której w szałasie z gliny z dziurawym dachem jest kilkudziesięciocalowy telewizor, antena satelitarna, gigantyczne głośniki i sprzęt grający, nowe modele iPhonów oraz wiele świeżo opróżnionych skrzynek po piwie. Ale na jedzenie dla dzieci już nie starcza.

    Równocześnie podkreśla gościnność, życzliwość, bezpośredniość, większości mieszkańców, z jaką spotykał się. Często gdy gdzieś chciał rozbić namiot, to zapraszano go jeśli nie do mieszkania, to do obejścia. Karmiono, częstowano kawą itp. Niechlubnie, stwierdza, zapisały się w dziejach Wenezueli Stany Zjednoczone, które od 1830 r. zdominowały politykę kraju, podobnie jak innych w Ameryce Południowej, przez tajną dyplomację i konserwowanie monopoli handlowych. I niedopuszczanie do jednoczenia się państw hiszpańskojęzycznych. Skutkiem tego była oraz w znacznym stopniu nadal jest marginalizacja i wykluczenie całych grup społecznych. Zwłaszcza proletariatu miejskiego i wiejskiego.

    Nie starczało mu na jedzenie i ubrania, nie mieli, jak w sowieckich kołchozach, dowodów osobistych, nie mówiąc już o paszportach. I setki tysięcy nadal żyją w slumsach. Mnóstwo jest w tej książce obserwacji i faktów również z innych dziedzin, m.in. obyczajów. Dominującej roli matek, które dla synów są przeważnie ważniejsze, niż później żony. To efekt powszechności rozwodów oraz niezliczonych dzieci nieślubnych, co uważane jest przez tamtejsze społeczeństwo za zupełnie normalne. Trudno nie wspomnieć o opisywanych zbrodniach reżymu oraz kulcie broni, którą skorumpowane wojsko sprzedaje każdemu, kto chce zapłacić. Uzbrojone grupy chavezystów na motorach (80-90% przestępstw popełnianych jest na nich), w kominiarkach i czerwonych chustach, rozbijają protesty studentów i opozycji, strzelają do ludzi zabijając ich, terroryzują społeczeństwo.

    Na ogromnych muralach – to kolejny przykład z książki – namalowany jest Chrystus w koronie cierniowej celujący z karabinu maszynowego. A Matka Boska z Coromoto, patronka kraju, trzyma na kolanach Dzieciątko Jezus oparte o ustawionego nas sztorc kałasznikowa. W Boże Narodzenie wszystko jest pozamykane, kościoły też. Tylko o 18.00 w katedrze (w Maturinie), gigantycznej budowli, zbiera się 20-30 osób. Bo stosunek do Boga i religii jest tam, jak pisze autor, dosyć ambiwalentny. Warte uwagi są informacje o wenezuelskich imionach. Pochodzą one często od „gwiazd” filmu, muzyki i sportu, rewolucjonistów itp., zapisywanych fonetycznie tak, jak je zapamiętują. Yesica, Maikol, Youlbrainer, czy… Stalin. Gdy to czytałem, przypomniał mi się poznany w Gruzji emeryt, dumny ze swojego imienia Stalber, pochodzącego od pierwszych członów nazwisk Stalin i Beria…

    Sporo krytycznych uwag zebrała turystyka. „W całych Andach wenezuelskich – pisze autor – w całym stanie Mérida żyjącym głównie z turystyki, nie ma ani jednego oznakowanego szlaku wędrownego”. A są tam bardzo ciekawe trasy, m.in. przez przełęcz na wysokości 4,2 tys. m. n.p.m., na których ludzie gubią się, a nawet giną. Niedorozwinięty turystycznie jest szalenie atrakcyjny płaskowyż Gran Sabana. Zachwycające, ale z bardzo różną infrastrukturą, karaibskie plaże. Chociaż autor nie był na uznawanej za wyjątkowo atrakcyjną, wyspie Margarita.. Z ogromnym uznaniem pisze on jednak również o osiągnięciach kraju.

    M.in. o niektórych reformach wprowadzonych przez chavezistów. O wiejskim szkolnictwie, a także Narodowym Systemie Orkiestr. Kształci się w nim blisko 400 tys. dzieciaków, również w małych, prowincjonalnych miasteczkach. Chociaż i temu towarzyszy korupcja, skandale, afery. Ortodoksi zarzucają mu natomiast… kolonializm. Bo „… zaszczepia muzyczny europocentryzm, pogardę dla muzyki wenezuelskiej. Staje się fabryką taniej siły roboczej dla orkiestr symfonicznych świata”. W ostatnim akapicie Epilogu czytam:

    Mam jednak nadzieję, że dobrnąwszy do tych ostatnich już zdań, uzyskał Czytelnik pewne żywe, zrównoważone i nie obarczone prostymi stereotypami wyobrażenie o Wenezueli jako o rzeczywistym społeczeństwie, o ludziach z krwi i kości, z całą gamą ich wad i zalet, miłości i konfliktów, paradoksalnych sprzeczności, codziennych wyzwań i historycznych zaszłości.” Ja uzyskałem, do lektury zachęcam również innych. Bo jest to książka na pewno na nią zasługująca. A także na refleksje, do czego prowadzi nadmierna, niedostatecznie kontrolowana władza, nieodpowiedzialne eksperymenty oraz decyzje gospodarcze i polityczne. 

    Globtroter, CEZARY RUDZIŃSKI; 2017-02-03
  5. Być jak Superman. Teoria i praktyka osiągania niemożliwego

    Być jak Superman. Teoria i praktyka osiągania niemożliwego. to książka dotycząca przepływu. I nie chodzi tu o spływającą wodę, tylko stan, w którym znajdujący się ludzie, „mogą więcej”.

    Muszę przyznać, że od początku straszliwie irytowało mnie to słowo. Można wręcz powiedzieć, że nienawidzę słowa „przepływ”, które to zastępuje tak dobrze znane nam określenie „flow”. Krzywiłam się za każdym razem, gdy pojawiało się słowo na P. A z racji tego, że pojawiało się niemal co chwilę, to moja twarz była wykrzywiona jakbym przez całe popołudnie żuła cytryny.

    Gdy jakoś udało mi się zaakceptować niefortunne słówko, uświadomiłam sobie inną rzecz. Po owej książce spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Liczyłam chyba na jakieś krótkie wytłumaczenie zjawiska, a następnie na prosty przepis na flow. Tak mi się wydaje. Choć to dość absurdalne, byłoby realne. Niestety, nie otrzymałam tego. W zamian dostałam coś, co może i było ciekawe, ale nie w takiej ilości.

    Steven Kotler przez większość swojej publikacji opowiada o sportach ekstremalnych. Wiadomo, opisywane przez niego zjawisko jest często spotykane w tej dziedzinie. Jednakże autor trochę przesadza z ilością opowieści o kajakarzach snowboarderach czy innych skateboarderach. Streszcza ich historie, śledzi ich przygody, opisuje wydarzenia. Wszystko po to, by pokazać nam, jaki flow jest super. Za wszelką cenę chce przekonać nas do tego, że przepływ jest najwspanialszą rzeczą na świecie. Owszem, udaje mu się to, ale już na początku książki. Już w pierwszej części jestem zachwycona możliwościami jakie oferuje nam ten stan. Jestem zafascynowana, podoba mi się to co i jak mówi autor. Ale już wystarczy tych opowieści, już chce coś więcej, jakiś przepis, receptę, cokolwiek. Nie dostaję tego. W zamian czeka na mnie kolejna porcja historyjek. Te, choć w dalszym ciągu ciekawe, w tak dużych ilościach zaczynają mnie już nużyć a cała publikacja powoli mnie irytuje.

    Choć otrzymałam trochę faktów, na które tak czekałam, jest tego zdecydowanie za mało. Proporcje są tutaj zaburzone, autorowi nie udało się wyważyć informacji istotnych i opowiastek po równo. Tych drugich jest za dużo, pierwszych cały czas mi brak.

    Zastanawiałam się o co chodzi, dlaczego ta książka ma taką konstrukcję? Multum przypisów znajdujących się na końcu, prowadziło do różnorodnych publikacji. Aż miałam wrażenie, że to coś w stylu pracy dyplomowej, która okazała się być zdecydowanie za krótka, więc rozszerzono ją o opowieści. Bardzo, bardzo długo zastanawiałam się jaki jest tutaj cel, co autor chce osiągnąć, jaki jest target? Odpowiedź nadeszła w Posłowiu. A przynajmniej tak mi się wydaje, że ją znalazłam.

    W Posłowiu Kotler odsyła nas na swoją stronę internetową, na swojego Facebook’a. Informuje nas na temat warsztatów jakie prowadzi. W zasadzie to rzeczy o których pisze w tym dziale, zajmującym zaledwie pół strony, informuje na gdzie znaleźć zagadnienia. Zagadnienia, które mnie interesowały i które spodziewałam się zagłębić już w tej lekturze. Niestety, nie było mi to dane. Mogę przegrzebać internet, pójść na warsztaty, poszperać na fejsie. Zatem wychodzi na to, że opowieści w książce nie były bezcelowe. One faktycznie miały zachęcić nas do zaznania przepływu. Przepływu, który będziemy mogli zaznać ucząc się, poznając jego tajniki. Ale nie tutaj. Nie w książce. Gdzieś tam, w internecie, w przestrzeni. To zdecydowanie nie to, o co mi chodziło, gdy sięgałam po tę publikację.

    Nie mniej, jeśli jesteście ciekawi wyczynów sportowców. Jeśli fascynują Was sporty ekstremalne i historie o osobach, które je uprawiają, to jest to bardzo dobra książka dla Was. Jeśli sięgnęłabym po nią z takim właśnie nastawieniem, takim założeniem, byłabym zachwycona. Bowiem co jak co, ale Steven Kotler potrafi opowiadać o tych rzeczach w taki sposób, że aż mam chęć sięgnąć po deskę, wziąć rozbieg i ruszyć gdzieś w dal, śmigając po pobliskich ulicach.

    agapilecka.pl, Agnieszka Pilecka; 2016-12-22
  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5.  ...