Recenzje

Wyniki wyszukiwania frazy "92" [10]

  1. 1
  2. 2
  3.  ... 
  1. betyro

    Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata

    Już sam pomysł, aby wybrać się w podróż po Tybecie na rowerze, uznałem biorąc relację z niej do ręki z zaciekawieniem, za trochę zwariowany. W trakcie lektury okazało się, że były to dwie samotne wyprawy.


    I to w okresach niezbyt, delikatnie to określając, sprzyjających poznawaniu tego regionu świata. W lecie, a więc okresie pory deszczowej i w lutym, gdy szaleją wichury, mrozy przekraczają 30 stopni, a śniegi potrafią tam zablokować drogi i przełęcze na dłużej.


    A jednak autorowi książki wydanej przez „Bezdroża” w serii „Szlaki ludzi ciekawych” obie wyprawy udały się, chociaż nie bez niemiłych przygód. Z których część była do uniknięcia, gdyby starczyło mu czasu, a może i chęci, aby się do niej lepiej przygotować nie tylko pod względem sprzętu, ale również wiedzy o realiach kraju, do którego zamierza pojechać.


    Co prawda na końcu książki znajduje się 17 pozycji bibliograficznych z których autor korzystał lub coś cytował, ale tylko kilka z nich dotyczy Tybetu. Przy czym jedna to relacja z podróży po fragmencie tego regionu Azji w końcu… XIX w. Głównym źródłem wiedzy o kraju i trasie, z którego, jak wynika z lektury książki, korzystał podróżnik, był przewodnik rowerowy „Tibet Overland” Kyma McConnell’a … pominięty w bibliografii.


    I 3 mapy bardzo istotnie różniących się w szczegółach. A przecież dostępnych jest przynajmniej kilka ciekawych przewodników i książek o Tybecie zarówno w języku polskim, jak i obcych. O licznych, pełnych informacji relacjach podróżników w czasopisamch już nie wspominając.


    Czytając „Campę w sakwach czyli rowerem na Dach Świata” odnosiłem jednak wrażenie – być może mylne i dla niego krzywdzące, że autora bardziej interesowała sama podróż, pokonywanie w tak trudnych terenowo i klimatycznie warunkach przestrzeni rowerem, niż sam kraj.


    Owszem, trochę ludzie, chociaż wielokrotnie wspominał o barierach językowych, które uniemożliwiały dowiedzenia się czegoś o nich i ich życiu. Trochę krajobrazy z paroma ładnymi ich opisami, gdy gdzieś zatrzymywał się na chwilę lub dłużej. Bo, co stwierdził jednoznacznie, w czasie jazdy nie myśli się o niczym poza drogą.


    Podróżuję po świecie od paru dziesiątków lat starając się zobaczyć jak najwięcej, zwłaszcza tego, co jest najistotniejsze dla danego kraju, jego dziejów i kultury. Tym trudniej było mi zrozumieć, jak będąc trzykrotnie w Pekinie, nawet traktowanym tylko jako punkt przesiadkowy, autor nie poświęcił chociażby odrobiny czasu na poznanie najważniejszych zabytków tego miasta.


    A wręcz zaszokował fakt, że mając do dyspozycji w sumie ponad 2 tygodnie w stolicy Tybetu Lhasie, jeden z najsłynniejszych zabytków świata – Pałac Potala, byłą siedzibę dalajlamów zamienioną w muzeum, obejrzał tylko z zewnątrz. Nie znalazłem ani słowa w relacji z tej podróży, że w nim był, chociaż jest on przecież dostępny dla zwiedzających.


    To trochę tak, jak gdyby bazylikę św. Piotra w Rzymie obejrzeć tylko z wylotu Via Conciliazione, a Wawel z drugiego brzegu Wisły. I to mając czas, aby poznać je dokładniej. W Lhasie autor wspomniał w paru słowach, że był w najważniejszym sanktuarium Tybetu – świątyni Jokhang. Ale już pominął szalenie ciekawy, ogromny bazar dla pątników i turystów wokół niej i na placu Barkhar.


    A także najcenniejszy i starszy od niej klasztor Remoche, niewielką, ale bardzo ważną świątynię Tepe Klapkan, czy – również dostępny – letni pałac dalajlamów Norbulingka. W okolicach stolicy odnotował na połowie strony zwiedzenie klasztoru Sera – w tłumaczeniu „Ogrodzenia z róż”, wspomniał jednym zdaniem o klasztorze Drepung.


    Z innych zabytków opisał 9–poziomową świątynię ( po tybetańsku mcz’od-rten ) Kumlon w mieście Gyantse, ale błędnie, także w opisie zdjęcia, nazywając ją stupą. Gdyż stupa to charakterystyczna, w kształcie kopuły, rzadziej wieży, sakralna budowla buddyjska. W której z reguły, chociaż nie zawsze, znajdują się szczątki lub prochy któregoś ze „świętych mężów” lub zasłużonych mnichów.


    Z niedostępnym, bo nie ma do niego wejścia, wnętrzem. Zaś Kulon to świątynia z 72 kaplicami na kilku poziomach i tylko wieńczącą ten kompleks stupą. Kilkanaście wierszy autor poświęcił też opisowi klasztoru w Sakji, w innej części kraju. Wspomniał i zamaieścił jego zdjęcie - także na okładcde - klasztoru Rongpu pod Mount Everestem. I to już chyba wszystko.


    Byłem w tamtych stronach, m. in. w Pekinie i Lhasie oraz ich okolicach, kilkanaście miesięcy przed autorem podróżując po Chinach i Tybecie, chociaż nie rowerem. Znam więc przynajmniej częściowo tamtejsze realia. Tym łatwiej mi ocenić to, co przeczytałem w książce. Jej najlepsze partie, to opisy prób uzyskania zgody na podróż do Tybetu i to rowerem. Mimo zapewnień chińskich urzędników i biur podróży w kilku miastach na trasie, że zwiedzanie tego autonomicznego regionu przez cudzoziemca na rowerze i w ogóle w pojedynkę jest zabronione oraz podlega karze. A następnie uzyskania przez autora książki, za równowartość kilkudziesięciu dolarów, "Permitu" uprawniającego do 10–dniowej podróży po Tybecie, podczas nielicznych policyjnych czy wojskowych kontroli drogowych okazywało się, że żadne inne dokumenty poza paszportem i ważną wizą chińską nie są potrzebne.


    Na to, że jedzie on, rzekomo zabronionym rowerem ( autor nie dał się nabrać na wykupienie „specjalnego” nań zezwolenia za sporą kwotę ) uwagę zwracali tylko mieszkańcy miejscowości, przez które przejeżdżał. Z dużym zainteresowaniem czytałem również o parokrotnych próbach kupienia w Pekinie biletów na dalszą drogę.


    Autobusowych, a gdy okazało się to niemożliwe, kolejowych na głównym dworcu w Pekinie. Najpierw do Lhasy, a gdy go przez kolejne dni "nie było", do Lanzhou. Aby stamtąd dostać się autobusami do Golmudu, planowanego miejsca rozpoczęcia podróży rowerem. Podróżowałem koleją też z tego dworca, z informacjami wyłącznie po chińsku.


    Tylko w poczekalni dla cudzoziemców, ale aby się do niej dostać, trzeba mieć bilet, pojawiają się informacje po angielsku o konkretnych pociągach. Z kasjerami znającymi – w najlepszym razie – parę słów angielskich. Cudzoziemiec jest tam zupełnie bezradny, bo ilu z nich mówi lub chociażby czyta i pisze po chińsku?


    Autor książki miał jednak w tym i paru kolejnych przypadkach sporo szczęścia natrafiając na młodych ludzi uczących się angielskiego, chcących go trochę poćwiczyć praktycznie i skłonnych do pomocy. Bo w Chinach generalna zasada jest taka – a opisy stosowania jej w praktyce należą również do bardzo ciekawych – że ludzie pytani o cokolwiek na ulicy czy w innych miejscach w języku obcym, w ogóle na to nie reagują.


    Mijają pytającego jak powietrze. W obawie, jak pisze autor, przed tak ważną na Dalekim Wschodzie „utratą twarzy”. A obejmuje ona również niezrozumienie kogoś, czy niemożliwość odpowiedzi na jego pytanie. Pomija jednak, jakże nadal żywy w starszym i średnim pokoleniu, zakodowany z czasów maoistowskich strach przed konsekwencjami jakiegokolwiek kontaktu, nawet przypadkowego, z „obcymi”.


    Nie obawia się tego tylko młodzież ucząca się angielskiego. Ale to, zwłaszcza w Tybecie, kropla w morzu spotykanych ludzi. Znakomicie czyta się też, barwnie opisane, podróże pociągami na długich trasach na podstawie najtańszych biletów. Sceny z niektórych pociągów PKP w okresie przedświątecznym, to w porównaniu z nimi idylla.


    Podobnie jazd autobusami, czy korzystania z miejscowej gastronomii. W której cudzoziemcy, zwłaszcza, jak pisze autor, w lokalach bez menu w języku angielskim, płacą znacznie więcej niż miejscowi. W tej dziedzinie mam jednak zupełnie inne doświadczenia, chociaż dotyczą one nie przydrożnej gastronomii, ale miast.


    Na spożycie posiłku wybieraliśmy w parę osób niewielkie restauracyjki, najwyżej o 5–6-ciu stolikach, w których nie widzieliśmy żadnej „bladej twarzy”. Wskazywaliśmy, bo o innym porozumieniu się z personelem nie było mowy, kilka dań wystawionych w gablocie lub aktualnie spożywanych przez innych gości i zamawialiśmy po jednym z nich oraz pustym talerzu dla każdego. I z każdej potrawy braliśmy po trochu. Jadając w sumie obficie, smacznie i za niewielkie pieniądze.
    W relacji z podróży rowerem po Dachu Świata bardzo ciekawe są też spotkania z ludźmi. Zarówno niemiłe, jak dosyć nagminne domaganie się, niekiedy agresywne, pieniędzy za nic, nie tylko przez dzieci i młodzież. Z kuriozalną sytuacją, gdy przypadkowy tybetański rowerzysta, któremu polski podróżnik pomógł naprawić przebitą dętkę … zażądał pieniędzy. Chyba za to, że pozwolił sobie pomóc.


    Bardzo niemiłe, a niestety powszechne, było obmacywanie – też nie tylko przez dzieci – zarówno gołych i owłosionych ( krótkie spodnie ) nóg autora, jak i otwieranie bez pozwolenia jego toreb oraz oglądanie co w nich jest. A nawet próby, raz udaną, bo sytuacja dla wlaściciela stała się niebezpieczna, a protest praktycznie niemożliwy, wybierania sobie z nich czegoś „na prezent”.


    Równocześnie przypadkowo poznawani ludzie – opis tych spotkań i warunków w jakich żyją to przeważnie też interesujące fragmenty książki – udzielający podróżnikowi noclegu czy zapraszający go do wspólnego posiłku, często obrażali się, gdy próbował za to płacić. Chociaż zdarzali się i tacy, którzy wystawiali za to rachunek tak wysoki, jak w luksusowym hotelu czy restauracji. No cóż, nie tylko w Tybecie, ale i w wielu innych egzotycznych krajach panuje przekonanie, że przyjeżdżający do nich biali to bogacze, a więc powinni podzielić się swoim majątkiem.


    Pomysł podróży rowerowej po Tybecie powstał wiosną, a jego realizacja nastąpiła w lecie 2006 roku. Czasu na solidne przygotowania do wyprawy i lektury było więc mało. Stąd może sporo zaskoczeń podróżnika i jego trudnych chwil na trasie. Autor poleciał do Pekinu samolotem. Następnie pociągiem i autobusami, z wieloma, jak już wspomniałem, przygodami dotarł do Lhasy – stolicy Tybetu, gdzie rozpoczął podróż rowerem.


    Z niemiłym początkiem. Okazało się, że jego organizm źle reaguje na tamtejsze, niezbyt przecież wysokie, bo poniżej 4 tys. m n.p.m. wysokości. Mimo iż w czasie kilkudniowej podróży miał trochę czasu na adaptację. W tym przypadku aklimatyzacja zajęła kilka dni, z objawami, na szczęście krótkimi, początków choroby wysokościowej. Ludzkie organizmy różnie bowiem reagują na takie zmiany wysokości.


    Startując z Lhasy autor „Campy…” dotarł przez m.in. Shigatse, Lhatse i Baipe do Bazy pod Everestem. W ciągu ponad 2 miesięcy podróży był również w innych miejscowościach południowo – zachodniego Tybetu, a także na północ od stolicy, aż po jezioro Nam Tso. Trasy jakie przejechał mocno obciążonym rowerem – czterema torbami o łącznej wadze, przynajmniej początkowo, kilkudziesięciu kilogramów – przedstawione zostały na mapie na tylnej wewnętrznej, rozkładanej stronie okładki.


    Niestety w sposób fatalny. Na jasno kremowym tle, z szarymi terenami górskimi, oznaczono je cieniutkimi liniami. I to żółtą przebiegu wyprawy letniej, zaś jasno niebieską zimowej. W sumie w sposób niemal nieczytelny. A wystarczyło przecież narysować to grubszą linią. W jednym przypadku np. czerwoną, w drugim granatową czy ciemnozieloną.


    Nasz podróżnik jeździł w upale, deszczu i gradzie. Pokonał kilka przełęczy powyżej 5 tys. m n.p.m.. Sypiał w taniutkich hotelikach – relacje z nich to kolejna mocna strona książki, w przydrożnych chatach, ale najczęściej we własnym namiocie rozstawianym nierzadko w przygodnych miejscach, również podczas nawałnic. Jadał też różnie, ale bardzo często tytułową campę – tybetańską potrawę narodową.


    Jest to mąka jęczmienna ugniatana z herbata lub wodą na ciasto, ewentualnie z dodatkiem cukru lub mięsa i jedzona z miseczki rękoma. No i przywiezione z kraju lub kupowane w sklepach produkty gotowane na kuchence. Dopóki butla do niej nie „wyparowała” z torby nierozważnie pozostawionej z rowerem. Wspomniałem, że jest to relacja z dwu podróży do Tybetu w ciągu kilku miesięcy.


    W drodze powrotnej z Lhasy do Pekinu słynnym pociągiem jadącym najwyżej obecnie położoną linią kolejową świata okazało się – autor wcześniej tego nie sprawdził, że nie wpuszczą go do niego z rowerem. Zostawił więc wehikuł przypadkowo poznanej chińskiej studentce, która podczas wakacji pracowała jako kelnerka w Lhasie. Odbiór tego roweru stał się, obok chęci sprawdzenia się na częściowo znanej już trasie w warunkach zimowych, pretekstem do drugiej wyprawy.


    Pomysł zgoła absurdalny, ale zrealizowany. Podróżnik – z wieloma przygodami związanymi zarówno ze spotkaniem z tą studentką w mieście Chongqing w którym mieszkała, jak i odzyskaniem roweru pozostawionego u kogoś na przechowanie w tybetańskiej stolicy – przejechał z Lhasy do stolicy Nepalu – Katmandu. Podróż ta opisana została w krótkiej, drugiej części książki „Zimowy Epilog”.


    Z kolejnymi spotkaniami, na częściowo nieznanej trasie. W mrozie, śnieżycach, z noclegami tym razem bez namiotu, pod gołym niebem itp. W warunkach wyjątkowo niesprzyjających podróżom, tym bardziej na rowerze. Ale szczęście mu dopisało, plan i powrót do kraju z cennym rowerem został wykonany. W sumie jest to ciekawa i nieźle napisana relacja z tych podróży.


    Jej mocną stroną jest też 95 barwnych fotografii, w tym części świetnych. Chociaż… dla mnie to rzecz niezwykła, że nie ma wśród nich żadnych wnętrz tak przecież bogatych w rzeźby, malowidła, ołtarze itp. tybetańskich obiektów sakralnych i klasztorów. Rozczarują się też ci, którzy chcieliby się z niej dowiedzieć czegoś więcej o zabytkach Tybetu. Opisy nielicznych, niekiedy tylko wzmianki, że autor je odwiedził, stanowią objętościowo jak i tematycznie margines tej książki.


    Znalazłem w niej także trochę błędów. Zarówno merytorycznych, jak i językowych. Najsłynniejsze tybetańskie miejsce pielgrzymkowe, świątynia Jokghang w Lhasie w jednych miejscach, także w opisie zdjęć, nazywana jest tak właśnie – prawidłowo, w innych fonetycznie Dżok’ang, co może prowadzić do nieporozumień, że chodzi o różne obiekty.


    W dwu miejscach: w tekście i opisie zdjęcia, chińskie miasto Chongqing określane jest jako „dwudziestomilionowe”, a nawet „ponad dwudziestomilionowa metropolia”. Tymczasem w Chinach, o ile dostępne mi informacje są nadal aktualne, gdyż zmiany zachodzą tam szybko, w ogóle nie ma jeszcze miasta o takiej liczbie mieszkańców.


    Najludniejszy Szanghaj liczy ich nie więcej niż 19 mln. W 1992 roku było ich tam, wg. Nowej Encyklopedii Powszechnej, zaledwie 7,9 mln. Pekin ( wg. NEP w 1991 r. 10,9 mln ) szacowany jest, łącznie z około 2 mln nielegalnych, nigdzie nie zameldowanych mieszkańców, na 17,5 – 18 mln. Natomiast wspomniany Chogqing liczył ich, wg. tego samego źródła, w 1990 r. zaledwie 3 mln. Jeżeli ich nawet od tamtego czasu przybyło, to najwyżej kilkaset tysięcy. Do 20 milionów jest więc baardzo daleko.


    Natrafiłem również na sprzeczności między tekstem i ilustrującym go zdjęciem. W pierwszym można przeczytać, że robotnicy ( którzy zaprosili autora na posiłek ) jedli z jednej miski. A na umieszczonym obok zdjęciu widać, jak każdy je z własnej. Trafiają się też, chociaż rzadko, błędy lub niezręczności językowe.


    O ile „w drewnianej konwie” można potraktować jako literówkę, to nie da się powiedzieć tego o „drzewcach”, które jakoby, żarzące się, strzelały z pieca. Według Słownika Języka Polskiego drzewce to trzon sztandaru, kosy, dzidy, ewentualnie część omasztowania statku. A w tym przypadku chodzi zapewne o iskierki czy rozżarzone węgle lub drewniane drzazgi.


    Dwukrotnie też błędnie wydrukowano rzekomy cytat konduktora – raz kolei transsyberyjskiej, drugi ukraińskiej – na temat zamkniętych okien. Jako analogię do okien w pociągach chińskich, w tym w … klimatyzowanym super pociągu Lhasa – Pekin. Zapewniam, że żaden Rosjanin ani Ukrainiec nie mógł powiedzieć „uże zakryte na zimoj”. Jak już się coś cytuje, to warto sprawdzić czy jest to poprawne.


    Autor, nie pierwszy zresztą, bo przed nim jeździli tam w ten sposób inni, udowodnił, że po Tybecie można podróżować także na rowerze. Nawet przeżyć taką podróż w zimie, chociaż to warunki ekstremalne. Przy czym miał on wiele szczęścia, że w lutym na trasie Lhasa – Katmandu śnieg i zaspy pojawiły się dopiero na ostatnim odcinku, tuż przed granicą nepalską. I daly się pokonać.


    W relacji z letniej wyprawy, gdy podróżnik z autopsji znał tylko kawałek tej trasy, a resztę z lektury przewodnika, stwierdził, że jest ona wymarzona dla osób lubiących podróże rowerem i nie tak trudna, jak sądził. Nie powtórzył tego po pokonaniu jej w zimie, gdyż chyba nie miał już sił. Nawet, żeby obejrzeć cokolwiek z jakże ciekawych zabytków Katmandu.


    Czy inni polscy turyści rowerowi zechcą pójść śladem autora, który na końcu książki w „Garści informacji praktycznych” do tego zachęca, trudno przewidzieć. Ale raczej nie będą to setki chętnych. Podróż na własną rękę, i to na rowerze, po kraju tak niełatwym dla cudzoziemców nie tylko ze względu na bariery językowe i mentalne, ale także biurokrację oraz często zmieniające się przepisy, jest bowiem bardzo trudna i skomplikowana.


    Uniemożliwia też, co autor podkreślał wielokrotnie, poznawanie życia, zwyczajów, kultury itd. mieszkańców wobec niemożności porozumienia się z nimi. Tymczasem Chiny i ich regiony oraz krainy, w tym Tybet, należą do najciekawszych, wręcz fascynujących, przy czym szybko zmieniających się, miejsc na naszym globie. Warte są głębszego poznawania. Czy rower zazwyczaj ułatwiający dotarcie tam, dokąd nie ma innego, poza własnymi nogami, środka transportu, w tym przypadku sprawdza się? Po lekturze tej, ciekawej jak już wspomniałem książki, mam co do tego wątpliwości.

  2. Słowacja. 1001 pomysłów na weekend. Wydanie 2

    Słowacja jest coraz popularniejszym celem wyjazdów urlopowych oraz weekendowych Polaków.

    Dla wielu jej oferta zimowa okazuje się konkurencyjna, zwłaszcza cenowo oraz pod względem łącznego kosztu i warunków podróży, z Austrią, Francją, Włochami, nie mówiąc już o drogiej obecnie ze względu na kurs franka Szwajcarii, ale także z Zakopanym.

    A ponieważ kraj naszych sąsiadów po południowej stronie Tatr jest atrakcyjny także w pozostałych porach roku, chętnych do jego odwiedzania przybywa. Z południowo - wschodnich regionów kraju jest tam zresztą blisko.

    Nie bez znaczenia jest też fakt, iż jesteśmy tam mile widziani oraz wiemy - kupując przewodnik w języku polskim, jak wiele ciekawych zabytków, obiektów i miejsc jest na Słowacji do zobaczenia.

    Uzmysławia to m.in. przewodnik Bezdroży z serii „urlopowej”, którego nowe wydanie ukazało się niedawno. Jak zwykle w nim jest mnóstwo informacji praktycznych m.in. na temat wyboru czasu oraz organizacji podróży, noclegów, gastronomii itp. W rozdziale „Informacje krajoznawcze” są podstawowe wiadomości o kraju, jego charakterystyce geograficznej, przyrodzie, zabytkach i dziejach.

    Zwłaszcza te dwie ostatnie przedstawione zostały w sposób bardzo ciekawy. W przypadku zabytków zawierają prezentację najważniejszych z nich. Natomiast w historii uwzględniono wiele mało szerzej znanych faktów od czasów paleolitu, z okresu prehistorycznego, antycznego i średniowiecza, a także zwierzchności nad ziemiami słowackimi węgierskiej i austriackiej od X do XX wieku.

    Oczywiście i krótkie dzieje ostatniego stulecia. Chociaż w tym przypadku kilka wątków, zwłaszcza dotyczących stosunków polsko - słowackich, zostało, moim zdaniem, niesłusznie pominiętych. Jest co prawda parę słów o „spięciach” polsko - czechosłowackich w latach 1919 1920 związanych z przebiegiem granicy na odcinku słowackim.

    Nie ma natomiast nic o roku 1938 i 1939, a tym bardziej o, na szczęście lokalnych, konfliktach zbrojnych w roku 1945. Co prawda to już zamknięta karta, ale współczesny turysta powinien ją znać aby nie być zaskoczonym takimi czy innymi reakcjami, zwłaszcza ludzi starszych.

    Część podstawowa przewodnika: prezentacja kraju, podzielona została na jego regiony oraz krainy historyczno - kulturowe. Słowacja północno - zachodnia, Orawa, Liptów, Spisz i Słowacja północno - wschodnia. Każda z nich poprzedzona jest mapką z zaznaczeniem na niej wymienionych i omówionych obok miejscowości, zabytków i atrakcji, które - zdaniem autora - trzeba zobaczyć koniecznie.

    Jest ich od kilkunastu do ponad dwudziestu w poszczególnych regionach. Bardzo krótko przedstawiony został każdy z nich, tamtejsze geograficzne ABC, oraz historia. A następnie, w porządku alfabetycznym ich polskich ( o ile takie są ) lub słowackich, nazw miejscowości. Z planami większych, migawkami z historii, radami co tam zwiedzić - z wieloma szczegółami: ewentualne wpisanie na Listę UNESCO, adresy, strony internetowe, telefony, dni i godziny otwarcia itp.

    Następnie, w ramkach na seledynowym tle, informacje praktyczne: noclegi i gastronomia - konkretnie i w sporym wyborze oraz wiele innych, np. o trasach rowerowych. W końcu zaś o ciekawych, stałych wydarzeniach oraz tym, co ciekawego można zobaczyć w okolicy. Wszystko krótko, od 1,5 do najwyżej kilku stron, ale rzeczowo. I na ogół z kolorowymi zdjęciami.

    W częściach poświęconych górom i ich pasmom oraz regionom narciarskim są ich mapki poglądowe. Ponadto informacje o kolejkach górskich i niektórych szlakach, m.in. tatrzańskich, jaskiniach oraz innych atrakcjach. Pominięć ważniejszych miejsc czy obiektów nie znalazłem. Chociaż np. w Starej Lubowli dodałbym jeszcze informację o zabytkowym, chociaż niewielkim kirkucie - żydowskim cmentarzu.

    Przydałby się także, wyodrębniony gdzieś, np. obok Indeksu miejscowości i atrakcji turystycznych, wykaz słowackich obiektów wpisanych na Listę Dziedzictwa UNESCO. Na końcu przewodnika jest Kalendarium wybranych wydarzeń kulturalnych w całym kraju w układzie miesięcznym. A także Mini rozmówki polsko - słowackie.

    Jest to przewodnik dobry, jeden z najlepszych w tej serii wydawniczej. Napisany kompetentnie i przeznaczony głównie dla tych turystów, którzy nie zamierzają zbyt głęboko wnikać w historię poszczególnych miejscowości czy zabytków, nie są im potrzebne szczegółowe opisy detali architektonicznych itp.

    A wystarczają informacje podstawowe, chociaż w tym przypadku są one liczne i nierzadko pogłębione. Dodatkowym walorem tego przewodnika jest jego ładne wydanie, z mapą Słowacji na wewnętrznych stronach okładek ze „skrzydełkami”, poręczny format i rozsądna cena.

  3. Czarnogóra, Serbia, Bośnia i Hercegowina. Zielony Przewodnik Michelin. Wydanie 1

    Tym trzem krajom byłej Jugosławii poświęcony został nowy, wydany przez krakowską oficynę Bezdroża w serii „Zielone przewodniki Michelina”, ilustrowany, z mapkami i planami, przewodnik napisany, co warto podkreślić, niemal wyłącznie przez polskich autorów. W tym także autorów lub współautorów innych przewodników Bezdroży po Bałkanach.

    Szkoda tylko, że nie uwzględniono w nim również Macedonii i Kosowa. O ile bowiem dwie pozostałe po jugosłowiańskie republiki: Chorwacja i Słowenia mają już, Czarnogóra zresztą też, tylko im poświęcone przewodniki tego wydawnictwa - kolejny Bezdroży po Słowenii, również z „zielonej” serii Michelina omówię wkrótce, to Macedonia i Kosowo ze względu na dosyć ograniczoną liczbę zabytków i ciekawych w nich miejsc nie mają na to raczej szans.

    Dotychczas Bezdroża zaprezentowały walory turystyczne tych krajów tylko w specjalnych rozdziałach, w większości bardzo dobrym, przewodniku „Bałkany”, którego III wydanie z roku 2009 zrecenzowałem szczegółowo w naszym portalu i tekst ten jest w nim nadal do przeczytania. „Zielone przewodniki” Michelina mają liczącą dziesiątki lat tradycję i renomę. Jak już wspominałem przy innej okazji, posługuję się nimi jeszcze od czasów, gdy nie istniały ich polskie przekłady znajdując w nich to, co odpowiada im najbardziej.

    Co nie znaczy, że przygotowując się do podróży nie sięgam również do innych. Przejrzystość, rzeczowość, większość rzeczywiście potrzebnych turyście informacji z planami i mapkami oraz niezbędnymi ilustracjami, a także ułatwiający wybór tego, co przede wszystkim warto zobaczyć gdy ma się mało czasu, system oznaczania obiektów gwiazdkami od 1 do 3, lub bez takich oznaczeń, to ich główne walory.

    Z uznaniem stwierdzam, że polscy autorzy utrzymali ten standard, o paru potknięciach wspomnę niżej, dzięki czemu turyści i czytelnicy otrzymali książkę, która, jak sądzę, będzie im bardzo przydatna. Nie tylko bowiem pomoże w wyborze celów podróży i zwiedzania, ale znacznie wzbogaci ich wiedzę o dziejach, kulturze, zabytkach, religiach, językach, przyrodzie, kuchni itp. prezentowanych krajów.

    Zawiera również mnóstwo informacji praktycznych, a przy tym aktualnych, co w przypadku obszaru o tak burzliwych i skomplikowanych dziejach, również najnowszych, ma wyjątkowo duże znaczenie. Czytelnik znajduje więc w tym przewodniku rady kiedy i dokąd w tych krajach pojechać - z trzema propozycjami tras w każdym z nich.

    W Czarnogórze są to: Wybrzeże Adriatyckie w 4 dni, Stara Czarnogóra poznawana w trakcie 2-dniowej wycieczki oraz 4- dniowa Przez góry. W Serbii 5-dniowa wycieczka Przez miasta i miasteczka Wojwodiny oraz dwie 4-dniowe: Stara Serbia oraz Wzdłuż Dunaju. W tej drugiej autorzy proponują tylko 1 dzień na poznawanie Belgradu, co jest zdecydowanie za krótko. Ale serbskiej stolicy poświęcili sporo miejsca we właściwej części przewodnika, można więc zwiedzanie dostosować do indywidualnych zainteresowań.

    W Bośni i Hercegowinie zachęcają do dwu 3-dniowych wycieczek: Twierdze, klasztory i meczety oraz Górskie parki narodowej wschodniej Bośni i 2-dniową Doliną Neretwy nad Adriatyk. Propozycje te uwzględniają większość najważniejszych dla turystów miejscowości i miejsc w tych trzech krajach.

    W pierwszym, wstępnym rozdziale „Organizacja podróży” znajdują się również chyba wszystkie, a na pewno najistotniejsze informacje na temat tego jak przygotować się do wyjazdu w tamte strony, dojazdu oraz transportu na miejscu, zakwaterowania i wyżywienia, życia codziennego, sportu i rozrywek, świąt i festiwali itp. Oczywiście także o potrzebnych dokumentach, pieniądzach, ubezpieczeniach, zabezpieczeniu medycznym itd.

    50 - stronicowy rozdział „O krajach bałkańskich” zawiera informacje o przyrodzie każdego z nich, hydrografii, klimacie, florze i faunie oraz parkach narodowych. Jak na tak trudny temat, zwięzłe i generalnie obiektywne informacje o skomplikowanych dziejach, od czasów paleolitu - po jakże złożone najnowsze tych krajów, ich sztuce i kulturze oraz współczesnych Bałkanach.

    Czytając je odczułem jednak niedosyt z powodu niemal pominięcia problemu Kosowa, będącego przecież kolebką serbskiej kultury i prawosławia. Z paroma zaledwie słowami na temat tej krainy. Nawet bez wzmianki, że obecnie jest ona samodzielnym państwem, chociaż uznanym tylko przez część społeczności międzynarodowej.

    Z faktów bardziej szczegółowych należało, moim zdaniem, wspomnieć, że w organizacji zamachu w 1934 r. w Marsylii, w którym zamordowani zostali: król Jugosławii Aleksander I i francuskim minister spraw zagranicznych Jean Louis Barthou, chorwackim ustaszom i macedońskim separatystom pomagała hitlerowska Abwehra.

    Błędnie nazwano ( str. 61 ) powojenną Jugosławię. W 1945 roku przyjęła ona nazwę Federacyjnej ( a nie Ludowej Federalnej !!! ) Ludowej Republiki Jugosławii. Znacznie poważniejsze potknięcia znalazłem w części „Współczesne Bałkany”. O ile „Życie polityczne” i „Zmiany gospodarcze” nie budzą zastrzeżeń, to już „Społeczeństwo”, w którym o poszczególnych sprawach pisali prawdopodobnie różni autorzy, a redakcja nie zadała sobie trudu uporządkowania tego, jest w mojej ocenie najsłabszą, chaotyczną częścią przewodnika.

    Osobno można tam np. przeczytać o Czarnogórcach, mieszkających w Czarnogórze Muzułmanach ( Bośniakach ), Serbach, Albańczykach i Chorwatach. Zaraz po nich o Węgrach, Romach i ponownie Albańczykach i Bośniakach - tym razem w Serbii. To co napisano o języku serbskim ( i jego odmianach ), być może w pełni zrozumie slawista - i to językoznawca. Ale nawet nieźle znający tamte strony i stosunki czytelnik może się trochę pogubić.

    Pomijam już tak odkrywcze stwierdzenia jak: „W Serbii językiem urzędowym jest język serbski…”, czy informacje o różnicach w dialektach albańskich. Trudno jednak nie zareagować krytycznie na stwierdzenie „W Kosowie używa się języka albańskiego” bez informacji, że mieszkają tam również i używają swojego języka Serbowie. A język serbski jest, przynajmniej przez średnie i starsze pokolenie Kosowarów znany, a co najmniej rozumiany.

    Ten sam chaos i brak należytej merytorycznej redakcji tekstów występuje w przypadku prezentacji religii. Najpierw gdy dotyczy Czarnogóry, następnie prawosławia w Serbii i konflikcie między Cerkwiami: czarnogórską i serbskiej, która domaga się od tej drugiej zwrogtu w Czarnogórze 650 cerkwi i klasztorów.

    Kolejno „lecą” informacje o katolicyzmie w Czarnogórze ( tylko 3,5% mieszkańców !), ale z fotografią katedry katolickiej w… Nowym Sadzie, w Serbii. Później o trwałości struktury plemiennej w Czarnogórze, o bojownikach walczących z Turkami - hajdukach i uskokach. Aby dalej, pod tym samym śródtytułem ni z tego ni z owego wrócić do religii, tym razem prawosławia w Serbii oraz religiach w Bośni i Hercegowinie.

    Na szczęście zaraz po tym czytelnik może przeczytać o smakołykach kuchni czarnogórskiej, serbskiej i bośniackiej. Też z drobnymi nieścisłościami. Tak np. sławną i znakomitą serbską śliwowicę, zwłaszcza monastyrską, zakwalifikowano jako jedną z odmian rakii, mimo iż jest to inny, bardziej szlachetny trunek. Różniący się w sposób zasadniczy od rakii pędzonej ze śliwek tak jak z winogron, gruszek, pigwy czy nawet… miodu. Chociaż w tym ostatnim przypadku, to też inny mocny napój. W Bośni i Hercegowinie wyrabiany przez pszczelarzy i sprzedawany jako „Domaća rakija Medovača”.

    Najobszerniejsza, łącznie ponad 200 - stronicowa część tego przewodnika poświęcona jest kolejno: Czarnogórze, Serbii oraz Bośni i Hercegowinie. Jest to, wzbogacona o mapki i plany prezentacja tego, co zdaniem autorów zobaczyć w nich można, warto i trzeba. Najpierw w stolicach i ich okolicach, a następnie, w porządku alfabetycznym, w innych miejscowościach i miejscach.

    Z informacjami wstępnymi i - włamanymi w tekst na zielonym tle praktycznymi. Ponadto krótkimi dziejami, propozycjami tras wycieczek itp. I ze wspomnianym już systemem gwiazdek. Zwięźle i rzeczowo. I chociaż ilość gwiazdek przyznanych poszczególnym miejscowościom i obiektom jest niekiedy dyskusyjna, to łatwo jest się poruszać w tym gąszczu potrzebnych turyście informacji. Najwyżej ocenionych: 3* - czyli „trzeba koniecznie zobaczyć”, jest sporo.

    W Czarnogórze należy do nich: Stary Bar; Boka Kotorska; miasto Kotor i osobno w nim katedra św. Tryfuna; Muzeum Pomorskie oraz twierdza św. Jana; Trg ( plac ) Herceg - Stjepana w mieście Herceg Novi. Ponadto adriatycka perełka Sveti Stefan; Durmitor - najwyższy masyw Gór Dynarskich; Jezioro Szkoderskie, a nad nim monastyr św. Nikola i Žabljak Crnojevića - stare gniazdo tego rodu. I jeszcze monastyry: Morača w okolicy Kolašinu i Ostrog koło Nikšiča; 2 tysięczne miasteczko Žabljak; cerkiew św. Mikołaja ( Nikole ) w Ulcinju oraz Park Narodowy Biogradska gora.

    Najwięcej tej rangi obiektów i miejsc autorzy oznaczyli w Serbii. W Belgradzie zarówno samo miasto, jak i w nim: Twierdzę Kalemegdan, Muzeum Etnograficzne, ul. Kneze Mihailova, dzielnicę artystów Skandarlija, cerkiew św. Sawy. Nie bardzo co prawda rozumiem, dlaczego na Kalemegdanie wymieniają pomnik Wdzięczności Francji - rzeźbę Ivana Meštrovića z 1930 r., a pomijają tegoż autora znacznie sławniejszy, będący takim symbolem serbskiej stolicy jak Syrena Warszawy, stojący w wyjątkowo reprezentacyjny miejscu pomnik „Pobednik” ( „Zwycięzca” ).

    Czy na jakiej podstawie - bo brak jakichkolwiek konkretów - określają cerkiew św. Sawy „Największą na świecie prawosławną świątynią”. Sądzę, że inne zdanie na ten temat mają mieszkańcy Petersburga ( Sobór Izaaka, a zwłaszcza Sobór Kazański ) czy Tbilisi ( monumentalny, wzniesiony na początku XXI wieku Sobór Trójcy Świętej ). Podobnie nie rozumiem, jaki sens miało wydrukowanie dwukrotnie ( na str. 53 i 189 ) tego samego zdjęcia panoramy Belgradu od strony Sawy.

    Najwyższą ocenę obiektom i miejscom, które trzeba w Serbii zobaczyć koniecznie, autorzy wystawili również poza stolicą. Są to: Park Narodowy Ɖerdap; Monastyry w dolinie Wielkiej Morawy: Lubostinja, Ravanica ( oba XIV w. ) i Manasija ( XV w. ); Miasto Nisz, a w nim twierdza Niška Tvrđava i Wieża Czaszek; Novi Pazar i ponadto meczet Altum Alem ( XVI w. ). W okolicy zaś monastyry: Ɖurđevi Stupovi ( XII w. ), Studenica ( Lista UNESCO ), Žiča ( XIII w. ) oraz największy masyw górski Serbii - Kopaonik;

    XIII - wieczny monastyr Mileševa; Nowy Sad, a w nim Plac niepodległości ( Trg Slobode ) i twierdza Petrovaradin, a w pobliżu tego miasta Sremski Karlovici - u nas bardziej znane jako Karłowice; pasmo górskie Fruška Gora, a w nim klasztory: Krušedol ( XVI w. ), Staro i Novo Hopovo ( XV/XVI w. ) i Vrdnik ( XVI w. ); Park Narodowy Tara, a w jego okolicy kolejka wąskotorowa Šarganska Osmica oraz skanseny: Drevengrad i Sirogojno.

    Ponadto: Twierdza Smederovo; Ratusz w Suboticy ( początek XX w. ); Dom Paszy ( XVIII w. ) i Cerkiew św. Mikołaja ( XIV w. ) w mieście Vranje; Uzdrowisko Vranjska Banja; Felix Romuliana - ruiny rzymskiego kompleksu pałacowego ( IV w. ) w pobliżu miasta Zaječar; Cerkwie: Uspieńska i Vavedenjska ( obie z XVIII w. ) w mieście Zrenjanin w Banacie.

    Najuboższa w zabytki i miejsca tej klasy, zdaniem autorów, jest Bośnia i Hercegowina. Do 3* należy przede wszystkim Sarajewo, a w nim bazary: Baščaršija - na nim dodatkowo, co w tym przypadku wydaje mi się przesadą, drewniana Studnia Sebilj oraz Dugi Bezistan, Wieża zegarowa ( XVII w. ), meczet Ghazi Husrev-bega (XVI w. ) i cerkiew p.w. Archaniołów Gabriela i Michała.

    Poza stolicą natomiast cerkiew Chrystusa Zbawiciela w Banja Luce; 3-tysięczne miasteczko Blagaj, a w nim klasztor derwiszy z XV w. Ponadto Mostar i dodatkowo jego zabytki: Stary Most, meczety Koski Mehmeda-paszy ( XVII w. ) i Karađoz-bega ( XVI w. ) oraz uliczka Kujundžiluk. I jeszcze dwa miasteczka: tysięczny Počitelj, a w nim meczet Šišman-Ibrahima-paszy ( XVI w. ) oraz 20-tysięczny Travnik ze średniowieczną twierdzą i meczetem Sulejmanije z XVI w.

    Dodam, że w tekst przewodnika, poza informacjami praktycznymi na zielonym tle, włamano również sporo interesujących monotematycznych na tle różowym. M.in. „Dynastia Petroviciów - Njegošów“, ‚Kościół Bośniacki w średniowieczu“, „Ofiary wojny 1992 - 1995“, „Stećci“ ( rzeźbione kamienne płyty grobowe z XII-XV w ), „Bitwa na Kosowym Polu“, „Polacy w Bośni i Hercegowinie“, „Bośniacy i Boszniacy“, „Bogomiłowie“, „Slava“ ( patron rodziny po ojcu ), „Św. Wasyl Ostrogski Cudotworca“, „Sarajewska Cerkiew prawosławna“, „Jak wygląda Matka Boska“, „Ivo Andrić“.

    Na końcu znajdują się mini słowniczki: polsko - serbski i polsko - bośniacki oraz indeks. Jest to więc, pomimo niewielkich, wytkniętych błędów i innych potknięć autorsko - redakcyjnych łatwych do usunięcia w następnym wydaniu, przewodnik dobry, wartościowy, który z przyjemnością polecam Czytelnikom.

  4. Czarnogóra. Fiord na Adriatyku. Wydanie 4

    Czarnogóra, niewielki słowiański kraj na Bałkanach nazywany aż do końca I wojny światowej również Montenegro - gdyż tak określali go Wencjanie, którzy od początku XV wieku wiele mieli do powiedzenia na jego ziemiach, zwłaszcza wybrzeżu adriatyckim - doczekał się kolejnego wznowienia pierwszego samodzielnego przewodnika w języku polskim wydanego przez krakowskie „Bezdroża".


    Wcześniej uwzględniany był on tylko w publikacjach poświęconych Jugosławii. Przy czym napisanego przez hercegowińsko - polską parę autorów. I - dodam od razu - dobrze, kompetentnie i z wielką sympatią. O to ostatnie nie jest zresztą trudno, bo chyba każdy, kto chociaż raz trafi do Crne Gore, musi zachwycić się jej pięknem oraz polubić ją i jej mieszkańców.


    „Ile tu dziwów! - napisali autorzy we wstępie. Wystarczy przejechać kilkadziesiąt kilometrów, by zmienić świat: posępne szczyty i głębokie kaniony zamienić na słoneczne plaże; zasypane śniegiem wioski na śródziemnomorski pejzaż; kamienne, krasowe pustynie na gaje oliwne. I tak na każdym kroku: weneckie miasta na albańskie wsie, rzymskie ruiny na tureckie twierdze, ikonostas na śpiew muezina."


    Jest to kraj rzeczywiście maleńki, o powierzchni 13.812 km kw., a więc nieco mniejszej od naszego województwa lubuskiego, ale bardzo zróżnicowanej. Od adriatyckiego wybrzeża - po sięgający 2523 m n.p.m. masyw Durmitoru, najwyższy szczyt w Górach Dynarskich na północnym zachodzie. Z jedynym fiordem na Adriatyku, malowniczymi kanionami, rwącymi górskimi rzekami oraz jeziorami. A także parkami narodowymi, ciekawymi zabytkami, przebogatą historią oraz gościnnymi i życzliwymi dla turystów mieszkańcami.


    Mocnych stron ten przewodnik ma kilka. Zaliczam do nich zwłaszcza Informacje krajoznawcze z charakterystyką geograficzną głównych regionów. Ciekawie i dosyć obszernie przedstawione dzieje tego skrawka Europy z kalendarium od 65.000 - 35.000 r. p.n.e. na kiedy datowane są pierwsze ślady człowieka na obszarze dzisiejszej Czarnogóry, poprzez jego kolonizację przez ludy indoeuropejskie, Illirów, Greków, Rzymian, wreszcie Słowian. A później zmagania stworzonych przez tych ostatnich miast i państewek z Wenecjanami, Turkami, Austriakami. I epizodyczną rolą, jaką odegrały Rosja i Francja, które przez pewien czas władały kolejno Boką ( zatoką ) Kotorską. Okresem samodzielności księstwa, później królestwa Czarnogóry, a później jej miejscem w Jugosławii - aż po proklamowanie niepodległości w 2006 roku i współczesność.


    Z informacjami także na tematy polityki, gospodarki, języków, ludności i narodowości zamieszkujących ten kraj oraz ich mentalności, zwyczajów, religii, kultury i sztuki, literatury, muzyki, kuchni czy ochrony dziedzictwa przyrodniczego. Znalazło się również miejsce na informacje, jak swoją ojczyznę widzą jej mieszkańcy. Z takimi ciekawostkami, jak np. ...wojna japońsko - czarnogórska. W 1904-1905 roku, o czym mało kto chyba w świecie wie, oddział ochotników czarnogórskich walczył po stronie rosyjskiej w wojnie rosyjsko - japońskiej. Z anegdotycznymi wręcz sytuacjami. A pokój po tej „wojnie" Japonia i Czarnogóra, odległe o tysiące kilometrów, podpisały dopiero kilka lat temu.


    Masę ciekawych informacji oraz propozycji poznawania tego kraju znajduje się w podstawowym rozdziale: Zwiedzanie Czarnogóry. Z podziałem na stołeczną Podgoricę i Jezioro Szkoderskie, Bokę Kotorską, Wybrzeże Adriatyku oraz Górskie serce kraju. W tej ostatniej części autorzy proponują 5 tras wycieczek - od 2-godzinnej po 2-dniową - rozpoczynających się w tym samym miejscu w Žabljaku na obszarze Durmitoru. Interesujące się jednak również propozycje zwiedzania Czarnogóry, też 5 trasami, przedstawione w pierwszym rozdziale: Zaproszenie do Czarnogóry. Sporo, w tym chyba wszystkie istotne, danych znajduje się w rozdziale Informacje praktyczne.


    Poznawanie kraju ułatwiają mapki, rysunki, 27 kolorowych fotografii we wkładce, a jego specyfiki, dziejów i przeszłości, monotematyczne informacje w ramkach. Np. „Dynastia Petroviciów - Njegošów", „Djordje ( Jerzy ) Petrović zwany Czarnym", „Pelikany", „Szczepan Mały", „Genealogia z Baru - Latopis popa Duklijanina", „Piraci Ulčinjscy", „Kanion Tary", „Bogomołowie czy nie? „ i wiele innych. Podróż i porozumiewanie się na miejscu ułatwiają mini rozmówki polsko - serbskie. Zaś wyszukiwanie tego co w danym momencie jest potrzebne - niestety nie wszystkiego - Indeks wybranych nazw geograficznych. Jest to więc przewodnik dobry, zasługujący na polecenie.


    Co nie oznacza, że całkowicie wolny od wad, nieścisłości czy innych potknięć, chociaż to już czwarte wydanie. Trudno mi np., zgodzić się ze stwierdzeniem autorów, że „...Jugosławia, w obrębie której znalazła się Czarnogóra, miała funkcjonować na wzór stalinowski". Nie było to, oczywiście, państwo demokratyczne. Opozycja była zwalczana, wolności obywatelskie ograniczone. Ale stosowane przez władze metody dalekie jednak były o zbrodniczego systemu stalinowskiego z jego masowym, bez wyroków sądowych, mordowaniem własnych obywateli. Dobrze, że wpomniano, iż dla stalinowców powstał nawet w Jugosławii obóz koncentracyjny. Nie uważam natomiast za celowe przypominanie terminu „titofaszyzm", jakim system polityczny w Jugosławii określany był w mediach państw komunistycznych. Zbyt bowiem przypomina mi bowiem haniebne „AK - zapluty karzeł reakcji". I ma dziś taką samą wartość.


    Znalazłem w tym przewodniku również kilka informacji nieścisłych, lub budzących wątpliwości. Pisząc o ubezpieczeniach, autorzy omawiają bowiem tylko walory Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego. Obowiązującej na terenie Unii Europejskiej, do której przecież Czarnogóra nie należy. Brak natomiast informacji jakie ubezpieczenia stosowane są w tym kraju. Trafiają się sformułowania, przynajmniej dla mnie, niezrozumiałe. Np.: ( str. 75 ) „Małżeństwa mieszane są częstym zjawiskiem i nie są postrzegane jako takie". Czyli jak? Nie jako zjawisko, czy nie jako małżeństwo?


    I na tej samej stronie informacja o zwróceniu Wspólnocie Islamskiej Czarnogóry przez rząd „budynku minaretu" zbudowanego przez tureckiego sułtana Hamida II w Plavie. Ponieważ nie istnieje coś takiego, jak „budynek minaretu", chodzi więc zapewne o budynek meczetu, albo o wolnostojący minaret. Nigdy nie byłem w tej miejscowości w pobliżu granicy z Kosowem, nie uwzględniono jej w indeksie, nie znalazłem o niej w przewodniku innej wzmianki, nie wiem więc co autorzy mieli na myśli.


    Za nieścisłe uważam także określenie ( str. 65 ) państwa Południowych Słowian jakie powstało ( bez Bułgarów ) po I wojnie światowej nazwą „Kraljevina SHS". Owszem, była ona też stosowana. Ale oficjalna, w obu głównych językach i alfabetach: serbskim i chorwackim, najpierw ( od 29.10 do 30.11.1918 r. ) była to „Država S.H.S." ( Skrót od Srba, Hrvata i Slovenaca tj. Państwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców ), a następnie, od 1.12.1919 do 1928 kiedy zmieniono ją na Jugosławię, „Kraljevstvo S.H.S". Ewidentnym błędem w informacji (str. 121 ) „Szczepan Mały" jest, że podawał się on za rzekomo ocalonego, zamordowanego na rozkaz carycy Katarzyny II, rosyjskiego cara Piotra I ( Wielkiego). Chodzi oczywiście o cara Piotra III ( 1728 - 1762 ).


    Te drobne potknięcia nie wpływają na ocenę przewodnika, chociaż wymagają poprawienia w następnym wydaniu.


    Jest on potrzebny, gdyż pomaga ponownie spopularyzować - Czarnogóra była przecież, obok chorwackiej Dalmacji, ulubionym i „prestiżowym" miejscem letniego wypoczynku Polaków od końca lat 50-tych aż po 90-te XX w. - ten kraj. I zachęci naszych rodaków, aby nie ograniczali w nim pobytu tylko do wybrzeża Adriatyku, lecz robili z niego wypady ró1)nież w głąb Czarnogóry. Zwłaszcza, że to tak blisko, a naprawdę warto!

  5. Polska. Zielony Przewodnik Michelin. Wydanie 1

    Rzadko się zdarza, aby przewodnik turystyczny po jakimś państwie napisany przez cudzoziemców był tłumaczony na język miejscowy. W przypadku naszego kraju ma to chyba miejsce po raz pierwszy. Ukazał się właśnie Zielony przewodnik "Polska" francuskiego wydawnictwa Michelin, przetłumaczony i wydany przez krakowskie wydawnictwo Bezdroża. Interesujący z kilku powodów.


    Po pierwsze spełnia wysokie kryteria przewodników tej znakomitej serii wydawnictwa o ponad stuletniej tradycji, dając czytelnikom na świecie - bo ukazał się nie tylko po francusku i polsku, ale zapewne, jak zwykle, również w kilku innych językach - mnóstwo wiedzy o naszym kraju, jego historii, kulturze, ciekawych miastach, zabytkach, ludziach oraz innych interesujących miejscach i atrakcjach turystycznych.


    Jest przy tym, co warto podkreślić, obszerniejszy niż przewodniki tej serii nie tylko po tak ciekawych, obszarowo jednak mniejszych od Polski krajach, jak Austria czy Szwajcaria, ale również tak bogatych w zabytki jak Egipt czy Hiszpania oraz rozległych jak Kanada. A to znaczy, że autorzy znaleźli między Bugiem i Odrą sporo miejsc wartych poznania i polecenia turystom. Przewodnik ten przynosi również odpowiedź na pytania: jak widzą nas inni i co uważają w Polsce za najbardziej godne uwagi, a które miasta czy miejsca można, ich zdaniem - chociaż je opisują, pominąć lub w ogóle je pomijają.


    I chociaż przedstawiony w nim obraz naszego kraju jako kierunku podróży turystycznych jest prawdziwy, zachęcający do poznawania go oraz pozbawiony poważniejszych błędów czy nieścisłości, to zaskoczeń w trakcie lektury miałem sporo. Ale najpierw o tym, co czytelnik - turysta zagraniczny i krajowy, dowiaduje się z tego przewodnika o Polsce i możliwościach jej zwiedzania.


    Na mapce kraju na wewnętrznej stronie okładki znajduje zaznaczone miasta i regiony, które koniecznie trzeba zobaczyć ( 3* ), warto odwiedzić ( 2* ) oraz godne uwagi ( 1* ). A także mnóstwo innych - bez takiego oznaczenia. W domyśle: można je pominąć. Za największe atrakcje Polski autorzy uznali 12 miast i miejsc. Wymienię je od północy na południe: Gdańsk, Malbork, Warszawa, Zamość, Wrocław, Łańcut, Kraków, Obóz Auschwitz, Kopalnia soli w Wieliczce, Bieszczady, Pieniny i przełom Dunajca, Tatry.


    Ponadto w tekście trzema gwiazdkami oznaczono poszczególne zabytki, obiekty, a nawet widoki. W czołówce, z 13 takimi oznaczeniami, znalazł się Gdańsk. Na drugim miejscu - 10 - Kraków i na trzecim - 6 - Malbork. Po 2 gwiazdki otrzymało 36 miast i miejsc (plus wiele budowli i obiektów w nich) - w tym Puszcza Białowieska, jedyny zachowany obszar lasów pierwotnych w Europie. (Tyle samo parki narodowe: Biebrzański i Karkonoski !!!) Natomiast 1* - ponad 20.


    Ale bez takiego wyróżnienia znalazły się dziesiątki miejscowości niewątpliwie ciekawych i godnych uwagi, m.in. Bydgoszcz, Chełmno, Gniezno, Golub - Dobrzyń, Opole, Paczków, Płock, Nysa, Krynica Zdrój, a także całe wybrzeże Bałtyku od Gdyni po Szczecin z wyjątkiem Słowińskiego Parku Narodowego. Jako ciekawostkę przytoczę, że za jedyny warszawski obiekt (poza miastem jako całością) 3* autorzy uznali Pałac Kultury i Nauki, zaś za 1* nieistniejący już Stadion Dziesięciolecia. A w innym regionie kraju klasztor Jasnogórski i ikonę Czarnej Madonny. Niektóre miasta, np. Gorzów Wielkopolski i Zielona Góra, pominięto w indeksie miejscowości, a Piotrków Trybunalski (nie tylko), również na mapie.


    W rozdziale Organizacja podróży znajdują się chyba wszystkie potrzebne turyście informacje i rady. Np., że Polskę najlepiej zwiedzać wiosną i jesienią, przede wszystkim Warszawę i Kraków z ich okolicami. Ponadto ośmioma proponowanymi trasami, rzeczywiście najciekawszymi: Gdańsk i Morze Bałtyckie, Toruń i Wielkopolska - u źródeł - Państwa Polskiego, Tydzień na szlakach Europy sprzed wielkich wojen (Białystok, Lublin, Zamość, Przemyśl), Mazury, Wrocław i Sudety, Dawne Prusy Wschodnie, Karpaty i Tatry, Małopolska i drewniane świątynie. A także poznanie pięciu dodatkowych: Węgorzewo - Ruciane - Nida, Kłodzko - Kudowa Zdrój, Jura krakowsko - częstochowska, Bieszczady oraz Sanok - granica ze Słowacją.


    Jest w tym przewodniku dużo konkretnych informacji o noclegach i wyżywieniu. A także o tym, co warto w Polsce zrobić i co zobaczyć. W układzie od A do Z: bojery, jazda konna, kąpiele w morzu, muzea, narty, obserwowanie dzikich zwierząt, parki narodowe, piesze wyprawy, polowania, rowery, spływy kajakowe, statki spacerowe, uzdrowiska, wędkarstwo, wspinaczka wysokogórska, wyścigi sań (ale szkoda, że również nie psich zaprzęgów), zwiedzanie z przewodnikiem i żeglarstwo. Co znakomicie przedstawia skalę naszych atrakcji i możliwości korzystania z nich. Są również sugestie jakie pamiątki warto w Polsce kupić (wyroby z bursztynu - ale już nie z krzemieni opatowskich czy srebra, z drewna, tkaniny, dzieła sztuki współczesnej, albumy i plakaty), jakich spróbować regionalnych smakołyków (również procentowych w płynie), o świętach i festiwalach itp.


    W części O kraju rzetelnie oraz bez poważniejszych pominięć i błędów, opisana została nasza przyroda, historia - m.in. z najważniejszymi datami oraz takimi szczegółami, jak prawda o złamaniu szyfrów hitlerowskiej Enigmy, o wybitnych ludziach i - osobno - laureatach Nagrody Nobla. ABC architektury z przekrojami Zamku w Malborku, ratuszy we Wrocławiu i Zamościu, Sukiennic, kościoła jezuickiego w Krakowie i Złotej Kamienicy w Gdańsku. Jak również o poszczególnych rodzajach sztuki - w tym plakatu, literaturze , teatrze, kinie - z informacją o polskich pionierach kinematografii i polskiej sztuce filmowej, muzyce, sztuce i tradycjach ludowych, kuchni, współczesnym społeczeństwie, ustroju i gospodarce kraju, a także miejscu Polski w Europie.


    Najobszerniejsza - ponad 460 stron z mapami, planami miast, rysunkami, kolorowymi zdjęciami oraz mnóstwem informacji praktycznych - część przewodnika: Odkrywanie Polski, to prezentacja, w porządku alfabetycznym ich nazw, miast, miejscowości oraz obiektów w sześciu dużych regionach kraju: Warszawa, Mazowsze, Łódzkie i Lubelskie; Warmia, Mazury, Podlasie; Kraków i okolice, Jura krakowsko - częstochowska; Małopolska, Podkarpacie i Świętokrzyskie; Śląsk, Wielkopolska i Kujawy, Pomorze. Znajdują się w niej nie tylko opisy, ale również informacje o przeszłości miast, regionów i miejscowości bądź wybranych obiektów, prezentacja zabytków i atrakcji z oznaczaniem ich - lub ich detali - gwiazdkami, propozycjami zwiedzania itp.


    W tekst włamano, w ramkach na kolorowym tle, sporo wzbogacających go informacji monotematycznych, niektóre o charakterze ciekawostkowym. Np. "Ochrona środowiska", "Konstytucja 3 Maja", "Tragedia katyńska", "Twórca o międzynarodowej sławie" (Roman Polański), "Mieszkanie i sklep Wokulskiego", "Warszawskie getto", "Cud i tragedia w Grabarce", "Tatarzy" (historia Lajkonika), "Historia smoka" (wawelskiego), "Legenda o św. Kindze", "Galicyjska Jerozolima" (Rzeszów), "Kościoły Pokoju", "Kim jest Jurata " (o tym, kto wymyślił nazwę tej miejscowości na Helu, ale bez informacji, że pochodzi ona od imienia starolitewskiej bogini) itp.


    Jest to więc przewodnik dobry i bardzo interesujący. Pozwalający poznać nie tylko kraj, jego przeszłość, kulturę i specyfikę, ale także najważniejsze - i mniej ważne - miejsca oraz zabytki. Co nie znaczy, że pozbawiony jest wad, nieścisłości czy pominięć. O niektórych już wspomniałem. Dodam jeszcze kilka. W informacjach praktycznych warto było wspomnieć np., że w Warszawie (i nie tylko) ludzie powyżej 75 roku życia - także cudzoziemcy, co jest chyba ewenementem w Europie - korzystają z komunikacji miejskiej bezpłatnie.


    Trochę nieścisłości i pominięć znalazłem w historii Polski. Brak np. informacji, że Bitwa Warszawska 1920 roku była jedną z tych, które zmieniły losy Europy. Pisząc o tajnym protokóle niemiecko - radzieckim z sierpnia 1939 r. należało, moim zdaniem, podać jego nazwę: Pakt Mołotow - Ribbentrop. W Tragedii katyńskiej zamordowano nie polskich jeńców, bo Polska nie była z ZSRR w stanie wojny, lecz internowanych oficerów, żołnierzy, policjantów oraz urzędników. Są informacje o gettach i hitlerowskich obozach zagłady, ale brak o egzekucjach i zsyłkach na Syberię obywateli polskich na terenach zajętych w 1939 r. przez ZSRR. Autorzy przypominają rolę Polaków w konspiracji antyhitlerowskiej we Francji, napisali również o ruchu oporu na okupowanych ziemiach Polski, ale nazwa Armia Krajowa (innych brak) pojawia się dopiero w związku z wybuchem Powstania Warszawskiego. Bez dodania, że była to największa armia podziemna okupowanej Europy.


    Z informacji o stanie wojennym 1981 r. można dowiedzieć się o internowaniu działaczy opozycji, ale już nie o takim samym losie b. I Sekretarza KC PZPR oraz b. premiera rządu i innych przedstawicieli partyjnego "betonu". O zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki, że dokonała tego SB bez wyjaśnienia co oznacza ten skrót. Nieścisłości i pominięcia nie ominęły także wykazu najważniejszych dat w historii Polski. W 1815 roku utworzono nie Królestwo Kongresowe (taka była tylko jego potoczna nazwa) lecz Królestwo Polskie - taką nosiło oficjalnie, w dokumentach, na monetach itp. Zupełnie pominięto Rewolucję 1905 roku, chociaż miała ona charakter i skalę powstania narodowego.


    Podobnie w ogóle rok 1945 (i część 1944 - poza zdobyciem Monte Cassino i Powstaniem Warszawskim) i wyzwolenie ziem polskich spod okupacji niemieckiej oraz udział I Armii Wojska Polskiego, jako jedynej poza Radziecką z państw koalicji antyhitlerowskiej, w zdobyciu Berlina. Co okazało się w skutkach politycznych, a zwłaszcza terytorialnych, dla Polski ważniejsze, niż Monte Cassino i Powstanie Warszawskie razem wzięte. W części poświęconej polskiej muzyce zabrakło co najmniej nazwiska Henryka Wieniawskiego.


    To tylko najważniejsze przykłady, bo o pominięciu w tym przewodniku wielu ciekawych i ważnych miast oraz zabytków, nie mówiąc już o nie docenieniu "gwiazdkami" co najmniej części z zaprezentowanych, już wspomniałem. Warto, moim zdaniem, poprawić te błędy i nieścisłości oraz uzupełnić pominięcia w następnym wydaniu. A także przekonać francuskich autorów i ich wydawcę, aby dokonali tego również w jego wersjach w innych językach. Wyjdzie to z korzyścią dla kraju i jego polskich oraz zagranicznych czytelników.

    kurier365.pl, CEZARY RUDZIŃSKI, 2010-05-10
  1. 1
  2. 2
  3.  ...