Recenzje

Wyniki wyszukiwania frazy "89" [9]

  1. 1
  2. 2
  3.  ... 
  1. beafro

    Afryka. Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu

    Pierwszym człowiekiem, który przejechał na rowerze, i to samotnie, Afrykę wzdłuż – z Kairu do Kapsztadu, był Polak, Kazimierz Nowak (18971937). Podróż tę odbył w latach Wielkiego Kryzysu na przełomie lat 20-tych i początku 30-tych XX wieku. Zajęła mu, ze zwiedzaniem oraz powrotem na północ kontynentu pieszo – bo rower odmówił posłuszeństwa, konno, czółnem i na wielbłądzie pięć lat.

    Podobną – z tymi samymi miejscami startu i zakończenia, chociaż tylko częściowo tą samą trasą oraz znacznie krótszą podróż, odbyło w końcu 2009 oraz w 2010 roku trzech polskich turystów rowerowych. A jej inicjator opisał ją w obszernej, bogato ilustrowanej zdjęciami relacji wydanej przez „Bezdroża” w serii wydawniczej „Szlaki ludzi ciekawych”.

    Celem tej wyprawy było nie tylko przejechanie na rowerach, jak się na mecie okazało, ponad 13 tys. kilometrów w ciągu 8,5 miesiąca, ale przede wszystkim poznanie tego regionu świata. Jego krajobrazów i przyrody, zabytków i współczesnych budowli, ludzi i ich zwyczajów oraz obyczajów, a także odszukiwanie, o ile znajdowały się na trasie lub w jej pobliżu, śladów Polaków i ciekawych ludzi innych narodowości.

    Autor, który miał już doświadczenie z wielu wcześniejszych wypraw rowerowych po Europie, Bliskim Wschodzie i południowo – wschodniej Azji, przygotowywał się do podróży zaplanowanej na 9 – 10 miesięcy, przez dwa lata. Przeczytał do niej setki lektur. Ubiegał się – z bardzo mizernym skutkiem w postaci zniżki na zakup rowerowych sakw oraz bezpłatnego ubezpieczenia i przeglądu technicznego rowerów – o sponsorów medialnych, firmowych oraz samorządowych.

    Problemem okazało się też skompletowanie uczestników. Nawet na poszczególne etapy tej wyprawy, bo i takie jej organizator proponował warianty. Ogromne wyzwanie jakim była ona, związany z nią wysiłek fizyczny, zdrowotny, psychiczny oraz wydatki, a także niemożliwość wygospodarowania przez wielu potencjalnych kandydatów aż tak długiego czasu spowodowały, że wyruszyli na nią w czterech. Cel zaś osiągnęło trzech, gdyż jeden wycofał się jeszcze przed afrykańskim półmetkiem.

    Po drodze na krótko dołączali do nich inni, także kobiety, ale byli to tylko epizodyczni towarzysze podróży. Trzech, którzy pokonali całą trasę, chociaż też z indywidualnymi, krótkimi jej wariantami gdy rozdzielali się, przejechali przez Egipt i Sudan. Przez niemal dwa miesiące zwiedzali Etiopię. A następnie przez Kenię, Tanzanię, Zambię i Botswanę dotarli na kraniec afrykańskiego kontynentu – Przylądek Igielny oraz do Kapsztadu. Aby tam, w RPA wsiąść w samolot do Europy.

    Było to przedsięwzięcie ogromne i ryzykowne. Opisy także niemiłych przygód, walki z terenem – góry, bezdroża, pustynie, ruch drogowy w którym nie liczą się słabsi jego uczestnicy, klimatem – od wielkich upałów poprzez tropikalne ulewy aż po temperatury poniżej zera i wichury, chorobami – na szczęście niezbyt licznymi jak na taki wysiłek, zostały ciekawie opisane. Podobnie jak kraje na trasie, ich mieszkańcy, zwyczaje, kuchnie, krajobrazy i przyroda, zabytki itd.

    W trakcie lektury tej książki i oglądania zamieszczonych w niej zdjęcia czytelnik niemal uczestniczy w codziennym zmaganiu się podróżników z trudnościami. Szukaniem miejsc na rozbicie namiotów lub noclegu pod dachem. Żywności – najczęściej sami gotowali, zwłaszcza z dala od miast – o którą w bezludnych, biednych okolicach oraz przy bardzo ograniczonych środkach finansowych jakimi dysponowali było trudno. O zagrożeniach ze strony ludzi i dzikich zwierząt już nie wspominając.

    Jak już wspomniałem, co najmniej równie ważnym, chociaż nie jednakowo dla wszystkich uczestników wyprawy jej celem, było oprócz przejechania tej trasy, także zwiedzanie. Już we Frankfurcie nad Menem czas oczekiwania na samolot do Kairu wykorzystali na wycieczkę do Moguncji. Bo miasto przesiadkowe i jego zabytki, zakładam, już znali. Dosyć dobrze zwiedzili Kair – łącznie z Gizą z którego rozpoczęli tę podróż. A także tamtejsze bazary i tanią gastronomią.

    Z trasy, którą jechali, dobrze znam, chociaż nie z wysokości roweru, tylko odcinek egipski. Słabiej – bo nie wszędzie tam byłem – ostatni, południowoafrykański. A także niektóre inne miejsca na południe od równika. Trudno mi więc stwierdzić, na ile obserwacje, wrażenia i oceny tych, których nie znam, pokryłyby się z moimi. Sądząc jednak tylko na podstawie tych dwu wspomnianych krajów – znacznym.

    Przez Egipt podróżowali w stałej asyście policji. Było to jeszcze przed tamtejszym rewolucyjnym zrywem 2011 roku, cudzoziemcy musieli być chronieni, nawet jeżeli o to nie tylko nie prosili, ale wręcz starali się takiej asysty uniknąć. Podróż na rowerach, na ile było to tylko możliwe bocznymi drogami, w towarzystwie policyjnego samochodu miała i plusy. Przede wszystkim chroniła przed natręctwem handlarzy i nieustannie wyciągających się rąk po bakszysz.

    Równocześnie jednak podróżnicy nie zawsze mogli tam nocować, zwłaszcza w namiotach, gdzie chcieli. Często pozwalano im na to na terenach posterunków policyjnych, gdzie dodatkowo byli pilnowani, bądź klasztorach. I chociaż autor stwierdził w pewnym momencie, że „Egipt nie jest rajem dla rowerzystów”, to opisy tego, co tam widzieli, są ciekawe.

    Zarówno Kairu i jego okolic, jak i klasztoru Panny Marii w Dajr al-Muharrak z przypomnieniem historii i liturgii koptyjskiej, czy Asuanu i jego okolic. Zaskoczony natomiast zostałem w trakcie lektury, że wymieniając pod tytułem rozdziału „Koptowie” przebytą trasę z tak ciekawymi i bogatymi w antyczne zabytki miejscowościami – a znam je wszystkie – jak Abydos, Dendera, Quena, Luksor, Esna, Edfu i Kom Ombo, autor nie napisał na ich temat ani słowa.

    Z Asuanu do Sudanu uczestnicy wyprawy statkiem przez Jezioro Nasera, gdyż między tymi krajami brak w okolicach Abu Simbel drogi lądowej z przejściem granicznym. Podróż przez Sudan, to było pierwsze duże zaskoczenie zarówno dla kolarzy, jak i czytelnika relacji autora. Zamiast oczekiwanych niewyobrażalnych bezdroży – sieć nowych, wybudowanych w ciągu 2 lat przez Chińczyków, autostrad łączących wszystkie duże miasta.

    A Sudan, przypomnę, ma powierzchnię ponad 2.500 tys. km kw. – ośmiokrotnie większą od Polski. Co nie znaczy, że poza autostradami nie ma tam i koszmarnych dróg. Nie potwierdziła się też opinia, że to bardzo niebezpieczny kraj. Autor podkreślał zaskakującą bezinteresowność i gościnność Sudańczyków. Czystość kraju w porównaniu z Egiptem, ale o to akurat nie tak trudno. Równocześnie jednak ubóstwo jeżeli chodzi o zabytki.

    Nieliczne są słabo zachowane, źle konserwowane i fatalnie eksponowane. Uczestnicy wyprawy przez 2 dni szukali np. w piaskach pustyni – bo nie ma do nich drogowskazów, a GPS zabrał ze sobą ten czwarty, który postanowił wcześniej wrócić do Polski – ruin Starej Dongoli. A jak już coś znaleźli, bynajmniej nie pierwszej czy drugiej kategorii atrakcyjności, to ceny wstępu okazywały się niezwykle wysokie.

    Kolejnym, tyle że negatywnym zaskoczeniem, okazała się Etiopia, którą zwiedzali niemal 2 miesiące. Dla mnie to co napisał autor o niej do tego stopnia, że planowaną na br. podróż do tego kraju chyba przesunę na dalsze miejsce na liście tych, które zamierzam zobaczyć. Zdaniem autora relacji jest to kraj bardzo ciekawy, z pięknymi, chociaż ciężkimi dla rowerzystów do pokonania wysokimi górami, terenami pustynnymi i koszmarnymi drogami.

    Ze wspaniałymi zabytkami, ale równocześnie niemiłymi ludźmi. Agresywnym żebractwem – łącznie z rzucaniem kamieniami w nagabywanych, nie tylko przez chmary dzieciaków, gdy odmawiają dania pieniędzy tylko dlatego, że są biedni. Zdzierstwem cenowym za wstępy do świątyń i klasztorów, w czym przodują mnisi i kapłani. Koniecznością płacenia – i to słono, zwłaszcza na południu kraju, ludziom których się fotografuje.

    Problemami ze zdobyciem żywności na etiopskiej prowincji oraz niezwykle małym wyborem jedzenia, o higienie w jakich jest przechowywane i przygotowywane, już nie wspominając. Niechęć autora do tego kraju narasta w miarę podróży po nim i jej opisywania. Najpierw „Etiopia to najgorsze miejsce jakie znam”. Później „Etiopii nienawidzę już z całego serca…”. Wreszcie „Nie sposób uciec przed ludźmi ( już nawet nie tylko dzieciakami ) którzy za wszelką cenę usiłują zwrócić na siebie naszą uwagę – wyją, gwiżdżą, piszczą, próbują dotknąć, czasami popchnąć albo tylko przestraszyć”.

    To zupełnie inny obraz tego kraju, który znam z pełnych zachwytu ( chociaż na żebractwo i wymuszanie datków oraz płacenie za fotografowanie ludzi też skarżyli się ) relacji członków rodziny i przyjaciół, którzy tam byli. Może turyści zorganizowani mają inne doznania, niż samotnie podróżujący po bezdrożach i głębokiej prowincji biali rowerzyści?

    W tejże relacji są jednak również piękne opisy widoków gór i dolin, procesji w Timkacie w kolejną rocznicę chrztu Jezusa w Jordanie. Jest historia Menelika i Arki Przymierza oraz bardzo ciekawe opisy etiopskich zwyczajów religijnych. Pozytywna ocena pracy misjonarzy w tym kraju. Znajduje się sporo ciekawostek. Np. w dobrej restauracji w Addis Abebie zamówionego wina czy potraw kelner nie przyniesie, o ile wcześniej mu się za nie nie zapłaci. Rozdziały poświęcone podróży przez Etiopię powinien, moim zdaniem, przeczytać każdy wybierający się do tego kraju. Chociaż lepiej całą książkę.

    Mnóstwo ciekawych informacji, opisów i ciekawostek dotyczy także kolejnych krajów, przez które przebiegała trasa tej wyprawy. Nie zamierzam książki streszczać, gdyż trzeba ją przeczytać samemu. Wspomnę więc jeszcze tylko o Nygiri – miasteczku w Kenii, w którym ostatnie lata życia spędził i został tam pochowany twórca skautingu gen. Robert Baden – Powell. O bardzo ciekawym Muzeum Kolei w Mombasie.

    Czy ciekawostce: to w tym mieście księżniczka, późniejsza i obecna królowa brytyjska Elżbieta II dowiedziała się o śmierci ojca, Jerzego VI. Interesujące i kompetentne są opisy przyrody, zwyczajów religijnych miejscowych katolików, trudności podróżowania rowerami po drogach, m.in. w Tanzanii, pełnych ciężarówek i autobusów nie zwracających uwagi na mniejsze pojazdy i wiele innych.

    Ale również i o nudnych odcinkach np. w Zambii – „Droga nuży monotonią. Wszystkie kolejne dni są takie same. Krajobraz niezmienny przez setki kilometrów”. Czy minusach jazdy bez przewodnika – „który pozwoliłby ocenić co warto, a czego nie warto obejrzeć, to jest taka jazda po omacku, zupełnie bez sensu”.

    Dodam, że była to jedna z wielu przyczyn konfliktów między uczestnikami wyprawy. Ale w ciągu wielu miesięcy trudnej podróży ludzi o trochę różnych zainteresowaniach, tempie jazdy, smaku czy wyboru miejsc do spania były one nieuniknione. Sporo jest ciekawych relacji z katolickich misji w tych krajach, zwłaszcza w Kapiri Mgoshi w Zambii.

    Odszukiwania znajdujących się w pobliżu trasy grobów i śladów Polaków – także w księgach parafialnych – którzy jako dzieci ewakuowani byli podczas II wojny światowej z Syberii i znaleźli schronienie oraz opiekę ówczesnych koloniach brytyjskich w południowej części kontynentu afrykańskiego. Są w tej książce lokalne legendy, np. Buszmenów o tym, jak powstał pierwszy człowiek.

    Opisy polowania z fotoaparatem na dzikie zwierzęta oraz zagrożenia ze strony tak groźnych jak słonie, hipopotamy, bawoły afrykańskie czy lwy, gdy podróżnicy nocowali w przygodnych miejscach w buszu. Ciekawa są relacje z kopalni diamentów w Botswanie, slumsów w RPA, gościnności ( wobec białych rowerzystów ) białych posiadaczy ziemskich w tym kraju. Spotkań z misjonarzami, noclegów w misjach lub na terenach kościelnych.

    Czy z najdalej wysuniętego na południe kontynentu Przylądka Igielnego. Chociaż trudno mi zrozumieć, jak mając w zasięgu wzroku – przejeżdżali w jego pobliżu – Przylądek Dobrej Nadziei oraz dysponując czasem aby się nań wdrapać, nie zrobili tego. Chociaż jest on, nie tylko moim zdaniem, ciekawszy od Igielnego.

    Znalazłem w tej książce – relacji z wyprawy również trochę błędów i nieścisłości. Podróżnicy zdumieni byli np., gdy od kenijskich funkcjonariuszy granicznych na wjeździe do tego kraju dowiedzieli się, że jedynym językiem oficjalnym w nim jest angielski. Ja natomiast byłem zdumiony, że można to było powtórzyć bezkrytycznie. Wystarczyło przecież otworzyć jakiś przewodnik po Kenii, lub encyklopedię, aby dowiedzieć się, że są tam dwa równorzędne języki oficjalne: suahili i angielski.

    Musiało się też coś pokręcić autorowi, gdy pisał: „Jedziemy na północ ( podczas wycieczki z Nairobi nad Ocean Indyjski ), jakie to dziwne mieć zachód słońca po prawej stronie”. W Afryce, podobnie jak i w Ameryce Południowej, gdy jedzie się rzeczywiście na północ obojętne po której stronie równika, to zachód Słońca ma się zawsze po lewej stronie. Różnicę w kierunku jego pozornego ruchu wobec Ziemi na obu półkulach widzi się tylko, gdy się na nie patrzy.

    Trudno mi też zrozumieć dlaczego autor opisując – fascynujące, z tym się zgadzam i też zostałem przez drobiny wody z nich przemoczony do kości – Wodospady Wiktorii – Victoria Falls na rzece Zambezi oraz granicy Zambii i Zimbabwe znajdujące się na Liście Dziedzictwa UNESCO, używa tylko ich lokalnej nazwy Mosi–oa–Tunya – „Grzmiący Dym”. Gdybym tam nie był i nie znał tej nazwy oraz nie zobaczył obok ich zdjęcia, nie wiedziałbym o które wodospady chodzi.

    Ale to drobiazgi. Książka jest ciekawa, dobrze napisana, chociaż nie bez powtórzeń sytuacji w różnych miejscach i krajach – ale jest to dopuszczalne w relacji z podróży oraz czasami niezręczności językowych. I na pewno warta przeczytania. Jednych czytelników być może zachęci do zwiedzenia opisanych państw, chociaż niekoniecznie na rowerze. Innych do dalekich podróży na dwu kółkach, chociaż nie aż w tak ekstremalnych warunkach i długim czasie. Znaleźć w niej można bowiem mnóstwo informacji, obserwacji, spostrzeżeń, legend i opisów wzbogacających tradycyjne przewodniki po ciągle zbyt mało znanych u nas ( może poza Egiptem ) krajach Czarnego Lądu.

  2. Paryż. Wydanie 1

    Paryż należy do grona tych miast świata, którym poświęcono najwięcej przewodników w języku polskim. I stale przybywają nowe. „Nie ma jednego powodu, dla którego warto przyjechać do Paryża - jak słusznie napisał we wstępie autor najnowszego, wydanego w „wakacyjnej” serii Bezdroży.

    Nie starczyłoby nawet tysiąca stron na opisanie wszystkich ciekawostek, pomników przeszłości, tajemniczych miejsc i światowej sławy atrakcji tego niesamowitego miasta. Nie ma też pewne osoby, która twierdziłaby, że do Paryża przyjechać nie warto”.

    Mając jednak nie tysiąc, chociaż i tyle byłoby za mało, aby w pełni przedstawić zabytki i atrakcje francuskiej stolicy, ale zaledwie jedną czwartą tej objętości, w której sporo miejsca zajmują również tak potrzebne plany i dobre kolorowe zdjęcia, starał się on przedstawić przynajmniej to, co jest w tym mieście najważniejsze. I moim zdaniem, a Paryż znam nieźle, udało mu się to bardzo dobrze.

    Co nie znaczy, że nie dodałbym jeszcze tego lub owego. Ale o tym na końcu. We wstępnej, zachęcającej do lektury oraz poznawania prezentowanego kraju, regionu lub miasta, znajdującej się we wszystkich przewodnikach tej serii jego części: „Hity Paryża”, autor wymienia 12 tamtejszych cudów, uzasadniając taki właśnie wybór. Bardzo trafny - dodam. Żadnego bowiem z tych zabytków i miejsc po prostu nie sposób pominąć, jeżeli chce się mieć chociażby jakie - takie pojęcie o francuskiej stolicy.

    Podobnie „Przysmaki, które trzeba spróbować” - najbardziej charakterystyczne dla kuchni francuskiej. Chociaż jest ona przecież tak bogata, że listę tę można by długo jeszcze ciągnąć. „Popularne festiwale i wydarzenia kulturalne” to wykaz, z ich charakterystyką, 14 stałych imprez. Zaś „Miejsca przyjazne dzieciom” - 11 specjalnie dla nich polecanych w Paryżu i jego okolicach.

    Dwa, dosyć obszerne, rozdziały wstępne: „Informacje praktyczne” ( Przygotowanie do podróży, dojazd różnymi środkami transportu, Informator A - Z, poruszanie się na miejscu, wyżywienie, noclegi, rozrywka ) oraz „Informacje historyczno-krajoznawcze” ( Historia Paryża, Kościół we Francji, Język francuski, Polskie akcenty w Paryżu, Mieszkańcy Paryża, Kuchnia ) zawierają to, o czym gość nadsekwańskiej stolicy wiedzieć powinien.

    Może trochę niepotrzebnie powtórzone zostały niektóre informacje na temat komunikacji miejskiej w „Informatorze A - Z” „Informacjach praktycznych”. Chociaż z pominięciem tak istotnego przecież faktu, że autobusy w Paryżu na przystankach zatrzymują się tylko na żądanie, co w godzinach mniejszego ruchu zwiększa jego płynność. Ale są to drobiazgi łatwe do poprawienia.

    Podstawowe informacje o tym, co na miejscu warto zobaczyć, zawarte są w dwu rozdziałach: „Zwiedzanie Paryża” i „Okolice Paryża”. W pierwszym z nich autor proponuje - i oprowadza po nich - poznanie 10 dzielnic lub regionów miasta. Wyspy na Sekwanie ( Île de la Cité i Île Saint-Louis - zawsze stosuje on nazwy francuskie, mimo iż inni wolą je spolszczone, np. Wyspa św. Ludwika ) - oraz ich okolice.

    Les Halles - Hôtel de Ville, Les Marias, Bastille, czyli tereny po dawnych Halach, Ratusz, dzielnicę na dawnych bagnach oraz plac Bastylii i jego otoczenie. Concorde, Louvre, Opera - czyli Plac Zgody, dawny pałac królewski i Operę z okolicami. Dzielnice: Saint-Germain-des-Prés i Quartier Latin - Łacińska. Trocadéro, Passy, Tour Eiffel, Invalides. Champs-Élysées, Arc de Triomphe. Montparnasse. Montmartre. Belleville, Menilmontant, Père-Lachaise oraz Grand Boulevards i République.

    Z informacjami jak i czym do tych miejsc dojechać, czy są tam - lub nie - udogodnienia dla osób niepełnosprawnych oraz co trzeba i warto w nich zobaczyć. W formie oprowadzania po nich czytelnika - turysty, z podstawowymi, niekiedy bardzo skrótowymi informacjami. Także o dniach i godzinach otwarcia muzeów i innych obiektów zamykanych, wstępie wolnym lub z biletami - i przeważnie także ich cenami.

    Podobnie po okolicach Paryża. Zarówno tych tak bliskich, że już z nim od dawna zrośniętych, połączonych liniami metra i autobusów, jak Lasek Buloński, Vincennes, Saint-Denis czy dzielnica La Défense. Nieco dalszych, osiągalnych RER-em lub innymi środkami transportu, jak Wersal czy Disneyland. Jak również odleglejszych, jak zamki: Chantilly, Fontainebleau czy Thoiry, a nawet odległe o 90 km Chartres ze słynną katedrą.

    W tekst przewodnika włamano trzy obszerne, nawet 22 - stronicowe wkładki informacyjne: „Znani paryżanie”, „Dworce i metro” oraz „Paryż wodny”. Sekwana”. A także, szkoda że nie ujęte w jakimś indeksie, krótkie, monotematyczne informacje w ramkach na kolorowym tle. M.in.: „Kuchnie świata w Paryżu”, „Bilety” ( komunikacji miejskiej, z różnymi okresowymi ), „Paris Museum Pass” ( karta muzealna, bardzo opłacalna jeżeli ma się zamiar sporo zwiedzać ).

    A także: „Czarna śmierć i średniowieczne sposoby jej leczenia” ( dżuma ), „Joanna d’Arc”, „Noc Świętego Bartłomieja”, „Paryskie wystawy światowe”, „Hotel Ritz”, „Wieża Eiffla - ciekawostki i dziwactwa”, „Najważniejsze wydarzenia w historii Luku Tryumfalnego”. Na końcu przewodnika jest mini słowniczek polsko - francuski z najbardziej przydatnymi zwrotami oraz Indeks wybranych obiektów.

    Ponieważ nie ma jednak róży bez kolców, wspomnę o pominięciu jeszcze co najmniej jednej, moim zdaniem bardzo istotnej informacji oraz niezrozumiałego przeoczenia sławnego obiektu. W pierwszym przypadku chodzi o inżyniera Gustawa Eiffla i jego dzieła. Ani w jego nocie biograficznej we wkładce „Znani paryżanie’, ani w informacjach o paryskich wystawach światowych czy ciekawostkach i dziwactwach związanych z wieżą jego imienia, nie wspomniano o jeszcze jednym ( oprócz kilku wymienionych ) jego sławnym dziele.

    Mam na myśli, oczywiście, „Żelazny dom”. Został on zbudowany, a nie tylko sławna wieża, na Wystawę Światową w Paryżu w roku 1889. Po niej zaś kupiony przez jednego z ówczesnych światowych „królów kauczuku”, rozmontowany, przewieziony do portu, a następnie przez Atlantyk oraz kilka tysięcy kilometrów w górę Amazonki do miasta w peruwiańskiej dżungli - Iquitos ( nadal dostać się do niego można tylko drogą wodną lub powietrzną, nie ma drogi lądowej ) i tam ponownie zmontowany.

    Była to na owe czasy operacja niezwykle trudna technicznie, o kosztach już nie wspominając. Ale „Żelazny dom” służący obecnie celom kulturalnym, jest jedną z atrakcji tego amazońskiego miasta. I podobnie jak jego „siostra” - paryska wieżą, trzyma się doskonale, co miałem okazję stwierdzić osobiście. Warto więc o nim wspomnieć w następnym wydaniu tego przewodnika.

    Drugie przeoczenie, jakie w nim znalazłem, jest wręcz zaskakujące. Chodzi bowiem o jedno ze sławnych podparyskich ( ale dojeżdża się do niego metrem do stacji Porte de Sévres ) muzeów oraz założonej w Sevres w 1756 roku manufaktury słynnej porcelany sewrskiej. Tamtejsze Muzeum Ceramiki działa od roku 1824 (!).

    Obejrzeć w nim można nie tylko wspaniałe wyroby miejscowej manufaktury, ale także fajansowe i porcelanowe, m.in. miśnieńskie i z innych sławnych zakładów europejskich, ponadto starą porcelanę chińską i japońską. Naprawdę jest tam co oglądać. Mozna też na miejscu kupić współczesne wyrobym, m.in. figurki. I warto o tym poinformować czytelników i turystów. Ale to możliwe będzie dopiero w kolejnym wydaniu.

    Jednak i w obecnej postaci jest to przewodnik bardzo dobry, jeden z lepszych w tej serii, napisany kompetentnie i przejrzyście. Zawierający mnóstwo ważnych i potrzebnych informacji, planów i zdjęć oraz trochę ciekawostek. Przy czym wydany starannie, w poręcznym formacie i wadze oraz o przystępnej cenie. Z przyjemnością polecam go więc Czytelnikom.

  3. Rumunia. Mozaika w żywych kolorach...oraz Mołdowa. Wydanie 4

    Rumunia wzbudza coraz większe zainteresowanie polskich turystów. I to nie tylko, jak w latach 60-80-tych ub. wieku, głównie jej czarnomorskie wybrzeże, ale także prawdziwe skarby architektury, przyrody i krajobrazów w innych częściach kraju. Zwłaszcza, chociaż nie tylko, Siedmiogród, rumuńska Mołdawia i Bukowina.

    Natomiast Mołdawia nadal, trochę niesłusznie, pozostaje w dosyć powszechnym odczuciu państwem w Europie peryferyjnym i niezbyt wartym poznawania. Obu tym krajom poświęcony jest najlepszy, moim zdaniem, dotychczas w języku polskim o nich przewodnik „Bezdroży”.

    Jego kolejne wydanie ukazało się w br. w podstawowej w tej oficynie serii „czarno - pomarańczowej”, której potoczna nazwa pochodzi od kolorów grzbietów. Napisany przez grono polskich autorów z głęboką znajomością tematu, rzetelnie oraz dobrym językiem, jest po prostu znakomity.

    Co nie znaczy, że nie można w nim już niczego poprawić. Ale o tym niżej. Dodam, że na dwu 8 - stronicowych wkładkach znajduje się w nim 35 dobrych, kolorowych zdjęć. Ponadto kolejne, już czarno-białe, co powoduje, że nie są zbyt efektowne i trochę rysunków zabytków. No i mapki oraz plany miast. W rozdziale I - wstępnym, „Zaproszenie do Rumunii” autorzy proponują poznawanie kraju pięcioma różnymi trasami.

    Szlakiem drewnianych cerkwi marmaroskich, Malowane monastery Bukowiny i Mołdawii, Kościoły warowne Siedmiogrodu, Wzdłuż czarnomorskiego litoralu oraz „Paryż Wschodu” i okolice. Znajduje się na nich większość tego, co jest tam rzeczywiście najcenniejszego. Obszerny rozdział II - „Informacje praktyczne” zawiera niemal wszystko o czym turysta powinien wiedzieć zarówno przed wyjazdem, w trakcie - i czym - podróży, poruszania się na miejscu, noclegów i wyżywienia.

    Z wieloma przydatnymi informacjami w rubryce od A do Z. W części tej znajduje się także sporo rad w ramkach w rodzaju: „Będąc dzień w Sybinie trzeba koniecznie”: - po czym następują konkretne i na ogół bardzo trafne propozycje. Rozdział III - "Informacje krajoznawcze", to prawdziwa, chociaż w ogromnym skrócie, kopalnia wiedzy o fizjografii, klimacie i bioróżnorodności kraju.

    Bardzo oryginalnie i ciekawie przedstawione zostały w nim jego dzieje. „Historia Rumunii - stwierdzają autorzy - jest niezwykle skomplikowana”. Po czym następuje uzasadnienie tego twierdzenia z wnioskiem: „Ponieważ przewodnik turystyczny nie jest publikacją odpowiednią do roztrząsania tych skomplikowanych kwestii, zainteresowanych odsyłamy do literatury fachowej, zaś Czytelnikom proponujemy spojrzenie na historię ziem rumuńskich i Rumunii przez pryzmat wybranych zabytków kultury i sztuki”.

    Dodam, że dobranych w taki sposób, żeby jednak „w pigułce” zawrzeć to, co w tej historii jest najważniejsze. I tak „Hala targowa w Tomis” wybudowana w IV w. - to okazja do przedstawienia wielowiekowej, od czasów antycznych Greków, tradycji handlowej oraz zarysu dziejów kraju na przestrzeni wieków. „Sarmizegatusa Regia” - państwa Daków. „Vajdahunyadvár” - Siedmiogrodu i częściowo Banatu i Marmaroszu.

    „Monaster Putna”, w którym pochowany został jeden z najwybitniejszych władców Stefan Wielki - losy Hospodarstwa Mołdawskiego. „Nowa Metropolia w Curtea de Argeş” - najważniejsze fakty z historii Wołoszczyzny. „Zamek królewski Peleş w Sinai” - powstanie Rumunii i królestwo, od 1861 r., Hohenzollernów. Zaś „Prawosławna cerkiew katedralna w Timişoarze” - ostatnie 60 lat dziejów kraju.

    Wypadało co prawda w tym ostatnim przypadku dodać np., że komunistyczny dyktator Nicolae Ceauşescu nie tylko został w 1989 r. skazany na śmierć, ale i rozstrzelany wraz z żoną Eleną, działaczką partyjną i państwową też odpowiedzialną za zbrodnie reżymu, ale to można uzupełnić w kolejnym wydaniu.

    Bardzo ciekawie przedstawieni zostali mieszkańcy Rumunii i tamtejsza mozaika narodowościowa: Rumuni, Węgrzy, Sasi, Polacy, Turcy, Żydzi, Romowie, a w Banacie również Serbowie, Bułgarzy, Czesi, Słowacy, Rusini, a nawet Włosi, Francuzi i Hiszpanie. Podobnie język, a także rumuńska kuchnia pod bardzo zachęcającym tytułem poświęconej jej części: „Radość życia, czyli kuchnia rumuńska”.

    Najobszerniejszy - ponad 450 stronicowy - rozdział IV „Zwiedzanie Rumunii” poświęcony został prezentacji poszczególnych miejscowości, miejsc, zabytków itp. kraju. W sposób przejrzysty, dosyć dokładny, z ogromnym bogactwem faktów. Najpierw stolica - Bukareszt, a następnie kolejno tradycyjne regiony historyczno - geograficzne. Banat i Kriszana, Transylwania ( Siedmiogród ), Marmarosz, Bukowina, Mołdawia, Dobrudża i osobno Trasy górskie z 44 propozycjami poznawania ich konkretnymi szlakami, w 7 partiach różnych gór.

    W opisach miejscowości są ich nazwy przede wszystkim - o ile takie są - polskie oraz rumuńskie i w stosowanych na ich określenie językach. Podana jest liczba mieszkańców, są sugestie co przede wszystkim warto tam zobaczyć, historia - w przypadku Bukaresztu także co, gdzie i kiedy zburzono z zabytków pod rządami Ceauşescu - a następnie oprowadzanie czytelnika - turysty po ciekawych zabytkach, muzeach i miejscach.

    W większych lub ważniejszych miastach - ich plany, zdjęcia, rysunki zabytków. Na końcu zaś informacje praktyczne na temat dojazdu i lokalnej komunikacji, noclegów, wyżywienia itp. A więc znajduje się tam chyba wszystko, co powinno być w dobrym przewodniku.

    Na podobnej zasadzie, w dwu rozdziałach: „Mołdowa” i „Zwiedzanie Mołdowy” napisana została część przewodnika po tym kraju. Oczywiście znacznie krótsza, bo miejscowości, miejsc i obiektów wartych tam poznania jest niewspółmiernie mniej. A także z trochę bardziej skróconymi opisami. Ale z bardzo ważnymi a mniej znanymi informacjami na temat podróży, zwłaszcza problemami jakie mogą występować przy przekraczaniu granicy samozwańczej, tak zwanej Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej i tamtejszych realiów.

    Ponadto zakwaterowania - podobnie jak w przypadku części rumuńskiej z wyborem hoteli i innych miejsc noclegowych z ich nazwami, adresami, telefonami, stronami internetowymi itp., a także charakterystyką i w wielu przypadkach cenami. Nie brakuje oczywiście i informacji krajoznawczych, historii regionu i kraju, jego ludności, gospodarki, kultury itp.

    Natomiast zwiedzanie Mołdawii ( Mołdowy ) autorzy proponują według jej trzech głównych części: Kiszyniowa i centrum, Północnej Mołdowy oraz Południowej Mołdowy, do której zaliczono również Naddniestrze. A w częściach omawiających poszczególne miejscowości i miejsca, tak jak w przypadku rozdziałów rumuńskich, w kolejności alfabetycznej ich nazw.

    Treść przewodnika bardzo wzbogacają włamane w treść monotematyczne informacje w ramkach na szarym tle. Jest ich prawie 50, wiele bardzo ciekawych. M.in.: „Park Narodowy Retezat”; „Czarny pamiętnik: zburzenie monasteru Văcăreşti” ( w Bukareszcie ); „Malowane cerkwie doliny Aluty”; „Mistrz Manole” ( budowniczy cerkwi w Nowa Metropolia Curtea de Argeş, pocz. XVI w ); „Legenda o zamku Poienari” ( zbudowanym dla Włada Palownika - Drakuli ), a także:

    „Druga strona medalu” ( prawdziwa historia Drakuli ); „Biały płaszcz z czarnym krzyżem” ( Krzyżacy w Siedmiogrodzie wypędzeni z niego za próbę stworzenia tam własnej potęgi, zaproszeni później do Polski ); „Inkastelacja kościołów” ( obronne świątynie w Siedmiogrodzie ); „Pionier lotów kosmicznych” ( Hermann Oberth urodzony w Sybinie ); „Mołdowa czy Mołdawia?” ( decyzja polskiego MSZ o przyjęciu tej pierwszej nazwy ); „Mołdowa czy Besarabia?”; „Po jakiemu mówią Mołdawianie?”; „Polacy w Mołdowie”; „Kim są i skąd przybyli Gagauzi?”; „Karol XII czyli Szwedzi w Mołdowie” itd.

    Na końcu znajduje się słowniczek polsko - rumuński z mini rozmówkami oraz dosyć szczegółowy Indeks wybranych nazw geograficznych i atrakcji turystycznych. Jest to więc, co już napisałem na wstępie, bardzo dobry przewodnik. Co nie znaczy, że w następnych wydaniach nie może być jeszcze lepszy.

    Uważam np., że trochę po macoszemu potraktowana została Delta Dunaju, której poświęcono tylko 3 strony tekstu + 1 zdjęcie, i to jako ciekawemu miejscu w okolicach Tulczy. Informacja o rumuńskich obiektach znajdujących się na Liście UNESCO powinna znajdować się nie tylko w postaci symbolu przy opisach miejscowości, ale także zbiorowa osobno, np. w Informacjach A-Z.

    Najpiękniejszy średniowieczny zamek w mieście Hunedoara ( Vajdahunyad ) w Siedmiogrodzie znany jest bardziej pod tą drugą nazwą lub jako Zamek Hunyadego, a nie, jak go nazywają autorzy, Corvinilor. Wypadałoby więc przynajmniej o tym wspomnieć. Nie bardzo widzę uzasadnienia dla opublikowania, i to na całej stronie, nie najlepszej jakości czarno-białego zdjęcia pałacu hospodara w Mogoşoaia, skoro jego dobre kolorowe znajduje się we wkładce ilustracyjnej.

    Wśród źródeł informacji o kraju nie uwzględniono działającego od ub. roku w Warszawie Rumuńskiego Ośrodka Informacji Turystycznej. Podobnie w przypadku dostępnych w języku polskim przewodników nie wspomniano ani o jednym aktualnym, poza wydanymi przez Bezdroża.

    Błędna jest, w przypadku Naddniestrza, informacja, że Igor Smirnow jest „prezydentem” tej samozwańczej republiki od 10 lat. W rzeczywistości już 21(!) lat. Byłem pierwszym zagranicznym dziennikarzem, wówczas korespondentem prasy polskiej w Kijowie, któremu udzielił on wywiadu jeszcze jako tymczasowy prezydent, we wrześniu 1990 roku, na drugi lub trzeci dzień po proklamowaniu przez ten region „niepodległości”. Do Tyraspola dojechałem z Bender na prawym brzegu Dniestru, które wówczas znajdowały się jeszcze pod kontrolą Kiszyniowa, podmiejskim autobusem.

    Podczas lektury przewodnika natrafiłem na parę błędów korektorskich, a nawet językowych. Np. na str. 231 jest odsyłacz do informacji o mieście Alba Julia na stronę 323 ( na której można przeczytać o Sighişoarze ), nie zaś prawidłowo na stronę 232. Natomiast na str. 568 o połączeniach komunikacyjnych z Polski do Mołdowy „…z dwoma ( zamiast dwiema ) przesiadkami. To tylko przykłady, bo podobnych, co prawda drobnych potknięć, jest więcej.

    Na koniec parę słów polemiki na temat tytułowej nazwy Mołdowa. Wydawnictwo przyjęło ją zgodnie z decyzją naszego MSZ o stosowaniu takiej nazwy w swoich dokumentach. Z ministerialnym uzasadnieniem, że Mołdawia to nazwa dużego regionu historycznego, którego Republika Mołdawii jest tylko częścią. Trochę mi się to kojarzy z wymuszoną przez Grecję i stosowaną w stosunkach międzynarodowych, idiotyczną nazwą Była Jugosłowiańska Republika Macedonia. Bo …Macedonia to historyczna nazwa antycznego państwa, którego część znajduje się nadal na terytorium Grecji.

    A przecież nazwa Mołdawia w odniesieniu do Republiki Mołdowa jest u nas stosowana powszechnie, jak również np. Mołdawianie ( nie zaś Mołdowanie ) czy mołdawskie ( a nie mołdowskie ) wina. Polska Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych - o czym można zresztą przeczytać w informacji w ramce: „Mołdowa czy Mołdawia” - zaleca stosowanie nadal przyjętej powszechnie tej drugiej nazwy.

    Dla mnie ważniejsze jest zdanie tej komisji, niż jakiegoś urzędnika MSZ który wymyślił inną, pozostaję więc w publikacjach przy Mołdawii. Wytknięte drobne błędy i nieścisłości jakie znalazłem w tym przewodniku są łatwe do poprawienia w następnym wydaniu oraz nie zmieniają mojej wysokiej jego oceny. Z przyjemnością polecam go więc Czytelnikom.

  4. Czarnogóra, Serbia, Bośnia i Hercegowina. Zielony Przewodnik Michelin. Wydanie 1

    Tym trzem krajom byłej Jugosławii poświęcony został nowy, wydany przez krakowską oficynę Bezdroża w serii „Zielone przewodniki Michelina”, ilustrowany, z mapkami i planami, przewodnik napisany, co warto podkreślić, niemal wyłącznie przez polskich autorów. W tym także autorów lub współautorów innych przewodników Bezdroży po Bałkanach.

    Szkoda tylko, że nie uwzględniono w nim również Macedonii i Kosowa. O ile bowiem dwie pozostałe po jugosłowiańskie republiki: Chorwacja i Słowenia mają już, Czarnogóra zresztą też, tylko im poświęcone przewodniki tego wydawnictwa - kolejny Bezdroży po Słowenii, również z „zielonej” serii Michelina omówię wkrótce, to Macedonia i Kosowo ze względu na dosyć ograniczoną liczbę zabytków i ciekawych w nich miejsc nie mają na to raczej szans.

    Dotychczas Bezdroża zaprezentowały walory turystyczne tych krajów tylko w specjalnych rozdziałach, w większości bardzo dobrym, przewodniku „Bałkany”, którego III wydanie z roku 2009 zrecenzowałem szczegółowo w naszym portalu i tekst ten jest w nim nadal do przeczytania. „Zielone przewodniki” Michelina mają liczącą dziesiątki lat tradycję i renomę. Jak już wspominałem przy innej okazji, posługuję się nimi jeszcze od czasów, gdy nie istniały ich polskie przekłady znajdując w nich to, co odpowiada im najbardziej.

    Co nie znaczy, że przygotowując się do podróży nie sięgam również do innych. Przejrzystość, rzeczowość, większość rzeczywiście potrzebnych turyście informacji z planami i mapkami oraz niezbędnymi ilustracjami, a także ułatwiający wybór tego, co przede wszystkim warto zobaczyć gdy ma się mało czasu, system oznaczania obiektów gwiazdkami od 1 do 3, lub bez takich oznaczeń, to ich główne walory.

    Z uznaniem stwierdzam, że polscy autorzy utrzymali ten standard, o paru potknięciach wspomnę niżej, dzięki czemu turyści i czytelnicy otrzymali książkę, która, jak sądzę, będzie im bardzo przydatna. Nie tylko bowiem pomoże w wyborze celów podróży i zwiedzania, ale znacznie wzbogaci ich wiedzę o dziejach, kulturze, zabytkach, religiach, językach, przyrodzie, kuchni itp. prezentowanych krajów.

    Zawiera również mnóstwo informacji praktycznych, a przy tym aktualnych, co w przypadku obszaru o tak burzliwych i skomplikowanych dziejach, również najnowszych, ma wyjątkowo duże znaczenie. Czytelnik znajduje więc w tym przewodniku rady kiedy i dokąd w tych krajach pojechać - z trzema propozycjami tras w każdym z nich.

    W Czarnogórze są to: Wybrzeże Adriatyckie w 4 dni, Stara Czarnogóra poznawana w trakcie 2-dniowej wycieczki oraz 4- dniowa Przez góry. W Serbii 5-dniowa wycieczka Przez miasta i miasteczka Wojwodiny oraz dwie 4-dniowe: Stara Serbia oraz Wzdłuż Dunaju. W tej drugiej autorzy proponują tylko 1 dzień na poznawanie Belgradu, co jest zdecydowanie za krótko. Ale serbskiej stolicy poświęcili sporo miejsca we właściwej części przewodnika, można więc zwiedzanie dostosować do indywidualnych zainteresowań.

    W Bośni i Hercegowinie zachęcają do dwu 3-dniowych wycieczek: Twierdze, klasztory i meczety oraz Górskie parki narodowej wschodniej Bośni i 2-dniową Doliną Neretwy nad Adriatyk. Propozycje te uwzględniają większość najważniejszych dla turystów miejscowości i miejsc w tych trzech krajach.

    W pierwszym, wstępnym rozdziale „Organizacja podróży” znajdują się również chyba wszystkie, a na pewno najistotniejsze informacje na temat tego jak przygotować się do wyjazdu w tamte strony, dojazdu oraz transportu na miejscu, zakwaterowania i wyżywienia, życia codziennego, sportu i rozrywek, świąt i festiwali itp. Oczywiście także o potrzebnych dokumentach, pieniądzach, ubezpieczeniach, zabezpieczeniu medycznym itd.

    50 - stronicowy rozdział „O krajach bałkańskich” zawiera informacje o przyrodzie każdego z nich, hydrografii, klimacie, florze i faunie oraz parkach narodowych. Jak na tak trudny temat, zwięzłe i generalnie obiektywne informacje o skomplikowanych dziejach, od czasów paleolitu - po jakże złożone najnowsze tych krajów, ich sztuce i kulturze oraz współczesnych Bałkanach.

    Czytając je odczułem jednak niedosyt z powodu niemal pominięcia problemu Kosowa, będącego przecież kolebką serbskiej kultury i prawosławia. Z paroma zaledwie słowami na temat tej krainy. Nawet bez wzmianki, że obecnie jest ona samodzielnym państwem, chociaż uznanym tylko przez część społeczności międzynarodowej.

    Z faktów bardziej szczegółowych należało, moim zdaniem, wspomnieć, że w organizacji zamachu w 1934 r. w Marsylii, w którym zamordowani zostali: król Jugosławii Aleksander I i francuskim minister spraw zagranicznych Jean Louis Barthou, chorwackim ustaszom i macedońskim separatystom pomagała hitlerowska Abwehra.

    Błędnie nazwano ( str. 61 ) powojenną Jugosławię. W 1945 roku przyjęła ona nazwę Federacyjnej ( a nie Ludowej Federalnej !!! ) Ludowej Republiki Jugosławii. Znacznie poważniejsze potknięcia znalazłem w części „Współczesne Bałkany”. O ile „Życie polityczne” i „Zmiany gospodarcze” nie budzą zastrzeżeń, to już „Społeczeństwo”, w którym o poszczególnych sprawach pisali prawdopodobnie różni autorzy, a redakcja nie zadała sobie trudu uporządkowania tego, jest w mojej ocenie najsłabszą, chaotyczną częścią przewodnika.

    Osobno można tam np. przeczytać o Czarnogórcach, mieszkających w Czarnogórze Muzułmanach ( Bośniakach ), Serbach, Albańczykach i Chorwatach. Zaraz po nich o Węgrach, Romach i ponownie Albańczykach i Bośniakach - tym razem w Serbii. To co napisano o języku serbskim ( i jego odmianach ), być może w pełni zrozumie slawista - i to językoznawca. Ale nawet nieźle znający tamte strony i stosunki czytelnik może się trochę pogubić.

    Pomijam już tak odkrywcze stwierdzenia jak: „W Serbii językiem urzędowym jest język serbski…”, czy informacje o różnicach w dialektach albańskich. Trudno jednak nie zareagować krytycznie na stwierdzenie „W Kosowie używa się języka albańskiego” bez informacji, że mieszkają tam również i używają swojego języka Serbowie. A język serbski jest, przynajmniej przez średnie i starsze pokolenie Kosowarów znany, a co najmniej rozumiany.

    Ten sam chaos i brak należytej merytorycznej redakcji tekstów występuje w przypadku prezentacji religii. Najpierw gdy dotyczy Czarnogóry, następnie prawosławia w Serbii i konflikcie między Cerkwiami: czarnogórską i serbskiej, która domaga się od tej drugiej zwrogtu w Czarnogórze 650 cerkwi i klasztorów.

    Kolejno „lecą” informacje o katolicyzmie w Czarnogórze ( tylko 3,5% mieszkańców !), ale z fotografią katedry katolickiej w… Nowym Sadzie, w Serbii. Później o trwałości struktury plemiennej w Czarnogórze, o bojownikach walczących z Turkami - hajdukach i uskokach. Aby dalej, pod tym samym śródtytułem ni z tego ni z owego wrócić do religii, tym razem prawosławia w Serbii oraz religiach w Bośni i Hercegowinie.

    Na szczęście zaraz po tym czytelnik może przeczytać o smakołykach kuchni czarnogórskiej, serbskiej i bośniackiej. Też z drobnymi nieścisłościami. Tak np. sławną i znakomitą serbską śliwowicę, zwłaszcza monastyrską, zakwalifikowano jako jedną z odmian rakii, mimo iż jest to inny, bardziej szlachetny trunek. Różniący się w sposób zasadniczy od rakii pędzonej ze śliwek tak jak z winogron, gruszek, pigwy czy nawet… miodu. Chociaż w tym ostatnim przypadku, to też inny mocny napój. W Bośni i Hercegowinie wyrabiany przez pszczelarzy i sprzedawany jako „Domaća rakija Medovača”.

    Najobszerniejsza, łącznie ponad 200 - stronicowa część tego przewodnika poświęcona jest kolejno: Czarnogórze, Serbii oraz Bośni i Hercegowinie. Jest to, wzbogacona o mapki i plany prezentacja tego, co zdaniem autorów zobaczyć w nich można, warto i trzeba. Najpierw w stolicach i ich okolicach, a następnie, w porządku alfabetycznym, w innych miejscowościach i miejscach.

    Z informacjami wstępnymi i - włamanymi w tekst na zielonym tle praktycznymi. Ponadto krótkimi dziejami, propozycjami tras wycieczek itp. I ze wspomnianym już systemem gwiazdek. Zwięźle i rzeczowo. I chociaż ilość gwiazdek przyznanych poszczególnym miejscowościom i obiektom jest niekiedy dyskusyjna, to łatwo jest się poruszać w tym gąszczu potrzebnych turyście informacji. Najwyżej ocenionych: 3* - czyli „trzeba koniecznie zobaczyć”, jest sporo.

    W Czarnogórze należy do nich: Stary Bar; Boka Kotorska; miasto Kotor i osobno w nim katedra św. Tryfuna; Muzeum Pomorskie oraz twierdza św. Jana; Trg ( plac ) Herceg - Stjepana w mieście Herceg Novi. Ponadto adriatycka perełka Sveti Stefan; Durmitor - najwyższy masyw Gór Dynarskich; Jezioro Szkoderskie, a nad nim monastyr św. Nikola i Žabljak Crnojevića - stare gniazdo tego rodu. I jeszcze monastyry: Morača w okolicy Kolašinu i Ostrog koło Nikšiča; 2 tysięczne miasteczko Žabljak; cerkiew św. Mikołaja ( Nikole ) w Ulcinju oraz Park Narodowy Biogradska gora.

    Najwięcej tej rangi obiektów i miejsc autorzy oznaczyli w Serbii. W Belgradzie zarówno samo miasto, jak i w nim: Twierdzę Kalemegdan, Muzeum Etnograficzne, ul. Kneze Mihailova, dzielnicę artystów Skandarlija, cerkiew św. Sawy. Nie bardzo co prawda rozumiem, dlaczego na Kalemegdanie wymieniają pomnik Wdzięczności Francji - rzeźbę Ivana Meštrovića z 1930 r., a pomijają tegoż autora znacznie sławniejszy, będący takim symbolem serbskiej stolicy jak Syrena Warszawy, stojący w wyjątkowo reprezentacyjny miejscu pomnik „Pobednik” ( „Zwycięzca” ).

    Czy na jakiej podstawie - bo brak jakichkolwiek konkretów - określają cerkiew św. Sawy „Największą na świecie prawosławną świątynią”. Sądzę, że inne zdanie na ten temat mają mieszkańcy Petersburga ( Sobór Izaaka, a zwłaszcza Sobór Kazański ) czy Tbilisi ( monumentalny, wzniesiony na początku XXI wieku Sobór Trójcy Świętej ). Podobnie nie rozumiem, jaki sens miało wydrukowanie dwukrotnie ( na str. 53 i 189 ) tego samego zdjęcia panoramy Belgradu od strony Sawy.

    Najwyższą ocenę obiektom i miejscom, które trzeba w Serbii zobaczyć koniecznie, autorzy wystawili również poza stolicą. Są to: Park Narodowy Ɖerdap; Monastyry w dolinie Wielkiej Morawy: Lubostinja, Ravanica ( oba XIV w. ) i Manasija ( XV w. ); Miasto Nisz, a w nim twierdza Niška Tvrđava i Wieża Czaszek; Novi Pazar i ponadto meczet Altum Alem ( XVI w. ). W okolicy zaś monastyry: Ɖurđevi Stupovi ( XII w. ), Studenica ( Lista UNESCO ), Žiča ( XIII w. ) oraz największy masyw górski Serbii - Kopaonik;

    XIII - wieczny monastyr Mileševa; Nowy Sad, a w nim Plac niepodległości ( Trg Slobode ) i twierdza Petrovaradin, a w pobliżu tego miasta Sremski Karlovici - u nas bardziej znane jako Karłowice; pasmo górskie Fruška Gora, a w nim klasztory: Krušedol ( XVI w. ), Staro i Novo Hopovo ( XV/XVI w. ) i Vrdnik ( XVI w. ); Park Narodowy Tara, a w jego okolicy kolejka wąskotorowa Šarganska Osmica oraz skanseny: Drevengrad i Sirogojno.

    Ponadto: Twierdza Smederovo; Ratusz w Suboticy ( początek XX w. ); Dom Paszy ( XVIII w. ) i Cerkiew św. Mikołaja ( XIV w. ) w mieście Vranje; Uzdrowisko Vranjska Banja; Felix Romuliana - ruiny rzymskiego kompleksu pałacowego ( IV w. ) w pobliżu miasta Zaječar; Cerkwie: Uspieńska i Vavedenjska ( obie z XVIII w. ) w mieście Zrenjanin w Banacie.

    Najuboższa w zabytki i miejsca tej klasy, zdaniem autorów, jest Bośnia i Hercegowina. Do 3* należy przede wszystkim Sarajewo, a w nim bazary: Baščaršija - na nim dodatkowo, co w tym przypadku wydaje mi się przesadą, drewniana Studnia Sebilj oraz Dugi Bezistan, Wieża zegarowa ( XVII w. ), meczet Ghazi Husrev-bega (XVI w. ) i cerkiew p.w. Archaniołów Gabriela i Michała.

    Poza stolicą natomiast cerkiew Chrystusa Zbawiciela w Banja Luce; 3-tysięczne miasteczko Blagaj, a w nim klasztor derwiszy z XV w. Ponadto Mostar i dodatkowo jego zabytki: Stary Most, meczety Koski Mehmeda-paszy ( XVII w. ) i Karađoz-bega ( XVI w. ) oraz uliczka Kujundžiluk. I jeszcze dwa miasteczka: tysięczny Počitelj, a w nim meczet Šišman-Ibrahima-paszy ( XVI w. ) oraz 20-tysięczny Travnik ze średniowieczną twierdzą i meczetem Sulejmanije z XVI w.

    Dodam, że w tekst przewodnika, poza informacjami praktycznymi na zielonym tle, włamano również sporo interesujących monotematycznych na tle różowym. M.in. „Dynastia Petroviciów - Njegošów“, ‚Kościół Bośniacki w średniowieczu“, „Ofiary wojny 1992 - 1995“, „Stećci“ ( rzeźbione kamienne płyty grobowe z XII-XV w ), „Bitwa na Kosowym Polu“, „Polacy w Bośni i Hercegowinie“, „Bośniacy i Boszniacy“, „Bogomiłowie“, „Slava“ ( patron rodziny po ojcu ), „Św. Wasyl Ostrogski Cudotworca“, „Sarajewska Cerkiew prawosławna“, „Jak wygląda Matka Boska“, „Ivo Andrić“.

    Na końcu znajdują się mini słowniczki: polsko - serbski i polsko - bośniacki oraz indeks. Jest to więc, pomimo niewielkich, wytkniętych błędów i innych potknięć autorsko - redakcyjnych łatwych do usunięcia w następnym wydaniu, przewodnik dobry, wartościowy, który z przyjemnością polecam Czytelnikom.

  5. Krakowski Kazimierz i Podgórze. Wydanie 1

    Dzielnica Kazimierz, niegdyś osobne miasto, jest nierozerwalnie związana z dziejami krakowskich Żydów, a te z kolei są nieodłącznie związane z Krakowem. Związki Żydów z Kazimierzem i Krakowem określane są czasem jako "fenomen wygnania i powrotu". Nowość wydawnicza Bezdroży - "Krakowski Kazimierz i Podgórze" - to bogato ilustrowany przewodnik po najbardziej magicznych zakątkach Krakowa, przez które prowadzi autorka tekstu Agnieszka Legutko wraz z krakowskim fotografem Pawłem Krzanem. Książka w formie przewodnika - albumu została wydana w serii Genius loci, adresowanej do wszystkich, którzy chcą czytać tekst, jakim jest miasto.

    Tym, co odróżnia Kazimierz, jest niegdysiejsza koegzystencja żydów i chrześcijan: gdzież indziej bowiem przystanąć można na skrzyżowaniu ulic rabina Meiselsa i Bożego Ciała - czytamy we wstępie przewodnika. Lecz prawdziwym skarbem jest witalność Kazimierza, który pomimo spustoszenia żyje i zaskakuje swymi nowymi obliczami: to tu bije puls Krakowa, artystyczny i towarzyski; w tej przestrzeni, jak w żadnej innej, artystyczne dusze wyczarowują nostalgię, wzruszenie, ironiczną anegdotę, słowem: Środkową Europę! Spektakl, koncert, zmierzch, kawa i rozmowa mają tu swój niepowtarzalny smak. Przewodnik podpowie, jak go odnaleźć, dla ducha i dla ciała.

    Żydzi osiedlili się w centrum Krakowa prawdopodobnie w drugiej poł. XII w. w okolicach dzisiejszej ul. św. Anny i mieszkali tam do połowy XV w., by następnie przenieść się w okolice dzisiejszego placu Szczepańskiego i pozostać tam do 1495 r., kiedy to zostali wygnani z Krakowa. Co ciekawe, pierwsza pisana wzmianka o Krakowie (Karako) pochodzi właśnie od żydowskiego kupca i dyplomaty, Ibrahima ibn Jakuba, który w 965 r., udając się w poselstwie od kordobańskiego kalifa do Niemiec i Czech, odwiedził Pragę i Kraków.

    Gdy w 1940 r. Mordechaj Gebirtig, sławny żydowski pieśniarz i poeta mieszkający na krakowskim Kazimierzu, podziela los innych Żydów i zostaje wygnany, pisze przejmującą pieśń-pożegnanie Żegnaj mi Krakowie (Blajb gezunt mir Kroke).

    Po 1989 r. nastąpiła fala powrotów na Kazimierz; w 1993 r. Steven Spielberg nakręcił tu Listę Schindlera, zaznaczając tym samym Kraków i Kazimierz na turystycznej mapie świata.

    Wydarzeniem, które przyciąga tysiące Żydów i nie-Żydów z całego świata, jest coroczny Festiwal Kultury Żydowskiej. Wszyscy przybywają tu, by zatopić się w cudownym świecie muzyki, sztuki, tradycji, historii i kultury żydowskiej - świecie, którego na Kazimierzu na co dzień już nie ma.

  1. 1
  2. 2
  3.  ...