Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "71" [6]
-
Sekrety mistrza fotografii cyfrowej. W dążeniu do perfekcji
Do poradników fotograficznych podchodzę z dużą rezerwą. Bardzo wiele z nich pisanych jest w sposób, który potrafiłby zniechęcić do fotografii nawet najbardziej zagorzałego jej pasjonata. Autorzy lansując się w roli wszechwiedzących guru podają częstokroć "jedyne słuszne" zasady czyli te, w które sami wierzą nie uznając, że może istnieć coś poza ich spojrzeniem na fotograficzne zagadnienia. W rezultacie poradniki takie zabijają kreatywność, a to ona przecież stoi u podstaw wszelkich wynalazków, które z czasem stają się regułą. Tym samym naprawdę dużym zaskoczeniem jest poradnik "Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" napisany przez Scotta Kelby'ego.
Przede wszystkim kreatywności wcale nie gasi, ale wprost do niej zachęca. Kelby nie jest fotograficznym purystą i to natychmiast zjednuje mu moją sympatię. „Otóż, jeśli kupisz jeden z takich nietypowych obiektywów, to z pewnością sam zaczniesz eksperymentować z fotografowaniem nim różnych rzeczy. Także tych, których »nie powinno« się nimi fotografować. I bardzo słusznie - to przecież twoje obiektywy i warto by sprawdzić ich możliwości w różnych sytuacjach" - pisze. Uff? Jaka ulga. Po lekturze rozlicznych poradników fotograficznych należałoby przecież popaść w głęboką depresję po niekanonicznym użyciu sprzętu, a tutaj odmiana: pozwalają nam bawić się fotografią, robić po swojemu i jeszcze mówią, że to dobrze! Kelby, mówiąc krótko, nie podchodzi do fotografii jak do dziedziny wiedzy tajemnej, ale jak do radosnego hobby, które może i powinno sprawiać wiele frajdy. Warto więc zagłębić się dalej w jego rady.
***
Na początku „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" mogą sprawić dość chaotyczne wrażenie. Już we wstępie autor odwołuje się do swoich poprzednich książek, co powoduje pewien zamęt, całość skonstruowana jest bez wyraźnego klucza - to raczej zbiór różnorodnych wskazówek na wiele tematów - od zasad kompozycji po porady co spakować do teczki foto w przypadku określonego rodzaju zdjęć do wykonania. Ale i w tym szaleństwie jest metoda. Szeroki wachlarz zaleceń wprawdzie nie penetruje dokładnie określonego zagadnienia, ale uwypukla aspekty najistotniejsze, a zarazem te, które mogą najbardziej interesować początkującego miłośnika fotografii.
***
Zachęca do tej książki także i styl w jakim została napisana. Kelby deklaruje we wstępie, że komponuje ją tak, jakby mówił o fotografii do swojego przyjaciela i w istocie nie jest to pusta deklaracja. Tekst czyta się szybko, jest łatwy, przystępny, zupełnie pozbawiony niepotrzebnej terminologii, która tylko budzi frustrację u osób nie pragnących zostać magistrem fotografii. Do diabła, przecież nie każdy musi mieć chęć by się w tej dziedzinie doktoryzować i autor poradnika „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" całkowicie to rozumie.
Żartuje z żargonu profesjonalistów, śmieje się z zawodowców-szpanerów, którzy więcej o fotografii gadają niż robią zdjęć. Ma wielki dystans do reprezentowanej przez siebie dziedziny, a posiadaną wiedzę przekazuje bez pozy wspomnianego w tytule mistrza, ale w istocie tak, jakby doradzał lubianemu kumplowi. Z tych przyczyn książka ta będzie się z pewnością podobać wszystkim, którzy chcą robić lepsze zdjęcia dobrze się przy tym bawiąc. Zdecydowanie polecam. -
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2
Co może robić motocyklista w zimny, śnieżny, zimowy wieczór? Może zasiąść nad książką z kubkiem gorącej czekolady, kotami na kolanach i muzyką w tle. Takie połączenie to prawie doskonały dla wyżej podpisanej sposób na spędzenie udanego wieczoru. I nawet jeśli nie dysponujecie czekoladą ani kotami, polecam książkę, przynajmniej tę, po którą ostatnio sięgnęłam.
Wyobraźcie sobie faceta, który nie ma prawa jazdy kategorii A. Ba! Nie potrafi jeździć na motocyklu! Nie byłoby w tym, oczywiście, nic dziwnego, gdyby nie to, że pewnego dnia z drugim takim, co na motocyklu jeździć nie potrafi, postanawia właśnie jednośladem wyruszyć na wyprawę dookoła świata. Czy to się może udać? Nie ma takiej opcji – zapewne to często słyszał autor, Tomasz Gorazdowski, i jego partner wyprawowy, Michał Gąsiorowski, gdy szykowali się do podróży dookoła świata. Jednak udało im się osiągnąć zamierzony cel, z czego mogli cieszyć się słuchacze radia, a teraz czytelnicy, którzy sięgnęli lub dopiero sięgną po tę pozycję. Tomasz Gorazdowski napisał książkę o tym, jak należy marzyć i jak spełniać te marzenia, nawet jeśli są one kompletnie dziwne i nie podobne do niczego, o czym do tej pory marzyliśmy. Ale przede wszystkim pisze o podróżowaniu i to w taki sposób, że chce się natychmiast wsiąść na motocykl i pojechać jego szlakiem. No ale spadł śnieg...
Na „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata” natknęłam się przypadkiem. Moją uwagę przykuła okładka oraz słuszna waga wydawnictwa, spowodowana świetnym papierem kredowym, na którym zostało ono wydrukowane. Jako że nie ocenia się książki po okładce, zajrzałam do środka i tam miło zaskoczył mnie przejrzysty układ rozdziałów, opatrzonych zdjęciami, oraz mapa trasy przejazdu plus bardziej szczegółowe informacje na wewnętrznych stronach okładki. Przystanęłam, czytając i chwilę później wylądowałam przy kasie. Książek o podróżach motocyklem napisano już dość sporo. Najbardziej znany tytuł to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego globtrotera, czyli Evan McGregor i Charlie Boorman z ich „Long Way Round”, w Polsce znana pod tytułem „Wielka wyprawa. Niezwykła motocyklowa podróż dookoła świata”. To właśnie ich przygody zainspirowały dziennikarza radiowej Trójki do zainicjowania podróży dookoła świata, na którą namówił redakcyjnego kolegę, Michała Gąsiorowskiego. Obaj panowie przemierzyli trasę liczącą w sumie 21 100 km, pokonując ją w 126 dni. W wyprawie mogli im towarzyszyć słuchacze Trójki. W wyniku tej podróży powstało właśnie „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata”.
Książka podróżnicza powinna być ciekawa, informacyjnie użyteczna, a przede wszystkim musi wnosić coś, czego nie znajdziemy w przewodnikach turystycznych. I tak właśnie jest w przypadku książki Tomasza Gorazdowskiego. Opisy poszczególnych odcinków trasy poprzeplatane są nie tylko zdjęciami, ale również fragmentami maili od słuchaczy Trójki, ciekawostkami dotyczącymi mijanych miejsc, przepisami na drinka czy potrawę Pad Thai, a także linkami, pod którymi czytelnik znajdzie dodatkowe filmy ilustrujące treść. Już samo to sprawia, że „126 dni...” różni się od tradycyjnego przewodnika i przypomina raczej swego rodzaju lekturę multimedialną. Dodatkowym atutem jest fakt, że autor to znany podróżnik, który z niejednego pieca chleb jadł i w niejednym miejscu na naszej pięknej planecie był. To sprawia, że jego ocena odwiedzanych miejsc jest dużo bardziej obiektywna, a wskazówki praktyczniejsze, niż gdyby zachwycał się nimi po raz pierwszy. Gorazdowski nie stroni też od opinii krytycznych i ostro rozprawia się np. z mitami na temat Indii, które większości ludzi kojarzą się ze spokojem i uduchowieniem, a które bohaterom wyprawy ukazały swoje najbiedniejsze i najbrudniejsze oblicze. Na klimat książki składają się także spotkane na trasie osoby – miejscowi oraz słuchacze Trójki, którzy śledzili przejazd dziennikarzy, wychodząc im naprzeciw, pomagając i pokazując nieznane turystom atrakcje. Trasa wybrana przez podróżników wiodła z Warszawy przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię, Turcję, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Tajlandię, Malezję, Singapur, USA, Meksyk, Wielką Brytanię, Francję, Belgię, Holandię i Niemcy z metą w Polsce. Zasadnicza treść książki kończy się tak naprawdę na Wielkiej Brytanii. Dlaczego – nie zdradzę. Z drugiej strony pisanie o Francji, Belgii czy bliskich nam Niemczech nie byłoby zapewne taką atrakcją dla czytelnika, jak szczegółowe relacje z Indii czy Singapuru.
Już sam początek, opisujący przygotowania do wyprawy, powodował u mnie niepohamowane ataki chichotu. Potem było już tylko lepiej. Dziennikarze oglądają charakterystyczne dla danego rejonu miejsca, szukając tematów na kolejne relacje radiowe i przeżywając przygody mniej lub bardziej przerażające albo zabawne. Poznajemy weselne tradycje Bułgarów, czytamy o porannych lotach balonem nad Kapadocją, handlu złotem w Iranie, przeżywamy wypadek motocyklowy, oglądamy hotel Burj al Arab w Dubaju, moczymy nogi w Gangesie oraz masujemy się w tajskim więzieniu i malezyjskim akwarium, a to wszystko poprzeplatane jest awariami: motocykli, kręgosłupa oraz międzyludzkimi i, oczywiście, smakami z różnych zakątków. Gorazdowski ma dar przybliżania wszystkiego, o czym pisze, do tego stopnia, że nie polecam czytania „126 dni...” na czczo. Chłopaki muszą się dobrze odżywiać i robią to z taką intensywnością i radością, że po kilku stronach musiałam zrobić sobie przerwę na kolację – nie można czytać o tych wszystkich pysznościach nie będąc najedzonym, choć pieczone szczury nie są tym, co chce się oglądać przy kanapce... Autor, jako doświadczony podróżnik i znawca kuchni z całego świata, szuka w okolicy ciekawej knajpki, a potem robi się z tego gawęda o polowaniu np. na stek. Ważną kwestią dla tych, którzy „126 dni...” potraktują jako podporę podczas przygotowywania się do dalekiej wyprawy, będą wszystkie wymieniane przez autora problemy „papierologiczne”, wynikające z przemieszczania się poza Unią Europejską. Sprytni policzą, ile może kosztować impreza pt. „Podróż dookoła świata”, przy okazji dowiadując się, co może ich czekać w urzędach celnych, na przejściach granicznych i jak ominąć przeszkody, które zazwyczaj pomijane są przez przewodniki turystyczne. Przyda się także informacja na temat orientacyjnego spalania na poszczególnych trasach, zwłaszcza jeśli czytelnik posiada taki sam motocykl, oraz cen paliwa, a także jego dostępności.
Cóż można dodać? Po przeczytaniu zaczęłam nosić się z poważnym zamiarem zmiany motocykla na coś bardziej turystycznego, na co nie udało się mnie namówić przez czas dłuższy nawet mojemu mężczyźnie. Lektura jest naprawdę lekka i przyjemna w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów – krótko, zwięźle i na temat, okraszone szczególnym poczuciem humoru autora, które bardzo przypadło mi do gustu.
Minusy lektury? Do strony merytorycznej się nie przyczepię, bo zwyczajnie nie byłam na takiej wyprawie, więc nawet jeśli są, pozostaję w błogiej nieświadomości. Natomiast co do treści, to brakuje mi czasem Michała, który występuje tu raczej jako tło lub też ewentualny niezamierzony bohater sytuacji komicznych. Czasem było mi zwyczajnie szkoda redaktora Gąsiorowskiego, gdy po raz kolejny leżał pod swoim motocyklem, co na pewno nie jest miłe dla nikogo, kto kiedykolwiek przeżył taką sytuację (i to jeszcze zapisaną dla potomnych na kartkach tej książki...). Drugim minusem, choć może uznam go za plus, były emocje udzielające się czytelnikowi. Tomasz Gorazdowski pisze z humorem, lekką dozą ironii i, jak wspominałam wcześniej, dużym praktycyzmem, jednak upływający czas i niektóre problemy piętrzące się przed podróżnikami powodowały irytację i wkurzenie, co odbijało się na treści książki, tak samo jak pośpiech związany z ukończeniem podjętej misji w czasie tytułowych 126 dni. To mogło denerwować. I na pewno może zirytować czytelnika, który dusi się z autorem w kolejnych biurach pośrednictwa, u kolejnych celników i biega w upale za kolejnymi pieczątkami, nie potrafiąc cieszyć się otaczającym go pięknem. Za minus uznam również fakt, że książka jest klejona, co, niestety, grozi ryzykiem utraty kartek podczas intensywnego czytania czy wertowania lektury. Mój egzemplarz, który aktualnie czytany jest po raz drugi i wertowany po raz „enty”, nosi już ślady rozgięcia i podejrzewam, że kwestią czasu jest, kiedy któraś kartka się poluzuje, a tego w książkach szczególnie nie lubię.
Podsumowując, polecam! Szczególnie, że zima to świetny czas na to, by przygotować się do nowego sezonu i kolejnych wojaży. -
Afryka. Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu
Pierwszym człowiekiem, który przejechał na rowerze, i to samotnie, Afrykę wzdłuż – z Kairu do Kapsztadu, był Polak, Kazimierz Nowak (18971937). Podróż tę odbył w latach Wielkiego Kryzysu na przełomie lat 20-tych i początku 30-tych XX wieku. Zajęła mu, ze zwiedzaniem oraz powrotem na północ kontynentu pieszo – bo rower odmówił posłuszeństwa, konno, czółnem i na wielbłądzie pięć lat.
Podobną – z tymi samymi miejscami startu i zakończenia, chociaż tylko częściowo tą samą trasą oraz znacznie krótszą podróż, odbyło w końcu 2009 oraz w 2010 roku trzech polskich turystów rowerowych. A jej inicjator opisał ją w obszernej, bogato ilustrowanej zdjęciami relacji wydanej przez „Bezdroża” w serii wydawniczej „Szlaki ludzi ciekawych”.
Celem tej wyprawy było nie tylko przejechanie na rowerach, jak się na mecie okazało, ponad 13 tys. kilometrów w ciągu 8,5 miesiąca, ale przede wszystkim poznanie tego regionu świata. Jego krajobrazów i przyrody, zabytków i współczesnych budowli, ludzi i ich zwyczajów oraz obyczajów, a także odszukiwanie, o ile znajdowały się na trasie lub w jej pobliżu, śladów Polaków i ciekawych ludzi innych narodowości.
Autor, który miał już doświadczenie z wielu wcześniejszych wypraw rowerowych po Europie, Bliskim Wschodzie i południowo – wschodniej Azji, przygotowywał się do podróży zaplanowanej na 9 – 10 miesięcy, przez dwa lata. Przeczytał do niej setki lektur. Ubiegał się – z bardzo mizernym skutkiem w postaci zniżki na zakup rowerowych sakw oraz bezpłatnego ubezpieczenia i przeglądu technicznego rowerów – o sponsorów medialnych, firmowych oraz samorządowych.
Problemem okazało się też skompletowanie uczestników. Nawet na poszczególne etapy tej wyprawy, bo i takie jej organizator proponował warianty. Ogromne wyzwanie jakim była ona, związany z nią wysiłek fizyczny, zdrowotny, psychiczny oraz wydatki, a także niemożliwość wygospodarowania przez wielu potencjalnych kandydatów aż tak długiego czasu spowodowały, że wyruszyli na nią w czterech. Cel zaś osiągnęło trzech, gdyż jeden wycofał się jeszcze przed afrykańskim półmetkiem.
Po drodze na krótko dołączali do nich inni, także kobiety, ale byli to tylko epizodyczni towarzysze podróży. Trzech, którzy pokonali całą trasę, chociaż też z indywidualnymi, krótkimi jej wariantami gdy rozdzielali się, przejechali przez Egipt i Sudan. Przez niemal dwa miesiące zwiedzali Etiopię. A następnie przez Kenię, Tanzanię, Zambię i Botswanę dotarli na kraniec afrykańskiego kontynentu – Przylądek Igielny oraz do Kapsztadu. Aby tam, w RPA wsiąść w samolot do Europy.
Było to przedsięwzięcie ogromne i ryzykowne. Opisy także niemiłych przygód, walki z terenem – góry, bezdroża, pustynie, ruch drogowy w którym nie liczą się słabsi jego uczestnicy, klimatem – od wielkich upałów poprzez tropikalne ulewy aż po temperatury poniżej zera i wichury, chorobami – na szczęście niezbyt licznymi jak na taki wysiłek, zostały ciekawie opisane. Podobnie jak kraje na trasie, ich mieszkańcy, zwyczaje, kuchnie, krajobrazy i przyroda, zabytki itd.
W trakcie lektury tej książki i oglądania zamieszczonych w niej zdjęcia czytelnik niemal uczestniczy w codziennym zmaganiu się podróżników z trudnościami. Szukaniem miejsc na rozbicie namiotów lub noclegu pod dachem. Żywności – najczęściej sami gotowali, zwłaszcza z dala od miast – o którą w bezludnych, biednych okolicach oraz przy bardzo ograniczonych środkach finansowych jakimi dysponowali było trudno. O zagrożeniach ze strony ludzi i dzikich zwierząt już nie wspominając.
Jak już wspomniałem, co najmniej równie ważnym, chociaż nie jednakowo dla wszystkich uczestników wyprawy jej celem, było oprócz przejechania tej trasy, także zwiedzanie. Już we Frankfurcie nad Menem czas oczekiwania na samolot do Kairu wykorzystali na wycieczkę do Moguncji. Bo miasto przesiadkowe i jego zabytki, zakładam, już znali. Dosyć dobrze zwiedzili Kair – łącznie z Gizą z którego rozpoczęli tę podróż. A także tamtejsze bazary i tanią gastronomią.
Z trasy, którą jechali, dobrze znam, chociaż nie z wysokości roweru, tylko odcinek egipski. Słabiej – bo nie wszędzie tam byłem – ostatni, południowoafrykański. A także niektóre inne miejsca na południe od równika. Trudno mi więc stwierdzić, na ile obserwacje, wrażenia i oceny tych, których nie znam, pokryłyby się z moimi. Sądząc jednak tylko na podstawie tych dwu wspomnianych krajów – znacznym.
Przez Egipt podróżowali w stałej asyście policji. Było to jeszcze przed tamtejszym rewolucyjnym zrywem 2011 roku, cudzoziemcy musieli być chronieni, nawet jeżeli o to nie tylko nie prosili, ale wręcz starali się takiej asysty uniknąć. Podróż na rowerach, na ile było to tylko możliwe bocznymi drogami, w towarzystwie policyjnego samochodu miała i plusy. Przede wszystkim chroniła przed natręctwem handlarzy i nieustannie wyciągających się rąk po bakszysz.
Równocześnie jednak podróżnicy nie zawsze mogli tam nocować, zwłaszcza w namiotach, gdzie chcieli. Często pozwalano im na to na terenach posterunków policyjnych, gdzie dodatkowo byli pilnowani, bądź klasztorach. I chociaż autor stwierdził w pewnym momencie, że „Egipt nie jest rajem dla rowerzystów”, to opisy tego, co tam widzieli, są ciekawe.
Zarówno Kairu i jego okolic, jak i klasztoru Panny Marii w Dajr al-Muharrak z przypomnieniem historii i liturgii koptyjskiej, czy Asuanu i jego okolic. Zaskoczony natomiast zostałem w trakcie lektury, że wymieniając pod tytułem rozdziału „Koptowie” przebytą trasę z tak ciekawymi i bogatymi w antyczne zabytki miejscowościami – a znam je wszystkie – jak Abydos, Dendera, Quena, Luksor, Esna, Edfu i Kom Ombo, autor nie napisał na ich temat ani słowa.
Z Asuanu do Sudanu uczestnicy wyprawy statkiem przez Jezioro Nasera, gdyż między tymi krajami brak w okolicach Abu Simbel drogi lądowej z przejściem granicznym. Podróż przez Sudan, to było pierwsze duże zaskoczenie zarówno dla kolarzy, jak i czytelnika relacji autora. Zamiast oczekiwanych niewyobrażalnych bezdroży – sieć nowych, wybudowanych w ciągu 2 lat przez Chińczyków, autostrad łączących wszystkie duże miasta.
A Sudan, przypomnę, ma powierzchnię ponad 2.500 tys. km kw. – ośmiokrotnie większą od Polski. Co nie znaczy, że poza autostradami nie ma tam i koszmarnych dróg. Nie potwierdziła się też opinia, że to bardzo niebezpieczny kraj. Autor podkreślał zaskakującą bezinteresowność i gościnność Sudańczyków. Czystość kraju w porównaniu z Egiptem, ale o to akurat nie tak trudno. Równocześnie jednak ubóstwo jeżeli chodzi o zabytki.
Nieliczne są słabo zachowane, źle konserwowane i fatalnie eksponowane. Uczestnicy wyprawy przez 2 dni szukali np. w piaskach pustyni – bo nie ma do nich drogowskazów, a GPS zabrał ze sobą ten czwarty, który postanowił wcześniej wrócić do Polski – ruin Starej Dongoli. A jak już coś znaleźli, bynajmniej nie pierwszej czy drugiej kategorii atrakcyjności, to ceny wstępu okazywały się niezwykle wysokie.
Kolejnym, tyle że negatywnym zaskoczeniem, okazała się Etiopia, którą zwiedzali niemal 2 miesiące. Dla mnie to co napisał autor o niej do tego stopnia, że planowaną na br. podróż do tego kraju chyba przesunę na dalsze miejsce na liście tych, które zamierzam zobaczyć. Zdaniem autora relacji jest to kraj bardzo ciekawy, z pięknymi, chociaż ciężkimi dla rowerzystów do pokonania wysokimi górami, terenami pustynnymi i koszmarnymi drogami.
Ze wspaniałymi zabytkami, ale równocześnie niemiłymi ludźmi. Agresywnym żebractwem – łącznie z rzucaniem kamieniami w nagabywanych, nie tylko przez chmary dzieciaków, gdy odmawiają dania pieniędzy tylko dlatego, że są biedni. Zdzierstwem cenowym za wstępy do świątyń i klasztorów, w czym przodują mnisi i kapłani. Koniecznością płacenia – i to słono, zwłaszcza na południu kraju, ludziom których się fotografuje.
Problemami ze zdobyciem żywności na etiopskiej prowincji oraz niezwykle małym wyborem jedzenia, o higienie w jakich jest przechowywane i przygotowywane, już nie wspominając. Niechęć autora do tego kraju narasta w miarę podróży po nim i jej opisywania. Najpierw „Etiopia to najgorsze miejsce jakie znam”. Później „Etiopii nienawidzę już z całego serca…”. Wreszcie „Nie sposób uciec przed ludźmi ( już nawet nie tylko dzieciakami ) którzy za wszelką cenę usiłują zwrócić na siebie naszą uwagę – wyją, gwiżdżą, piszczą, próbują dotknąć, czasami popchnąć albo tylko przestraszyć”.
To zupełnie inny obraz tego kraju, który znam z pełnych zachwytu ( chociaż na żebractwo i wymuszanie datków oraz płacenie za fotografowanie ludzi też skarżyli się ) relacji członków rodziny i przyjaciół, którzy tam byli. Może turyści zorganizowani mają inne doznania, niż samotnie podróżujący po bezdrożach i głębokiej prowincji biali rowerzyści?
W tejże relacji są jednak również piękne opisy widoków gór i dolin, procesji w Timkacie w kolejną rocznicę chrztu Jezusa w Jordanie. Jest historia Menelika i Arki Przymierza oraz bardzo ciekawe opisy etiopskich zwyczajów religijnych. Pozytywna ocena pracy misjonarzy w tym kraju. Znajduje się sporo ciekawostek. Np. w dobrej restauracji w Addis Abebie zamówionego wina czy potraw kelner nie przyniesie, o ile wcześniej mu się za nie nie zapłaci. Rozdziały poświęcone podróży przez Etiopię powinien, moim zdaniem, przeczytać każdy wybierający się do tego kraju. Chociaż lepiej całą książkę.
Mnóstwo ciekawych informacji, opisów i ciekawostek dotyczy także kolejnych krajów, przez które przebiegała trasa tej wyprawy. Nie zamierzam książki streszczać, gdyż trzeba ją przeczytać samemu. Wspomnę więc jeszcze tylko o Nygiri – miasteczku w Kenii, w którym ostatnie lata życia spędził i został tam pochowany twórca skautingu gen. Robert Baden – Powell. O bardzo ciekawym Muzeum Kolei w Mombasie.
Czy ciekawostce: to w tym mieście księżniczka, późniejsza i obecna królowa brytyjska Elżbieta II dowiedziała się o śmierci ojca, Jerzego VI. Interesujące i kompetentne są opisy przyrody, zwyczajów religijnych miejscowych katolików, trudności podróżowania rowerami po drogach, m.in. w Tanzanii, pełnych ciężarówek i autobusów nie zwracających uwagi na mniejsze pojazdy i wiele innych.
Ale również i o nudnych odcinkach np. w Zambii – „Droga nuży monotonią. Wszystkie kolejne dni są takie same. Krajobraz niezmienny przez setki kilometrów”. Czy minusach jazdy bez przewodnika – „który pozwoliłby ocenić co warto, a czego nie warto obejrzeć, to jest taka jazda po omacku, zupełnie bez sensu”.
Dodam, że była to jedna z wielu przyczyn konfliktów między uczestnikami wyprawy. Ale w ciągu wielu miesięcy trudnej podróży ludzi o trochę różnych zainteresowaniach, tempie jazdy, smaku czy wyboru miejsc do spania były one nieuniknione. Sporo jest ciekawych relacji z katolickich misji w tych krajach, zwłaszcza w Kapiri Mgoshi w Zambii.
Odszukiwania znajdujących się w pobliżu trasy grobów i śladów Polaków – także w księgach parafialnych – którzy jako dzieci ewakuowani byli podczas II wojny światowej z Syberii i znaleźli schronienie oraz opiekę ówczesnych koloniach brytyjskich w południowej części kontynentu afrykańskiego. Są w tej książce lokalne legendy, np. Buszmenów o tym, jak powstał pierwszy człowiek.
Opisy polowania z fotoaparatem na dzikie zwierzęta oraz zagrożenia ze strony tak groźnych jak słonie, hipopotamy, bawoły afrykańskie czy lwy, gdy podróżnicy nocowali w przygodnych miejscach w buszu. Ciekawa są relacje z kopalni diamentów w Botswanie, slumsów w RPA, gościnności ( wobec białych rowerzystów ) białych posiadaczy ziemskich w tym kraju. Spotkań z misjonarzami, noclegów w misjach lub na terenach kościelnych.
Czy z najdalej wysuniętego na południe kontynentu Przylądka Igielnego. Chociaż trudno mi zrozumieć, jak mając w zasięgu wzroku – przejeżdżali w jego pobliżu – Przylądek Dobrej Nadziei oraz dysponując czasem aby się nań wdrapać, nie zrobili tego. Chociaż jest on, nie tylko moim zdaniem, ciekawszy od Igielnego.
Znalazłem w tej książce – relacji z wyprawy również trochę błędów i nieścisłości. Podróżnicy zdumieni byli np., gdy od kenijskich funkcjonariuszy granicznych na wjeździe do tego kraju dowiedzieli się, że jedynym językiem oficjalnym w nim jest angielski. Ja natomiast byłem zdumiony, że można to było powtórzyć bezkrytycznie. Wystarczyło przecież otworzyć jakiś przewodnik po Kenii, lub encyklopedię, aby dowiedzieć się, że są tam dwa równorzędne języki oficjalne: suahili i angielski.
Musiało się też coś pokręcić autorowi, gdy pisał: „Jedziemy na północ ( podczas wycieczki z Nairobi nad Ocean Indyjski ), jakie to dziwne mieć zachód słońca po prawej stronie”. W Afryce, podobnie jak i w Ameryce Południowej, gdy jedzie się rzeczywiście na północ obojętne po której stronie równika, to zachód Słońca ma się zawsze po lewej stronie. Różnicę w kierunku jego pozornego ruchu wobec Ziemi na obu półkulach widzi się tylko, gdy się na nie patrzy.
Trudno mi też zrozumieć dlaczego autor opisując – fascynujące, z tym się zgadzam i też zostałem przez drobiny wody z nich przemoczony do kości – Wodospady Wiktorii – Victoria Falls na rzece Zambezi oraz granicy Zambii i Zimbabwe znajdujące się na Liście Dziedzictwa UNESCO, używa tylko ich lokalnej nazwy Mosi–oa–Tunya – „Grzmiący Dym”. Gdybym tam nie był i nie znał tej nazwy oraz nie zobaczył obok ich zdjęcia, nie wiedziałbym o które wodospady chodzi.
Ale to drobiazgi. Książka jest ciekawa, dobrze napisana, chociaż nie bez powtórzeń sytuacji w różnych miejscach i krajach – ale jest to dopuszczalne w relacji z podróży oraz czasami niezręczności językowych. I na pewno warta przeczytania. Jednych czytelników być może zachęci do zwiedzenia opisanych państw, chociaż niekoniecznie na rowerze. Innych do dalekich podróży na dwu kółkach, chociaż nie aż w tak ekstremalnych warunkach i długim czasie. Znaleźć w niej można bowiem mnóstwo informacji, obserwacji, spostrzeżeń, legend i opisów wzbogacających tradycyjne przewodniki po ciągle zbyt mało znanych u nas ( może poza Egiptem ) krajach Czarnego Lądu. -
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 1
Co może robić motocyklista w zimny, śnieżny, zimowy wieczór? Może zasiąść nad książką z kubkiem gorącej czekolady, kotami na kolanach i muzyką w tle. Takie połączenie to prawie doskonały dla wyżej podpisanej sposób na spędzenie udanego wieczoru. I nawet jeśli nie dysponujecie czekoladą ani kotami, polecam książkę, przynajmniej tę, po którą ostatnio sięgnęłam.
Wyobraźcie sobie faceta, który nie ma prawa jazdy kategorii A. Ba! Nie potrafi jeździć na motocyklu! Nie byłoby w tym, oczywiście, nic dziwnego, gdyby nie to, że pewnego dnia z drugim takim, co na motocyklu jeździć nie potrafi, postanawia właśnie jednośladem wyruszyć na wyprawę dookoła świata. Czy to się może udać? Nie ma takiej opcji - zapewne to często słyszał autor, Tomasz Gorazdowski, i jego partner wyprawowy, Michał Gąsiorowski, gdy szykowali się do podróży dookoła świata. Jednak udało im się osiągnąć zamierzony cel, z czego mogli cieszyć się słuchacze radia, a teraz czytelnicy, którzy sięgnęli lub dopiero sięgną po tę pozycję. Tomasz Gorazdowski napisał książkę o tym, jak należy marzyć i jak spełniać te marzenia, nawet jeśli są one kompletnie dziwne i nie podobne do niczego, o czym do tej pory marzyliśmy. Ale przede wszystkim pisze o podróżowaniu i to w taki sposób, że chce się natychmiast wsiąść na motocykl i pojechać jego szlakiem. No ale spadł śnieg...
Na „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata” natknęłam się przypadkiem. Moją uwagę przykuła okładka oraz słuszna waga wydawnictwa, spowodowana świetnym papierem kredowym, na którym zostało ono wydrukowane. Jako że nie ocenia się książki po okładce, zajrzałam do środka i tam miło zaskoczył mnie przejrzysty układ rozdziałów, opatrzonych zdjęciami, oraz mapa trasy przejazdu plus bardziej szczegółowe informacje na wewnętrznych stronach okładki. Przystanęłam, czytając i chwilę później wylądowałam przy kasie. Książek o podróżach motocyklem napisano już dość sporo. Najbardziej znany tytuł to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego globtrotera, czyli Evan McGregor i Charlie Boorman z ich „Long Way Round”, w Polsce znana pod tytułem „Wielka wyprawa. Niezwykła motocyklowa podróż dookoła świata”. To właśnie ich przygody zainspirowały dziennikarza radiowej Trójki do zainicjowania podróży dookoła świata, na którą namówił redakcyjnego kolegę, Michała Gąsiorowskiego. Obaj panowie przemierzyli trasę liczącą w sumie 21 100 km, pokonując ją w 126 dni. W wyprawie mogli im towarzyszyć słuchacze Trójki. W wyniku tej podróży powstało właśnie „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata”.
Książka podróżnicza powinna być ciekawa, informacyjnie użyteczna, a przede wszystkim musi wnosić coś, czego nie znajdziemy w przewodnikach turystycznych. I tak właśnie jest w przypadku książki Tomasza Gorazdowskiego. Opisy poszczególnych odcinków trasy poprzeplatane są nie tylko zdjęciami, ale również fragmentami maili od słuchaczy Trójki, ciekawostkami dotyczącymi mijanych miejsc, przepisami na drinka czy potrawę Pad Thai, a także linkami, pod którymi czytelnik znajdzie dodatkowe filmy ilustrujące treść. Już samo to sprawia, że „126 dni...” różni się od tradycyjnego przewodnika i przypomina raczej swego rodzaju lekturę multimedialną. Dodatkowym atutem jest fakt, że autor to znany podróżnik, który z niejednego pieca chleb jadł i w niejednym miejscu na naszej pięknej planecie był. To sprawia, że jego ocena odwiedzanych miejsc jest dużo bardziej obiektywna, a wskazówki praktyczniejsze, niż gdyby zachwycał się nimi po raz pierwszy. Gorazdowski nie stroni też od opinii krytycznych i ostro rozprawia się np. z mitami na temat Indii, które większości ludzi kojarzą się ze spokojem i uduchowieniem, a które bohaterom wyprawy ukazały swoje najbiedniejsze i najbrudniejsze oblicze. Na klimat książki składają się także spotkane na trasie osoby - miejscowi oraz słuchacze Trójki, którzy śledzili przejazd dziennikarzy, wychodząc im naprzeciw, pomagając i pokazując nieznane turystom atrakcje. Trasa wybrana przez podróżników wiodła z Warszawy przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię, Turcję, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Tajlandię, Malezję, Singapur, USA, Meksyk, Wielką Brytanię, Francję, Belgię, Holandię i Niemcy z metą w Polsce. Zasadnicza treść książki kończy się tak naprawdę na Wielkiej Brytanii. Dlaczego - nie zdradzę. Z drugiej strony pisanie o Francji, Belgii czy bliskich nam Niemczech nie byłoby zapewne taką atrakcją dla czytelnika, jak szczegółowe relacje z Indii czy Singapuru.
Już sam początek, opisujący przygotowania do wyprawy, powodował u mnie niepohamowane ataki chichotu. Potem było już tylko lepiej. Dziennikarze oglądają charakterystyczne dla danego rejonu miejsca, szukając tematów na kolejne relacje radiowe i przeżywając przygody mniej lub bardziej przerażające albo zabawne. Poznajemy weselne tradycje Bułgarów, czytamy o porannych lotach balonem nad Kapadocją, handlu złotem w Iranie, przeżywamy wypadek motocyklowy, oglądamy hotel Burj al Arab w Dubaju, moczymy nogi w Gangesie oraz masujemy się w tajskim więzieniu i malezyjskim akwarium, a to wszystko poprzeplatane jest awariami: motocykli, kręgosłupa oraz międzyludzkimi i, oczywiście, smakami z różnych zakątków. Gorazdowski ma dar przybliżania wszystkiego, o czym pisze, do tego stopnia, że nie polecam czytania „126 dni...” na czczo. Chłopaki muszą się dobrze odżywiać i robią to z taką intensywnością i radością, że po kilku stronach musiałam zrobić sobie przerwę na kolację - nie można czytać o tych wszystkich pysznościach nie będąc najedzonym, choć pieczone szczury nie są tym, co chce się oglądać przy kanapce... Autor, jako doświadczony podróżnik i znawca kuchni z całego świata, szuka w okolicy ciekawej knajpki, a potem robi się z tego gawęda o polowaniu np. na stek. Ważną kwestią dla tych, którzy „126 dni...” potraktują jako podporę podczas przygotowywania się do dalekiej wyprawy, będą wszystkie wymieniane przez autora problemy „papierologiczne”, wynikające z przemieszczania się poza Unią Europejską. Sprytni policzą, ile może kosztować impreza pt. „Podróż dookoła świata”, przy okazji dowiadując się, co może ich czekać w urzędach celnych, na przejściach granicznych i jak ominąć przeszkody, które zazwyczaj pomijane są przez przewodniki turystyczne. Przyda się także informacja na temat orientacyjnego spalania na poszczególnych trasach, zwłaszcza jeśli czytelnik posiada taki sam motocykl, oraz cen paliwa, a także jego dostępności.
Cóż można dodać? Po przeczytaniu zaczęłam nosić się z poważnym zamiarem zmiany motocykla na coś bardziej turystycznego, na co nie udało się mnie namówić przez czas dłuższy nawet mojemu mężczyźnie. Lektura jest naprawdę lekka i przyjemna w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów - krótko, zwięźle i na temat, okraszone szczególnym poczuciem humoru autora, które bardzo przypadło mi do gustu.
Minusy lektury? Do strony merytorycznej się nie przyczepię, bo zwyczajnie nie byłam na takiej wyprawie, więc nawet jeśli są, pozostaję w błogiej nieświadomości. Natomiast co do treści, to brakuje mi czasem Michała, który występuje tu raczej jako tło lub też ewentualny niezamierzony bohater sytuacji komicznych. Czasem było mi zwyczajnie szkoda redaktora Gąsiorowskiego, gdy po raz kolejny leżał pod swoim motocyklem, co na pewno nie jest miłe dla nikogo, kto kiedykolwiek przeżył taką sytuację (i to jeszcze zapisaną dla potomnych na kartkach tej książki...). Drugim minusem, choć może uznam go za plus, były emocje udzielające się czytelnikowi. Tomasz Gorazdowski pisze z humorem, lekką dozą ironii i, jak wspominałam wcześniej, dużym praktycyzmem, jednak upływający czas i niektóre problemy piętrzące się przed podróżnikami powodowały irytację i wkurzenie, co odbijało się na treści książki, tak samo jak pośpiech związany z ukończeniem podjętej misji w czasie tytułowych 126 dni. To mogło denerwować. I na pewno może zirytować czytelnika, który dusi się z autorem w kolejnych biurach pośrednictwa, u kolejnych celników i biega w upale za kolejnymi pieczątkami, nie potrafiąc cieszyć się otaczającym go pięknem. Za minus uznam również fakt, że książka jest klejona, co, niestety, grozi ryzykiem utraty kartek podczas intensywnego czytania czy wertowania lektury. Mój egzemplarz, który aktualnie czytany jest po raz drugi i wertowany po raz „enty”, nosi już ślady rozgięcia i podejrzewam, że kwestią czasu jest, kiedy któraś kartka się poluzuje, a tego w książkach szczególnie nie lubię.
Podsumowując, polecam! Szczególnie, że zima to świetny czas na to, by przygotować się do nowego sezonu i kolejnych wojaży. -
Czechy. Gospoda pełna humoru. Wydanie 3
Gdy słyszę lub czytam „Czechy”, zazwyczaj myślę: kraj tak nam bliski, a zarazem tak mało znany. Bo poza Pragą - jednym z najpiękniejszych oraz najbardziej niezwykłych miast nie tylko Europy oraz Sudetów i innych przygranicznych terenów górskich w zimie, ciągle niedoceniany przez moich rodaków.
Z których większość chyba nawet nie zdaje sobie sprawy jak wiele pięknych miast i miasteczek, zamków, pałaców oraz innych obiektów i miejsc wysokiej klasy, znajduje się nierzadko tuż za południową graniczną miedzą.
Przybliżają je m.in. przewodniki turystyczne, ale trzeba chcieć po nie sięgnąć, aby przekonać się, jak wiele atrakcji turystycznych - i to po rozsądnych cenach, biorąc pod uwagę wszystkie wydatki: na podróż, noclegi, wyżywienie - z piwem lub winem, bilety wstępu itp. - mają do zaoferowania gościom nasi pobratymcy.
Z którymi, co dla wielu ludzi jest bardzo ważne, można porozumieć się bez korzystania z języków obcych. Ukazało się właśnie, trzecie już wydanie przewodnika „Czechy. Gospoda pełna humoru” w podstawowej, znakomitej serii krakowskiego wydawnictwa Bezdroża.
Przewodnika dobrego, jednego z najlepszych w języku polskim. Chociaż może on stać się jeszcze lepszy, pełniejszy i dokładniejszy, o czym niżej. Poza kompetentnie i rzetelnie napisanym tekstem z mnóstwem informacji, zawiera on również mapki, plany miast, rysunki oraz 34 kolorowe zdjęcia, ułatwiające zwiedzanie i rozpoznawanie obiektów.
Jego czeska, mieszkająca od niedawna w Polsce autorka, sugeruje co w jej ojczyźnie poznawać przede wszystkim - z propozycjami konkretnych tras - także międzynarodowych rowerowych Greenways. Zapewnia czytelnikom tysiące przydatnych i potrzebnych informacji na temat przygotowania i odbycia podróży. Z wyborem optymalnych dla kieszeni rozwiązań.
Np. kupowania kolejowych biletów powrotnych z Warszawy czy innych miast do Pragi, gdyż wypada to o 40% taniej, niż gdy nabywać je osobno w każdą stronę. Czy o zniżkach stosowanych przez koleje czeskie, jeżeli razem podróżują dwie lub więcej osób. Wiele można dowiedzieć się z tego przewodnika również o innych kwestiach ważnych dla turysty: przepisach celnych, pomocy konsularnej, w razie choroby czy nieszczęśliwych wypadków.
O poruszania się na miejscu - np. o różnych rodzajach i cenach biletów komunikacji miejskiej w Pradze, noclegach różnych kategorii, wyżywieniu, winie, piwie itp., zawartych m. in. w Informatorze A-Z. Jak również o klimacie, florze i faunie, przeszłości i współczesności kraju, jego gospodarce, ludności, kulturze i sztuce, ochronie dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego itp.
Mocną stroną przewodnika, rozszerzającą i wzbogacającą wiedzę turysty o kraju który zamierza poznawać, jest przystępnie, ciekawie, chociaż krótko i z nieznacznymi pominięciami, przedstawiona historia Czech. A także ich ludność, kultura i sztuka - z ich dziejami w poszczególnych dziedzinach.
W przypadku omawiania ludności autorka wspomniała np. o mało znanej kwestii mniejszości chorwackiej ( od XVI - XVII w. ) w południowych Morawach, potraktowanej po II wojnie światowej w całości jak zwolennicy faszystowskich ustaszy Ante Pavelića i podporządkowanej III Rzeszy Nezavisle Državy Hrvatske, jak również o nastrojach ( i działaniach ) antyromskich jej rodaków.
W przypadku literatury zwraca uwagę przede wszystkim na pisarzy XX wieku, m.in. Jaroslava Haška, Karela Čapka, Ladislava Fuksa, Bohumila Hrabala, Milana Kunderę, Jaroslava Seiferta - jedynego czeskiego literackiego noblisty i paru innych. Podobnie teatru - od Josefa Kajetana Tyla, po współczesność czy muzyki - od klasycznej po jazz, rock i tzw. alternatywną.
Jest też spora dawka informacji o tradycjach i różnych dziedzinach stuki ludowej. A także, w ujęciu nawet trochę autoironicznym, co Czesi sądzą sami o sobie i kim jest statystyczny obywatel tego kraju. Z takimi ciekawostkami, jak ta, że kobieta wychodzi za mąż średnio w wieku 24 lat, zaś mężczyzna żeni mając ich 26, a ich pierwsze dziecko rodzi się… 6 miesięcy po ślubie.
Podstawowa część przewodnika: Zwiedzanie kraju, podzielona jest na części prezentujące stolicę - Pragę oraz 9 regionów Czech i Moraw ze Śląskiem. W przypadku Pragi z sugestiami co w niej koniecznie trzeba zobaczyć, dziejami, spacerem po pięciu historycznych miastach z których powstała, opisem zabytków i ciekawych miejsc z mnóstwem informacji na ich temat - łącznie z godzinami otwarcia i cenami wstępu do poszczególnych obiektów.
No i z informacjami praktycznymi na temat transportu, galerii i muzeów, zakwaterowania, wyżywienia, ciekawych pamiątek oraz propozycjami wycieczek w okolice stolicy. Z uznaniem trzeba odnotować, że autorka nie ograniczyła się do propozycji poznawania najważniejszych i najbardziej znanych dzielnic, miejsc i obiektów, ale wskazała również bardzo ciekawe poza nimi.
Zwłaszcza na, pomijanym nawet w przewodnikach tylko po Pradze, robotniczym Žižkove, który jeszcze w XIX w. był odrębnym miastem. A obecnie staje się - ze względu niezliczone gospody, knajpki, ciekawe budowle i zakątki oraz inne atrakcje turystyczne - konkurencyjny nawet wobec Starego Miasta czy Malej Strány. Szkoda tylko, że opisując tę dzielnicę, autorka nie wspomniała także o paru, znajdujących się w niej, pięknych neorenesansowych kamienicach.
W poszczególnych rejonach kraju, po ich krótkiej prezentacji i charakterystyce, znajdują się, w porządku alfabetycznym, miejscowości warte, zdaniem autorki, poznania. Z liczbami ich mieszkańców, informacjami co warto tam zwiedzić, gdzie przenocować i zjeść, zobaczyć w okolicach itp. O wielu, niestety, chyba nazbyt krótkimi, nie mówiąc o pominięciu niektórych wartych, moim zdaniem uwagi, w ogóle.
Ale i tak zobaczenie już nie wszystkiego, lecz chociażby większości najciekawszych miejsc i obiektów w Republice Czeskiej opisanych w tym przewodniku, wymaga co najmniej kilku - kilkunastu do niej wyjazdów. Treść przewodnika wzbogacają dodatkowe informacje w ramkach włamanych w tekst.
Zarówno krótkie, na białym tle, w rodzaju: „Centra informacji turystycznej w północnych Czechach”, „Zabytki UNESCO w Republice Czeskiej” czy „Najważniejsze numery telefonów”, jak i obszerniejsze, monotematyczne, nierzadko ciekawostkowe, a z reguły interesujące, na szarym tle.
Np. „Grób w Jaromierzu” ( Historia zabójstwa ks. Dymitra Sanguszki, który porwał i zmusił do ożenku Halszkę z Ostroga, przez Marcina Zborowskiego na mocy uniwersału króla polskiego Zygmunta II Augusta ); „Mord w XVII-wiecznym Litomyśu na zlecenie rabina krakowskiego”; „Žižkovský masopust” ( karnawał ); „Galeria Narodowa w Pradze”; „Biała Góra i jej miejsce w Czechach” i wiele, wiele innych. Szkoda tylko, że w ich Spisie nie rozdzielono rodzajów tych ramek.
Krótki mini słowniczek polsko - czeski oraz rozmówki ułatwiają poruszanie się po kraju i kontakty z jego mieszkańcami, a Indeks wybranych nazw geograficznych wyszukiwanie tego, co w danym momencie jest potrzebne. Czytelnik - turysta otrzymuje więc to, co jest mu potrzebne i to w dobrym, rzetelnym wykonaniu.
Wspomniałem na wstępie, że jest to przewodnik dobry, ale może - oczywiście w następnych wydaniach - stać się jeszcze lepszy. Zawiera on bowiem także nieścisłości, a nawet błędy, nadmierne skróty, pomija istotne miejscowości, obiekty oraz miejsca warte, moim zdaniem, zobaczenia. Sugeruje również dokonywanie wyborów tras i obiektów oraz wyraża opinie, z którymi nie mogę się zgodzić.
Trochę niezręcznie czuję się, jako cudzoziemiec, że zamierzam poprawiać i pouczać autorkę na temat tego, co w jej ojczyźnie jest jeszcze również ciekawego, a zostało prze nią pominięte, lub jakie popełniła błędy i nieścisłości. Usprawiedliwia mnie jednak chyba to, że znam - i bardzo lubię - ten kraj, jego historię, kulturę, zabytki oraz nie najgorzej język, i to od baaardzo dawna. A ponadto znane polskie powiedzenie „… swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie” niekoniecznie odnosić się musi tylko do Polaków.
Zacznę od początku, czyli wewnętrznej strony przedniej okładki. Znajduje się na niej mapa z zaznaczonymi regionami opisanymi w przewodniku oraz lista 44 miast i miejscowości z oznaczeniem „zobacz koniecznie”. Z ogromną większością tych propozycji - zgoda. Ale nie ma jej, gdy do „naj, naj, naj” w Republice Czeskiej zalicza się Czeski Cieszyn.
Gdy w Brnie jako najważniejszą atrakcję wymienia tylko Willę Tugendhata, pomijając twierdzę ( a nie zamek, jak dalej w tekście pisze o niej autorka ) Szpilberg, czy katedrę Piotra i Pawła. Křivoklátsko to, dla autorki, tylko rezerwat biosfery ( a co z tamtejszym pięknym zamkiem ? ), podobnie Mikulov, który warto zobaczyć ze względu na kościół kalwaryjski, chociaż na pewno nie mniej na uwagę zasługuje zamek, rynek i parę innych zabytków i miejsc.
Równocześnie w tym wykazie brak m.in. tak uroczego i pełnego zabytków miasta jak Uherske Hradište; Velehradu z tamtejszym Sanktuarium Cyryla i Metodego ( oraz mało znanym w Polsce obrazem Jana Matejki w ołtarzu i przyniesioną przez pielgrzymów z Wielkopolski w 1885 roku kościelną chorągwią, której jedną stronę stanowi fragment polskiego sztandaru bojowego spod Wiednia z 1683 r., na drugiej zaś wyhaftowano M.B. Częstochowską );
Pisku z wieloma zabytkami, w tym najstarszym w Czechach mostem gotyckim; maleńkiego, ale zabytkowego Šternberku; Stražnic, czy sławnego Morawskiego Krasu z jego jaskiniami i przepaścią Macocha. A to tylko przykłady. Odnoszę zresztą wrażenie, że Morawy - bo ich głównie dotyczą te pominięcia - autorka potraktowała trochę po macoszemu.
Są one co prawda mniejsze niż Czechy, mają mniej zabytków, ich stolicy - Brnu, daleko jest pod względem atrakcyjności turystycznej do Pragi. Ale różnice w ilości miejsca poświęconego im w przewodniku są zbyt duże. Czechom - rozumianym jako części Republiki Czeskiej - 236 stron, natomiast Morawom i Śląsku mającym sporo odrębności nie tylko w rodowodzie - tylko 93 strony.
Poza już wspomnianymi, pominięte zostały zupełnie także uzdrowiska Hodonin i Ostrožska Nova Ves, a także ciekawy turystyczny szlak wodny dla białej floty i kajakarzy: Kanał Bat’y łączący Zlin ( nawet w poświęconej temu miastu jednej szpalcie nie ma chociażby wzmianki o tym kanale ) m.in. z miastami Uherské Hradište, Stražnice i Hodinin. Znane z jednego, ale pięknego, zabytku Křtiny zostały co prawda wymienione w okolicach Brna, ale jedynie jako miejscowość do której można dojechać w drodze do jaskiń Morawskiego Krasu.
Te pominięcia, bądź niezręczności w formułowaniu propozycji, dotyczą także sugerowanych przez autorkę tras zwiedzania: Zaproszenie do Czech. Chyba bezwiednie traktuje ona tę nazwę jako synonim Republiki Czeskiej. Ale Morawianie patrzą na to inaczej. Zwłaszcza, gdy dwie z proponowanych 4 tras zaczynają się na Morawach i prowadzą przez kilka ich miejscowości do Czech i dalej przez ziemie czeskie. Lepsza i poprawniejsza więc byłaby nazwa rozdziału „Zaproszenie do Republiki Czeskiej”.
Na proponowanych trasach znajduje się wiele najważniejszych miejscowości i miejsc. Ale omijają one nawet znajdujące się na Liście UNESCO, np. Valtice - Lednice czy Zelená Hora, pominięta także w indeksie oraz, podobnie jak Holašovice, na mapie. Tymczasem są, że wymienię z zachodnio - północnych Czech, takie miasta jak Pilzno, lub uzdrowiska Karlowe Wary czy Mariańskie Łaźnie oraz inne miejscowości i miejsca, chyba bardziej godne uwagi, niż zaproponowane np. na trasie nr 3 - wzdłuż Sázavy. A przynajmniej również zasługujące na uwzględnienie, co nie oznacza że można pominąć trasę nadsazawską.
Parę pominięć i nieuzasadnionych nieścisłości dotyczy również, ciekawie przedstawionej, krótkiej historii Czech. Np. decyzja o przyznaniu w 1920 roku Czechosłowacji zachodniej części Śląska Cieszyńskiego nie była, jak napisała autorka, wynikiem międzynarodowego arbitrażu, lecz dyktatu Rady Ambasadorów wobec Polski zajętej w tym czasie i osłabionej wojną z bolszewikami.
Przy czym podjętego wbrew wcześniejszym, z końca 1918 roku, ustaleniom polsko - czechosłowackim odnośnie tego obszaru, uwzględniającym sytuację narodowościową na nim. Naruszonym w 1919 roku przez wojska czechosłowackie. To przecież owocem tamtych działań i decyzji stało się zajęcie przez Polskę Zaolzia, w wyjątkowo fatalnym momencie, po Dyktacie Monachijskim Hitlera!
Nieścisłości dotyczą także faktycznej likwidacji Czechosłowacji w 1939 roku. Jako państwo przestała ona istnieć 15 marca 1939 r. po utworzeniu i oderwaniu się od niej klero - faszystowskiego Państwa Słowackiego oraz przyłączeniu Rusi ( Ukrainy ) Zakarpackiej do Węgier. Ale zajęcie Sudetenlandu przez III Rzeszę, zaś Zaolzia oraz części Spiszu i Orawy miało miejsce już w październiku 1938 roku. Przy okazji zwrócę uwagę, że brak ( str. 74 ) „oraz” lub „i” w zdaniu „Utworzono faszystowskie Państwo Słowackie Protektorat Czech i Moraw” sugeruje, że był to jeden twór.
Nie ma praktycznie ani słowa, poza stwierdzeniem, że miała miejsce, na temat okupacji hitlerowskiej. A, moim zdaniami, warto było wspomnieć chociażby o represjach ( wymordowanie i zesłanie do obozów koncentracyjnych mieszkańców oraz spalenie wsi Lidce i Ležaký ) po zamachu na kata Czech i Moraw Reinharda Heydricha oraz o Powstaniu Praskim w maju 1945 roku.
I jeszcze kilka uwag na temat treści tekstów w ramkach. Nie bardzo rozumiem dlaczego św. Janowi Nepomucenowi poświęcono aż dwie - na str. 133 i 248. Lub jaki sens ma cytowanie, i to całej stronie, bredni i bzdur ( „Królestwo czeskie w oczach dawnych Polaków”, str. 72 ) ks. Benedykta Chmielowskiego z jego „Nowych Aten…”.
W „Procesach czarownic” ( str. 371 ) warto dodać, że miały one miejsce nie tylko na terenie Jesenika, Szumperku i ich okolic, ale również w innych miejscowościach, np. Velkych Losinach, o czym przypomina w tamtejszym parku zdrojowym obelisk z nazwiskami spalonych w tym miejscu 38 niewinnych kobiet.
Na zakończenie parę zauważonych błędów, chyba głównie korektorskich. W nazwie praskiego, modernistycznego kościoła przy pl. Jiřiho z Podĕbrad, pominięty został ( str. 149 ) jej ostatni człon: p.w. Najświętszego Serca Pana. W opisie klasztoru św. Agnieszki Czeskiej w Pradze dwukrotnie powtórzono ( str. 157 ) „zbiory sztuki dawnej”. Znakomite piwo budziejowickie, to oczywiście ( str. 20 ) Budvar, a nie Buduar. A warte odwiedzenia praskie muzeum to nie ( str. 21 ) „Mucha Muzeum”, lecz Muzeum Muchy, a lepiej Alfonsa Muchy.
Te parę dostrzeżonych przez mnie błędów, nieścisłości, pominięć czy dyskusyjnych sformułowań, nie zmienia wysokiej oceny tego przewodnika, a jedynie potwierdza tezę, że może on być jeszcze lepszy. Ale i bez uwzględnienia, przynajmniej części, tych uwag, w kolejnych wydaniach, zasługuje on na polecenie nie tylko osobom planującym podróż do Republiki Czeskiej, ale również tym, które chcą się o niej dowiedzieć czegoś nowego, bądź szukają ciekawego kraju czy miejsc wartych zobaczenia.
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























