Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "58" [5]
- 1
- ...
-
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2
Pomysł był zwariowany. Wybrać się w podróż dookoła świata motocyklem, nie mając tego pojazdu ani prawa jazdy. Nie mówiąc już o jakimkolwiek doświadczeniu w jeździe motorem. O tym wszystkim przeczytacie w znakomitej książce Tomasza Gorazdowskiego "126 dni na „kanapie". Motocyklem dookoła świata".
Co prawda nie bez przygód, także ekstremalnych, ale jednak z powodzeniem.I chociaż określenie tej podróży jako „dookoła świata" jest trochę naciągane, gdyż odbyła się ona się tylko przez 3 kontynenty. W żadnym miejscu nie przekroczyła równika, najbardziej zbliżając do niego w Singapurze. A większość trasy dookoła północnej półkuli zarówno pasażerowie jak i ich motory przeleciały samolotami. Co nie zmienia faktu, że jednak był to wyczyn.Relacjonowany w trakcie podróży, przeważnie na żywo, na falach Polskiego Radia i w internetowym blogu, a następnie opisany – od razu dodam, że świetnie – w książce wydanej przez krakowskie Bezdroża. Z licznymi – to jeszcze u nas nowość – odsyłaczami na strony internetowe tego wydawnictwa, otwierając które można znaleźć ciekawe filmy i zdjęcia znacznie rozszerzające obraz opisywanych miejsc, do których dotarli podróżnicy. Bo było ich dwu. Pomysłodawcy tej wyprawy udało się bowiem znaleźć i namówić do udziału w niej kolegę – radiowca.Następnie – szczegółów nie będę zdradzał, bo to naprawdę warto samemu przeczytać – szybko skończyć kurs i zdać egzamin na motocyklowe prawo jazdy, znaleźć sponsora – firmę z branży motorowej, bo Polskie Radio nie miało pieniędzy na takie fanaberie. No i zdobyć oraz przygotować odpowiedni sprzęt – także radiowy. Wybrać trasę, co w złożonej sytuacji politycznej zwłaszcza w południowo – wschodniej Azji nie było proste, bo zbyt ryzykowna mogła być np. planowana jazda przez Pakistan. I, oczywiście, załatwić wiele formalności, dokumentów, wiz itp.
Nie miała prawa się udać
Po to, aby autor mógł we wstępie do tej książki napisać: „Kiedy patrzę na naszą wyprawę z perspektywy kilku miesięcy, które minęły od jej zakończenia, coraz bardziej jestem przekonany, że ONA nie miała prawa się udać. A jednak, ta ułańska fantazja... Daliśmy radę! Dzięki determinacji, szczęściu i dobrym ludziom po drodze...". Zaś w ostatnim zdaniu: „Podobno – jak mówią Chińczycy – żaba na dnie studni nigdy nie zobaczy morskich fal. Trzeba się odważyć, trzeba sięgać dalej, wyżej, głębiej, by te fale zobaczyć. Ja je zobaczyłem". A o tym, co działo się od narodzenia idei takiej podróży do możliwości napisania tego ostatniego zdania, jest właśnie książkowa relacja z niej.
Dwaj podróżnicy – dziennikarze radiowej Trójki: Tomek ( tak się sam przedstawia ) Gorazdowski, autor książki i Michał Gąsiorowski spędzili 4 miesiące – dokładnie 126 dni, na siodełkach motocykli. Przejechali ponad 21 tys. km, odwiedzili 19 krajów. Podróżowali przez Europę, turecką Anatolię i Kapadocję, pustynny Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, tajlandzką dżunglę i malezyjskie herbaciane wzgórza. Przejechali w poprzek Indie i USA zmagając się m.in. z upałami i ulewnymi deszczami. Poznali setki ludzi, masę kultur, zabytków, obyczajów i kuchni. Przeżyli wiele, nie zawsze przyjemnych przygód.
Autor książki opisał to wszystko w sposób bardzo ciekawy, świetnym, żywym językiem, z humorem, a miejscami nawet autoironią. Sporo miejsca w tej relacji zajmują opisy samej jazdy, dróg i ruchu drogowego – z najbardziej niesamowitym w Indiach oraz w wielu wielkich, zatłoczonych miastach. Każdy, kto tam był, wie zresztą jak się tam podróżuje, a polskie drogi i ulice wydają się z tamtej perspektywy pustymi oazami spokoju. Nie brak też w książce kapitalnych ( nie dla uczestniczących w nich podróżników ! ) scen bezduszności i trzymania się, nawet absurdalnych przepisów, zwłaszcza przez granicznych, biurokratów.
Odprawa jak wieczność
Z których, obok irańskich i indyjskich, palma pierwszeństwa należy się bezsprzecznie amerykańskim. Odprawienie z Miami do Londynu motocykli samolotem zajęło bowiem... 9 dni. Tamtejszy celnik – geniusz ( autor określa go mniej elegancko ) na którego nie było mocnych, stwierdzając brak jednego papierka nie wydanego podróżnikom przy wjeździe do USA na lotnisku w San Francisko, uparł się, że powinni... wylecieć też z tego – odległego o 6,5 tys. km – miasta. Nie bez racji autor stwierdził więc, że sama jazda – mimo niekiedy bardzo trudnych warunków pogodowych i klimatycznych – była najłatwiejszą częścią całej wyprawy.
Mocną stroną książki są opisy krajów i miejscowości oraz spotkań z ludźmi i ich postaw, udzielanej przez nich pomocy – także w trudnych sytuacjach. Np. wypadku jednego z podróżników i uszkodzenia motocykla koło Persepolis w Iranie, co postawiło dalszą jazdę pod znakiem zapytania. Opisy te czytałem z tym większym zainteresowaniem, że większą część ich trasy od Warszawy do Singapuru znam z autopsji. Niektóre odcinki przejeżdżałem kilkakrotnie, chociaż nie motocyklem. Podobnie nie raz byłem w niektórych opisywanych miejscach.
Tym łatwiej więc docenić mi to, co napisał o nich autor. Za szczególnie udane i trafne uważam relacje z Kapadocji oglądanej z ziemi, podziemi i powietrza – z lotu balonem, Indii – zwłaszcza Agry i Tadż Mahal oraz Varanasi, Malezji oraz Singapuru. Znalazłem w nich sporo ciekawych informacji, w tym mało na ogół znanych, np. że słynne bliźniacze, połączone na 2/3 wysokości łącznikiem, wieże Petronas Tower w Kuala Lumpur zagłębione są 150 m w głąb ziemi. A słynny człowiek – pająk Alain Robert wszedł na sam szczyt iglicy jednej z nich, bez lin i żadnego zabezpieczenia. Chociaż dopiero za trzecim podejściem, gdyż podczas pierwszych dwu był „zdejmowany" przed osiągnięciem celu przez ochronę gmachu.
W kilku miejscach lektury poczułem jednak niedosyt natrafiając na nieścisłości, czy niedostatek informacji. W opisie słynnego meczetu Selimiye w Edirne, w Turcji kontynentalnej, zabrakło mi informacji, że jest to jedna z około 300 budowli wzniesionych według projektu jednego z najgenialniejszych architektów epoki, Mirmara Sinana ( ok. 1490 – 1588 ). W relacji z najsłynniejszego hotelu w Singapurze – Raffles, autor nie wspomniał ( czyżby o tym nie wiedział ?), że mieszkał w nim i pisał nasz rodak, chociaż pisarz angielski, Józef Conrad – Korzeniowski. I jest w nim niewielkie poświęcone mu muzeum.
Opisując baśniowy, nowy Biały Meczet w Abu Zabi – stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, autora trochę poniosła fantazja, gdy pisał o „dziedzińcu z tysiącem kolumn". W odróżnieniu od niego, widziałem i obfotografowałem ze wszystkich stron z detalami nie tylko ten dziedziniec ( gdy nasi motocykliści przyjechali tam, meczet był niedostępny ze względu na modły ), ale również wnętrza i detale tego meczetu. I zapewniam, że brakuje w nim baaardzo wiele do tysiąca kolumn. Co nie zmienia faktu, że jest to jedna z najpiękniejszych współczesnych budowli sakralnych islamu, tylko z niewielką przesadą porównywana z najwspanialszym mauzoleum świata – Tadż Mahal w Indiach.
Życie „lokalesów"
To tyle przykładowo, dla ścisłości. Trochę drażniło mnie określanie hoteli i innych budynków jako „klimatyczne". Bo klimatyczne to mogą być uzdrowiska lub miejscowości. Zaś budowle i pomieszczenia tylko klimatyzowane lub z klimatyzacją. Za mało eleganckie, gdyż może zostać odebrane jako dowód wyższości i lekceważenia, uważam określanie miejscowej ludności jako „lokalesów". Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi. Ciekawe są natomiast włamane w tekst w ramkach, w formie jak gdyby kart wyrwanych ze starych dokumentów, informacje monotematyczne. Np. „Turecka kuchnia", „Psy okiem motocyklisty", „Nadawanie ( relacji radiowych ) z przygodami", „Amerykańskie drogi" i wiele innych.
Wspomniałem o licznych ciekawych przygodach i ich opisach oraz dobrym, nie pozbawionym autoironii języku. Oto kilka cytatów: „Kanpur ( Indie ) okazał się najgorszym miejscem na ziemi. Korki, mnóstwo strasznie kopcących samochodów, dziurawe drogi. Śmiecie już nie po kostki, a chyba po kolana. Wypalone trawy na poboczach, palące się śmieci i opony wzdłuż szosy. Do tego smród z zapchanych rynsztoków... Bezdomni, ich noclegownie przy drodze, brudne kartony, tłuste kawałki materiału służące jako dach...". „Droga ( koło Allahabadu w Indiach ), podobna do polskiej gierkówki, z indyjskimi krzakami między jezdniami, z których niespodziewanie wyłaniali się ludzie, rowery, kozy, świnie. Raz wyłonił się nawet słoń... I dalej opis, jak kaleka bez nóg poruszający się na desce z kółkami usiłował wpakować się na tej drodze pod motocykl, aby uzyskać odszkodowanie za wypadek.
„... codziennie w rzece ( w Varanasi – Benares ) myje się ponad 60 tysięcy ludzi, mimo iż Ganges jest potwornie zanieczyszczony. Do świętej rzeki swoje ścieki spuszcza 115 miast mających powyżej stu tysięcy mieszkańców każde. Że kąpiący się i pijący tę wodę nie padają natychmiast jak muchy, to faktycznie cud. Norma, według której klasyfikuje się wody nadające do pływania w nich, dopuszcza 500 pałeczek E. coli w jednym literze. W wodzie z Gangesu jest ich półtora miliona!!! A Hindusi ją piją!". Dodam od siebie, że pływając tam łodzią, nie odważyłem się zanurzyć w Gangesie nawet palca...
„Stosy pogrzebowe palą się w Varanasi dzień i noc... w nocy Dasahwamedh czy Manikarnika, główne ghaty, w których pali się ciała, wyglądają przerażająco. Płonące stosy pogrzebowe, długie, tańczące cienie palaczy, zwłoki zawinięte w całuny, dzwonki, dzwoneczki, modlitwy dobiegające z daleka i z bliska; wszystko razem jest fascynujące...".
Na zakończenie cytatów jeszcze coś z realiów tej podróży „Pierwsza rzecz po ulokowaniu się w hotelu to prysznic. To nie była fanaberia. To była absolutna konieczność związana ze zdjęciem butów. Po całym dniu w wysokich, grubych, wzmacnianych, skórzanych butach nasze stopy załatwiały wszystkich i wszystko w promieniu kilku metrów. Włączone telewizory traciły kolory, kwiaty w wazonach więdły w oczach, komary i muchy padały w locie, a jednostki ludzkie, które pojawiały się w okolicy ( na przykład pokojówka przynosząca dodatkowy klucz do pokoju ), zawracały z krzykiem".
No i z podróży przez USA: „Rano zdążyliśmy jeszcze zjeść typowe amerykańskie śniadanie z naleśnikami grubości maty plażowej ( i rozmiarem niewiele jej ustępującymi ). Naleśniki były nielimitowane...". Oczywiście oprócz takich opisów i scenek, są w książce setki innych. Ciekawych – o ludziach, zwyczajach, zabytkach, krajobrazach, przyrodzie. Naprawdę warto ją przeczytać, obejrzeć liczne, zamieszczone w niej zdjęcia z podróży, a także otwierać polecane przez autora strony internetowe. -
Riwiera turecka. Wydanie 3
Turecka Riwiera należy od lat do ulubionych i najczęściej odwiedzanych przez Polaków regionów wypoczynkowych. Zwłaszcza obecnie, gdy część naszych turystów zrezygnowała z wyjazdów na plaże egipskie i tunezyjskie ze względu na napiętą sytuację w tych krajach.
Pobyt na tureckich wybrzeżach mórz: egejskiego i śródziemnego, to równocześnie wspaniała okazja, aby poznać tamtejsze liczne zabytki od czasów antycznych oraz inne ciekawe obiekty i miejsca.
Ułatwić im to może bardzo dobry przewodnik Bezdroży z serii „ rekreacyjnej”, którego kolejne, już trzecie, zaktualizowane wydanie, ukazało się w br.
Jak wszystkie w tej serii wydany starannie, na dobrym papierze, z licznymi kolorowymi zdjęciami, mapkami i planami, w poręcznym formacie oraz przystępnej cenie.
Część ściśle przewodnikową poprzedzają trzy rozdziały zawierające mnóstwo informacji na temat przygotowania się do podróży do Turcji oraz wszystkich środków transportu którymi można tam dotrzeć. Podstawowych, ale obszernych i ciekawie napisanych informacji krajoznawczych. O tamtejszej geografii, przyrodzie, społeczeństwie, kulturze i sztuce z wyodrębnioną dodatkowo literaturą i muzyką oraz Kalendarium historycznym.
26-stronicowy rozdział Informacje praktyczne zawiera chyba wszystko, co powinno się w nim znaleźć na temat komunikacji lokalnej, informacji turystycznej na miejscu, możliwości aktywnego wypoczynku, wymiany pieniędzy, zdrowia oraz bezpieczeństwa. I, oczywiście, noclegów zarówno w hotelach czy pensjonatach, jak i na kempingach. Podobnie na temat wyżywienia z radami gdzie i co najlepiej jeść - a kuchnia turecka jest bardzo smaczna - i sporą dawką przepisów kulinarnych.
Nie zabrakło również informacji o możliwości zakupów, w tym pamiątek. Są nawet - w ramce na kolorowym tle - przydatne uwagi z czym turysta może spotkać się na bazarach. Dodałbym jednak do nich jeszcze rady, że jeżeli nie ma się zamiaru kupić oferowanego towaru, to można go oglądać, ale nie rozpoczynać targowania się. A gdy chce się go nabyć, to jak - to przecież nie tylko sztuka, ale na Wschodzie także rytuał - kupić go jak najtaniej.
Prezentacja wybranych regionów Turcji i ich walorów turystycznych zawarta została w 3 rozdziałach: Wybrzeże Morza Egejskiego, Wybrzeże Morza Śródziemnego i Nie tylko wybrzeże, gdyż przewodnik obejmuje również Pammukale i Hierapolis oraz Stambuł. W pierwszym z tych rozdziałów omówione zostały najciekawsze miejscowości i zabytki od Troi na północy, do Bodrum na południu tego wybrzeża. Z dobrą informacją ( a przeważnie również zdjęciami ) o nich, dojeździe oraz co tam warto zobaczyć.
W przypadku ważniejszych - z planem miejscowości lub wykopalisk. Ponadto informacjami praktycznymi: wymiana walut ew. bankomaty, noclegi ze wskazaniem wybranych hoteli w 2 lub 3 kategoriach cenowych, podobnie gastronomia. A także plaże, łaźnie itp., w większych miastach również o odbywających się w nich wydarzeniach stałych i festiwalach.
Podobnie na wybrzeżu śródziemnomorskim, z miejscowościami usytuowanymi na nim od Marmaris na zachodzie, kolejno aż do Anamuru na wschodnim krańcu objętej przewodnikiem jego części. Szkoda, że poza propozycjami kilku wycieczek z miejscowości Demre w jej okolice zawartymi w ramce, nie ma również sugestii, aby z innych miejscowości wybrać się trochę dalej.
Np. z Side lub Alanyi do tak przecież ciekawej, a odległej o niespełna 200 km Konyi, czy z Anamuru do innych miejscowości nadmorskich na wschód, aż do Mersinu i Tarsu - miasta św. Pawła. W którym celem przyjazdów jest nie tylko studnią na terenie jego domu rodzinnego, ale i parę ciekawych zabytków.
Do uwzględnionych w osobnym rozdziale Pammukkale i Hierapolis organizowane są często z nadmorskich miejscowości wypoczynkowych jednodniowe wycieczki. Prezentacja tamtejszego dzieła natury, jakim są tarasy wapienne znajdujące się na Liście UNESCO oraz antycznej nekropolii i ruin zabytków rzymskich, lektura tego przewodnika ( i zdjęcia ) na pewno zachęci.
Trochę inaczej jest w przypadku Stambułu. Jednego z najciekawszych miast Europy i jej styku z Azją, ale zbyt odległego od popularnych miejscowości na obu riwierach aby wybrać się tam na krótką wycieczkę. Zwiedzanie dawnej stolicy Bizancjum i przynajmniej najważniejszych tamtejszych zabytków oraz obiektów wymaga zresztą przynajmniej kilku dni. A więc albo specjalnej podróży, albo - gdy jedzie się własnym samochodem, zrobienie w jej trakcie przerwy nad Bosforem.
Lektura 31 stron poświęconych w tym przewodniku na prezentację Stambułu pozwala poznać, w ogromnym skrócie, jego dzieje, a także najważniejsze zabytki, budowle, bazary i inne warte uwagi turysty miejsca. Przedstawiono one zostały w sposób rzeczowy i ciekawy. W zakresie bardzo jednak ograniczonym. Nie zabrakło oczywiście ani świątyni - muzeum Hagia Sophia, Błękitnego Meczetu, Hipodromu czy pałacu Topkapi.
Autor uwzględnił także Wielką Cysternę ( Yerbatan Saray ), Meczet Bejazyda, Twierdzę Yedikule, a nawet, dosyć odległy od bizantyjskiego centrum Kariye Camii - kościół Zbawiciela na Chorze i parę innych obiektów. Trudno mi jednak wybaczyć mu pominięcie Meczetu Sulejmana Wspaniałego ( Süleymaniye Camiii ) z mauzoleami sułtana i jego ukochanej żony Roksolany oraz, tuż za murem otaczającym ten zespół architektoniczny, mauzoleum jego twórcy, samego Wielkiego Budowniczego.
Jednego z najważniejszych dzieł Kocy Marmara Sinana ( 1491-1588 ) , należącego do najwybitniejszych architektów świata. Czy zbudowanego również przez niego, dla córki tegoż sułtana, Meczetu Mihrimah. No i ograniczenie prezentacji Stambułu tylko do jego europejskiej części. Przecież na azjatyckim brzegu Bosforu, zwłaszcza w dzielnicy Űsküdar, znajdują się także wspaniałe zabytki.
Że wspomnę o Starym Meczecie Sułtanki Matki, również dziele Sinana - podobnie jak tamtejszy Hamam - łaźnia. Czy o sąsiadującym z tym meczetem, chociaż młodszym od niego o kilkadziesiąt lat, Meczecie Fajansowym. A to tylko przykłady tego, co jest tam do obejrzenia. No i przypomnę, że z tamtejszego wzgórza Büyük Çamlica ( Wielkie Sosnowe Wzgórze ) roztacza się fantastyczny widok na Stambuł:
Cypel Pałacowy, Złoty Róg, Bosfor aż po Morze Czarne, a także na Wyspy Książęce. Zapewniam, że są to zabytki i miejsca nieporównywalnie ciekawsze, niż uwzględnione w przewodniku stambulskie Muzeum Prasy czy Liceum Galatasaray. W tekst przewodnika włamano - i to jest jego dodatkowy walor - w ramkach na kolorowym tle, sporo dodatkowych informacji, także ciekawostek.
M.in. „Zwiedzanie meczetu”; „Atatürk - „Ojciec Turków”; „Toalety w Turcji”; „Kiraathane, czyli co to jest çay, tavla i nargile”; „Turecka łaźnia”; „Niebieskie oko, czyli Oko Proroka”; „Koń Trojański”; „Legenda o Jaskini Siedmiu Śpiących”; „Legalne kradzieże” ( wywóz antycznych zabytków do Europy w XIX w. ) ; „Prawdziwa historia św. Mikołaja”; „ Zniszczone miasto” ( Jak krzyżowcy grabili Bizancjum ); „Harem”; „Wzdłuż Bosforu”.
Na końcu przewodnika znajduje się mini słowniczek polsko - turecki z przydatnymi zwrotami, Indeks wybranych nazw geograficznych i spis tematów informacji w ramkach. W sumie, mimo paru uwag krytycznych, gdyż przewodnik ten mógłby być jeszcze lepszy, jest on bardzo dobry. Z przyjemnością więc polecam go wszystkim wybierającym się na turecką Riwierę, a także zastanawiającym nad miejscem spędzenia kolejnego urlopu. Warto tam bowiem pojechać i, poza wypoczynkiem nad morzem, wykorzystać maksymalnie czas na poznanie tamtejszych skarbów antycznych i z późniejszych okresów. -
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 1
Pomysł był - to najdelikatniejsze określenie jakie mi przychodzi na myśl - zwariowany. Wybrać się w podróż dookoła świata motocyklem, nie mając nie tylko tego pojazdu, ale nawet prawa jazdy nim. Nie mówiąc już o jakimkolwiek doświadczeniu w jeździe jednośladami z silnikiem oraz pieniędzy na taką podróż.
A jednak dziennikarz radiowej Trójki zrealizował go. Co prawda nie bez przygód, także ekstremalnych, ale jednak z powodzeniem. I chociaż określenie tej podróży jako „dookoła świata” jest trochę naciągane, gdyż odbyła się ona się tylko przez 3 kontynenty.
W żadnym miejscu nie przekroczyła równika, najbardziej zbliżając do niego w Singapurze. A większość trasy dookoła północnej półkuli zarówno pasażerowie jak i ich motory przelecieli samolotami. Co nie zmienia faktu, że jednak był to wyczyn.
Relacjonowany w trakcie podróży, przeważnie na żywo, na falach Polskiego Radia i w internetowym blogu, a następnie opisany - od razu dodam, że świetnie - w książce wydanej przez krakowskie Bezdroża. Z licznymi - to jeszcze u nas nowość - odsyłaczami na strony internetowe tego wydawnictwa, otwierając które można znaleźć ciekawe filmy i zdjęcia znacznie rozszerzające obraz opisywanych miejsc, do których dotarli podróżnicy.
Bo było ich dwu. Pomysłodawcy tej wyprawy udało się bowiem znaleźć i namówić do udziału w niej kolegę - radiowca. Następnie - szczegółów nie będę zdradzał, bo to naprawdę warto samemu przeczytać - szybko skończyć kurs i zdać egzamin na motocyklowe prawo jazdy, znaleźć sponsora - firmę z branży motorowej, bo Polskie Radio nie miało pieniędzy na takie fanaberie.
No i zdobyć oraz przygotować odpowiedni sprzęt - także radiowy. Wybrać trasę, co w złożonej sytuacji politycznej zwłaszcza w południowo - wschodniej Azji nie było proste, bo zbyt ryzykowna mogła być np. planowana jazda przez Pakistan. I, oczywiście, załatwić wiele formalności, dokumentów, wiz itp. Po to, aby autor mógł we wstępie do tej książki napisać:
„Kiedy patrzę na naszą wyprawę z perspektywy kilku miesięcy, które minęły od jej zakończenia, coraz bardziej jestem przekonany, że ONA nie miała prawa się udać. A jednak, ta ułańska fantazja… Daliśmy radę! Dzięki determinacji, szczęściu i dobrym ludziom po drodze…”. Zaś w ostatnim zdaniu: „Podobno - jak mówią Chińczycy - żaba na dnie studni nigdy nie zobaczy morskich fal. Trzeba się odważyć, trzeba sięgać dalej, wyżej, głębiej, by te fale zobaczyć. Ja je zobaczyłem”.
A o tym, co działo się od narodzenia idei tej podróży do możliwości napisania tego ostatniego zdania, jest właśnie książkowa relacja z niej. Dwaj podróżnicy - dziennikarze radiowej Trójki: Tomek ( tak się sam przedstawia ) Gorazdowski, autor książki i Michał Gąsiorowski spędzili 4 miesiące - dokładnie 126 dni, na siodełkach motocykli. Przejechali ponad 21 tys. km, odwiedzili 19 krajów.
Podróżowali przez Europę, turecką Anatolię i Kapadocję, pustynny Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, tajlandzką dżunglę i malezyjskie herbaciane wzgórza. Przejechali w poprzek Indie i USA zmagając się m.in. z upałami i ulewnymi deszczami. Poznali setki ludzi, masę kultur, zabytków, obyczajów i kuchni. Przeżyli wiele, nie zawsze przyjemnych przygód.
Autor książki opisał to wszystko w sposób bardzo ciekawy, świetnym, żywym językiem, z humorem, a miejscami nawet autoironią. Sporo miejsca w tej relacji zajmują opisy samej jazdy, dróg i ruchu drogowego - z najbardziej niesamowitym w Indiach oraz w wielu wielkich, zatłoczonych miastach. Każdy, kto tam był, wie zresztą jak się tam podróżuje, a polskie drogi i ulice wydają się z tamtej perspektywy pustymi oazami spokoju.
Nie brak też w książce kapitalnych ( nie dla uczestniczących w nich podróżników ! ) scen bezduszności i trzymania się, nawet absurdalnych przepisów, zwłaszcza przez granicznych, biurokratów. Z których, obok irańskich i indyjskich, palma pierwszeństwa należy się bezsprzecznie amerykańskim. Odprawienie z Miami do Londynu motocykli samolotem zajęło bowiem… 9 dni.
Tamtejszy celnik - geniusz ( autor określa go mniej elegancko ) na którego nie było mocnych, stwierdzając brak jednego papierka nie wydanego podróżnikom przy wjeździe do USA na lotnisku w San Francisko, uparł się, że powinni… wylecieć też z tego - odległego o 6,5 tys. km - miasta.
Nie bez racji autor stwierdził więc, że sama jazda - mimo niekiedy bardzo trudnych warunków pogodowych i klimatycznych - była najłatwiejszą częścią całej wyprawy. Mocną stroną książki są opisy krajów i miejscowości oraz spotkań z ludźmi i ich postaw, udzielanej przez nich pomocy - także w trudnych sytuacjach. Np. wypadku jednego z podróżników i uszkodzenia motocykla koło Persepolis w Iranie, co postawiło dalszą jazdę pod znakiem zapytania.
Opisy te czytałem z dużym zainteresowaniem, gdyż większą część ich trasy od Warszawy do Singapuru znam z autopsji. Niektóre odcinki przejeżdżałem kilkakrotnie, chociaż nie motocyklem. Podobnie nie raz byłem w niektórych opisywanych miastach i miejscach. Tym łatwiej więc docenić mi to, co napisał o nich autor. Za szczególnie udane i trafne uważam relacje z Kapadocji oglądanej z ziemi, podziemi i powietrza - z lotu balonem, Indii - zwłaszcza Agry i Tadż Mahal oraz Varanasi, Malezji oraz Singapuru.
Znalazłem w nich sporo ciekawych informacji, w tym mało na ogół znanych, np. że słynne bliźniacze, połączone na 2/3 wysokości łącznikiem, wieże Petronas Tower w Kuala Lumpur zagłębione są 150 m w głąb ziemi. A słynny człowiek - pająk Alain Robert wszedł na sam szczyt iglicy jednej z nich, bez lin i żadnego zabezpieczenia. Chociaż dopiero za trzecim podejściem, gdyż podczas pierwszych dwu był „zdejmowany” przed osiągnięciem celu przez ochronę gmachu.
W kilku miejscach lektury poczułem jednak niedosyt natrafiając na nieścisłości, czy niedostatek informacji. W opisie słynnego meczetu Selimiye w Edirne, w Turcji kontynentalnej, zabrakło mi informacji, że jest to jedna z około 300 budowli wzniesionych według projektu jednego z najgenialniejszych architektów epoki, Mirmara Sinana ( ok. 1490 - 1588 ).
W relacji z najsłynniejszego hotelu w Singapurze - Raffles, autor nie wspomniał ( czyżby o tym nie wiedział ?), że mieszkał w nim i pisał nasz rodak, chociaż pisarz angielski, Józef Conrad - Korzeniowski. I jest w nim niewielkie poświęcone mu muzeum.
Opisując baśniowy, nowy Biały Meczet w Abu Zabi - stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, autora trochę poniosła fantazja, gdy pisał o „dziedzińcu z tysiącem kolumn”. W odróżnieniu od niego widziałem i obfotografowałem ze wszystkich stron z detalami nie tylko ten dziedziniec ( gdy nasi motocykliści przyjechali tam, meczet był niedostępny ze względu na modły ), ale również wnętrza i detale tego meczetu.
I zapewniam, że brakuje w nim baaardzo wiele do tysiąca kolumn. Co nie zmienia faktu, że jest to jedna z najpiękniejszych współczesnych budowli sakralnych islamu, tylko z niewielką przesadą porównywana z najwspanialszym mauzoleum świata - Tadż Mahal w Indiach. To tyle przykładowo, gwoli ścisłości.
Trochę drażniło mnie określanie hoteli i innych budynków jako „klimatyczne”. Bo klimatyczne to mogą być uzdrowiska lub miejscowości. Zaś budowle i pomieszczenia tylko klimatyzowane lub z klimatyzacją. Za mało eleganckie, gdyż może zostać odebrane jako dowód wyższości i lekceważenia, uważam określanie miejscowej ludności jako „lokalesów”. Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi.
Ciekawe są natomiast włamane w tekst w ramkach, w formie jak gdyby kart wyrwanych ze starych dokumentów, informacje monotematyczne. Np. „Turecka kuchnia”, „Psy okiem motocyklisty”, „Nadawanie ( relacji radiowych ) z przygodami”, „Amerykańskie drogi” i wiele innych. Wspomniałem o licznych ciekawych przygodach i ich opisach oraz dobrym, nie pozbawionym autoironii języku. Oto kilka cytatów:
„Kanpur ( Indie ) okazał się najgorszym miejscem na ziemi. Korki, mnóstwo strasznie kopcących samochodów, dziurawe drogi. Śmiecie już nie po kostki, a chyba po kolana. Wypalone trawy na poboczach, palące się śmieci i opony wzdłuż szosy. Do tego smród z zapchanych rynsztoków… Bezdomni, ich noclegownie przy drodze, brudne kartony, tłuste kawałki materiału służące jako dach…”. „Droga ( koło Allahabadu w Indiach ), podobna do polskiej gierkówki, z indyjskimi krzakami między jezdniami, z których niespodziewanie wyłaniali się ludzie, rowery, kozy, świnie. Raz wyłonił się nawet słoń…" .I dalej opis, jak kaleka bez nóg poruszający się na desce z kółkami usiłował wpakować się na tej drodze pod motocykl, aby uzyskać odszkodowanie za wypadek.
„… codziennie w rzece ( w Varanasi - Benares ) myje się ponad 60 tysięcy ludzi, mimo iż Ganges jest potwornie zanieczyszczony. Do świętej rzeki swoje ścieki spuszcza 115 miast mających powyżej stu tysięcy mieszkańców każde. Że kąpiący się i pijący tę wodę nie padają natychmiast jak muchy, to faktycznie cud. Norma, według której klasyfikuje się wody nadające do pływania w nich, dopuszcza 500 pałeczek E. coli w jednym literze. W wodzie z Gangesu jest ich półtora miliona!!! A Hindusi ją piją!”. Dodam od siebie, że pływając tam łodzią, nie odważyłem się zanurzyć w Gangesie nawet palca…
„Stosy pogrzebowe palą się w Varanasi dzień i noc… w nocy Dasahwamedh czy Manikarnika, główne ghaty, w których pali się ciała, wyglądają przerażająco. Płonące stosy pogrzebowe, długie, tańczące cienie palaczy, zwłoki zawinięte w całuny, dzwonki, dzwoneczki, modlitwy dobiegające z daleka i z bliska; wszystko razem jest fascynujące…”.
Na zakończenie cytatów jeszcze coś z realiów tej podróży „Pierwsza rzecz po ulokowaniu się w hotelu to prysznic. To nie była fanaberia. To była absolutna konieczność związana ze zdjęciem butów. Po całym dniu w wysokich, grubych, wzmacnianych, skórzanych butach nasze stopy załatwiały wszystkich i wszystko w promieniu kilku metrów. Włączone telewizory traciły kolory, kwiaty w wazonach więdły w oczach, komary i muchy padały w locie, a jednostki ludzkie, które pojawiały się w okolicy ( na przykład pokojówka przynosząca dodatkowy klucz do pokoju ), zawracały z krzykiem”.
No i z podróży przez USA: „Rano zdążyliśmy jeszcze zjeść typowe amerykańskie śniadanie z naleśnikami grubości maty plażowej ( i rozmiarem niewiele jej ustępującymi ). Naleśniki były nielimitowane…”. Oczywiście oprócz takich opisów i scenek, są w książce setki innych. Ciekawych - o ludziach, zwyczajach, zabytkach, krajobrazach, przyrodzie. Naprawdę warto ją przeczytać, obejrzeć liczne, zamieszczone w niej zdjęcia z podróży, a także otwierać polecane przez autora strony internetowe. -
Perfekcja w fotografii. Od inspiracji do obrazu
Do tej książki trzeba dorosnąć - nie wiekiem, nawet nie ilością zrobionych zdjęć, ale etapem rozwoju twórczego. To jest książka dla tych, którzy mimo opanowania kwestii technicznych utknęli i nie potrafią robić lepszych fotografii.
Takich książek jest jak na lekarstwo i to nie tylko na polskim rynku - w amerykańskim Amazonie też nie znajdziemy wielu podobnych wydawnictw. A szkoda, bo ambitny fotoamator w pewnym momencie wie, co to głębia ostrości, jak posługiwać się lampą błyskową, rozróżnia dobre światło od złego, a kwestie megapikseli, dpi czy konfigurację autofokusa ma w małym palcu. I co? I z całą tą wiedzą robi zdjęcia, z których jest niezadowolony. Co powinien zrobić? Przeczytać „Perfekcję w fotografii” Barra.
Coś na ład w kadrze i kryzys w duszy
Książka jest szczególna i jedyna w swoim rodzaju (przynajmniej do tej pory na polskim rynku) na kilka sposobów. Po jaką pozycję sięgniemy, kiedy dopadnie nas zniechęcenie, ogólne poczucie bezsensu, daremności usiłowań i nieodparte wrażenie braku postępów - czyli krótko mówiąc: kryzys twórczy? Nie, nie chodzi o półkę w apteczce czy barku. Uciekanie przed problemem nie ułatwia jego rozwiązania. Tymczasem takie rozwiązania proponuje Barr - może nie cudowne, łatwe i szybkie, ale przetestowane i sprawdzone na własnej osobie autora.
Zresztą kwestie przełamywania własnych ograniczeń to dopiero druga część książki. Pierwsza poświęcona jest odczytywaniu (a więc i nauce zapisywania) w zdjęciach znaczeń i emocji, a także komponowania obrazu na poziomie daleko wykraczającym poza banał trójpodziału i mocnych punktów.
Oceń siebie!
Mocnym punktem książki jest proponowana przez autora metodologia oceny własnego poziomu fotograficznego - osobno technicznego, osobno estetycznego. To unikat, bo większość z nas zadaje pytania: ile warte są moje zdjęcia? Teraz każdy może się przekonać, gdzie mieści się na każdej z sześciopunktowych skal. Każdy powinien spróbować w ten sposób (szczerze!) ocenić siebie, a później zabrać się do ćwiczeń pozwalających przejść na wyższy poziom. Oczywiście warunkiem skorzystania z tych narzędzi oceny jest szczerość, uczciwość względem siebie i poczucie realizmu. Osoby przekonane, że robią doskonałe zdjęcia, a tylko cały świat się na ich geniuszu jeszcze nie poznał, nie skorzystają z tej książki.
To jest zresztą zasadniczy warunek pożytku z lektury - trzeba być niezadowolonym z siebie, szukać nowych dróg, zauważać własne słabości - nawet jeśli nie potrafi się ich nazwać i sprecyzować. Dopóki nie dorośniemy do tego, żeby przyznać, że nie umiemy, nie potrafimy, nie jesteśmy zadowoleni - lektura Barra będzie stratą czasu.
Bez zbędnej filozofii
Co istotne, porady Barra są tak konkretne, jak tylko mogą być przy tak nietechnicznych problemach. Nie ma tutaj metafizyki, filozofii ani fotograficznego new age. Owszem, radzić sobie z kryzysem czy oceniać swój poziom rozwoju estetycznego trudno ze schematem blokowym w ręce - to nie ten rodzaj problemów, ale sugestie Barra co do metod radzenia sobie z kłopotami twórczymi są użyteczne i dają się stosować w praktyce. Także porady kompozycyjne to nie zbiór prostych trików, ale nauka tworzenia estetyki obrazu przez dobór umieszczanych w kadrze elementów, ich eliminację i różną aranżację.
Kwestie sprzętowe
Od pewnego czasu praktycznie każda książka o fotografii zawiera poradnik sprzętowy. W wielu przypadkach ta część sprawia wrażenie wymuszonej na autorze przez wydawcę, któremu się wydaje, że tak trzeba. A biedny autor posłusznie pisze przegląd rynku, o którym ma blade pojęcie, bo on tylko robi świetne portrety albo jest doskonałym pejzażystą, ale sprzętu używa tego samego od lat, nowinek nie śledzi, to i przymuszony - kopiuje marketingowe ogólniki i entuzjazm reklam.
Barr albo miał szczęście do wydawcy, albo wykazał się asertywnością. Owszem, i on napisał parę stron o sprzęcie, ale jakich stron! „Zawiść o sprzęt” (s.158) to autoironiczna relacja z tego, jak sam autor przez lata zmieniał aparaty i formaty: od małego obrazka, przez średni format do wielkiego formatu, a później... z powrotem. I tak kilka razy. Oczywiście w pogoni za „lepszymi zdjęciami”. Morał z tej wędrówki: „gdybyśmy poświęcili na fotografowanie tyle czasu, ile poświęcamy na oglądanie nowego, udoskonalonego sprzętu... […] bylibyśmy o wiele lepszymi fotografami”. Amen.
Gniazdo kuliste i inne cuda
Do druku nie można mieć zastrzeżeń. Jakość zdjęć jest bardzo dobra (choć jeśli ktoś liczy na zobaczenie atutów średniego i wielkiego formatu, z jakich korzysta autor - to nie uda mu się to przy taki małym formacie książki). Gorzej z jakością użytego kleju - nawet bez wyginania i rozpłaszczania przy czytaniu klej puszcza i kartki latają luzem. I nie jest to problem tylko mojego egzemplarza. Nieco to dziwne, bo nie było takich problemów z innymi klejonymi książkami wydawnictwa Helion.
Mocną stroną tej pozycji nie jest, niestety, tłumaczenie. Kuleje zarówno polszczyzna, jak i znajomość przez tłumacza fotograficznych terminów fachowych. Ja dłuższą chwilę zastanawiałem się, co to takiego owo „gniazdo kuliste”, które autor wspomina przy okazji statywów (s. 215). W końcu drogą eliminacji możliwości wyszło mi, że chodziło o głowicę kulową. Podejrzewam też, że w zdaniu: „używam statywu Gitzo 1348 z poziomicą Manfrotto na szczycie kolumny” (też s. 215) owa poziomica również jest głowicą, choć nie wykluczam, że chodziło o podstawę poziomującą MN 438, na której dopiero montuje się właściwą głowicę.
Tylko dla wątpiących
Autor pisze przyjemnie (na ile pozwala to ocenić średnio zręczne tłumaczenie), z lekką nutą ironii, ale książka jest dość trudna, podobnie jak nieoczywiste i dojrzałe są zdjęcia autora. Pozwala uzmysłowić sobie własne błędy - co rzadko bywa przyjemne, ale zawsze pożyteczne. Jednak początkujący i osoby walczące przede wszystkim z kwestiami technicznymi niewiele skorzystają z lektury, która z ich punktu widzenia dotyczy spraw czysto abstrakcyjnych. Książka dla fotografów, którzy dawno za sobą mają kwestie związane z techniką, a dorośli do kryzysu twórczego. Barr pomaga znaleźć drogę do fotografii wykraczających poza chwytanie chwil i powtarzanie klisz. Początkujący ich nie zrozumie, ale dla fotografa na pewnym etapie rozwoju będą bezcennymi wskazówkami. Wszystko subiektywne, osobiste i autorskie. Polecam wątpiącym i poszukującym. -
Peru i Boliwia. U podnóża Andów. Wydanie 1
"Peru i Boliwia", to drugi, po zrecenzowanej przed paroma dniami przeze mnie "Tajlandii", świetny przewodnik wydawnictwa "Bezdroża" inaugurujący jego działalność edytorską w 2010 roku. Najobszerniejszy i najdokładniejszy z dotychczas wydanych w języku polskim po tych krajach. Niemiecki autor, także m. in. pracy dyplomowej z dziedziny socjoekonomii andyjskiej wyżyny Peru - znawca tego regionu Ameryki Południowej i zafascynowany nim podróżnik, przedstawia w nim masę informacji o tych dwu państwach, ich przeszłości i współczesności.
"Peru i Boliwia", to drugi, po zrecenzowanej przed paroma dniami przeze mnie "Tajlandii", świetny przewodnik wydawnictwa "Bezdroża" inaugurujący jego działalność edytorską w 2010 roku. Najobszerniejszy i najdokładniejszy z dotychczas wydanych w języku polskim po tych krajach. Niemiecki autor, także m. in. pracy dyplomowej z dziedziny socjoekonomii andyjskiej wyżyny Peru - znawca tego regionu Ameryki Południowej i zafascynowany nim podróżnik, przedstawia w nim masę informacji o tych dwu państwach, ich przeszłości i współczesności, miejscach wartych zobaczenia, jak również rad jak poznawać je w sposób racjonalny i bezpieczny.
Jest to przewodnik szczególnie cenny dla ludzi zamierzających poznawać ten region Ameryki Południowej na własną rękę. Powinni jednak zapoznać się z nim również uczestnicy wyjazdów zorganizowanych. Znajdą tam bowiem niezliczone informacje rozszerzające wiedzę o tych krajach, ich społeczeństwach, regionach, miejscowościach, zabytkach, parkach narodowych, wspaniałej przyrodzie itd. Jak również wszyscy zainteresowani tym, tak szalenie ciekawym i przebogatym w zabytki oraz ciekawe miejsca zakątku świata.
Peru i Boliwia nie po raz pierwszy - dotyczy to również przewodników zagranicznych - omawiane są łącznie. Wynika to z ich przeszłości, m.in. przynależności do imperium Inków, a później jednego obszaru kolonialnego, ale również położenia na tym samym obszarze andyjskim oraz z łączącym je jeziorem Titicaca. Co powoduje, że będąc w jednym z tych krajów zwiedza się przynajmniej niektóre miejsca w sąsiednim. I chociaż objętość tego przewodnika sugerowałaby raczej podzielenie go na dwie części, jest to w tym przypadku niemożliwe, przynajmniej w sposób mechaniczny.
Zarówno rozdział Informacje praktyczne jak i Informacje krajoznawcze, oprócz tego, co zazwyczaj znajduje się na ten temat w przewodnikach, zawierają - i to w obszernym zakresie, wiele cennych rad dla osób wybierających się w tamte strony. Np. aby zabierać ze sobą uwierzytelnione kopie paszportów, duplikaty ( a nie kserokopie ! ) międzynarodowych książeczek szczepień m.in. na żółtą febrę. Kopiować bilety lotnicze i w oddzielnym miejscu zapisywać ich numery.
Bardzo ostrożnie korzystać z kart płatniczych itp. Przyszły podróżnik znajduje również informacje o zabezpieczeniu medycznym, zagrożeniu chorobą wysokościową, a także niespodziankami ze strony przestępców - także fałszywych policjantów. Sztuczkach stosowanych przez kieszonkowców odwracających uwagę okradanych. Rady jak wybierać pokoje w hotelach, miejsca w środkach lokomocji - i których. Wskazówki na temat zachowań w różnych sytuacjach itp.
Obszernie oraz ciekawie przedstawione zostały oba kraje, ich społeczeństwa, przyroda, dzieje, gospodarka, języki, religie, kultura i sztuka oraz kuchnia. Chociaż nie bez, niekiedy, potknięć czy przesady. Trudno bowiem bezkrytycznie przyjąć np. stwierdzenie autora, że "To co Inkowie ( niczego im nie ujmując ) osiągnęli w sztuce budowlanej nie ma sobie równych". Czy "W 1513 r.przekroczono wówczas ( podboje Pizarra ) kanał Panamski.", gdy dotyczyło to Przesmyku Panamskiego, bo kanał oddany został do użytku w ponad 400 lat później.
Najobszerniejszy ( 566 stron ! ) rozdział Zwiedzanie Peru prezentuje chyba wszystko, co w tym kraju warto zobaczyć. Od stołecznej Limy i jej okolic - po propozycje 11 tras zwiedzania, aż po Boliwię. Oraz co i gdzie, a przeważnie również za ile - warto na nich zobaczyć. Z dokładnymi informacjami na temat nie tylko środków transportu, ale i firm transportowych. Wariantami alternatywnymi.
Obszernymi informacjami o możliwościach noclegowych - z nazwami hoteli, hosteli, pensjonatów itp. Ich adresami, telefonami, adresami i stronami internetowymi - jeżeli je posiadają, cenami, charakterystyką. Podobnie na temat wyżywienia, zakupów, aktywnego wypoczynku, rozrywki itp. Z mapkami oraz planami większych miejscowości.
Autor przypomina pełne nazwy miast świadczące o fantazji ich hiszpańskich założycieli, często na dawnych inkaskich miejscowościach i budowlach. Najbardziej spodobała mi się pierwotna, pełna nazwa Arequipy: "Villa de Nuestra Senora de la Asunción del Valle Hermoso de Arequipa". Czyli Miasto naszej Panny Wniebowziętej z pięknej doliny Arequipy.
Ze znanych mi miejsc autor pominął tylko parę nad Amazonką między Iquitos i przygranicznym z Brazylią i Kolumbią Santa Rosa. A jak się już płynie tą największą rzeką świata, warto zatrzymać się i zobaczyć miasteczko San Pablo. Jak również pobliską osadę Pevas, w której znany malarz i grafik Francisco Grippa, mówiący o sobie, że jest włoskim Żydem urodzonym w USA i osiadłym w Peru, malujący przyrodę i mity Amazonii, wybudował swój "La Casa del Arte" - Dom Sztuki.
Czy, również w tym regionie, odwiedzić kolonię trędowatych aby poznać ich życie. Nie znalazłem również informacji o charakterystycznym, ogromnym pomniku kochającej się pary w Parco d′Amore w dzielnicy Miraflores Limy, na wysokiej skarpie nad Pacyfikiem.
225 stronicowy rozdział Zwiedzanie Boliwii zawiera informacje i propozycje poznawania La Paz, najważniejszego miasta kraju. Niestety błędnie ( w jego opisie informacja jest prawidłowa ) nazywanego stolicą, którą w rzeczywistości jest 220 tysięczne Sucre. A także wielką trasę objazdową po kraju i 5 innych, niektóre z wariantami. W przypadku La Paz nieścisłych informacji o nim jest więcej.
Na str. 669 można przeczytać m.in.: "Umiejscowione na wysokości 3600 m n.p.m. jest najwyżej położoną stolicą na świecie". W rzeczywistości taką jest stolica Tybetu - Lhasa. Przy czym La Paz leży na wysokościach od 3100 do 4100 m. n.p.m. w głębokiej kotlinie, do której - o czym brak chociażby wzmianki, wjeżdża się, np. od strony lotniska, z góry.
Ale obok tych drobnych nieścisłości rozdział zawiera setki rzetelnych informacji zarówno o La Paz i jego okolicach, jak i innych miejscowościach, zabytkach, miejscach wartych zobaczenia. M.in. o parkach narodowych, wyprawach do dżungli, propozycje wędrówek górskich itp. W przewodniku - to chyba zasługa wydawnictwa - znalazły się także informacje o Polakach zasłużonych dla Peru i Boliwii.
Nie tylko o Erneście Malinowskim, powszechnie znanym budowniczym słynnej kolei transandyjskiej, która na najbardziej stromym, 158 km długości odcinku trasy pokonuje różnicę poziomów od 150 do 4781 m n.p.m., ze 1100 zakrętami i zakolami, 158 mostami i 69 tunelami. Ale również o Ryszardzie Jaksa - Małachowskim, który przebudował Stare Miasto w Limie, założycielu w tym mieście politechniki Edwardzie Habichu, czy - w przypadku Boliwii - Józefie Jackowskim, geologu - badaczu złóż andyjskich i. zwyczajów ludów Keczua, założycielu szkoły górniczej w najwyżej ( 4.065 m n.p.m. położonym mieście świata - Potosi.
Tym bardziej zaskakuje więc nie tylko brak wzmianki o polskich odkrywcach ( w 1981 roku ) dla turystyki sławnego Kanionu Colca w Peru, krakowskich studentach - uczestnikach Akademickiej Wyprawy Kajakowej "Canoandes ′79", ale przedstawienie w przewodniku wręcz fałszywej historii poznawania tego, najgłębszego na kuli ziemskiej, kanionu. To, co opisane zostało w ramce na str. 412 "Historia kanionu Colca", to w części dotyczącej jego odkrycia i przepłynięcia jest jakąś bzdurą. Być może Hiszpan Arias był w 1978 roku w tym kanionie i przepłynął fragment rzeki Colca, ale na pewno nie przez ten kanion.
Prawdziwa historia tego odkrycia jest powszechnie znana z doniesień peruwiańskich i polskich - chociaż tych drugich z opóźnieniem - mediów oraz relacji jej uczestników. W tym z książki Jerzego Majcherczyka ( ze wstępem Elżbiety Dzikowskiej ) "Zdobycie Rio Colca", Wydawnictwo Pracownia AA s.c. w Krakowie, wyd. II 2001. O tym kto naprawdę odkrył Kanion Colca świadczą również nadane i zatwierdzone przez władze peruwiańskie nazwy jego fragmentów: Canon de los Polacos, Cascadas de Juan Pablo II.
Czy ulice okolicznych miejscowości: Huambo, Cabanaconde i Chivay które na cześć odkrywców nazwano Avenida de los Polacos lub Avenida Polonia. O dowodach najwyższego uznania dla odkrywców ze strony władz nie wspominając. Jest dla mnie zdumiewające i niepojęte, jak autor, a zwłaszcza ( krakowski !!! ) wydawca mogą nie wiedzieć, kto jako pierwszy, z dramatycznymi przygodami, przepłynął pontonem i kajakami ten sławny peruwiański kanion odkrywając go dla turystyki!
Dodam, że nie odpowiada prawdzie również podpis na zdjęciu na kolorowej wkładce między stronami 288 i 289. To nie jest kanion rzeki Colca, lecz fragment niezwykle malowniczej doliny, przez którą przejeżdża się w drodze do tego kanionu! Byłem tam, i również fotografowałem nie tylko to miejsce. To stanowi dla mnie największy błąd w tym przewodniku.
Są również inne, a także nieścisłości, pominięcia czy co najmniej dyskusyjne opinie. Nie wspominając już o denerwującym używaniu nazw miejscowości lub imion i nazwisk zawsze w mianowniku, wbrew zasadom języka polskiego. W rodzaju "podróż do Juliaca" ( czy Arequipa ) zamiast do Juliaki i Arequipy. To tak, jak gdyby napisać byłem w Paryż czy jadę do Rzym! Lub "założone ( Huánuco ) przez Gomez ( zamiast Gomeza ) de Alvarado."
Natrafiłem też na parę kiksów językowych ( o literówkach nie wspominając - m.in. "Kanał z Aspachaca o długości 23 m " - chyba km , lub miejscowość Tequile zamiast prawidłowo Taquile), np. "Nie ma co liczyć, że ( handlarze waluty ) mają lepszych kursów" ( str. 38 ), czy "Liczba zaludnienia" - zamiast mieszkańców ( str. 486 ). Trafia się błędne tłumaczenie nazw i ich skróty. Np. w języku polskim Międzynarodowy Fundusz Walutowy ma skrót MFW, a nie "IWF". Museo Postal y Filatelico del Perú w Limie, to nie Muzeum Znaczków Pocztowych, lecz Muzeum Poczty i Filatelistyki - a to ogromna różnica. Zaś zbierają się w nim w niedziele przede wszystkim fani filatelistyki, a nie numizmatyki.
Są też informacje budzące pytania i wątpliwości. Np. na str. 581 czytamy: "Ten ( wodospad Catarata Gocta ) mający 771 m n.p.m. najwyższy wodospad w Peru i trzeci co do wielkości na świecie został odkryty w 2002 r.". Nie wiadomo, czy wodospad ma taką wysokość, czy też położony jest na niej. A także co autor rozumie pod pojęciem wielkości. Bo jeżeli masy spadających wód, to ten na pewno nie należy do światowej czołówki. Zwłaszcza, że dalej pisze: "W porze suchej u podnóża wodospadu można się kąpać."
Jest w przewodniku trochę stwierdzeń i ocen moim zdaniem dyskusyjnych. O niektórych już wspomniałem. Dodam jeszcze, jedno. Zdaniem autora, Cusco było tak samo potężne jak starożytny Rzym i bogatsze od niego. Chociaż - dodam - dopiero tam, chociaż również w innych miejscowościach, lub oglądając zbiory Museo de Oro - Złota w kolumbijskiej Bogocie czy stolicy Peru - Limie oraz kolekcje ceramiki lub zachowane fragmenty ruin wspaniałych budowli, można uzmysłowić sobie, jak straszliwych, nieodwracalnych zniszczeń inkaskiej i w ogóle prekolumbijskiej architektury, dzieł sztuki i rękodzieła artystycznego - zwłaszcza wyrobów ze złota i srebra, które dziś należałyby do najcenniejszych skarbów kulturalnego dziedzictwa ludzkości, dokonali hiszpańscy najeźdźcy i kler katolicki.
Trafiają się sprzeczne informacje. Np. na str. 629 można przeczytać, zgodnie z prawdą, że słynny "Casa de Fierro" ( Żelazny Dom ) w Iquitos został skonstruowany przez inż. Eiffel′a na światową wystawę w Paryżu ( w 1896 roku - stał tam niedaleko od sławnej obecnie wieży ), a następnie ( kupiony przez "kauczukowego barona"), został rozmontowany i przewieziony statkiem przez Atlantyk i 3700 km Amazonką do ówczesnej światowej stolicy kauczuku, gdzie stoi do dziś. Ale z ramki na str. 626, można się tylko dowiedzieć, że został on zaprojektowany przez francuskiego architekta, a wzniesiony w 1897 r. przez Baca Diaz i Anzelmo de Aguila.
Parę słów poświęcę jeszcze sławnemu, odkrytemu w 1987 roku, skarbowi Władcy ( lub Pana ) Sipán. Uważanemu wówczas za największe odkrycie tego rodzaju na świecie od czasu grobowca Tutenchamona w Egipcie. A, moim zdaniem, trochę niedocenionego przez autora przewodnika. I tylko częściowo tłumaczy go zawarta w przewodniku informacja, że w 2001 roku w Chan Chan, 5 km od trzeciego pod względem wielkości miasta Peru - Trujillo, w piramidzie Dos Cabezas odkryto jeszcze bogatsze skarby. O ile wiem, jeszcze publicznie nie prezentowane.
Zdaniem autora, z którym nie mogę się zgodzić, jeżeli z braku czasu trzeba w Limie wybierać między zobaczeniem Museo de la Nación, gdzie znajduje się m.in. ekspozycja znakomitych kopii tego grobowca Władcy Sipán i skarbów z niego, a Museo Nacional de Arqueologia, Antropologia y Historia, to zaleca on to drugie. Bo, moim zdaniem, zobaczyć trzeba, oczywiście, oba!. O skarbach Władcy Sipán autor przewodnika oczywiście napisał, chociaż, moim zdaniem bez docenienia ich rangi.
A nawet o wystawie tych skarbów w Bonn w 2000/2001 roku. Widocznie nie wiedząc, że wcześniej pokazane zostały one w Warszawie! A było to tak. Gdy, chyba jako pierwszy w Polsce, opisałem ( w czerwcu 1998 ) te wspaniałe skarby po ich obejrzeniu - była to inauguracyjna ekspozycja dostępna szerszej publiczności - w Museo de la Nación w Limie, postawiłem na zakończenie pytanie: czy i kiedy zobaczymy te skarby w Polsce.
Wkrótce otrzymałem z Ambasady Peru w Warszawie list z informacją, że skoro jest zainteresowanie tym odkryciem, to grobowiec Władcy Sipán i wydobyte z niego skarby zostaną pokazane w Warszawie. I rzeczywiście, chyba jesienią 1999, ich świetne kopie wystawiono w Muzeum Etnograficznym. O ile wiem, oryginały nigdy nie opuściły Peru, a od 2002 roku znajdują się w specjalnie dla nich zbudowanym Museo Tumbas Reales de Sipán w Lambayeque, w pobliżu miejsca ich odkrycia. I także w Bonn pokazano tylko kopie.
Ma ten przewodnik również inne wady. Za najpoważniejszą uważam brak porządnego indeksu. Zamieszczony na końcu, zawierający na 2,5 stronach nieco ponad 160 nazw miejscowości - na setki opisanych, nie mówiąc już o poszczególnych zabytkach i innych ciekawych miejscach, jest nieporozumieniem! Brak w nim nawet tak sławnego miejsca jak Kanion Colca! Nie ma również spisu informacji w ramkach, zaś Spis schematów, planów i map sporządzono w kolejności stron, na których je zamieszczono, nie zaś ułatwiającym ich odszukanie porządku alfabetycznym.
Te krytyczne uwagi oraz wytknięcie paru ewidentnych błędów i niedociągnięć łatwych do poprawienia w następnych wydaniach, nie zmieniają mojej bardzo wysokiej oceny tego przewodnika. Zwłaszcza, że jest w nim również 30 - z okładkowymi - barwnych i niezłych zdjęc oraz liczne, wspomniane już, obszerne informacje monotematyczne w ramkach włamanych w tekst. M.in. "Andyjskie wielbłądowate" ( Guanako. Lamy, wigonie, alpaki ); "Park Narodowy Manu" - jeden z największych terenów dżungli pierwotnej w świecie; "Mosty Inków"; "Jezioro Titicaca", "Legendy Inków" czy "Kondor, król Andów".
Gorąco polecam więc ten przewodnik zarówno tym, którzy już znają trochę Peru i Boliwię, jak i większości polskich turystów, którzy te, najciekawsze moim zdaniem, kraje Ameryki Południowej, powinni dopiero poznać.
- 1
- ...
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























