Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "55" [6]
-
Zdjęcia cyfrowe w oświetleniu zastanym. Fascynując historia od Available Light do HDR. Poradnik dla fotoamatorów
Przyznaję, że czuję się bardzo niekomfortowo, podejmując dyskusję z Andrzejem A. Mroczkiem – autorem podręczników fotograficznych, którego cenię zarówno za wiedzę, jak i za talent popularyzatorski. Uprzedzę też od razu, że „Zdjęcia cyfrowe w oświetleniu zastanym” uważam za książkę w znacznej części ciekawą i wartościową, ale w pewnych aspektach mocno dyskusyjną. I na tych spornych kwestiach skupię się w recenzji, aby czytelnicy książki mogli – jeśli uznają moje racje – ominąć treści wątpliwe, a skorzystać z tego, co w książce Andrzeja Mroczka przydatne i interesujące.
Flesz jest be
Zastrzeżeń do „Zdjęć cyfrowych w świetle zastanym” mam kilka, o różnym ciężarze gatunkowym. Zacznę od rzeczy najpoważniejszej – generalnego założenia, które legło u podstaw powstania książki, a które autor wyraża kilkukrotnie na jej łamach, np. zaraz na początku: „po co oślepiać kogoś błyskiem, jeśli bez błyskania […] można zrobić fotografie nie tylko pozbawione widocznych błędów, ale znacznie bardziej fascynujące” (s.28). W skrócie: nieużywanie lampy błyskowej daje lepsze, atrakcyjniejsze efekty niż jej użycie. Nawet użycie umiejętne, nawet przy zastosowaniu błysku odbitego czy lampy zdjętej z aparatu – bo do tych zaawansowanych technik autor się również odnosi.
Tymczasem to nieprawda, bo nie uwzględnia jednej istotnej zalety umiejętnego użycia flesza – pozwala on kształtować światło. W zasadzie autor jest świadomy tej zalety flesza – ale tę świadomość wyraża w jednym jedynym zdaniu w całej książce, pomijając wynikające z tego zdania konsekwencje. Zdanie to brzmi: „Kolejną zaletą lamp studyjnych jest […] możliwość dowolnego kształtowania strumienia światła” (s.25). No właśnie – flesz pozwala dodać światło tam, gdzie go brakuje, w taki sposób, w jaki chce sprawny fotograf. Lampa może dać światło ostre, ale także miękkie i rozproszone, świecić w linii obiektywu, ale również wprowadzić do sceny brakujące oświetlenie kierunkowe. Andrzej Mroczek z pewnością wie o tym wszystkim, ale... z tym dyskutuje. A konkretnie dyskutuje z Joe'm McNallym. Najpierw jednak przegrywa... sam ze sobą, prezentując dla porównania dwa portrety, w tym jedyne w tej książce wykonane z użyciem lampy (s.22). Ma to wykazać, że zdjęcie wyłącznie w oświetleniu zastanym jest lepsze, ale nie bardzo to widać. Na portrecie bez lampy obaj chłopcy mają twarze w cieniu, podczas gdy zdjęcie z lampą odbitą od sufitu dało ładne, plastyczne oświetlenie skierowanej w górę połowy twarzy leżącego chłopca.
Spór z McNallym
Polski fotograf dyskutuje z amerykańskim specjalistą od lamp błyskowych całkiem wprost, odwołując się w swojej książce zarówno do „Uchwycić moment”, jak i „Z pamiętnika lampy błyskowej”. Jakie padają argumenty? Nieco demagogiczne, jak ten, że fotografie McNally'ego „wykonane zostały z wykorzystaniem kosztownego i ciężkiego wyposażenia” (s.28). Owszem, McNally lubi epatować „drzewkiem zagłady”, ale przecież jedna trzecia „Z pamiętnika...” to część zatytułowania „Jedna lampa” – i mnóstwo przykładów, jak wiele można osiągnąć stosując tylko jeden flesz. Ani to ciężkie, ani specjalnie kosztowne.
Co proponuje polski autor zamiast? Dwie metody: wysokie ISO lub – na wysokokontrastowe sytuacje – bracketing ekspozycji, składany później w HDR-a. I jako dowód wyższości swojej techniki nad użyciem fleszy proponuje ciekawy trójstronny pojedynek: portret przy świecy. Punktem odniesienia jest zdjęcie ze s. 108 „Uchwycić moment”, a trzecią stroną pojedynku jest malarz Godfried Corneliusz i jego obraz „Dziewczyna ze świecą” (do obejrzenia tutaj). Malarz kompresuje kontrast za pomocą farb i pędzla, McNally go wyrównuje fleszem, a polski autor proponuje kilka różnych ekspozycji i łączenie ich w HDR. Zwycięzcą tego pojedynku jest... malarz. Drugie miejsce zajmuje moim zdaniem bezdyskusyjnie NcNally. Dlaczego bezdyskusyjnie? Bo Andrzej Mroczek nie osiągnął celu, który sam sobie wyznaczył – nie pokazał portretu przy świecy. Wykonał serię zdjęć o czasach od 1/500 do 8 sekund i z tego skleił zdjęcie... świecy. Owszem, świeca ładna, ale gdzie jest portret oświetlonej nim osoby? Co więcej, gdzie jest blask od świecy? Widzimy ładnie zarejestrowany płomień, ale nic więcej. 8 sekund naświetlania i mamy tylko płomień? A gdzie oświetlona nim postać? Jak długo trzeba by wówczas naświetlać zdjęcie? Jak wtedy uzyskać brak poruszenia postaci? Na te wszystkie pytania nie otrzymujemy odpowiedzi. A McNally swoją metodą zrobił portret grupie dziewczynek...
Analiza niedługiego w końcu fragmentu może wydawać się przydługa, ale służy ona uświadomieniu poważnej luki w metodzie promowanej przez Andrzeja Mroczka. Jeśli, jak zachęca autor książki, zrezygnujemy z użycia lampy błyskowej, to po prostu tracimy część możliwości fotograficznych, rezygnujemy z uzyskania pewnych kadrów czy atrakcyjnego wyglądu innych zdjęć. I nie zrekompensujemy tego wcale wysokim ISO ani HDR-ami.
Nieporozumienia
Mam do różnych fragmentów książki też nieco zastrzeżeń różnego kalibru. Cześć z nich to z pewnością efekt nieporozumień, niezrozumienia przez autora pewnych kwestii czy nieprecyzyjnego przetłumaczenia informacji obcojęzycznych.
Książka „Zdjęcia cyfrowe w świetle zastanym” jest jedynym znanym mi źródłem, które podaje, że głębia ostrości aparatu pełnoklatkowego jest... większa niż aparatu z matrycą APS-C. Właśnie – większa, a nie mniejsza! I żeby było ciekawiej – autor ma rację... na swój sposób. Bo zakłada, że porównujemy fotografowanie tym samym obiektywem, przy tej samej wartości przysłony, z tego samego miejsca i przy ostrości ustawionej na ten sam dystans. Owszem, wówczas głębia ostrości będzie większa w aparacie pełnoklatkowym, ale kadry będą zupełnie różne. Jest to więc prawda z góralskiego gatunku „tyż prowda” - formalnie zgodna z faktami, tyle że zupełnie nieprzydatna. Gdy zmienimy warunki na bliższe fotograficznej praktyki, czyli z tego samego miejsca, przy tej samej przysłonie i tym samym dystansie do celu chcemy mieć ten sam kąt widzenia (a więc różne ogniskowe – ale ten sam kadr), to oczywiście aparat pełnoklatkowy będzie miał płytszą głębię ostrości.
Do nieporozumień trzeba zaliczyć opinię, że ultrajasne obiektywy na APS-C nie są tak jasne, jak na pełnej klatce (s.94). To efekt niedokładnego przeczytania podanych przez DxO wyników pomiarów, z których wynika, że różne aparaty mają różnej wielkości straty światła z obiektywami f/1.4, ale nie ma jednoznacznej zależności między rozmiarem matrycy a tą stratą.
Nie jest prawdą to, co autor pisze na temat regulacji balansu bieli plików RAW: „Wszystkie te zmiany – matematyczne przeliczenia plików – powodują pewne uproszczenia, a więc i straty szczegółów obrazu. Można się tym nie przejmować, ale nie można tego kwestionować” (s.82). Przeliczanie następuje w tak dużej teoretycznej przestrzeni barw, że żadnych strat ani uproszczeń nie ma. Skoro jesteśmy przy balansie bieli: zalecenie, aby dla plików JPEG zawsze korzystać z automatycznego balansu bieli AWB (s.72) jest wręcz szkodliwe.
Zostawiam na boku różne pomyłki nie wpływające na wartość informacyjną książki – choć autor powinien się liczyć, że i te niezgodności będą mu wypominane. Na przykład nieprawdą jest, że pomiar skupiony został w przez Canona wprowadzony dopiero w modelach EOS 550D i 7D.
Irytujące drobiazgi
Marudzenie skończę na rzeczach drobnych, ale jednak irytujących. Pierwszą z takich drażniących cech książki jest jej podtytuł. Dlaczego „available light” a nie po prostu „światło zastane”? Nie mam pojęcia, a o pretensjonalność i uleganie modzie na anglicyzmy naprawdę autora nie podejrzewam. Gdyby to jeszcze było uzasadnione dwuznacznością anglojęzycznego terminu, jak w anegdocie u McNally'ego, gdzie fotograf zapytany, dlaczego mówi, że jest zwolennikiem światła zastanego, a znany jest z użycia flesza, odpowiada: „Any f..ing light that is available!” (czyli, w wolnym tłumaczeniu: „każde cholerne światło, które jest pod ręką”). Ale nie. W książce światło zastane to światło zastane – żadnych fleszy, lamp studyjnych, żadnego oświetlenia, które fotograf mógłby ustawić, zmodyfikować itp., a więc żadnych dwuznaczności terminologicznych.
Nie rozumiem też, co oznacza podawanie przy EXIF-ach zdjęć konsekwentnie AdobeRGB jako przestrzeni koloru, zwłaszcza że zawsze obok widnieje informacja, że zdjęcie zostało zapisane w RAW-ie. RAW nie ma przestrzeni AdobeRGB ani w ogóle nie ma żadnej przypisanej przestrzeni barw. To, co oglądamy w książce, to z całą pewnością nie AdobeRGB, tylko CMYK. Czy autor wywoływał zdjęcia do przestrzeni AdobeRGB albo je później w tej przestrzeni edytował? Możliwe. Tylko jakie to ma znaczenie dla każdego zaprezentowanego zdjęcia?
Przy całej fascynacji HDR-ami, autor nad nimi nie do końca panuje. Efekty sklejania ekspozycji przeważnie nie wyglądają tutaj naturalnie i to też działa przeciwko książce: promowanie tej metody nie jest tak przekonujące. Mam wrażenie, że Andrzej Mroczek zauważa ten problem. Stąd np. podpis do zdjęcia na s. 145: „Wiele zdjęć przetworzonych w programach HDR daje obrazy wywołujące ból zębów”. Trudno się nie zgodzić.
Łyżka miodu
Poza tymi usterkami książka zawiera mnóstwo przydatnych wiadomości. Wiem, że po długim punktowaniu błędów i usterek ta pochwała brzmi mało wiarygodnie, ale Andrzej Mroczek ma ogromną wiedzę fotograficzną. Wiedza ta pochodzi z czasów analogowych i jeśli tylko tematyka nie dotyczy technologii cyfrowych lub komputerowej obróbki, to możemy autorowi wierzyć. A takich uniwersalnych, pozatechnologicznych tematów jest w książce większość: kompozycja, fotografowanie architektury, dzieci przed obiektywem.
Mnie szczególnie przypadły do gustu dwa rozdziały: pyszna historia prawdziwych narodzin fotografowania przy świetle zastanym oraz rozdział o panoramach. Ten ostatni ilustrowany jest (brawa dla wydawcy!) rozwijanymi wkładkami, pozwalającymi obejrzeć niektóre z panoram na długości prawie metra!
Mam nadzieję, że następną książkę mój ulubiony polski autor będzie pisał nieco dłużej i nieco dokładniej, abym mógł ją z czystym sumieniem polecić – tak, jak polecałem poprzednie książki Andrzeja Mroczka. -
Grecja. Sztuka, bogowie i ludzie. Wydanie 1
Grecja, jedna z kolebek kultury europejskiej i światowej, należy do najpopularniejszych krajów urlopowych Polaków w regionie śródziemnomorskim. Oferuje bowiem zarówno znakomity wypoczynek na plażach aż 6 mórz - na kontynencie jak i setkach wysp i wysepek, ale także nieprzebrane skarby architektury i sztuki - zwłaszcza antycznej, bizantyjskiej i osmańskiej.
Ponadto ciekawe krajobrazy, przyrodę, a przede wszystkim życzliwych gościom mieszkańców. I ich zwyczaje, kulturę, kuchnię itp. Kraj ten przeżywa obecnie wielki kryzys gospodarczy, grożący mu bankructwem i zmuszający do nadzwyczajnych oszczędności oraz rezygnacji z wielu przywilejów socjalnych ludności. Co budzi protesty społeczeństwa i jest przyczyną zamieszek - zwłaszcza w stołecznych Atenach oraz strajków i niezadowolenia wyrażanego w innych formach. Co zniechęca cudzoziemców do przyjazdu. A turystyka jest przecież ważną dziedziną tamtejszej gospodarki. Na niektórych wyspach wręcz podstawową. Dobrze więc, że na progu letniego sezonu wydawnictwo Bezdroża dostarczyło czytelnikom - potencjalnym turystom aż dwa przewodniki po tym kraju. Udowadniające, jaki jest on piękny i ciekawy, wart zarówno poznania, jak i wypoczynku w nim. Jeden z tych przewodników omówię teraz, drugi w najbliższym czasie. „Grecja. Sztuka, bogowie i ludzie" jest przewodnikiem bardzo dobrym, kolejnym udanym w podstawowej serii krakowskiej oficyny. Napisanym ze znawstwem, zauważalną, jakże dla mnie zrozumiałą, fascynacją tym krajem. Z mnóstwem niezbędnych i przydatnych informacji, rad i sugestii. Wzbogaconym o ponad 40 barwnych zdjęć, mapek, planów oraz informacji dodatkowych. W tym wielu ciekawostek włamanych w tekst. Co nie znaczy, że jest wolny od pominięć, niekiedy istotnych faktów i informacji, czy drobnych potknięć. „Przewodnik „Grecja. Sztuka, bogowie i ludzie" pozwoli dokładnie zwiedzić kraj Homera i pewnie poruszać się nawet po jego najtrudniej dostępnych zakamarkach - zapewnia wydawnictwo na tylniej stronie jego okładki. W publikacji czytelnicy odnajdą wyczerpujące opisy zabytków, szczegółowe i sprawdzone informacje praktyczne, dokładne mapy i plany miast i stanowisk archeologicznych, a także obszerny rozdział krajoznawczy. Propozycje tras zwiedzania pozwolą dobrze zaplanować podróż, a minirozmówki polsko - greckie ułatwią kontakt z życzliwymi mieszkańcami Hellady.". I te obietnice spełnia. W rozdziale wstępnym „Zaproszenie do Grecji" autorzy proponują 8 atrakcyjnych tras: „Muśnięcie Attyki", „Gratka dla ornitologów", „Podziemne skarby Peloponezu", „Szlakiem igrzysk", „Szlakiem fortec Peloponezu", „Szlakiem wyroczni", „Skarby kultury bizantyjskiej" i „Szlakiem miłośników gór". Obejmują one niemal wszystko, co w tym kraju jest rzeczywiście najważniejsze. Niemal, gdyż brak mi w tych propozycjach Salonik, drugiego pod względem wielkości greckiego miasta, pełnego zabytków. A np. w Atenach zachęty do zwiedzenia jednego z najważniejszych tego typu muzeów nie tylko w Europie: Narodowego Muzeum Archeologicznego. Zamiast którego autorzy proponują inne. Też ciekawe, ale jednak nie aż tak - Benaki. No i trochę niezrozumiałe jest ograniczenie tych propozycji zwiedzania wyłącznie do kontynentu, z pominięciem wysp. Oczywiście w tekście przewodnika nie brak dokładnych informacji zarówno na ich temat, jak i tysięcy innych. Rozdział „Informacje praktyczne" zawiera chyba wszystko, co turyście jest potrzebne aby przygotować się do wyjazdu do Hellady, wybrać właściwy środek transportu oraz poruszać się na miejscu, znaleźć nocleg, wyżywienie itp. Podobnie „Informacje krajoznawcze" zawierające charakterystykę geograficzną kraju oraz informacje o jego, przyrodzie, dosyć obszernie przedstawionej historii, polityce i gospodarce, religii, języku i kulturze. Podstawowa - ponad 550 stron druku - część przewodnika prezentuje 5 jego regionów kontynentalnych: Ateny i Attykę, Peloponez, Tesalię i Grecję środkową, Epir i Grecję zachodnią oraz Macedonię i Trację. A także 7 regionów wyspiarskich: Kretę, Dodekanez, Cyklady, Północne Wyspy Egejskie, Eubeę i Sporady Północne, Wyspy Sarońskie oraz Wyspy Jońskie. W każdej z tych części przedstawione zostały najważniejsze - i sporo mniej ważnych - miejscowości, miejsc i obiektów. Z podkreśleniem tych, które przede wszystkim warto zobaczyć. W tym zabytków, muzeów i wykopalisk. Z dokładnymi informacjami o ich lokalizacji, dojeździe, godzinach otwarcia, cenach biletów - i zniżkach nie tylko dla młodzieży i studentów, ale również emerytów. Bądź dniach, w które wstęp jest bezpłatny. Na końcu zaś informacje praktyczne o placówkach Informacji Turystycznej, noclegach, wyżywieniu itp. Mocną stroną tego przewodnika są, wspomniane już informacje w ramkach. M.in. „Grecja na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO", „Tragedia antyczna", „Bitwa pod Maratonem", „Społeczeństwo starożytnej Sparty", „Bitwa pod Termopilami", „Dwie Macedonie", „Zamordowanie Filipa Macedońskiego", „Święta i wierzenia wyspiarzy", „Ikony i El Greco", „Minojczycy", „Kolos Rodyjski". „Czy Santorini to Atlantyda ?" i kilkadziesiąt innych. Na końcu przewodnika znalazły się: mini słowniczek polsko - grecki oraz mini rozmówki, słowniczek trudniejszych terminów z zakresu kultury i sztuki, obyczajów i kuchni - z uwzględnieniem osobno alkoholi. Zaś odszukanie tego, co aktualnie jest potrzebne, ułatwia Indeks nazw geograficznych i obiektów turystycznych. Wspomniałem o, nielicznych, pominięciach i potknięciach. Spore są np. różnice w oznaczeniach na mapach najważniejszych atrakcji kraju. Na zamieszczonej na wewnętrznych stronach przedniej okładki doliczyłem się ich 56, w tym ponad 20 na wyspach. Natomiast na str. 16 - 17 tylko 10, w tym zaledwie 2 na wyspach. W propozycji „Szlaku igrzysk" ( Ateny - Delfy - Nemea - Olimpia ) powinien, moim zdaniem, znaleźć się również odległy o 40 km od Aten Maraton. W którym nie odbywały się, co prawda, żadne igrzyska antyczne, ale długość trasy sławnego biegu żołnierza Filippidesa 12 września 490 roku p.n.e. z pola tej bitwy do Aten z wiadomością o zwycięstwie nad Persami, stała się jedną z ważnych dyscyplin nowożytnych Igrzysk Olimpijskich. W Atenach do najważniejszych miejsc dodałbym też wzgórze Likavitos, z którego - a nie z Akropolu - roztacza się najpiękniejszy widok na miasto. Skoro o greckiej stolicy mowa, to w przypadku metra w niej, warto sprostować, że większość linii nie jest, jak napisali autorzy, napowietrzna, lecz, oczywiście, naziemna. W opisie ciekawych obiektów i miejsc w Salonikach zabrakło mi informacji, że - w dosyć obszernie omówionym - tamtejszym Muzeum Archeologicznym jednym z najważniejszych eksponatów jest szkielet Filipa II Macedońskiego - ojca Aleksandra Wielkiego oraz tarcza, hełm, miecz i inne przedmioty wydobyte z jego grobowca. A także - i lokalizacji go na planie miasta - o znajdującym się w nim polsko - greckiego bohatera II wojny światowej, Jerzego Iwanowa - Szajnowicza i w ogóle o antyhitlerowskim ruchu oporu nie tylko w Salonikach. W ogóle historia Grecji XX wieku przedstawiona została, bardzo delikatnie to ujmując, nad wyraz skromnie. Są to jednak drobiazgi - dorzucę do nich jeszcze brak chociażby wzmianki w obszernej ( str. 32 - 34 ) informacji o greckich alkoholach i ich historii, o sławnym słodkim winie - muszkacie z Samos. Warto chyba uwzględnić te, a zapewne i inne, informacje w następnym wydaniu tego przewodnika. -
Portugalia. Od Lizbony po wybrzeże Algarve. Wydanie 1
W ślad za ubiegłorocznym, obszernym i znakomitym przewodnikiem po Portugalii ( "Portugalia. W rytmie fado" - jego recenzję, nadal do przeczytania, zamieściliśmy 25.7.2009 ) Wydawnictwo Bezdroża edytowało obecnie jego skróconą wersję. W popularnej, ładnie wydanej, bogato ilustrowanej i poręcznej serii "wakacyjnej": "Portugalia. Od Lizbony po wybrzeża Algarve". Obejmuje on tylko południową połowę tego kraju rozciągniętego nad Atlantykiem, na zachodnich krańcach Europy.
Poza nią pozostało więc sporo interesujących i bogatych w zabytki miejsc, przede wszystkim uniwersytecka Combra i Porto.
Nie mówiąc już o Maderze czy Wyspach Azorskich. A także m.in. 6 z 13 portugalskich obiektów wpisanych na Listę Dziedzictwa UNESCO. Ale i w opisywanej części Portugalii pominięto kilka ciekawych miejsc. M.in. rybackie miasteczko Nazare, które - zwróciłem na to uwagę już w recenzji poprzedniego, pełnego przewodnika - jakoś nie przypadło do gustu autorom.
Czy króciutko opisując sławny, najdalej wysunięty na zachód przylądek kontynentu europejskiego - Cabo da Roca, pomijając go zresztą w Indeksie wybranych nazw geograficznych. Całej Portugalii nie da się zresztą zobaczyć podczas jednej do niej, zwłaszcza krótkiej podróży. Tym więc turystom, którzy wybierają się tylko do stolicy kraju i w jej okolice, bądź na urlop nad oceanem, ten przewodnik na pewno wystarczy. Zwłaszcza, że jest również bardzo dobry.
"Niniejszy przewodnik - czytamy we wstępie - opisuje Lizbonę oraz jej bliższe i dalsze okolice, obejmując obszar od Fatimy na północy, po przepiękne plaże południowego wybrzeża kraju". Jak zawsze w tej serii przewodników do zwiedzania kraju zachęca rozdział Hity Portugalii. Prezentujący 15 pereł tamtejszej architektury. Szkoda, że nie znalazł się wśród nich również przepiękny, zabytkowy ( Convento do Cristo - Lista UNESCO, Stare Miasto, jedna z dwu najstarszych w kraju synagog ) Tomar, o którym autorzy piszą "niesłusznie pomijane miasteczko".
Zwrócenie na nie szczególnej uwagi pozwoliło by je spopularyzować, zwłaszcza, że położone jest w pobliżu Fatimy. Wśród "hitów" są również najciekawsze muzea, miejsca kultu religijnego i o ciekawej tradycji ludowej, tradycyjne święta, najciekawsze doroczne wydarzenia, oryginalne smakołyki, najpiękniejsze wyroby rzemieślnicze, ciekawe obiekty techniki oraz atrakcje przyrodnicze i plaże.
W Informacjach praktycznych znaleźć można odpowiedzi chyba na wszystkie pytania oraz rady potrzebne turystom. W Informacjach krajoznawczych sporo faktów na temat kraju, jego charakterystyki geograficznej, klimatu, flory i fauny, przeszłości - z kalendarium historycznym - i współczesności, architektury, muzyki itp.
Dla polskiego czytelnika ważne są też krótkie, zaledwie 4 stronicowe, ale ciekawe informacje o portugalskich polonikach: Polacy pod portugalską banderą, Zaskakujące relacje polsko - portugalskie, Polski zakon w Belsamao, Warneńczyk na Maderze i Nagrobek Warneńczyka w Quinta das Cruzes.
W części przewodnikowej przedstawiona została Lizbona z jej dziejami oraz najciekawszymi dzielnicami, miejscami i zabytkami, Okolice stolicy, a następnie regiony kraju: Estremadura i Ribatejo, Antelejo i Algarve . W nich zaś poszczególne miejscowości oraz warte zobaczenia miejsca i zabytki. Sporo ciekawych informacji monotematycznych znalazło się we włamanych w tekst na barwnym tle ramkach.
Np. Niebezpieczne drogie przystawki; Dania regionalne w Portugalii; Portugalskie wina; Lizbona gay-friendly; Portugalska literatura wydana w Polsce; Tsunami i trzęsienie ziemi w 1755 roku; Skarb Alfonsa de Albuquerque; "Święta" mniszka Paula i wiele innych. Poruszanie się po Portugalii ułatwia mini słowniczek polsko - portugalski.
Jest to więc bardzo udany, poręczny i - podkreślę to jeszcze raz - wydany starannie, z masą kolorowych zdjęć, planów miast, mapek, a przede wszystkim przydatnych turyście informacji, pozwalających dowiedzieć się wiele o tym kraju i miejscach w nim.
Mogę go więc polecić zarówno osobom wybierającym się do Portugalii, jak i zastanawiających się nad kolejnym celem ciekawej podróży. Bo na zachodni kraniec naszego kontynentu na pewno warto pojechać. Zarówno aby zobaczyć tam wysokiej klasy zabytki, muzea i inne ciekawe miejsca, jak i odpocząć na tamtejszych plażach. A przewodnik ten bardzo w tym pomoże. -
Kanada. Zielony Przewodnik Michelin. Wydanie 1
Obserwowaliśmy na ekranach telewizorów wyspę Vancouver, zimową stolicę Kanady, położoną pomiędzy Oceanem Spokojnym, górami Hollyburn, West i East Lion, Grouse Mountain, cieśniną Georgia a łańcuchem Cascade. Podczas XXI Zimowych Igrzysk Olimpijskich, które zakończą się 28 lutego, Vancouver udostępniło 120 km2 oraz dwie wioski olimpijskie gromadzące około 5500 uczestników z ponad 80 krajów świata. Uroczystość otwarcia i zamknięcia igrzysk ma miejsce w samym sercu miasta, na stadionie BC Place Stadium.
Ci, którzy zafascynowali się tegoroczną stolica szaleństw na śniegu i żałują, że nie udało się wziąć udziału w tym spektakularnym wydarzeniu, mogą już wkrótce na żywo obejrzeć X Zimowe Igrzyska Paraolimpijskie, które odbędą się w dniach 12-21 marca także w Vancouver. Trzeba się tylko pospieszyć!
Jednak Kanada nie tylko zimą urzeka. Warto już teraz pomyśleć i zaplanować letni bądź jesienny wypad do tego kraju "pachnącego żywicą", jak pisał Arkady Fiedler. Warto na zwiedzenie zarezerwować 3 tygodnie urlopu, aby wczuć się w piękno kanadyjskiej przyrody. Koniecznie trzeba zobaczyć parki na obrzeżach Gór Skalistych, rozlewiska Wielkich Jezior, lodowy Archipelag Arktyczny, dolinę Skeena, Wyspy Księcia Edwarda czy rozległe pola zbożowe w kształcie półksiężyca w Prowincjach Prerii. -
Tajlandia. Świątynie, pływające targi i rajskie plaże. Wydanie 1
Dla przybysza z Europy Tajlandia to kompletna egzotyka - począwszy od języka z jego pięcioma intonacjami, przez pismo, którego transkrypcja na alfabet łaciński jest niezwykle trudna, kalendarz liczony od śmierci Buddy (aktualnie jest rok 2553), obyczaje czy posiłki, wśród których znajdziemy nie tylko egzotyczne owoce, lecz także rozmaite insekty. Egzotyczna jest roślinność i architektura, trudny do zrozumienia system wierzeń i mitów. Zwiedzając Tajlandię z biurem podróży zwykle poznajemy kurorty - Pattayę, Phuket, Koh Samui i inne nadmorskie raje petne luksusowych hoteli, restauracji, nocnych klubów, prostytutek, atrakcji dla miłośników sportów wodnych i nurkowania, parków z egzotycznymi zwierzętami, pokazów tajskiego boksu i tańca z kobrą albo występów transwestytów. A wszystko to za relatywnie nieduże pieniądze. Turyści zwiedzają też najważniejsze świątynie w Bangkoku i Ayutthaya, mogą odwiedzić targ wodny i popłynąć lodziarni rzeką Kwai, znaną głównie z filmu Davida Leana. To jednak zaledwie posmak egzotyki. Wgłębić się w tajniki znacznie trudniej. Europejczycy rzadko podróżują na własną rękę, zwłaszcza, że poza regionami nadmorskimi infrastruktura turystyczna jest słabo rozwinięta, a bariera językowa i kulturowa ogromne.
Przewodnik Bezdroży przedstawia Tajlandię niezwykle solidnie i umożliwia poznawanie jej także bez biura podróży. Jest tu masa informacji praktycznych, są mapki, opisy map i zabytków wraz z informacjami w piśmie tajskim. Są wiadomości, ile co kosztuje i jak się zachować w niecodziennych dla cudzoziemca sytuacjach, a dobre informacje dojazdowe ułatwiają podróżowanie samochodem. Znakomity przewodnik, jedynym mankamentem jest skromna część poświęcona historii kraju i jego religii, ale rozumiem, ze w innym wypadku liczący blisko 800 stron bedeker musiałby być jeszcze mniej poręczny.
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























