Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "50" [70]
-
Tybet. Legenda i rzeczywistość. Wydanie 2
Marek Kalmus, autor „Tybet, legenda i rzeczywistość” był gościem Wydawnictwa Bezdroża podczas Targów Książki 2009. Napisaną przez niego książkę wydano już po raz trzeci, tak wielkim cieszy się powodzeniem wśród czytelników.
-To wydanie jest zaktualizowane pod kątem najnowszej sytuacji politycznej oraz poszerzone o indeks z glosariuszem – mówi Ewelina Wolna z Wydawnictwa Bezdroża. -Skoro jest zainteresowanie książką to należy ją udoskonalać, tym bardziej, że problem Tybetu jest wielu osobom bliski – dodaje. „Tybet, legenda i rzeczywistość” nie jest typową monografią. Wprawdzie piszę o historii Tybetu, o kraju jako takim od strony geograficznej, przyrodniczej, o różnych kwestiach związanych z buddyzmem tybetańskim, ale również zamieściłem wiele ciekawostek mniej znanych, jak np. o amuletach tybetańskich, medycynie tybetańskiej, trochę o systemie kalaczakry, o Szambali, mitycznej krainie. Jest to więc książka wieloaspektowa – opisuje Autor.
-Marzy mi się napisanie kolejnych książek, o sztuce tybetańskiej i jej korzeniach i znaczeniu. Tak naprawdę sztuka tybetańska to sztuka sakralna, ma ona wielopoziomowe znaczenia, to jest sztuka symboliczna, trudno zrozumiała z naszego zachodniego punktu widzenia, mająca czasami zupełnie bezsensowne interpretacje i konotacje. Poza tym jest niezwykle ciekawa, barwna, bujna, ma wiele zakorzenień w różnych rejonach sztuki: w sztuce starożytnych Indii, w sztuce greckobuddyjskiej, Azji centralnej, szlaku jedwabnego, troszkę wpływów chińskich. Od tej strony chciałbym to czytelnikom objaśnić – dodaje.
Drugim pomysłem Marka Kalmusa jest książka o tej części Tybetu, która jest od ok. 150 lat w Indiach. -Od wielu lat sporo tam jeździłem, są to przepiękne tereny, gdzie zachowało się bardzo dużo starych klasztorów, bo rewolucja kulturalna tam na szczęście nie zaistniała i tam jest żywy buddyzm tybetański cały czas. Jest to też kraina, gdzie dociera dużo turystów, w tym bardzo dużo Polaków, jest tam dużo taniej i łatwiej dojechać, niż do Tybetu chińskiego. – dodaje. Obserwując kolejki czytelników, które ustawiały się aby choć przez chwilę porozmawiać z Markiem Kalmusem nie ma wątpliwości, że każda kolejna Jego książka okazałaby się ważnym wydarzeniem. -
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2
Pomysł był zwariowany. Wybrać się w podróż dookoła świata motocyklem, nie mając tego pojazdu ani prawa jazdy. Nie mówiąc już o jakimkolwiek doświadczeniu w jeździe motorem. O tym wszystkim przeczytacie w znakomitej książce Tomasza Gorazdowskiego "126 dni na „kanapie". Motocyklem dookoła świata".
Co prawda nie bez przygód, także ekstremalnych, ale jednak z powodzeniem.I chociaż określenie tej podróży jako „dookoła świata" jest trochę naciągane, gdyż odbyła się ona się tylko przez 3 kontynenty. W żadnym miejscu nie przekroczyła równika, najbardziej zbliżając do niego w Singapurze. A większość trasy dookoła północnej półkuli zarówno pasażerowie jak i ich motory przeleciały samolotami. Co nie zmienia faktu, że jednak był to wyczyn.Relacjonowany w trakcie podróży, przeważnie na żywo, na falach Polskiego Radia i w internetowym blogu, a następnie opisany – od razu dodam, że świetnie – w książce wydanej przez krakowskie Bezdroża. Z licznymi – to jeszcze u nas nowość – odsyłaczami na strony internetowe tego wydawnictwa, otwierając które można znaleźć ciekawe filmy i zdjęcia znacznie rozszerzające obraz opisywanych miejsc, do których dotarli podróżnicy. Bo było ich dwu. Pomysłodawcy tej wyprawy udało się bowiem znaleźć i namówić do udziału w niej kolegę – radiowca.Następnie – szczegółów nie będę zdradzał, bo to naprawdę warto samemu przeczytać – szybko skończyć kurs i zdać egzamin na motocyklowe prawo jazdy, znaleźć sponsora – firmę z branży motorowej, bo Polskie Radio nie miało pieniędzy na takie fanaberie. No i zdobyć oraz przygotować odpowiedni sprzęt – także radiowy. Wybrać trasę, co w złożonej sytuacji politycznej zwłaszcza w południowo – wschodniej Azji nie było proste, bo zbyt ryzykowna mogła być np. planowana jazda przez Pakistan. I, oczywiście, załatwić wiele formalności, dokumentów, wiz itp.
Nie miała prawa się udać
Po to, aby autor mógł we wstępie do tej książki napisać: „Kiedy patrzę na naszą wyprawę z perspektywy kilku miesięcy, które minęły od jej zakończenia, coraz bardziej jestem przekonany, że ONA nie miała prawa się udać. A jednak, ta ułańska fantazja... Daliśmy radę! Dzięki determinacji, szczęściu i dobrym ludziom po drodze...". Zaś w ostatnim zdaniu: „Podobno – jak mówią Chińczycy – żaba na dnie studni nigdy nie zobaczy morskich fal. Trzeba się odważyć, trzeba sięgać dalej, wyżej, głębiej, by te fale zobaczyć. Ja je zobaczyłem". A o tym, co działo się od narodzenia idei takiej podróży do możliwości napisania tego ostatniego zdania, jest właśnie książkowa relacja z niej.
Dwaj podróżnicy – dziennikarze radiowej Trójki: Tomek ( tak się sam przedstawia ) Gorazdowski, autor książki i Michał Gąsiorowski spędzili 4 miesiące – dokładnie 126 dni, na siodełkach motocykli. Przejechali ponad 21 tys. km, odwiedzili 19 krajów. Podróżowali przez Europę, turecką Anatolię i Kapadocję, pustynny Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, tajlandzką dżunglę i malezyjskie herbaciane wzgórza. Przejechali w poprzek Indie i USA zmagając się m.in. z upałami i ulewnymi deszczami. Poznali setki ludzi, masę kultur, zabytków, obyczajów i kuchni. Przeżyli wiele, nie zawsze przyjemnych przygód.
Autor książki opisał to wszystko w sposób bardzo ciekawy, świetnym, żywym językiem, z humorem, a miejscami nawet autoironią. Sporo miejsca w tej relacji zajmują opisy samej jazdy, dróg i ruchu drogowego – z najbardziej niesamowitym w Indiach oraz w wielu wielkich, zatłoczonych miastach. Każdy, kto tam był, wie zresztą jak się tam podróżuje, a polskie drogi i ulice wydają się z tamtej perspektywy pustymi oazami spokoju. Nie brak też w książce kapitalnych ( nie dla uczestniczących w nich podróżników ! ) scen bezduszności i trzymania się, nawet absurdalnych przepisów, zwłaszcza przez granicznych, biurokratów.
Odprawa jak wieczność
Z których, obok irańskich i indyjskich, palma pierwszeństwa należy się bezsprzecznie amerykańskim. Odprawienie z Miami do Londynu motocykli samolotem zajęło bowiem... 9 dni. Tamtejszy celnik – geniusz ( autor określa go mniej elegancko ) na którego nie było mocnych, stwierdzając brak jednego papierka nie wydanego podróżnikom przy wjeździe do USA na lotnisku w San Francisko, uparł się, że powinni... wylecieć też z tego – odległego o 6,5 tys. km – miasta. Nie bez racji autor stwierdził więc, że sama jazda – mimo niekiedy bardzo trudnych warunków pogodowych i klimatycznych – była najłatwiejszą częścią całej wyprawy.
Mocną stroną książki są opisy krajów i miejscowości oraz spotkań z ludźmi i ich postaw, udzielanej przez nich pomocy – także w trudnych sytuacjach. Np. wypadku jednego z podróżników i uszkodzenia motocykla koło Persepolis w Iranie, co postawiło dalszą jazdę pod znakiem zapytania. Opisy te czytałem z tym większym zainteresowaniem, że większą część ich trasy od Warszawy do Singapuru znam z autopsji. Niektóre odcinki przejeżdżałem kilkakrotnie, chociaż nie motocyklem. Podobnie nie raz byłem w niektórych opisywanych miejscach.
Tym łatwiej więc docenić mi to, co napisał o nich autor. Za szczególnie udane i trafne uważam relacje z Kapadocji oglądanej z ziemi, podziemi i powietrza – z lotu balonem, Indii – zwłaszcza Agry i Tadż Mahal oraz Varanasi, Malezji oraz Singapuru. Znalazłem w nich sporo ciekawych informacji, w tym mało na ogół znanych, np. że słynne bliźniacze, połączone na 2/3 wysokości łącznikiem, wieże Petronas Tower w Kuala Lumpur zagłębione są 150 m w głąb ziemi. A słynny człowiek – pająk Alain Robert wszedł na sam szczyt iglicy jednej z nich, bez lin i żadnego zabezpieczenia. Chociaż dopiero za trzecim podejściem, gdyż podczas pierwszych dwu był „zdejmowany" przed osiągnięciem celu przez ochronę gmachu.
W kilku miejscach lektury poczułem jednak niedosyt natrafiając na nieścisłości, czy niedostatek informacji. W opisie słynnego meczetu Selimiye w Edirne, w Turcji kontynentalnej, zabrakło mi informacji, że jest to jedna z około 300 budowli wzniesionych według projektu jednego z najgenialniejszych architektów epoki, Mirmara Sinana ( ok. 1490 – 1588 ). W relacji z najsłynniejszego hotelu w Singapurze – Raffles, autor nie wspomniał ( czyżby o tym nie wiedział ?), że mieszkał w nim i pisał nasz rodak, chociaż pisarz angielski, Józef Conrad – Korzeniowski. I jest w nim niewielkie poświęcone mu muzeum.
Opisując baśniowy, nowy Biały Meczet w Abu Zabi – stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, autora trochę poniosła fantazja, gdy pisał o „dziedzińcu z tysiącem kolumn". W odróżnieniu od niego, widziałem i obfotografowałem ze wszystkich stron z detalami nie tylko ten dziedziniec ( gdy nasi motocykliści przyjechali tam, meczet był niedostępny ze względu na modły ), ale również wnętrza i detale tego meczetu. I zapewniam, że brakuje w nim baaardzo wiele do tysiąca kolumn. Co nie zmienia faktu, że jest to jedna z najpiękniejszych współczesnych budowli sakralnych islamu, tylko z niewielką przesadą porównywana z najwspanialszym mauzoleum świata – Tadż Mahal w Indiach.
Życie „lokalesów"
To tyle przykładowo, dla ścisłości. Trochę drażniło mnie określanie hoteli i innych budynków jako „klimatyczne". Bo klimatyczne to mogą być uzdrowiska lub miejscowości. Zaś budowle i pomieszczenia tylko klimatyzowane lub z klimatyzacją. Za mało eleganckie, gdyż może zostać odebrane jako dowód wyższości i lekceważenia, uważam określanie miejscowej ludności jako „lokalesów". Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi. Ciekawe są natomiast włamane w tekst w ramkach, w formie jak gdyby kart wyrwanych ze starych dokumentów, informacje monotematyczne. Np. „Turecka kuchnia", „Psy okiem motocyklisty", „Nadawanie ( relacji radiowych ) z przygodami", „Amerykańskie drogi" i wiele innych.
Wspomniałem o licznych ciekawych przygodach i ich opisach oraz dobrym, nie pozbawionym autoironii języku. Oto kilka cytatów: „Kanpur ( Indie ) okazał się najgorszym miejscem na ziemi. Korki, mnóstwo strasznie kopcących samochodów, dziurawe drogi. Śmiecie już nie po kostki, a chyba po kolana. Wypalone trawy na poboczach, palące się śmieci i opony wzdłuż szosy. Do tego smród z zapchanych rynsztoków... Bezdomni, ich noclegownie przy drodze, brudne kartony, tłuste kawałki materiału służące jako dach...". „Droga ( koło Allahabadu w Indiach ), podobna do polskiej gierkówki, z indyjskimi krzakami między jezdniami, z których niespodziewanie wyłaniali się ludzie, rowery, kozy, świnie. Raz wyłonił się nawet słoń... I dalej opis, jak kaleka bez nóg poruszający się na desce z kółkami usiłował wpakować się na tej drodze pod motocykl, aby uzyskać odszkodowanie za wypadek.
„... codziennie w rzece ( w Varanasi – Benares ) myje się ponad 60 tysięcy ludzi, mimo iż Ganges jest potwornie zanieczyszczony. Do świętej rzeki swoje ścieki spuszcza 115 miast mających powyżej stu tysięcy mieszkańców każde. Że kąpiący się i pijący tę wodę nie padają natychmiast jak muchy, to faktycznie cud. Norma, według której klasyfikuje się wody nadające do pływania w nich, dopuszcza 500 pałeczek E. coli w jednym literze. W wodzie z Gangesu jest ich półtora miliona!!! A Hindusi ją piją!". Dodam od siebie, że pływając tam łodzią, nie odważyłem się zanurzyć w Gangesie nawet palca...
„Stosy pogrzebowe palą się w Varanasi dzień i noc... w nocy Dasahwamedh czy Manikarnika, główne ghaty, w których pali się ciała, wyglądają przerażająco. Płonące stosy pogrzebowe, długie, tańczące cienie palaczy, zwłoki zawinięte w całuny, dzwonki, dzwoneczki, modlitwy dobiegające z daleka i z bliska; wszystko razem jest fascynujące...".
Na zakończenie cytatów jeszcze coś z realiów tej podróży „Pierwsza rzecz po ulokowaniu się w hotelu to prysznic. To nie była fanaberia. To była absolutna konieczność związana ze zdjęciem butów. Po całym dniu w wysokich, grubych, wzmacnianych, skórzanych butach nasze stopy załatwiały wszystkich i wszystko w promieniu kilku metrów. Włączone telewizory traciły kolory, kwiaty w wazonach więdły w oczach, komary i muchy padały w locie, a jednostki ludzkie, które pojawiały się w okolicy ( na przykład pokojówka przynosząca dodatkowy klucz do pokoju ), zawracały z krzykiem".
No i z podróży przez USA: „Rano zdążyliśmy jeszcze zjeść typowe amerykańskie śniadanie z naleśnikami grubości maty plażowej ( i rozmiarem niewiele jej ustępującymi ). Naleśniki były nielimitowane...". Oczywiście oprócz takich opisów i scenek, są w książce setki innych. Ciekawych – o ludziach, zwyczajach, zabytkach, krajobrazach, przyrodzie. Naprawdę warto ją przeczytać, obejrzeć liczne, zamieszczone w niej zdjęcia z podróży, a także otwierać polecane przez autora strony internetowe. -
Afryka. Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu
Pierwszym człowiekiem, który przejechał na rowerze, i to samotnie, Afrykę wzdłuż – z Kairu do Kapsztadu, był Polak, Kazimierz Nowak (18971937). Podróż tę odbył w latach Wielkiego Kryzysu na przełomie lat 20-tych i początku 30-tych XX wieku. Zajęła mu, ze zwiedzaniem oraz powrotem na północ kontynentu pieszo – bo rower odmówił posłuszeństwa, konno, czółnem i na wielbłądzie pięć lat.
Podobną – z tymi samymi miejscami startu i zakończenia, chociaż tylko częściowo tą samą trasą oraz znacznie krótszą podróż, odbyło w końcu 2009 oraz w 2010 roku trzech polskich turystów rowerowych. A jej inicjator opisał ją w obszernej, bogato ilustrowanej zdjęciami relacji wydanej przez „Bezdroża” w serii wydawniczej „Szlaki ludzi ciekawych”.
Celem tej wyprawy było nie tylko przejechanie na rowerach, jak się na mecie okazało, ponad 13 tys. kilometrów w ciągu 8,5 miesiąca, ale przede wszystkim poznanie tego regionu świata. Jego krajobrazów i przyrody, zabytków i współczesnych budowli, ludzi i ich zwyczajów oraz obyczajów, a także odszukiwanie, o ile znajdowały się na trasie lub w jej pobliżu, śladów Polaków i ciekawych ludzi innych narodowości.
Autor, który miał już doświadczenie z wielu wcześniejszych wypraw rowerowych po Europie, Bliskim Wschodzie i południowo – wschodniej Azji, przygotowywał się do podróży zaplanowanej na 9 – 10 miesięcy, przez dwa lata. Przeczytał do niej setki lektur. Ubiegał się – z bardzo mizernym skutkiem w postaci zniżki na zakup rowerowych sakw oraz bezpłatnego ubezpieczenia i przeglądu technicznego rowerów – o sponsorów medialnych, firmowych oraz samorządowych.
Problemem okazało się też skompletowanie uczestników. Nawet na poszczególne etapy tej wyprawy, bo i takie jej organizator proponował warianty. Ogromne wyzwanie jakim była ona, związany z nią wysiłek fizyczny, zdrowotny, psychiczny oraz wydatki, a także niemożliwość wygospodarowania przez wielu potencjalnych kandydatów aż tak długiego czasu spowodowały, że wyruszyli na nią w czterech. Cel zaś osiągnęło trzech, gdyż jeden wycofał się jeszcze przed afrykańskim półmetkiem.
Po drodze na krótko dołączali do nich inni, także kobiety, ale byli to tylko epizodyczni towarzysze podróży. Trzech, którzy pokonali całą trasę, chociaż też z indywidualnymi, krótkimi jej wariantami gdy rozdzielali się, przejechali przez Egipt i Sudan. Przez niemal dwa miesiące zwiedzali Etiopię. A następnie przez Kenię, Tanzanię, Zambię i Botswanę dotarli na kraniec afrykańskiego kontynentu – Przylądek Igielny oraz do Kapsztadu. Aby tam, w RPA wsiąść w samolot do Europy.
Było to przedsięwzięcie ogromne i ryzykowne. Opisy także niemiłych przygód, walki z terenem – góry, bezdroża, pustynie, ruch drogowy w którym nie liczą się słabsi jego uczestnicy, klimatem – od wielkich upałów poprzez tropikalne ulewy aż po temperatury poniżej zera i wichury, chorobami – na szczęście niezbyt licznymi jak na taki wysiłek, zostały ciekawie opisane. Podobnie jak kraje na trasie, ich mieszkańcy, zwyczaje, kuchnie, krajobrazy i przyroda, zabytki itd.
W trakcie lektury tej książki i oglądania zamieszczonych w niej zdjęcia czytelnik niemal uczestniczy w codziennym zmaganiu się podróżników z trudnościami. Szukaniem miejsc na rozbicie namiotów lub noclegu pod dachem. Żywności – najczęściej sami gotowali, zwłaszcza z dala od miast – o którą w bezludnych, biednych okolicach oraz przy bardzo ograniczonych środkach finansowych jakimi dysponowali było trudno. O zagrożeniach ze strony ludzi i dzikich zwierząt już nie wspominając.
Jak już wspomniałem, co najmniej równie ważnym, chociaż nie jednakowo dla wszystkich uczestników wyprawy jej celem, było oprócz przejechania tej trasy, także zwiedzanie. Już we Frankfurcie nad Menem czas oczekiwania na samolot do Kairu wykorzystali na wycieczkę do Moguncji. Bo miasto przesiadkowe i jego zabytki, zakładam, już znali. Dosyć dobrze zwiedzili Kair – łącznie z Gizą z którego rozpoczęli tę podróż. A także tamtejsze bazary i tanią gastronomią.
Z trasy, którą jechali, dobrze znam, chociaż nie z wysokości roweru, tylko odcinek egipski. Słabiej – bo nie wszędzie tam byłem – ostatni, południowoafrykański. A także niektóre inne miejsca na południe od równika. Trudno mi więc stwierdzić, na ile obserwacje, wrażenia i oceny tych, których nie znam, pokryłyby się z moimi. Sądząc jednak tylko na podstawie tych dwu wspomnianych krajów – znacznym.
Przez Egipt podróżowali w stałej asyście policji. Było to jeszcze przed tamtejszym rewolucyjnym zrywem 2011 roku, cudzoziemcy musieli być chronieni, nawet jeżeli o to nie tylko nie prosili, ale wręcz starali się takiej asysty uniknąć. Podróż na rowerach, na ile było to tylko możliwe bocznymi drogami, w towarzystwie policyjnego samochodu miała i plusy. Przede wszystkim chroniła przed natręctwem handlarzy i nieustannie wyciągających się rąk po bakszysz.
Równocześnie jednak podróżnicy nie zawsze mogli tam nocować, zwłaszcza w namiotach, gdzie chcieli. Często pozwalano im na to na terenach posterunków policyjnych, gdzie dodatkowo byli pilnowani, bądź klasztorach. I chociaż autor stwierdził w pewnym momencie, że „Egipt nie jest rajem dla rowerzystów”, to opisy tego, co tam widzieli, są ciekawe.
Zarówno Kairu i jego okolic, jak i klasztoru Panny Marii w Dajr al-Muharrak z przypomnieniem historii i liturgii koptyjskiej, czy Asuanu i jego okolic. Zaskoczony natomiast zostałem w trakcie lektury, że wymieniając pod tytułem rozdziału „Koptowie” przebytą trasę z tak ciekawymi i bogatymi w antyczne zabytki miejscowościami – a znam je wszystkie – jak Abydos, Dendera, Quena, Luksor, Esna, Edfu i Kom Ombo, autor nie napisał na ich temat ani słowa.
Z Asuanu do Sudanu uczestnicy wyprawy statkiem przez Jezioro Nasera, gdyż między tymi krajami brak w okolicach Abu Simbel drogi lądowej z przejściem granicznym. Podróż przez Sudan, to było pierwsze duże zaskoczenie zarówno dla kolarzy, jak i czytelnika relacji autora. Zamiast oczekiwanych niewyobrażalnych bezdroży – sieć nowych, wybudowanych w ciągu 2 lat przez Chińczyków, autostrad łączących wszystkie duże miasta.
A Sudan, przypomnę, ma powierzchnię ponad 2.500 tys. km kw. – ośmiokrotnie większą od Polski. Co nie znaczy, że poza autostradami nie ma tam i koszmarnych dróg. Nie potwierdziła się też opinia, że to bardzo niebezpieczny kraj. Autor podkreślał zaskakującą bezinteresowność i gościnność Sudańczyków. Czystość kraju w porównaniu z Egiptem, ale o to akurat nie tak trudno. Równocześnie jednak ubóstwo jeżeli chodzi o zabytki.
Nieliczne są słabo zachowane, źle konserwowane i fatalnie eksponowane. Uczestnicy wyprawy przez 2 dni szukali np. w piaskach pustyni – bo nie ma do nich drogowskazów, a GPS zabrał ze sobą ten czwarty, który postanowił wcześniej wrócić do Polski – ruin Starej Dongoli. A jak już coś znaleźli, bynajmniej nie pierwszej czy drugiej kategorii atrakcyjności, to ceny wstępu okazywały się niezwykle wysokie.
Kolejnym, tyle że negatywnym zaskoczeniem, okazała się Etiopia, którą zwiedzali niemal 2 miesiące. Dla mnie to co napisał autor o niej do tego stopnia, że planowaną na br. podróż do tego kraju chyba przesunę na dalsze miejsce na liście tych, które zamierzam zobaczyć. Zdaniem autora relacji jest to kraj bardzo ciekawy, z pięknymi, chociaż ciężkimi dla rowerzystów do pokonania wysokimi górami, terenami pustynnymi i koszmarnymi drogami.
Ze wspaniałymi zabytkami, ale równocześnie niemiłymi ludźmi. Agresywnym żebractwem – łącznie z rzucaniem kamieniami w nagabywanych, nie tylko przez chmary dzieciaków, gdy odmawiają dania pieniędzy tylko dlatego, że są biedni. Zdzierstwem cenowym za wstępy do świątyń i klasztorów, w czym przodują mnisi i kapłani. Koniecznością płacenia – i to słono, zwłaszcza na południu kraju, ludziom których się fotografuje.
Problemami ze zdobyciem żywności na etiopskiej prowincji oraz niezwykle małym wyborem jedzenia, o higienie w jakich jest przechowywane i przygotowywane, już nie wspominając. Niechęć autora do tego kraju narasta w miarę podróży po nim i jej opisywania. Najpierw „Etiopia to najgorsze miejsce jakie znam”. Później „Etiopii nienawidzę już z całego serca…”. Wreszcie „Nie sposób uciec przed ludźmi ( już nawet nie tylko dzieciakami ) którzy za wszelką cenę usiłują zwrócić na siebie naszą uwagę – wyją, gwiżdżą, piszczą, próbują dotknąć, czasami popchnąć albo tylko przestraszyć”.
To zupełnie inny obraz tego kraju, który znam z pełnych zachwytu ( chociaż na żebractwo i wymuszanie datków oraz płacenie za fotografowanie ludzi też skarżyli się ) relacji członków rodziny i przyjaciół, którzy tam byli. Może turyści zorganizowani mają inne doznania, niż samotnie podróżujący po bezdrożach i głębokiej prowincji biali rowerzyści?
W tejże relacji są jednak również piękne opisy widoków gór i dolin, procesji w Timkacie w kolejną rocznicę chrztu Jezusa w Jordanie. Jest historia Menelika i Arki Przymierza oraz bardzo ciekawe opisy etiopskich zwyczajów religijnych. Pozytywna ocena pracy misjonarzy w tym kraju. Znajduje się sporo ciekawostek. Np. w dobrej restauracji w Addis Abebie zamówionego wina czy potraw kelner nie przyniesie, o ile wcześniej mu się za nie nie zapłaci. Rozdziały poświęcone podróży przez Etiopię powinien, moim zdaniem, przeczytać każdy wybierający się do tego kraju. Chociaż lepiej całą książkę.
Mnóstwo ciekawych informacji, opisów i ciekawostek dotyczy także kolejnych krajów, przez które przebiegała trasa tej wyprawy. Nie zamierzam książki streszczać, gdyż trzeba ją przeczytać samemu. Wspomnę więc jeszcze tylko o Nygiri – miasteczku w Kenii, w którym ostatnie lata życia spędził i został tam pochowany twórca skautingu gen. Robert Baden – Powell. O bardzo ciekawym Muzeum Kolei w Mombasie.
Czy ciekawostce: to w tym mieście księżniczka, późniejsza i obecna królowa brytyjska Elżbieta II dowiedziała się o śmierci ojca, Jerzego VI. Interesujące i kompetentne są opisy przyrody, zwyczajów religijnych miejscowych katolików, trudności podróżowania rowerami po drogach, m.in. w Tanzanii, pełnych ciężarówek i autobusów nie zwracających uwagi na mniejsze pojazdy i wiele innych.
Ale również i o nudnych odcinkach np. w Zambii – „Droga nuży monotonią. Wszystkie kolejne dni są takie same. Krajobraz niezmienny przez setki kilometrów”. Czy minusach jazdy bez przewodnika – „który pozwoliłby ocenić co warto, a czego nie warto obejrzeć, to jest taka jazda po omacku, zupełnie bez sensu”.
Dodam, że była to jedna z wielu przyczyn konfliktów między uczestnikami wyprawy. Ale w ciągu wielu miesięcy trudnej podróży ludzi o trochę różnych zainteresowaniach, tempie jazdy, smaku czy wyboru miejsc do spania były one nieuniknione. Sporo jest ciekawych relacji z katolickich misji w tych krajach, zwłaszcza w Kapiri Mgoshi w Zambii.
Odszukiwania znajdujących się w pobliżu trasy grobów i śladów Polaków – także w księgach parafialnych – którzy jako dzieci ewakuowani byli podczas II wojny światowej z Syberii i znaleźli schronienie oraz opiekę ówczesnych koloniach brytyjskich w południowej części kontynentu afrykańskiego. Są w tej książce lokalne legendy, np. Buszmenów o tym, jak powstał pierwszy człowiek.
Opisy polowania z fotoaparatem na dzikie zwierzęta oraz zagrożenia ze strony tak groźnych jak słonie, hipopotamy, bawoły afrykańskie czy lwy, gdy podróżnicy nocowali w przygodnych miejscach w buszu. Ciekawa są relacje z kopalni diamentów w Botswanie, slumsów w RPA, gościnności ( wobec białych rowerzystów ) białych posiadaczy ziemskich w tym kraju. Spotkań z misjonarzami, noclegów w misjach lub na terenach kościelnych.
Czy z najdalej wysuniętego na południe kontynentu Przylądka Igielnego. Chociaż trudno mi zrozumieć, jak mając w zasięgu wzroku – przejeżdżali w jego pobliżu – Przylądek Dobrej Nadziei oraz dysponując czasem aby się nań wdrapać, nie zrobili tego. Chociaż jest on, nie tylko moim zdaniem, ciekawszy od Igielnego.
Znalazłem w tej książce – relacji z wyprawy również trochę błędów i nieścisłości. Podróżnicy zdumieni byli np., gdy od kenijskich funkcjonariuszy granicznych na wjeździe do tego kraju dowiedzieli się, że jedynym językiem oficjalnym w nim jest angielski. Ja natomiast byłem zdumiony, że można to było powtórzyć bezkrytycznie. Wystarczyło przecież otworzyć jakiś przewodnik po Kenii, lub encyklopedię, aby dowiedzieć się, że są tam dwa równorzędne języki oficjalne: suahili i angielski.
Musiało się też coś pokręcić autorowi, gdy pisał: „Jedziemy na północ ( podczas wycieczki z Nairobi nad Ocean Indyjski ), jakie to dziwne mieć zachód słońca po prawej stronie”. W Afryce, podobnie jak i w Ameryce Południowej, gdy jedzie się rzeczywiście na północ obojętne po której stronie równika, to zachód Słońca ma się zawsze po lewej stronie. Różnicę w kierunku jego pozornego ruchu wobec Ziemi na obu półkulach widzi się tylko, gdy się na nie patrzy.
Trudno mi też zrozumieć dlaczego autor opisując – fascynujące, z tym się zgadzam i też zostałem przez drobiny wody z nich przemoczony do kości – Wodospady Wiktorii – Victoria Falls na rzece Zambezi oraz granicy Zambii i Zimbabwe znajdujące się na Liście Dziedzictwa UNESCO, używa tylko ich lokalnej nazwy Mosi–oa–Tunya – „Grzmiący Dym”. Gdybym tam nie był i nie znał tej nazwy oraz nie zobaczył obok ich zdjęcia, nie wiedziałbym o które wodospady chodzi.
Ale to drobiazgi. Książka jest ciekawa, dobrze napisana, chociaż nie bez powtórzeń sytuacji w różnych miejscach i krajach – ale jest to dopuszczalne w relacji z podróży oraz czasami niezręczności językowych. I na pewno warta przeczytania. Jednych czytelników być może zachęci do zwiedzenia opisanych państw, chociaż niekoniecznie na rowerze. Innych do dalekich podróży na dwu kółkach, chociaż nie aż w tak ekstremalnych warunkach i długim czasie. Znaleźć w niej można bowiem mnóstwo informacji, obserwacji, spostrzeżeń, legend i opisów wzbogacających tradycyjne przewodniki po ciągle zbyt mało znanych u nas ( może poza Egiptem ) krajach Czarnego Lądu. -
Włochy północne oraz Rzym. Wszystkie drogi. Wydanie 4
„Każdy człowiek cywilizowany ma dwie ojczyzny: własną i Włochy” - powiedział Henryk Sienkiewicz. Cytat polskiego pisarza jest mottem do przewodnika „Włochy Północne”, wydanego przez Wydawnictwo Bezdroża.
Ponad 500-stronicowy przewodnik turystyczny jest kompendium wiedzy nie tylko o północnych regionach Italii, ale również zawiera solidną dawkę informacji na temat ich historii i zabytków.
Przewodnik będzie niezwykle pomocny dla osób, które do Italii wybierają się po raz pierwszy. Zawiera multum informacji, które będą pomocne zarówno dla osób udających się w podróż na własną rękę, jak i dla wycieczkowiczów autokarowych, którzy chcieliby zgłębić informacje zasłyszane od przewodnika z biura podróży. Wszystko dlatego, że książka w 1/5 części składa się z informacji na temat historii i kultury regionu. Co się tyczy opisów obiektów turystycznych, są one na tyle rozbudowane i zawierają taką masę ciekawostek i faktów, że otrzymanej z przewodnika wiedzy w połączeniu z osobistym zwiedzaniem wystarczy, by poznać kraj od podszewki!
Bardzo ciekawym rozwiązaniem zastosowanym w tym przewodniku jest wybór tras turystycznych z wyliczeniem dni. Czyli: chcesz przyjechać do Rzymu na weekend? Proszę bardzo, oto propozycje atrakcji turystycznych, które zdążysz w tym czasie zwiedzić. Chcesz wyjechać na łono włoskiej natury i masz na to siedem dni? Nie ma problemu! Przewodnik podpowie na jakie szlaki natury i krajobrazu we Włoszech Północnych się zapuścić. Na wyjątkowe okazje (rocznica, walentynki, urodziny), albo dla wyjątkowo zapracowanych Przewodnik przygotował również propozycję spędzenia jednego dnia w Wenecji. Do wyboru do koloru, jak się mówi!
Przewodnik jest oczywiście ilustrowany. Zawiera zdjęcia, mapki, rysunki obiektów turystycznych. Oprócz tego, standardowo składa się z mini słownika, listy adresów miejsc do noclegu i wyżywienia, a także podaje numery telefonów do biur turystycznych we Włoszech. -
Bushcraft, czyli sztuka przetrwania
Wstęp
Autorem książki jest Ray Mears, słyszałem że prowadzi programy telewizyjne o sztuce przetrwania, jednak ja telewizji zbyt często nie oglądam, więc wziąłem książkę do ręki bez uprzedzeń. Na okładce widzę autora, troszeczkę przy kości z wymodelowanymi włosami - jednym słowem, pan z okładki nie wygląda na kogoś, kogo doświadczyły góry i trudy podróży – jednak pozory mogą mylić i nie wypada oceniać książki po okładce - no nic czytam.
O rozdziałach
Pierwszą część książki dotyczącą sprzętu przeczytałem z zaciekawieniem. Gdyby książka nazywała się survival, tak bogate opisywanie sprzętu (przez noże, piły, siekiery, maczety, płachty, palniki, śpiwory na namiotach kończąc) byłoby nie na miejscu, ale skoro książka nosi tytuł bushcraft ten rozdział i opisy są jak najbardziej odpowiednie. Jedyne co mnie razi, to wymienianie przez autora różnych marek – w takich sytuacjach nie wiem, czy wymienia marki bo dany sprzęt jest naprawdę dobry, czy robi tak ponieważ czerpie z tego profity. Dziwna wydaje mi się też skala mapy jaką poleca autor, cytuje:
„Idealna skala mapy to 1:500 000.” Str. 15 – szczerzę wątpię, aby piechur polecał mapy w tej skali, na której bardzo trudno jest zaznaczyć obiekty charakterystyczne, a przejście jednego centymetra na mapie zajmuje około godziny – możliwe, że to błąd druku.
Druga część książki poświęcona jest wodzie, spotykamy się tutaj z naprawdę dużą porcją wiedzy, ilustracji oraz co najlepsze własnych patentów. Dziwny wydaje mi się jedynie opis studni, w której słona woda znajduje się na dole, a słodka u góry – nie jestem pewny czy to tak działa.
Następna część książki poświęcona jest metodom rozpalania ognia i tutaj naprawdę duży plus. Autor opisał wszystkie rodzaje krzesiw i zapałek, oraz wszystkie metody rozpalania ognia, a dodatkowo umieścił kilka porad i sztuczek, których nie znalazłem w innych książkach tego typu.
Dalej w książce autor omawia budowę schronień (wiele typów w zależności od terenu wraz ze zdjęciami) oraz węzłów (obszerny materiał również z ilustracjami).
Przedostatni rozdział poświęcony jest odpowiedniemu zachowywaniu się na szlaku, czyli jak chodzić, jak dbać o stopy i o organizm, a nawet jak samemu zbudować ponton!
Ostatni rozdział poświęcony jest zdobywaniu pokarmu zarówno roślinnego jak i zwierzęcego.
Podsumowanie
Niedawno pewna osoba ze środowiska „ludzi lasu” powiedziała mi, że o survivalu nagrano i nakręcono już wszystko. Wszystko jest jasne i nie ma już tajemnic. Książka autorstwa Raya Mears’a, rzuca nowe światło na wiele spraw oraz odkrywa nowe rzeczy. Mimo drobnych błędów, które najprawdopodobniej powstały podczas tłumaczenia książki, ten podręcznik jest bardzo mocną pozycją, szczególnie dla osób, zaczynających swoją przygodę z leśnym bytowaniem, jak i bardziej doświadczonych ludzi – również wędkarze czy zwykli ludzie, znajdą w niej informację, które mogą się przydać nie tylko podczas sytuacji ekstremalnej, ale również podczas zwykłego wypadu pod namiot w wakacje.
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























