Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "49" [13]
-
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2
Pomysł był zwariowany. Wybrać się w podróż dookoła świata motocyklem, nie mając tego pojazdu ani prawa jazdy. Nie mówiąc już o jakimkolwiek doświadczeniu w jeździe motorem. O tym wszystkim przeczytacie w znakomitej książce Tomasza Gorazdowskiego "126 dni na „kanapie". Motocyklem dookoła świata".
Co prawda nie bez przygód, także ekstremalnych, ale jednak z powodzeniem.I chociaż określenie tej podróży jako „dookoła świata" jest trochę naciągane, gdyż odbyła się ona się tylko przez 3 kontynenty. W żadnym miejscu nie przekroczyła równika, najbardziej zbliżając do niego w Singapurze. A większość trasy dookoła północnej półkuli zarówno pasażerowie jak i ich motory przeleciały samolotami. Co nie zmienia faktu, że jednak był to wyczyn.Relacjonowany w trakcie podróży, przeważnie na żywo, na falach Polskiego Radia i w internetowym blogu, a następnie opisany – od razu dodam, że świetnie – w książce wydanej przez krakowskie Bezdroża. Z licznymi – to jeszcze u nas nowość – odsyłaczami na strony internetowe tego wydawnictwa, otwierając które można znaleźć ciekawe filmy i zdjęcia znacznie rozszerzające obraz opisywanych miejsc, do których dotarli podróżnicy. Bo było ich dwu. Pomysłodawcy tej wyprawy udało się bowiem znaleźć i namówić do udziału w niej kolegę – radiowca.Następnie – szczegółów nie będę zdradzał, bo to naprawdę warto samemu przeczytać – szybko skończyć kurs i zdać egzamin na motocyklowe prawo jazdy, znaleźć sponsora – firmę z branży motorowej, bo Polskie Radio nie miało pieniędzy na takie fanaberie. No i zdobyć oraz przygotować odpowiedni sprzęt – także radiowy. Wybrać trasę, co w złożonej sytuacji politycznej zwłaszcza w południowo – wschodniej Azji nie było proste, bo zbyt ryzykowna mogła być np. planowana jazda przez Pakistan. I, oczywiście, załatwić wiele formalności, dokumentów, wiz itp.
Nie miała prawa się udać
Po to, aby autor mógł we wstępie do tej książki napisać: „Kiedy patrzę na naszą wyprawę z perspektywy kilku miesięcy, które minęły od jej zakończenia, coraz bardziej jestem przekonany, że ONA nie miała prawa się udać. A jednak, ta ułańska fantazja... Daliśmy radę! Dzięki determinacji, szczęściu i dobrym ludziom po drodze...". Zaś w ostatnim zdaniu: „Podobno – jak mówią Chińczycy – żaba na dnie studni nigdy nie zobaczy morskich fal. Trzeba się odważyć, trzeba sięgać dalej, wyżej, głębiej, by te fale zobaczyć. Ja je zobaczyłem". A o tym, co działo się od narodzenia idei takiej podróży do możliwości napisania tego ostatniego zdania, jest właśnie książkowa relacja z niej.
Dwaj podróżnicy – dziennikarze radiowej Trójki: Tomek ( tak się sam przedstawia ) Gorazdowski, autor książki i Michał Gąsiorowski spędzili 4 miesiące – dokładnie 126 dni, na siodełkach motocykli. Przejechali ponad 21 tys. km, odwiedzili 19 krajów. Podróżowali przez Europę, turecką Anatolię i Kapadocję, pustynny Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, tajlandzką dżunglę i malezyjskie herbaciane wzgórza. Przejechali w poprzek Indie i USA zmagając się m.in. z upałami i ulewnymi deszczami. Poznali setki ludzi, masę kultur, zabytków, obyczajów i kuchni. Przeżyli wiele, nie zawsze przyjemnych przygód.
Autor książki opisał to wszystko w sposób bardzo ciekawy, świetnym, żywym językiem, z humorem, a miejscami nawet autoironią. Sporo miejsca w tej relacji zajmują opisy samej jazdy, dróg i ruchu drogowego – z najbardziej niesamowitym w Indiach oraz w wielu wielkich, zatłoczonych miastach. Każdy, kto tam był, wie zresztą jak się tam podróżuje, a polskie drogi i ulice wydają się z tamtej perspektywy pustymi oazami spokoju. Nie brak też w książce kapitalnych ( nie dla uczestniczących w nich podróżników ! ) scen bezduszności i trzymania się, nawet absurdalnych przepisów, zwłaszcza przez granicznych, biurokratów.
Odprawa jak wieczność
Z których, obok irańskich i indyjskich, palma pierwszeństwa należy się bezsprzecznie amerykańskim. Odprawienie z Miami do Londynu motocykli samolotem zajęło bowiem... 9 dni. Tamtejszy celnik – geniusz ( autor określa go mniej elegancko ) na którego nie było mocnych, stwierdzając brak jednego papierka nie wydanego podróżnikom przy wjeździe do USA na lotnisku w San Francisko, uparł się, że powinni... wylecieć też z tego – odległego o 6,5 tys. km – miasta. Nie bez racji autor stwierdził więc, że sama jazda – mimo niekiedy bardzo trudnych warunków pogodowych i klimatycznych – była najłatwiejszą częścią całej wyprawy.
Mocną stroną książki są opisy krajów i miejscowości oraz spotkań z ludźmi i ich postaw, udzielanej przez nich pomocy – także w trudnych sytuacjach. Np. wypadku jednego z podróżników i uszkodzenia motocykla koło Persepolis w Iranie, co postawiło dalszą jazdę pod znakiem zapytania. Opisy te czytałem z tym większym zainteresowaniem, że większą część ich trasy od Warszawy do Singapuru znam z autopsji. Niektóre odcinki przejeżdżałem kilkakrotnie, chociaż nie motocyklem. Podobnie nie raz byłem w niektórych opisywanych miejscach.
Tym łatwiej więc docenić mi to, co napisał o nich autor. Za szczególnie udane i trafne uważam relacje z Kapadocji oglądanej z ziemi, podziemi i powietrza – z lotu balonem, Indii – zwłaszcza Agry i Tadż Mahal oraz Varanasi, Malezji oraz Singapuru. Znalazłem w nich sporo ciekawych informacji, w tym mało na ogół znanych, np. że słynne bliźniacze, połączone na 2/3 wysokości łącznikiem, wieże Petronas Tower w Kuala Lumpur zagłębione są 150 m w głąb ziemi. A słynny człowiek – pająk Alain Robert wszedł na sam szczyt iglicy jednej z nich, bez lin i żadnego zabezpieczenia. Chociaż dopiero za trzecim podejściem, gdyż podczas pierwszych dwu był „zdejmowany" przed osiągnięciem celu przez ochronę gmachu.
W kilku miejscach lektury poczułem jednak niedosyt natrafiając na nieścisłości, czy niedostatek informacji. W opisie słynnego meczetu Selimiye w Edirne, w Turcji kontynentalnej, zabrakło mi informacji, że jest to jedna z około 300 budowli wzniesionych według projektu jednego z najgenialniejszych architektów epoki, Mirmara Sinana ( ok. 1490 – 1588 ). W relacji z najsłynniejszego hotelu w Singapurze – Raffles, autor nie wspomniał ( czyżby o tym nie wiedział ?), że mieszkał w nim i pisał nasz rodak, chociaż pisarz angielski, Józef Conrad – Korzeniowski. I jest w nim niewielkie poświęcone mu muzeum.
Opisując baśniowy, nowy Biały Meczet w Abu Zabi – stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, autora trochę poniosła fantazja, gdy pisał o „dziedzińcu z tysiącem kolumn". W odróżnieniu od niego, widziałem i obfotografowałem ze wszystkich stron z detalami nie tylko ten dziedziniec ( gdy nasi motocykliści przyjechali tam, meczet był niedostępny ze względu na modły ), ale również wnętrza i detale tego meczetu. I zapewniam, że brakuje w nim baaardzo wiele do tysiąca kolumn. Co nie zmienia faktu, że jest to jedna z najpiękniejszych współczesnych budowli sakralnych islamu, tylko z niewielką przesadą porównywana z najwspanialszym mauzoleum świata – Tadż Mahal w Indiach.
Życie „lokalesów"
To tyle przykładowo, dla ścisłości. Trochę drażniło mnie określanie hoteli i innych budynków jako „klimatyczne". Bo klimatyczne to mogą być uzdrowiska lub miejscowości. Zaś budowle i pomieszczenia tylko klimatyzowane lub z klimatyzacją. Za mało eleganckie, gdyż może zostać odebrane jako dowód wyższości i lekceważenia, uważam określanie miejscowej ludności jako „lokalesów". Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi. Ciekawe są natomiast włamane w tekst w ramkach, w formie jak gdyby kart wyrwanych ze starych dokumentów, informacje monotematyczne. Np. „Turecka kuchnia", „Psy okiem motocyklisty", „Nadawanie ( relacji radiowych ) z przygodami", „Amerykańskie drogi" i wiele innych.
Wspomniałem o licznych ciekawych przygodach i ich opisach oraz dobrym, nie pozbawionym autoironii języku. Oto kilka cytatów: „Kanpur ( Indie ) okazał się najgorszym miejscem na ziemi. Korki, mnóstwo strasznie kopcących samochodów, dziurawe drogi. Śmiecie już nie po kostki, a chyba po kolana. Wypalone trawy na poboczach, palące się śmieci i opony wzdłuż szosy. Do tego smród z zapchanych rynsztoków... Bezdomni, ich noclegownie przy drodze, brudne kartony, tłuste kawałki materiału służące jako dach...". „Droga ( koło Allahabadu w Indiach ), podobna do polskiej gierkówki, z indyjskimi krzakami między jezdniami, z których niespodziewanie wyłaniali się ludzie, rowery, kozy, świnie. Raz wyłonił się nawet słoń... I dalej opis, jak kaleka bez nóg poruszający się na desce z kółkami usiłował wpakować się na tej drodze pod motocykl, aby uzyskać odszkodowanie za wypadek.
„... codziennie w rzece ( w Varanasi – Benares ) myje się ponad 60 tysięcy ludzi, mimo iż Ganges jest potwornie zanieczyszczony. Do świętej rzeki swoje ścieki spuszcza 115 miast mających powyżej stu tysięcy mieszkańców każde. Że kąpiący się i pijący tę wodę nie padają natychmiast jak muchy, to faktycznie cud. Norma, według której klasyfikuje się wody nadające do pływania w nich, dopuszcza 500 pałeczek E. coli w jednym literze. W wodzie z Gangesu jest ich półtora miliona!!! A Hindusi ją piją!". Dodam od siebie, że pływając tam łodzią, nie odważyłem się zanurzyć w Gangesie nawet palca...
„Stosy pogrzebowe palą się w Varanasi dzień i noc... w nocy Dasahwamedh czy Manikarnika, główne ghaty, w których pali się ciała, wyglądają przerażająco. Płonące stosy pogrzebowe, długie, tańczące cienie palaczy, zwłoki zawinięte w całuny, dzwonki, dzwoneczki, modlitwy dobiegające z daleka i z bliska; wszystko razem jest fascynujące...".
Na zakończenie cytatów jeszcze coś z realiów tej podróży „Pierwsza rzecz po ulokowaniu się w hotelu to prysznic. To nie była fanaberia. To była absolutna konieczność związana ze zdjęciem butów. Po całym dniu w wysokich, grubych, wzmacnianych, skórzanych butach nasze stopy załatwiały wszystkich i wszystko w promieniu kilku metrów. Włączone telewizory traciły kolory, kwiaty w wazonach więdły w oczach, komary i muchy padały w locie, a jednostki ludzkie, które pojawiały się w okolicy ( na przykład pokojówka przynosząca dodatkowy klucz do pokoju ), zawracały z krzykiem".
No i z podróży przez USA: „Rano zdążyliśmy jeszcze zjeść typowe amerykańskie śniadanie z naleśnikami grubości maty plażowej ( i rozmiarem niewiele jej ustępującymi ). Naleśniki były nielimitowane...". Oczywiście oprócz takich opisów i scenek, są w książce setki innych. Ciekawych – o ludziach, zwyczajach, zabytkach, krajobrazach, przyrodzie. Naprawdę warto ją przeczytać, obejrzeć liczne, zamieszczone w niej zdjęcia z podróży, a także otwierać polecane przez autora strony internetowe. -
Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!
We wrześniu na rynku pojawiło się drugie wydanie książki autorstwa Jeffa Gallowaya – twórcy metody pokonywania maratonów marszobiegiem. Jednak nie przypadkowym, w sytuacji, gdy biegacz przeliczył się ze swoimi siłami i zaczął iść na 35. kilometrze. Metoda ta zakłada przeplatanie biegu z marszem od samego początku aż do końca i można dzięki niej osiągać bardzo dobre wyniki. W drugim wydaniu książki “Bieganie metodą Gallowaya” przeczytamy o tym jak zacząć biegać i jak przygotować się do biegów na popularnych dystansach – 5 km, 10 km i do półmaratonu.
Jeff Galloway to amerykański biegacz i trener, autor metody pokonywania długich dystansów pod postacią planowanego marszo-biegu. Rekordzista Stanów Zjednoczonych w biegu na 10 mil z 1973 roku z czasem 47.49. Od wielu lat prowadzi trening biegaczy-amatorów. Ma stałą rubrykę w amerykańskim wydaniu miesięcznika Runner’s World. Na czym polega jego nieoceniona dla debiutantów (i nie tylko!) metoda?
Oryginalna książka zawierała program treningowy do biegu na 10 km i do maratonu. Ponieważ Jeff napisał niedawno książkę w całości poświęconą maratonom, postanowił usunąć trening do maratonu z "Biegania metodą Gallowaya". Dodał natomiast program przygotowań do bardzo popularnych biegów od 5 km do półmaratonu.
Co znajdziemy w drugim wydaniu:
- Programy treningowe do biegu na 5 km i do półmaratonu.
- Omówienie kwestii pomiarów tętna jako składnika treningów.
- Koncepcję przerw na marsz na wszystkich dystansach.
- Informacje na temat treningów w skrajnym upale i zimnie.
- Rozdział poświęcony motywacji i treningowi mentalnemu.
- Informacje na temat odżywiania.
- Szczegółowe analizy kontuzji i ich leczenia, w tym dotyczących problemów z podeszwą stopy, takich jak zapalenie powięzi stopy i ostrogi piętowe, oraz specjalny raport na temat urazów pasma biodrowo-piszczelowego.
- Informacje o specjalnych potrzebach starszych biegaczy, z naciskiem na spalanie tłuszczu i znaczenie odpoczynku.
Wydawca obiecuje, że “Bieganie metodą Gallowaya” to lektura dla biegaczy na wszystkich szczeblach zaawansowania – kompletny przewodnik po świecie biegaczy. W książce znajdziemy programy treningowe do zawodów na trzech dystansach – 5, 10 i 21,097 km.
Książka sprzedała się już w ponad 400 000 egzemplarzy od swojego pierwszego wydania w roku 1984.
W najbliższym czasie będziecie mogli przeczytać na www.polskabiega.pl wybrane rozdziały z książki.
-
Riwiera turecka. Wydanie 3
Turecka Riwiera należy od lat do ulubionych i najczęściej odwiedzanych przez Polaków regionów wypoczynkowych. Zwłaszcza obecnie, gdy część naszych turystów zrezygnowała z wyjazdów na plaże egipskie i tunezyjskie ze względu na napiętą sytuację w tych krajach.
Pobyt na tureckich wybrzeżach mórz: egejskiego i śródziemnego, to równocześnie wspaniała okazja, aby poznać tamtejsze liczne zabytki od czasów antycznych oraz inne ciekawe obiekty i miejsca.
Ułatwić im to może bardzo dobry przewodnik Bezdroży z serii „ rekreacyjnej”, którego kolejne, już trzecie, zaktualizowane wydanie, ukazało się w br.
Jak wszystkie w tej serii wydany starannie, na dobrym papierze, z licznymi kolorowymi zdjęciami, mapkami i planami, w poręcznym formacie oraz przystępnej cenie.
Część ściśle przewodnikową poprzedzają trzy rozdziały zawierające mnóstwo informacji na temat przygotowania się do podróży do Turcji oraz wszystkich środków transportu którymi można tam dotrzeć. Podstawowych, ale obszernych i ciekawie napisanych informacji krajoznawczych. O tamtejszej geografii, przyrodzie, społeczeństwie, kulturze i sztuce z wyodrębnioną dodatkowo literaturą i muzyką oraz Kalendarium historycznym.
26-stronicowy rozdział Informacje praktyczne zawiera chyba wszystko, co powinno się w nim znaleźć na temat komunikacji lokalnej, informacji turystycznej na miejscu, możliwości aktywnego wypoczynku, wymiany pieniędzy, zdrowia oraz bezpieczeństwa. I, oczywiście, noclegów zarówno w hotelach czy pensjonatach, jak i na kempingach. Podobnie na temat wyżywienia z radami gdzie i co najlepiej jeść - a kuchnia turecka jest bardzo smaczna - i sporą dawką przepisów kulinarnych.
Nie zabrakło również informacji o możliwości zakupów, w tym pamiątek. Są nawet - w ramce na kolorowym tle - przydatne uwagi z czym turysta może spotkać się na bazarach. Dodałbym jednak do nich jeszcze rady, że jeżeli nie ma się zamiaru kupić oferowanego towaru, to można go oglądać, ale nie rozpoczynać targowania się. A gdy chce się go nabyć, to jak - to przecież nie tylko sztuka, ale na Wschodzie także rytuał - kupić go jak najtaniej.
Prezentacja wybranych regionów Turcji i ich walorów turystycznych zawarta została w 3 rozdziałach: Wybrzeże Morza Egejskiego, Wybrzeże Morza Śródziemnego i Nie tylko wybrzeże, gdyż przewodnik obejmuje również Pammukale i Hierapolis oraz Stambuł. W pierwszym z tych rozdziałów omówione zostały najciekawsze miejscowości i zabytki od Troi na północy, do Bodrum na południu tego wybrzeża. Z dobrą informacją ( a przeważnie również zdjęciami ) o nich, dojeździe oraz co tam warto zobaczyć.
W przypadku ważniejszych - z planem miejscowości lub wykopalisk. Ponadto informacjami praktycznymi: wymiana walut ew. bankomaty, noclegi ze wskazaniem wybranych hoteli w 2 lub 3 kategoriach cenowych, podobnie gastronomia. A także plaże, łaźnie itp., w większych miastach również o odbywających się w nich wydarzeniach stałych i festiwalach.
Podobnie na wybrzeżu śródziemnomorskim, z miejscowościami usytuowanymi na nim od Marmaris na zachodzie, kolejno aż do Anamuru na wschodnim krańcu objętej przewodnikiem jego części. Szkoda, że poza propozycjami kilku wycieczek z miejscowości Demre w jej okolice zawartymi w ramce, nie ma również sugestii, aby z innych miejscowości wybrać się trochę dalej.
Np. z Side lub Alanyi do tak przecież ciekawej, a odległej o niespełna 200 km Konyi, czy z Anamuru do innych miejscowości nadmorskich na wschód, aż do Mersinu i Tarsu - miasta św. Pawła. W którym celem przyjazdów jest nie tylko studnią na terenie jego domu rodzinnego, ale i parę ciekawych zabytków.
Do uwzględnionych w osobnym rozdziale Pammukkale i Hierapolis organizowane są często z nadmorskich miejscowości wypoczynkowych jednodniowe wycieczki. Prezentacja tamtejszego dzieła natury, jakim są tarasy wapienne znajdujące się na Liście UNESCO oraz antycznej nekropolii i ruin zabytków rzymskich, lektura tego przewodnika ( i zdjęcia ) na pewno zachęci.
Trochę inaczej jest w przypadku Stambułu. Jednego z najciekawszych miast Europy i jej styku z Azją, ale zbyt odległego od popularnych miejscowości na obu riwierach aby wybrać się tam na krótką wycieczkę. Zwiedzanie dawnej stolicy Bizancjum i przynajmniej najważniejszych tamtejszych zabytków oraz obiektów wymaga zresztą przynajmniej kilku dni. A więc albo specjalnej podróży, albo - gdy jedzie się własnym samochodem, zrobienie w jej trakcie przerwy nad Bosforem.
Lektura 31 stron poświęconych w tym przewodniku na prezentację Stambułu pozwala poznać, w ogromnym skrócie, jego dzieje, a także najważniejsze zabytki, budowle, bazary i inne warte uwagi turysty miejsca. Przedstawiono one zostały w sposób rzeczowy i ciekawy. W zakresie bardzo jednak ograniczonym. Nie zabrakło oczywiście ani świątyni - muzeum Hagia Sophia, Błękitnego Meczetu, Hipodromu czy pałacu Topkapi.
Autor uwzględnił także Wielką Cysternę ( Yerbatan Saray ), Meczet Bejazyda, Twierdzę Yedikule, a nawet, dosyć odległy od bizantyjskiego centrum Kariye Camii - kościół Zbawiciela na Chorze i parę innych obiektów. Trudno mi jednak wybaczyć mu pominięcie Meczetu Sulejmana Wspaniałego ( Süleymaniye Camiii ) z mauzoleami sułtana i jego ukochanej żony Roksolany oraz, tuż za murem otaczającym ten zespół architektoniczny, mauzoleum jego twórcy, samego Wielkiego Budowniczego.
Jednego z najważniejszych dzieł Kocy Marmara Sinana ( 1491-1588 ) , należącego do najwybitniejszych architektów świata. Czy zbudowanego również przez niego, dla córki tegoż sułtana, Meczetu Mihrimah. No i ograniczenie prezentacji Stambułu tylko do jego europejskiej części. Przecież na azjatyckim brzegu Bosforu, zwłaszcza w dzielnicy Űsküdar, znajdują się także wspaniałe zabytki.
Że wspomnę o Starym Meczecie Sułtanki Matki, również dziele Sinana - podobnie jak tamtejszy Hamam - łaźnia. Czy o sąsiadującym z tym meczetem, chociaż młodszym od niego o kilkadziesiąt lat, Meczecie Fajansowym. A to tylko przykłady tego, co jest tam do obejrzenia. No i przypomnę, że z tamtejszego wzgórza Büyük Çamlica ( Wielkie Sosnowe Wzgórze ) roztacza się fantastyczny widok na Stambuł:
Cypel Pałacowy, Złoty Róg, Bosfor aż po Morze Czarne, a także na Wyspy Książęce. Zapewniam, że są to zabytki i miejsca nieporównywalnie ciekawsze, niż uwzględnione w przewodniku stambulskie Muzeum Prasy czy Liceum Galatasaray. W tekst przewodnika włamano - i to jest jego dodatkowy walor - w ramkach na kolorowym tle, sporo dodatkowych informacji, także ciekawostek.
M.in. „Zwiedzanie meczetu”; „Atatürk - „Ojciec Turków”; „Toalety w Turcji”; „Kiraathane, czyli co to jest çay, tavla i nargile”; „Turecka łaźnia”; „Niebieskie oko, czyli Oko Proroka”; „Koń Trojański”; „Legenda o Jaskini Siedmiu Śpiących”; „Legalne kradzieże” ( wywóz antycznych zabytków do Europy w XIX w. ) ; „Prawdziwa historia św. Mikołaja”; „ Zniszczone miasto” ( Jak krzyżowcy grabili Bizancjum ); „Harem”; „Wzdłuż Bosforu”.
Na końcu przewodnika znajduje się mini słowniczek polsko - turecki z przydatnymi zwrotami, Indeks wybranych nazw geograficznych i spis tematów informacji w ramkach. W sumie, mimo paru uwag krytycznych, gdyż przewodnik ten mógłby być jeszcze lepszy, jest on bardzo dobry. Z przyjemnością więc polecam go wszystkim wybierającym się na turecką Riwierę, a także zastanawiającym nad miejscem spędzenia kolejnego urlopu. Warto tam bowiem pojechać i, poza wypoczynkiem nad morzem, wykorzystać maksymalnie czas na poznanie tamtejszych skarbów antycznych i z późniejszych okresów. -
Fotografia artystyczna. Od inspiracji do obrazu
Zaczyna się zawsze łatwo - trójpodział, użyteczność filtra polaryzacyjnego, złota godzina. Tę wiedzę łatwo zdobyć, znajdziemy ją w wielu poradnikach. Stosujemy te porady i już mamy całkiem niezłe zdjęcia krajobrazowe. Ale co dalej? Co ma zrobić miłośnik pejzaży, który opanował już podstawy? Sięgnąć po „Fotografię artystyczną” Alaina Briota.
Fotografia artystyczna - to brzmi podejrzanie. Tytuł może odstraszać osoby węszące za nim wywnętrzanie się awangardowego artysty, przelewającego na papier cierpienia swojej nadwrażliwej świadomości. Bez obaw. Alain Briot jest artystą klasycyzującym - jego pejzaże są tradycyjne - raczej bliższe wielkim mistrzom malarstwa niż współczesnym eksperymentom twórczym. Owszem, żyje ze sprzedaży swoich prac na rynku kolekcjonerskim, co świadczy o tym, że jego zdjęcia są dobre.
Kwestie związane z rynkiem kolekcjonerskim zresztą pojawiają się w książce, ale uprzedzając obawy, zdradzę, że w niezbyt dużej objętości, a do tego są przedstawione w sposób przystępny i ciekawy nawet dla zdeklarowanego amatora. Może to być zresztą jedyna okazja do zapoznania się z kwestiami numerowania i limitowania dzieł sztuki w czasach doskonałości kopii cyfrowych. Nauka patrzenia
Zacznijmy jednak od początku - a książka zaczyna się tam, gdzie powinna zacząć się nauka fotografowania. Nie, wcale nie budową aparatu, omówieniem rodzajów matryc, schematem działania przysłony. Książka zaczyna się omówieniem różnic w postrzeganiu świata przez człowieka a rejestracją tego samego przez aparat oraz podkreślaniem konieczności ćwiczenia, żeby nauczyć się przekładać to, co widzimy, na dwuwymiarowy kadr, jaki stworzy nam aparat. A także na odbitkę, jaką chcemy uzyskać w efekcie dalszej pracy nad ujęciem.
Później mamy rozdział o świetle - może niekoniecznie odkrywczy i nie wnoszący wiele nowego, czego by nie było już wcześniej w innych książkach, ale bez niego książka byłaby niepełna.
Kompozycja w kolorze oraz czerni i bieli to już zupełnie nowe jakości. Przedstawienie przez Briota modeli kolorów i ich powiązanie z fotografią wydaje mi się najpełniejsze wśród wydanych u nas poradników fotograficznych i najbardziej praktyczne (jeśli w ogóle można mówić o praktyczności modeli kolorów). Na końcu tego (i każdego innego) rozdziału są ćwiczenia dla czytelnika, które mają mu pomóc w nauce praktycznego wykorzystywania przedstawionej wiedzy. Moje osobiste gratulacje za wydrukowanie na schematach w tej części niebieskiego jako niebieskiego - niektórym wydawcom to się nie udaje.
Część o fotografii czarno-białej to znowu nauka patrzenia w specyficzny sposób. Ponownie autor proponuje nietypowe narzędzia wspomagające oko fotografa. Pokazuje też, że drogi konwersji do czerni i bieli mogą być różne, a tym samym prowadzić do bardzo odmiennych fotografii. Sporo miejsca poświęca kwestii tego, które kompozycje „działają” w wersji monokolorowej, a które po prostu są lepsze jako barwne.
O samym komponowaniu Briot pisze wychodząc daleko poza popularne banały o trójpodziale i złotym podziale. Zamiast tego prezentuje metody budowania kadrów w oparciu m.in. o wieloplanowość, linie wiodące i tworzenie relacji między przedstawionymi obiektami.
Jak robimy zdjęcia...
Parafrazując bohatera Moliera, który całe życie mówił prozą, ale o tym nie wiedział, każdy wykonując zdjęcie realizuje proces twórczy, składający się z kilku elementów. W modelu Briota są to inspiracja, kreatywność, wizja i styl. Autor nie tylko definiuje je, ale też przedstawia skutki niedorozwoju któregoś z tych elementów, a także omawia czynniki pozwalające je rozwijać i ćwiczyć. Ta część książki jest unikatowa, cenna i najmniej techniczna. Jest to też temat zupełnie niezrozumiały dla początkujących i nieoceniony dla zaawansowanych.
...i o nich dyskutujemy
Kolejny unikat to porady autora na temat relacji z publicznością, a zwłaszcza dyskutowania o zdjęciach, szczególnie w takich aspektach jak „nielegalne” techniki, obróbka komputerowa i „prawdziwa” fotografia. Propozycje Alaina Briota są tu zarówno ciekawe, jak i bardzo zdecydowane. Warto zwrócić uwagę, że pochodzą one od dojrzałego artysty, który dobrze wie „dokąd jedzie”.
Błędy proste i bardziej wyrafinowane
Nie wszystkie fragmenty są równie interesujące, co zresztą nieuchronne w każdym poradniku. Tutaj można sobie darować rozdział na temat żmudnych metod ustalania czasu i miejsca wschodu i zachodu słońca - gdy dostępny jest darmowy program „The Photographer′s Ephemeris”, mordowanie się z tabelami nie ma wielkiego sensu.
Dyskusyjna jest część porad w generalnie bardzo ciekawym rozdziale „Przypadłości zdjęć”. Autor tam np. walczy z prześwietleniami, zablokowanymi tonami, poszarpanym histogramem i postuluje korzystanie z 16-bitowego zapisu zamiast 8-bitowego. Tyle, że na zdjęciach (s. 348-349) nie widać wcale obiecanej poprawy, jasne partie są tak samo wypalone, a rozjaśnione cienie sprawiają, że ogólny kontrast jest niższy, a efekt wygląda dla mnie trochę jak niezbyt udany HDR. Niekoniecznie podważa to kompetencje autora - zapewne większość jego prac przyjmuje postać finalną na wysokiej jakości drukarkach atramentowych, a tutaj po prostu „poległ” na ograniczeniach offsetowego CMYK-a i nie pomógł nawet dobrej jakości papier, na jakim wydrukowana jest książka. Fotografia to sztuka wizualna i jeśli czegoś nie widać, to tego nie ma - dotyczy to zarówno problemów, jak i metod ich naprawy.
Problemy, do których trzeba dojrzeć
Mimo drobnych zastrzeżeń uważam tę książkę za wybitną i jedną z najcenniejszych pozycji dla pejzażystów - a szczególnie zaawansowanych pejzażystów - jakie pojawiły się na naszym rynku. Nie jest to jednak pozycja dla każdego - Briot podaje drogi do rozwiązania problemów, które będą zupełnie niezrozumiałe dla początkujących fotoamatorów.
-
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 1
Pomysł był - to najdelikatniejsze określenie jakie mi przychodzi na myśl - zwariowany. Wybrać się w podróż dookoła świata motocyklem, nie mając nie tylko tego pojazdu, ale nawet prawa jazdy nim. Nie mówiąc już o jakimkolwiek doświadczeniu w jeździe jednośladami z silnikiem oraz pieniędzy na taką podróż.
A jednak dziennikarz radiowej Trójki zrealizował go. Co prawda nie bez przygód, także ekstremalnych, ale jednak z powodzeniem. I chociaż określenie tej podróży jako „dookoła świata” jest trochę naciągane, gdyż odbyła się ona się tylko przez 3 kontynenty.
W żadnym miejscu nie przekroczyła równika, najbardziej zbliżając do niego w Singapurze. A większość trasy dookoła północnej półkuli zarówno pasażerowie jak i ich motory przelecieli samolotami. Co nie zmienia faktu, że jednak był to wyczyn.
Relacjonowany w trakcie podróży, przeważnie na żywo, na falach Polskiego Radia i w internetowym blogu, a następnie opisany - od razu dodam, że świetnie - w książce wydanej przez krakowskie Bezdroża. Z licznymi - to jeszcze u nas nowość - odsyłaczami na strony internetowe tego wydawnictwa, otwierając które można znaleźć ciekawe filmy i zdjęcia znacznie rozszerzające obraz opisywanych miejsc, do których dotarli podróżnicy.
Bo było ich dwu. Pomysłodawcy tej wyprawy udało się bowiem znaleźć i namówić do udziału w niej kolegę - radiowca. Następnie - szczegółów nie będę zdradzał, bo to naprawdę warto samemu przeczytać - szybko skończyć kurs i zdać egzamin na motocyklowe prawo jazdy, znaleźć sponsora - firmę z branży motorowej, bo Polskie Radio nie miało pieniędzy na takie fanaberie.
No i zdobyć oraz przygotować odpowiedni sprzęt - także radiowy. Wybrać trasę, co w złożonej sytuacji politycznej zwłaszcza w południowo - wschodniej Azji nie było proste, bo zbyt ryzykowna mogła być np. planowana jazda przez Pakistan. I, oczywiście, załatwić wiele formalności, dokumentów, wiz itp. Po to, aby autor mógł we wstępie do tej książki napisać:
„Kiedy patrzę na naszą wyprawę z perspektywy kilku miesięcy, które minęły od jej zakończenia, coraz bardziej jestem przekonany, że ONA nie miała prawa się udać. A jednak, ta ułańska fantazja… Daliśmy radę! Dzięki determinacji, szczęściu i dobrym ludziom po drodze…”. Zaś w ostatnim zdaniu: „Podobno - jak mówią Chińczycy - żaba na dnie studni nigdy nie zobaczy morskich fal. Trzeba się odważyć, trzeba sięgać dalej, wyżej, głębiej, by te fale zobaczyć. Ja je zobaczyłem”.
A o tym, co działo się od narodzenia idei tej podróży do możliwości napisania tego ostatniego zdania, jest właśnie książkowa relacja z niej. Dwaj podróżnicy - dziennikarze radiowej Trójki: Tomek ( tak się sam przedstawia ) Gorazdowski, autor książki i Michał Gąsiorowski spędzili 4 miesiące - dokładnie 126 dni, na siodełkach motocykli. Przejechali ponad 21 tys. km, odwiedzili 19 krajów.
Podróżowali przez Europę, turecką Anatolię i Kapadocję, pustynny Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, tajlandzką dżunglę i malezyjskie herbaciane wzgórza. Przejechali w poprzek Indie i USA zmagając się m.in. z upałami i ulewnymi deszczami. Poznali setki ludzi, masę kultur, zabytków, obyczajów i kuchni. Przeżyli wiele, nie zawsze przyjemnych przygód.
Autor książki opisał to wszystko w sposób bardzo ciekawy, świetnym, żywym językiem, z humorem, a miejscami nawet autoironią. Sporo miejsca w tej relacji zajmują opisy samej jazdy, dróg i ruchu drogowego - z najbardziej niesamowitym w Indiach oraz w wielu wielkich, zatłoczonych miastach. Każdy, kto tam był, wie zresztą jak się tam podróżuje, a polskie drogi i ulice wydają się z tamtej perspektywy pustymi oazami spokoju.
Nie brak też w książce kapitalnych ( nie dla uczestniczących w nich podróżników ! ) scen bezduszności i trzymania się, nawet absurdalnych przepisów, zwłaszcza przez granicznych, biurokratów. Z których, obok irańskich i indyjskich, palma pierwszeństwa należy się bezsprzecznie amerykańskim. Odprawienie z Miami do Londynu motocykli samolotem zajęło bowiem… 9 dni.
Tamtejszy celnik - geniusz ( autor określa go mniej elegancko ) na którego nie było mocnych, stwierdzając brak jednego papierka nie wydanego podróżnikom przy wjeździe do USA na lotnisku w San Francisko, uparł się, że powinni… wylecieć też z tego - odległego o 6,5 tys. km - miasta.
Nie bez racji autor stwierdził więc, że sama jazda - mimo niekiedy bardzo trudnych warunków pogodowych i klimatycznych - była najłatwiejszą częścią całej wyprawy. Mocną stroną książki są opisy krajów i miejscowości oraz spotkań z ludźmi i ich postaw, udzielanej przez nich pomocy - także w trudnych sytuacjach. Np. wypadku jednego z podróżników i uszkodzenia motocykla koło Persepolis w Iranie, co postawiło dalszą jazdę pod znakiem zapytania.
Opisy te czytałem z dużym zainteresowaniem, gdyż większą część ich trasy od Warszawy do Singapuru znam z autopsji. Niektóre odcinki przejeżdżałem kilkakrotnie, chociaż nie motocyklem. Podobnie nie raz byłem w niektórych opisywanych miastach i miejscach. Tym łatwiej więc docenić mi to, co napisał o nich autor. Za szczególnie udane i trafne uważam relacje z Kapadocji oglądanej z ziemi, podziemi i powietrza - z lotu balonem, Indii - zwłaszcza Agry i Tadż Mahal oraz Varanasi, Malezji oraz Singapuru.
Znalazłem w nich sporo ciekawych informacji, w tym mało na ogół znanych, np. że słynne bliźniacze, połączone na 2/3 wysokości łącznikiem, wieże Petronas Tower w Kuala Lumpur zagłębione są 150 m w głąb ziemi. A słynny człowiek - pająk Alain Robert wszedł na sam szczyt iglicy jednej z nich, bez lin i żadnego zabezpieczenia. Chociaż dopiero za trzecim podejściem, gdyż podczas pierwszych dwu był „zdejmowany” przed osiągnięciem celu przez ochronę gmachu.
W kilku miejscach lektury poczułem jednak niedosyt natrafiając na nieścisłości, czy niedostatek informacji. W opisie słynnego meczetu Selimiye w Edirne, w Turcji kontynentalnej, zabrakło mi informacji, że jest to jedna z około 300 budowli wzniesionych według projektu jednego z najgenialniejszych architektów epoki, Mirmara Sinana ( ok. 1490 - 1588 ).
W relacji z najsłynniejszego hotelu w Singapurze - Raffles, autor nie wspomniał ( czyżby o tym nie wiedział ?), że mieszkał w nim i pisał nasz rodak, chociaż pisarz angielski, Józef Conrad - Korzeniowski. I jest w nim niewielkie poświęcone mu muzeum.
Opisując baśniowy, nowy Biały Meczet w Abu Zabi - stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, autora trochę poniosła fantazja, gdy pisał o „dziedzińcu z tysiącem kolumn”. W odróżnieniu od niego widziałem i obfotografowałem ze wszystkich stron z detalami nie tylko ten dziedziniec ( gdy nasi motocykliści przyjechali tam, meczet był niedostępny ze względu na modły ), ale również wnętrza i detale tego meczetu.
I zapewniam, że brakuje w nim baaardzo wiele do tysiąca kolumn. Co nie zmienia faktu, że jest to jedna z najpiękniejszych współczesnych budowli sakralnych islamu, tylko z niewielką przesadą porównywana z najwspanialszym mauzoleum świata - Tadż Mahal w Indiach. To tyle przykładowo, gwoli ścisłości.
Trochę drażniło mnie określanie hoteli i innych budynków jako „klimatyczne”. Bo klimatyczne to mogą być uzdrowiska lub miejscowości. Zaś budowle i pomieszczenia tylko klimatyzowane lub z klimatyzacją. Za mało eleganckie, gdyż może zostać odebrane jako dowód wyższości i lekceważenia, uważam określanie miejscowej ludności jako „lokalesów”. Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi.
Ciekawe są natomiast włamane w tekst w ramkach, w formie jak gdyby kart wyrwanych ze starych dokumentów, informacje monotematyczne. Np. „Turecka kuchnia”, „Psy okiem motocyklisty”, „Nadawanie ( relacji radiowych ) z przygodami”, „Amerykańskie drogi” i wiele innych. Wspomniałem o licznych ciekawych przygodach i ich opisach oraz dobrym, nie pozbawionym autoironii języku. Oto kilka cytatów:
„Kanpur ( Indie ) okazał się najgorszym miejscem na ziemi. Korki, mnóstwo strasznie kopcących samochodów, dziurawe drogi. Śmiecie już nie po kostki, a chyba po kolana. Wypalone trawy na poboczach, palące się śmieci i opony wzdłuż szosy. Do tego smród z zapchanych rynsztoków… Bezdomni, ich noclegownie przy drodze, brudne kartony, tłuste kawałki materiału służące jako dach…”. „Droga ( koło Allahabadu w Indiach ), podobna do polskiej gierkówki, z indyjskimi krzakami między jezdniami, z których niespodziewanie wyłaniali się ludzie, rowery, kozy, świnie. Raz wyłonił się nawet słoń…" .I dalej opis, jak kaleka bez nóg poruszający się na desce z kółkami usiłował wpakować się na tej drodze pod motocykl, aby uzyskać odszkodowanie za wypadek.
„… codziennie w rzece ( w Varanasi - Benares ) myje się ponad 60 tysięcy ludzi, mimo iż Ganges jest potwornie zanieczyszczony. Do świętej rzeki swoje ścieki spuszcza 115 miast mających powyżej stu tysięcy mieszkańców każde. Że kąpiący się i pijący tę wodę nie padają natychmiast jak muchy, to faktycznie cud. Norma, według której klasyfikuje się wody nadające do pływania w nich, dopuszcza 500 pałeczek E. coli w jednym literze. W wodzie z Gangesu jest ich półtora miliona!!! A Hindusi ją piją!”. Dodam od siebie, że pływając tam łodzią, nie odważyłem się zanurzyć w Gangesie nawet palca…
„Stosy pogrzebowe palą się w Varanasi dzień i noc… w nocy Dasahwamedh czy Manikarnika, główne ghaty, w których pali się ciała, wyglądają przerażająco. Płonące stosy pogrzebowe, długie, tańczące cienie palaczy, zwłoki zawinięte w całuny, dzwonki, dzwoneczki, modlitwy dobiegające z daleka i z bliska; wszystko razem jest fascynujące…”.
Na zakończenie cytatów jeszcze coś z realiów tej podróży „Pierwsza rzecz po ulokowaniu się w hotelu to prysznic. To nie była fanaberia. To była absolutna konieczność związana ze zdjęciem butów. Po całym dniu w wysokich, grubych, wzmacnianych, skórzanych butach nasze stopy załatwiały wszystkich i wszystko w promieniu kilku metrów. Włączone telewizory traciły kolory, kwiaty w wazonach więdły w oczach, komary i muchy padały w locie, a jednostki ludzkie, które pojawiały się w okolicy ( na przykład pokojówka przynosząca dodatkowy klucz do pokoju ), zawracały z krzykiem”.
No i z podróży przez USA: „Rano zdążyliśmy jeszcze zjeść typowe amerykańskie śniadanie z naleśnikami grubości maty plażowej ( i rozmiarem niewiele jej ustępującymi ). Naleśniki były nielimitowane…”. Oczywiście oprócz takich opisów i scenek, są w książce setki innych. Ciekawych - o ludziach, zwyczajach, zabytkach, krajobrazach, przyrodzie. Naprawdę warto ją przeczytać, obejrzeć liczne, zamieszczone w niej zdjęcia z podróży, a także otwierać polecane przez autora strony internetowe.
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























