Recenzje

Wyniki wyszukiwania frazy "32" [17]

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5.  ... 
  1. fotlut

    Alchemia portretu. Warsztaty Bolesława Lutosławskiego

    Dawno już nie pochłonęła mnie aż tak bardzo lektura książki o fotografii. 
 „Alchemia portretu. Warsztaty Bolesława Lutosławskiego” to książka o fotografowaniu, o pasji jaką jest fotografowanie, o przyjemności, o zawodzie jaki się uprawia.

    To bardzo osobista książka, bo opowiada nie tyle o fotografii jako sztuce i nie tyle o portrecie jako wybranej formie, ile o samym Bolesławie Lutosławskim i jego życiu, jego spotkaniach z ludźmi. I te spotkania z ludźmi zdają się być równie ważne co same zdjęcia.

    Autor w każdym z rozdziałów swojej książki omawia temat, który wydaje się być kolejnym elementem koniecznym do tego by powstał Fotograf. Pisze o sobie, swoich doświadczeniach, przeżyciach, spotkaniach.

    Zaczyna od tego, że we wstępie... się nam przedstawia. Powoli dochodzi do tego skąd w ogóle pomysł by być fotografem, by taki zawód wykonywać. W trakcie lektury widzimy jak zdobyte wykształcenie, lektury, sztuka, spotkania i ludzie ukształtowały twórczą osobowość Bolesława Lutosławskiego.

    Właśnie - ludzie. Autor zaczyna od rzeczy bardzo ważnych dla siebie. Od poszukiwania Mistrza - tu pojawia się kilka znamienitych, słynnych nazwisk - Avedon, Bourdin, Brandt - i spotkania z nimi.
 Ale wydaje się, że nie tyle znalezienie Mistrza jest ważne, ile samo poszukiwanie jest czymś niezwykle wartościowym i rozwijającym.

    Równie ważna dla niego jako fotografa jest Przestrzeń, miejsce oswojone, znajome, choć niekoniecznie własne. Może to być znajoma ulica, park. Może być i atelier.

    W „Alchemii portretu” możemy zajrzeć za kulisy pojedynczych, wybranych kadrów. I jeśli by mnie ktoś pytał to powiem, że zdarza się, że opowieść jest dla mnie ciekawsza niż samo zdjęcie. Ale nie zawsze. Czasem kadr jest tak niezwykły, że niepotrzebny mi do niego komentarz.

    Tak, Lutosławski wspomina też o kompozycji, ale w zupełnie inny sposób niż zwykle się o tym pisze w książkach o fotografii. Dla niego kompozycja oznacza tyle co stwarzanie, kreowanie świata. Pisze też o szczegółach technicznych, ale tego jest tu najmniej. Podpowiada jak pracować z modelem, co zdradza spojrzenie, czy warto fotografować dłonie i jakie znaczenie ma przestrzeń wokół fotografowanej postaci. Wspomina też o tym, że czasem trzeba prowokować, wytrącać swoich bohaterów z równowagi.

    A na czym polega owa alchemia portretu? Gdybym miała wymienić jej składniki to... nie było by alchemii, magii. Mistrz też nie zdradza nam wszystkich swoich tajemnic, choć aż kusi by dowiedzieć się jeszcze więcej.

    Ale spróbujmy nazwać choć kilka z tych elementów. Z pewnością doskonałe opanowanie warsztatu, znajomość sprzętu (choć to tylko narzędzie) - jest to tak oczywiste, że wątek niemal nie jest rozwinięty, choć jeden rozdział został poświęcony aparatom na jakich pracował autor.

    Równie ważne jest pewne obycie w kulturze, sztuce - tak bym to nazwała. Studiowanie malarstwa i sztuki w ogóle, przeglądanie albumów fotograficznych, obserwacja światła, obserwacja świata. To element równie istotny, ile nie ważniejszy nawet, co znajomość nowinek sprzętowych.

    Istotne są też pewne cechy charakteru: wrażliwość, otwartość, ale także pewność siebie, upartość w dążeniu do celu. Ważne są też marzenia, o których tak pięknie i prosto pisze autor na zakończenie, w ostatnim rozdziale.

    Właściwie to zastanawiam się na ile w ogóle jest to książka o fotografii. Dla mnie jest to piękna opowieść o tworzeniu, o twórczym, (światło) czułym istnieniu w świecie. O próbach zapisania spotkań, twarzy, chwili.

    To także pewien zapis obrazu świata XX wieku. Wiele z opisywanych, wspomnianych zdjęć powstawała od lat 70-tych XX wieku, jak sądzę, może wcześniej nawet. Świadczą o tym portretowani ludzie, wówczas młodzi, u szczytu swoich możliwości i sławy, którzy właśnie wtedy, w momencie robienia portretu mieli swój czas. A sporo tu znakomitości. Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Witold Lutosławski, Krzysztof Penderecki, Wisława Szymborska, Andrzej Wajda, Kantor, ale także Glenda Jackson, John Peel, Robert Kee, Robin Day, Tom Stoppard, George Martin, Simon Callow i wielu innych. Ale są też portrety przyjaciół, bliskich fotografowi osób.

    Fotograf w swojej książce mówi o rozmowie, spotkaniu, kontakcie, zaufaniu. O spojrzeniu, uśmiechu, o gestach i dłoniach, i o pozowaniu. I pokazuje to poprzez wybrane zdjęcia.

    Bolesław Lutosławski jest urodzonym gawędziarzem i jego opowieść wciąga niczym znakomita powieść. Napisana piękną polszczyzną uwodzi, kreuje atmosferę, ale też nie raz... wpędza w kompleksy. Wymieniane są nazwiska sławnych (mniej lub bardziej) ludzi, a czytelnik czuje się lekko skonsternowany, bo ma wrażenie, że powinien je znać. Lutosławski bowiem opowiada o swoich bohaterach jak o dobrych znajomych, choć z niektórymi spotkał się raz, dwa razy w życiu. Ale na tym właśnie też polega cały urok tej książki - że autor się nie chwali swoimi kontaktami, ale też nie ma kompleksów. A dla zagubionych załącza na końcu mały indeks osób.

    Fotograf lubi też szczegół, z radością wspomina nie tylko samego człowieka jakiego miał przyjemność (lub nie) spotkać, ale też gdzie byli, jakie jedzenie podano, jakie wino czy kawę pito. To ubarwia znacznie opowieść, podobnie jak krótkie opisy przyrody czy miasta związanego z daną osobą. Podróżujemy z Lutosławskim po Europie, wpadamy na piwo do londyńskiego pubu, bywamy na eleganckich przyjęciach, spotykamy mnóstwo ludzi... i fotografujemy. Bardzo wciągająca to podróż.

    I aż żal ją kończyć, bo wierzę, że autor ma w zanadrzu jeszcze całe krocie takich opowieści. I o swoich zdjęciach niejedno by mógł opowiedzieć.

    Mam w tej książce kilka ulubionych zdjęć i kilka zdań, które chcę zapamiętać. Te pojawiają się zaraz na początku książki:

    „Kto wie, może kiedy robiłem te zdjęcia, podświadomie zrozumiałem, że jedynie intymność porozumienia ma znaczenie, że jedynie spotkanie drugiego człowieka warte jest zapamiętania, a nie meble, wśród których to się dzieje... Być może eteryczność chwili jest bardziej autentyczna niż miejsca, w których żyjemy?”

    A później czytamy także:

    „ (...) fotografując, zawsze odnoszę się do moich modeli z szacunkiem, ponieważ to oni są moją inspiracją i to oni pozwolili, żebym im zrobił zdjęcia. Ich portrety nie są moimi bajkami o nich, wystylizowanymi obrazami, ale autentycznymi wizerunkami kobiet i mężczyzn, których spotkałem na drodze życia. Są moim hołdem dla piękna indywidualności człowieka”.

    „Portret jest bowiem wizualnym zanotowaniem chwili, w której osobowość człowieka, naturalnie, z wewnętrznego przekonania, ujawnia swoją pełnię”.

    „ (...) kompozycja nie istnieje sama dla siebie. Kompozycja służy temu, by nadać zdjęciu wizualną formę. Kompozycja jest domem, w którym zamieszka moment z życia człowieka, zatrzymany instynktownie w chwili naświetlenia obrazu fotograficznego”.

    „Portretowanie człowieka jest równoznaczne z odkryciem i zanotowaniem jego prawdziwej osobowości. Czy to w ogóle możliwe? Nie wiem”.

    I można by jeszcze więcej cytować, ale wtedy nie sięgnęlibyście po tę książkę. A warto. Zapewniam, że „Alchemia portretu” jest wyjątkowym spotkaniem z zupełnie nietuzinkową postacią obdarzoną darem nie tylko dobrego oka, ale i czułego serca, która w pasjonujący sposób opowiada o swojej życiowej przygodzie z fotografią i portretem. Nie przegapcie tego!

  2. Paryż. Wydanie 1

    Paryż należy do grona tych miast świata, którym poświęcono najwięcej przewodników w języku polskim. I stale przybywają nowe. „Nie ma jednego powodu, dla którego warto przyjechać do Paryża - jak słusznie napisał we wstępie autor najnowszego, wydanego w „wakacyjnej” serii Bezdroży.

    Nie starczyłoby nawet tysiąca stron na opisanie wszystkich ciekawostek, pomników przeszłości, tajemniczych miejsc i światowej sławy atrakcji tego niesamowitego miasta. Nie ma też pewne osoby, która twierdziłaby, że do Paryża przyjechać nie warto”.

    Mając jednak nie tysiąc, chociaż i tyle byłoby za mało, aby w pełni przedstawić zabytki i atrakcje francuskiej stolicy, ale zaledwie jedną czwartą tej objętości, w której sporo miejsca zajmują również tak potrzebne plany i dobre kolorowe zdjęcia, starał się on przedstawić przynajmniej to, co jest w tym mieście najważniejsze. I moim zdaniem, a Paryż znam nieźle, udało mu się to bardzo dobrze.

    Co nie znaczy, że nie dodałbym jeszcze tego lub owego. Ale o tym na końcu. We wstępnej, zachęcającej do lektury oraz poznawania prezentowanego kraju, regionu lub miasta, znajdującej się we wszystkich przewodnikach tej serii jego części: „Hity Paryża”, autor wymienia 12 tamtejszych cudów, uzasadniając taki właśnie wybór. Bardzo trafny - dodam. Żadnego bowiem z tych zabytków i miejsc po prostu nie sposób pominąć, jeżeli chce się mieć chociażby jakie - takie pojęcie o francuskiej stolicy.

    Podobnie „Przysmaki, które trzeba spróbować” - najbardziej charakterystyczne dla kuchni francuskiej. Chociaż jest ona przecież tak bogata, że listę tę można by długo jeszcze ciągnąć. „Popularne festiwale i wydarzenia kulturalne” to wykaz, z ich charakterystyką, 14 stałych imprez. Zaś „Miejsca przyjazne dzieciom” - 11 specjalnie dla nich polecanych w Paryżu i jego okolicach.

    Dwa, dosyć obszerne, rozdziały wstępne: „Informacje praktyczne” ( Przygotowanie do podróży, dojazd różnymi środkami transportu, Informator A - Z, poruszanie się na miejscu, wyżywienie, noclegi, rozrywka ) oraz „Informacje historyczno-krajoznawcze” ( Historia Paryża, Kościół we Francji, Język francuski, Polskie akcenty w Paryżu, Mieszkańcy Paryża, Kuchnia ) zawierają to, o czym gość nadsekwańskiej stolicy wiedzieć powinien.

    Może trochę niepotrzebnie powtórzone zostały niektóre informacje na temat komunikacji miejskiej w „Informatorze A - Z” „Informacjach praktycznych”. Chociaż z pominięciem tak istotnego przecież faktu, że autobusy w Paryżu na przystankach zatrzymują się tylko na żądanie, co w godzinach mniejszego ruchu zwiększa jego płynność. Ale są to drobiazgi łatwe do poprawienia.

    Podstawowe informacje o tym, co na miejscu warto zobaczyć, zawarte są w dwu rozdziałach: „Zwiedzanie Paryża” i „Okolice Paryża”. W pierwszym z nich autor proponuje - i oprowadza po nich - poznanie 10 dzielnic lub regionów miasta. Wyspy na Sekwanie ( Île de la Cité i Île Saint-Louis - zawsze stosuje on nazwy francuskie, mimo iż inni wolą je spolszczone, np. Wyspa św. Ludwika ) - oraz ich okolice.

    Les Halles - Hôtel de Ville, Les Marias, Bastille, czyli tereny po dawnych Halach, Ratusz, dzielnicę na dawnych bagnach oraz plac Bastylii i jego otoczenie. Concorde, Louvre, Opera - czyli Plac Zgody, dawny pałac królewski i Operę z okolicami. Dzielnice: Saint-Germain-des-Prés i Quartier Latin - Łacińska. Trocadéro, Passy, Tour Eiffel, Invalides. Champs-Élysées, Arc de Triomphe. Montparnasse. Montmartre. Belleville, Menilmontant, Père-Lachaise oraz Grand Boulevards i République.

    Z informacjami jak i czym do tych miejsc dojechać, czy są tam - lub nie - udogodnienia dla osób niepełnosprawnych oraz co trzeba i warto w nich zobaczyć. W formie oprowadzania po nich czytelnika - turysty, z podstawowymi, niekiedy bardzo skrótowymi informacjami. Także o dniach i godzinach otwarcia muzeów i innych obiektów zamykanych, wstępie wolnym lub z biletami - i przeważnie także ich cenami.

    Podobnie po okolicach Paryża. Zarówno tych tak bliskich, że już z nim od dawna zrośniętych, połączonych liniami metra i autobusów, jak Lasek Buloński, Vincennes, Saint-Denis czy dzielnica La Défense. Nieco dalszych, osiągalnych RER-em lub innymi środkami transportu, jak Wersal czy Disneyland. Jak również odleglejszych, jak zamki: Chantilly, Fontainebleau czy Thoiry, a nawet odległe o 90 km Chartres ze słynną katedrą.

    W tekst przewodnika włamano trzy obszerne, nawet 22 - stronicowe wkładki informacyjne: „Znani paryżanie”, „Dworce i metro” oraz „Paryż wodny”. Sekwana”. A także, szkoda że nie ujęte w jakimś indeksie, krótkie, monotematyczne informacje w ramkach na kolorowym tle. M.in.: „Kuchnie świata w Paryżu”, „Bilety” ( komunikacji miejskiej, z różnymi okresowymi ), „Paris Museum Pass” ( karta muzealna, bardzo opłacalna jeżeli ma się zamiar sporo zwiedzać ).

    A także: „Czarna śmierć i średniowieczne sposoby jej leczenia” ( dżuma ), „Joanna d’Arc”, „Noc Świętego Bartłomieja”, „Paryskie wystawy światowe”, „Hotel Ritz”, „Wieża Eiffla - ciekawostki i dziwactwa”, „Najważniejsze wydarzenia w historii Luku Tryumfalnego”. Na końcu przewodnika jest mini słowniczek polsko - francuski z najbardziej przydatnymi zwrotami oraz Indeks wybranych obiektów.

    Ponieważ nie ma jednak róży bez kolców, wspomnę o pominięciu jeszcze co najmniej jednej, moim zdaniem bardzo istotnej informacji oraz niezrozumiałego przeoczenia sławnego obiektu. W pierwszym przypadku chodzi o inżyniera Gustawa Eiffla i jego dzieła. Ani w jego nocie biograficznej we wkładce „Znani paryżanie’, ani w informacjach o paryskich wystawach światowych czy ciekawostkach i dziwactwach związanych z wieżą jego imienia, nie wspomniano o jeszcze jednym ( oprócz kilku wymienionych ) jego sławnym dziele.

    Mam na myśli, oczywiście, „Żelazny dom”. Został on zbudowany, a nie tylko sławna wieża, na Wystawę Światową w Paryżu w roku 1889. Po niej zaś kupiony przez jednego z ówczesnych światowych „królów kauczuku”, rozmontowany, przewieziony do portu, a następnie przez Atlantyk oraz kilka tysięcy kilometrów w górę Amazonki do miasta w peruwiańskiej dżungli - Iquitos ( nadal dostać się do niego można tylko drogą wodną lub powietrzną, nie ma drogi lądowej ) i tam ponownie zmontowany.

    Była to na owe czasy operacja niezwykle trudna technicznie, o kosztach już nie wspominając. Ale „Żelazny dom” służący obecnie celom kulturalnym, jest jedną z atrakcji tego amazońskiego miasta. I podobnie jak jego „siostra” - paryska wieżą, trzyma się doskonale, co miałem okazję stwierdzić osobiście. Warto więc o nim wspomnieć w następnym wydaniu tego przewodnika.

    Drugie przeoczenie, jakie w nim znalazłem, jest wręcz zaskakujące. Chodzi bowiem o jedno ze sławnych podparyskich ( ale dojeżdża się do niego metrem do stacji Porte de Sévres ) muzeów oraz założonej w Sevres w 1756 roku manufaktury słynnej porcelany sewrskiej. Tamtejsze Muzeum Ceramiki działa od roku 1824 (!).

    Obejrzeć w nim można nie tylko wspaniałe wyroby miejscowej manufaktury, ale także fajansowe i porcelanowe, m.in. miśnieńskie i z innych sławnych zakładów europejskich, ponadto starą porcelanę chińską i japońską. Naprawdę jest tam co oglądać. Mozna też na miejscu kupić współczesne wyrobym, m.in. figurki. I warto o tym poinformować czytelników i turystów. Ale to możliwe będzie dopiero w kolejnym wydaniu.

    Jednak i w obecnej postaci jest to przewodnik bardzo dobry, jeden z lepszych w tej serii, napisany kompetentnie i przejrzyście. Zawierający mnóstwo ważnych i potrzebnych informacji, planów i zdjęć oraz trochę ciekawostek. Przy czym wydany starannie, w poręcznym formacie i wadze oraz o przystępnej cenie. Z przyjemnością polecam go więc Czytelnikom.

  3. Rumunia. Mozaika w żywych kolorach...oraz Mołdowa. Wydanie 4

    Rumunia wzbudza coraz większe zainteresowanie polskich turystów. I to nie tylko, jak w latach 60-80-tych ub. wieku, głównie jej czarnomorskie wybrzeże, ale także prawdziwe skarby architektury, przyrody i krajobrazów w innych częściach kraju. Zwłaszcza, chociaż nie tylko, Siedmiogród, rumuńska Mołdawia i Bukowina.

    Natomiast Mołdawia nadal, trochę niesłusznie, pozostaje w dosyć powszechnym odczuciu państwem w Europie peryferyjnym i niezbyt wartym poznawania. Obu tym krajom poświęcony jest najlepszy, moim zdaniem, dotychczas w języku polskim o nich przewodnik „Bezdroży”.

    Jego kolejne wydanie ukazało się w br. w podstawowej w tej oficynie serii „czarno - pomarańczowej”, której potoczna nazwa pochodzi od kolorów grzbietów. Napisany przez grono polskich autorów z głęboką znajomością tematu, rzetelnie oraz dobrym językiem, jest po prostu znakomity.

    Co nie znaczy, że nie można w nim już niczego poprawić. Ale o tym niżej. Dodam, że na dwu 8 - stronicowych wkładkach znajduje się w nim 35 dobrych, kolorowych zdjęć. Ponadto kolejne, już czarno-białe, co powoduje, że nie są zbyt efektowne i trochę rysunków zabytków. No i mapki oraz plany miast. W rozdziale I - wstępnym, „Zaproszenie do Rumunii” autorzy proponują poznawanie kraju pięcioma różnymi trasami.

    Szlakiem drewnianych cerkwi marmaroskich, Malowane monastery Bukowiny i Mołdawii, Kościoły warowne Siedmiogrodu, Wzdłuż czarnomorskiego litoralu oraz „Paryż Wschodu” i okolice. Znajduje się na nich większość tego, co jest tam rzeczywiście najcenniejszego. Obszerny rozdział II - „Informacje praktyczne” zawiera niemal wszystko o czym turysta powinien wiedzieć zarówno przed wyjazdem, w trakcie - i czym - podróży, poruszania się na miejscu, noclegów i wyżywienia.

    Z wieloma przydatnymi informacjami w rubryce od A do Z. W części tej znajduje się także sporo rad w ramkach w rodzaju: „Będąc dzień w Sybinie trzeba koniecznie”: - po czym następują konkretne i na ogół bardzo trafne propozycje. Rozdział III - "Informacje krajoznawcze", to prawdziwa, chociaż w ogromnym skrócie, kopalnia wiedzy o fizjografii, klimacie i bioróżnorodności kraju.

    Bardzo oryginalnie i ciekawie przedstawione zostały w nim jego dzieje. „Historia Rumunii - stwierdzają autorzy - jest niezwykle skomplikowana”. Po czym następuje uzasadnienie tego twierdzenia z wnioskiem: „Ponieważ przewodnik turystyczny nie jest publikacją odpowiednią do roztrząsania tych skomplikowanych kwestii, zainteresowanych odsyłamy do literatury fachowej, zaś Czytelnikom proponujemy spojrzenie na historię ziem rumuńskich i Rumunii przez pryzmat wybranych zabytków kultury i sztuki”.

    Dodam, że dobranych w taki sposób, żeby jednak „w pigułce” zawrzeć to, co w tej historii jest najważniejsze. I tak „Hala targowa w Tomis” wybudowana w IV w. - to okazja do przedstawienia wielowiekowej, od czasów antycznych Greków, tradycji handlowej oraz zarysu dziejów kraju na przestrzeni wieków. „Sarmizegatusa Regia” - państwa Daków. „Vajdahunyadvár” - Siedmiogrodu i częściowo Banatu i Marmaroszu.

    „Monaster Putna”, w którym pochowany został jeden z najwybitniejszych władców Stefan Wielki - losy Hospodarstwa Mołdawskiego. „Nowa Metropolia w Curtea de Argeş” - najważniejsze fakty z historii Wołoszczyzny. „Zamek królewski Peleş w Sinai” - powstanie Rumunii i królestwo, od 1861 r., Hohenzollernów. Zaś „Prawosławna cerkiew katedralna w Timişoarze” - ostatnie 60 lat dziejów kraju.

    Wypadało co prawda w tym ostatnim przypadku dodać np., że komunistyczny dyktator Nicolae Ceauşescu nie tylko został w 1989 r. skazany na śmierć, ale i rozstrzelany wraz z żoną Eleną, działaczką partyjną i państwową też odpowiedzialną za zbrodnie reżymu, ale to można uzupełnić w kolejnym wydaniu.

    Bardzo ciekawie przedstawieni zostali mieszkańcy Rumunii i tamtejsza mozaika narodowościowa: Rumuni, Węgrzy, Sasi, Polacy, Turcy, Żydzi, Romowie, a w Banacie również Serbowie, Bułgarzy, Czesi, Słowacy, Rusini, a nawet Włosi, Francuzi i Hiszpanie. Podobnie język, a także rumuńska kuchnia pod bardzo zachęcającym tytułem poświęconej jej części: „Radość życia, czyli kuchnia rumuńska”.

    Najobszerniejszy - ponad 450 stronicowy - rozdział IV „Zwiedzanie Rumunii” poświęcony został prezentacji poszczególnych miejscowości, miejsc, zabytków itp. kraju. W sposób przejrzysty, dosyć dokładny, z ogromnym bogactwem faktów. Najpierw stolica - Bukareszt, a następnie kolejno tradycyjne regiony historyczno - geograficzne. Banat i Kriszana, Transylwania ( Siedmiogród ), Marmarosz, Bukowina, Mołdawia, Dobrudża i osobno Trasy górskie z 44 propozycjami poznawania ich konkretnymi szlakami, w 7 partiach różnych gór.

    W opisach miejscowości są ich nazwy przede wszystkim - o ile takie są - polskie oraz rumuńskie i w stosowanych na ich określenie językach. Podana jest liczba mieszkańców, są sugestie co przede wszystkim warto tam zobaczyć, historia - w przypadku Bukaresztu także co, gdzie i kiedy zburzono z zabytków pod rządami Ceauşescu - a następnie oprowadzanie czytelnika - turysty po ciekawych zabytkach, muzeach i miejscach.

    W większych lub ważniejszych miastach - ich plany, zdjęcia, rysunki zabytków. Na końcu zaś informacje praktyczne na temat dojazdu i lokalnej komunikacji, noclegów, wyżywienia itp. A więc znajduje się tam chyba wszystko, co powinno być w dobrym przewodniku.

    Na podobnej zasadzie, w dwu rozdziałach: „Mołdowa” i „Zwiedzanie Mołdowy” napisana została część przewodnika po tym kraju. Oczywiście znacznie krótsza, bo miejscowości, miejsc i obiektów wartych tam poznania jest niewspółmiernie mniej. A także z trochę bardziej skróconymi opisami. Ale z bardzo ważnymi a mniej znanymi informacjami na temat podróży, zwłaszcza problemami jakie mogą występować przy przekraczaniu granicy samozwańczej, tak zwanej Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej i tamtejszych realiów.

    Ponadto zakwaterowania - podobnie jak w przypadku części rumuńskiej z wyborem hoteli i innych miejsc noclegowych z ich nazwami, adresami, telefonami, stronami internetowymi itp., a także charakterystyką i w wielu przypadkach cenami. Nie brakuje oczywiście i informacji krajoznawczych, historii regionu i kraju, jego ludności, gospodarki, kultury itp.

    Natomiast zwiedzanie Mołdawii ( Mołdowy ) autorzy proponują według jej trzech głównych części: Kiszyniowa i centrum, Północnej Mołdowy oraz Południowej Mołdowy, do której zaliczono również Naddniestrze. A w częściach omawiających poszczególne miejscowości i miejsca, tak jak w przypadku rozdziałów rumuńskich, w kolejności alfabetycznej ich nazw.

    Treść przewodnika bardzo wzbogacają włamane w treść monotematyczne informacje w ramkach na szarym tle. Jest ich prawie 50, wiele bardzo ciekawych. M.in.: „Park Narodowy Retezat”; „Czarny pamiętnik: zburzenie monasteru Văcăreşti” ( w Bukareszcie ); „Malowane cerkwie doliny Aluty”; „Mistrz Manole” ( budowniczy cerkwi w Nowa Metropolia Curtea de Argeş, pocz. XVI w ); „Legenda o zamku Poienari” ( zbudowanym dla Włada Palownika - Drakuli ), a także:

    „Druga strona medalu” ( prawdziwa historia Drakuli ); „Biały płaszcz z czarnym krzyżem” ( Krzyżacy w Siedmiogrodzie wypędzeni z niego za próbę stworzenia tam własnej potęgi, zaproszeni później do Polski ); „Inkastelacja kościołów” ( obronne świątynie w Siedmiogrodzie ); „Pionier lotów kosmicznych” ( Hermann Oberth urodzony w Sybinie ); „Mołdowa czy Mołdawia?” ( decyzja polskiego MSZ o przyjęciu tej pierwszej nazwy ); „Mołdowa czy Besarabia?”; „Po jakiemu mówią Mołdawianie?”; „Polacy w Mołdowie”; „Kim są i skąd przybyli Gagauzi?”; „Karol XII czyli Szwedzi w Mołdowie” itd.

    Na końcu znajduje się słowniczek polsko - rumuński z mini rozmówkami oraz dosyć szczegółowy Indeks wybranych nazw geograficznych i atrakcji turystycznych. Jest to więc, co już napisałem na wstępie, bardzo dobry przewodnik. Co nie znaczy, że w następnych wydaniach nie może być jeszcze lepszy.

    Uważam np., że trochę po macoszemu potraktowana została Delta Dunaju, której poświęcono tylko 3 strony tekstu + 1 zdjęcie, i to jako ciekawemu miejscu w okolicach Tulczy. Informacja o rumuńskich obiektach znajdujących się na Liście UNESCO powinna znajdować się nie tylko w postaci symbolu przy opisach miejscowości, ale także zbiorowa osobno, np. w Informacjach A-Z.

    Najpiękniejszy średniowieczny zamek w mieście Hunedoara ( Vajdahunyad ) w Siedmiogrodzie znany jest bardziej pod tą drugą nazwą lub jako Zamek Hunyadego, a nie, jak go nazywają autorzy, Corvinilor. Wypadałoby więc przynajmniej o tym wspomnieć. Nie bardzo widzę uzasadnienia dla opublikowania, i to na całej stronie, nie najlepszej jakości czarno-białego zdjęcia pałacu hospodara w Mogoşoaia, skoro jego dobre kolorowe znajduje się we wkładce ilustracyjnej.

    Wśród źródeł informacji o kraju nie uwzględniono działającego od ub. roku w Warszawie Rumuńskiego Ośrodka Informacji Turystycznej. Podobnie w przypadku dostępnych w języku polskim przewodników nie wspomniano ani o jednym aktualnym, poza wydanymi przez Bezdroża.

    Błędna jest, w przypadku Naddniestrza, informacja, że Igor Smirnow jest „prezydentem” tej samozwańczej republiki od 10 lat. W rzeczywistości już 21(!) lat. Byłem pierwszym zagranicznym dziennikarzem, wówczas korespondentem prasy polskiej w Kijowie, któremu udzielił on wywiadu jeszcze jako tymczasowy prezydent, we wrześniu 1990 roku, na drugi lub trzeci dzień po proklamowaniu przez ten region „niepodległości”. Do Tyraspola dojechałem z Bender na prawym brzegu Dniestru, które wówczas znajdowały się jeszcze pod kontrolą Kiszyniowa, podmiejskim autobusem.

    Podczas lektury przewodnika natrafiłem na parę błędów korektorskich, a nawet językowych. Np. na str. 231 jest odsyłacz do informacji o mieście Alba Julia na stronę 323 ( na której można przeczytać o Sighişoarze ), nie zaś prawidłowo na stronę 232. Natomiast na str. 568 o połączeniach komunikacyjnych z Polski do Mołdowy „…z dwoma ( zamiast dwiema ) przesiadkami. To tylko przykłady, bo podobnych, co prawda drobnych potknięć, jest więcej.

    Na koniec parę słów polemiki na temat tytułowej nazwy Mołdowa. Wydawnictwo przyjęło ją zgodnie z decyzją naszego MSZ o stosowaniu takiej nazwy w swoich dokumentach. Z ministerialnym uzasadnieniem, że Mołdawia to nazwa dużego regionu historycznego, którego Republika Mołdawii jest tylko częścią. Trochę mi się to kojarzy z wymuszoną przez Grecję i stosowaną w stosunkach międzynarodowych, idiotyczną nazwą Była Jugosłowiańska Republika Macedonia. Bo …Macedonia to historyczna nazwa antycznego państwa, którego część znajduje się nadal na terytorium Grecji.

    A przecież nazwa Mołdawia w odniesieniu do Republiki Mołdowa jest u nas stosowana powszechnie, jak również np. Mołdawianie ( nie zaś Mołdowanie ) czy mołdawskie ( a nie mołdowskie ) wina. Polska Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych - o czym można zresztą przeczytać w informacji w ramce: „Mołdowa czy Mołdawia” - zaleca stosowanie nadal przyjętej powszechnie tej drugiej nazwy.

    Dla mnie ważniejsze jest zdanie tej komisji, niż jakiegoś urzędnika MSZ który wymyślił inną, pozostaję więc w publikacjach przy Mołdawii. Wytknięte drobne błędy i nieścisłości jakie znalazłem w tym przewodniku są łatwe do poprawienia w następnym wydaniu oraz nie zmieniają mojej wysokiej jego oceny. Z przyjemnością polecam go więc Czytelnikom.

  4. Maroko. Wydanie 1

    Maroko, najbogatszy, obok Egiptu, w zabytki kraj Afryki, intensywnie rozbudowujący swoją bazę wypoczynkową nad Atlantykiem i Morzem Śródziemnym, należy do coraz popularniejszych wśród Polaków kierunków wyjazdów urlopowych.

    Zachęcić do tego kolejnych oraz pomóc im w poznawaniu wspaniałych cesarskich miast, zabytków antycznych, a zwłaszcza islamu, gór, morskich wybrzeży i pustyni, może nowy przewodnik wydawnictwa Bezdroża wydany w jego serii „wakacyjnej”.

    Jego autor, w roku ubiegłym także obszerniejszego, w podstawowej dla tej oficyny serii „pomarańczowo - czarnych” ( od kolorów grzbietów ) przewodników, „Maroko. W labiryncie orientalnych Medyn” ( jego recenzja jest nadal do przeczytani w dziale Nowości wydawnicze ), a wcześniej również po kilku innych krajach Krzysztof Bzowski, gwarantuje dobry poziom merytoryczny oraz dodatkowo sporo świetnych zdjęć.

    Walorem tej serii przeznaczonej dla turystów, którzy chcą poznawać najważniejsze miejsca i obiekty różnych krajów w miarę dobrze, ale bez przesadnego wnikania w szczegóły, jest, obok treści merytorycznej, także poręczny format, rozsądna objętość, dobry papier oraz zdjęcia, mapki i plany uzupełniające tekst we właściwych miejscach.

    „Maroko, zwane „brama Afryki” - pisze autor we wstępie - to doskonałe miejsce dla poszukiwaczy przygód i egzotyki. Panująca tu od wieków kultura islamu wprowadza w świat orientalnych barw i zapachów, przepięknie zdobionych meczetów, tajemniczych medyn i gwarnych suków. Urokliwe muzułmańskie miasta otacza bujna, niezwykle różnorodna przyroda. Wyniosłe grzbiety Atlasu wzbudzają szacunek najbardziej doświadczonych piechurów, na wybrzeżu zielenią się gaje daktylowe, a gdy przekroczy się masyw górski w stronę południową, natrafimy na złowrogą, dziką pustynię…”

    Zgodnie z regułą tej serii, właściwy tekst poprzedza kilka stron informacji „Hity Maroka”. Czytelnik znajduje w nich wykaz - z odsyłaczami na odpowiednie strony, obiektów znajdujących się na Liście UNESCO. A także innych, uznanych przez autora za najważniejsze. Będących rzeczywiście takimi, chociaż brak mi w tym wykazie - w przewodniku zostały oczywiście przedstawione - jeszcze przynajmniej kasby i mellahu w Rabacie, a także Tangeru i Taroudant.

    Są na tych stronach również informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych, cudach natury oraz tego, co autor uważa w Maroku za niezapomniane przeżycia. W tekście blisko 60 stron zajmują rzetelne i, moim zdaniem wystarczające, Informacje praktyczne - jak przygotować się do podróży, dotrzeć do Maroka i poruszać się po nim, gdzie spać, jeść - i co itp.

    A także Informacje krajoznawcze z charakterystyką geograficzną kraju, jego przyrodą, kalendarium historycznym, polityką i gospodarką, społeczeństwie, językach, religii, kulturze, sztuce, literaturze i muzyce. Wszystko oczywiście „w pigułce”, ale z tym, co jest rzeczywiście najważniejsze. Blisko 170 stronicowa część przewodnikowa zawiera prezentację najważniejszych miast, miejscowości i obiektów w podziale na 4 tematy.

    „W labiryncie marokańskich metropolii” przedstawia Rabat i Salé, Casablankę, Fez, Marrakesz oraz ważniejsze miejsca w ich pobliżu. „Skarby wybrzeża Atlantyku” - El-Jadidę, Essaouirę, Agadir i kilka mniejszych miejscowości. „Na południe od Cieśniny Gibraltarskiej” - Tanger, Asilah, Tetuan, Chefchaouène. I „Na pustyni” - Quarzazate, Wąwozy Dadès i Todra oraz Merzouga i erg Chemii.

    Opisy poszczególnych miast i miejsc są, jak już wspomniałem, zwięzłe, ale w sumie z mnóstwem informacji oraz ciekawostek. W każdej miejscowości autor sugeruje, co przede wszystkim warto tam zobaczyć, a w Informacjach praktycznych pisze jak dojechać, gdzie spać i jeść - z konkretnymi hotelami, restauracjami, poruszać się itp.

    Ich uzupełnienie stanowią monotematyczne informacje w ramkach na barwnym tle, zarówno obszerne, 2-4 stronicowe: „Marokańskie specjały”, „Wyprawa na Jebel Toubkal” ( najwyższy szczyt północnej Afryki ) oraz „Hiszpania w Maroku” ( Ceuta, Melilla ), jak i krótkie. M.in. „Marokańska medresa”, „Mellah, żydowskie miasto”. „Drogocenny łup” ( historia rękopisu św. Augustyna ). „Kasby i ksary południowego Maroka”.

    Znam nienajgorzej Maroko, ale nie znalazłem w tym przewodniku błędów i nieścisłości. Chociaż uważam, że warto w nim było uwzględnić także takie miejscowości jak Tafraoute słynną z wytwarzanej tam, również na oczach nabywców, biżuterii, zwłaszcza z tzw. „berberyjskiego ( niskoprocentowego ) srebra” z półszlachetnymi kamieniami lub koralikami. A w okolicach z pięknych formacji skalnych. Czy popularne, będące w programach wycieczek wielu biur podróży, Malowane Skały i Dolinę Ameln.

    Jak również leżącą na południe od Agadiru Massę. Region nadmorski na południe od tego popularnego kurortu pominięty został zresztą całkowicie. I chociaż nie ma w nim takich skarbów architektury czy krajobrazów, jak w przedstawionych w przewodniku miejscach, to interesuje on coraz więcej ludzi. Może więc warto i o nim wspomnieć w następnym wydaniu? I jeszcze jedna kwestia.

    W informacjach o zagrożeniach oraz niebezpieczeństwach z którymi może spotkać się turysta, m.in. fałszywymi przewodnikami i innymi wyłudzaczami, autor ani słowem nie wspomina o, moim zdaniem, o innej, marokańskiej pladze. Wystarczy przecież skierować tam obiektyw aparatu fotograficznego w którąkolwiek stronę, a nawet tylko wyjąć go, i już ze wszystkich stron wyciągają się dłonie, równocześnie nawet dziesiątki dłoni, po zapłatę „za pozowanie”.

    Jest to nie tylko denerwujące, ale często wręcz uniemożliwia fotografowanie. Nawet jeżeli lekceważy się takie żądania, gdyż „modele” bywają nachalni. Pamiętam jak na suku w Fezie czy Marrakeszu zobaczyłem sklep i pracownię miejscowego „artysty” malującego tak koszmarne kicze, że zechciałem je uwiecznić. Zapytałem o zgodę, zrobiłem mu zdjęcia na tle jego „dzieł”, pożegnaliśmy się i odszedłem. Po kilku minutach „mistrz” dogonił mnie, agresywnie żądając pieniędzy „za pozowanie”.

    Widocznie któryś z sąsiadów powiedział mu, że od cudzoziemca należy się za to zapłata. Nie było w pobliżu policjanta - a tych miejscowi boją się jak ognia, nie chciałem wdawać się w coraz większą awanturę i zapłaciłem te kilka dirhamów. Ale od tamtej pory staram się, zwłaszcza w ludnych miejscach, fotografować teleobiektywem, odganiając żądających zapłaty za to, że przypadkiem mogą znaleźć się w kadrze. Te parę uwag nie zmienia oczywiście mojej pozytywnej oceny przewodnika, który z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim turystom myślącym o wyjeździe do Maroka.

  5. Fotografia prasowa. Z obiektywem za kulisami niezwykłych wydarzeń

    "Fotografia prasowa. Z obiektywem za kulisami niezwykłych wydarzeń" Kennetha Kobre to jedna z najciekawszych, a zarazem najtrudniejszych książek o fotografii jakie miałam w rękach. A wierzcie mi, że czytam i przeglądam sporo.

    Najtrudniejszych ponieważ tematyka, a w szczególności zdjęcia i opowieści jakie znajdziemy w książce to bezmiar ludzkich tragedii, smutku, spraw bardzo trudnych i bolesnych. Najciekawszych, a to dlatego, że książka odsłania nam kulisy pracy fotoreportera. Pracy niezwykle ciekawej, fascynującej, ale też bardzo wymagającej. Pracy, za którą płaci się niejednokrotnie wysoką cenę.

    Książka ta jest doskonałym podręcznikiem, kompendium wiedzy na temat fotografii prasowej. Znajdziemy tu i historię fotografii i informacje na temat fotoedycji. Dowiemy się co i jak fotografować by reportaż był interesujący i poruszający. Przyjrzymy się pracy przy tzw. gorących tematach, ale i w obliczu ludzkich tragedii. Co fotografować? Jak się zachować? Co opublikować?

    Fotografia prasowa to nie tylko spektakularne katastrofy, także codzienność, zwykłe wiadomości. Jak uniknąć sztampy? Gdzie szukać interesujących tematów? Jak fotografować polityków? A jak sportowców?

    Dzieci, zwierzęta i zakonnice - czyli mały przegląd tematów ponadczasowych. Fotografia rodzajowa to nie ′zapchaj-dziura′, ale równie interesujący dział fotografii. Zobaczyć w codzienności coś czego inni nie dostrzegają. To także fotografia najbliższa każdemu kto po prostu lubi robić zdjęcia - to kolekcjonowanie okruchów życia. W tym kolekcjonowaniu sporo miejsca zajmuje portret. Fotografujemy swoich bliskich, dzieci. Utrwalamy upływający czas. Jak to robić lepiej, ciekawiej? O tym też w książce.

    Zdjęcia jakie w ostatnich dniach napływały z Japonii, zdjęcia kataklizmów, wojen - to jedna strona. Inna to reportaże bardziej intymne, osobiste, mniej spektakularne, ale równie ważne. Opowieści z życia ludzi, ich zmagania z chorobą, śmiercią, ubóstwem...

    Obrazy wojen, tragedii, katasatrof i innych niezwykłych wydarzeń zalewają nas codziennie w wiadomościach. I wydawać by się mogło, że jesteśmy na nie uodpornieni i nieczuli. Wiem jak to okrutnie brzmi, ale to prawda. Ale i tak coś sprawia, że chcemy takie obrazy oglądać. Dowodem na to jest wystawa World Press Photo, która ściąga tłumy. I kiedy idę na tę wystawę przyglądam się też ludziom, patrzę jak w skupieniu oglądają ogromne zdjęcia (dużo większe niż w codziennej prasie), widzę, jak omijają niektóre tablice, jak odwracają wzrok lub przeciwnie - przyglądają się szczegółom. Te wystawy są bardzo potrzebne, tak jak fotografia prasowa. To dzięki nim dowiadujemy się wielu ważnych rzeczy, także o nas samych. I tak samo potrzebna jest ta książka.

    Znajdziemy w niej mnóstwo wskazówek i rad na wagę złota. Zarówno tych dotyczących poszukiwania i znajdowania tematu, tego jak, gdzie i kiedy fotografować, a kiedy lepiej tego nie robić, wiele uwag technicznych typu wybór sprzętu fotograficznego, wykorzystanie i ustawienie lampy błyskowej, kadrowanie, a także edycyjnych: wybór zdjęcia, jego przekaz, trafność, ważność, dopasowanie do tematu i tak dalej. 
 Osobny rozdział poświęcono fotorepotrażowi, jego historii. W książce zawarto także uwagi na temat etyki zawodu, problemów prawnych jakie mogą się pojawić w pracy fotografa prasowego. Ponadto, niejako na deser, historia fotografii prasowej.

    Cóż więcej powiedzieć? Nawet jeśli nie fascynuje was fotografia prasowa i bycie w centrum wydarzeń i dziejącej się historii, to przeczytanie tej książki z całą pewnością nie tylko uzupełni waszą wiedzę, ale przyniesie wiele refleksji na temat tego czym jest fotografia dziś, jakie są jej zadania. To także obraz świata w jakim żyjemy. Owszem, może w swoich najbardziej wyrazistych przejawach, ale jednak ważny.

    ′Fotografia prasowa. Z obiektywem za kulisami niezwykłych wydarzeń′ to doskonały podręcznik, ale też po prostu świetny album ze zdjęciami, które warto zobaczyć i warto znać. Do tego warto dodać, że książka została bardzo starannie przemyślana i zaprojektowana, to edytorskie mistrzostwo. Polecam!

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5.  ...