Recenzje

Wyniki wyszukiwania frazy "250" [3]

  1. 1
  2.  ... 
  1. bzsja1

    Słowacja. Zielony Przewodnik Michelin

    Ukazał się kolejny „Zielony przewodnik Michelina” napisany przez grono 11 polskich autorów i wydany przez Bezdroża, poświęcony krajowi naszych sąsiadów z południowej strony Tatr.

    Fakt, że mające ponad 100 lat tradycji francuskie wydawnictwo, którego partnerem jest krakowska oficyna sięga po polskich autorów, potwierdza zarówno ich kompetencje, jak i fakt, że życzliwi i obiektywni sąsiedzi dobrze rozumiejący mentalność, specyfikę oraz znający miejscową historię, są w stanie lepiej niż autorzy z innych krajów napisać świetny przewodnik.

    Co nie oznacza, że zupełnie bez wad, ale łatwych do usunięcia w kolejnym wydaniu.

    Zgodnie z układem treści przewodników tej serii, składa się on z trzech części. Z pierwszej, "Organizacja podróży", czytelnik dowiaduje się, kiedy na Słowację najlepiej pojechać, a także dokąd, z propozycją 8 różnych tras. Jak się do wyjazdu przygotować. Czym dojechać - chociaż tylko koleją lub samochodem, z pominięciem niewiadomo dlaczego połączeń lotniczych.

    A przecież w sezonie zimowym dzięki nim na trasie Warszawa - Poprad dostanie się na słowackie tereny narciarskie w Tatrach jest o wiele szybsze i wygodniejsze, przy czym nie droższe, niż do Zakopanego. Są w tym rozdziale również informacje jak poruszać się na miejscu, gdzie się zatrzymać oraz zjeść - i co.

    Informacje podstawowe: co robić w nagłych wypadkach, o pieniądzach, poczcie, rozmowach telefonicznych, Internecie, a nawet paleniu - czyli mandatach za złamanie zakazu palenia w miejscach publicznych. Ponadto Co warto zrobić, a co zobaczyć? Z informacjami na temat sportu i rozrywek od A do Z oraz Świąt i festiwali.

    Chociaż szkoda, że autorzy ograniczyli się do odpowiedzi tylko na pierwszą część tytułowego pytania informując o golfie, jeździectwie, kanoe i kajakach, lotniach i paralotniach, myślistwie, narciarstwie, plażach, rowerach, spa, wędkarstwie, wędrówkach i spacerach oraz wspinaczce. Zapominając, że odpowiedź na jego część drugą: „co zobaczyć?” wymaga chociażby wspomnienia w tym miejscu o zabytkach, muzeach itp.

    Uwzględniono co prawda na 2 stronach sugerowane „Atrakcje turystyczne i zajęcia dla dzieci”, ale bardzo wybiórczo, przy czym w sposób chaotyczny, bez zachowania zasad kolejności alfabetycznej lub terytorialnej. Generalnie bardzo dobrze, przynajmniej w mojej ocenie, autorzy przedstawili w rozdziale „O kraju”, słowacką przyrodę, historię, kulturę i sztukę oraz współczesność kraju. Także w tym przypadku w beczce miodu znalazła się jednak łyżeczka dziegciu.

    Przynajmniej w prezentacji historii kraju. Potraktowanej, rzecz oczywista, od pradziejów, a nie bardzo młodej słowackiej państwowości. Z ciekawą prezentacją jej okresów: Prehistoria, Państwo Wielkomorawskie, Pod panowaniem węgierskim, Pod rządami Habsburgów, Walka o niepodległość, Andrej Hlinka zwany Ojcem Narodu, Lata II Wojny Światowej, Po II Wojnie Światowej.

    Niestety, zwłaszcza do czasów najnowszych, tj. ostatniego stulecia, koniecznych jest parę uwag krytycznych. Zupełnie pominięte zostały np. losy ziem słowackich w okresie I wojny światowej oraz, bezpośrednio po niej Słowacka Republika Rad - krótki, ale dosyć krwawy epizod. Dosyć jednostronnie przedstawiono Andreja Hlinkę.

    Tylko jego rolę w budzeniu świadomości narodowej Słowaków ( chociaż przed nim robili to już inni w XIX w. ) oraz działań na rzecz ich niezależności, a przynajmniej autonomii. Z pominięciem natomiast nacjonalistycznego charakteru stworzonej przez niego Słowackiej Partii Ludowej. Która m.in. od 1935 r. współpracowała, de facto przeciwko Czechosłowacji, z hitlerowską Partią Niemców Sudeckich Karla Henleinena.

    A pod kierownictwem jego następcy, ks. Jozefa Tiso, stała się główną i jedyną siłą faszystowskiego tzw. Państwa Słowackiego. Współpracującego z III Rzeszą także w przygotowywaniu najazdu na Polskę we wrześniu 1939 roku. Państwa, w którym ogromną rolę odgrywała paramilitarna Hlinkowska Gwardia, z którego Żydów deportowano do obozów koncentracyjnych itp. Nadmiernie łagodnie potraktowany został również sam „führerek” Slovenskeho štatu - ks. Jozef Tiso, osądzony i powieszony - przypomnę - po wojnie za zbrodnie wojenne oraz zbrodnie przeciwko własnemu narodowi.

    „Białe plamy” stanowią w tej skrótowej prezentacji historii - także w jej Kalendarium - również międzywojenne i wojenne stosunki słowacko - polskie. Moim zdaniem należało wspomnieć zarówno o zajęciu przez Polskę po Dyktacie Monachijskim w 1938 roku części słowackiego Spiszu i Orawy, jak również o wspomnianej już współpracy szefów Państwa Słowackiego, z terenów którego ona też nastąpiła, w przygotowaniu agresji hitlerowskiej na Polskę.

    I nie tylko o odebraniu po klęsce wrześniowej tych ziem, ale i przyłączenia, za zgodą III Rzeszy, do Państwa Słowackiego części Tatr Polskich, z Doliną 5 Stawów i jej okolicami. Ze Słowacją i Słowakami mamy obecnie znakomite relacje, nie powinno więc być żadnych przemilczeń dotyczących naszej wspólnej, minionej i nie zawsze chwalebnej po obu stronach przeszłości.

    Podstawowa - ponad 250 stron - część tego przewodnika „Odkrywanie Słowacji” stanowi prezentację jej walorów turystycznych w podziale na 10 regionów: Bratysława i okolice; Nizina Naddunajska, Zahorie i Małe Karpaty; Poważe i Ziemia Czadecka; Ponitrze i Pohronie; Orawa, Liptów i Turec; Horehronie i Słowacja Południowa; Spisz; Szarysz i Abov; Słowacja Wschodnia.

    Z ich charakterystyką na wstępie, a następnie omawianiem miast i miejsc w porządku alfabetycznym ich nazw. Z masą informacji o ich przeszłości i współczesności, propozycji zwiedzania oraz oznaczaniem rangi obiektów gwiazdkami od 1 do 3* - lub nie. Sądzę, że nie tylko czytelnicy mający raczej mgliste pojęcie o słowackich zabytkach i innych tamtejszych atrakcjach, ale również ludzie nawet nieźle znający ten kraj, będą zaskoczeni jak wiele z nich zasłużyło na 3* - czyli sugestię: „Zobacz koniecznie”. Przy czym nie są to oceny na wyrost. Mocną stroną tego przewodnika są również mapy, plany oraz dobre, kolorowe fotografie.

    Treść wzbogacają informacje monotematyczne włamane w tekst na barwnym tle. M.in. „Cyryl i Metody oraz ich dzieło”, „Nieznośny chłód wiosny” ( Interwencja ZSRR i krajów Układu Warszawskiego w 1968 r. w Czechosłowacji ), „Piknik przy pływającym młynie”, „Modrzańskie cudeńka” ( ceramika ), „Druciarstwo” ( artystyczne wyplatanki z drutu ), „Święty Świerad”, „Słowacka poezja narodziła się na Orawie”, „Juraj Janosik”, „Z Bańskiej Bystrzycy do gwiazd” ( o jezuicie i astronomie Maksymilianie Hellu ), „Słowacki kras”, Jak to ze słynnym kolegium Pijarów ( w Podolińcu ) było”.

    Podróżowanie po Słowacji ułatwia krótki słowniczek oraz mini rozmówki polsko - słowackie. Zaś wyszukiwanie tego, co jest w danym momencie potrzebne, Indeks na końcu. Jest to więc, pomimo niewielkich, wyrażonych wyżej uwag krytycznych, przewodnik bardzo dobry, ułatwiający poznanie i docenienie zabytków oraz innych miejsc, obiektów oraz walorów kraju naszych południowych sąsiadów i przyjaciół. Na pewno wart ceny ustalonej za niego przez wydawcę. Z przyjemnością polecam więc go Czytelnikom.

  2. Kompozycja. Warsztaty fotograficzne

    Powiedzmy to od razu i miejmy sprawę za sobą: w książce Blue Fiera „Kompozycja” o kompozycji jest pierwszych 40 stron (od strony 23 - wcześniej są wstępy i podziękowania - do strony 63). Z pozostałej części książki da się wyłowić może drugie tyle, ale porozrzucane między fragmentami o filtrach, pomiarze światła, oświetleniu i obróbce.


    Na temat samej kompozycji znajdziemy informacje użyteczne, ale dość standardowe. Znaczeniu linii, punktu, płaszczyzny i bryły poświęcono po jednej stronie na każde z zagadnień. O zagospodarowaniu kadru decyduje tradycyjny trójpodział (3 strony), ale także złoty prostokąt (1 strona). I to w zasadzie tyle o kompozycji. Później jeszcze znajdziemy co nieco o kadrowaniu portretu, zarówno jednej osoby, jak zbiorowego, atrakcyjnym ustawianiu martwej natury, co nieco o pejzażach i kompozycjach miejskich. Uzbiera się tego może następne 40 stron, czyli 1/3 objętości książki.


    O wszystkim w telegraficznym skrócie


    Co otrzymujemy więc oprócz rozważań o kadrowaniu? Sporo informacji na różne tematy: od porad sprzętowych, przez kwestie dotyczące oświetlenia, pomiaru światła, głębi ostrości, do obróbki i pakowania ekwipunku na wakacyjne wyjazdy. Ba, przeczytamy nawet co nieco o systemie strefowym, liczbach Wrattena i newtonowskiej teorii koloru!




    Poruszonych tematów jest naprawdę mnóstwo (polecam pobranie przykładowego rozdziału, na początku którego znajduje się spis treści książki), ale potraktowane są mocno skrótowo. Ot, akapit o rozjaśnianiu, akapit o odszumianiu - jeśli ktoś nic nie wie, to się dowie, że takie operacje są możliwe, natomiast z pewnością nie da się tych informacji uznać za instrukcję.




    Atutem książki jest krótki rys historyczny na początku części rozdziałów - nie tylko jest ciekawostką, ale może też stanowić źródło inspiracji. Co istotne, opisowi towarzyszą historyczne fotografie. Użyteczne są zamieszczone na koniec każdego rozdziału ćwiczenia do samodzielnego wykonania. Wprawdzie trzeba przyznać, że nie są one bardzo oryginalne ani odkrywcze, ale dla początkujących mogą być odkryciem i pomóc im w rozwoju umiejętności.




    Stosunek do zamieszczonych porad mam bardzo ambiwalentny. Obok sugestii rozsądnych, są też zalecenia raczej dziwaczne, jak ta, by zdjęcia makro robić wyłącznie na w pełni otwartej przysłonie (s. 217). Bezdyskusyjną wartością książki są atrakcyjne fotografie - zróżnicowane, dobrze wydrukowane i z poprawnymi kolorami, które same w sobie mogą dostarczyć licznych inspiracji.


    Góralska prawda


    Poważnym problemem są informacje o wątpliwej wartości. Najbardziej irytują dezinformacje dotyczące właśnie kwestii kompozycyjnych. I tak na s. 68 mamy stwierdzenie: „obiektywy szerokokątne mają tendencję do zniekształcania obrazu przez wyolbrzymianie obiektów pierwszoplanowych”. Naprawdę owo wyolbrzymianie nie ma nic wspólnego z obiektywami, a jest efektem perspektywy - czyli bliskiej odległości do motywu znajdującego się na pierwszym planie. Być może autor jest w pełni świadom, jak jest naprawdę, a ten nieszczęsny cytat to efekt skrótu myślowego, ale, niestety, wyszły bzdury.




    Przeinaczeń, zbytnich uproszczeń i generalizacji mniejszego kalibru mamy niestety sporo. Pomińmy już kwestię „naturalności” ogniskowej 50 mm i jej rzekomej identyczności z polem widzenia ludzkiego oka (s. 68) - wielu autorów powtarza tę kalkę. Na s. 72 mamy generalizację na temat gorszej jakości optycznej zoomów względem obiektywów stałoogniskowych - było to prawdą absolutną ze 20 lat temu, dzisiaj raczej należałoby to sformułować: „niektóre zoomy są gorsze optycznie od niektórych obiektywów stałoogniskowych i... odwrotnie”. Nieco wcześniej (s.70) znajduje się ostrzeżenie, że stosując teleobiektywy powinniśmy korzystać ze statywu, chyba że czas naświetlania „nie będzie dłuższy niż 1/250 sekundy”. Dlaczego akurat 1/250 sekundy i to bez odniesienia do jakiejś ogniskowej?




    Nie brakuje też dziwnych tez, jak ta, jakoby obiektywy o standardowej ogniskowej wyróżniałby się brakiem efektu winietowania, ale dopiero.... po maksymalnym przymknięciu przysłony. W takich warunkach większość współczesnych obiektywów ma pomijalne przyciemnienie brzegów.




    Kolejny typ dyskusyjnych informacji to porady „wzięte z sufitu”, do których użyteczności trudno się odnieść, jak propozycja, aby zamiast kupować rzekomo drogie obiektywy o ogniskowych dłuższych niż standardowe 50 mm - wypożyczać je. Tak jakby u nas na co drugiej ulicy była wypożyczalnia sprzętu fotograficznego.




    Wskazane powyżej błędy różnego kalibru zostały celowo wyszukane na kilku zaledwie stronach, żeby zilustrować z jaką skalą problemu co do wiarygodności informacji mamy do czynienia.




    Lepiej też nie zwracać uwagi na podane obok zdjęć zastosowane w nich parametry ekspozycji - często są bzdurne i ewidentnie niezgodne z tym, co widać na obrazku. Zabawne, że autor zaleca chodzenie z notatnikiem i zapisywanie parametrów wykonania każdego zdjęcia (s. 245), nawet mając świadomość, że aparaty cyfrowe opatrują pliki EXIF-em.


    Jako podręcznik na temat kompozycji, dzieło Blue Fiera nie ma wielu atutów, bo tak naprawdę... to nie jest książka o kompozycji, tylko dość lekko napisany podręcznik dla początkujących. Owszem, mocno fragmentaryczny i wybiórczy, ze stanowczo zbyt dużą liczbą błędów i nadmiernych uproszczeń, ale mimo wszystko mogący się sprawdzić w roli jednej z lektur początkującego fotoamatora. Z pewnością nie powinna to jednak być pierwsza książka ani też jedyna. Trzeba też koniecznie weryfikować napotkaną tutaj wiedzę, ale początkujący powinni serio potraktować propozycje zawartych w książce ćwiczeń - książka książką, a najlepiej się uczyć praktykując z aparatem w dłoni.

  3. Góry Fogaraskie oraz Iezer

    Autorzy przewodników górskich wydawnictwa Bezdroża, nie tracąc czasu na wstęp i opisy krajoznawcze, starają sie przejść jak najszybciej do rzeczy. I tym razem już jedno z pierwszych zdań brzmi: Początkowy odcinek wędrówki głównym grzbietem Gór Fogaraskich jest męczący, bo pokonuje się aż 1500 m różnicy wysokości.

    Góry Fogaraskie. to najpotężniejsze i najbardziej zwarte pasmo górskie Karpat Południowych, najwyższych gór Rumunii, które dawni geografowie nazywali Alpami Transylwańskimi. Na to miano, ze swymi skalnymi ścianami, kotłami i oczkami wysokogórskich jezior, zasługują przede wszystkim Fogarasze. Na dziesięć szczytów rumuńskich o wysokości ponad 2500 m n.p.m., aż sześć, w ty m najwyższy w kraju Moldoveanu (2544 m n.p.m.) wznosi się właśnie w tym paśmie. Jego główny grzbiet, liczący 45 km długości tylko w jednym miejscu opada poniżej 2000 m n.p.m. Z przewodnikiem Pawła Klimka możemy Góry Fogaraskie przemierzyć wzdłuż i wszerz. Znajdziemy w nim szczegółowe opisy aż 22 tras, zaopatrzone m.in. w profile wysokościowe, pozwalające ocenić stromizny i stopień uciążliwości szlaków.

    Przewodniki górskie Bezdroży nawiązują do najlepszych polskich wzorów w tej dziedzinie, stworzonych przez takich autorów jak np. Władysław Krygowski. I jak one. znane są z rzeczowości, zwięzłości i wiarygodności. Czasem jednak ma się wrażenie, że czegoś w nich brakuje. Tak jest właśnie w przypadku Gór Fogaraskich". Rumunia jest wprawdzie krajem nam bliskim, nie tylko geograficznie, ale wciąż niezbyt dobrze Polakom znanym. Z pewnością sporo z polskich turystów nie potrafiłoby wskazać Fogaraszy na mapie. Przewodnik Klimka docenią wygi górskie, ale dla mniej doświadczonych amatorów trekkingu nie jest wcale jasne, dlaczego mieliby właściwie jechać w góry właśnie do Rumunii. Może należy się zastanowić, czy w następnym wydaniu nie dołączyć kilkunastu stron, które zawierałyby popularną charakterystykę i opis walorów turystycznych nie tylko samych Gór Fogaraskich, ale i całego regionu Na przykład kosztem szczegółowych rozważań dotyczących geologii, topografii i podziału geograficznego tych okolic.

  1. 1
  2.  ...