Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "230" [50]
-
W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca
"Każde marzenie jest nam dane wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia"
— te przytaczane często słowa Richarda Bacha są prawdopodobnie sentencją, najlepiej oddającą sens życia członków gliwickiego Akademickiego Klubu Turystycznego „Watra” oraz towarzyszących im pasjonatów odkrywania niezapisanych wówczas kart — swoistego przewodnika po kanionie rzeki Colca.
Grupa owych podróżników, kontynuując eksplorację kanionu rozpoczętą w 1981 roku przez polską wyprawę Canoandes — 79, ostatecznie w 2009 roku zrealizowała swój cel, który następnie stał się impulsem do napisania książki W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca.
Stanowi ona formę pewnego rodzaju pamiętnika, który niczym rwąca rzeka, porywa czytelnika w niebezpieczną, ale piękną podróż na… „koniec świata”.
"Przez cały czas trzymamy się koryta rzeki, poruszając się dnem kanionu, wąskiego, krętego i bardzo głębokiego, przez co nie widzimy słońca i cały czas jesteśmy w cieniu przy temperaturze wody wynoszącej tylko 5°C. Wszystkie możliwe trudności, zamiast rozłożyć się na 20 km, zgromadziły się na tym krótkim odcinku. Jest naprawdę wymagający i trudny technicznie. Satysfakcję daje nam fakt, że na całej jego długości nigdzie nie widzimy śladów człowieka"
Czy jest bowiem coś wspanialszego, niż radość z przezwyciężenia piętrzących się, jak głazy kanionu trudności, niebezpieczeństw, przeciwności i własnych słabości? Chyba nie.
Wzorując się na bohaterach książki, należy chyba tylko określić swoje cele i konsekwentnie je realizować, pamiętając ciągle przy tym, że:
„Świat ustępuje z drogi temu, kto wie, dokąd zmierza” -
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2
Okazuje się, że aby okrążyć świat wystarczy w sto dwadzieścia sześć dni przejechać dwadzieścia tysięcy sto kilometrów (na przykład na motocyklach), odwiedzając dwadzieścia krajów. Wcześniejsze, „zerowe” doświadczenie w prowadzeniu pojazdów jednośladowych nie stanowi przeszkody w takim przedsięwzięciu, a wystarczy dobra znajomość języka angielskiego oraz nieograniczony optymizm albo, jak kto woli, kompletny brak odpowiedzialności… Swoją drogą, gdyby ludzie z taką fantazją nie istnieli, pewnie nasza wiedza na temat innych krain, żyjących tam narodów i ich kultur byłaby nieporównywalnie mniejsza. A tak… Ale po kolei.
Dziennikarz radiowej Trójki, Tomasz Gorazdowski, wymyślił taką podróż i zrealizował ją wraz z kolegą redakcyjnym Michałem Gąsiorowskim. W swoją szaloną podróż wybrali się na motocyklach marki Yamaha Tenere (informacja ważna dla wielbicieli i znawców jednośladów). Kiedy obaj panowie zdecydowali się na tę wyprawę nie mieli nawet prawa jazdy! Jednak z maniakalnym uporem szukali i znaleźli sponsorów oraz zdobyli potrzebne uprawnienia i z „błogosławieństwem” swojego szefostwa zrealizowali marzenia o wielkiej podróży. Jako rasowi dziennikarze zdołali nawet nadawać, prawie regularne, sprawozdania „na żywo” z tej niesamowitej eskapady. Podana wcześniej liczba kilometrów dotyczy tylko jazdy na motocyklach, ale żeby okrążyć ten najlepszy ze światów musieli pokonać aż czterdzieści cztery tysiące kilometrów. To, co przeżyli zostało opisane w tej książce i jest to naprawdę pasjonująca opowieść. Między innymi, o dramatycznych przygodach w Iranie, starciach z indyjską rzeczywistością i amerykańską biurokracją. Z książki wynika, na przykład, że jest na świecie wiele krajów gorszych pod wieloma względami od naszego, choć powszechnie uważanych za bardziej cywilizowane. Mapy i duża ilość dobrych zdjęć w kolorze dopełniają całości. -
Bushcraft, czyli sztuka przetrwania
Podczas gdy Bear Grylls, wyrzucony na bezludną plażę kleci łódkę z tego, co ma pod ręką, za posiłek traktując surowe ptasie jaja i ciesząc się powiewem przygody, jego kolega po fachu Ray Mears, uzbrojony w zaprojektowany przez siebie nóż, siekierę i rozbudowaną apteczkę uprawia w dziczy ciekawą odmianę sztuki survivalu – buschcraft.
Sztuka przetrwania
Słowo bushcraft przywodzi na myśl rzemiosło i w istocie jest to sztuka przetrwania, oparta na umiejętności doboru ekwipunku, przygotowania podstawowych narzędzi przeżycia z wykorzystaniem noża, piły, siekiery bądź maczety – to cztery główne narzędzia do cięcia w bushcrafcie – oraz na poszanowaniu dla natury. Tak powiada Raymond Mears, autor bogato ilustrowanego, praktycznego przewodnika „Bushcraft, czyli sztuka przetrwania” (ang. Essential bushcraft), wydanego w Polsce w roku 2011 przez wydawnictwo Helion.
Survival, uprawiany przykładowo przez wspomnianego już, sławnego pasjonata posiłków na bazie bawolich oczu, różni się od bushcraftu brakiem przygotowania w kwestii wyposażenia. To element kluczowy – rzuceni w nieznane, nieprzyjazne warunki ćwiczymy się w sztuce przetrwania, co wymaga umiejętności, dyscypliny, kondycji, ale i wewnętrznego hartu. Bushcraft proponowany przez Mearsa jest mniej ekstremalny, nastawiony bardziej na techniczne aspekty przetrwania, jak również współpracę z naturalnym środowiskiem – co nie znaczy, że cierpi na tym współczynnik przygody czy element samodoskonalenia się.
Kim jest Raymond Mears?
Raymond Mears to angielski prezenter telewizyjny, a także zagorzały podróżnik, który w kompleksowy sposób pokazuje nam, jak w sytuacji kryzysowej, dzięki umiejętnościom i szacunku dla wiedzy pierwotnych plemion, wykorzystując ekwipunek i otoczenie, przeżyć w ekstremalnych okolicznościach, a także – jak przygotować się do wyprawy swojego życia, jak rozniecić ogień pierwotnymi metodami, jak łowić ryby w przeręblu, jak upleść porządny sznur, jak pozyskać wodę z kaktusa i pustynnych korzeni, jak zbudować szałas lub igloo, jak upolować królika i wiele więcej. A to wszystko w dbałości o własne bezpieczeństwo i zdrowie.
Ekwipunek
Zawartość bagażu, z jakim ruszamy w dzicz, powinna być dostosowana do klimatu. Nic nieprzydatnego! Lekki śpiwór, nóż, apteczka, worek brezentowy, sprzęt nawigacyjny i do destylacji, a także „coś, w czym będziesz mógł przenosić wodę” to niezbędne minimum. O wyposażeniu i wielkości plecaka, a także o tym, jakie notatki robić na szlaku, czym się różnią buty do dżungli od „eskimosek” i co powinno znaleźć się w apteczce – w rozdziale EKWIPUNEK.
Narzędzia do cięcia
Rozdział NARZĘDZIA DO CIĘCIA odsłania przed nami tajniki podstawowych narzędzi bushcraftu: noża, piły, siekiery i paranga, który można opcjonalnie zastąpić maczetą. Każda z tych powierzchni tnących ma w buszu swoje przeznaczenie, a także określone sposoby posługiwania się nią, począwszy od chwytów, przez techniki przycinania, na przechowywaniu kończąc. Niezwykle precyzyjne porady, zilustrowane doskonałymi technicznymi grafikami oraz kolorowymi zdjęciami autorstwa Bena McNutta sprawiają, że ciosanie, struganie, cięcie drewna na opał, drążenie pnia, ścinanie drzew (choć rzadko stosowane w buschcrafcie, ale jak podkreśla Mears, może się jednak przydać podczas ewakuacji w lasach tropikalnych) – wejdą nam w krew.
Woda
Człowiek potrzebuje wody do życia niemal w takim samym stopniu jak powietrza. To zdominuje całą trasę planowanej przez ciebie podróży – mówi Mears o podstawowym obowiązku podróżnika, jakim jest zaopatrywanie się w wodę. W rozdziale WODA dowiadujemy się, jak planować podróż z uwzględnieniem „niebieskich punktów” na mapie, jak sprawdzać, czy woda jest zdatna oraz skąd ją pozyskiwać, gdy wydaje się, że słowo „lać” dotyczy jedynie żaru z nieba… Odwodnienie to jedno z największych zagrożeń na szlaku. W poradniku Raya Maersa znajdziemy listę, uwzględniającą roślinność, owady i zwierzęta, których obecność wskazuje na bliskie występowanie wody, a także kilka najskuteczniejszych metod pozyskiwania płynu życia, takich jak wykorzystanie roślin, drzew, śniegu. Oraz – punkt po punkcie – wszystkie metody filtracji i uzdatniania.
Ogień
Odpowiednie nastawienie oraz umiejętności to klucz do rozpalenia ogniska według bushcraftu. W tym rozdziale znajdziemy kompletną encyklopedię ognia, rozpoczynającą się od wyboru rodzaju zapałek i sposobu ich przechowywania, opisującą wszystkie stosowane przez bushcraft rozpałki, dostępne człowiekowi dzięki naturze i cywilizacji (mam tu na myśli gumową oponę), a także techniki, takie jak własnoręczna produkcja łuku i pługu ogniowego czy wzniecanie płomienia piłą z bambusa, środkami chemicznymi i starym, dobrym ręcznym świdrem. A na własnoręcznie wznieconym ogniu można już usmażyć potrawę w woku… Wszystkie czynności są starannie opisanie i zilustrowane.
Schronienie
Niebezpieczeństwa podczas podróży często przyjmują maskę zmiennej pogody, niesprzyjających warunków atmosferycznych i środowiskowych. Przez zwierzętami nocy, ekspozycją na promieniowanie, utratą ciepła czy nawet hipotermią ochroni nas odpowiednie SCHRONIENIE. W rozdziale na ten temat Mears opisuje najważniejsze stany zagrożenia życia lub zdrowia, jakie mogą przydarzyć nam się podczas wyprawy, wraz z technikami pierwszej pomocy. Dzięki niezwykłej zapobiegawczości i pomysłowości, jaką cechuje się bushcraft prezentowany przez Mearsa, będziemy przygotowani na każdą ewentualność. A takie rzeczy jak pień drzewa, jaskinia, sangar, okop czy zbudowane z drzewa łóżko, wiata, tipi, szałas albo aborygeńska wiltja zapewnią nam odpowiednią ochronę w przystankach w podróży.
Olinowanie
Nie dałoby się zbudować wielu narzędzi bushcraftu (nie mówiąc już o pokonaniu wartkiego nurtu rzeki) bez odpowiedniej liny bądź sznura. Jeżeli nie zabraliśmy go ze sobą – co po lekturze tej książki już się nie zdarzy – możemy go upleść. Ale będziemy musieli wykorzystać materiały, jakie znajdziemy wokół siebie – korzenie, witki, korę i włókna drzew, egzotyczne rośliny. Sznurek z liści juki? Z pokrzywy? Nic prostszego. Jak zrobić to wszystko i jeszcze poprawnie zawiązać jeden z kilkudziesięciu praktycznych rodzajów węzłów, dowiesz się z rozdziału OLINOWANIE.
Na szlaku
Powiadają, że podróż zaczyna się od jednego kroku. Może i tak, ale prawdziwy buschcraftowiec przygotowuje się do niej fizycznie i psychicznie, a jego przygoda zaczyna się na długo przed wyjściem z domu. W rozdziale NA SZLAKU Ray Mears wyjaśnia, co oznacza odpowiednie nastawienie – do siebie, do ludzi spotkanych w podróży, a także do samego żywiołu przygody. Psychologiczne podejście szybko okazuje się czysto pragmatyczne, zwłaszcza gdy dołącza do niego troska o własne bezpieczeństwo i zdrowie. Przygotowanie na ryzyko typu przeszkody wodne i lądowe, a także mniejsze lub większe dolegliwości w podróży, to podstawa w sztuce bushcraftu.
Dary ziemi
Szacunek do natury, nie bezwzględna eksploatacja jej zasobów – mówi Mears w ostatnim rozdziale bushcraftowej biblii, DARY ZIEMI. Mimo że na brak pożywienia na szlaku możemy być narażeni w ostateczności, pozyskiwanie pokarmu w ekstremalnych warunkach to istotna kwestia survivalu według Mearsa. Z jakich nasion i owoców prawdziwy człowiek lasu pozyska wartości odżywcze? Co zrobi, gdy ogarnie go pasja myśliwego?
W ekwipunku każdego fascynata sztuki przetrwania w dziczy, oprócz noża, sprzętu nawigacyjnego i „czegoś, w czym będziesz mógł gotować”, powinna znaleźć się książka „Bushcraft, czyli sztuka przetrwania” – fascynujące i kompleksowe kompendium survivalu w zgodzie z naturą. -
Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi
Mongolii nie da się „zwiedzać” ani tym bardziej „zaliczać”, w Mongolii po prostu się „jest”. Doświadcza się jej, poznaje, smakuje. Od jej stepowych i pustynnych mieszkańców nie należy wymagać zbytniej punktualności czy pośpiechu, czas jest w tamtych warunkach sprawą umowną.
Mongolia mnie przyciąga. Znam ją tylko z książek, filmów i zdjęć, ale wzrusza mnie sam widok kadrów, czuję się tak, jak gdybym już kiedyś chodziła po tamtych stepach, widziała pustynię Gobi. Dziwne to uczucie i mam nadzieję kiedyś naprawdę zobaczyć nad sobą bezkres błękitnego nieba w tym kraju stepów i koczowników. Podobno nigdzie indziej gwiazdy nie są nocą tak widoczne, dzięki czystości powietrza w bezchmurne noce widać je jak na dłoni. Jedyne co mnie odrobinę zniechęca to tamtejsza kuchnia. Oparta na mięsie a właściwie składająca się niemal w całości z produktów mięsnych i mlecznych, ze znikomą ilością warzyw. Przyszłoby mi więc chyba jechać z pokaźnych rozmiarów wałówką i gimnastykować się za każdym razem, by nikogo nie obrazić odrzucając oferowaną gościnność w postaci parującej wątroby czy innego fragmentu zwierzaka. Co ciekawe, bardzo popularne w Mongolii są… polskie surówki firmy Urbanek! W swojej książce „Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi” Anna Grebieniow podaje nawet, że nazwa firmy stała się właściwie synonimem słowa „surówka” w języku mongolskim. W książce znajduje się więcej tego rodzaju ciekawostek dotyczących mongolskiej kultury i przyrody, a także porywających opisów piękna tego dość nieprzychylnego kraju i jego cudownie gościnnych mieszkańców.
Przede wszystkim jest to jednak opis niecodziennej podróży odbytej przez garstkę przyjaciół na żaglowozach przez pustynię Gobi. Przygoda zaczęła się już w 1978, kiedy Wojciech Skarżyński zainicjował pierwszą podróż tego rodzaju. Na dwóch napędzanych wiatrem pojazdach będących połączeniem trójkołowego wozu i żaglówki (jeden żaglowóz mieści jednego pilota oraz może przewozić pasażera w zamocowanej z boku siatce) polsko-mongolska ekspedycja przemierzyła pustynię. Blisko trzydzieści lat później na informacje o tamtej wyprawie natrafiła Ania Grebieniow, zainteresowana Mongolią podróżniczka. Efekt jej spotkania z „pionierem”, dwóch osób pełnych zapału, inspirujących się nawzajem, mógł być tylko jeden – zapadła decyzja o powtórzeniu wyczynu, w trzydziestą rocznicę podróży Polaków. Czytelnik towarzyszy przyszłym „żaglonautom” już od momentu powzięcia decyzji o wyprawie. Z ciekawością czytałam o przygotowaniach do wyjazdu, konstruowaniu żaglowozu Gobi-3 (Gobi-1 został pozostawiony w Mongolii po pierwszej podróży), szukaniu sponsorów i planowaniu trasy. Następnie trzon załogi wyruszył koleją transsyberyjską do Mongolii, a uczestnicy fragmentów podróży (Wojtek Skarżyński, brat Ani Bogdan i kilkoro innych znajomych bądź członków rodziny) miało dolecieć samolotem w odpowiednim czasie. Ducha przygody czuć na kartach książki już od pierwszej strony, a jest to dopiero preludium przed samą pustynną wyprawą.
Na „Żagle nad pustynią” składają fragmenty dziennika podróży pisanego przez Anię, jej relacja już z pewnej perspektywy czasu, wspomnienia pozostałych członków ekspedycji oraz mnóstwo informacji i ciekawostek dotyczących samej Mongolii. Nie zabrakło też opowieści Skarżyńskiego o pionierskiej wyprawie. Jej inicjator pracował wówczas jako rekonstruktor prehistorycznych zwierząt i do Mongolii podróżował właśnie na wyprawy paleontologiczne. Dzięki temu w książce znalazły się także informacje o polskich pracach wykopaliskowych na terenie Mongolii, a sami żaglonauci dali się porwać fascynującym opowieściom Skarżyńskiego i sami mieli nadzieję na odnalezienie szczątków pradawnego gada… Z szacunkiem wspomina też Skarżyński napotkanych przeszło trzydzieści lat temu Mongołów, ich codzienność i mentalność, która polskiemu podróżnikowi niezwykle przypadła do gustu. Niespieszący się ludzie, niezwykle gościnni i pogodni wydają się być wręcz ucieleśnieniem stepu. Zbliżone odczucia mają jego młodzi następcy – mimo że na step dociera nowoczesność i z niemal każdej jurty wystaje talerz anteny satelitarnej, mieszkańcy Mongolii się nie zmieniają, zachowując swe pozytywne cechy. Oczywiście „Żagle nad pustynią” to książka podróżniczo-przygodowa, nie ma w niej więc próby scharakteryzowania mongolskiego społeczeństwa z jego problemami. To jedynie barwna relacja o ludziach, których żaglonauci napotkali na swojej drodze.
Przyjemnie czyta się tę bogato ilustrowaną historię o podróży, determinacji i chęci spełniania marzeń. Znalazłam tam niejedną zupełnie nową dla siebie ciekawostkę, a opisy przyrody i krajobrazu przybliżają stepowo-pustynny kraj nie mniej, niż zdjęcia. Ania Grebieniow potrafi pisać i jest to duży komplement – dziś sporo jest wydawanych relacji z podróży młodych Polaków, niestety nie zawsze talent idzie w parze z inspirującymi pomysłami i podróżniczym doświadczeniem. Nawet niezwykle przeze mnie lubiana Kinga Choszcz w swojej pierwszej książce nie do końca radzi sobie z opisami. Gdybym miała natomiast szukać minusów… Cóż, sprawa szalenie indywidualna, ale książka mnie nie porwała. Biorąc pod uwagę, że „Żagle…” dotyczą Mongolii, po ich przeczytaniu powinnam zapłonąć natychmiastowym pragnieniem wybrania się w tamte miejsca. Tymczasem książkę przeczytałam z dużym zainteresowaniem, ale bez większych emocji. Nie zainspirowała mnie. Być może chodzi o środek transportu, może o dość mimo wszystko anonimowych podróżników… Nie mam pojęcia. Jest to więc sprawa osobistego odbioru i nie wpływa ona na fakt, że książkę polecam każdemu czytelnikowi interesującemu się Mongolią i podróżami. Sympatia do żeglowania liczy się na dodatkowy plus! -
Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata
„Niedostępna, odosobniona, bezkresna kraina, znajdująca się gdzieś poza czasem i przestrzenią. Otoczona wiecznie ośnieżonymi szczytami najwyższych łańcuchów górskich świata, pełna starożytnych klasztorów z dymiącymi kagankami, mantrami i pogrążonymi w medytacji mnichami”. Taki opis Tybetu zawarł Piotr Strzeżysz na początku swojej książki „Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata”.
To zresztą chyba najbardziej rozpowszechniony i znany nam obraz azjatyckiej krainy. Autor miał okazję go zweryfikować i zobaczyć na własne oczy podczas swojej rowerowej podróży, którą odbył latem 2006 roku i powtórzył kilka miesięcy później zimową porą (na znacznie skróconym dystansie).
Zanim koła roweru sakwiarza pomkną na dobre po tybetańskiej ziemi, nieprzejednany podróżnik z niepokorną i niespokojną duszą nomada najpierw pokonuje w stolicy Państwa Środka gąszcz chińskich znaków drogowych (nie do odszyfrowania przez cudzoziemca nieznającego języka chińskiego). Potem, już na wyżynach, aklimatyzuje się, a następnie traci mnóstwo czasu na zdobywaniu rzekomo niezbędnych pozwoleń na wjazd do Tybetu (które okazują się zwykłą formą haraczu). Strzeżysz niezłomnie walczy z wszelkimi niedogodnościami, jednakże do samego końca przeszkodą nie do przejścia pozostaje bariera komunikacyjna. Tu doskonałym i naturalnym wyjściem z sytuacji jest… uśmiech. To on umożliwia nawiązanie i podtrzymanie kontaktu z bardzo powściągliwymi tubylcami, bez którego zresztą wojaż w tak odmiennym kulturowo i klimatycznie kraju byłby niemożliwy. Niemożliwa chociażby ze względu na posiłki, którymi Tybetańczycy niejednokrotnie ratują wygłodniałego podróżnika. Spożywana tam campa często ląduje do sakw rowerzysty.
Książka Piotra Strzeżysza w zarysie ukazuje surowe otoczenie Wyżyny Tybetańskiej i ascetyczne życie jej mieszkańców. W tamtejszych małych wioskach biały człowiek na rowerze to atrakcja, z której korzystają również dzieci, natarczywie żebrząc i z zaciekawieniem macając bagaż przejezdnego. Krótkie opisy i wartki tok relacji doskonale odzwierciedlają tułaczą naturę autora, dla którego nadrzędną ideą jest to, „aby znów być w drodze”. I tak autor po raz kolejny poszerza swój życiowy limes, podobnie jak robił to niegdyś Edward Stachura, który celu życia również upatrywał w wędrówce. Zapis rowerowej wyprawy ubarwiają fotografie, mapka i liczne cytaty z publikacji innych podróżników i reporterów (na przykład Ryszarda Kapuścińskiego), co stanowi dodatkowy atut książki. Jej minusem z kolei dla niektórych czytelników mogą być wplecione w reportaż opisy przeżyć i osobiste przemyślenia autora. Momentami zbyt wydumane, nie zawsze współgrają z prostym i rzeczowym opisem zdarzeń. Na pewno jest to obowiązkowa pozycja dla tych, którzy lubią być w ruchu i dla których Tybet nadal znajduje się „gdzieś poza czasem i przestrzenią”.
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























