Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "201" [29]
-
Czarnogóra, Serbia, Bośnia i Hercegowina. Zielony Przewodnik Michelin. Wydanie 1
Z założenia nieufnie podchodzę do wszelkich przewodników, dlatego informacje o kraju, który planuję odwiedzić, czerpię głównie od znajomych i ze źródeł internetowych – serwisów turystycznych i forów. Dotarcie do szczegółowych i rzetelnych informacji bywa jednak czasochłonne, a w przewodniku Bezdroży otrzymujemy garść potrzebnych informacji w jednym miejscu
Może gdybym podczas swoich pierwszy podróży na Bałkany była wyposażona w „Zielony Przewodnik” po Czarnogórze, Serbii, Bośni i Hercegowinie, nie znalazłabym się w kilku dość stresujących sytuacjach i byłabym lepiej przygotowana do samej wyprawy. Na pewno nie dziwiłyby mnie kilkugodzinne opóźnienia pociągów (choć to i w warunkach polskich nowością nie jest), autobusy jeżdżące według nikomu nieznanego rozkładu („mniej więcej” w przypadku zgodności z wywieszoną informacją o kursach poszczególnych busów bywa wartością naprawdę relatywną, o czym przekonałam się w Žabljaku), czy chociażby – dla człowieka przeżywającego ćevapowe sensacje żołądkowe to rzecz ważna – brak sieciówek typu KFC czy McDonald’s w Sarajewie (zmieniło się to w grudniu 2011 r.).
Przewodnik obfituje w praktyczne i sprawdzone informacje, które przydadzą się zarówno osobom wybierającym się w te rejony samochodem, podróżującym lokalnymi środkami transportu, jak i autostopowiczom. Nie zapomniano również o turystach silnie odczuwających brak dostępu do internetu bezprzewodowego czy też pozbawionych komputera na czas urlopu – adresy kafejek internetowych i ceny zostały uwzględnione przy opisach poszczególnych miejscowości. W przypadku choroby również niż zostajemy pozbawieni sami sobie – w przewodniku bez trudu znajdziemy adres apteki, a dołączony plan miasta pozwoli nam ją zlokalizować. (Trzeba pamiętać, że regionalna kuchnia potrafi dać się we znaki, więc zakup leków na niestrawność bywa konieczny).
Zmotoryzowani dowiedzą się też, które działania na drodze mogą zaowocować mandatem, jakie są dopuszczalne prędkości na drogach i co może zdenerwować policjanta tak bardzo, że nasza przeprawa ze stróżami prawa na finansowym uszczerbku się nie zakończy. Turyści chcący zobaczyć coś więcej niż standard oferowany przez biura podróży w trakcie wycieczek objazdowych nie będą zawiedzeni – mniej popularne, ale za to nie mniej atrakcyjne obiekty zostały wymienione i krótko opisane, podobnie jak propozycje tras po poszczególnych krajach (np. 2-dniowa wycieczka objazdowa do serca starej Czarnogóry czy kilkudniowe zwiedzanie miast i miasteczek Wojwodiny).
Przewodnik, prócz zestawu ciekawostek podkreślających charakter regionu, zawiera wszelkie niezbędne informacje, jakich potrzebuje osoba po raz pierwszy wyruszająca w te rejony, począwszy od organizacji podróży, przez wiadomości geograficzno-historyczne i kulturowe, aż po opisy interesujących miejsc z tradycyjnym, trzygwiazdkowym systemem oceny atrakcji turystycznych. Słowniczki polsko-serbski i polsko-bośniacki są równie miłym dodatkiem, co wybrane przepisy z kuchni serbskiej, czarnogórskiej czy bośniackiej – osoby lubiące ożywiać kulinarne wspomnienia z podróży we własnym domu na pewno będą zadowolone.
Warto również podkreślić „techniczne” zalety przewodnika – jest on przepięknie wydany, na doskonałej jakości papierze, w wygodnym formacie. Został napisany w bardzo przystępnym języku, bez nadmiernego nagromadzenia epitetów uwypuklających „piękne okoliczności przyrody”. Co najważniejsze, zachowano równowagę między treścią a ilością zamieszczonych zdjęć, dzięki czemu lektura nie nuży, a czytelny układ ułatwia odnalezienie interesujących nas informacji.
W mojej opinii, „Zielony Przewodnik” jest jedną z najlepszych pozycji dostępnych na rynku, jeśli chodzi o przewodniki związane z tą częścią Półwyspu Bałkańskiego – polecam go z czystym sumieniem. -
Bushcraft, czyli sztuka przetrwania
Podczas gdy Bear Grylls, wyrzucony na bezludną plażę kleci łódkę z tego, co ma pod ręką, za posiłek traktując surowe ptasie jaja i ciesząc się powiewem przygody, jego kolega po fachu Ray Mears, uzbrojony w zaprojektowany przez siebie nóż, siekierę i rozbudowaną apteczkę uprawia w dziczy ciekawą odmianę sztuki survivalu – buschcraft.
Sztuka przetrwania
Słowo bushcraft przywodzi na myśl rzemiosło i w istocie jest to sztuka przetrwania, oparta na umiejętności doboru ekwipunku, przygotowania podstawowych narzędzi przeżycia z wykorzystaniem noża, piły, siekiery bądź maczety – to cztery główne narzędzia do cięcia w bushcrafcie – oraz na poszanowaniu dla natury. Tak powiada Raymond Mears, autor bogato ilustrowanego, praktycznego przewodnika „Bushcraft, czyli sztuka przetrwania” (ang. Essential bushcraft), wydanego w Polsce w roku 2011 przez wydawnictwo Helion.
Survival, uprawiany przykładowo przez wspomnianego już, sławnego pasjonata posiłków na bazie bawolich oczu, różni się od bushcraftu brakiem przygotowania w kwestii wyposażenia. To element kluczowy – rzuceni w nieznane, nieprzyjazne warunki ćwiczymy się w sztuce przetrwania, co wymaga umiejętności, dyscypliny, kondycji, ale i wewnętrznego hartu. Bushcraft proponowany przez Mearsa jest mniej ekstremalny, nastawiony bardziej na techniczne aspekty przetrwania, jak również współpracę z naturalnym środowiskiem – co nie znaczy, że cierpi na tym współczynnik przygody czy element samodoskonalenia się.
Kim jest Raymond Mears?
Raymond Mears to angielski prezenter telewizyjny, a także zagorzały podróżnik, który w kompleksowy sposób pokazuje nam, jak w sytuacji kryzysowej, dzięki umiejętnościom i szacunku dla wiedzy pierwotnych plemion, wykorzystując ekwipunek i otoczenie, przeżyć w ekstremalnych okolicznościach, a także – jak przygotować się do wyprawy swojego życia, jak rozniecić ogień pierwotnymi metodami, jak łowić ryby w przeręblu, jak upleść porządny sznur, jak pozyskać wodę z kaktusa i pustynnych korzeni, jak zbudować szałas lub igloo, jak upolować królika i wiele więcej. A to wszystko w dbałości o własne bezpieczeństwo i zdrowie.
Ekwipunek
Zawartość bagażu, z jakim ruszamy w dzicz, powinna być dostosowana do klimatu. Nic nieprzydatnego! Lekki śpiwór, nóż, apteczka, worek brezentowy, sprzęt nawigacyjny i do destylacji, a także „coś, w czym będziesz mógł przenosić wodę” to niezbędne minimum. O wyposażeniu i wielkości plecaka, a także o tym, jakie notatki robić na szlaku, czym się różnią buty do dżungli od „eskimosek” i co powinno znaleźć się w apteczce – w rozdziale EKWIPUNEK.
Narzędzia do cięcia
Rozdział NARZĘDZIA DO CIĘCIA odsłania przed nami tajniki podstawowych narzędzi bushcraftu: noża, piły, siekiery i paranga, który można opcjonalnie zastąpić maczetą. Każda z tych powierzchni tnących ma w buszu swoje przeznaczenie, a także określone sposoby posługiwania się nią, począwszy od chwytów, przez techniki przycinania, na przechowywaniu kończąc. Niezwykle precyzyjne porady, zilustrowane doskonałymi technicznymi grafikami oraz kolorowymi zdjęciami autorstwa Bena McNutta sprawiają, że ciosanie, struganie, cięcie drewna na opał, drążenie pnia, ścinanie drzew (choć rzadko stosowane w buschcrafcie, ale jak podkreśla Mears, może się jednak przydać podczas ewakuacji w lasach tropikalnych) – wejdą nam w krew.
Woda
Człowiek potrzebuje wody do życia niemal w takim samym stopniu jak powietrza. To zdominuje całą trasę planowanej przez ciebie podróży – mówi Mears o podstawowym obowiązku podróżnika, jakim jest zaopatrywanie się w wodę. W rozdziale WODA dowiadujemy się, jak planować podróż z uwzględnieniem „niebieskich punktów” na mapie, jak sprawdzać, czy woda jest zdatna oraz skąd ją pozyskiwać, gdy wydaje się, że słowo „lać” dotyczy jedynie żaru z nieba… Odwodnienie to jedno z największych zagrożeń na szlaku. W poradniku Raya Maersa znajdziemy listę, uwzględniającą roślinność, owady i zwierzęta, których obecność wskazuje na bliskie występowanie wody, a także kilka najskuteczniejszych metod pozyskiwania płynu życia, takich jak wykorzystanie roślin, drzew, śniegu. Oraz – punkt po punkcie – wszystkie metody filtracji i uzdatniania.
Ogień
Odpowiednie nastawienie oraz umiejętności to klucz do rozpalenia ogniska według bushcraftu. W tym rozdziale znajdziemy kompletną encyklopedię ognia, rozpoczynającą się od wyboru rodzaju zapałek i sposobu ich przechowywania, opisującą wszystkie stosowane przez bushcraft rozpałki, dostępne człowiekowi dzięki naturze i cywilizacji (mam tu na myśli gumową oponę), a także techniki, takie jak własnoręczna produkcja łuku i pługu ogniowego czy wzniecanie płomienia piłą z bambusa, środkami chemicznymi i starym, dobrym ręcznym świdrem. A na własnoręcznie wznieconym ogniu można już usmażyć potrawę w woku… Wszystkie czynności są starannie opisanie i zilustrowane.
Schronienie
Niebezpieczeństwa podczas podróży często przyjmują maskę zmiennej pogody, niesprzyjających warunków atmosferycznych i środowiskowych. Przez zwierzętami nocy, ekspozycją na promieniowanie, utratą ciepła czy nawet hipotermią ochroni nas odpowiednie SCHRONIENIE. W rozdziale na ten temat Mears opisuje najważniejsze stany zagrożenia życia lub zdrowia, jakie mogą przydarzyć nam się podczas wyprawy, wraz z technikami pierwszej pomocy. Dzięki niezwykłej zapobiegawczości i pomysłowości, jaką cechuje się bushcraft prezentowany przez Mearsa, będziemy przygotowani na każdą ewentualność. A takie rzeczy jak pień drzewa, jaskinia, sangar, okop czy zbudowane z drzewa łóżko, wiata, tipi, szałas albo aborygeńska wiltja zapewnią nam odpowiednią ochronę w przystankach w podróży.
Olinowanie
Nie dałoby się zbudować wielu narzędzi bushcraftu (nie mówiąc już o pokonaniu wartkiego nurtu rzeki) bez odpowiedniej liny bądź sznura. Jeżeli nie zabraliśmy go ze sobą – co po lekturze tej książki już się nie zdarzy – możemy go upleść. Ale będziemy musieli wykorzystać materiały, jakie znajdziemy wokół siebie – korzenie, witki, korę i włókna drzew, egzotyczne rośliny. Sznurek z liści juki? Z pokrzywy? Nic prostszego. Jak zrobić to wszystko i jeszcze poprawnie zawiązać jeden z kilkudziesięciu praktycznych rodzajów węzłów, dowiesz się z rozdziału OLINOWANIE.
Na szlaku
Powiadają, że podróż zaczyna się od jednego kroku. Może i tak, ale prawdziwy buschcraftowiec przygotowuje się do niej fizycznie i psychicznie, a jego przygoda zaczyna się na długo przed wyjściem z domu. W rozdziale NA SZLAKU Ray Mears wyjaśnia, co oznacza odpowiednie nastawienie – do siebie, do ludzi spotkanych w podróży, a także do samego żywiołu przygody. Psychologiczne podejście szybko okazuje się czysto pragmatyczne, zwłaszcza gdy dołącza do niego troska o własne bezpieczeństwo i zdrowie. Przygotowanie na ryzyko typu przeszkody wodne i lądowe, a także mniejsze lub większe dolegliwości w podróży, to podstawa w sztuce bushcraftu.
Dary ziemi
Szacunek do natury, nie bezwzględna eksploatacja jej zasobów – mówi Mears w ostatnim rozdziale bushcraftowej biblii, DARY ZIEMI. Mimo że na brak pożywienia na szlaku możemy być narażeni w ostateczności, pozyskiwanie pokarmu w ekstremalnych warunkach to istotna kwestia survivalu według Mearsa. Z jakich nasion i owoców prawdziwy człowiek lasu pozyska wartości odżywcze? Co zrobi, gdy ogarnie go pasja myśliwego?
W ekwipunku każdego fascynata sztuki przetrwania w dziczy, oprócz noża, sprzętu nawigacyjnego i „czegoś, w czym będziesz mógł gotować”, powinna znaleźć się książka „Bushcraft, czyli sztuka przetrwania” – fascynujące i kompleksowe kompendium survivalu w zgodzie z naturą. -
Afryka. Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu
Pierwszym człowiekiem, który przejechał na rowerze, i to samotnie, Afrykę wzdłuż – z Kairu do Kapsztadu, był Polak, Kazimierz Nowak (18971937). Podróż tę odbył w latach Wielkiego Kryzysu na przełomie lat 20-tych i początku 30-tych XX wieku. Zajęła mu, ze zwiedzaniem oraz powrotem na północ kontynentu pieszo – bo rower odmówił posłuszeństwa, konno, czółnem i na wielbłądzie pięć lat.
Podobną – z tymi samymi miejscami startu i zakończenia, chociaż tylko częściowo tą samą trasą oraz znacznie krótszą podróż, odbyło w końcu 2009 oraz w 2010 roku trzech polskich turystów rowerowych. A jej inicjator opisał ją w obszernej, bogato ilustrowanej zdjęciami relacji wydanej przez „Bezdroża” w serii wydawniczej „Szlaki ludzi ciekawych”.
Celem tej wyprawy było nie tylko przejechanie na rowerach, jak się na mecie okazało, ponad 13 tys. kilometrów w ciągu 8,5 miesiąca, ale przede wszystkim poznanie tego regionu świata. Jego krajobrazów i przyrody, zabytków i współczesnych budowli, ludzi i ich zwyczajów oraz obyczajów, a także odszukiwanie, o ile znajdowały się na trasie lub w jej pobliżu, śladów Polaków i ciekawych ludzi innych narodowości.
Autor, który miał już doświadczenie z wielu wcześniejszych wypraw rowerowych po Europie, Bliskim Wschodzie i południowo – wschodniej Azji, przygotowywał się do podróży zaplanowanej na 9 – 10 miesięcy, przez dwa lata. Przeczytał do niej setki lektur. Ubiegał się – z bardzo mizernym skutkiem w postaci zniżki na zakup rowerowych sakw oraz bezpłatnego ubezpieczenia i przeglądu technicznego rowerów – o sponsorów medialnych, firmowych oraz samorządowych.
Problemem okazało się też skompletowanie uczestników. Nawet na poszczególne etapy tej wyprawy, bo i takie jej organizator proponował warianty. Ogromne wyzwanie jakim była ona, związany z nią wysiłek fizyczny, zdrowotny, psychiczny oraz wydatki, a także niemożliwość wygospodarowania przez wielu potencjalnych kandydatów aż tak długiego czasu spowodowały, że wyruszyli na nią w czterech. Cel zaś osiągnęło trzech, gdyż jeden wycofał się jeszcze przed afrykańskim półmetkiem.
Po drodze na krótko dołączali do nich inni, także kobiety, ale byli to tylko epizodyczni towarzysze podróży. Trzech, którzy pokonali całą trasę, chociaż też z indywidualnymi, krótkimi jej wariantami gdy rozdzielali się, przejechali przez Egipt i Sudan. Przez niemal dwa miesiące zwiedzali Etiopię. A następnie przez Kenię, Tanzanię, Zambię i Botswanę dotarli na kraniec afrykańskiego kontynentu – Przylądek Igielny oraz do Kapsztadu. Aby tam, w RPA wsiąść w samolot do Europy.
Było to przedsięwzięcie ogromne i ryzykowne. Opisy także niemiłych przygód, walki z terenem – góry, bezdroża, pustynie, ruch drogowy w którym nie liczą się słabsi jego uczestnicy, klimatem – od wielkich upałów poprzez tropikalne ulewy aż po temperatury poniżej zera i wichury, chorobami – na szczęście niezbyt licznymi jak na taki wysiłek, zostały ciekawie opisane. Podobnie jak kraje na trasie, ich mieszkańcy, zwyczaje, kuchnie, krajobrazy i przyroda, zabytki itd.
W trakcie lektury tej książki i oglądania zamieszczonych w niej zdjęcia czytelnik niemal uczestniczy w codziennym zmaganiu się podróżników z trudnościami. Szukaniem miejsc na rozbicie namiotów lub noclegu pod dachem. Żywności – najczęściej sami gotowali, zwłaszcza z dala od miast – o którą w bezludnych, biednych okolicach oraz przy bardzo ograniczonych środkach finansowych jakimi dysponowali było trudno. O zagrożeniach ze strony ludzi i dzikich zwierząt już nie wspominając.
Jak już wspomniałem, co najmniej równie ważnym, chociaż nie jednakowo dla wszystkich uczestników wyprawy jej celem, było oprócz przejechania tej trasy, także zwiedzanie. Już we Frankfurcie nad Menem czas oczekiwania na samolot do Kairu wykorzystali na wycieczkę do Moguncji. Bo miasto przesiadkowe i jego zabytki, zakładam, już znali. Dosyć dobrze zwiedzili Kair – łącznie z Gizą z którego rozpoczęli tę podróż. A także tamtejsze bazary i tanią gastronomią.
Z trasy, którą jechali, dobrze znam, chociaż nie z wysokości roweru, tylko odcinek egipski. Słabiej – bo nie wszędzie tam byłem – ostatni, południowoafrykański. A także niektóre inne miejsca na południe od równika. Trudno mi więc stwierdzić, na ile obserwacje, wrażenia i oceny tych, których nie znam, pokryłyby się z moimi. Sądząc jednak tylko na podstawie tych dwu wspomnianych krajów – znacznym.
Przez Egipt podróżowali w stałej asyście policji. Było to jeszcze przed tamtejszym rewolucyjnym zrywem 2011 roku, cudzoziemcy musieli być chronieni, nawet jeżeli o to nie tylko nie prosili, ale wręcz starali się takiej asysty uniknąć. Podróż na rowerach, na ile było to tylko możliwe bocznymi drogami, w towarzystwie policyjnego samochodu miała i plusy. Przede wszystkim chroniła przed natręctwem handlarzy i nieustannie wyciągających się rąk po bakszysz.
Równocześnie jednak podróżnicy nie zawsze mogli tam nocować, zwłaszcza w namiotach, gdzie chcieli. Często pozwalano im na to na terenach posterunków policyjnych, gdzie dodatkowo byli pilnowani, bądź klasztorach. I chociaż autor stwierdził w pewnym momencie, że „Egipt nie jest rajem dla rowerzystów”, to opisy tego, co tam widzieli, są ciekawe.
Zarówno Kairu i jego okolic, jak i klasztoru Panny Marii w Dajr al-Muharrak z przypomnieniem historii i liturgii koptyjskiej, czy Asuanu i jego okolic. Zaskoczony natomiast zostałem w trakcie lektury, że wymieniając pod tytułem rozdziału „Koptowie” przebytą trasę z tak ciekawymi i bogatymi w antyczne zabytki miejscowościami – a znam je wszystkie – jak Abydos, Dendera, Quena, Luksor, Esna, Edfu i Kom Ombo, autor nie napisał na ich temat ani słowa.
Z Asuanu do Sudanu uczestnicy wyprawy statkiem przez Jezioro Nasera, gdyż między tymi krajami brak w okolicach Abu Simbel drogi lądowej z przejściem granicznym. Podróż przez Sudan, to było pierwsze duże zaskoczenie zarówno dla kolarzy, jak i czytelnika relacji autora. Zamiast oczekiwanych niewyobrażalnych bezdroży – sieć nowych, wybudowanych w ciągu 2 lat przez Chińczyków, autostrad łączących wszystkie duże miasta.
A Sudan, przypomnę, ma powierzchnię ponad 2.500 tys. km kw. – ośmiokrotnie większą od Polski. Co nie znaczy, że poza autostradami nie ma tam i koszmarnych dróg. Nie potwierdziła się też opinia, że to bardzo niebezpieczny kraj. Autor podkreślał zaskakującą bezinteresowność i gościnność Sudańczyków. Czystość kraju w porównaniu z Egiptem, ale o to akurat nie tak trudno. Równocześnie jednak ubóstwo jeżeli chodzi o zabytki.
Nieliczne są słabo zachowane, źle konserwowane i fatalnie eksponowane. Uczestnicy wyprawy przez 2 dni szukali np. w piaskach pustyni – bo nie ma do nich drogowskazów, a GPS zabrał ze sobą ten czwarty, który postanowił wcześniej wrócić do Polski – ruin Starej Dongoli. A jak już coś znaleźli, bynajmniej nie pierwszej czy drugiej kategorii atrakcyjności, to ceny wstępu okazywały się niezwykle wysokie.
Kolejnym, tyle że negatywnym zaskoczeniem, okazała się Etiopia, którą zwiedzali niemal 2 miesiące. Dla mnie to co napisał autor o niej do tego stopnia, że planowaną na br. podróż do tego kraju chyba przesunę na dalsze miejsce na liście tych, które zamierzam zobaczyć. Zdaniem autora relacji jest to kraj bardzo ciekawy, z pięknymi, chociaż ciężkimi dla rowerzystów do pokonania wysokimi górami, terenami pustynnymi i koszmarnymi drogami.
Ze wspaniałymi zabytkami, ale równocześnie niemiłymi ludźmi. Agresywnym żebractwem – łącznie z rzucaniem kamieniami w nagabywanych, nie tylko przez chmary dzieciaków, gdy odmawiają dania pieniędzy tylko dlatego, że są biedni. Zdzierstwem cenowym za wstępy do świątyń i klasztorów, w czym przodują mnisi i kapłani. Koniecznością płacenia – i to słono, zwłaszcza na południu kraju, ludziom których się fotografuje.
Problemami ze zdobyciem żywności na etiopskiej prowincji oraz niezwykle małym wyborem jedzenia, o higienie w jakich jest przechowywane i przygotowywane, już nie wspominając. Niechęć autora do tego kraju narasta w miarę podróży po nim i jej opisywania. Najpierw „Etiopia to najgorsze miejsce jakie znam”. Później „Etiopii nienawidzę już z całego serca…”. Wreszcie „Nie sposób uciec przed ludźmi ( już nawet nie tylko dzieciakami ) którzy za wszelką cenę usiłują zwrócić na siebie naszą uwagę – wyją, gwiżdżą, piszczą, próbują dotknąć, czasami popchnąć albo tylko przestraszyć”.
To zupełnie inny obraz tego kraju, który znam z pełnych zachwytu ( chociaż na żebractwo i wymuszanie datków oraz płacenie za fotografowanie ludzi też skarżyli się ) relacji członków rodziny i przyjaciół, którzy tam byli. Może turyści zorganizowani mają inne doznania, niż samotnie podróżujący po bezdrożach i głębokiej prowincji biali rowerzyści?
W tejże relacji są jednak również piękne opisy widoków gór i dolin, procesji w Timkacie w kolejną rocznicę chrztu Jezusa w Jordanie. Jest historia Menelika i Arki Przymierza oraz bardzo ciekawe opisy etiopskich zwyczajów religijnych. Pozytywna ocena pracy misjonarzy w tym kraju. Znajduje się sporo ciekawostek. Np. w dobrej restauracji w Addis Abebie zamówionego wina czy potraw kelner nie przyniesie, o ile wcześniej mu się za nie nie zapłaci. Rozdziały poświęcone podróży przez Etiopię powinien, moim zdaniem, przeczytać każdy wybierający się do tego kraju. Chociaż lepiej całą książkę.
Mnóstwo ciekawych informacji, opisów i ciekawostek dotyczy także kolejnych krajów, przez które przebiegała trasa tej wyprawy. Nie zamierzam książki streszczać, gdyż trzeba ją przeczytać samemu. Wspomnę więc jeszcze tylko o Nygiri – miasteczku w Kenii, w którym ostatnie lata życia spędził i został tam pochowany twórca skautingu gen. Robert Baden – Powell. O bardzo ciekawym Muzeum Kolei w Mombasie.
Czy ciekawostce: to w tym mieście księżniczka, późniejsza i obecna królowa brytyjska Elżbieta II dowiedziała się o śmierci ojca, Jerzego VI. Interesujące i kompetentne są opisy przyrody, zwyczajów religijnych miejscowych katolików, trudności podróżowania rowerami po drogach, m.in. w Tanzanii, pełnych ciężarówek i autobusów nie zwracających uwagi na mniejsze pojazdy i wiele innych.
Ale również i o nudnych odcinkach np. w Zambii – „Droga nuży monotonią. Wszystkie kolejne dni są takie same. Krajobraz niezmienny przez setki kilometrów”. Czy minusach jazdy bez przewodnika – „który pozwoliłby ocenić co warto, a czego nie warto obejrzeć, to jest taka jazda po omacku, zupełnie bez sensu”.
Dodam, że była to jedna z wielu przyczyn konfliktów między uczestnikami wyprawy. Ale w ciągu wielu miesięcy trudnej podróży ludzi o trochę różnych zainteresowaniach, tempie jazdy, smaku czy wyboru miejsc do spania były one nieuniknione. Sporo jest ciekawych relacji z katolickich misji w tych krajach, zwłaszcza w Kapiri Mgoshi w Zambii.
Odszukiwania znajdujących się w pobliżu trasy grobów i śladów Polaków – także w księgach parafialnych – którzy jako dzieci ewakuowani byli podczas II wojny światowej z Syberii i znaleźli schronienie oraz opiekę ówczesnych koloniach brytyjskich w południowej części kontynentu afrykańskiego. Są w tej książce lokalne legendy, np. Buszmenów o tym, jak powstał pierwszy człowiek.
Opisy polowania z fotoaparatem na dzikie zwierzęta oraz zagrożenia ze strony tak groźnych jak słonie, hipopotamy, bawoły afrykańskie czy lwy, gdy podróżnicy nocowali w przygodnych miejscach w buszu. Ciekawa są relacje z kopalni diamentów w Botswanie, slumsów w RPA, gościnności ( wobec białych rowerzystów ) białych posiadaczy ziemskich w tym kraju. Spotkań z misjonarzami, noclegów w misjach lub na terenach kościelnych.
Czy z najdalej wysuniętego na południe kontynentu Przylądka Igielnego. Chociaż trudno mi zrozumieć, jak mając w zasięgu wzroku – przejeżdżali w jego pobliżu – Przylądek Dobrej Nadziei oraz dysponując czasem aby się nań wdrapać, nie zrobili tego. Chociaż jest on, nie tylko moim zdaniem, ciekawszy od Igielnego.
Znalazłem w tej książce – relacji z wyprawy również trochę błędów i nieścisłości. Podróżnicy zdumieni byli np., gdy od kenijskich funkcjonariuszy granicznych na wjeździe do tego kraju dowiedzieli się, że jedynym językiem oficjalnym w nim jest angielski. Ja natomiast byłem zdumiony, że można to było powtórzyć bezkrytycznie. Wystarczyło przecież otworzyć jakiś przewodnik po Kenii, lub encyklopedię, aby dowiedzieć się, że są tam dwa równorzędne języki oficjalne: suahili i angielski.
Musiało się też coś pokręcić autorowi, gdy pisał: „Jedziemy na północ ( podczas wycieczki z Nairobi nad Ocean Indyjski ), jakie to dziwne mieć zachód słońca po prawej stronie”. W Afryce, podobnie jak i w Ameryce Południowej, gdy jedzie się rzeczywiście na północ obojętne po której stronie równika, to zachód Słońca ma się zawsze po lewej stronie. Różnicę w kierunku jego pozornego ruchu wobec Ziemi na obu półkulach widzi się tylko, gdy się na nie patrzy.
Trudno mi też zrozumieć dlaczego autor opisując – fascynujące, z tym się zgadzam i też zostałem przez drobiny wody z nich przemoczony do kości – Wodospady Wiktorii – Victoria Falls na rzece Zambezi oraz granicy Zambii i Zimbabwe znajdujące się na Liście Dziedzictwa UNESCO, używa tylko ich lokalnej nazwy Mosi–oa–Tunya – „Grzmiący Dym”. Gdybym tam nie był i nie znał tej nazwy oraz nie zobaczył obok ich zdjęcia, nie wiedziałbym o które wodospady chodzi.
Ale to drobiazgi. Książka jest ciekawa, dobrze napisana, chociaż nie bez powtórzeń sytuacji w różnych miejscach i krajach – ale jest to dopuszczalne w relacji z podróży oraz czasami niezręczności językowych. I na pewno warta przeczytania. Jednych czytelników być może zachęci do zwiedzenia opisanych państw, chociaż niekoniecznie na rowerze. Innych do dalekich podróży na dwu kółkach, chociaż nie aż w tak ekstremalnych warunkach i długim czasie. Znaleźć w niej można bowiem mnóstwo informacji, obserwacji, spostrzeżeń, legend i opisów wzbogacających tradycyjne przewodniki po ciągle zbyt mało znanych u nas ( może poza Egiptem ) krajach Czarnego Lądu. -
Włochy północne oraz Rzym. Wszystkie drogi. Wydanie 4
Recenzowanie przewodników turystycznych w moim mniemaniu często mija się z celem. Przewodniki zaliczają się do literatury tak zwanej użytkowej. Ich poprawność, przydatność należy sprawdzić w akcji. Trudno jest ocenić jego funkcjonalność siedząc w fotelu. Popełniając notkę o moim wypadzie do Portugalii, pokusiłam się o krótkie zrecenzowanie przewodników z którymi do wyjazdu się przygotowywałam. Potrafiłam wytknąć ich wady, docenić zalety. Co więcej -mogłam z czystym sumieniem ocenić ich przydatność w podróży (waga, wymiar etc.). Mówiąc krótko, w moim odczuciu - taka recenzja miała sens.
W przypadku przewodnika "Włochy północne. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu" nieco zamarkuję - we Włoszech co prawda byłam, jednak było to na tyle dawno temu, że nie jestem w stanie tak dokładnie przywołać wszystkich obrazów. Ani uczciwie ocenić przydatności przewodnika w trasie.
Włochy - kraj o jednym z najbardziej charakterystycznych kształtów. Każdy z nas uczył się w szkole o włoskim bucie. Kraj kontrastów, pysznego jedzenia, muzeum na świeżym powietrzu. Kraj, którego język brzmi jak najlepsza melodia. Góry, morza, jeziora, wulkany - wszystko tu jest. Dawna potęga Basenu Morza Śródziemnego. Takich przydomków można by przywołać naprawdę mnóstwo. To, że Włochy to idealny kraj na wakacje, podróż poślubną etc. - mówić chyba nie trzeba. A teraz do rzeczy - o przewodniku.
To nie pierwszy przewodnik Wydawnictwa Bezdroża, który trafił w moje ręce. To zapewne sprawia, że czuję się z nim w rękach w miarę pewnie. Wydawnictwo może się pochwalić przydatnym i nowatorskim przykładem wykorzystania skrzydełek. Na plus - spis treści, linijka, garść bardzo podstawowych zwrotów - umieszczenie tych informacji w tym miejscu, jest naprawdę bardzo wygodne. Będę niemal zawsze utyskiwać, że przewodniki pozbawione są rozkładówek z dokładniejszą mapą kraju. Czasami chcemy tylko zerknąć, zorientować się w przestrzeni i wtedy takie rozwiązanie byłoby idealne.
"Włochy północne" podzielone są na pięć rozdziałów. Pierwszy to propozycje tras po Włoszech (względnie północnych). Bardzo (!!!) mocno brakowało mi takich propozycji w momencie przygotowywania wyprawy do Portugalii. A tutaj - gotowa recepta. W każdych wariantach czasowych i preferencyjnych. Ostatni, piąty rozdział, dodatkowo przedstawia propozycje tras górskich. Dla każdego coś miłego. Rozdział II to typowy składnik każdego przewodnika - informacje praktyczne o kraju - waluta, czas, środki transportu, zwyczaje, noclegi, wyżywienie etc. Rozdział III to już informacje krajoznawczo-historyczne. Większość przewodników (poza Lonely Planet) wykłada się na tych rozdziałach na łopatki. Szkoda, że autorzy/redaktorzy nie zadają sobie wysiłku, aby historię kraju opisać w bardziej ciekawy sposób. Również Bezdroża popełniają ten błąd - poziom atrakcyjności części historycznej nie przewyższa niestety tej serwowanej przez klasyczny podręcznik dla szkół. A szkoda, bo historia to naprawdę pasjonująca dziedzina i można opowiedzieć w bardziej interesujący sposób. W tej części brakuje ciekawostek, anegdot. Naprawdę szkoda.
Część właściwą przewodnika przynosi rozdział czwarty, podzielony na trzynaście części odpowiadającym kolejnym regionom Włoch oraz Rzymowi. Każdy podrozdział poprzedzony jest listą miejsc wartych odwiedzenia ("must see"). Następnie krótko zostaje scharakteryzowany dany region i następuje lista miast wartych zwiedzenia w okolicy. Szkoda, że najmniej miejsca poświęca się kluczowym informacjom takim jak: dojazd, co i gdzie warto zjeść, co można zobaczyć po drodze z dworca/lotniska. Takie informacje są najbardziej pożądane przez klasycznego użytkownika przewodnika (niestety jedyne wydawnictwo, które szanuje w pełni te potrzeby to ... Lonely Planet). Plany miast są orientacyjne, ale na pobieżne zwiedzanie miast - wystarczające. Najbardziej charakterystyczne miejsca są na nich zaznaczone, a później opisane w tekście. Wszelkie informacje praktyczne jak opłaty wstępu do obiektów, godziny otwarcia, są również zawarte. Zawsze bawią mnie dokładne opisy architektoniczne (niemal fotograficzne odtworzenie portalu jakiejś katedry z dokładnym życiorysem twórcy) - większość osób interesują jakieś historie związane z miejscem, ich znaczenie dla okolicy i mieszkańców, charakterystyczne elementy, odniesienia do kultury. Szkoda, że większość przewodnik podchodzi jednak do tych zagadnień bardzo stereotypowo.
Przewodnik jest lekki, format jest poręczny. Jest klejony, trudno stwierdzić, czy wytrzymałby trudy podróży. Wygląda jednak solidnie. Fajnie również, że ostatnie strony są miejscem na notatki (w podróży często coś notujemy, a karteluszki i paragony mają silne właściwości znikające). Mimo mojej listy wad, pewnie nie wahałabym się, aby właśnie ten przewodnik wziąć ze sobą w podróż. Polecam wszystkim, którzy zamierzają zwiedzić Włochy Północne.
Udanego podróżniczego 2012 roku! -
Australia Tour
Czterech twardych mężczyzn, cztery super szybkie maszyny i ekscytująca przygoda na australijskim kontynencie – tak w wielkim skrócie można by przedstawić treść książki „Australia Tour”.Pod koniec września 2010 roku Adam Badziak, Przemysław Saleta i Jarek Stec udają się do Australii, by tam, na motocyklach Yamaha XT1200Z Super Tenere, wyruszyć w podróż po tym kontynencie. Na pokonanie liczącej 6452 km trasy z Cairns (Queensland) do Sydney mają miesiąc. W trakcie wyprawy dołącza do nich Jacek Czachor. A wyprawa ta obfitowała w wiele ciekawych, nieprzewidywalnych, często niebezpiecznych wydarzeń. Niniejsza książka stanowi rodzaj reportażu z tej podróży.Niemałych emocji dostarczał uczestnikom wyprawy już sam fakt, że nie była to jazda dla samej jazdy. Nasi bohaterowie mieli pokonać ustaloną trasę w ściśle określonym czasie i być w poszczególnych miejscach w konkretnym terminie. Jednym z ważnych dla nich punktów programu było dotarcie na Phillip Island na motocyklowe wyścigi MotoGP, aby kibicowaniem wesprzeć zawodników.Pewną niewiadomą było też to, jak w czasie takiej podróży poradzi sobie Przemek Saleta, którego doświadczenie w jeździe motocyklem w ekstremalnych warunkach było mniejsze, niż pozostałych uczestników wyprawy.Co składało się na owe ekstremalne warunki? Przede wszystkim różnorodność i nieprzewidywalność pogody. Bohaterowie książki podróżowali zarówno w piekącym słońcu, jak i w ulewnym, mocno utrudniającym jazdę, deszczu.Poza tym australijskie drogi są także zróżnicowane. Nasi bohaterowie jechali nieraz po doskonale gładkim asfalcie, ale też musieli zmierzyć się z o wiele trudniejszymi drogami szutrowymi, licznymi serpentynami i ostrymi zakrętami. I chociaż ruch na tych drogach był stosunkowo niewielki, to i tam na motocyklistów czyhały różnego rodzaju niebezpieczeństwa. Życie niejeden raz pokazuje, że nie wszystko można dokładnie zaplanować i wyliczyć, nie wszystko da się przewidzieć. Także z relacji członków zespołu Orlen Australia Tour wynika, że z różnych powodów musieli modyfikować swoje plany.Mimo że motocykle, na których wyruszyli, są świetnie przystosowane do tego typu wypraw, to i tak podczas podróży doszło do kilku niespodziewanych i niebezpiecznych zdarzeń, które uświadomiły im, jak ważna jest ogromna koncentracja w czasie jazdy, szczególnie przy niesprzyjających warunkach pogodowych i drogowych. I choć mężczyźni uczestniczący w tej przygodzie – jak wynika z ich wypowiedzi - cenią sobie emocje i są żądni adrenaliny, to jednocześnie widać, że najważniejsza jest dla nich rozsądna i bezpieczna jazda.Wiadomo, że w czasie takich wypraw równie ważny, jak koncentracja i rozwaga, jest także odpoczynek. Potrzebują go nawet twardzi mężczyźni. Z relacji uczestników można dowiedzieć się, w jaki sposób regenerowali siły, przy czym metody relaksu były zarówno tradycyjne, jak i nieco bardziej aktywne. A wypoczynkowi sprzyjały piękne australijskie widoki i krajobrazy, o których można przeczytać w książce. Książka „Australia Tour” ma bardzo ciekawą formę. Podzielona jest ona na rozdziały, z których każdy krótko opisuje kolejny dzień wyprawy.Relacje z poszczególnych dni przeplatają się z fragmentami wypowiedzi bohaterów książki. Dzięki temu czytelnik może wyobrazić sobie, że towarzyszy im w podróży, słuchając ich osobistych, subiektywnych, często pełnych emocji uwag, opinii i opisów wrażeń na temat wyprawy.Poza tym w książce znajdują się tzw. ramki tematyczne, które dostarczają nam konkretnych, rzeczowych informacji na temat Australii – jej fauny i flory, najciekawszych miejsc, atrakcji turystycznych, klimatu, mieszkańców i ich mentalności.W związku z tym dostajemy więc do rąk interesującą mieszankę tekstów, która sprawia, że podczas czytania książki nie znajdziemy czasu na nudę. A gdyby brakowało nam jeszcze spojrzenia na to wszystko, co widzieli w drodze bohaterowie książki, pomocne na pewno będą przepiękne, barwne fotografie. Oglądając je, możemy odnieść wrażenie, że patrzymy na prawdziwe krajobrazy, a to, co zostało na zdjęciach uchwycone i zatrzymane w bezruchu, za moment znów ożyje i przemknie przed naszymi oczami.Z książki „Australia Tour”, a zwłaszcza z wypowiedzi jej bohaterów, można wywnioskować, iż podróż po australijskich drogach i bezdrożach była dla nich niesamowitym i niezapomnianym przeżyciem. Potwierdzają to choćby słowa:Dzięki podróży motocyklami mieli wszystko na wyciągnięcie ręki i czuli, że naprawdę są w sercu Australii.Jeśli ktoś chciałby się przekonać, czy uczestnikom wyprawy udało się zrealizować plan i pokonać trasę w określonym czasie, jakie trudności napotykali oni na swojej drodze, z kim spotkali się na niej „oko w oko” oraz jakie niebezpieczeństwa im groziły – powinien koniecznie sięgnąć po książkę „Australia Tour”. Jest to naprawdę ciekawa pozycja, którą czyta się bardzo dobrze, odrywając się przy tym od rzeczywistości i przenosząc się do odległych, opisanych w książce miejsc. Samo jej czytanie już staje się więc przygodą. Z całą pewnością może stać się ona doskonałą lekturą nie tylko dla miłośników motocykli, ale i dla wszystkich tych, którzy marzą o podróży pełnej wrażeń.
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























