Recenzje

Wyniki wyszukiwania frazy "17" [48]

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5.  ... 
  1. sekpev

    Sekrety mistrza fotografii cyfrowej. W dążeniu do perfekcji

    Do poradników fotograficznych podchodzę z dużą rezerwą. Bardzo wiele z nich pisanych jest w sposób, który potrafiłby zniechęcić do fotografii nawet najbardziej zagorzałego jej pasjonata. Autorzy lansując się w roli wszechwiedzących guru podają częstokroć "jedyne słuszne" zasady czyli te, w które sami wierzą nie uznając, że może istnieć coś poza ich spojrzeniem na fotograficzne zagadnienia. W rezultacie poradniki takie zabijają kreatywność, a to ona przecież stoi u podstaw wszelkich wynalazków, które z czasem stają się regułą. Tym samym naprawdę dużym zaskoczeniem jest poradnik "Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" napisany przez Scotta Kelby'ego.

    Przede wszystkim kreatywności wcale nie gasi, ale wprost do niej zachęca. Kelby nie jest fotograficznym purystą i to natychmiast zjednuje mu moją sympatię. „Otóż, jeśli kupisz jeden z takich nietypowych obiektywów, to z pewnością sam zaczniesz eksperymentować z fotografowaniem nim różnych rzeczy. Także tych, których »nie powinno« się nimi fotografować. I bardzo słusznie - to przecież twoje obiektywy i warto by sprawdzić ich możliwości w różnych sytuacjach" - pisze. Uff? Jaka ulga. Po lekturze rozlicznych poradników fotograficznych należałoby przecież popaść w głęboką depresję po niekanonicznym użyciu sprzętu, a tutaj odmiana: pozwalają nam bawić się fotografią, robić po swojemu i jeszcze mówią, że to dobrze! Kelby, mówiąc krótko, nie podchodzi do fotografii jak do dziedziny wiedzy tajemnej, ale jak do radosnego hobby, które może i powinno sprawiać wiele frajdy. Warto więc zagłębić się dalej w jego rady.

    ***
    Na początku „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" mogą sprawić dość chaotyczne wrażenie. Już we wstępie autor odwołuje się do swoich poprzednich książek, co powoduje pewien zamęt, całość skonstruowana jest bez wyraźnego klucza - to raczej zbiór różnorodnych wskazówek na wiele tematów - od zasad kompozycji po porady co spakować do teczki foto w przypadku określonego rodzaju zdjęć do wykonania. Ale i w tym szaleństwie jest metoda. Szeroki wachlarz zaleceń wprawdzie nie penetruje dokładnie określonego zagadnienia, ale uwypukla aspekty najistotniejsze, a zarazem te, które mogą najbardziej interesować początkującego miłośnika fotografii.

    ***
    Zachęca do tej książki także i styl w jakim została napisana. Kelby deklaruje we wstępie, że komponuje ją tak, jakby mówił o fotografii do swojego przyjaciela i w istocie nie jest to pusta deklaracja. Tekst czyta się szybko, jest łatwy, przystępny, zupełnie pozbawiony niepotrzebnej terminologii, która tylko budzi frustrację u osób nie pragnących zostać magistrem fotografii. Do diabła, przecież nie każdy musi mieć chęć by się w tej dziedzinie doktoryzować i autor poradnika „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" całkowicie to rozumie.

    Żartuje z żargonu profesjonalistów, śmieje się z zawodowców-szpanerów, którzy więcej o fotografii gadają niż robią zdjęć. Ma wielki dystans do reprezentowanej przez siebie dziedziny, a posiadaną wiedzę przekazuje bez pozy wspomnianego w tytule mistrza, ale w istocie tak, jakby doradzał lubianemu kumplowi. Z tych przyczyn książka ta będzie się z pewnością podobać wszystkim, którzy chcą robić lepsze zdjęcia dobrze się przy tym bawiąc. Zdecydowanie polecam.

  2. 126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2

    Co może robić motocyklista w zimny, śnieżny, zimowy wieczór? Może zasiąść nad książką z kubkiem gorącej czekolady, kotami na kolanach i muzyką w tle. Takie połączenie to prawie doskonały dla wyżej podpisanej sposób na spędzenie udanego wieczoru. I nawet jeśli nie dysponujecie czekoladą ani kotami, polecam książkę, przynajmniej tę, po którą ostatnio sięgnęłam.

    Wyobraźcie sobie faceta, który nie ma prawa jazdy kategorii A. Ba! Nie potrafi jeździć na motocyklu! Nie byłoby w tym, oczywiście, nic dziwnego, gdyby nie to, że pewnego dnia z drugim takim, co na motocyklu jeździć nie potrafi, postanawia właśnie jednośladem wyruszyć na wyprawę dookoła świata. Czy to się może udać? Nie ma takiej opcji – zapewne to często słyszał autor, Tomasz Gorazdowski, i jego partner wyprawowy, Michał Gąsiorowski, gdy szykowali się do podróży dookoła świata. Jednak udało im się osiągnąć zamierzony cel, z czego mogli cieszyć się słuchacze radia, a teraz czytelnicy, którzy sięgnęli lub dopiero sięgną po tę pozycję. Tomasz Gorazdowski napisał książkę o tym, jak należy marzyć i jak spełniać te marzenia, nawet jeśli są one kompletnie dziwne i nie podobne do niczego, o czym do tej pory marzyliśmy. Ale przede wszystkim pisze o podróżowaniu i to w taki sposób, że chce się natychmiast wsiąść na motocykl i pojechać jego szlakiem. No ale spadł śnieg...

    Na „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata” natknęłam się przypadkiem. Moją uwagę przykuła okładka oraz słuszna waga wydawnictwa, spowodowana świetnym papierem kredowym, na którym zostało ono wydrukowane. Jako że nie ocenia się książki po okładce, zajrzałam do środka i tam miło zaskoczył mnie przejrzysty układ rozdziałów, opatrzonych zdjęciami, oraz mapa trasy przejazdu plus bardziej szczegółowe informacje na wewnętrznych stronach okładki. Przystanęłam, czytając i chwilę później wylądowałam przy kasie. Książek o podróżach motocyklem napisano już dość sporo. Najbardziej znany tytuł to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego globtrotera, czyli Evan McGregor i Charlie Boorman z ich „Long Way Round”, w Polsce znana pod tytułem „Wielka wyprawa. Niezwykła motocyklowa podróż dookoła świata”. To właśnie ich przygody zainspirowały dziennikarza radiowej Trójki do zainicjowania podróży dookoła świata, na którą namówił redakcyjnego kolegę, Michała Gąsiorowskiego. Obaj panowie przemierzyli trasę liczącą w sumie 21 100 km, pokonując ją w 126 dni. W wyprawie mogli im towarzyszyć słuchacze Trójki. W wyniku tej podróży powstało właśnie „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata”.

    Książka podróżnicza powinna być ciekawa, informacyjnie użyteczna, a przede wszystkim musi wnosić coś, czego nie znajdziemy w przewodnikach turystycznych. I tak właśnie jest w przypadku książki Tomasza Gorazdowskiego. Opisy poszczególnych odcinków trasy poprzeplatane są nie tylko zdjęciami, ale również fragmentami maili od słuchaczy Trójki, ciekawostkami dotyczącymi mijanych miejsc, przepisami na drinka czy potrawę Pad Thai, a także linkami, pod którymi czytelnik znajdzie dodatkowe filmy ilustrujące treść. Już samo to sprawia, że „126 dni...” różni się od tradycyjnego przewodnika i przypomina raczej swego rodzaju lekturę multimedialną. Dodatkowym atutem jest fakt, że autor to znany podróżnik, który z niejednego pieca chleb jadł i w niejednym miejscu na naszej pięknej planecie był. To sprawia, że jego ocena odwiedzanych miejsc jest dużo bardziej obiektywna, a wskazówki praktyczniejsze, niż gdyby zachwycał się nimi po raz pierwszy. Gorazdowski nie stroni też od opinii krytycznych i ostro rozprawia się np. z mitami na temat Indii, które większości ludzi kojarzą się ze spokojem i uduchowieniem, a które bohaterom wyprawy ukazały swoje najbiedniejsze i najbrudniejsze oblicze. Na klimat książki składają się także spotkane na trasie osoby – miejscowi oraz słuchacze Trójki, którzy śledzili przejazd dziennikarzy, wychodząc im naprzeciw, pomagając i pokazując nieznane turystom atrakcje. Trasa wybrana przez podróżników wiodła z Warszawy przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię, Turcję, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Tajlandię, Malezję, Singapur, USA, Meksyk, Wielką Brytanię, Francję, Belgię, Holandię i Niemcy z metą w Polsce. Zasadnicza treść książki kończy się tak naprawdę na Wielkiej Brytanii. Dlaczego – nie zdradzę. Z drugiej strony pisanie o Francji, Belgii czy bliskich nam Niemczech nie byłoby zapewne taką atrakcją dla czytelnika, jak szczegółowe relacje z Indii czy Singapuru.

    Już sam początek, opisujący przygotowania do wyprawy, powodował u mnie niepohamowane ataki chichotu. Potem było już tylko lepiej. Dziennikarze oglądają charakterystyczne dla danego rejonu miejsca, szukając tematów na kolejne relacje radiowe i przeżywając przygody mniej lub bardziej przerażające albo zabawne. Poznajemy weselne tradycje Bułgarów, czytamy o porannych lotach balonem nad Kapadocją, handlu złotem w Iranie, przeżywamy wypadek motocyklowy, oglądamy hotel Burj al Arab w Dubaju, moczymy nogi w Gangesie oraz masujemy się w tajskim więzieniu i malezyjskim akwarium, a to wszystko poprzeplatane jest awariami: motocykli, kręgosłupa oraz międzyludzkimi i, oczywiście, smakami z różnych zakątków. Gorazdowski ma dar przybliżania wszystkiego, o czym pisze, do tego stopnia, że nie polecam czytania „126 dni...” na czczo. Chłopaki muszą się dobrze odżywiać i robią to z taką intensywnością i radością, że po kilku stronach musiałam zrobić sobie przerwę na kolację – nie można czytać o tych wszystkich pysznościach nie będąc najedzonym, choć pieczone szczury nie są tym, co chce się oglądać przy kanapce... Autor, jako doświadczony podróżnik i znawca kuchni z całego świata, szuka w okolicy ciekawej knajpki, a potem robi się z tego gawęda o polowaniu np. na stek. Ważną kwestią dla tych, którzy „126 dni...” potraktują jako podporę podczas przygotowywania się do dalekiej wyprawy, będą wszystkie wymieniane przez autora problemy „papierologiczne”, wynikające z przemieszczania się poza Unią Europejską. Sprytni policzą, ile może kosztować impreza pt. „Podróż dookoła świata”, przy okazji dowiadując się, co może ich czekać w urzędach celnych, na przejściach granicznych i jak ominąć przeszkody, które zazwyczaj pomijane są przez przewodniki turystyczne. Przyda się także informacja na temat orientacyjnego spalania na poszczególnych trasach, zwłaszcza jeśli czytelnik posiada taki sam motocykl, oraz cen paliwa, a także jego dostępności.

    Cóż można dodać? Po przeczytaniu zaczęłam nosić się z poważnym zamiarem zmiany motocykla na coś bardziej turystycznego, na co nie udało się mnie namówić przez czas dłuższy nawet mojemu mężczyźnie. Lektura jest naprawdę lekka i przyjemna w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów – krótko, zwięźle i na temat, okraszone szczególnym poczuciem humoru autora, które bardzo przypadło mi do gustu.

    Minusy lektury? Do strony merytorycznej się nie przyczepię, bo zwyczajnie nie byłam na takiej wyprawie, więc nawet jeśli są, pozostaję w błogiej nieświadomości. Natomiast co do treści, to brakuje mi czasem Michała, który występuje tu raczej jako tło lub też ewentualny niezamierzony bohater sytuacji komicznych. Czasem było mi zwyczajnie szkoda redaktora Gąsiorowskiego, gdy po raz kolejny leżał pod swoim motocyklem, co na pewno nie jest miłe dla nikogo, kto kiedykolwiek przeżył taką sytuację (i to jeszcze zapisaną dla potomnych na kartkach tej książki...). Drugim minusem, choć może uznam go za plus, były emocje udzielające się czytelnikowi. Tomasz Gorazdowski pisze z humorem, lekką dozą ironii i, jak wspominałam wcześniej, dużym praktycyzmem, jednak upływający czas i niektóre problemy piętrzące się przed podróżnikami powodowały irytację i wkurzenie, co odbijało się na treści książki, tak samo jak pośpiech związany z ukończeniem podjętej misji w czasie tytułowych 126 dni. To mogło denerwować. I na pewno może zirytować czytelnika, który dusi się z autorem w kolejnych biurach pośrednictwa, u kolejnych celników i biega w upale za kolejnymi pieczątkami, nie potrafiąc cieszyć się otaczającym go pięknem. Za minus uznam również fakt, że książka jest klejona, co, niestety, grozi ryzykiem utraty kartek podczas intensywnego czytania czy wertowania lektury. Mój egzemplarz, który aktualnie czytany jest po raz drugi i wertowany po raz „enty”, nosi już ślady rozgięcia i podejrzewam, że kwestią czasu jest, kiedy któraś kartka się poluzuje, a tego w książkach szczególnie nie lubię.

    Podsumowując, polecam! Szczególnie, że zima to świetny czas na to, by przygotować się do nowego sezonu i kolejnych wojaży.

  3. Czarnogóra, Serbia, Bośnia i Hercegowina. Zielony Przewodnik Michelin. Wydanie 1

    Z założenia nieufnie podchodzę do wszelkich przewodników, dlatego informacje o kraju, który planuję odwiedzić, czerpię głównie od znajomych i ze źródeł internetowych – serwisów turystycznych i forów. Dotarcie do szczegółowych i rzetelnych informacji bywa jednak czasochłonne, a w przewodniku Bezdroży otrzymujemy garść potrzebnych informacji w jednym miejscu

    Może gdybym podczas swoich pierwszy podróży na Bałkany była wyposażona w „Zielony Przewodnik” po Czarnogórze, Serbii, Bośni i Hercegowinie, nie znalazłabym się w kilku dość stresujących sytuacjach i byłabym lepiej przygotowana do samej wyprawy. Na pewno nie dziwiłyby mnie kilkugodzinne opóźnienia pociągów (choć to i w warunkach polskich nowością nie jest), autobusy jeżdżące według nikomu nieznanego rozkładu („mniej więcej” w przypadku zgodności z wywieszoną informacją o kursach poszczególnych busów bywa wartością naprawdę relatywną, o czym przekonałam się w Žabljaku), czy chociażby – dla człowieka przeżywającego ćevapowe sensacje żołądkowe to rzecz ważna – brak sieciówek typu KFC czy McDonald’s w Sarajewie (zmieniło się to w grudniu 2011 r.).
    Przewodnik obfituje w praktyczne i sprawdzone informacje, które przydadzą się zarówno osobom wybierającym się w te rejony samochodem, podróżującym lokalnymi środkami transportu, jak i autostopowiczom. Nie zapomniano również o turystach silnie odczuwających brak dostępu do internetu bezprzewodowego czy też pozbawionych komputera na czas urlopu – adresy kafejek internetowych i ceny zostały uwzględnione przy opisach poszczególnych miejscowości. W przypadku choroby również niż zostajemy pozbawieni sami sobie – w przewodniku bez trudu znajdziemy adres apteki, a dołączony plan miasta pozwoli nam ją zlokalizować. (Trzeba pamiętać, że regionalna kuchnia potrafi dać się we znaki, więc zakup leków na niestrawność bywa konieczny).
    Zmotoryzowani dowiedzą się też, które działania na drodze mogą zaowocować mandatem, jakie są dopuszczalne prędkości na drogach i co może zdenerwować policjanta tak bardzo, że nasza przeprawa ze stróżami prawa na finansowym uszczerbku się nie zakończy. Turyści chcący zobaczyć coś więcej niż standard oferowany przez biura podróży w trakcie wycieczek objazdowych nie będą zawiedzeni – mniej popularne, ale za to nie mniej atrakcyjne obiekty zostały wymienione i krótko opisane, podobnie jak propozycje tras po poszczególnych krajach (np. 2-dniowa wycieczka objazdowa do serca starej Czarnogóry czy kilkudniowe zwiedzanie miast i miasteczek Wojwodiny).
    Przewodnik, prócz zestawu ciekawostek podkreślających charakter regionu, zawiera wszelkie niezbędne informacje, jakich potrzebuje osoba po raz pierwszy wyruszająca w te rejony, począwszy od organizacji podróży, przez wiadomości geograficzno-historyczne i kulturowe, aż po opisy interesujących miejsc z tradycyjnym, trzygwiazdkowym systemem oceny atrakcji turystycznych. Słowniczki polsko-serbski i polsko-bośniacki są równie miłym dodatkiem, co wybrane przepisy z kuchni serbskiej, czarnogórskiej czy bośniackiej – osoby lubiące ożywiać kulinarne wspomnienia z podróży we własnym domu na pewno będą zadowolone.
    Warto również podkreślić „techniczne” zalety przewodnika – jest on przepięknie wydany, na doskonałej jakości papierze, w wygodnym formacie. Został napisany w bardzo przystępnym języku, bez nadmiernego nagromadzenia epitetów uwypuklających „piękne okoliczności przyrody”. Co najważniejsze, zachowano równowagę między treścią a ilością zamieszczonych zdjęć, dzięki czemu lektura nie nuży, a czytelny układ ułatwia odnalezienie interesujących nas informacji.
    W mojej opinii, „Zielony Przewodnik” jest jedną z najlepszych pozycji dostępnych na rynku, jeśli chodzi o przewodniki związane z tą częścią Półwyspu Bałkańskiego – polecam go z czystym sumieniem.

  4. Wybrzeże Chorwacji, Słowenii i Czarnogóry. Przewodnik - Celownik. Wydanie 1

    Wybrzeże Chorwacji i Czarnogóry jest chętnie odwiedzane przez polskich turystów. Na rynku wydawniczym znajduje się wiele przewodników traktujących o tym rejonie. Swoją pozycję, poszerzoną o Słowenię, zaproponowało wydawnictwo Bezdroża

    Przewodnik-celownik „Wybrzeże Chorwacji, Słowenii i Czarnogóry” podzielony jest na trzy działy (jak nietrudno się domyślić: Chorwację, Słowenię i Czarnogórę). Nazwy miejscowości czy atrakcji turystycznych takich jak parki narodowe, uporządkowano alfabetycznie, co ułatwia znalezienie potrzebnych informacji turyście nieorientującemu się w geografii danego kraju (w wielu przewodnikach miejscowości opisywane są w kolejności „geograficznej: z północy na południe lub z zachodu na wschód). Nazwy atrakcji i obiektów zostały wytłuszczone, a w przypadku muzeów podano także godziny otwarcia i ceny biletów, co jest dla turystów bardzo pomocną informacją. Niestety ceny kart wstępu podano tylko w częściach poświęconych Słowenii i Czarnogórze.

    Opisy zawarte w przewodniku są bardzo zwięzłe i zawierają tylko podstawowe informacje. Poszczególne rozdziały różnią się stylem – widać, że były pisane przez różnych autorów. W części dotyczącej Czarnogóry, oprócz opisów atrakcji turystycznych, znajdują się także wzmianki dotyczące kultury i charakteru danych miejscowości. Rozdział poświęcony Słowenii również przygotowany jest rzetelnie z pełną informacją o miejscach wartych zobaczenia. Konsekwentnie podano informacje o godzinach otwarcia obiektów i cenach biletów wstępu.
    Część traktująca o Chorwacji, chyba nadto skupia się na obiektach sakralnych w kraju. Zawiera bowiem sporo dokładnych informacji o kościołach, katedrach i kaplicach, ale pomija często inne ważne (pokusiłabym się o stwierdzenie, że o wiele ciekawsze!) atrakcje turystyczne. Na przykład w Splicie, oprócz świątyń i pałaców, nie znalazła się nawet wzmianka o górze-półwyspie Marjan, którą turyści tłumnie zdobywają malowniczymi uliczkami, szlakami rowerowymi lub poprzez wspinaczkę, podziwiając przy tym piękną panoramę miasta. Z niewyjaśnionych przyczyn zapomniano też o targu rybnym (Ribarnica), na którym można oglądać rożne rodzaje świeżo złowionych ryb, które zaraz znajdą się w kuchniach wielu restauracji i chorwackich domów; ani o plażach, których w Splicie jest całkiem sporo.
    Warto zauważyć, że wielu podróżnych przybywa do Zadaru nie po to, by odwiedzić wszystkie siedem obiektów sakralnych opisanych w przewodniku, ale by usłyszeć i zobaczyć sławne organy morskie (Morske orgulje), a po zmroku podziwiać instalację „Pozdrav Suncu” skonstruowaną z płyt symbolizujących układ słoneczny, które za dnia skupiają energię słoneczną, a po zmroku mienią się wszystkimi kolorami i oddają zgromadzoną energię w postaci strumienia pionowego światła.
    Warto by uzupełnić ‘Chorwację’ o informacje dotyczące promów płynących na wyspy i innych miejscowości na wybrzeżu oraz publicznego transportu danych krajów (autobusy, pociągi), a także możliwości dotarcia nad Adriatyk z Polski (połączenia lotnicze, kolejowe, autobusowe).
    Ciekawym rozwiązaniem przewodnika jest zamieszczenie praktycznych informacji „A-Z”, na końcu każdego z rozdziałów, który odsyła nas m.in. do lokalnej kuchni, godzin otwarcia aptek i sklepów oraz przepisów celnych.
    Niewątpliwym atutem przewodnika jest jego poręczny format, grzbiet spięty sprężynką oraz dwie zakładki połączone z okładką. Te ułatwienia sprawiają, że książeczka jest bardzo wygodna w użyciu. Prostym zabiegiem, który powoduje, że całość jest uporządkowana, jest układ stron: na stronach parzystych znajduje się tekst, a na nieparzystych – fotografie i mapki.
    Przewodnik-celownik „Wybrzeże Chorwacji, Słowenii i Czarnogóry” warto polecić przede wszystkim turystom zaczynającym przygodę z tym regionem. Powinni być oni zadowoleni z pozycji wydawnictwa Bezdroża. Prosty i przejrzysty układ, poręczny format oraz zwięzłe i rzetelne informacje sprawiają, że przewodnik jest pomocnym kompanem podróży.

  5. Bushcraft, czyli sztuka przetrwania

    Nakładem wydawnictwa Bezdroża w serii Szlaki ludzi ciekawych ukazała się książka podróżnicza "Bushcraft czyli sztuka przetrwania" Raya Mearsa.

    Nieprzygotowana samotna wyprawa może skończyć się tragicznie. Zanim więc postanowicie wyruszyć w odległe, dzikie rejony świata, koniecznie przeczytajcie przewodnik Raya Mearsa, znanego telewidzom z formatów tj. Tracks, Ray Mears’World of Survival i Ray Mears’ Extreme Survival.

    W książce autor zawarł wiedzę zdobytą podczas podróży po całym świecie, która jest imponująca. W ośmiu rozdziałach precyzyjnie objaśnia czytelnikom zasady o jakich powinni pamiętać wyruszając w podróż. Rozpoczynając od przygotowania niezbędnego ekwipunku, przez najstotniejsze elementy dla przetrwania - wodę i ogień, kończąc na pomysłach typu jak zrobić ze spodni „motylki” uławiające utrzymanie się na wodzie.

    Autor pokazuje zarówno jak ujarzmiać przyrodę, ale także jak z nią współdziałać. W rozdziale dotyczącym narzędzi Ray Mears omawia cztery podstawowe typ: nóż, piła, siekiera, parang lub maczeta - wyjaśniając w jaki sposób przechowywać i używać każde z tych narzędzi. W innych rozdziałach czytelnik dowie się także jak zapewnić sobie schronienie oraz jak pozyskiwać żywność w terenie.

    Ogromne doświadczenie podróżnicze autora pozwoliło mu stworzyć świetnie przygotowane kompendium sztuki przetrwania. Książka bogata w liczne fotografie i i ilustracje, ułatwia przyswojenie informacji i instrukcji.

    Polecamy tę książkę nie tylko podróżnikom ale także ludziom ciekawym świata. Być może wiedzę zawartą w tej książce będziecie mogli wykorzystać na zwyczajnym biwaku za miastem.

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5.  ...