Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "149" [6]
-
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2
Pomysł był zwariowany. Wybrać się w podróż dookoła świata motocyklem, nie mając tego pojazdu ani prawa jazdy. Nie mówiąc już o jakimkolwiek doświadczeniu w jeździe motorem. O tym wszystkim przeczytacie w znakomitej książce Tomasza Gorazdowskiego "126 dni na „kanapie". Motocyklem dookoła świata".
Co prawda nie bez przygód, także ekstremalnych, ale jednak z powodzeniem.I chociaż określenie tej podróży jako „dookoła świata" jest trochę naciągane, gdyż odbyła się ona się tylko przez 3 kontynenty. W żadnym miejscu nie przekroczyła równika, najbardziej zbliżając do niego w Singapurze. A większość trasy dookoła północnej półkuli zarówno pasażerowie jak i ich motory przeleciały samolotami. Co nie zmienia faktu, że jednak był to wyczyn.Relacjonowany w trakcie podróży, przeważnie na żywo, na falach Polskiego Radia i w internetowym blogu, a następnie opisany – od razu dodam, że świetnie – w książce wydanej przez krakowskie Bezdroża. Z licznymi – to jeszcze u nas nowość – odsyłaczami na strony internetowe tego wydawnictwa, otwierając które można znaleźć ciekawe filmy i zdjęcia znacznie rozszerzające obraz opisywanych miejsc, do których dotarli podróżnicy. Bo było ich dwu. Pomysłodawcy tej wyprawy udało się bowiem znaleźć i namówić do udziału w niej kolegę – radiowca.Następnie – szczegółów nie będę zdradzał, bo to naprawdę warto samemu przeczytać – szybko skończyć kurs i zdać egzamin na motocyklowe prawo jazdy, znaleźć sponsora – firmę z branży motorowej, bo Polskie Radio nie miało pieniędzy na takie fanaberie. No i zdobyć oraz przygotować odpowiedni sprzęt – także radiowy. Wybrać trasę, co w złożonej sytuacji politycznej zwłaszcza w południowo – wschodniej Azji nie było proste, bo zbyt ryzykowna mogła być np. planowana jazda przez Pakistan. I, oczywiście, załatwić wiele formalności, dokumentów, wiz itp.
Nie miała prawa się udać
Po to, aby autor mógł we wstępie do tej książki napisać: „Kiedy patrzę na naszą wyprawę z perspektywy kilku miesięcy, które minęły od jej zakończenia, coraz bardziej jestem przekonany, że ONA nie miała prawa się udać. A jednak, ta ułańska fantazja... Daliśmy radę! Dzięki determinacji, szczęściu i dobrym ludziom po drodze...". Zaś w ostatnim zdaniu: „Podobno – jak mówią Chińczycy – żaba na dnie studni nigdy nie zobaczy morskich fal. Trzeba się odważyć, trzeba sięgać dalej, wyżej, głębiej, by te fale zobaczyć. Ja je zobaczyłem". A o tym, co działo się od narodzenia idei takiej podróży do możliwości napisania tego ostatniego zdania, jest właśnie książkowa relacja z niej.
Dwaj podróżnicy – dziennikarze radiowej Trójki: Tomek ( tak się sam przedstawia ) Gorazdowski, autor książki i Michał Gąsiorowski spędzili 4 miesiące – dokładnie 126 dni, na siodełkach motocykli. Przejechali ponad 21 tys. km, odwiedzili 19 krajów. Podróżowali przez Europę, turecką Anatolię i Kapadocję, pustynny Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, tajlandzką dżunglę i malezyjskie herbaciane wzgórza. Przejechali w poprzek Indie i USA zmagając się m.in. z upałami i ulewnymi deszczami. Poznali setki ludzi, masę kultur, zabytków, obyczajów i kuchni. Przeżyli wiele, nie zawsze przyjemnych przygód.
Autor książki opisał to wszystko w sposób bardzo ciekawy, świetnym, żywym językiem, z humorem, a miejscami nawet autoironią. Sporo miejsca w tej relacji zajmują opisy samej jazdy, dróg i ruchu drogowego – z najbardziej niesamowitym w Indiach oraz w wielu wielkich, zatłoczonych miastach. Każdy, kto tam był, wie zresztą jak się tam podróżuje, a polskie drogi i ulice wydają się z tamtej perspektywy pustymi oazami spokoju. Nie brak też w książce kapitalnych ( nie dla uczestniczących w nich podróżników ! ) scen bezduszności i trzymania się, nawet absurdalnych przepisów, zwłaszcza przez granicznych, biurokratów.
Odprawa jak wieczność
Z których, obok irańskich i indyjskich, palma pierwszeństwa należy się bezsprzecznie amerykańskim. Odprawienie z Miami do Londynu motocykli samolotem zajęło bowiem... 9 dni. Tamtejszy celnik – geniusz ( autor określa go mniej elegancko ) na którego nie było mocnych, stwierdzając brak jednego papierka nie wydanego podróżnikom przy wjeździe do USA na lotnisku w San Francisko, uparł się, że powinni... wylecieć też z tego – odległego o 6,5 tys. km – miasta. Nie bez racji autor stwierdził więc, że sama jazda – mimo niekiedy bardzo trudnych warunków pogodowych i klimatycznych – była najłatwiejszą częścią całej wyprawy.
Mocną stroną książki są opisy krajów i miejscowości oraz spotkań z ludźmi i ich postaw, udzielanej przez nich pomocy – także w trudnych sytuacjach. Np. wypadku jednego z podróżników i uszkodzenia motocykla koło Persepolis w Iranie, co postawiło dalszą jazdę pod znakiem zapytania. Opisy te czytałem z tym większym zainteresowaniem, że większą część ich trasy od Warszawy do Singapuru znam z autopsji. Niektóre odcinki przejeżdżałem kilkakrotnie, chociaż nie motocyklem. Podobnie nie raz byłem w niektórych opisywanych miejscach.
Tym łatwiej więc docenić mi to, co napisał o nich autor. Za szczególnie udane i trafne uważam relacje z Kapadocji oglądanej z ziemi, podziemi i powietrza – z lotu balonem, Indii – zwłaszcza Agry i Tadż Mahal oraz Varanasi, Malezji oraz Singapuru. Znalazłem w nich sporo ciekawych informacji, w tym mało na ogół znanych, np. że słynne bliźniacze, połączone na 2/3 wysokości łącznikiem, wieże Petronas Tower w Kuala Lumpur zagłębione są 150 m w głąb ziemi. A słynny człowiek – pająk Alain Robert wszedł na sam szczyt iglicy jednej z nich, bez lin i żadnego zabezpieczenia. Chociaż dopiero za trzecim podejściem, gdyż podczas pierwszych dwu był „zdejmowany" przed osiągnięciem celu przez ochronę gmachu.
W kilku miejscach lektury poczułem jednak niedosyt natrafiając na nieścisłości, czy niedostatek informacji. W opisie słynnego meczetu Selimiye w Edirne, w Turcji kontynentalnej, zabrakło mi informacji, że jest to jedna z około 300 budowli wzniesionych według projektu jednego z najgenialniejszych architektów epoki, Mirmara Sinana ( ok. 1490 – 1588 ). W relacji z najsłynniejszego hotelu w Singapurze – Raffles, autor nie wspomniał ( czyżby o tym nie wiedział ?), że mieszkał w nim i pisał nasz rodak, chociaż pisarz angielski, Józef Conrad – Korzeniowski. I jest w nim niewielkie poświęcone mu muzeum.
Opisując baśniowy, nowy Biały Meczet w Abu Zabi – stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, autora trochę poniosła fantazja, gdy pisał o „dziedzińcu z tysiącem kolumn". W odróżnieniu od niego, widziałem i obfotografowałem ze wszystkich stron z detalami nie tylko ten dziedziniec ( gdy nasi motocykliści przyjechali tam, meczet był niedostępny ze względu na modły ), ale również wnętrza i detale tego meczetu. I zapewniam, że brakuje w nim baaardzo wiele do tysiąca kolumn. Co nie zmienia faktu, że jest to jedna z najpiękniejszych współczesnych budowli sakralnych islamu, tylko z niewielką przesadą porównywana z najwspanialszym mauzoleum świata – Tadż Mahal w Indiach.
Życie „lokalesów"
To tyle przykładowo, dla ścisłości. Trochę drażniło mnie określanie hoteli i innych budynków jako „klimatyczne". Bo klimatyczne to mogą być uzdrowiska lub miejscowości. Zaś budowle i pomieszczenia tylko klimatyzowane lub z klimatyzacją. Za mało eleganckie, gdyż może zostać odebrane jako dowód wyższości i lekceważenia, uważam określanie miejscowej ludności jako „lokalesów". Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi. Ciekawe są natomiast włamane w tekst w ramkach, w formie jak gdyby kart wyrwanych ze starych dokumentów, informacje monotematyczne. Np. „Turecka kuchnia", „Psy okiem motocyklisty", „Nadawanie ( relacji radiowych ) z przygodami", „Amerykańskie drogi" i wiele innych.
Wspomniałem o licznych ciekawych przygodach i ich opisach oraz dobrym, nie pozbawionym autoironii języku. Oto kilka cytatów: „Kanpur ( Indie ) okazał się najgorszym miejscem na ziemi. Korki, mnóstwo strasznie kopcących samochodów, dziurawe drogi. Śmiecie już nie po kostki, a chyba po kolana. Wypalone trawy na poboczach, palące się śmieci i opony wzdłuż szosy. Do tego smród z zapchanych rynsztoków... Bezdomni, ich noclegownie przy drodze, brudne kartony, tłuste kawałki materiału służące jako dach...". „Droga ( koło Allahabadu w Indiach ), podobna do polskiej gierkówki, z indyjskimi krzakami między jezdniami, z których niespodziewanie wyłaniali się ludzie, rowery, kozy, świnie. Raz wyłonił się nawet słoń... I dalej opis, jak kaleka bez nóg poruszający się na desce z kółkami usiłował wpakować się na tej drodze pod motocykl, aby uzyskać odszkodowanie za wypadek.
„... codziennie w rzece ( w Varanasi – Benares ) myje się ponad 60 tysięcy ludzi, mimo iż Ganges jest potwornie zanieczyszczony. Do świętej rzeki swoje ścieki spuszcza 115 miast mających powyżej stu tysięcy mieszkańców każde. Że kąpiący się i pijący tę wodę nie padają natychmiast jak muchy, to faktycznie cud. Norma, według której klasyfikuje się wody nadające do pływania w nich, dopuszcza 500 pałeczek E. coli w jednym literze. W wodzie z Gangesu jest ich półtora miliona!!! A Hindusi ją piją!". Dodam od siebie, że pływając tam łodzią, nie odważyłem się zanurzyć w Gangesie nawet palca...
„Stosy pogrzebowe palą się w Varanasi dzień i noc... w nocy Dasahwamedh czy Manikarnika, główne ghaty, w których pali się ciała, wyglądają przerażająco. Płonące stosy pogrzebowe, długie, tańczące cienie palaczy, zwłoki zawinięte w całuny, dzwonki, dzwoneczki, modlitwy dobiegające z daleka i z bliska; wszystko razem jest fascynujące...".
Na zakończenie cytatów jeszcze coś z realiów tej podróży „Pierwsza rzecz po ulokowaniu się w hotelu to prysznic. To nie była fanaberia. To była absolutna konieczność związana ze zdjęciem butów. Po całym dniu w wysokich, grubych, wzmacnianych, skórzanych butach nasze stopy załatwiały wszystkich i wszystko w promieniu kilku metrów. Włączone telewizory traciły kolory, kwiaty w wazonach więdły w oczach, komary i muchy padały w locie, a jednostki ludzkie, które pojawiały się w okolicy ( na przykład pokojówka przynosząca dodatkowy klucz do pokoju ), zawracały z krzykiem".
No i z podróży przez USA: „Rano zdążyliśmy jeszcze zjeść typowe amerykańskie śniadanie z naleśnikami grubości maty plażowej ( i rozmiarem niewiele jej ustępującymi ). Naleśniki były nielimitowane...". Oczywiście oprócz takich opisów i scenek, są w książce setki innych. Ciekawych – o ludziach, zwyczajach, zabytkach, krajobrazach, przyrodzie. Naprawdę warto ją przeczytać, obejrzeć liczne, zamieszczone w niej zdjęcia z podróży, a także otwierać polecane przez autora strony internetowe. -
Riwiera turecka. Wydanie 3
Turecka Riwiera należy od lat do ulubionych i najczęściej odwiedzanych przez Polaków regionów wypoczynkowych. Zwłaszcza obecnie, gdy część naszych turystów zrezygnowała z wyjazdów na plaże egipskie i tunezyjskie ze względu na napiętą sytuację w tych krajach.
Pobyt na tureckich wybrzeżach mórz: egejskiego i śródziemnego, to równocześnie wspaniała okazja, aby poznać tamtejsze liczne zabytki od czasów antycznych oraz inne ciekawe obiekty i miejsca.
Ułatwić im to może bardzo dobry przewodnik Bezdroży z serii „ rekreacyjnej”, którego kolejne, już trzecie, zaktualizowane wydanie, ukazało się w br.
Jak wszystkie w tej serii wydany starannie, na dobrym papierze, z licznymi kolorowymi zdjęciami, mapkami i planami, w poręcznym formacie oraz przystępnej cenie.
Część ściśle przewodnikową poprzedzają trzy rozdziały zawierające mnóstwo informacji na temat przygotowania się do podróży do Turcji oraz wszystkich środków transportu którymi można tam dotrzeć. Podstawowych, ale obszernych i ciekawie napisanych informacji krajoznawczych. O tamtejszej geografii, przyrodzie, społeczeństwie, kulturze i sztuce z wyodrębnioną dodatkowo literaturą i muzyką oraz Kalendarium historycznym.
26-stronicowy rozdział Informacje praktyczne zawiera chyba wszystko, co powinno się w nim znaleźć na temat komunikacji lokalnej, informacji turystycznej na miejscu, możliwości aktywnego wypoczynku, wymiany pieniędzy, zdrowia oraz bezpieczeństwa. I, oczywiście, noclegów zarówno w hotelach czy pensjonatach, jak i na kempingach. Podobnie na temat wyżywienia z radami gdzie i co najlepiej jeść - a kuchnia turecka jest bardzo smaczna - i sporą dawką przepisów kulinarnych.
Nie zabrakło również informacji o możliwości zakupów, w tym pamiątek. Są nawet - w ramce na kolorowym tle - przydatne uwagi z czym turysta może spotkać się na bazarach. Dodałbym jednak do nich jeszcze rady, że jeżeli nie ma się zamiaru kupić oferowanego towaru, to można go oglądać, ale nie rozpoczynać targowania się. A gdy chce się go nabyć, to jak - to przecież nie tylko sztuka, ale na Wschodzie także rytuał - kupić go jak najtaniej.
Prezentacja wybranych regionów Turcji i ich walorów turystycznych zawarta została w 3 rozdziałach: Wybrzeże Morza Egejskiego, Wybrzeże Morza Śródziemnego i Nie tylko wybrzeże, gdyż przewodnik obejmuje również Pammukale i Hierapolis oraz Stambuł. W pierwszym z tych rozdziałów omówione zostały najciekawsze miejscowości i zabytki od Troi na północy, do Bodrum na południu tego wybrzeża. Z dobrą informacją ( a przeważnie również zdjęciami ) o nich, dojeździe oraz co tam warto zobaczyć.
W przypadku ważniejszych - z planem miejscowości lub wykopalisk. Ponadto informacjami praktycznymi: wymiana walut ew. bankomaty, noclegi ze wskazaniem wybranych hoteli w 2 lub 3 kategoriach cenowych, podobnie gastronomia. A także plaże, łaźnie itp., w większych miastach również o odbywających się w nich wydarzeniach stałych i festiwalach.
Podobnie na wybrzeżu śródziemnomorskim, z miejscowościami usytuowanymi na nim od Marmaris na zachodzie, kolejno aż do Anamuru na wschodnim krańcu objętej przewodnikiem jego części. Szkoda, że poza propozycjami kilku wycieczek z miejscowości Demre w jej okolice zawartymi w ramce, nie ma również sugestii, aby z innych miejscowości wybrać się trochę dalej.
Np. z Side lub Alanyi do tak przecież ciekawej, a odległej o niespełna 200 km Konyi, czy z Anamuru do innych miejscowości nadmorskich na wschód, aż do Mersinu i Tarsu - miasta św. Pawła. W którym celem przyjazdów jest nie tylko studnią na terenie jego domu rodzinnego, ale i parę ciekawych zabytków.
Do uwzględnionych w osobnym rozdziale Pammukkale i Hierapolis organizowane są często z nadmorskich miejscowości wypoczynkowych jednodniowe wycieczki. Prezentacja tamtejszego dzieła natury, jakim są tarasy wapienne znajdujące się na Liście UNESCO oraz antycznej nekropolii i ruin zabytków rzymskich, lektura tego przewodnika ( i zdjęcia ) na pewno zachęci.
Trochę inaczej jest w przypadku Stambułu. Jednego z najciekawszych miast Europy i jej styku z Azją, ale zbyt odległego od popularnych miejscowości na obu riwierach aby wybrać się tam na krótką wycieczkę. Zwiedzanie dawnej stolicy Bizancjum i przynajmniej najważniejszych tamtejszych zabytków oraz obiektów wymaga zresztą przynajmniej kilku dni. A więc albo specjalnej podróży, albo - gdy jedzie się własnym samochodem, zrobienie w jej trakcie przerwy nad Bosforem.
Lektura 31 stron poświęconych w tym przewodniku na prezentację Stambułu pozwala poznać, w ogromnym skrócie, jego dzieje, a także najważniejsze zabytki, budowle, bazary i inne warte uwagi turysty miejsca. Przedstawiono one zostały w sposób rzeczowy i ciekawy. W zakresie bardzo jednak ograniczonym. Nie zabrakło oczywiście ani świątyni - muzeum Hagia Sophia, Błękitnego Meczetu, Hipodromu czy pałacu Topkapi.
Autor uwzględnił także Wielką Cysternę ( Yerbatan Saray ), Meczet Bejazyda, Twierdzę Yedikule, a nawet, dosyć odległy od bizantyjskiego centrum Kariye Camii - kościół Zbawiciela na Chorze i parę innych obiektów. Trudno mi jednak wybaczyć mu pominięcie Meczetu Sulejmana Wspaniałego ( Süleymaniye Camiii ) z mauzoleami sułtana i jego ukochanej żony Roksolany oraz, tuż za murem otaczającym ten zespół architektoniczny, mauzoleum jego twórcy, samego Wielkiego Budowniczego.
Jednego z najważniejszych dzieł Kocy Marmara Sinana ( 1491-1588 ) , należącego do najwybitniejszych architektów świata. Czy zbudowanego również przez niego, dla córki tegoż sułtana, Meczetu Mihrimah. No i ograniczenie prezentacji Stambułu tylko do jego europejskiej części. Przecież na azjatyckim brzegu Bosforu, zwłaszcza w dzielnicy Űsküdar, znajdują się także wspaniałe zabytki.
Że wspomnę o Starym Meczecie Sułtanki Matki, również dziele Sinana - podobnie jak tamtejszy Hamam - łaźnia. Czy o sąsiadującym z tym meczetem, chociaż młodszym od niego o kilkadziesiąt lat, Meczecie Fajansowym. A to tylko przykłady tego, co jest tam do obejrzenia. No i przypomnę, że z tamtejszego wzgórza Büyük Çamlica ( Wielkie Sosnowe Wzgórze ) roztacza się fantastyczny widok na Stambuł:
Cypel Pałacowy, Złoty Róg, Bosfor aż po Morze Czarne, a także na Wyspy Książęce. Zapewniam, że są to zabytki i miejsca nieporównywalnie ciekawsze, niż uwzględnione w przewodniku stambulskie Muzeum Prasy czy Liceum Galatasaray. W tekst przewodnika włamano - i to jest jego dodatkowy walor - w ramkach na kolorowym tle, sporo dodatkowych informacji, także ciekawostek.
M.in. „Zwiedzanie meczetu”; „Atatürk - „Ojciec Turków”; „Toalety w Turcji”; „Kiraathane, czyli co to jest çay, tavla i nargile”; „Turecka łaźnia”; „Niebieskie oko, czyli Oko Proroka”; „Koń Trojański”; „Legenda o Jaskini Siedmiu Śpiących”; „Legalne kradzieże” ( wywóz antycznych zabytków do Europy w XIX w. ) ; „Prawdziwa historia św. Mikołaja”; „ Zniszczone miasto” ( Jak krzyżowcy grabili Bizancjum ); „Harem”; „Wzdłuż Bosforu”.
Na końcu przewodnika znajduje się mini słowniczek polsko - turecki z przydatnymi zwrotami, Indeks wybranych nazw geograficznych i spis tematów informacji w ramkach. W sumie, mimo paru uwag krytycznych, gdyż przewodnik ten mógłby być jeszcze lepszy, jest on bardzo dobry. Z przyjemnością więc polecam go wszystkim wybierającym się na turecką Riwierę, a także zastanawiającym nad miejscem spędzenia kolejnego urlopu. Warto tam bowiem pojechać i, poza wypoczynkiem nad morzem, wykorzystać maksymalnie czas na poznanie tamtejszych skarbów antycznych i z późniejszych okresów. -
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 1
Pomysł był - to najdelikatniejsze określenie jakie mi przychodzi na myśl - zwariowany. Wybrać się w podróż dookoła świata motocyklem, nie mając nie tylko tego pojazdu, ale nawet prawa jazdy nim. Nie mówiąc już o jakimkolwiek doświadczeniu w jeździe jednośladami z silnikiem oraz pieniędzy na taką podróż.
A jednak dziennikarz radiowej Trójki zrealizował go. Co prawda nie bez przygód, także ekstremalnych, ale jednak z powodzeniem. I chociaż określenie tej podróży jako „dookoła świata” jest trochę naciągane, gdyż odbyła się ona się tylko przez 3 kontynenty.
W żadnym miejscu nie przekroczyła równika, najbardziej zbliżając do niego w Singapurze. A większość trasy dookoła północnej półkuli zarówno pasażerowie jak i ich motory przelecieli samolotami. Co nie zmienia faktu, że jednak był to wyczyn.
Relacjonowany w trakcie podróży, przeważnie na żywo, na falach Polskiego Radia i w internetowym blogu, a następnie opisany - od razu dodam, że świetnie - w książce wydanej przez krakowskie Bezdroża. Z licznymi - to jeszcze u nas nowość - odsyłaczami na strony internetowe tego wydawnictwa, otwierając które można znaleźć ciekawe filmy i zdjęcia znacznie rozszerzające obraz opisywanych miejsc, do których dotarli podróżnicy.
Bo było ich dwu. Pomysłodawcy tej wyprawy udało się bowiem znaleźć i namówić do udziału w niej kolegę - radiowca. Następnie - szczegółów nie będę zdradzał, bo to naprawdę warto samemu przeczytać - szybko skończyć kurs i zdać egzamin na motocyklowe prawo jazdy, znaleźć sponsora - firmę z branży motorowej, bo Polskie Radio nie miało pieniędzy na takie fanaberie.
No i zdobyć oraz przygotować odpowiedni sprzęt - także radiowy. Wybrać trasę, co w złożonej sytuacji politycznej zwłaszcza w południowo - wschodniej Azji nie było proste, bo zbyt ryzykowna mogła być np. planowana jazda przez Pakistan. I, oczywiście, załatwić wiele formalności, dokumentów, wiz itp. Po to, aby autor mógł we wstępie do tej książki napisać:
„Kiedy patrzę na naszą wyprawę z perspektywy kilku miesięcy, które minęły od jej zakończenia, coraz bardziej jestem przekonany, że ONA nie miała prawa się udać. A jednak, ta ułańska fantazja… Daliśmy radę! Dzięki determinacji, szczęściu i dobrym ludziom po drodze…”. Zaś w ostatnim zdaniu: „Podobno - jak mówią Chińczycy - żaba na dnie studni nigdy nie zobaczy morskich fal. Trzeba się odważyć, trzeba sięgać dalej, wyżej, głębiej, by te fale zobaczyć. Ja je zobaczyłem”.
A o tym, co działo się od narodzenia idei tej podróży do możliwości napisania tego ostatniego zdania, jest właśnie książkowa relacja z niej. Dwaj podróżnicy - dziennikarze radiowej Trójki: Tomek ( tak się sam przedstawia ) Gorazdowski, autor książki i Michał Gąsiorowski spędzili 4 miesiące - dokładnie 126 dni, na siodełkach motocykli. Przejechali ponad 21 tys. km, odwiedzili 19 krajów.
Podróżowali przez Europę, turecką Anatolię i Kapadocję, pustynny Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, tajlandzką dżunglę i malezyjskie herbaciane wzgórza. Przejechali w poprzek Indie i USA zmagając się m.in. z upałami i ulewnymi deszczami. Poznali setki ludzi, masę kultur, zabytków, obyczajów i kuchni. Przeżyli wiele, nie zawsze przyjemnych przygód.
Autor książki opisał to wszystko w sposób bardzo ciekawy, świetnym, żywym językiem, z humorem, a miejscami nawet autoironią. Sporo miejsca w tej relacji zajmują opisy samej jazdy, dróg i ruchu drogowego - z najbardziej niesamowitym w Indiach oraz w wielu wielkich, zatłoczonych miastach. Każdy, kto tam był, wie zresztą jak się tam podróżuje, a polskie drogi i ulice wydają się z tamtej perspektywy pustymi oazami spokoju.
Nie brak też w książce kapitalnych ( nie dla uczestniczących w nich podróżników ! ) scen bezduszności i trzymania się, nawet absurdalnych przepisów, zwłaszcza przez granicznych, biurokratów. Z których, obok irańskich i indyjskich, palma pierwszeństwa należy się bezsprzecznie amerykańskim. Odprawienie z Miami do Londynu motocykli samolotem zajęło bowiem… 9 dni.
Tamtejszy celnik - geniusz ( autor określa go mniej elegancko ) na którego nie było mocnych, stwierdzając brak jednego papierka nie wydanego podróżnikom przy wjeździe do USA na lotnisku w San Francisko, uparł się, że powinni… wylecieć też z tego - odległego o 6,5 tys. km - miasta.
Nie bez racji autor stwierdził więc, że sama jazda - mimo niekiedy bardzo trudnych warunków pogodowych i klimatycznych - była najłatwiejszą częścią całej wyprawy. Mocną stroną książki są opisy krajów i miejscowości oraz spotkań z ludźmi i ich postaw, udzielanej przez nich pomocy - także w trudnych sytuacjach. Np. wypadku jednego z podróżników i uszkodzenia motocykla koło Persepolis w Iranie, co postawiło dalszą jazdę pod znakiem zapytania.
Opisy te czytałem z dużym zainteresowaniem, gdyż większą część ich trasy od Warszawy do Singapuru znam z autopsji. Niektóre odcinki przejeżdżałem kilkakrotnie, chociaż nie motocyklem. Podobnie nie raz byłem w niektórych opisywanych miastach i miejscach. Tym łatwiej więc docenić mi to, co napisał o nich autor. Za szczególnie udane i trafne uważam relacje z Kapadocji oglądanej z ziemi, podziemi i powietrza - z lotu balonem, Indii - zwłaszcza Agry i Tadż Mahal oraz Varanasi, Malezji oraz Singapuru.
Znalazłem w nich sporo ciekawych informacji, w tym mało na ogół znanych, np. że słynne bliźniacze, połączone na 2/3 wysokości łącznikiem, wieże Petronas Tower w Kuala Lumpur zagłębione są 150 m w głąb ziemi. A słynny człowiek - pająk Alain Robert wszedł na sam szczyt iglicy jednej z nich, bez lin i żadnego zabezpieczenia. Chociaż dopiero za trzecim podejściem, gdyż podczas pierwszych dwu był „zdejmowany” przed osiągnięciem celu przez ochronę gmachu.
W kilku miejscach lektury poczułem jednak niedosyt natrafiając na nieścisłości, czy niedostatek informacji. W opisie słynnego meczetu Selimiye w Edirne, w Turcji kontynentalnej, zabrakło mi informacji, że jest to jedna z około 300 budowli wzniesionych według projektu jednego z najgenialniejszych architektów epoki, Mirmara Sinana ( ok. 1490 - 1588 ).
W relacji z najsłynniejszego hotelu w Singapurze - Raffles, autor nie wspomniał ( czyżby o tym nie wiedział ?), że mieszkał w nim i pisał nasz rodak, chociaż pisarz angielski, Józef Conrad - Korzeniowski. I jest w nim niewielkie poświęcone mu muzeum.
Opisując baśniowy, nowy Biały Meczet w Abu Zabi - stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, autora trochę poniosła fantazja, gdy pisał o „dziedzińcu z tysiącem kolumn”. W odróżnieniu od niego widziałem i obfotografowałem ze wszystkich stron z detalami nie tylko ten dziedziniec ( gdy nasi motocykliści przyjechali tam, meczet był niedostępny ze względu na modły ), ale również wnętrza i detale tego meczetu.
I zapewniam, że brakuje w nim baaardzo wiele do tysiąca kolumn. Co nie zmienia faktu, że jest to jedna z najpiękniejszych współczesnych budowli sakralnych islamu, tylko z niewielką przesadą porównywana z najwspanialszym mauzoleum świata - Tadż Mahal w Indiach. To tyle przykładowo, gwoli ścisłości.
Trochę drażniło mnie określanie hoteli i innych budynków jako „klimatyczne”. Bo klimatyczne to mogą być uzdrowiska lub miejscowości. Zaś budowle i pomieszczenia tylko klimatyzowane lub z klimatyzacją. Za mało eleganckie, gdyż może zostać odebrane jako dowód wyższości i lekceważenia, uważam określanie miejscowej ludności jako „lokalesów”. Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi.
Ciekawe są natomiast włamane w tekst w ramkach, w formie jak gdyby kart wyrwanych ze starych dokumentów, informacje monotematyczne. Np. „Turecka kuchnia”, „Psy okiem motocyklisty”, „Nadawanie ( relacji radiowych ) z przygodami”, „Amerykańskie drogi” i wiele innych. Wspomniałem o licznych ciekawych przygodach i ich opisach oraz dobrym, nie pozbawionym autoironii języku. Oto kilka cytatów:
„Kanpur ( Indie ) okazał się najgorszym miejscem na ziemi. Korki, mnóstwo strasznie kopcących samochodów, dziurawe drogi. Śmiecie już nie po kostki, a chyba po kolana. Wypalone trawy na poboczach, palące się śmieci i opony wzdłuż szosy. Do tego smród z zapchanych rynsztoków… Bezdomni, ich noclegownie przy drodze, brudne kartony, tłuste kawałki materiału służące jako dach…”. „Droga ( koło Allahabadu w Indiach ), podobna do polskiej gierkówki, z indyjskimi krzakami między jezdniami, z których niespodziewanie wyłaniali się ludzie, rowery, kozy, świnie. Raz wyłonił się nawet słoń…" .I dalej opis, jak kaleka bez nóg poruszający się na desce z kółkami usiłował wpakować się na tej drodze pod motocykl, aby uzyskać odszkodowanie za wypadek.
„… codziennie w rzece ( w Varanasi - Benares ) myje się ponad 60 tysięcy ludzi, mimo iż Ganges jest potwornie zanieczyszczony. Do świętej rzeki swoje ścieki spuszcza 115 miast mających powyżej stu tysięcy mieszkańców każde. Że kąpiący się i pijący tę wodę nie padają natychmiast jak muchy, to faktycznie cud. Norma, według której klasyfikuje się wody nadające do pływania w nich, dopuszcza 500 pałeczek E. coli w jednym literze. W wodzie z Gangesu jest ich półtora miliona!!! A Hindusi ją piją!”. Dodam od siebie, że pływając tam łodzią, nie odważyłem się zanurzyć w Gangesie nawet palca…
„Stosy pogrzebowe palą się w Varanasi dzień i noc… w nocy Dasahwamedh czy Manikarnika, główne ghaty, w których pali się ciała, wyglądają przerażająco. Płonące stosy pogrzebowe, długie, tańczące cienie palaczy, zwłoki zawinięte w całuny, dzwonki, dzwoneczki, modlitwy dobiegające z daleka i z bliska; wszystko razem jest fascynujące…”.
Na zakończenie cytatów jeszcze coś z realiów tej podróży „Pierwsza rzecz po ulokowaniu się w hotelu to prysznic. To nie była fanaberia. To była absolutna konieczność związana ze zdjęciem butów. Po całym dniu w wysokich, grubych, wzmacnianych, skórzanych butach nasze stopy załatwiały wszystkich i wszystko w promieniu kilku metrów. Włączone telewizory traciły kolory, kwiaty w wazonach więdły w oczach, komary i muchy padały w locie, a jednostki ludzkie, które pojawiały się w okolicy ( na przykład pokojówka przynosząca dodatkowy klucz do pokoju ), zawracały z krzykiem”.
No i z podróży przez USA: „Rano zdążyliśmy jeszcze zjeść typowe amerykańskie śniadanie z naleśnikami grubości maty plażowej ( i rozmiarem niewiele jej ustępującymi ). Naleśniki były nielimitowane…”. Oczywiście oprócz takich opisów i scenek, są w książce setki innych. Ciekawych - o ludziach, zwyczajach, zabytkach, krajobrazach, przyrodzie. Naprawdę warto ją przeczytać, obejrzeć liczne, zamieszczone w niej zdjęcia z podróży, a także otwierać polecane przez autora strony internetowe. -
Krakowski Kazimierz i Podgórze. Wydanie 1
Dzielnica Kazimierz, niegdyś osobne miasto, jest nierozerwalnie związana z dziejami krakowskich Żydów, a te z kolei są nieodłącznie związane z Krakowem. Związki Żydów z Kazimierzem i Krakowem określane są czasem jako "fenomen wygnania i powrotu". Nowość wydawnicza Bezdroży - "Krakowski Kazimierz i Podgórze" - to bogato ilustrowany przewodnik po najbardziej magicznych zakątkach Krakowa, przez które prowadzi autorka tekstu Agnieszka Legutko wraz z krakowskim fotografem Pawłem Krzanem. Książka w formie przewodnika - albumu została wydana w serii Genius loci, adresowanej do wszystkich, którzy chcą czytać tekst, jakim jest miasto.
Tym, co odróżnia Kazimierz, jest niegdysiejsza koegzystencja żydów i chrześcijan: gdzież indziej bowiem przystanąć można na skrzyżowaniu ulic rabina Meiselsa i Bożego Ciała - czytamy we wstępie przewodnika. Lecz prawdziwym skarbem jest witalność Kazimierza, który pomimo spustoszenia żyje i zaskakuje swymi nowymi obliczami: to tu bije puls Krakowa, artystyczny i towarzyski; w tej przestrzeni, jak w żadnej innej, artystyczne dusze wyczarowują nostalgię, wzruszenie, ironiczną anegdotę, słowem: Środkową Europę! Spektakl, koncert, zmierzch, kawa i rozmowa mają tu swój niepowtarzalny smak. Przewodnik podpowie, jak go odnaleźć, dla ducha i dla ciała.
Żydzi osiedlili się w centrum Krakowa prawdopodobnie w drugiej poł. XII w. w okolicach dzisiejszej ul. św. Anny i mieszkali tam do połowy XV w., by następnie przenieść się w okolice dzisiejszego placu Szczepańskiego i pozostać tam do 1495 r., kiedy to zostali wygnani z Krakowa. Co ciekawe, pierwsza pisana wzmianka o Krakowie (Karako) pochodzi właśnie od żydowskiego kupca i dyplomaty, Ibrahima ibn Jakuba, który w 965 r., udając się w poselstwie od kordobańskiego kalifa do Niemiec i Czech, odwiedził Pragę i Kraków.
Gdy w 1940 r. Mordechaj Gebirtig, sławny żydowski pieśniarz i poeta mieszkający na krakowskim Kazimierzu, podziela los innych Żydów i zostaje wygnany, pisze przejmującą pieśń-pożegnanie Żegnaj mi Krakowie (Blajb gezunt mir Kroke).
Po 1989 r. nastąpiła fala powrotów na Kazimierz; w 1993 r. Steven Spielberg nakręcił tu Listę Schindlera, zaznaczając tym samym Kraków i Kazimierz na turystycznej mapie świata.
Wydarzeniem, które przyciąga tysiące Żydów i nie-Żydów z całego świata, jest coroczny Festiwal Kultury Żydowskiej. Wszyscy przybywają tu, by zatopić się w cudownym świecie muzyki, sztuki, tradycji, historii i kultury żydowskiej - świecie, którego na Kazimierzu na co dzień już nie ma. -
Lwów. Miasto Wschodu i Zachodu. Wydanie 7
Lwów, obok Wilna, należy do najchętniej odwiedzanych miast na dawnych Kresach Rzeczypospolitej. Poświęcono mu już wiele książek, w tym również przewodników w języku polskim.
Wyróżnia się wśród nich, mimo dosyć skromnej szaty graficznej, „Lwów. Miasto Wschodu i Zachodu" Aleksandra Strojnego, którego już VII edycję wydało właśnie krakowskie Wydawnictwo Bezdroża. Główne atuty autora i jego dzieła, to znakomita wiedza o tym niezwykłym mieście, jego trudnych i burzliwych dziejach, zabytkach oraz miejscach - a jest ich bardzo dużo - które zobaczyć trzeba koniecznie, a przynajmniej warto.
Oraz dobra prezentacja tej wiedzy, z wieloma mało znanymi, przynajmniej szerzej, faktami, ciekawostkami i anegdotami. I jeszcze jeden, bardzo ważny atut tej książki, który szczególnie cenię jako człowiek z polskimi korzeniami lwowskimi po mamie, równocześnie od ponad półwiecza bardzo zainteresowany i związany emocjonalnie z Ukrainą. Przeszłość Lwowa, jego zabytków i ciekawych miejsc, a także okolic oraz, nierzadko tak trudne i zagmatwane, stosunki polsko - ukraińskie, autor przedstawia nie tylko kompetentnie, ale i bardzo obiektywnie.
Jest to więc przewodnik nie tylko bardzo przydatny w przygotowaniu wyjazdu do Lwowa i zwiedzania go wraz z bliższymi i nieco dalszymi okolicami, ale także książka, którą po prostu warto przeczytać, aby dowiedzieć się bardzo wiele nie tylko o tym mieście, ale i związanej z tym regionem dawnych Rzeczypospolitych historii, kulturze i nauce. Jak również o jego współczesnych gospodarzach i mieszkańcach.
Tak jak i w innych tej udanej, podstawowej serii przewodników Bezdroży, czytelnik znajduje w nim dożo informacji praktycznych - chyba wszystko co mu może być potrzebne przed wyjazdem, w trakcie podróży oraz pobytu i poruszaniu się na miejscu. W więc o noclegach i wyżywieniu, transporcie lokalnym, a także mnóstwie innych spraw, o których informuje „w pigułce" lwowskie „A-Z".
Bardzo ciekawy, interesująco napisany i zawierający ogromną dawkę faktów, jest rozdział Informacje krajoznawcze. A w nim obok charakterystyki geograficznej, zwłaszcza historia miasta od czasów przed lokacyjnych po współczesne. Z kalendarium, wyodrębnionym rozwojem urbanistyczno - architektonicznym Lwowa, polityką i gospodarką, stosunkami polsko - ukraińskimi. Ponadto informacjami o społeczeństwie i religii, języku ukraińskim, muzyce, kuchni itp.
Podstawową część przewodnika stanowi Zwiedzanie Lwowa. Autor proponuje 5 tras: Stary Lwów w jeden dzień; Centrum Wielkiego Lwowa; Wzgórza lwowskie; Przedmieście Stryjskie, Pohulanka i Łyczaków oraz Dawny gród książęcy i Zamarstynów. A na obrzeżach miasta Jaskinię Miodową oraz Cerkiew Trójcy Świętej. Na każdej z tych tras zaprezentowano wszystkie najważniejsze budowle, obiekty i miejsca oraz dziesiątki innych, również zasługujących na poznanie. Z ich historią, wzbogacającymi ją ciekawostkami i anegdotami, zwracaniem uwagi na ciekawe detale, np. elewacji czy klatek schodowych itp.
Autor sugeruje jednak nie ograniczać się, gdy czas na to pozwala, tylko do zwiedzania Lwowa, ale poznawania również jego, jak już wspomniałem bliższych i dalszych okolic na 6 proponowanych trasach: Tropem barokowych mistrzów; Dawnym szlakiem wołoskim, Śladami renesansowej doskonałości - do Żółkwi i Kruchowa; Po Złotej Podkowie - do zamków i innych zabytków Oleska, Podhorców i Złoczowa; Ziemi przemyskiej - tego jej fragmentu, który znajduje się obecnie na Ukrainie i w Poszukiwaniu sklepów cynamonowych - a więc do Drohobycza nie tylko Bruno Schulza oraz uzdrowiskowego Truskawca.
Także w ich przypadku autor, poza przedstawieniem podstawowych informacji, ma do powiedzenia wiele innego i ciekawego.
Przewodnik wzbogaca ponadto 19 barwnych fotografii i liczne rysunki oraz 50 obszerniejszych informacji monotematycznych w ramkach na szarym tle, m.in. „Inkorporacja Rusi", „Odrodzenie ukraińskie w XIX w.", „Walki o Galicję wschodnią", „Dwa głosy ( Zbigniewa Brzezińskiego i Jerzego Giedroyca ) w sprawie polsko - ukraińskiej współpracy", „Ormianie we Lwowie", „Andrzej Szeptycki", „Artur Grottger", „Lwowskie parki". Są również biogramy wybitnych ludzi związanych ze Lwowem, mini słownik polsko - ukraiński, bogaty wykaz ważniejszych pozycji wykorzystanej literatury oraz Indeks.
Jest to więc przewodnik bardzo dobry, wart polecenia, co nie oznacza, że już zupełnie bez błędów, pominięć czy dyskusyjnych sformułowań. Nie mają one zasadniczego znaczenia, ale warto je odnotować i uwzględnić w następnym wydaniu. Zacznę od drobiazgów. „W wyniku rozłamów - pisze autor - na ( powinno być w ) łonie cerkwi...". W wykazie mocnych trunków z najlepszych ich wytwórni zabrakło, chyba najwyżej obecnie cenionej, kijowskiej „Stolicznyj standard". Nie mogę zgodzić się z autorem, że „Brak im ( ukraińskim elitom ) energii, brak rozmachu, brak zrozumienia na czym polega system rynkowy...". Zwłaszcza to ostanie już bowiem zdążyli zrozumieć, nierzadko na własnej skórze.
Trafiają się błędy w nazewnictwie, a przynajmniej brak zdecydowania, czy używać nazwy polskiej, czy ukraińskiej. Np. Opery. Jeżeli w pełnej nazwie polskiej, to Państwowy Akademicki Teatr Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej. Jeżeli ukraińskiej, to... im. Sołomiji Kruszelnyćkoj - ale na pewno nie, jak napisał autor, Kruszelniczej. To samo w przypadku Ukraińskiego Teatru Dramatycznego. Albo - po polsku - im. Marii Zankowieckiej, albo po ukraińsku Zankowećkoj. Ale nie Zankoweckiej.
W ramce „Andrzej Szeptycki" warto dodać, że było to jego imię zakonne, a z chrztu Roman Aleksander. No i że jego rodzony brat Stanisław Maria Szeptycki był polskim generałem broni. Pisząc o Olecku i tamtejszym byłym klasztorze kapucynów, autor podkreślił, że strzegą go posterunki uzbrojone w broń maszynową. Trudno się temu dziwić. Wewnątrz znajduje się bowiem - mogłem kilka lat temu, jako jeden z nielicznych, nie tylko cudzoziemców, obejrzeć bez prawa fotografowania - tamtejszy ogromny, liczący kilkanaście tysięcy pozycji, magazyn dzieł sztuki: obrazów, rzeźb, mebli, starej broni, mebli, detali architektonicznych itp. uratowanych, głównie przez oprowadzającego mnie po nim emerytowanego kustosza Lwowskiej Galerii Sztuki i jego współpracowników, ze zniszczonych kościołów, cerkwi, zamków, pałaców, dworów itp. I nadal ( wówczas ) jeszcze nie w pełni zinwentaryzowanych z braku na to środków.
W opisie gotyckiej fary w Drohobyczu warto dodać, że przed nią stoi pomnik Jurija Drohobycza ( Katermaka, 1450 - 1491 ), pierwszego ukraińskiego autora książki drukowanej. W ramce :"Na Łyczaków..." poświęconej lwowskiej piosence ulicznej warto wspomnieć o jej popularyzowaniu, podobnie jak lwowskiego bałaku ( gwary ) w przedwojennej radiowej Wesołej Lwowskiej Fali, przez jej autorów Szczepcia i Tońcia. Mam też wątpliwość, czy region przygraniczny, po którym autor proponuje wycieczki, należy nazywać historyczną nazwa Ziemia Przemyska. Bo jest to zarówno mylące polskiego czytelnika, jak i może być negatywnie odbierane przez naszych ukraińskich sąsiadów. I uwaga pod adresem wydawcy. Informacje praktyczne na temat dojazdu do Lwowa, jego dworców kolejowych i autobusowych, noclegów, wyżywienia itp. zaczynają się „ni z tego, ni z owego", nawet bez tytułu, a tylko z informacją na marginesach stron, bezpośrednio po opisie drugiego z ciekawych obiektów na obrzeżach Lwowa. Warto je jakoś wyodrębnić. Ten dobry przewodnik może bowiem być jeszcze lepszy!
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























